Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 25 grudnia 2016

Po prostu był "dobry jak chleb"

25 grudnia 1916 roku Kraków obiegła wiadomość o śmierci założyciela zakonu albertynów, a także wielkiego przyjaciela ludzi ubogich i bezdomnych - brata Alberta Chmielowskiego. W odbywających się trzy dni później uroczystościach pogrzebowych wzięło udział nie tylko liczne grono przedstawicieli władz miejskich, ale przede wszystkim cała rzesza tych, których najbardziej umiłował - ludzi będących na marginesie społeczeństwa. Wszyscy zaś szeptali pomiędzy sobą, że "umarł święty".
Był dobrze zapowiadającym się malarzem. Nic więc dziwnego, że przyjaźnił się z największymi artystami swoich czasów, takimi jak Gierymski, Chełmoński czy Wieczółkowski. Znał się też z Sienkiewiczem oraz Modrzejewską. Mimo to wyrzekł się wszystkiego i oddał całkowicie najbiedniejszym. Był "jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić, nakarmić się".
Adam(bo takie było świeckie imię Chmielowskiego) urodził się 20 sierpnia 1845 roku w Igołomi, jako syn Wojciecha i Józefy. W 1861 roku rozpoczął naukę w Instytucie Puławskim na wydziale rolniczo - leśnym. Kiedy 23 stycznia 1863 roku wybuchło powstanie, postanowił opuścić szkołę i przyłączyć się do oddziałów powstańczych. Udział w zrywie przepłacił utratą nogi, którą rozerwał mu artyleryjski granat we wrześniu podczas bitwy pod Mełchowem. Amputację przeprowadzono w stodole, bez środków znieczulających. Podobno Chmielowski musiał sam trzymać świeczkę, którą rozjaśniano panujący mrok. Wkrótce osiemnastoletni młodzieniec został wzięty do niewoli, z której wydostaje się dzięki staraniom rodziny(podobno wynieśli go po zmroku w trumnie).
Chmielowski wkrótce wyjeżdża do okraszanego sławą Paryża, gdzie otrzymał bardzo nowoczesną protezę nogi. Dzięki niej mógł tańczyć, a nawet jeździć na łyżwach. Z stolicy Francji powrócił po dwóch latach. W 1867 roku zdał maturę, która otworzyła mu drogę na studia. W tym samym czasie zaprzyjaźnił się z malarzem Maksymilianem Gierymskim. To on namówił młodego Adama na studia malarskie w Monachium. Było to najważniejsze, obok wspomnianego wcześniej Paryża, centrum ówczesnej sztuki. Znalazł się tam w tzw. sztabie, czyli elitarnym gronie wybitnych polskich artystów. Razem stanowili zgrany zespół - jak wspominał Leon Wyczółkowski pewnego dnia gdy przechodzili jedną z monachijskich ulic zastanawiając się skąd wziąć pieniądze na obiad. Nagle Adam zszedł z krawężnika i podłożył nogę pod koła przejeżdżającej karety. Nic mu się nie stało, ale przerażony właściciel pojazdu widząc leżącego na ziemi i wijącego się z bólu młodzieńca, wypłacił mu sporą sumę pieniędzy.
Po powrocie ze studiów w 1874 roku coraz częściej myślał o poświęceniu się Bogu, nie rezygnując jednocześnie z ambicji twórczych. Zamieszkał w warszawskim Hotelu Europejskim, w którym mieli swoje pracownie Józef Chełmoński i Stanisław Witkiewicz. Rok później wystawił swój pierwszy obraz "Ogród miłości" oraz opublikował rozprawę "O istocie sztuki". Nie widząc swojej przyszłości artystycznej w Warszawie, postanowił na rok wyjechać do Lwowa, gdzie zaprzyjaźnił się z Leonem Wyczółkowskim.
Powołanie coraz bardziej dawało o sobie Adamowi znać, toteż w 1880 roku wstąpił do zakonu jezuitów, w którym po kilku miesiącach przeżył głębokie załamanie nerwowe. Został więc wysłany do zakładu dla psychicznie chorych. Temu niezwykle trudnemu doświadczeniu wewnętrznemu kres położyła spowiedź generalna w 1882 roku. Zachęcony przez spowiednika wstępuje do III. Zakonu św. Franciszka gromadzącego ludzi świeckich, czyli zostaje tercjarzem. Przez dwa lata przemierza pieszo Podole, Wołyń oraz Polesie, odnawiając przydrożne kapliczki, zrujnowane kościółki, jak również szerząc wśród ludzi idee tercjarskie. Niestety, ta działalność nie uszła uwadze władzom carskim, które dwa lata później wydaliły Chmielowskiego z granic Rosji.
Wygnany Adam osiedla się w galicyjskim Krakowie, gdzie wynajmuje pracownię malarską. Powstaje w niej obraz "Ecce Homo", który rozsławił nazwisko Chmielowskiego na cały świat. Wizerunek umęczonego Chrystusa zaczął malować jeszcze przed wstąpieniem do jezuitów. Nigdy się z nim nie rozstawał, wielokrotnie go przerabiając i uzupełniając. Jego dorobek artystyczny, obejmujący co najmniej kilkadziesiąt obrazów olejnych, uległ w znacznej mierze rozproszeniu i zniszczeniu. Kiedy pewnego razu brat Albert chciał sprzedać na rzecz swoich biedaków kilka płócien przechowywanych na strychu, okazało się, że braciszkowie zużyli je na dekoracje w jasełkach.
