Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 20 października 2016

Jak można było nie iść?

Kiedy w zeszłym tygodniu sprawdzałam kościół, w którym mają odbywać się uroczystości pogrzebowe ś.p. Andrzeja Wajdy, natrafiłam na informację, że we wtorkowe popołudnie odbędzie się Msza święta żałobna w kościele u Dominikanów, nazajutrz spocznie on w rodzinnym grobowcu na Salwadorze(dzielnica Krakowa), zaś Msza święta poprzedzająca to wydarzenie będzie w kościele św. Jacka. Szczerze powiedziawszy zupełnie nie miałam pojęcia gdzie jest taka świątynia, no ale od czego jest internet? Poczciwy google.maps wyrzucił mnie gdzieś na Bronowice. No dobra, przynajmniej była szansa na spokój w centrum miasta, zwłaszcza że mój Uniwersytet Papieski mieści się wręcz w ścisłym centrum.
Tymczasem biegnę sobie wczoraj z 52, którą przyjechałam spod AWFu, na Papieski i co widzę? Istny tłum ludzi kotłujący się przed Dominikanami. Przemknęło mi przez myśl, że może wyprowadzą zmarłego ze świątyni, tak jak się na wsiach wyprowadza z domu i przewiozą go do św. Jacka. Korzystając z okazji, i z tego że w kolejce do oddania hołdu Panu Wajdzie było stosunkowo mało ludzi, postanowiłam wślizgnąć się do środka i też pokłonić się temu wielkiemu Polakami. Wcześniej zostałam zrewidowana, wszak idealna okazja do wysadzenia wszystkiego w powietrze... Bomby nie miałam, mogłam więc ustawić się w kolejce. Niektórzy przechodząc obok puszki z prochami pana Andrzeja robili zdjęcia. Co prawda miałam moją cyfrówkę w plecaku, ale w takich momentach zawsze odzywa się we mnie etyka i zastanowienie, czy to w ogóle wypada robić zdjęcia w takich momentach. Przy okazji dowiedziałam się, że Msza św. pogrzebowa odbędzie się TUTAJ, a nie TAM i nawet załatwiono nagłośnienie na pół ulicy.
W biegu dotarłam na zajęcia na Uniwersytecie. Ale zdążyłam. Chwilę za mną zamknęły się drzwi za wykładowcą.
- Wiecie drodzy państwo - zaczął pewnym głosem. - Macie dzisiaj pewien wybór. Możecie zostać na moim wykładzie. Ale kilkadziesiąt metrów stąd za jakiś czas rozpocznie się Msza święta pogrzebowa Pana Andrzeja Wajdy. Jeżeli chcecie, możecie na nią iść. Ja się ani nie obrażę, ani nie wyciągnę z tego żadnych konsekwencji...
Chyba właśnie takiego przyzwolenia trzeba mi było. Jasne, że poszłam na nią, przecież na moich oczach toczyła się jakaś część historii naszego kraju. Poza tym wychowałam się na filmach Pana Wajdy, było więc dla mnie oczywiste, że jeżeli tylko jest taka okazja, to idę! Co ciekawe, tylko ja wybrałam tą opcję. Rozumiem, nie to pokolenie.
Słońce pięknie świeciło nad Krakowem, tak jakby i ono chciało pożegnać wielkiego reżysera. Nic dziwnego, że plac przed kościołem zapełnił się ludźmi. Ale tuż przed nabożeństwem stało się coś dziwnego - niebo zakryły ciemne chmury i zaczął z nich siąpić deszcz. Myślicie, że zmiana aury zniweczyła moją chęć uczestniczenia w ostatnim pożegnaniu? Gdzie tam, nie ze mną te numery. Z kapturem na głowie wsłuchiwałam się w najpierw w treść listów przesłanych przez pana Lecha Wałęsę, Romana Polańskiego oraz panią Agnieszkę Holland, a następnie przepięknego kazania wygłoszonego przez księdza Andrzeja Kłoczowskiego >>KLIK<<. Najwięcej emocji wzbudziło we mnie chyba pożegnanie wygłoszone przez jedną z podopiecznych, Dorotę Segdę. Wiem, że o zmarłych nie powinno mówić się źle, ale ona tak ciepło wspominała swojego mistrza, że aż chciało się słuchać. A potem, potem żona wyniosła urnę z prochami swojego ukochanego męża. Przeszli tuż obok mnie! Tak samo jak Dorota Segda, Jerzy Trela, Wojciech Siemion i Daniel Olbrychski. Idealny moment do zrobienia zdjęcia. Ale oczywiście, znowu odezwało się moje sumienie. 
Kiedy urna z prochami Pana Andrzeja Wajdy została włożona do karawanu, na Placu Wszystkich Świętych rozległy się gromkie brawa - w ten piękny sposób społeczność podziękowała legendarnemu reżyserowi za piękne filmy, które po sobie pozostawił. A później wiele osób, czy to podstawionymi przez miasto autobusami, czy wręcz na nogach, wybrało się na cmentarz na Salwatorze, gdzie Pan Andrzej spoczął na wieki w grobowcu swojej mamy. Niestety, nie mogłam się na niego udać z powodu obowiązków studenckich, nie mniej cieszę się, że miałam okazję wziąć udział chociaż we Mszy świętej i w ten sposób podziękować tej wspaniałej osobistości za wszystko, co zrobił dla polskiej kinetografii.

2 komentarze:

  1. Filmów pozostawił wiele świetnych, a innych spraw nie chcę poruszać. Nie poznałam go nigdy, więc nie wiem jakim był człowiekiem na co dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z tego, jakim był człowiekiem poza planem zostanie oceniony tam na górze

      Usuń