Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 28 marca 2016

Trudna nauka doceniania tego co się posiada

Niemal każdy człowiek ma tendencję do porównywania swojego życia do życia innych osób - tych znajomych i tych całkiem obcych. Nie raz pewnie zdarza się, że przychodząc do kogoś w gościnę, czy też zaglądając na inne blogi myśli sobie - kurcze, ale on/ona ma fajnie, ja też tak chcę! 
  1. Bo kupił sobie coś czego ja nie mam, a mnie się to podoba,
  2. Bo spotkał się z przyjaciółmi, poszedł na ciekawą imprezę, czy zrobił ą nawet w swoim domu,
  3. Bo ma szczęśliwe, rodzinne, poukładane życie,
  4. Bo robi to, czy tamto,
  5. Bo pojechał tam i tam,
  6. Bo...
Takich "bo" potrafimy wymienić nieskończoną ilość razy. Co ciekawsze, porównując swoje życie do życia innych ludzi, często nie potrafimy, wręcz nie chcemy dostrzec naszych "pięknych chwil". Skupiamy się na tym, czego nam brakuje, nie zastanawiając się nad tym, co posiadamy. Bo może nie mamy tego, czy tamtego, ale zapewniam Was, że w zamian otrzymaliśmy coś innego. Kochająca rodzina, poczucie bezpieczeństwa, spokój, możliwość samorealizowania się czy też najedzenia do syta - pomyślmy, ile ludzi może nam tych kilku rzeczy pozazdrościć. A lista przecież jest o wiele dłuższa. Wreszcie czy ktoś kiedyś zastanawia się, jakim pięknym darem jest jego życie? Może nie do końca idealne, nie do końca należące tylko do nas, ale jednak nasze. Pomyślmy ile zabiegów aborcji jest każdego roku wykonywanych, ile matek traci swoje nienarodzone dzieci w wyniku poronień! Ile ludzi umiera w ten, czy tamten sposób. Tymczasem my żyjemy! Dlaczego tak rzadko to doceniamy? Osobiście wiele lat obcowałam w środowisku osób niepełnosprawnych, także tych całkowicie zależnych od innych i nieuleczalnie chorych. Takiej pokory, a zarazem radości z życia nigdy więcej nie doświadczyłam. I znowu nasuwa się refleksja: ile razy potrafimy docenić naszą niezależność? Ile razy budzimy się z myślą - dobrze, że żyję? A oni potrafią. Mimo, że wiele z nich żyje na tzw. "kredyt". Dlatego boli mnie, kiedy słyszę czy też czytam, że ktoś nie chce po prostu żyć. Bo ktoś obok faktycznie może umierać z myślą: "Boże, dlaczego dałeś mi tak mało czasu do przeżycia?".  
Bardzo piękne świadectwo pokory doceniania tego, co się posiada, dał nam wszystkim zmarły dzisiaj jeden z założycieli Puckiego Hospicjum p.w. św. Ojca Pio, ksiądz Jacek Kaczkowski. Od urodzenia zmagał się z niedowładem lewej strony i problemami z pogarszającym się wzrokiem, z czasem zdiagnozowano u niego nowotwór nerki, który jednak udało mu się pokonać. 1 czerwca 2012 roku usłyszał jednak najtragiczniejszą diagnozę - glejak mózgu. Nieoperacyjny. Według rokowań medycznych powinien żyć rok. Przeżył prawie cztery. Niejeden z nas załamałby się słysząc taką diagnozę, odseparował od otaczającego go świata. Tymczasem ten trzydziestokilkuletni ksiądz postanowił jak najdłużej pełnić swoją duszpasterską misję i żyć, jak sam mówił, "na pełnej petardzie". I pełnił ją do końca, bo wiedział, że życie ma tylko jedno, że nie ma czasu na porównywanie się z innymi, na rozmyślanie, że inny ma dobrze bo jest zdrowy. Ale to w zasadzie krótkie życie księdza Jana może bardziej podobało się Temu na górze, niż życie niejednego z nas. Bo nie buntował się przeciwko losowi, jaki przyszło mu doświadczać. Bo przyjmował życie takie, jakim jest. Bo cieszył się każdym przeżytym dniem? Bo po prostu chciał być sobą - Janem Kaczkowskim, a nie mną, czy Tobą.
Docenianie tego co się ma jest trudną sztuką dla każdego z nas. I ja nie jestem tutaj wyjątkiem. Też czasami sobie myślę, że ten czy tamten ma ode mnie lepiej. I zamiast cieszyć się z tego, co posiada mój bliźni po prostu mu zazdroszczę, chcąc być takim jak on. Jesteśmy jednak indywidualistami, każdy z nas ma swoje oddzielne życie, tak bardzo się różniące od życia innych osób. I może kiedy znowu najdzie nas złość, że brakuje nam tego czy tamtego, to może zastanówmy się nad tym, co mamy, nad pięknem otaczającego nas świata. A wtedy z pewnością zauważymy coś, co wyróżnia nas od większości innych osób, z czego możemy być dumni, coś, czego mogą nam zazdrościć. 
Mamy wiosnę, jesteśmy w trakcie jednych z najpiękniejszych świąt w roku - Wielkiej Nocy. Czy potrafisz docenić poświęcenie, na jakie zdobył się dla Ciebie Syn Boży? Czy zastanawiałeś się nad darem, jaki tamtego dnia otrzymałeś - darem otwartych Niebios Bram i obcowania z Bogiem twarzą w twarz? Przecież gdyby nie tamten dzień, jedyne co by nas czekało po śmierci to straszliwa czeluść ognia piekielnego. A więc ciesz się życiem, ciesz się, ponieważ kiedy nauczysz się okazywać to uczucie tutaj na ziemi, to po śmierci będziesz to robił automatycznie. I pamiętaj, każdy żyje inaczej, i nawet jeżeli Tobie wydaje się, że coś z Twoim życiem jest nie tak, to inny może właśnie takiego pragnąć.

