Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 21 września 2016

Tego inaczej nie dało się opowiedzieć...

Kiedy byłam w marcu w kinie na filmie "Historia Roja", moją uwagę zwrócił jeden ze zwiastunów poprzedzających produkcję:
https://www.youtube.com/watch?v=8lOQ6GFWDRA (nie wiedzieć czemu film nie wchodzi mi dzisiaj na bloga)
Od razu wiedziałam jedno - muszę iść na ten film, choćby nie wiem co. Ucieszyłam się nawet, że jego premiera odbędzie się w okolicy rocznicy tragedii - o ile mnie pamięć nie myli to miał być 9 kwiecień. Już, już planowałam jak pogodzić zajęcia na uczelniach z udaniem się na film, już, już cieszyłam się na obejrzenie historii o największej polskiej tragedii, za czasów, w których przyszło mi żyć, kiedy okazało się, że premiera została przełożona na niewiadomy termin. Trudno, jak trzeba poczekać, to się poczeka.
Nowa premiera filmu została zaplanowana też na 9, tylko że września. Czyli pięć miesięcy później. Na obejrzenie filmu przyszło mi jeszcze poczekać tydzień ponieważ, jak już wiecie z poprzednich postów, byłam przez ten czas w Londynie. Jednak co się odwlecze to nie uciecze, dlatego postanowiłam wybrać się do kina w pierwszym możliwym terminie. Nie ukrywam też, że względy ekonomiczne nie były tutaj bez znaczenia, dlatego wybrałam wtorek, kiedy seanse są trochę tańsze niż na co dzień. 
Jednak zanim film wszedł do kina dla szerszej publiczności, odbył się pokaz przedpremierowe. Pojawiła się po nim lawina niepochlebnych opinii, zarzucających twórcom m.in. utrzymywanie wersji katastrofy sugerującej, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Przyznajmy jednak szczerze, że taka hipoteza też miała miejsce w przeszłości i wiele ludzi do dzisiaj w nią wierzy. Mimo wszystko poszłam na film z mieszanymi uczuciami.
Trudno jest jednoznacznie opowiedzieć treść filmu "Smoleńsk". Składają się na nią zarówno autentyczne materiały filmowe z okresu bezpośrednio po tragedii, wydarzenia z przeszłości(np. interwencja Lecha Kaczyńskiego w Gruzji) oraz po katastrofie(samobójstwo mechanika Jaka) odegrane przez aktorów, a także fikcyjna postać dziennikarki Niny, chcącej za wszelką cenę odkryć tajemnicę katastrofy prezydenckiego Tupolewa. Właśnie Nina mimowolnie stała się postacią pierwszoplanową i to z jej perspektywy obserwujemy zachowania Polaków po wiadomości o śmierci Prezydenta, jak też poznajemy różne przypuszczenia co do przyczyn katastrofy. Tutaj nie dowiemy się nic nowego, poza to, co już zostało powiedziane - pojawia się więc i słynna teoria zamachu, i błąd pilota, i wadliwość maszyny - znamy to już, prawda? Jedyne co może irytować widza to dziennikarska wścibskość Niny, jej nieustanna dociekliwość, czasem wręcz dręczenie rodzin zmarłych, aby tylko wyciągnąć od nich jakiś smakowity news, ale... czyż nie na tym polega praca dziennikarska i aktualny wyścig szczurów w tej branży? Przecież jak nie masz nowinki lepszej od konkurencji, to "nie żyjesz". Dlatego Nina, wraz z swoim partnerem, operatorem kamery Mateuszem, śledzi każdy krok np. żony po generale Błasiku(nie jest ona co prawda nazwana wprost, ale wiadomo, że o nią chodzi), uczestniczy w konferencjach poświęconych katastrofie, a nawet spotyka się w Stanach Zjednoczonych z ekspertem w dziedzinie lotnictwa. Wydaje się, że etyka dziennikarska dla niej nie istnieje. Dopiero na koniec filmu, kiedy kobieta dowiaduje się, że ją oszukano mówiąc nieprawdziwe rzeczy na temat kłótni generała Błasika z kapitanem samolotu, następuje swoisty katharsis tej postaci. Jednak co innego do głębi do mnie przemówiło - to scena, w której ofiary katastrofy pod Smoleńskiem witają się z osobami, które 70 lat wcześniej zostały zabite w lasku katyńskim. To takie symboliczne połączenie dwukrotnego utracenia elity polskiego narodu na tej ziemi.
Pomimo wielu negatywnych opinii na tematy filmu, jak i niesamowicie niskiej oceny na filmweb'ie nie żałuję, że poszłam na ten film. Trochę kuleje montaż całego filmu, widać parę niedociągnięć, muszę przyznać, że to jest poważny minus, bo spodziewałam się czegoś lepszego pod tym względem. Co do samej treści i ogólnego przekazu, to jeszcze raz zapewniam, że nie jest to narzucanie widzowi jednego punktu widzenia, a pokazanie wielu tez odnośnie przyczyn katastrofy. Po dobie muszę nawet przyznać, że tego typu filmu po prostu inaczej nie da się przedstawić. Ale to może dlatego, że, jak pisałam w poprzednim poście, katastrofy leżą w kręgu moich zainteresowań. A następnym filmem, na który planuję iść jest "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, a może i "Inferno" Rona Howarda...

6 komentarzy:

  1. pewnie kiedyś obejrzę ten film ale dopiero gdy wszystkie emocje opadną... bo póki co jestem bardzo zmęczona tym co dzieje się w mediach od premiery...
    dzięki za Twoją recenzję, może trochę przechyliłaś szalę w kierunku by zobaczyć
    uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że Smoleńsk jest trudnym tematem dla mediów, zarówno pod względem samej katastrofy, jej przyczyn, jak i całej jego otoczki. Powiem tyle, że sama produkcja niezbyt mnie zachwyciła pod względem montażu, za to jego treść jak najbardziej do mnie przemawia. Również ściskam mocno.

      Usuń
  2. Kiedyś na pewno obejrzę! :)

    xxBasia

    OdpowiedzUsuń
  3. O właśnie, Smoleńsk, muszę nadrobić ten film, bo jestem go ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie zawiedziesz się, kiedy będziesz go oglądać

      Usuń