Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 31 stycznia 2016

Grzmot błyskawicy skuteczniejszy od budzika

A kto pojmuje warstwę chmur 
i huk [niebieskiego] namiotu? 
On, Najwyższy, ogniem zieje 
i zakrywa podstawy morza. 
Tak utrzymuje ludzi 
i żywność im daje obficie. 
Błyskawicą zbrojne ma ręce, 
wskazuje jej cel oznaczony, 
głos przeciw niemu wydaje: 
zazdrosny gniew na nieprawość.(Hi 36, 29-33)

Podczas zastanawiania się nad dzisiejszą notatką dotyczącą zjawiska pogodowego jakim jest burza, przyszedł mi na myśl powyższy fragment z starotestamentalnej Księgi Hioba opisujący to zjawisko. Dlaczego akurat ten? Może dlatego, że oddaje majestat tego zjawiska? Nie wiem, nie potrafię tego logicznie wyjaśnić.
Po emocjach związanych z wczorajszym dniem - zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych oraz wieczornym powtórzeniem sobie materiału z prawa archiwalnego przed dzisiejszym egzaminem, postanowiłam rano trochę sobie pospać. Trochę, czyli do 6:30(od ósmej miałam zajęcia na policealnym kierunku). I na tą właśnie godzinę nastawiłam sobie budzik. Tak mi się przyjemnie spało, nawet stres przed prawem nie był w stanie tego zepsuć. Aż tu nagle za oknem pojaśniało i dwa razy zagrzmiało. A potem jak gdyby nigdy nic zabieliło się za oknem. Oczywiście grzmot był na tyle głośny, że poderwałam się z łóżka na równe nogi. A nóż widelec ten huk mógł się okazać oznaką burzącego się bloku? Pomyśleć, że kiedy dawniej budowano coś, to stosowano takie techniki, że budowle te przetrwały w większości do dnia dzisiejszego. Tymczasem współczesne budynki mają okres gwarancji do 50 lat(jak to powiedział mój wykładowca od archeologii krajów śródziemnomorskich - biada mieszkającym w blokach na krakowskiej Nowej Hucie). Na szczęście w tym przypadku owy huk okazał się tylko zjawiskiem przyrodniczym. Niestety, nie udało mi się jeszcze na chwilę zasnąć, chociaż do planowanej pory pobudki miałam jeszcze ponad godzinę. Nie byłam już jednak zmęczona. Czyżby stres tak na mnie podziałał? Co ciekawsze, na tych dwóch grzmotach skończyło się całe widowisko. A szkoda, bo jeszcze nie byłam świadkiem połączenia burzy i śnieżycy. Śnieg też się niezbyt ustał - stopniał już o 10 godzinie. No cóż, ferie mamy dopiero w ostatniej turze, myślicie że do tego czasu napada coś?
A propo ferii zimowych, to ponownie będę brała w nich udział na zasadzie animatora przy pracy z dziećmi, a nawet jest szansa, że będę samym wychowawcą jakiejś grupy. Wszak uprawnienia ku temu mam, i to nawet z samego kuratorium oświaty. Szkoda, żeby się marnowały. Ale wszystkiego dowiem się na dzisiejszym spotkaniu.

Prawo archiwalne zdałam. Na bardzo dobry :).

sobota, 30 stycznia 2016

Pech przedostatniego dnia stycznia

Ostatnio nie miałam żadnych niespodziewanych przygód w moim życiu. Sesja - idzie. Życie - idzie. Zdrowie - jedynie napady kaszlu przypominają mi o niedawno przebytej chorobie. Poza tym wszystko szło w miarę harmonijnie. Do dzisiaj. 
V Parafialny Koncert Kolęd i Pastorałek - styczeń 2011 roku
W tygodniu dostałam SMS-a informującego mnie, że próba scholi przed kolejnym parafialnym koncertem kolęd i pastorałek, została przeniesiona z piątkowego wieczoru na dzisiejsze przedpołudnie. Super - każdy pretekst jest dobry, aby nie pójść na zajęcia do szkoły policealnej :D. Małe wagary jeszcze nikomu nie zaszkodziły, zwłaszcza po meilu od prowadzącej zajęcia na skrzynce grupowej, że chce na nich widzieć głównie te osoby, które napisały egzamin z podstaw archiwistyki na tzw. "połówki"(tj. 2,5; 3,5 i 4,5). Czyli nie mnie hi, hi! Zresztą po ostatnim tygodniu, obfitującym w zaliczenia, egzaminy i tym podobne przyjemności dzień przerwy jest jak najbardziej wskazany, choćby ze względu na zdrowie psychiczne i fizyczne. Przynajmniej mogłam się wyspać... Obudziłam się przed 9. Wspaniale, do próby miałam jeszcze trochę czasu, więc szybko usmażyłam sobie jajecznicę, przebrałam kotu "pieluchy" i zabrałam się za czytanie książki do geografii, wszak w poniedziałek mam egzamin z regionów turystycznych. Materiału sporo, czasu mało - czasami mam wrażenie, że czas kurczy się w niesamowitym tempie. Kiedy chciałam wyjść do kościoła na próbę, koteczek postanowił sobie poskakać pomiędzy pokojem, a kuchnią przez okno dzielące te dwa pomieszczenia. Warunki ku temu Puśka miała idealne - z jednej strony lodówka, z drugiej półka z książkami. I kiedy tak sobie skakała pełna szczęścia i radości zahaczyła o stojak z kasetami magnetofonowymi, zrzucając go na ziemię. Oczywiście wszystko się rozsypało, na szczęście sam stojak jest cały i zdrowy. A kotka? Kotka po tym wszystkim zasuwała do łazienki, aż się kurzyło.
Na tym jednak mój dzisiejszy pech się nie skończył. Poszłam na tą całą próbę, nawet się ucieszyli na mój widok, o dziwo. Mamy wepchnęły mnie między dzieciaki, co nie było takie trudne, zważając na moją posturę. Jest jednak jeden mały szkopuł w tym wszystkim - one jeszcze rosną, ja już nie. Płyta z podkładami, którą kiedyś przyniosłam do scholi, po raz kolejny się przydała, tym razem wykorzystali pastorałkę "Do Betlejem spieszmy":
Więc spieszmy się spieszmy naprzeciw Miłości,
Co serca ogrzeje, umocni w radości,
Więc spieszmy się spieszmy pokochać dziś ludzi,
A Bóg między nami pokój przywróci.
Sam układ tegorocznego koncertu niezbyt mi się podoba, ale tutaj najmniej ode mnie zależy. Z drugiej strony trzecie różne jasełka w parafii w jednym okresie bożonarodzeniowym to już przesada. Rozumiem, że wykonawcy nie dopisali  tak, jak w poprzednich latach, ale może warto zastanowić się dlaczego, a nie robić czegoś na siłę. Denerwuje mnie też postawa co niektórych mamusiek(wyrażająca się w postawie - co to ja nie jestem), ale cóż, ludzi nie zmienię.
Wychodząc z próby dowiedziałam się, że muszę skoczyć do parafialnego Oratorium, gdzie znajdowały się nasze alby. Z reguły są one w salce nad kancelarią parafialną, ale z powodu remontu pomieszczenia zostały one przeniesione do Oratorium. Ponieważ księża chodzą po kolędzie, dostałam nawet klucz do budynku. Na miejscu bez problemu udało mi się wejść do środka(co nie zawsze jest takie proste) i zeszłam na dół do suszarni(teoretycznie, bo w praktyce to pomieszczenie jest salką Akcji Katolickiej). Bez problemu zalazłam mój wieszak i udałam się w drogę powrotną do kościoła, oczywiście zamykając za sobą drzwi na klucz. Dochodzę do kościoła, próbuję wejść do środka, a tu niespodzianka, wszystko pozamykane. Na szczęście wiem gdzie mieszka osoba, od której miałam klucz, więc postanowiłam pobiec do niej do mieszkania i jej go oddać. Ostatnio miałam kłopoty z nadgorliwym stróżem bloku, teraz jednak weszłam do środka bez problemu. Pukam do drzwi i cisza, nic, nawet głupiego szmeru po drugiej stronie. Czyli jeszcze nie dotarła do domu. Już miałam koncepcję wrzucenia klucza do skrzynki pocztowej i napisać jej o tym w SMSie, na szczęście zobaczyłam ją na horyzoncie. Oddałam jej klucz, oczywiście usłyszałam, że mogłam jej przynieść na Mszę świętą, jednak nie lubię trzymać nie swoje rzeczy dłużej, niż to jest potrzebne. Przy okazji dała mi reklamówkę na albę, żebym nie musiała jej nieść w rękach. 
Reklamówka była za duża i przez większość drogi ciorała się po płytach chodnikowych oraz ziemi, przez co wydarła się dziurka. Żeby to jeszcze była dziurka, to byłby mały pikuś. Tymczasem sprawy nabrały rozpędu i w ślad za reklamówką i alba zaczęła się tarzać po ziemi. Skutek tego zobaczyłam dopiero w moim mieszkaniu - lewe ramię było uciorane w ziemi. Zaprałam to w szamponie i soku z cytryny i wtedy zobaczyłam co tak naprawdę się stało - w miejscu zabrudzenia ukazały mi się trzy małe dziurki. 
Płakać mi się chce i zastanawiam się, co z tym zrobić. Dzisiaj już wystąpię w albie taka jaka jest, ale potem? Jak zaszyję, czy nawet naszyję łatkę - będzie widać nieestetyczne szwy. Jeżeli nic z tym nie zrobię, to po kolejnych praniach dziurki będą się powiększać. Tak źle i tak niedobrze. Więc co? Na nową albę nie mam. Mogę podmienić, ale czy wtedy będę się czuła dobrze? No nic, mam trochę czasu, więc pomyślę co zrobić z tym fantem. A tymczasem zbieram się powoli do wyjścia do kościoła. Koncert tuż, tuż.

