Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 20 lutego 2016

A po półkoloniach...

Parafialne półkolonie salezjańskie to praca charytatywna. Nikt nam nie płaci za opiekę nad cudzymi dziećmi, a pieniądze, które są wpłacane przy zapisach idą na jedzenie(dziennie szło prawie 15 bochenków chleba, nie mówiąc o wkładce do niego, bo przecież samego chleba nikt nie będzie jadł, chociaż jest Wielki Post), materiały plastyczne, nagrody. Dla nas, animatorów i wychowawców salezjańskich najważniejszy jest jednak uśmiech naszych podopiecznych, ich radość, dziecięca wdzięczność, która jest nieraz dużo większą zapłatą niż wszystkie pieniądze świata. Tego nie można sobie kupić tak sobie, na to trzeba pracować nieraz kilka lat.
Tradycyjnie już na koniec kolonii spotkaliśmy się na pizzy zakupionej z "proboszczowego budżetu". Czasami idziemy do pizzerii, dzisiaj jednak zostaliśmy na jadalni naszego Domu Młodzieżowego. Takie spotkanie, oprócz zjedzenia pizzy w towarzystwie które doskonale się zna, jest również doskonałą okazją do wymienienia spostrzeżeń dotyczących dzieci i ogólnie całych półkolonii. I chociaż po każdym dniu mieliśmy spotkanie podsumowujące, na którym wymienialiśmy plusy i minusy danego dnia, to i tak nie zawsze wszystko uzgodniliśmy. Teraz była ku temu doskonała okazja. Okazja była też do pogadania o wszystkim i o niczym. W tygodniu nie zawsze był na to czas, a dzisiaj mieliśmy go w nieograniczonej ilości. Dzięki temu nawet mi udało się poznać kilka nowych osób. Mam co do nich pewne zdanie, o co mi chodzi powiem, a raczej napiszę, jutro. Trochę smutno mi się jednak zrobiło, że niektórzy patrzą na mnie przez pryzmat choroby, jednak pewna osoba uświadomiła mi, że i tak robię zadziwiająco dużo i daję z siebie wszystko. Tylko szkoda, że nie wszyscy chcą to zauważyć.
Uświadomiłam sobie, że w sumie stworzyliśmy niezłą wspólnotę. Taką z prawdziwego zdarzenia, gdzie wszyscy dla wszystkich są wsparciem, wyznają te same ideały, uczą się żyć w społeczeństwie i wyrażać swoje zdania i poglądy. Bo tak naprawdę nie sztuką jest mieć inne zdanie, sztuką jest umiejętność jego wyrażania, wraz z argumentacją. To ważne, szczególnie dla osób nieśmiałych, czy też niepełnosprawnych, kiedy nie zawsze ma się odwagę przeciwstawić czyjemuś zdaniu, czy też zachowaniu. Czasami bowiem wolimy przyklasnąć czemuś, z czym nie do końca się zgadzamy, żeby się komuś przypodobać, czy też nie stracić znajomych. Tymczasem w niektórych przypadkach okazuje się, że nasze "nie" ma znaczenie. Tutaj niech przykładem będzie ostatni post na temat komórek - sprawa została poruszona(wreszcie!) na dzisiejszym zebraniu i rozwiązana(chyba?). Ale czy gdybym nie poruszyła jej w środę, to ktoś by się nią zajął? Wątpliwe. 