Bracie mój popatrz sam
Żywa krew wypłynęła z tych ran
To dla Ciebie ta krew
To dla Ciebie szum lasów, krzyk mew
Ta dla Ciebie ten świat
To dla Ciebie człowieku twój brat
Słońca blask, zapach bzu
To dla Ciebie wstał z martwych twój Bóg

niedziela, 27 marca 2016

Życzenia Wielkanocne + ciekawostki związane ze świętami

,,Alleluja! Pan nasz żyje!
Nie ma Go tu - grób jest pusty! ,,
Serce uczniom mocniej bije,
Gdy zastali tylko chusty
Przecież mówił, że powstanie,
Będzie z nami dnia trzeciego
To cudowne Zmartwychwstanie,
Ma znaczenie dla każdego
Śmierć pokonał, był bez skazy,
Pierzchły straże wystraszone
Obmył świata grzechu zmazy,
Zło zostało zwyciężone
Z krzyża dał dla wszystkich miłość
I umocnił Zmartwychwstaniem,
By na świecie lepiej było
Tak dopomóż Boże, Panie!
/ Jan Siuda /

"A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteśmy zbawieni"(Ef. 2, 4-5)

Kochani, z okazji świąt Wielkiej Nocy życzę Wam samych radosnych chwil w tym czasie, spędzonych w rodzinnej, serdecznej atmosferze. Abyście w przeciwieństwie do uczniów idących do Emaus od razu rozpoznali zmartwychwstałego Pana i w przeciwieństwie do niewiernego Tomasza od razu uwierzyli w ten cud. Aby zmartwychwstały Pan obdarzył Was wszystkich miłością i pokojem, a także błogosławił Wam w każdej chwili Waszego  życia.
Wesołych świąt!

Ostatnio na zajęciach na uczelni uświadomiłam sobie, jak my mało wiemy na temat świąt Wielkanocnych. Jakoby na przeciw moim oczekiwaniom wyszedł onet.pl, zamieszczając u siebie ciekawy artykuł dotyczący pozornie znanych zwyczajów wielkanocnych. Pozwoliłam sobie go skopiować, bo zawiera naprawdę ciekawe informacje dotyczące pisanek, zajączka, święconki, śmigusa-dyngusa, pustego tabernakulum, Mszy świętej Krzyżma oraz adoracji św. Krzyża. Założę się, że nie mało kto wiedział, że:

1) Kościół walczący z pisankami
Zwyczaj ozdabiania kurzych jaj jest znacznie starszy niż chrześcijaństwo. Archeologowie i znawcy historii utrzymują, że pierwsze "pisanki" mogły pochodzić nawet z epoki Sumerów, czyli III tysiąclecia przed naszą erą. Nic dziwnego, także w kulturach dużo późniejszych z jajkami kurzymi wiązało się wiele tradycji i przesądów. Jaja uznawano za symbol Słońca i jego siły oraz odradzającego się życia. Podobną symbolikę kurzym jajom nadawali Słowianie. Chrześcijaństwo przejęło jedynie pogańskie zwyczaje, wzbogacając je w nową treść. Nie zawsze jednak tak było. Do XII wieku Kościół zabraniał jedzenia jaj w czasie świąt. Dlaczego? Bo w tradycji Słowian malowane na czarno i biało jajka były symbolem śmierci oraz przejścia duszy zmarłego do nieba. W końcu jednak zrezygnowano z zakazów, a zwyczaj malowania jaj przetrwał do naszych czasów. Dziś są one symbolem nowego, odrodzonego życia, które wierni łączą ze zmartwychwstaniem Jezusa.