piątek, 29 stycznia 2016

Siódme miejsce też dobre...

Od dwóch tygodni, podobnie jak wiele naszych rodaków, żyję sportowym wydarzeniem, jakim są rozgrywające się w naszym kraju Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn. Wiem, wiem, specyficzne zainteresowanie jak na przedstawicielkę płci żeńskiej, aczkolwiek sama w liceum uprawiałam tą dyscyplinę sportu. Chociaż z perspektywy czasu wydaje mi się, że słowo "uprawiałam" jest tutaj zbyt wyniosłe, ja tylko stałam na bramce :D.
O mistrzostwach, które rozgrywały się m.in. w Krakowie, "mówiło" wszystko: bilbordy na słupach, banery na dworcu autobusowym, reklamy na tramwajach, trójwymiarowe loga na plantach, a nade wszystko zegar umieszczony na jednym z krakowskich rond, który odmierzał czas do rozpoczęcia igrzysk. Nic w tym dziwnego - chociaż rozgrywki toczyły się w wielu miastach, to jednak Kraków ze swoją Tauron Areną był ich głównym gospodarzem. Co tu dużo pisać - nawet gdyby człowiek chciał, to i tak by nie mógł się nie dowiedzieć o tym wydarzeniu.
Co ważniejsze mecze, a już na pewno te z udziałem polskiej reprezentacji, starałam się oglądać. Chłopcy dostarczyli mi emocji, nie ma co. Po doskonałym początku i trzech wygranych z Serbią, Macedonią i Francją(kilkoma punktami, bo kilkoma punktami, ale zawsze) zaczęły się schody. Pierwsza przegrana nastąpiła w rozgrywce z Norwegią - przegraliśmy z nimi 30 - 28. Ale to nic, po drodze był jeszcze mecz z Białorusią i wygrana 5 punktami. Nadzieja odżyła. Odżyła, zaledwie na dwa dni. Bo oto w minioną środę przyszło nam się zmierzyć z niezwykle dobrą w te klocki Chorwacją. Naszym od początku nie szło - kiedy Chorwaci wyczyniali cuda z piłką, nasi się po prostu z nią bawili. Widać było słabą organizację, a nade wszystko słabą współpracę. Najbardziej w tym wszystkim rozbawiali mnie komentatorzy, którzy do ostatnich chwil mieli nadzieję... Ta, widać że się nie bardzo znają na tym fachu. Nie da się w dziesięć bramek odrobić kilkunastu bramek. Bo co z tego, że chłopaki obudzili się tuż przed końcem rozgrywki? Tutaj trzeba było agresywnie grać od samego początku! Nie musieliśmy wygrywać - wystarczyła przegrana 4 punktami, abyśmy mieli szansę na finał. Tymczasem po dzisiejszej rozgrywce ze Szwecją wylądowaliśmy ostatecznie na 7 miejscu. Nie źle, co nie oznacza że nie mogło być lepiej(kurczaczek, zaczynam gadać jak mój trener piłki ręcznej).

czwartek, 28 stycznia 2016

Kiedy pasja przeplata się ze śmiercią

W kamienicy mojego dziadka było niezamieszkałe poddasze. Prawie niezamieszkałe, ponieważ dziadek hodował tam gołębie. Kilka z nich było moich - trzymanych jednak u dziadka z powodu braku u nas warunków lokalowych. Do dzisiaj pamiętam równiutko poukładane klatki zza których krat wyglądały śnieżnobiałe czy też popielate łebki. Klatki były ustawione tak, aby ptaki mogły widzieć błękitne niebo przez ok no, a także, żeby zimą nie ziębił ich wiatr. Przesada? Niekoniecznie - dzikie gołębie cały czas się ruszają, dzięki temu nie jest im tak zimno. Udomowione gołębie hodowane w klatkach mają znacznie utrudnioną tą czynność. W letnie dni bardzo często ptaki były wypuszczane na zewnątrz, gdzie szybowały wśród bloków i kominów. Co ciekawe, były na tyle wyszkolone, że praktycznie zawsze wracały na znajome poddasze, gdzie czekał na nie ciepły kąt oraz smaczna pasza. Były one prawdziwą dumą dziadka i chętnie je pokazywał wszystkim zainteresowanym. Kochał też jeździć na targi i wystawy poświęcone gołębiom, z których często przywoził kolejnego pupilka.
28 stycznia 2006 roku przypadł w pierwszy dzień ferii zimowych w województwie śląskim. Dzień wcześniej zadzwonił do nas dziadek z propozycją, że zabierze mnie na drugi dzień na Międzynarodowe Targi Gołębiarskie do Katowic w ramach nagrody za średnią na koniec semestru. Oczywiście rodzice nie mieli nic przeciw temu - wiedzieli, że dziadek zaraził swoją pasją również i mnie. Więc dlaczego miałabym siedzieć w domu, skoro mogłam jechać do Katowic pooglądać ptaki i króliki. W sobotę wstałam bardzo wcześnie. Nie mogłam już się doczekać. Jednocześnie cieszyłam się, że wystawa była właśnie w pierwszy dzień ferii - za kilka dni miałam jechać na obóz sportowy, a to pokrzyżowałoby mi moje plany. Na szczęście stało się inaczej. W czasie jazdy autobusem dziadek obiecał mi kupić kolejnego gołębia - teraz moja radość nie miała końca.
Na miejsce dotarliśmy po 10. Hala targowa robiła wrażenie. I chociaż na zewnątrz wiał przeraźliwy wiatr, w środku było dosyć ciepło. Dziadek kazał mi się trzymać blisko niego - mimo wczesnej pory w pomieszczeniu już było sporo ludzi. Chodziliśmy sobie od stoiska do stoiska, podziwialiśmy gołębie, dziadek wypytywał o nowinki paszowe... Było dużo śmiechu, hodowcy zachwalali swoje ptaki. Pamiętam jednego pana, który miał na stoisku porcelanowe gołąbki. Dziadek zaopatrzył się w witaminy dla swoich ulubieńców, po czym poszliśmy poszukać gołąbka dla mnie. Wybraliśmy takiego małego popielatego z "podbitym okiem". Z hali wyszliśmy gdzieś po szesnastej. W drodze na przystanek zorientowałam się, że w hali zostawiłam rękawiczki. Nie było jednak sensu po nie wracać, zresztą i tak wkrótce przyjechał nasz autobus. Wsiedliśmy do niego zostawiając całą imprezę za sobą. Klatka z gołąbkiem spoczywała na moich kolanach. Na dworze powoli zapadał zmrok, jak to w zimie bywa...
Nagle zadzwoniła dziadka komórka. Wiedziałam, że to babcia. Dziadek jednak podczas rozmowy momentalnie pobladł, a uśmiech znikł mu z ust. Dopiero po chwili powiedział mi, że przed chwilą zawalił się dach hali, a babcia sprawdzała, czy nie jesteśmy w środku. Nie byliśmy. Po chwili jeszcze jeden telefon - tym razem to moi rodzice. Do domu dojechaliśmy w wielkiej nieświadomości tego wszystkiego. Zresztą nawet w telewizji pojawiły się lakoniczne informacje. Na początku nie robiły na mnie wrażenia - pobiegłam na strych z moim nowym gołąbkiem, planując na wakacje jego szkolenie. Dopiero na drugi dzień dotarło do mnie, co tak na prawdę się stało. I jedna jedyna myśl - przecież i ja tam mogłam być w tym momencie. Wystarczyło tylko wrócić po rękawiczki... Być może wtedy ofiar tej katastrofy nie było by 65, a 67?
Wyjazd kilka dni później na obóz sportowy nieco mnie odstresował, pozwolił zregenerować myśli. Widać tak miało być, widać miały zginąć małe dzieci(do dzisiaj mam przed oczami zdjęcie małego Tomka w gazecie, który wtedy stracił życie), a nie ja! Fatum, los, opaczność Boża - każdy będzie to widział po swojemu. W pamięć zapadła mi też piosenka zespołu "Ich troje" - "Śląsk jest w niebie". I chociaż nigdy specjalnie nie darzyłam go sympatią, to muszę przyznać, że ten utwór jakoś przypadł mi do gustu.
Od tej największej od czasu II wojny światowej katastrofy budowlanej minęło dokładnie 10 lat. Dla mnie to 10 lat podarowanego życia, dla kogoś innego życia bez bliskiej osoby. Winni do dzisiaj nie zostali ukarani. Ale czy nawet najwyższa kara zwróci życie 65 osobom? Czy nie lepiej przeznaczyć wydane na procesy pieniądze na architektów konstruujących stabilniejsze budowle, może z bardziej spadzistymi dachami? Denerwowały mnie też reakcje niektórych ludzi na akcję ratunkową - że ratownicy ratowali gołębie, a nie ludzi. A ja do dzisiaj pamiętam relacje ratownika, który opowiadał, jak w czasie akcji usiadł mu na ramieniu gołąbek z hali i przytulił łebek do jego policzka... Do dzisiaj mam łzy w oczach na to wspomnienie. Bo gołębie nie są głupimi ptakami. To inteligentne zwierzęta, które przywiązują się do człowieka, darząc go zaufaniem. Tylko my, pyszni ludzie, nie zawsze to widzimy i rozumiemy. A Gucio, gołąbek wtedy zakupiony, do dzisiaj cieszy moje oko i nawet jest moim ulubieńcem. Kto wie, być może i jemu uratowałam kuperek?