środa, 17 lutego 2016

Komórkowe społeczeństwo

Dawno się tak nie zdenerwowałam jak dzisiaj. Kiedy byłam na kursie dla wychowawców kolonijnych, kilkakrotnie podkreślano nam, że mamy przede wszystkim zwracać uwagę na nasze własne zachowanie, a dopiero w następnej kolejności na naszych podopiecznych - dzieci przyglądając się naszemu zachowaniu niejednokrotnie je powielają, bez względu na to, czy owo zachowanie jest przez nas akceptowane, czy też nie. Nie ważne stają się wówczas wszelkie regulaminy, czy też umowy między uczestnikami wypoczynku, a wychowawcami, czy też animatorami. Mając w pamięci owy pogląd oraz jego wytłumaczenie, osobiście staram się do niego stosować, dlatego m.in. zakazuję im używania telefonów komórkowych na zajęciach, a i sama jej nie używam, ponieważ staram się być fair wobec moich podopiecznych.
Niestety, inni mają inne zdanie od mojego. Dzisiaj byłam świadkiem dziwnej, a na pewno niezrozumiałej jak dla mnie sytuacji. Jednym z codziennych stałych punktów dnia na półkoloniach jest spotkanie na sali konferencyjnej, gdzie m.in. odmawiamy wspólną modlitwę, odbywają się spotkania na początek i na koniec dnia, tańce integracyjne, a także projekcja fragmentu filmu przewodniego danych półkolonii(za każdym razem inny). Dzieci muszą uważnie oglądać go, ponieważ później zadawane są w grupach pytania dotyczące jego treści. Dlatego wszelkie "umilacze czasu" typu telefony komórkowe, czy też smarktfony są kategorycznie zabronione. Tak się złożyło, że przyłapałam po zgaszeniu światła jednego delikwenta na pykaniu w klawiaturę telefonu. Podeszłam do niego, delikatnie upomniałam, chłopak usłuchał i schował do plecaka. Chcę wracać na swoje miejsce, odwracam się więc w drugą stronę i co widzę? Pod ścianą widzę grupkę animatorów i wychowawców, którzy sami coś tam klikali w telefonie. Jeszcze, gdyby to był jakiś drobny SMS, ale to była ewidentna wymiana wiadomości wraz z towarzyszącymi temu śmiechami i chichami. Zero zainteresowania dziećmi, co najwyżej kółko wzajemnej adoracji. No myślałam, że mnie krew zaleje. 
Zajęcia na półkoloniach trwają średnio od 9:30 do 15:00. Nie można poczekać tych 5,5 godzin, aby wejść na facebooka, albo odpisać koledze SMSa? To aż tak dużo? Przecież zgłaszając się do pomocy na półkoloniach zdawali sobie sprawę z tego, że będą musieli dawać dobry przykład dzieciom. Bo na półkoloniach nie jest się dla znajomych, podwyższenia oceny ze sprawowania, czy też spotkaniu na pizzy na koniec. Na półkoloniach jest się przede wszystkim dla dzieci i to one powinny być w tym czasie najważniejsze! Nie telefony komórkowe, nawet nie my sami, ale one! Odpowiadamy za nie tak samo, jak każdy wychowawca. A trudno to zrobić będąc wpatrzonym w ekran komórki.
Wychowawców i animatorów nie upomniałam, ale poruszyłam ten temat na spotkaniu podsumowującym dla organizatorów po całym dniu pracy. Zaproponowałam nawet, aby na zgodzie na przyszłe półkolonie napisać o zakazie przynoszenia przez dzieciaki telefonów na zajęcia(wobec kadry jestem niestety bezradna). Ku mojemu zdziwieniu ze strony organizatora zero reakcji. Nic, ani na tak, ani nawet na nie. Po prostu temat jakby nie istniał. Ręce mi opadły. Czyli na dobrą sprawę niech każdy robi co chce, może się nawet pozabijać, organizatora nic to nie będzie obchodzić. Ogólnie różne rzeczy działy się na przełomie lat przy organizacji półkolonii, zarówno letnich, jak i zimowych, ale te uważam za kompletną porażkę! A ja coraz bardziej przekonuję się o tym, że dzisiejsze trzynastolatki nie są jeszcze gotowe na bycie animatorami na takim czymś(animatorem na półkoloniach salezjańskich można zostać już w 1 klasie gimnazjum). A przynajmniej nie wszyscy.

I pomyśleć, że ja doczekałam się telefonu komórkowego dopiero na studiach... Świat idzie do przodu Panowie i Panie, świat idzie do przodu.

niedziela, 14 lutego 2016

Półkolonie salezjańskie na start!