2) Zajączek kicający z Wysp Brytyjskich
Niewielu słyszało o pogańskiej bogini Eoster. Znana wśród Celtów i Sasów, była utożsamiana z wiosną i przesileniem wiosennym. Jej nieodłącznym atrybutem był zając. To prawdopodobnie od jej imienia dziś w języku angielskim funkcjonuje słowo "Easter" oznaczające Wielkanoc. Zając przywędrował więc do Polski z Wysp Brytyjskich. Zanim jednak do nas dotarł, przeszedł przez Niemcy. Tam w XIX wieku zaczęto go wypiekać lub przygotowywać jego figurki z cukru. U naszych zachodnich sąsiadów praktykowany jest zwyczaj, wedle którego "wielkanocny zajączek" przynosi dzieciom słodycze i prezenty. Możliwe więc, że w niedługim czasie kolejne kampanie marketingowe wypromują ten nieznany dla Słowian zwyczaj także w Polsce. Chrześcijanie zaadaptowali zajączka na swój sposób. Jedno z średniowiecznych podań głosi, że zmartwychwstałego Jezusa jako pierwsze miały zobaczyć właśnie zające.

3) Święconka niewiadomego pochodzenia?
Obrzęd poświęcenia pokarmów towarzyszy chrześcijanom od VIII wieku, choć pewne jego przejawy znane były już wcześniej. Po co jednak przynosimy jedzenie do Kościoła? Zwyczaj ma bogate uzasadnienie religijne. Każdy wkładany do koszyka pokarm symbolizuje coś innego: sól - chroni od zepsucia, babka - umiejętności ofiarowane Bogu, ocet, pieprz i chrzan - ból, jaki odczuwał Chrystus na krzyżu, wędlina - ucztę w niebie. Można długo wymieniać, jednak prawdziwa istota zwyczaju pozostaje nieznana. Prawdopodobnie wywodzi się on jeszcze z czasów pogańskich. Podczas równonocy wiosennej wśród Słowian odbywały się uczty i zabawy, na które w specjalny sposób przygotowywano jedzenie.

4) Śmigus i dyngus to dwie różne tradycje
To chyba najlepiej znana tradycja świąteczna. Od wieków w Wielki Poniedziałek młodzi mężczyźni oblewali panny wodą. Niewielu ludzi zdaje sobie jednak sprawę, że śmigus to tak na prawdę zupełnie inna tradycja niż dyngus. We wczesnym średniowieczu "dyngusem" nazywano zwyczaj odwiedzania przyjaciół i rodziny oraz składania podarunków z nimi związanych. Potem doszła tradycja "wykupywania", inaczej obdarowywania osób, które tego dnia chodziły od domu do domu i śpiewały pieśni wielkanocne. Zwyczaj ten podobny był do bożonarodzeniowej kolędy, dawniej był nawet nazywany "kolędą wielkanocną". Z kolei "śmigus" był to zwyczaj oblewania wodą i delikatnego chłostania innych wierzbowymi witkami. Miało to symbolizować wiosenne oczyszczenie oraz zapewniać zdrowie i pomyślność w nadchodzącym czasie.

5) Puste tabernakulum - puste serce
W komentarzach liturgicznych często znajdują się porównania pustego tabernakulum (z łac. namiot) do pustego serca grzesznika, w którym nie mieszka Bóg. Od Wielkiego Czwartku do niedzielnego poranka tabernakula w kościołach pozostają bez konsekrowanych hostii. Zazwyczaj najważniejsze miejsce w każdym kościele jest więc puste. Nie jest to jednak stary zwyczaj, wprowadzono go dopiero po Soborze Watykańskim II. Ma on uzmysławiać wiernym, że tylko dzięki zmartwychwstaniu Chrystusa ich wiara ma sens.

6) Omycie nóg w zapomnianą mszę
Msza Krzyżma Świętego to zwyczaj znany wszystkim, którzy... chodzą do katedry biskupiej. Katolicy często zapominają, że w Wielki Czwartek odprawiane są dwie Msze Święte. Jedna rano - w katedrze biskupiej, druga po południu - w parafiach, dla wiernych. Podczas porannej mszy biskup obmywa nogi katolikom, podobnie jak uczynił to Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy. Wtedy też święcone są oleje, wykorzystywane w innych rytuałach katolickich w ciągu roku. Wielu katolików, którzy mieszkają z daleka od swoich biskupów, nie wie nawet, że podobne Msze odbywają się w wielkoczwartkowy poranek.