wtorek, 26 stycznia 2016

Irena Sendlerowa wersja kinowa

Wczoraj wieczorem po raz kolejny miałam okazję obejrzeć film przedstawiający sylwetkę niezwykłej kobiety, która w czasie II wojny światowej ratowała żydowskie dzieci wyprowadzając je z getta i znajdując chrześcijańskie rodziny będące gotowe je przyjąć do siebie pod opiekę - Ireny Sendlerowej. Na podstawie jej biografii powstał film opowiadający o jej trudnej, odważnej, a za razem dającej nadzieję misji, jaką pełniła w tamtych czasach pt.: "Dzieci Ireny Sendlerowej". Pierwszy raz miałam okazję go obejrzeć jeszcze w kinie, we wrześniu 2009 roku, w ramach prezentu urodzinowego. Pamiętam, że wtedy zrobił na mnie ogromne wrażenie. Z niecierpliwością oczekiwałam momentu, aż będę mogła ponownie go zobaczyć. I chociaż niedawno udało mi się go zdobyć, to bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że Telewizja Polska postanowiła nadać go w swojej ramówce. Termin do tego jest idealny - otóż w tych dniach przypada rocznica okropnego marszu więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz - Birkenau. Ucieczki, która dla wielu z nich okazała się drogą do tragicznej śmierci z powodu zimna, chorób i głodu.
Warszawa, czasy II wojny światowej. Irena Sendlerowa jest młodą pracownicą Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Dzięki pełnionej przez siebie funkcji ma prawo wstępu na teren odgrodzonego murem getta żydowskiego. Spotyka się tam z biedą oraz nędzą, ale nie tylko. W getcie zostali jej dobrzy znajomi - Rozenfeldowie, którzy podzielili los innych mieszkańców getta. Irena pomaga im w miarę swoich możliwości. Najbardziej boli ją jednak los przymierających głodem dzieci. Postanawia coś dla nich zrobić. Przynosi im chleb. Jednak z czasem uświadamia sobie, że w ten sposób nie uratuje ich. Wpada więc na pomysł, aby chociaż kilkoro z nich wyprowadzić poza teren getta. Od tej chwili od czasu do czasu udaje jej się przeprowadzić na aryjską stronę jakiegoś małego wyznawcę judaizmu. Schemat tego wyczynu jest zawsze taki sam - najpierw przebiera dziecko w czyste ubranie, potem bierze na jakiś czas do siebie, potem odstawia do mieszkania swojej znajomej, Jadwigi. W tym czasie szuka mu polskiej rodziny, która by się nim zaopiekowała, załatwia sfałszowane świadectwa chrztu. Każde dziecko, które udaje jej się umieścić w chrześcijańskiej rodzinie, zostaje zapisane na karteczce, która wrzucana była do słoika. Dzięki temu po wojnie istniała możliwość odnalezienia poszczególnego dziecka i oddania go prawowitemu rodzicowi. Swoją działalnością zwróciła na siebie uwagę Rady Pomocy Żydom, "Żegocie", która zaoferowała pomoc pieniężną, a także Gestapo. Ci ostatni w pewnym momencie złapali kobietę i zaczęli wypytywać o prowadzoną przez nią działalność, a także co wie na temat Konrada Żegoty(oczywiście była to fikcyjna postać zaczerpnięta z "Dziadów", Niemcy jednak o tym nie wiedzieli). Ona jednak nie zdradziła się. Nie złamało jej nawet wydanie na nią wyroku śmierci - do końca pozostała wierna "Żegocie". Na szczęście sprawdziło się powiedzenie, że dobro powraca - tak jak kiedyś ona ocaliła życie ponad 2 tysiącom żydowskich dzieci, tak wtedy znalazł się ktoś, kto ocalił jej życie. Dzięki temu mogła dożyć naszych czasów. Irena Sendlerowa, Sprawiedliwa wśród Narodów Świata, zmarła 12 maja 2008 roku. Dobrzy ludzie podarowali jej więc jeszcze ponad 60 lat pięknego życia.
Film powstał na podstawie książki Anny Miesznikowskiej, "Matka Dzieci Holokaustu. Historia Ireny Sendlerowej". Warto tutaj dodać, że tuż przed ukazaniem się filmu w kinach wyszła książka pod tym samym tytułem. Tym razem był dla mnie odskocznią od codziennego życia, od nauki, przygotowywania się do kolejnych zaliczeń i egzaminów. A jednocześnie idealnie wkomponował się w obszar jednego z moich zainteresowań, czyli holokaustu. Teraz czekam na koniec sesji, żeby spokojnie iść na "Syna Szawła", również poruszającego ten trudny temat. Ale na razie nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość, bo jeszcze nie wiadomo co nam przyniesie.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Bajkopisarz turystyczny

Kończyłam dzisiaj pisać pracę zaliczeniową z Zabytków Bliskiego Wschodu. Praca z jednej strony podchodząca pod moje studia, polegającą na opracowaniu wycieczki dla kilku osób, ale... No właśnie, jest jedno małe "ale". Jak można układać program wycieczki po kraju, w którym nawet się nie było? A moje zaliczenie polegało właśnie na napisaniu programu wycieczki po miastach rzymskich na Bliskim Wschodzie. Bo co z tego, że na ten temat mogę znaleźć sporo informacji w internecie, co z tego, że mogę nawet sprawdzić trasę przejazdu na google maps? Nic, naprawdę nic nie zastąpi faktycznego udania się w dane miejsce i obejrzenia tego, czy innego zabytku. Żadna mapa nie odda realnej trasy naszego przejazdu. Czasami wręcz pokazuje o wiele dłuższą drogę, niż można ją przebyć w rzeczywistości. Dzięki przebywaniu w danym miejscu możemy też ułożyć najbardziej optymalną trasę zwiedzania zabytków w zakresie poruszania się po mieście pieszo. Bo nie zawsze trzeba wszędzie podjechać busem, czy wynajętymi samochodami. Owszem, wymaga to nakładów finansowych i czasowych, ale pomyślmy sobie, czy bardziej wolelibyśmy mieć pilota wycieczki, który w jakimś tam stopniu zna okolicę, czy też takiego, który się kompletnie w niej nie orientuje. Bo i tacy, niestety, się zdarzają. Można więc teoretycznie ułożyć plan wycieczki do miasta, którego się kompletnie nie zna na podstawie przewodników i map, ale to trochę tak, jakby pisało się bajki o podłożu turystycznym.
Pracę napisałam i wysłałam, bo taki był warunek zaliczenia przedmiotu. Ale czułam się właśnie jak taki bajkopisarz, kiedy pisałam kolejne punkty wycieczki. Mój problem potęgował fakt, że opuściłam sporo zajęć z tego przedmiotu. Ale takie są realia studiowania na dwóch uczelniach. Na szczęście coś tam znalazłam na Internecie, coś w notatkach. Wyszło mi z tego 7 dni wycieczki po miastach syryjskich oraz jordańskich. Trochę kłopotów miałam z cenami, bo nie wszędzie były podane, dlatego czasami podałam tylko sugerowane kwoty. Trzeba sobie jakoś radzić...
A jutro czeka mnie zaliczenie z łaciny, statystyki oraz rosyjskiego. Sporo tego, ale poradzę sobie. Muszę! Dlatego staram się nie poddawać i przeć do przodu. Optymizm przede wszystkim!