W tym roku ferie zimowe w naszym województwie wypadły w ostatniej turze - dzieciaki nie są szczęśliwe z tego powodu, oj nie. Ale za to po nich chodzą tylko cztery tygodnie i już mają święta. Jak byłam dzieckiem, to właśnie ten układ najbardziej mi odpowiadał. Jejku, jak to było dawno :). I z każdym rokiem coraz bardziej chcę wrócić do tego okresu. Bo wtedy miało się jakby mniej trosk i zmartwień, inaczej postrzegało się świat, a i życie było łatwiejsze, bardziej bezstresowe. Teraz już człowiek dorósł, zmądrzał, innymi priorytetami patrzy na otaczającą go rzeczywistość.
Chociaż spora grupa dzieciaków i młodzieży wyjeżdża na zimowiska, bądź prywatne wyjazdy w góry, aby poszaleć na nartach i sankach, to są też takie, które z różnych przyczyn zostają na ten czas w domu. Dobrze pamiętam, jak sama przez wiele lat siedziałam przez dwa tygodnie w mieszkaniu. Co prawda gry komputerowe nie były wtedy tak zaawansowane technologicznie jak teraz, a nawet poczciwe Simsy w końcu się człowiekowi znudziły. Toteż spędzało się ten czas bardziej kreatywnie, malowało, rysowało, budowało z klocków, czasami podgoniło jakąś lekturę, czasami poduczyło na zbliżającą się olimpiadę przedmiotową. Ale zawsze brakowało mi kontaktu z rówieśnikami, wspólnych gier i zabaw.
Dzisiaj dzieci zazwyczaj spędzają czas wolny przed komputerem, ewentualnie włócząc się po blokowiskach. Zdecydowanie nie o to chodzi przy wypoczynku międzysemestralnym. Co więcej, w taki sposób człowiek bardziej się zmęczy niż odpręży.
Od kilku lat, bodajże od 9, bo tyle istnieje nasz salezjański Dom Młodzieżowy, w naszej parafii organizowane są półkolonie dla dzieci w wieku szkoły podstawowej. A żeby starsi też się nie nudzili, to przebywają na nich w charakterze wychowawców i animatorów najmłodszych. Pamiętam te pierwsze półkolonie, jeszcze bez konkretnego programu wychowawczego, ale z możliwością przebywania na terenie Oratorium w porannych godzinach, czyli wtedy, kiedy większość rodziców jest w pracy. Graliśmy wtedy na komputerach, w bilard, gry planszowe, było rysowanie i wspólne czytanie książek. Niby nic, ale już dawały jakąś namiastkę opieki nad dziećmi. Propozycja załapała i już od wakacji w tym samym roku półkolonie ruszyły pełną parą. Zaczęto wprowadzać wychowawców i podziały na grupy dzieci w podobnym wieku, zorganizowano wyjścia, a cały program półkolonii opierał się na jakimś filmie dla dzieci.
Mój osobisty współudział w organizacji półkolonii zaczął się w wakacje 2011 roku. Tutaj duży ukłon w stronę ówczesnych wychowanków Oratorium, nota bene sama do nich należałam, i naszego opiekuna - księdza W. To on pierwszy stwierdził, że przecież Lolek jest takim samym członkiem wspólnoty, jak każdy inny, więc co to za problem, żeby nie mógł służyć innym. No i tak się zaczęło. Co dziwniejsze, jak już zobaczono, że Lolek potrafi, to od razu nie widzieli problemu, aby zatrudniać mnie w każde półkolonie. Tak naprawdę to tylko w ubiegłe wakacje nie służyłam swoją pomocą z powodu wyjazdu nad morze. Chociaż w ostatni dzień pojawiłam się na chwilę na podchodach :). Nawet załapałam się na zdjęcie grupowe.
Teraz też będę pomagać. Właśnie przepisałam sobie imiona dzieci do dzienniczka wychowawcy kolonijnego. Jeszcze muszę nauczyć się ich na pamięć, na szczęście mam nią w miarę dobrą. Plan półkolonii znam. Nie powiem, że z każdym jego punktem się zgadzam, ale nie wiele mam tu do powiedzenia. Tegoroczną bajką przewodnią będzie produkcja "DOM":

Bajka podobała mi się tak sobie. Zeszłoroczna "Kraina Lodu" bardziej przypadła mi do gustu.
Mamy nadzieję, że dzieci miło spędzą u nas czas. Szkoda, że to tylko tydzień, a nie całe ferie, ale też każdy z nas ma jakieś sprawy oraz prawo do wypoczynku. Poza tym ja i tak wracam na uczelnię, więc za bardzo nie będę miała jak im pomóc. Ale z drugiej strony to aż tydzień! Sześć dni zabawy, integracji, przebywania w towarzystwie. Będzie dobrze, musi!