7) Adoracja krzyża z Jerozolimy
Adoracja krzyża to zwyczaj praktykowany w Wielki Piątek. Kapłan wnosi do Kościoła krzyż, zdejmując po kawałku zasłaniający go materiał. Symbolizuje to uobecnienie ofiary Jezusa na krzyżu, w którą wierzą katolicy. Po obrzędach następuje adoracja wszystkich wiernych, którzy przez całą noc przyklękają i całują odsłonięty krzyż. Wierni oddają w ten sposób cześć Jezusowi, który oddał się za nich na tortury. Zwyczaj adoracji krzyża pochodzi z IV wieku z Jerozolimy. Po odnalezieniu przez św. Helenę prawdziwego krzyża, chrześcijanie w Wielki Piątek przybywali tłumnie do Jerozolimy, aby ucałować relikwię. Zwyczaj ten rozprzestrzenił się na cały chrześcijański świat.

sobota, 26 marca 2016

"Byłem tu już wiele razy, ale takich tłumów jeszcze nie widziałem, to chyba rekordowa frekwencja"

Od kilku, a dokładnie trzech lat, staram się jeździć na Kalwarię Zebrzydowską, aby uczestniczyć w tamtejszym Misterium Męki Pańskiej. Pierwszy raz uczestniczyłam w nim w 2011 roku, tuż przed beatyfikacją papieża Jana Pawła II. Zostaliśmy wtedy zaproszeni całą rodziną na święta oraz uroczystości beatyfikacyjne do znajomych mieszkających w Wadowicach. Był to tydzień przed majówką, pogoda przepiękna, a i sama uroczystość zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Potem pojechałam w 2014 roku - tym razem tylko na Wielki Czwartek i Wielki Piątek(wracałam do domu tuż po zakończeniu Drogi Krzyżowej, bo i u mnie w parafii miałam do przeczytania tekst na naszej wieczornej Drodze Krzyżowej, jakoś się dało). Rok temu zostałam też zaproszona do znajomych w Wadowicach na święta i ponownie brałam udział w Misterium. 
W tym roku decyzję o wyjeździe podjęłam spontanicznie. Zawiedziona pewną sytuacją postanowiłam jednak nie zmarnować tych świąt, a przynajmniej Triduum Paschalnego(chociaż wyszły z tego tylko dwa dni). Dlatego w środę wieczorem wrzuciłam kilka rzeczy do plecaka, a w czwartkowy poranek ruszyłam w drogę. Drogę wiodącą przez Kraków, ale tak naprawdę z niego jest lepiej dojechać niż przez Wadowice. 
Na dworcu w Kalwarii znalazłam się tuż przed południem. Kiedy zmierzałam pod górę w pewnym momencie dzwony w kościele w rynku zaczęły wygrywać melodię na "Anioł Pański". Chwilkę mi zeszło, zanim wpadłam na to, że to to, ale w końcu skojarzyłam fakty. Po drodze postanowiłam wstąpić do jednej zaprzyjaźnionej pani, zapytać się o nocleg. Nie było z tym najmniejszych problemów. Dobrze jest mieć w świecie bratnie dusze.
Uroczystości Wielkiego Czwartku rozpoczęły o 13:00 "Gorzkie Żale". Po nich wysłuchaliśmy fragmentu Ewangelii opowiadającego o Ostatniej Wieczerzy, po której zobaczyliśmy owe wydarzenia na własne oczy. Podobnie jak w poprzednich latach na podeście przed klasztorem pojawił się podest, na którym odgrywano biblijne sceny. Był więc i stół z potrawami, i dwunastu apostołów, i ustanowienie Eucharystii, i umycie nóg uczniom. A potem Judasz poszedł po żołnierzy rzymskich, zaś Jezus z pozostałymi naśladowcami udał w swoją przedostatnią drogę. Po drodze byliśmy świadkami pożegnania Pana Jezusa z uczniami, pożegnania z Matką, modlitwy w Ogrodzie Oliwnym, zdrady Judasza, pojmania Pana Jezusa, wieczornego sądu u Annasza i Kajfasza oraz zaparcia się Piotra. Przy każdej, powiedzmy stacji(bo nie wiem jak to inaczej nazwać), wysłuchaliśmy nauki poświęconej jednemu z siedmiu grzechów głównych. Pozwoliły one wiernym uświadomić sobie, że grzechy często nie są popełniane wprost, ale z reguły pośrednio, przez co z reguły nawet nie jesteśmy ich świadomi. Za każdym razem została odegrana też odpowiednia scena rodzajowa. Akurat udało mi się iść przy linie otaczającej cały pochód, dzięki czemu wszystko doskonale widziałam. O godzinie 19:30 udałam się do Bazyliki na Mszę świętą Wieczerzy Pańskiej. 