niedziela, 24 stycznia 2016

W dniu patrona parafii


Człowiek ma swoje dwa święta - urodziny i imieniny. Zaprasza wtedy znajomych, dostaje prezenty, życzenia. Tak samo Kościół w ciągu roku obchodzi takie jakby urodziny(czyli rocznicę konsekracji) oraz imienin(przypadających w dniu wspomnienia jej patrona bądź wezwania). Moja parafia nosi wezwanie Nawrócenie św. Pawła Apostoła, którego wspomnienie przypada 25 stycznia. Od jakiegoś czasu wspomnienie przeniesione jest na niedzielę poprzedzające ten dzień, chociaż pamiętam jeszcze czasy, kiedy na odpusty chodziło się także w ciągu tygodnia.
św. Paweł Apostoł
Rano jeszcze nie wiedziałam, czy wyrobię się do godziny 12:30, na którą zaplanowana była uroczysta suma odpustowa. Dobrze, że ta godzina jest stała, bo ostatnio z powodu przeziębienia nie było mi po drodze do kościoła i wyleciałam z obiegu informacyjnego(chociaż z co niektórzy sami kazali mi się wykurować, więc chyba mogę czuć się trosiuteńko usprawiedliwiona, prawda?). A stronka internetowa uboga w newsy, oj uboga. Z drugiej strony chociaż mamy niedzielę, to ja i tak od rana byłam na zajęciach w szkole policealnej. W dodatku przez 2 godziny pisałam egzamin semestralny z podstaw archiwistyki. Łatwy był, ale... moje schorzenie wyklucza szybkie pisanie. Sprowadza się to do tego, że szybciej myślę niż piszę. Nie przeszkodziło mi to jednak w ukończeniu studiów licencjackich, a aktualnie do kształcenia się na czterech kierunkach. Bo głowę mam dobrą, tylko ręce nie te... Na szczęście egzamin oddałam po 10. Czyli miałam +/- dwie i pół godziny do uroczystości. Posiedziałam jeszcze godzinę i zwolniłam się z dalszych zajęć. 
Udało mi się przybyć na miejsce jeszcze przed czasem, co nie jest oczywiste, ucząc się w innym mieście. Świątynia powoli zapełniała się wiernymi, przybyły też poczty sztandarowe z sąsiednich parafii. Aż wstyd, że nasza parafia się nie doczekała jeszcze swojego. Również schola zaczęła powoli się schodzić. Bo dzisiaj zamiast tradycyjnie śpiewać o godzinie 11:00 śpiewaliśmy półtorej godziny później na spółkę z parafialnym zespołem muzycznym. Szczerze powiedziawszy nie do końca byłam pewna, czy zaśpiewamy wtedy. Nic jednak nie traciłam idąc na 12:30. No i udało mi się wstrzelić w tłum. He, he, ma się ten talent. 
Na Mszy świętej kolejne zaskoczenie - przewodniczył w niej mój ulubiony ksiądz J., który niegdyś pracował w naszej parafii. Ostatni raz był u nas dwa lata temu, też z okazji parafialnego odpustu. Tamta wizyta była jednak szczególna. Kiedy odchodził z parafii w 2004 roku, zostawił budynek kościelny oraz Oratorium w fazie budowy. Jemu samemu przyszło spać w wynajmowanym w bloku mieszkaniu oraz odprawić większość Mszy świętych w nędznym baraku. Tymczasem po blisko dziewięciu latach zastał wybudowaną świątynię wraz z gmachem Domu Młodzieżowego połączonego z plebanią, na której spożył uroczysty obiad i obejrzał przedstawienie na temat Jana Bosko. W tym roku znowu wrócił na "stare śmieci". Przez te dwa lata niewiele się zmieniło. Może tylko ściany kościoła zostały pomalowane na piaskowy kolor. No i dzieci ze scholi urosły. Jemu samemu zaś posiwiał włos. Jednak głos pozostał tak samo mocny, jak kilkanaście lat temu, kiedy opowiadał wszystkim o świętym Janie Bosko. Znowu stawiał wszystkim za wzór osobę świętego Pawła, który w drodze do Damaszku przeżył nawrócenie i zaczął głosić wszystkim ludziom Dobrą Nowinę. Bardzo ciekawie opisał to wszystko pan Jan Dobraczyński w jednej ze swoich książek - "Święty Miecz". 
Wiecie co podczas takich uroczystości sprawia, że szybciej bije mi serce? Śpiewanie uroczystego "Ciebie Boga wysławiamy" w czasie litanii do św. Pawła. Nie wiem dlaczego, ale ta pieśń ma w sobie to coś, co sprawia, że człowiek zaczyna czuć, że faktycznie jest blisko Boga. Lubię też chwilę okadzania po modlitwie nad darami. 
Dzisiejsza Msza święta nie trwała jednak zbyt długo. Jedyne czego mi brakowało, to kolęd śpiewanych przez scholę(bo zespół muzyczny wywiązał się z tego idealnie). No i podziękowania w imieniu parafian dla księdza J. Zawsze dziękowało się czy to księżom rekolekcjonistom, czy też przybyłym na odpust. A dzisiaj nic, zmieniła się władza Parafialnego Oddziału Akcji Katolickiej i wszystkie tego typu sprawy się posypały.
Żałuję też jednej rzeczy - że w tym dniu nikt nie składa życzeń samemu kościołowi. Pewnie zastanawiacie się, czego można mu życzyć, przecież to tylko instytucja. A ja myślę, że można mu życzyć na przykład:
- aby gromadził w sobie liczny lud Boży;
- aby zabłąkane owieczki potrafiły do niego wrócić;
- aby niewierzący ludzie mieszkający w parafii potrafili przeżyć swoje nawrócenie; \
- aby osoby pełniące w nim duszpasterską posługę robiły to z pełnym oddaniem
- aby wychodziły z niego kolejne pokolenia powołań kapłańskich i zakonnych
- aby nikt nie zbezcześcił Najświętszego Sakramentu przechowywanego w tamtejszym tabernakulum
- aby wierni z uwagą słuchali głoszonego w nim Słowa Bożego oraz kazań
A jako prezent niech będzie obecność wiernych na Mszach świętych.