sobota, 13 lutego 2016

Czwarty semestr

Chcąc nie chcąc rozpoczęłam od dzisiaj kolejny semestr nauki w szkole policealnej na kierunku technik administracji. Kilka osób pytało mnie czemu tak wcześnie, skoro ferie zimowe w naszym województwie rozpoczynają się dopiero od poniedziałku. Ferie zimowe nie mają jednak nic wspólnego z uczęszczaniem do szkoły policealnej, która rządzi się oddzielnymi przepisami. Ba! Na upadłego mogę powiedzieć, że miałam aż miesiąc ferii. W teorii, bowiem w praktyce ostatni egzamin miałam tydzień temu w konkurencyjnej placówce. Na szczęście wszystko tutaj ładnie pozaliczałam i jestem na ostatnim, czwartym już semestrze. Kiedy to zleciało? Przecież dopiero co zaczynałam naukę, dopiero co poznawałam realia tego typu kształcenia, które jakże różnią się od tych, znanych mi ze studiów. Tam samemu się wybiera, co chce się zanotować, tu wszystko jest podyktowane. Na początku byłam kompletnie rozkojarzona, teraz już się wdrążyłam. Trzy semestry zleciały nawet nie wiem kiedy. I tak dotarłam do czwartego, który kończy cały cykl edukacji. Kończy egzaminem, na moje nieszczęście państwowym. Dlaczego nieszczęście? Już wyjaśniam - gdyby egzamin był wewnętrzny, nawet w rodzaju obrony pracy dyplomowej, założę się, że nauczyciele robiliby wszystko, abym go zdała bez mniejszego problemu, nie robiąc mi kłopotów z powodu wymowy, czy też trudności w pisaniu. Tymczasem zewnętrzny egzamin jest pisemny. O ile pierwszą część jeszcze jestem w stanie napisać(składa się z 40 pytań z odpowiedziami A, B, C, D), o tyle schody zaczynają się z częścią praktyczną. Normalnie są to trzy rozbudowane zadania, na rozwiązanie których ma się 180 minut. Wielu z Was powie: no i co to za problem? Godzina na jedno zadanie i gites! Mój problem polega jednak na tym, że moje ręce nie są na tyle sprawne, by tego dokonać. Ba, nawet nie wiem, czy zdołałabym napisać samodzielnie jedno zadanie. Dotychczas wszystkie zewnętrzne egzaminy(egzamin gimnazjalny, maturę) pisałam na komputerze. Pisało się podanie, dołączało zaświadczenie lekarstwo i wszystko jakoś szło. Teraz jednak pozmieniały się przepisy i o wiele trudniej jest dostać zgodę na dostosowanie egzaminów do specyficznych potrzeb uczniów. Czasami ręce opadają, gdy się słyszy albo czyta o pomysłach urzędników... Co prawda, sekretariat szkoły zaczął walczyć o dostosowanie mi warunków do zdawania, jednak zobaczymy co z tego wyjdzie.

A tak na marginesie to przed chwilą rozwiązałam tegoroczny egzamin teoretyczny, który odbył się w styczniu i...
Po prostu łatwy był...

czwartek, 11 lutego 2016

Idąc za ciosem...

Na początku dziękuję za odzew pod ostatnim postem - tutaj na prawdę liczy się każda złotówka. Licznik powoli zbliża się do 50%, a to już połowa zamierzonego celu :).

Korzystając z chwili zwiększonej aktywności odwiedzających mojego bloga, postanowiłam pokusić się o jeszcze jedną "finansową" prośbę. Nie, tym razem nie proszę bezpośrednio o pieniądze, ale o coś innego, bardziej materialnego. Akurat wczoraj wkroczyliśmy w okres Wielkiego Postu, czasu w którym powinniśmy szczególnie zmienić się na lepsze. Wiem, że nie wszyscy czytelnicy mojego bloga są wierzący, ale nie o wiarę tutaj chodzi, ale o gest.
Julka to wesoła dziewczynka, pomimo tego, że urodziła się z zespołem Downa, a także cierpi na padaczkę lekooporną. Jakby tego było mało, trzy lata temu u dziewczynki zdiagnozowano ostrą białaczkę limfatyczną. Walka z nierównym przeciwnikiem oraz powikłaniami po chemioterapii trwała blisko dwa lata. Dziewczynka m.in. dwa razy otarła się o śmierć na oddziale Intensywnej Terapii. Mimo wielu przeciwności losu walkę tą wygrała. Chociaż w październiku ubiegłego roku Julka zakończyła terapię, to wciąż pozostaje pod opieką lekarzy z gdańskiej kliniki, gdzie jeździ na wizyty kontrolne. Leczenie, a w szczególności chemioterapia, sprawiła, że organizm dziewczynki jest bardzo osłabiony, nawet najmniejsza infekcja może być dla niej śmiertelna. Oprócz tego, jak każda osoba niepełnosprawna wymaga odpowiednich zabiegów usprawniających, w tym intensywnej rehabilitacji i zajęć z logopedą. Pomimo wielu przeciwności losów, ta dzielna dziewczynka nie straciła pogody ducha.
27 lutego Julka będzie miała 8 urodziny. Urodziny, których mogło nie być. Ma małe marzenie, które może spełnić każdy z nas - dziewczynka uwielbia dostawać kartki pocztowe. To one podczas choroby sprawiły, że zapominała o wszelkich bólach i złym samopoczuciu. Julka uwielbia Myszkę Miki, więc z pewnością kartki z tym motywem w szczególności ją ucieszą. Kartki można wysłać na adres:

Julia Frącek
ul. Świerkowa 16/5
82-300 Elbląg

Sama planuję wysłać Julci drobny prezent z tej okazji. Niewielki, ale mam nadzieję, że sprawiający jej radość. Pamiętajmy - tyle jesteśmy warci ile sami z siebie damy!

wtorek, 9 lutego 2016

Zbieramy środki pieniężne na ważną książkę o niepełnosprawnych dla dzieci

Są książki ważne i ważniejsze.
Ta o której chcę dzisiaj napisać zalicza się do tych drugich. Dlaczego? Książek o osobach niepełnosprawnych w ostatnim czasie zostało napisanych wiele. Tytuły takie jak "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy, "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń" Nicka Vujicica, czy "Krucha jak lód" Judi Picoult to tylko niektóre, kojarzone przez większość z nas. Większość z nich skierowana jest jednak do dorosłych, którzy mają już więcej lub mniej wyrobiony światopogląd. Kształtować go jednak już od najmłodszych lat. Doskonale do tego nadają się szkoły i przedszkola integracyjne, które pozwalają niepełnosprawnym dzieciom obcować z pełnosprawnymi rówieśnikami. Tych pierwszych uczą otwarcia się na inne osoby, tych drugich zaś empatii i zrozumienia.
Co jednak w sytuacji, kiedy dziecko nie ma takiej możliwości? Albo czy można rozpocząć naukę integracji jeszcze przed pójściem pociechy do szkoły/przedszkola? Od niedawna jest taka możliwość.
Pani Agnieszka jest wspaniałą Mamą, taką jaką chciałoby mieć każde dziecko. Całym sercem kocha swojego niepełnosprawnego synka Franka, jednocześnie wymagając od niego na tyle, na ile może. Franek to wcześniak, do dzisiaj zmaga się m.in. z niedosłuchem, a jego życie obraca się wokół terapii, rehabilitacji oraz wizyt u różnych lekarzy - specjalistów. Mimo wszystko uśmiech nie znika z jego przyjaznej buzi, co widać na zdjęciach zamieszczonych na blogu przedstawiającym codzienność chłopca (http://dzielnyfranek.blogspot.com/). Chociaż życie nie rozpieszcza rodziny, to z każdego wpisu bije optymizm, pozytywna energia, człowiek wręcz czeka na kolejny i kolejny. 
Okładka pierwszego wydania "Dużych spraw w małych głowach"
Czytając Franiowego bloga na pierwszy rzut oka może się zdawać, że pani Agnieszka(mama Franka) nie powinna mieć na nic czasu - wszak bez przerwy jeździ z synkiem to tu, to tam, dba o jego prawidłowy rozwój. Nic bardziej mylnego. Otóż ta Wspaniała kobieta(i to nie jest żadne podlizywanie się, ani pisanie na wyrost) napisała książkę. Tytuł jej jest bardzo wymowny - "Duże sprawy w małych głowach". Ok., powiesz, co w tym takiego dziwnego, przecież wiele osób pisze książki, a jeżeli jest to nieznany autor zazwyczaj całe przedsięwzięcie kończy się klapą. Nie wątpię, że tak nie jest, tym razem jednak trzeba zrobić wszystko, aby tak nie było. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy? Powód jest bardzo prosty - to prawdopodobnie jak na razie jedyna książka dla dzieci w naszym kraju, która porusza problem niepełnosprawności. W prostych słowach zostały poruszone m.in. sprawy autyzmu, niepełnosprawności ruchowej, umysłowej, czy też sensorycznej. Ponadto zawiera wkładkę z pismem Breilla, elementy komunikacji alternatywnej, czy też ilustrację podstawowych znaków z symbolami języka migowego - wszystko po to, aby pełnosprawne dzieciaki poznały procesy komunikacyjne ich niepełnosprawnych rówieśników. Całość uzupełniają przyjemne dla oka ilustracje, niekiedy przedstawiające scenki rodzajowe.
W zamyśle Pani Agnieszki pojawiła się wspaniała idea, aby "Duże sprawy w małych głowach" trafiły do jak największej ilości szkół, przedszkoli, być może bibliotek, a także i zwykłych ludzi. Pierwszy nakład, jeszcze w 2015 roku, został wydrukowany z prywatnych środków - książki rozchodziły się jak świeże bułeczki. Postanowiono więc iść za ciosem i dodrukować kolejną partię. Do tego potrzebny jest jednak nakład finansowy. Nikt nie ma kieszeni bez dna, czasami trzeba schować dumę do kieszeni i prosić o pomoc innych. Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że rzadko o coś proszę. O pieniądze chyba jeszcze nigdy tutaj się nie upominałam. Teraz jednak sytuacja jest wyjątkowa. Tym bardziej, że każdy zainteresowany pokrywa jedynie koszty przesyłki - książkę otrzymuje za darmo! Więc chyba warto poświęcić choćby 5 zł na ten cel. Pukacie się w głowę i pytacie: "Cóż to jest te 5 złotych! Przecież to tylko kropla w morzu potrzeb". Tymczasem 5 zł to już ok 80 stron jednego egzemplarza - 80 z 186. 
Wiem, że na blog czasami wchodzi się przez przypadek. Być może i tutaj wejdzie jakaś osoba, która zechce wesprzeć akcję. Po prawej stronie znajduje się odnośnik do pomagam.pl który pomaga w zbiórce. Wejdź, poczytaj, zastanów się. Decyzja należy do Ciebie. Być może dzięki Tobie jakiś Jaś, kiedy już zostanie Janem, pomoże w czymś osobie niepełnosprawnej, bo teraz dowie się, że to taka sama osoba, jak on sam, tylko czasami potrzebuje pomocy w tym, czy tamtym. Być może będzie to ktoś z Twojej rodziny. Niepełnosprawność jest trochę jak śmierć - dotyka zarówno ludzi biednych, jak i bogatych, po podstawówce, i wybitnych profesorów. Los świadomości przyszłego społeczeństwa leży więc w naszych rękach.