W 1888 roku Adam Chmielowski złożył prywatny ślub czystości, w którym zmienił imię z Adama na Alberta. Wydarzenie to uznaje się za zapoczątkowanie zgromadzenia albertynów. Swoją pracownię malarską zamienia w przytułek dla bezdomnych, zaś z magistratem krakowskim podpisuje umowę na prowadzenie pierwszej w mieście ogrzewalni.
Brat Albert, zafascynowany osobą św. Franciszka, wymagał od swoich współbraci bezwzględnego ubóstwa. Zabraniał im nawet dotykać pieniędzy(nawet brat-ekonom brał je przez habit). Początkowo albertyni nie posiadali ani stołów, ani krzeseł, posiłki zaś spożywali siedząc wprost na podłodze. Podobnie jak Biedaczyna z Asyżu, który był jedynie diakonem, brat Albert nie czuł się godny zostać kapłanem.
Przerażony straszliwą nędzą, zaangażował się w działalność towarzystw dobroczynnych. Wkrótce jednak przekonał się, że filantropia uspokajająca sumienia ludzi bogatych niewiele ma wspólnego z prawdziwym miłosierdziem. Zamieszkał wiec razem z wyrzutkami społecznymi, gromadzącymi się w tzw. ogrzewalniach. Sam dla nich gotował to, co codziennie wyżebrał, objeżdżając swoim wózkiem ulice Krakowa. Wielu uważało go za wariata. Wkrótce jednak przekonano się, że dzięki jego działalności w mieście zadziwiająco spadła przestępczość.
Po pewnym czasie u boku brata Alberta stanęli wierni współpracownicy, wśród nich odważne kobiety. Pierwszych siedem sióstr zakonnych złożyło swoje śluby trzy lata po bracie Albercie - w 1891 roku, tworząc zgromadzenie albertynek. W dniu złożeniu ślubów zostały obrzucone kamieniami przez bandę stręczycieli, nie chcących dopuścić do tego, żeby albertynki zajęły przytułek dla kobiet. Niechętnie patrzyli na nie również niektórzy księża - pewien kapłan w obecności wiernych odmówił im Komunii św. wypominając, że mieszkają z prostytutkami.
W trosce o silny fundament duchowy brat Albert zakładał pustelnie męskie i żeńskie, gdzie jego współpracownicy pogłębiali swoje życie wewnętrzne. Pierwsza z nich powstała w 1898 roku na Kalatówkach. Do dzisiaj można zwiedził klasztor sióstr albertynek usytuowany nieopodal Górki, w którym modlił się sam Albert Chmielowski.
Wraz z nastaniem 1916 roku zdrowie brata Alberta zaczęło poważnie szwankować. Podczas pobytu albertyna we Lwowie zdiagnozowano u niego nowotwór żołądka. Diagnozujący go lekarz nie pozostawiał złudzeń co do długości życia Chmielowskiego. Jeszcze w listopadzie zdążył pojechać do przebywających w pustelniach współbraci, aby się z nimi pożegnać. Ostatni miesiąc swojego życia spędził właściwie nie ruszając się z łóżka. Pomimo wciąż pogarszającego się stanu zdrowia nie zrezygnował z ascetycznych reguł życia zakonnego, które sam ustanowił. Jedyne o co poprosił przed śmiercią to o zapalenie cygara. Pamiętał bowiem dobrze, jak podczas amputacji nogi dali mu je do wypalenia, aby nie czuł bólu. 23 grudnia Chmielowski przyjął sakrament namaszczenia chorych. Od tego czasu przyjmował już tylko wodę. Zmarł w dzień Bożego Narodzenia w otoczeniu swoich współbraci na skutek perforacji żołądka. Zostawił po sobie piękny testament w postaci setek przytułków i schronisk dla ludzi będących na marginesie społeczeństwa, ubogich, kalekich, bezdomnych. Zgromadzenie albertynów i albertynek działa do dzisiaj, niosąc im pomoc. Postać Alberta Chmielowskiego była inspiracją do napisania dramatu "Brat naszego Boga" przez Karola Wojtyłę. Mówi się też, że patrząc na przemianę Adama Chmielowskiego w brata Alberta młody Wojtyła odkrył drogę swojego powołania. Faktem jest że po latach, już jako papież Jan Paweł II, najpierw beatyfikował, a po sześciu latach kanonizował brata Alberta, który dzisiaj patronuje m.in. mojej diecezji sosnowieckiej. Zaś nadchodzący, 2017 rok, został ogłoszony w naszym kraju Rokiem Adama Chmielowskiego.
I ja Wam z całego serca Kochani życzę, byście zawsze byli tak samo dobrzy, jak świeżo wypieczony chleb...

5 komentarzy:

  1. Szkoda, że w dzisiejszych czasach brakuje takich ludzi jak on

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, brat Albert był nietuzinkową postacią.

      Usuń
  2. I takiej dobroci nam wszystkim potrzeba...

    OdpowiedzUsuń
  3. Oby jak najwięcej takich ludzi!

    OdpowiedzUsuń
  4. Pytanie tylko czy dzisiejszy świat nie poszedł tak bardzo innymi torami, w których ludzie kierują się zupełnie innymi wartościami niż te 100 lat temu?

    OdpowiedzUsuń