piątek, 22 stycznia 2016

Trudna sztuka kompromisu

Często zdarza się tak, że osoby przynależące do jakiejś grupy społecznej, dajmy na to studenci, mają różne zdania na dany temat. Pół biedy, jeżeli dyskusji podlega jakiś pogląd, czy też idea. Wiadomo, wtedy może być tyle zdań ile jej uczestników. Ale co, jeżeli spór dotyczy np. terminu zaliczenia egzaminu? Ano, wtedy sprawa przybiera na wadze. 
Kilka osób na turystyce religijnej, w tym i ja, studiuje również na drugim(i więcej) kierunku. Nie jest łatwo pogodzić kierunki na dwóch różnych uczelniach, ale przy odrobinie dobrej woli, zarówno mojej jak i wykładowców(tak, tak, wykładowcy też potrafią mieć ludzką twarz) da się. Czasami jednak są sytuację, podczas których trzeba pokombinować, jak i iść na pewien kompromis i ustępstwa.
Tak się złożyło, że w przyszły piątek wypadają mi dwa egzaminy - z socjologii czasu wolnego na AWFie o 13:15 oraz z podstaw turystyki na papieskim. Co prawda ten z podstaw turystyki pierwotnie miał być w środę, 3 lutego, jednak z powodów niezależnych od nas został przełożony na piątek. Nie powiem, żebym była tym zachwycona, zresztą nie tylko ja, wszak staram się pewne rzeczy planować z wyprzedzeniem. Z drugiej strony rozumiem, że zdarzają się w życiu takie sytuacje, że musimy przeorganizować nasze plany. Tym bardziej, że mieliśmy jeszcze możliwość pisania po sesji, ale to wiązałoby się z jej przedłużeniem, pisaniem uzasadnień itp. Dlatego konsensus był jasny - piszemy w przyszły piątek, żeby jeszcze zmieścić się w sesji. To nic, że większości wtedy nie było na zajęciach, ich strata. Wspólnie z koleżanką z grupy, która też tego dnia ma egzamin na drugim kierunku ustaliliśmy nawet odpowiednią dla nas godzinę - 16:30. Ona ma rano, więc by jej to nie kolidowało, ja też bym już przejechała te 10(11?) przystanków z AWFu. A i inni obecni nie mieli nic przeciwko.
Taka opcja była do dzisiaj. Bo oto dzisiaj pojawiło się kilka środowych nieobecnych i cały plan posypał się niczym domek z kart. Na zajęciach okazało się, że jedna z dziewczyn musi po południu jechać do domu(do sąsiedniego województwa) na ustaloną wizytę u ortodonty. Zdarza się, jednak to na nowo uruchomiło machinę zatytułowaną ustalanie nowej godziny egzaminu. Wszyscy opcjonowali za ranem albo południem, ale ani mnie, ani I. nie pasowała taka opcja. Bo ona ma swój na filologii hiszpańskiej o 9:30, a ja jak już pisałam, o 13:15, ale z papieskiego muszę wyjść o 12. W końcu prowadząca poszła nam na kompromis i I. będzie pisać z pierwszym rokiem o 8:00, a ja, zważając na trochę większą odległość od Krakowa(oj tam, oj tam, tylko 82 km.) oraz wydłużony czas potrzebny na rozwiązanie testu, już o 10:00, żebym się spokojnie wyrobiła. Reszta napisze o 12:30. Dziwne, może trochę, ale zważając na te drugie studia innej możliwości nie było. Tym bardziej, że nie chcę robić sobie wrogów i wolałam nie upierać się przy też 16:30. Chociaż w głębi serca uważam, że skoro jednej osobie nie pasowała ta godzina, to ona powinna pisać o tej 8:00, zwłaszcza że mieszka w okolicy rynku. Ale to jest moje osobiste zdanie...

*                    *                    *
A tak jeszcze wracając do tematu zaliczeń. Poniedziałek, 9 rano, AWF w Krakowie. Prowadzący ćwiczenia z regionów turystycznych robi wpisy do indeksów. Wiedząc, że z powodu filozofii mało razy byłam na zajęciach, niepewnie podaję mu indeks:
- Zaliczyłam?
- Zaliczyła pani, zaliczyła. Kilka razy więcej by pani była na zajęciach i w indeksie by była piąteczka. Pani jest zdolna, mądra, ma pani dużą wiedzę geograficzną. A tak? Trójeczka, ale gdyby pani jeszcze raz nie było to dwójeczka. Fakty są faktami. Ale głowa do góry, zawsze lepiej mieć trójkę i podejść do egzaminu niż niedostateczny i płacić warunek. Chociaż dla pani podzieliłbym materiał z megakolokwium* na mniejsze partię. Widzę, że ma pani problemy z pisaniem, a ja nie jestem katem. Ale głowa do góry, zawsze lepiej mieć trójkę i podejść do egzaminu niż niedostateczny i płacić warunek, prawda?

Prawda, prawda, kilka razy w Katowicach płaciłam za warunek(ciekawe, że zawsze z angielskiego), a i tak mnie wylali z uczelni, więc lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

* Na początku zajęć zapowiedziano nam, że ten kto nie będzie miał wymaganej ilości punktów do zdobycia zaliczenia, będzie miał koło ratunkowe w postaci kolokwium ze wszystkich przerobionych zagadnień. Zaznaczono przy tym, że zdaje go góra pięć osób, bo ma dużą objętość. Z moim schorzeniem nie tyle nie podołałabym od strony ogarnięcia materiału niż napisania go od strony technicznej

poniedziałek, 18 stycznia 2016

"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..."

Na moim regale z książkami znajduje się taka jedna, która ma dla mnie szczególne znaczenie. Niepozorna książka, jeszcze nosząca znak czasu PRLu, nie posiadająca okładki, która kiedyś gdzieś odpadła po drodze. Niewymiarowa, bo kiedy większość książek przypomina swoimi wymiarami prostokąt, ta jest w kształcie kwadratu. Za bardzo nie wiadomo gdzie ją umieścić. Co więcej, nawet nie wiem jaki nosi tytuł (chociaż podejrzewam, że jest to słynny "Zeszyt w kratkę", chociaż mogę się mylić). A jednak wyjątkowa, pomimo wielu niedoskonałości, bo wprowadziła mnie w świat poezji niezwykłego pisarza, księdza Jana Twardowskiego. Bo chociaż ksiądz Twardowski jest znany głównie z poezji skierowanej do dorosłych, to jest też autorem kilkudziesięciu wierszy i opowiastek napisanych z myślą o dorosłych. Ileż to wieczorów spędziłam najpierw słuchając zdań czytanych przez rodziców, a następnie na samodzielnej lekturze? Ileż to razy zaśmiewałam się w głos, analizując poszczególne wersety? To chyba tylko sam Pan Bóg wie. A potem z wieloma z nich spotkałam się w szkolnych podręcznikach. "Święty gapa", "Obiecanki-cacanki", "W klasie", czy też "O maluchach" to tylko niektóre z nich. Na trwale wbiła mi się w pamięć "Spowiedź wielkanocna", którą recytowałam podczas akademii z okazji nadchodzących świąt Wielkanocnych. Teksty księdza Jana Twardowskiego, zwłaszcza te dla dzieci, mają to do siebie, że czyta się je automatycznie. Są proste w odbiorze, opisują codzienność każdego z nas, chociaż dzieciństwo księdza Twardowskiego przypadło na lata w okresie I wojny światowej i tuż po niej(przyszedł bowiem na świat w 1915 roku).
Lata mijały, ja rosłam, dojrzewałam, patrzałam na świat zupełnie innymi oczami niż dziecko, toteż kwadratowa książka poszła "w odstawkę". To znaczy na półkę. Z wierszami, tymi bardziej dojrzałymi, miałam styczność dzięki stronom internetowym. Akurat rodzice założyli łącze gdzieś koło września 2005 roku. Kilka miesięcy później, 18 stycznia 2006 roku, ksiądz Jan Twardowski odszedł do wieczności. Dziś mija 10 lat od dnia, kiedy w wieczornym dzienniku podali tą wiadomość. 10 lat, a ja mam wrażenie, że to było wczoraj. Niemal od razu zaczęłam jeszcze raz przeglądać strony internetowe, na których zamieszczone były jego wiersze. Wiele z nich wydrukowałam sobie, żeby je po prostu mieć. Bo strona internetowa może zniknąć w jednej chwili, a takie wydruki to już trzeba świadomie wyrzucić. I kiedy tak drukowałam kolejne strony ogarnął mnie taki jakiś smutek i żal, że to już koniec, że już żaden wiersz nie wyjdzie spod jego pióra. 
Kilka lat temu dostałam pierwszą "dorosłą" książkę księdza Twardowskiego - "Tylko miłość się liczy". Było to w ramach podziękowania za pomoc w przygotowaniu półkolonii. Miłe zaskoczenie, bo czego jak czego, ale takiego gestu się nie spodziewałam. Inna sprawa, że likwidowali jedną z katolickich księgarni... No, ale z drugiej strony jakby się nie chciało, toby się nie kupiło kilkunastu książek, prawda? Każdy na początku miał dedykację, z której pierwsze zdanie brzmiało "Dobrze, że jesteś". Książkę dostałam wieczorem, a następną noc spędziłam na czytaniu kolejnych wierszy. Na szybko, jednak jakiś czas później wracałam do niej jeszcze kilka razy, zastanawiając się nad sensem każdego z nich. Na 25 urodziny otrzymałam kolejny tomik wierszy księdza Twardowskiego zatytułowany "Potrzebne do szczęścia". Ponownie z dedykacją, wszak niecodziennie kończy się ćwierć wieku hi, hi, hi. Cały dzisiejszy dzień spędziłam na jego lekturze. Znowu na szybko, bez głębszej refleksji. Ale i na to przyjdzie pora. Już teraz mogę powiedzieć, że wiele utworów się powtórzyło, jednak większa część jest nowych, a raczej nieznana.
Wiecie co mi się najbardziej podoba w wierszach księdza Jana Twardowskiego? Ta ich prostota, naturalność, celne opisywanie otaczającego go świata. Świat w tekstach ma w sobie to coś. A jednocześnie zmuszają do myślenia, jakiejś refleksji nad zapisanymi słowami. Nie da się ich czytać ot tak, bo każdy z nich niesie ze sobą głębsze przesłanie.