sobota, 6 lutego 2016

Móc wymazać wspomnienia...

Czasami zastanawiam się, dlaczego medycyna nie wynalazła jeszcze cudownej tabletki pomagającej pozbyć się wspomnień? Są lekarstwa na uśmierzanie bólu, na leczenie kaszlu, stanu zapalnego, jednak jeszcze nie spotkałam się z lekarstwem na wymazanie wybranych wspomnień. Bo po prostu takiego nie ma. I prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie, jeżeli w ogóle kiedyś takie wynajdą. Z jednej strony, podejrzewam że nie tylko ja chciałabym wymazać ze świadomości niektóre wspomnienia. Podejrzewam, że problem ten dotyczy też ofiar gwałtów, innych przestępstw, a także zdrad. Ja nie należę do tej grupy. Co dziwniejsze, nie chcę wymazać tych złych wspomnień, ale... te dobre. Dlaczego? Ponieważ czasami wspominając okres sprzed 15 lat po prostu wyć mi się chce. Tak po prostu, po ludzku. Może gdybym pozbyła się tych wspomnień, nie budziłabym się z płaczem połączonym z głuchym krzykiem raz na kilka miesięcy. I to nie dlatego, że śnił mi się koszmar, wręcz przeciwnie, te sny są bardzo piękne. Tak piękne, że człowiek chciałby je ukraść do realnego życia. Ale jak już człowiek otworzy oczy momentalnie zdaje sobie sprawę, że to był tylko sen, który prysnął jak bańka mydlana puszczana na festynie miejskim. Że sen skończył się niespodziewanie jak bajka czytana przez mamę przed snem. Ale do bajki zawsze można wrócić w dogodnym dla siebie momencie, sen natomiast z reguły jest niepowtarzalny. Może gdybym nie miała tak dobrych wspomnieć odnośnie pewnej osoby, nie miałabym po latach tak pięknych snów z nią związanych. Może miałabym koszmary, które chciałabym jak najszybciej zapomnieć? Te sny związane z matematyczką też najchętniej wymazałabym z pamięci, ale nie da się, po prostu się nie da. I chyba to najbardziej boli...

To dziwne, niby wiem, że życie składa się z powitań i pożegnań, co więcej, powinnam przez te 15 lat pogodzić się z pewnymi faktami, to jednak wspomnienie tej jednej osoby powoduje ukłucie w moim sercu. I nie ważne, czy jest to wspomnienie na jawie, czy też w śnie - oby dwa równie bolą. Tak bardzo aktualne są wtedy poniższe słowa jednej z moich ulubionych piosenek:

Tam kwiaty kwitną najcudniej na świecie,
Miłość swą radość dla ludzi wiedzie,
Człowiek człowieka miłością darzy,
Lecz w życiu to się chyba nie zdarzy...
W krainie tej się pięknie życie układa.
Miłość z radością do niego się wkrada.
Szczęście z nieszczęściem nie idą już w parze,
Kto chce ten może dostać to w darze...
Ten księżyc i gwiazdy, rzek nurty rwące,
To słońce gorące, blaskiem swym bijące.
Te kwiaty i łąki pełne zieleni, 
I życie w którym nigdy nikt i nic nie zmieni.