Następnego dnia wstałam dość wcześnie, bo już o 5:10. Dlaczego tak wcześnie? Otóż o 6:00 miał się rozpocząć poranny sąd nad Jezusem. A przecież musiałam jeszcze na niego dojść na miejsce, gdzie poprzedniego dnia zakończyliśmy wędrówkę. Dotarłam tuż przed rozpoczęciem Misterium. Udało mi się zdobyć bardzo dobre miejsce na obejrzenie wszystkiego. A potem ponownie dopchałam się do sznura, który "odprowadził" Pana Jezusa do Piłata, gdzie został skazany na śmierć. Przed 9:00 na balkonie pojawił się kardynał Stanisław Dziwisz, który wygłosił do wiernych kilka słów.
 - Byłem tu już wiele razy, ale takich tłumów jeszcze nie widziałem, to chyba rekordowa frekwencja - skomentował(w 2011 roku przywitał się z nami w podobnych słowach. A propos frekwencji, to w wieczornych Wiadomościach mówiono, że szacunkowo przybyło około 150 000 pielgrzymów. Nieźle, prawda? Ale i pogoda była w miarę dobra jak na marzec. A przynajmniej nie padał śnieg jak rok temu. Nawiązał też do rodziny, że to najważniejsza jednostka w życiu każdego z nas i to od rodziców dzieci czerpią wzorce wykorzystywane w dalszym życiu. Na koniec zaapelował do polityków o to, aby przestali toczyć ze sobą wszelkie spory(jakby na Misterium był cały rząd). Następnie wyprowadzono ubiczowanego Syna Bożego z pretorium i ruszyliśmy przez kolejnych 10 stacji Drogi Krzyżowej. Dlaczego 10 skoro w tradycji jest ich 14? Dobre pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu uznałam, że tak ma być :). Przy każdej stacji rozważany był, jak przystało na Rok Miłosierdzia Bożego, jeden uczynek miłosierdzia względem duszy lub ciała. Znowu udało mi się wejść do środka sznura, przez co nie tylko lepiej mi się szło(choćby dlatego, że miałam czego się trzymać), ale i wszystko doskonale widziałam. A najlepiej "ucieczkę" kardynała Dziwisza hi, hi, hi! Dobra, uznajmy że musiał wracać do Krakowa. Dzięki trzymania się powroza bez problemu pokonałam Górę Trzeciego Upadku. A przy okazji przekonałam się o wyższości zwykłych adidasów nad gumiakami. Kiedy ci co mieli gumiaki ślizgali się po błocie, ja spokojnie szłam sobie w adidasach, bez ani jednego upadku. I niech mi ktoś teraz powie, że adidasy nie są najlepszymi butami na świecie!
Całość zwieńczyła południowa liturgia. Nie grały organy, nie biły dzwony. I tylko od czasu do czasu jakiś ptaszek ukryty w drzewach zaświergotał. Na kazaniu po raz kolejny została podkreślona rola Bożego Miłosierdzia względem każdego z nas. Ważne jest, abyśmy o tym pamiętali nie tylko w tym szczególnym roku, ale przez całe życie. Po uroczystej procesji przeniesienia monstrancji z Najświętszym Sakramentem do ciemnicy wróciłam do siebie do domu. Wcześniej jednak zajrzałam do kobiety, u której spałam i pożegnałam się, życząc jej Wesołych Świąt. Ona zaś zapewniła mnie, że progi jej domu będą zawsze dla mnie otwarte...