"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...". Nie ma już człowieka, ale zostały po nim wspaniałe wiersze. I tak długo, jak ludzie będą je czytać, tak długo pozostanie po nim żywa pamięć.

sobota, 16 stycznia 2016

Chwila wytchnienia między zaliczyniami

Czasami zastanawiam, czy to co robię ma sens? Czy moja nauka i zdobyta podczas niej wiedza będą miały swoje odzwierciedlenie w przyszłości. Bardzo bym chciała, aby tak się stało, jednak w mojej sytuacji nie wszystko zależy ode mnie. A nawet powiem więcej - ode mnie zależy bardzo mało. Bo co z tego, że będę miała dyplom samego Oxfordu, skoro pracodawca powie "nie"? Nie to nie. Staram się jednak na razie zbytnio nie zamartwiać tym aspektem życia. Po co tracić chęć do nauki, no po co? A tak pokornie siadam do wydrukowanych notatek i powtarzam materiał. Dużo tego, wszak cztery kierunki, ale jakoś daję radę.
Okres zaliczeń trwa! Dzisiaj miałam ostatnie zajęcia w tym semestrze na techniku administracji. 10 jednostek lekcyjnych z postępowania w administracji, w tym egzamin końcowy. Trudny egzamin oparty na końcowym egzaminie praktycznym. To już za pół roku... Jak ten czas szybko zleciał. Napisałam też poprawkę z rachunkowości. Może podciągnę czwórkę na piątkę? Kto to wie? Dobrze by było. Tym bardziej, że czuję się dobrze w tej dziedzinie naukowej. Z drugiej strony nigdy się nie wykłócałam z nauczycielami o oceny, zwłaszcza kiedy nauczyciel wyjaśnił mi moje błędy. Może to mój błąd, ale z reguły potrafiłam znaleźć granicę czego mi wolno się domagać, a czego już nie. Na studiach też powoli idę do przodu, zbieram kolejne zaliczenia. Jedne oceny są lepsze, inne gorsze, jeszcze coś tam muszę uzupełnić, aby zdobyć wpis do indeksu. Jakoś nie czuję parcia bycia najlepszą, chociaż oceny mam w porządku w zestawieniem do moich możliwości. Inna sprawa to wykładowcy i ich podejście do mojego problemu z pisaniem. Ale w większości wypadków nie robią problemów i pozwalają mi albo zdawać ustnie, albo za pomocą laptopa, ewentualnie "zwalniają" z części pisemnej i każą rozwiązywać tylko testową. Bo tak naprawdę bardzo wiele się da zrobić, tylko trzeba chcieć.
A w niezbyt dużej ilości czasu wolnego poświęcam się oglądaniu filmów w telewizorze. Wczoraj pozwoliłam sobie na ostatnią część mojej ukochanej trylogii "Władca Pierścieni - Powrót Króla", dzisiaj wreszcie oglądam "Forrest Gumpa", jutro zaś nie odpuszczę sobie "Gwiezdnych wojen: część III - zemsty Sithów". Oprócz książek związanych ze studiami czytam sobie tomik wierszy księdza Jana Twardowskiego "Potrzebne do szczęścia", który dostałam na urodziny. Akurat w poniedziałek przypadnie 10 rocznica jego śmierci. Słucham też radia, oglądam ukochane teleturnieje. Po prostu staram się żyć nie tylko sesją, ale też chwilami dnia codziennego, takimi zwyczajnymi, ludzkimi. Bo dobrze jest zachować zdrowy umiar we wszystkim.

wtorek, 12 stycznia 2016

O zabijaniu w uczniach kreatywności

Każdy kto zmagał się w boju z "nową maturą" z języka miał pewnie obawy związane z "wstrzeleniem" się podczas pisania wypracowania w tzw. klucz odpowiedzi. Jest to ok. 30 stwierdzeń, myśli itp., które według układających egzamin powinny się w nim znaleźć. Paradoks sytuacyjny polega więc na tym, że nawet najbardziej oryginalne i wspaniałe wypracowanie nie zostanie zaliczone, jeżeli nie znajdzie się chociaż kilkanaście odgórnych wytycznych, chociażby napisanych innymi słowami. W skrajnych przypadkach można nawet nie zaliczyć matury pisemnej z języka polskiego. Bo cóż z tego, że wypracowanie zachwyci sprawdzających je polonistów, cóż z tego, że w normalnych okolicznościach uczeń otrzymałby za nie ocenę celującą, czy wręcz wygrał jakąś ogólnopolską olimpiadę, skoro nie wstrzelił się w ten cały klucz? Widzicie sens tej sytuacji? Bo ja nie. Tym bardziej, że nigdy nie wiadomo co do końca autor wypracowania miał na myśli. Ja też stanęłam w obliczu takiej niewiadomej w maju 2009 roku, pisząc wypracowanie na temat "Chłopów". Na szczęście okazało się, że zdałam, i to z całkiem niezłym nawet wynikiem. Ale u innych pojawił się jęk zawodu z powodu niezadowolenia z procentów na arkuszu maturalnym. No i jak tu mówić o kreatywności i pomysłowości uczniów, kiedy są ograniczeni jakimiś schematami, no jak? To już łatwiej jest zaliczyć matematykę na 100% - wystarczy tylko poprawnie porobić obliczenia.
Kończąc szkołę średnią myślałam, że wszelkie wbijanie się w klucz odpowiedzi i brak kreatywności mam już za sobą. Oczywiście nie mówię tutaj o wszelkich regułkach, formułkach itp., bo to jest dla mnie bezsprzeczne. Chodzi mi o zwyczajne wypracowania pisane w ramach prac zaliczeniowych. Nic bardziej mylnego. Umówiliśmy się z nauczycielką od rachunkowości, że zamiast sprawdzianu napiszemy jej referat o wprowadzaniu należności do bilansu. Temat raczej łatwy, wystarczyło poszukać odpowiednich fragmentów w ustawie o rachunkowości, ewentualnie poszperać w dostępnej literaturze. Dziecinnie proste. Tak też zrobiłam. Mam jednak takie skrzywienie, jeszcze wyniesione ze szkoły podstawowej, że staram się jak najmniej przepisywać tekst dosłownie, a raczej wszystko przekładać na własne słowa(i niech mi ktoś powie, że szkoły specjalne niczego nie uczą). Tradycyjnie więc 2/3 tekstu napisałam własnymi słowami, przepisując co najwyżej odpowiednie artykuły z ustawy, zawsze z powołaniem się na źródło, zawarłam też kilka swoich przemyśleń. I co? I okazało się, że inni podostawali 4 i 5, bo przepisywali żywcem ze wszystkiego, a ja zaledwie 2(ha, jeszcze mogłam dostać jedynkę!), ponieważ miałam po swojemu napisane. No jasny gwint! Na zajęciach mnie nie było, bo organizm się zbuntował. Kazała innym, aby mi przekazali, że mam napisać do niej meila w tej sprawie. Napisałam w niedzielę, do dzisiaj nie mam na niego odpowiedzi. Głupio tak mieć dopuszczający na świadectwie, zwłaszcza że mniej więcej wiem jak się liczy. Chociaż z drugiej strony babka od początku była specyficzna, jakby ją nie obchodziła praca... 
A ja coraz częściej się zastanawiam, czy warto być kreatywnym i mieć własne myśli i poglądy na pewne sprawy, czy może lepiej nauczyć się wszystko przepisywać w przysłowiową toczka w toczkę? Jakieś sugestie? Zwłaszcza przed czekającym mnie przez następny rok pisaniem prac licencjackiej i magisterskiej?

sobota, 9 stycznia 2016

W galopującym tempie...

Zbliża się! 

Jest coraz bliżej i bliżej...