środa, 3 lutego 2016

Nigdy nie jest na tyle źle, aby nie mogło być gorzej

Powoli ochłonęłam po poniedziałkowej wiadomości o niezaliczonym egzaminie z regionów turystycznych. Nie pierwszy raz i nie ostatni, znając życie. I tak mogę poczuć się jak zwycięzca - przy czterech kierunkach mam tylko jedną poprawkę. A z tego co zauważyłam na grupowym meilu są osoby, które nie zdały żadnego egzaminu. Więc nie jest źle. Może będę miała niższą średnią, ale nadrobię. Grunt to iść do przodu, a nie stać w miejscu, albo co gorsza, cofać się do tyłu. Chociaż poprzez wydalenie z AWFu w Katowicach właśnie tak się cofnęłam...
Korzystając z wolnego dnia pozwoliłam sobie na obejrzenie filmu "Carte Blance" inspirowanego historią nauczyciela, Macieja Białka. Kacper(w tej roli Andrzej Chyra) jest nauczycielem historii w jednym z liceów w Lublinie. Jego lekcje mają dosyć nietypowy charakter - uczniowie na przykład wychodzą na okno słuchając lekcji poświęconej defenestracji praskiej, czym wzbudzają zdziwienie na twarzy wchodzącej po dziennik nauczycielki. Na takich zajęciach nie sposób się nudzić. Pewnego razu Kacper jedzie samochodem odebrać matkę, która udała się na zakupy. Wracając ma tragiczny wypadek w wyniku którego rodzicielka ginie. Mężczyzna nie wie, że powstały w jego wyniku uraz wpłynie na przyspieszenie procesu pogorszenia się jego wzroku. Mija kilka miesięcy - Kacper udając się do pracy nie zauważa numeru trolejbusu do którego wsiada, przez co spóźnia się do szkoły, wywołując kpinę dyrektorki(Dorota Kolak). Zdenerwowana każe mu porozmawiać z jedną z najbardziej zbuntowanych uczennic w szkole, Klarą(Eliza Rycembel). Jego słowa przynoszą skutek - dziewczyna na drugi dzień przychodzi dużo skromniej ubrana na zajęcia. Widząc jego dobry wpływ na uczniów dyrektorka postanawia powierzyć mu wychowawstwo w maturalnej klasie IIIB. Tymczasem Kacper ma coraz większe problemy ze wzrokiem, wieczorami nie jest w stanie przeczytać książki. Postanawia udać się z tym do okulisty, który po wykonaniu badań stawia nie dającą złudzeń diagnozę - nauczyciel cierpi na pewną chorobę genetyczną powodującą obkładanie się martwych tkanek na dnie oka. Za kilka, może kilkanaście lat całkowicie straci wzrok. Załamany mężczyzna postanawia skończyć ze swoim życiem, jednak zrządzeniem losu sznur na którym postanawia się powiesić urywa się. Podczas spotkania z bratem i wspólnej gry w bilard Kacper nie trafia w bilę. Wiktor(Arkadiusz Jakubik) wyśmiewa go, twierdząc że nawet ślepy by w nią trafił. Kacper zdradza bratu skrywaną tajemnicę. Postanawia też przyjąć propozycję dyrekcji dotyczącą wychowawstwa. Od początku wprowadza jednak pewne zasady - wyznacza osobę, która będzie uzupełniała za niego dziennik oraz pisała na tablicy. Uczy się też na pamięć rozkładu szkoły - krokami odmierza odległość pomiędzy poszczególnymi klasami, prosi woźnego, aby wymienił haczyk na którym wisi klucz do pracowni historycznej na większy, na podstawie odgłosów potrafi stwierdzić, czy ktoś w klasie ściąga podczas klasówki. Nikt nie podejrzewa, że Kacper widzi coraz mniej. Co więcej, na klasowej wycieczce zjednuje sobie sceptycznie do siebie nastawionego nauczyciela W-F(Andrzej Blumenfeld) oraz zaprzyjaźnia się z Ewą(Urszula Grabowska). Z czasem rodzi się pomiędzy nimi głębsze uczucie. Po wycieczce Kacper zostaje wezwany do gabinetu dyrekcji. Ponieważ jest przekonany, że wydała się prawda o jego chorobie, pisze podanie o zwolnienie go z pracy. Tymczasem okazuje się, że został wytypowany jako nauczyciel, który ma poprowadzić lekcję pokazową dla kuratorium. Nauczyciel dostaje też listę z osobami, którzy mają wykonać okresowe badania lekarskie. On też na niej jest. Na razie jednak o tym nie myśli. Postanawia za to sprzedać swoją największą dumę, teleskop, aby mieć za co kupić specjalny czytnik książek. Niestety, zostaje oszukany przez nieuczciwego kupca. Zdenerwowany Wiktor próbuje uświadomić bratu, że jest niepełnosprawny, a takie osoby łatwiej oszukać. Kacper nie chce jednak o tym słyszeć i planuje wspólną przyszłość z Ewą - wyznaczają termin ślubu w USC, przygotowują wspólne mieszkanie. W końcu postanawia wyznać jej prawdę, przekreślając szansę na wspólną przyszłość. Tymczasem jego klasa pisze maturę. Jednak nigdzie nie ma Klary. Kacper postanawia odnaleźć uczennicę. Przy okazji oboje zdradzają przed sobą wzajemne sekrety.
Maciej Białek i Andrzej Chyra - czyli pierwowzór i jego filmowa kopia
Naprawdę, polecam ten film każdemu. Bo tak naprawdę często uważamy, że mamy nie wiadomo jakie problemy, a tymczasem ktoś inny może mieć jeszcze większe, chociaż my możemy tak naprawdę o tym nie wiedzieć. O schorzeniu Kacpra przez większy okres czasu nikt nie wiedział. On zaś sam zachowywał się tak, aby nikt się nad nim nie użalał, nie chciał też być postrzegany, jako ten gorszy, niezdolny do samodzielnej egzystencji. Co więcej niejednokrotnie wspierał psychicznie innych. Tak naprawdę chciałabym mieć takiego nauczyciela, który swoją postawą udowadniałby mi, że moja sytuacja nie jest jednak taka tragiczna, jak by się mogło wydawać. Że przecież w moim życiu zawsze mogło być dużo gorzej niż jest.