środa, 23 marca 2016

"Zamachy w Belgii!"

- O jacie! Zamachy w Belgii! - głośniejszy głos D. wyrwał mnie z letargu. Akurat mieliśmy ćwiczenia z antropodynamiki, na których tradycyjnie się wyłączałam. A już na pewno byłam tylko ciałem, bo duch mój wraz z myślami odleciał gdzieś daleko poza salę. Nie mam nic przeciwko przedmiotowi, wszak przez wiele lat trenowałam lekką atletykę i po prostu ciekawi mnie jak działa ciało ludzkie podczas wysiłku, jednak sama jego forma jest tak monotonna, że człowiek myśli tylko jak tu najszybciej wyjść z sali. Ponieważ siedziałam za nią, odwróciłam się w jej stronę. 
- Dzisiaj? - dopytywałam się cichutko, co w mojej sytuacji nie jest takie proste.
- Trzy godziny temu. Zresztą sama zobacz - w moich koślawych palcach wylądował smartfon z dostępem do netu. Faktycznie, w wyszukiwarce widniała informacja o porannych wydarzeniach. Ponieważ jednak nie jestem zwolenniczką używania telefonów w czasie zajęć, chociażby nie wiem jak były nudne, zapytałam D. czy mogę przeczytać news po zajęciach. 
- Pytasz a wiesz - powiedziała z uśmiechem. No niby wiem, ale bywa różnie. Na korytarzu przejęłam sprzęt od D. Pomału czytałam poszczególne zdania. Okazało się, że islamscy terroryści ponownie zaatakowali jedną z europejskich stolic, tym razem Brukselę. Trzech terrorystów-samobójców zdetonowałao bomby w brukselskim metrze oraz na lotnisku. Czwarty poszukiwany jest listem gończym. Eksplozje zabiły co najmniej 30 osób i raniło ponad 200. Do zamachu przyznało się państwo islamskie.
Ledwie Europa otrząsnęła się po listopadowej serii zamachów w Paryżu, a już został zadany jej kolejny cios. I to gdzie, w jednym z ważniejszych miast Unii Europejskiej(Bruksela jest przecież uznawana za stolicę) oraz siedziby NATO. Przecież ładunek w metrze wybuchł nieopodal siedziby UE! Przecież finał tego wszystkiego mógł być o wiele poważniejszy! Co ciekawe, zaledwie cztery dni wcześniej został aresztowany Salah Abdeslam, podejrzany o bycie głównym koordynatorem zamachów w stolicy Francji. Czy miało to związek z tym, co się wydarzyło w Belgii? 
Co prawda wymiar zamachu jest o wiele mniejszy niż w przypadku tych sprzed pół roku, jednak i tak media poświęciły mu o wiele mniej miejsca niż wtedy. Z trudem znalazłam powyższą ilustrację. Zastanawiam się, czy gdyby rozmiar tragedii był o wiele większy, albo gdyby zginął ktoś z tych na górze, to czy i media bardziej nagłośniłyby tą sprawę? Nie rozumiem też, dlaczego tak ważne miasto jakim jest Bruksela posiada tak słabe zabezpieczenie? Nie od dzisiaj wiadomo, że Belgia jest kolebką muzułmańskich dżichadystów. Nie wierzę, że policja nie orientuje się, gdzie mają swoje domy, siedziby. Że się boją ich kontrolować? Trudno, taka ich praca. Zresztą po zamachach w Paryżu została wzmożona ochrona na ulicach miasta. Myśleli, że po takim czasie są bezpieczni? Że islamiści sobie odpuścili? Wątpliwe, bardzo wątpliwe.
Nasuwa się tutaj podstawowe pytanie - na ile my, Polacy, jesteśmy zabezpieczeni przed takimi wydarzeniami? Przed nami Światowe Dni Młodzieży w Krakowie i szczyt NATO w Warszawie. Jedno jest pewno - ostrożności nigdy za wiele. A mając oczy szeroko otwarte i umiejąc przewidywać pewne sytuację możemy ograniczyć ryzyko do minimum.

niedziela, 20 marca 2016

Chyba się poddaję...