To...

Sesja!

Kalendarz na styczeń powoli jest zapełniany przez zaliczenia i egzaminy z poszczególnych przedmiotów na wszystkich czterech studiowanych przeze mnie kierunkach. Do tego dochodzą różne poboczne sprawy, wszak nie samą nauką człowiek żyje.
W sumie przez następne dwa tygodnie codziennie coś mam. Jedne przedmioty są łatwe, inne mniej. No, ale kto powiedział, że na studiach będzie łatwo i przyjemnie? Mam nadzieję, że mi się uda, że wszystko zaliczę w pierwszym podejściu i luty poświęcę na praktykę z administracji i na półkolonie. Gorzej, jeżeli na czymś polegnę. Nie no, dam radę. Nie ma opcji, żebym nie dała. Grunt to się nie poddawać, pozytywnie myśleć i walczyć o swoje. I nie chorować! Bo wtedy sesja się przeciągnie w czasoprzestrzeni. Chociaż niektórzy słysząc mój piękny kaszel wyrazili zainteresowanie, czy biorę na to jakieś antybiotyki. Odpowiedź była prosta - nie. Może gdyby to był mokry kaszel to zastanowiłabym się nad takim rozwiązaniem, ale przy suchym - nigdy w życiu. Gorączki też nie mam i mam nadzieję, że tak zostanie. Łykam jakieś tabletki na kaszel i liczę, że mi przejdzie.

Aha, i czapkę też noszę. Ciepłą, na polarze. Bo jak ją ostatnio zdjęłam w autobusie i wsadziłam na czas przejazdu do kieszeni, to niektórzy znajomi zaniepokoili się moim ubiorem. A więc oznajmiam wszem i wobec że się ubieram stosownie do warunków atmosferycznych: szalik, kozaki, płaszcz i czapka. Z rękawiczkami się jeszcze nie przeprosiłam, ale co to jest wobec całości.

No, dosyć tego obijania - wracam do nauki. Na tapecie mam notatki z podstaw prawa administracyjnego, kserówki z socjologii i prezentacje z geografii pielgrzymek i turystyki. Jak je zaliczę - według moich obliczeń będę trzy przedmioty do przodu. To już coś!

piątek, 8 stycznia 2016

Dobrze jest wrócić po przerwie

Kto by przypuszczał, że w ciągu kilku miesięcy tak zaprzyjaźnię się z niektórymi osobami z mojej grupy na studiach. Zazwyczaj jestem ostrożna w zawieraniu nowych znajomości, potrzebuję czasu, aby się do kogoś przekonać. Tymczasem kilka dziewcząt z AWFu od razu "wzięło mnie w obroty"(w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu). Tu zagadały, tam o coś podpytały, dały notatki bez proszenia, wpisały na listę, przetłumaczyły moją wypowiedź... Tak same z siebie, bez przymusu. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ w Katowicach większość dziewczyn trzymała mnie na dystans. Tymczasem teraz, trochę ode mnie młodsze dziewczyny, zachowują się jak najbardziej naturalnie wobec mnie. Pamiętam bodajże drugi tydzień zajęć, kiedy na nowych studiach jeszcze się poznaje wzajemnie i dociera te znajomości. Miałyśmy chwilę wolnego między zajęciami. "Idziemy na kawę! Idziesz z nami?" - usłyszałam niespodziewanie. Ba! Pewnie że idę. I ta tak naprawdę pierwsza rozmowa - rozmowa, od której najczęściej wszystko zależy. Wbrew moim obawom dziewczyny doskonale mnie rozumiały. To jakoś nadało mi odwagi w stosunku do nich. Zaczęło być tak zwyczajnie, po ludzku, jak w wielu międzyludzkich stosunkach. Żeby była jasność - ja broń Boże nie wymagam, aby wszyscy mnie lubili, ja tylko nie chcę być traktowana jakby mnie nie było.
Przez tych kilka miesięcy więzi między nami stopniowo się zacieśniały. Mimo wszystko znajdowałyśmy wspólne tematy do rozmów. Były zaskoczone moją determinacją, tym że dojeżdżam przez taki szmat drogi, tym że studiuję na kilku kierunkach i godzę bez większych problemów to wszystko. Zawsze im powtarzam, że to nic takiego, po prostu czasami trzeba wszystko postawić na jedną kartę i zaryzykować. Mam marzenia, ale nie działając nie przyczynię się do ich spełnienia.
Pamiętam jak w listopadzie widząc mój ponury nastrój(co naprawdę bardzo rzadko mi się zdarza), od razu zaczęły mnie wypytywać co się stało. Oczywiście nie chciałam im nic mówić, bo przecież to są moje prywatne sprawy, ale w końcu pękłam. Reakcja? Nie, nie koniecznie pocieszanie, ale kolejna rozmowa uświadamiająca, że to jest moje życie i to przede wszystkim ode mnie ma zależeć jak ma wyglądać. Tego się nie spodziewałam, aczkolwiek miłe zaskoczenie. Ale to jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło. Tak samo jak uczenie się o atrakcjach kolejnych państw na kolejne kolokwia z regionów turystycznych. Nie jest to może najcięższy przedmiot, ale z całą pewnością najbardziej pracochłonny. A i pytania są bardzo szczegółowe i nieprzewidywalne, i prezentacje raz na jakiś czas trzeba jakąś skleić. Nie wiedziałam nawet, że to tak jednoczy ludzi. Ale z drugiej strony skąd miałam wiedzieć, skoro dotychczas tego nie doznałam?
Doszło do tego, że podczas półtoratygodniowej przerwy świątecznej zaczęłam tęsknić do moich uczelnianych znajomych, a co za tym idzie, do powrotu do Krakowa. Niby powinnam odpoczywać, wszak kosztują mnie te studia wysiłku co nie miara. Nie, to nie jest tak, że nie daję rady, bo radę daję, ale nawet najlepszemu studentowi potrzebna jest przerwa w nauce. Mnie po prostu zaczęło brakować tych bratnich dusz, tej serdeczności i zwyczajnych rozmów.
I tak czekając wczoraj na zajęcia z prawa gospodarczego zaczęłam wypatrywać znajomych mi twarzy. Pojawiła się najpierw jedna, potem druga, kolejna i kolejna. I znowu poczułam, że nie jestem sama, że mam z kim rozmawiać, że są ludzie, którzy rozumieją co mówię... Naprawdę, żadna, nawet najdalsza podróż nie zmniejszy szczęścia, jakie poczułam po wczorajszym powrocie na uczelnię.

środa, 6 stycznia 2016

Jak to z tą "Opowieścią o czwartym królu" było...