wtorek, 2 lutego 2016

Coś nie poszło...

Dotychczasowe egzaminy szły mi jak z płatka. Jedne napisałam lepiej, drugie trochę gorzej, jednak zawszę do przodu, nawet z trójką. Wszak dostateczny równa się zaliczenie, prawda? Wczoraj pisałam ostatni egzamin, z regionów turystycznych. Luzik, zwłaszcza, kiedy zna się nie tylko pytania, ale nawet odpowiedzi na nie. Tak się stało, że kilka lat temu wykładowca napisał książkę z testami na pilotów wycieczek i to z niej są egzaminy. Wystarczyło tylko skserować, rozwiązać i się wyuczyć. Nic prostszego. Chociaż w gablotce wystawiona była książka z testami z 2010 roku, na Papieskim udało mi się wypożyczyć jeszcze nowsze wydanie, bo z 2012 roku(w myśl zasady - im nowsze wydanie tym lepsze). Niemal od razu je skserowałam(nigdy nie lubiłam mazać po nieswoich książkach, a ksero kosztowało mnie mniej niż kupno oryginału. W dwa dni rozwiązałam wszystkie zadania dotyczące geografii świata, przez kolejny tydzień je sobie przyswajałam. Do egzaminu podeszłam na luzie, wszak dużo umiałam. Może nie wszystko, ale na pewno większą część. Mina mi jednak zrzedła widząc pierwsze, w dodatku otwarte pytanie dotyczące Palestyny i Izraela. Boszcz... tego nie było w planie. Przypomniała mi się jednak geografia na Papieskim - tak, Palestyna to Azja, a Izrael Bliski Wschód. Dalsze pytania w większości kojarzyłam. "Dobrze jest" - myślałam sobie. Nawet wyrobiłam się w czasie z napisaniem wszystkiego. Pełna dobrych myśli wróciłam do domu. Mój dobry nastrój jednak prysnął, kiedy na meilu grupowym zobaczyłam, że nie zaliczyłam tego egzaminu. Z jednej strony mówi się trudno - jest jeszcze termin poprawkowy, ale z drugiej... Zastanawiam się, czy profesor widząc moje pismo po prostu powiedział - nie, tego nie sprawdzę. Bo wydaje mi się, że powinnam mieć te 50%, a może i więcej. Może powinnam to zweryfikować. A może odpuścić i iść na poprawkę? Kurcze, mam taki zamęt w głowie jak nigdy. 

Pocieszam się myślą, że od wiosny TVP2 wznawia emisję programu "Kocham Cię Polsko"