Ostatnio coraz bardziej mam wrażenie, że jestem nikomu niepotrzebnym wyrzutkiem społeczeństwa. Że najpierw robię krok w przód, a potem miliard w tył. Dzisiaj po raz kolejny wszystkiego mi się odechciało, a najbardziej to życia. 
Wiele lat czekałam na to, aby coś przeczytać podczas parafialnych przedstawień. W końcu nadeszła ta chwila - Wielki Piątek 2010 roku, kiedy na którejś z prób przeczytałam stację V, w której kardynał Stanisław Dziwisz porównany został do Szymona Cyrenejczyka. Proboszczowi tak spodobała się moja interpretacja, że postanowił dać mi ten tekst. Nawet nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa. Do domu wracałam niczym na skrzydłach. Bo da się! Bo mogę wreszcie dorównać zdrowym ludziom. Może w efekcie finalnym nie wszystko poszło tak jak miało pójść, tragedii jednak nie było. Potem jeszcze kilka razy coś czytałam, aż wreszcie w siódmym roku mojego uczestniczenia w życiu scholi doczekałam się przeczytania kilku wezwań w Modlitwie Wiernych. Normalnie moje euforia sięgała zenitu. Potem jeszcze kilka razy coś przeczytałam i koniec. Rok temu otwarcie zgłosiłam babce prowadzącej scholę, że nie ma mnie ani 16 października(miałam ślubowanie oraz inaugurację roku akademickiego), ani na Wielkanoc(zostałam zaproszona na święta do znajomych w Wadowicach). Nie raz już mi się zdarzało nie być, więc nie przejmowałam się tym zbytnio.
Jednak w tym roku nic nie stanęło mi na przeszkodzie uczestniczenia w uroczystościach związanych z rocznicą wyboru Karola Wojtyły na papieża, czy też Wielkiego Piątku. Zgłosiłam, że będę na papieżu i co - i nic! Z wielkiej łaski kazano mi stać pomiędzy dzieciakami, które też mają mnie gdzieś(przykład idzie z góry). Zero mikrofonu(ale podkłady piosenek, które im przyniosłam to już chętnie wykorzystują), zero czegokolwiek. Myślałam, że z Wielkim Piątkiem będzie inaczej, wszak mamy rok Bożego Miłosierdzia. Gdzie tam! Niech sobie Lolek nie myśli, że ktoś o nim pomyśli.
Boli, boli jak cholera fakt, że nikt nawet nie zapytał czy będę. Tłumaczenie, że rzadko jestem mnie nie przekonuje - córeczka prowadzącej scholę i przygotowującej całe przedstawienie też nie chodzi na próby, bo studiuje w Krakowie. No ale rolę ma. Bo ona jest córeczką co niektórych osób, a ja tylko zaplutą kaleką. Rolę podostawały matki dziewczyn ze scholi, ich dziadkowie, a nawet zupełnie obce osoby. O Lolku zupełnie zapomniano!
I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu potrafiono wysłać do mnie głupiego e-meila z zapytaniem, czy można liczyć na moje uczestnictwo w Drodze Krzyżowej i czuwaniu. Teraz nawet na to zabrakło chęci. Miała być wycieczka poprowadzona przeze mnie po Wadowicach - też nie ma czasu, i to właściwie przez jedną i tą samą osobę. Chyba w ogóle odechce mi się jej na razie robić. Szkoda mojego czasu i zdrowia. A w przyszłym roku bardziej chcę się skupić na napisaniu prac licencjackiej i magisterskiej niż na organizacji im wycieczki. Swoją drogą, o ile powiedziałam im o studiach licencjackich(i tak było milion ale dotyczących mojej decyzji) o tyle o magisterce nikt nie wie. No, oprócz A., ale A. jest jedną z nielicznych osób, które mnie potrafią wesprzeć i zrozumieć. Nie czuję potrzeby dzielenia się tą wiadomości z innymi. Znowu będą próbowali zniechęcić mnie do tego co robię. Bo tak najłatwiej! Bo kaleka nie może mieć swoich marzeń!
Czuję się jak taki kot. Najpierw wszyscy go oswajają, głaszczą, mówią jaki jest piękny... A potem, potem kopią i odpychają, starając się mu udowodnić, że nie spełnia ich oczekiwań, bo jest inny. Tylko oswojonemu zwierzątku tak trudno to wszystko znieść. Więc może lepiej go nie oswajać? Może lepiej od początku traktować go jak intruza? Wtedy pozbędziemy się wszelkich złudzeń i marzeń. Nie będziemy żyć w pseudo-idealnym świecie, ale w jak najbardziej realnym, ze wszystkimi niedogodnościami.

sobota, 19 marca 2016

Diecezjalny Dzień Młodych, czyli przedsmak lipcowych Światowych Dni Młodzieży

Światowe Dni Młodzieży zainicjowane przez Jana Pawła II co kilka lat gromadzi miliony osób we wskazanym przez papieża miejscu w różnych częściach naszego globu. Najbliższe będzie już za kilka miesięcy w Krakowie, ale bywały spotkania np. w Sydney, Toronto, Denver, czy Rio de Janeiro. Nie łudźmy się, nie każdego z nas jest stać na wyjazd na spotkanie z papieżem i innymi młodymi na drugi koniec świata. Dlatego w Niedzielę Palmową lub w sobotę, która ją poprzedza, w diecezjach organizowane są Diecezjalne Dni Młodzieży, podczas których młodzież z całej diecezji gromadzi się w katedrze, aby świętować swój dzień z biskupem.
Na popularnej wikipedii została zamieszczona informacja, że Diecezjalne Dni Młodzieży odbywają się w latach pomiędzy Światowymi Dniami Młodzieży. Jednak szukając czegoś na stronce diecezjalnej trafiłam na następującą informację:
Trochę mnie to zdziwiło, bowiem "żarło się" z wiki. A z drugiej strony ucieszyło. Już dawno chciałam ponownie wziąć udział w takim zgromadzeniu. Już raz, w 2010 roku, pojechaliśmy parafią na "nasze" święto i bardzo miło to wspominam. Chciałam jechać rok temu, moje plany zostały jednak zaniechane przez zajęcia w szkole policealnej. Teraz jednak nic nie stanęło mi na przeszkodzie, więc cóż innego miałam do zrobienia w sobotnie przedpołudnie?
Pamięć ludzka jest ulotna. Wiem, że te sześć lat temu uroczystość też zaczęła się w kościele p.w. Miłosierdzia Bożego na ulicy Jagiellońskiej, za bardzo jednak nie pamiętałam, gdzie się ta parafia znajduje. Ba, nawet nie znałam lokalizacji samej lokalizacji ulicy, toteż poszłam w zupełnie odwrotnym kierunku, hi - hi. Jednak marny ze mnie przewodnik. Na szczęście popytałam ludzi, którzy odpowiednio mnie pokierowali. 
Na miejsce dotarłam na koniec odmawiania Koronki do Bożego Miłosierdzia. Każdemu może się zdarzyć. Zdążyłam jednak na radosny pochód z kościoła do diecezjalnej katedry. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jaki kawał drogi nadłożyłam(szłam widoczną na żółto drogą, a wystarczyło iść niebieskimi punktami :D):