Jest taka legenda, którą można nawet znaleźć na stronach internetowych, która mówi, że oprócz trzech tradycyjnych Mędrców zmierzających do biednej szopy w Betlejem, był też jeszcze jeden król. Trzy lata temu stworzyłam całkiem nową wersję tej opowieści, trochę bardziej skomplikowaną, a jej geneza ciągnie się aż kilka lat wstecz. 
Na początku były nabożeństwa adwentowe w 2005 roku. Roraty, podczas których proboszcz przedstawiał historię czwartego króla, który też chciał złożyć pokłon Dziecięciu Bożemu, jednak ciągle coś mu w tym przeszkadzało. Potem adwent minął, nastał drugi i trzeci, i jeszcze kolejny. Czwarty król pozostał w moim umyśle mglistym wspomnieniem. I nagle rozmowa z innego adwentu. Całkiem spontaniczna rozmowa, w której motyw czwartego króla powrócił do mojej świadomości niczym bumerang. Przez kilka miesięcy gryzł mój umysł i gryzł. Aż w końcu po roku od tej rozmowy usiadłam do komputera i napisałam pierwsze zdanie o królu Manuelu, który też wyruszył do Ziemi Palestyńskiej, gdzie miał się narodzić Mesjasz Pan. A potem kolejne zdania i kolejne. Przez miesiąc nazbierało się 25 rozdziałów, wraz z przedmową, prologiem i epilogiem. Pisane były w różnych okolicznościach, niektóre rozdziały powstały wręcz na przerwach między zajęciami na uczelni. Ale je najlepiej pamiętam - jak pisałam o wędrówce Izraelitów do Ziemi Obiecanej, albo małym Nikodemie, z którym zaprzyjaźnił się czwarty król. Na koniec wydrukowałam wszystko i zbindowałam w najzwyklejszym na świecie punkcie ksero. Nie zawsze trzeba przecież zaczynać swoją karierę pisarską od znanych wydawnictw. Najgorszym etapem było dla mnie zrobienie ilustracji do książki. Nie, nie dlatego, że nie lubię rysować, wręcz przeciwnie. Z drugiej strony te moje rysunki są takie jakieś niejakie. Ale i z tym podołałam. A potem książka, nie do końca idealna, poszła w obieg. I wszystkim bardzo się podobała, mimo wielu błędów i niedociągnięć. Ale chyba taki Sienkiewicz, czy Reymont też nie od razu pisali teksty na Nobla, prawda?
Książka gdzieś zniknęła, na szczęście mam całość zapisaną w formacie pdf. na dysku twardym. Tak na pamiątkę. Czy mam jakieś rady na napisanie książki? Pewnie:
  1. Po pierwsze - trzeba mieć pomysł. Bez tego raczej nic nie wyjdzie.
  2. Po drugie - szkic tego, co chcemy napisać. Łatwiej nam będzie wtedy formułować myśli
  3. Po trzecie - postarajmy się wcześniej zebrać literaturę pomocniczą. W swojej książce opisałam wiele zwyczajów i świąt żydowskich. Opisy do większości z nich spisałam ze specjalistycznej literatury i encyklopedii, jednocześnie podając źródła.
  4. Po czwarte - dajmy napisany przez siebie tekst do sprawdzenia komuś drugiemu. Bardzo często robimy literówki i błędy merytoryczne, których nie wyłapujemy sami, a i komputer nie wszystko podkreśli. Ja osobiście napisałam z pośpiechu, że Józef z Arymatei był opiekunem Pana Jezusa(zamiast Jezusa z Nazaretu). Co ciekawe, nikt jeszcze tego nie wyłapał. Nikt, oprócz mnie. O literówkach nie wspominając.
  5. Po piąte - nie musimy od razu wydawać naszej książki w formie papierowej. Dzisiejszy wirtualny świat daje nam możliwości publikowania naszych prac w sieci, przez co możemy dojść do jeszcze większej liczby odbiorców.
Co mi dało napisanie książki? Poszerzyłam swoje słownictwo oraz wiedzę o świecie. Potrenowałam formułowanie swoich myśli. Pokazałam wielu osobom, że potrafię coś zdziałać. To naprawdę bardzo dużo. 
A jutro wracam na uczelnię! Startuję już o 8 rano prawem gospodarczym. Ostatnia prosta przed sesją. Dam radę. Muszę!

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Niespodziewana zmiana planów...

Miałam w planach pojechanie dzisiaj na uczelnię w celu zdania materiału z Archeologii krajów śródziemnomorskich. Nawet całkiem nieźle opanowałam materiał. Przynajmniej tak mi się wydawało. A tu wczoraj przyszło coś i mnie wzięło. Czułam się tak źle, że nie byłam w stanie iść na niedzielną Mszę świętą. Szkoda, bo znalazłam w moich rzeczach coś co nie należy do mnie i chciałam to zwrócić prawowitemu właścicielowi. Najlepsze jest to, że ja o tym czymś zupełnie zapomniałam. Tymczasem od rana męczyły mnie mdłości, ból głowy i ogólne osłabienie. Nie, nie chciałam ryzykować. Bóg zrozumie, przynajmniej mam taką nadzieję. Cały dzień przeleżałam bez sił w łóżku, mając nadzieję, że do dzisiaj mi przejdzie. Przecież miałam tak ambitny plan. Tak pod wieczór dostałam biegunki i zaczęłam wymiotować. I tak przez pół nocy. Co dziwniejsze, wymiotowałam nawet śniadaniem zjedzonym jakieś 12 godzin wcześniej. Na moją logikę powinnam już dawno je strawić(wbrew wszystkim moim przypadłością, to z trawieniem nie mam problemu). Trochę mnie to zaniepokoiło... Rano byłam tak słaba po nocy, że nie miałam siły dowlec się na przystanek. Trudno, archeologię zaliczę za tydzień. Praktycznie cały dzisiejszy dzień przespałam. Nic nie jadłam, jedynie piłam wodę mineralną. Ale czuję, że jest lepiej. Na uczelnie wrócę chyba dopiero 7 stycznia. Muszę tylko wydrukować koncepcję pracy magisterskiej i oddać ją na metodologię badań naukowych. Dobrze, że napisałam ją jeszcze przed świętami. Przynajmniej teraz mam spokój.

sobota, 2 stycznia 2016

Z impetem wejść w Nowy Rok

Jedni spędzali ten wieczór na balach i imprezach plenerowych, inni na domówkach ze znajomymi. Ja zaś postawiłam na spokój, ciszę oraz... naukę. Dlaczego? Zbliżają mi się aż cztery sesje, niektóre przedmioty wymagają naprawdę przyłożenia się do nich. Jednocześnie postanowiłam sobie w święta wypocząć. Święta, świętami, ale czas pomiędzy nimi, a ponownym wkroczeniem na edukacyjną arenę wypadałoby mądrze wykorzystać. I tak kończyłam ten dobry, 2015 rok, z "Patrologią" Drączkowskiego oraz kserówkami z jakiejś książki o Egipcie. W tle leciała muzyka puszczona z kasety na magnetofonie. Stare, dobre "Boney M." prześcigało się z równie poczciwą "ABBĄ", Krzysiem Krawczykiem oraz Marylą Rodowicz. Coś jest w powiedzeniu, że najbardziej lubimy to, co jest nam znane. Jakoś nie czuję się z tego powodu źle. Z reguły i tak spędzam czas w towarzystwie znanych mi osób, więc głupio bym się czuła na jakiejś licznej imprezie. "Patrologię" przeczytałam tuż przed 12, o Egipcie do dzisiaj czytam, ale naprawdę chciałabym podejść do zaliczenia "Archeologii krajów śródziemnomorskich" już pojutrze. Czy mi się uda - czas pokaże. 
O Nowym Roku oznajmiły mnie wzmożone wybuchy sztucznych petard i fajerwerków za oknem. Tak, tak, w tym(a może jeszcze w tamtym) roku nie miałam ochoty nawet na oglądanie relacji z obchodów nocy sylwestrowych w wielu dużych polskich miastach, a zamiast tego w zupełnym mroku oglądałam wybuchy sztucznych ogni. Nawet nie wiedziałam, że będę miała tak niezwykły widok po zgaszeniu świateł w pokoju. Najbardziej w tym wszystkim żal mi było kota, który nie wiedział co się dzieje. Dziwne, bo w zeszłym roku jakoś to wszystko o wiele lepiej zniosła...Potem szybkie telefony do kilku bliskich mi osób. Osobiście bardzo ucieszył mnie telefon od D., bo w pewnym momencie nasz kontakt się urwał. Jak widać, to był tylko pozór. Do łóżka położyłam się chwilę po wpół do pierwszej ze świadomością, że właśnie nadchodzi coś nowego. Czy lepszego? To się dopiero okaże.
Konkretnych planów na nadchodzący rok nie mam. Myślę, że wszystko z czasem jakoś pójdzie, pozaliczam sesje, w sierpniu zdobędę tytuł technika administracji. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak samo jak i w poprzednich latach, czekają mnie zarówno dobre jak i złe chwile, radości i rozczarowania. Ważne, aby zawsze wyjść ze wszystkiego z godnością. I nigdy się nie poddawać w dążeniu do realizacji wszelkich swoich celów i pragnień!

piątek, 1 stycznia 2016

Światowy Dzień Pokoju - 1 stycznia

video

Nieśmiałe życzenie w ten szczególny dzień:

Dość już przemocy i nienawiści!
W ludzkich sumieniach tylko ból i strach.
Prawdziwy pokój to owoc ducha Twego.
Wiara i miłość zwyciężają zło!
Błogosławieni czystego serca,
ludzie zranieni przez wojenny czas.
Ci co czerpią ze źródeł wiary,
Pokój niosą dalej w świat!
Pokój tobie, Ziemio, aż po krańce świata.
Pokój tobie, Ziemio, aż po szczyty gór.
Pokój tobie, Ziemio, aż po czasu kres.
Pokój tobie, Ziemio, pragnę nieść!
Książę pokoju przemieniasz serca nasze.
Natchnieniem dla nas jest mądrość twa!
Duch Twój niech zgasi ogień nienawiści.
Płomień miłości niech rozpali w nas!
Błogosławieni czystego serca,
wszyscy, co mają nadziei żar.
I ci, co dają coś z siebie ubogim,
Pokój niosą dalej w świat!