W katedrze miała miejsce niezwykle ciekawa konferencja dotycząca Bożego Miłosierdzia i jego odzwierciedlenia w nadchodzących Światowych Dniach Młodzieży. Ale zanim znaleźliśmy się w jej wnętrzu, każdy z nas przeszedł przez jubileuszową Bramę Miłosierdzia, dzięki czemu mogliśmy uzyskać tzw. odpust zupełny. Po zajęciu miejsc w świątyni, która półtora roku temu została częściowo zniszczona przez pożar, zamieniliśmy się w słuch chłonąc to, co miał nam do przekazania ks. Mirosław Tosza. Jeszcze raz podkreślono nam, że w tych dniach nie powinno się liczyć pochodzenie każdego z nas, ale to, że jako chrześcijanie(tak, tak, na ŚDM zaproszone są również inne odłamy chrześcijaństwa, nie tylko katolicy) tworzymy jedność. Na tych kilka dni niech połączy nas wspólna modlitwa i radość z obcowania ze sobą. Dostaliśmy też "zadanie domowe" - mamy się zastanowić co dla każdego z nas oznacza Boskie Miłosierdzie. Czy jest to tylko pusty slogan, czy może coś więcej?
Kolejnym, a za razem ostatnim punktem Diecezjalnego Dnia Młodych był udział w uroczystej Mszy świętej koncelebrowanej pod przewodnictwem biskupa naszej diecezji, księdza Grzegorza Kaszaka, a animowaną muzycznie przez diakonię muzyczną działającą przy Duszpasterstwie Akademickim. Niezwykle wzruszające było kazanie, ukazującego patrona dzisiejszego dnia - świętego Józefa, nie jako zwyczajnego opiekuna Jezusa Chrystusa, ale jako cichego bohatera. I w sumie racja - każdy na jego miejscu skazałby małżonkę z dzieckiem z "nieprawego łoża" na ukamieniowanie. On jednak postanowił dyskretnie ją oddalić, aż nie ukazał mu się anioł. Co było dalej, wiemy z "Pisma Świętego". Ważnym elementem było także odnowienie naszych przyrzeczeń chrzcielnych, tym razem całkiem świadomie, co nawiązywało do rocznicy chrztu Polski, jak również prośba do biskupa o błogosławieństwo nas wszystkich. Na koniec przedstawiciele każdej parafii dostali "pamiątki" -zaproszenie na wspólną modlitwę 3 kwietnia, 300 obrazków przedstawiających Jezusa Miłosiernego, z zamieszczoną na odwrocie koronką do Bożego Miłosierdzia oraz lekiem o tajemniczej nazwie "Cordi miserina". Zastanawia mnie, czy z mojej parafii była jakaś delegacja młodych, bo wyczytywali ją wraz z innymi parafiami w naszym dekanacie, aby podeszli po "pamiątki". Bo ja byłam indywidualnie. No nic, pewnie dowiem się jutro. 
Ale żeby nikt nie wyszedł z pustymi rękami, to każdy wychodzący z katedry otrzymał aktualnego "Gościa niedzielnego", ulotkę o ŚDMie oraz batona. Taki miły akcent na zakończenie spotkania. Szkoda tylko, że wszystko tak krótko trwało. Już o 11:55 byłam na przystanku autobusowy, czyli cała uroczystość nie trwała nawet 3 godzin. Pozostawiło jednak wiele pytań i problemów wartych przemyśleń. Do lipca na pewno znajdę na nie odpowiedzi i rozwiązania.

czwartek, 17 marca 2016

Teraz już wiem, komu naprawdę mogę ufać, czyli o poniedziałkowej przygodzie

"Co ci się stało?" - słyszałam od każdego znajomego, który przyszedł w poniedziałkowe południe na zajęcia z historii kultury. A wszystko przez niesamowicie czerwone oko, z którym coś sobie zrobiłam w niedzielny poranek/ewentualnie sobotnią noc. W każdym razie już w niedzielny poranek wyglądało tak sobie, ja jednak nie mogłam pozwolić sobie na przymusowe L4 - wszak miałam w planie wyjazd do Krakowa na Misterium Męki Pańskiej(ale o tym w innej notce). Równocześnie miałam nadzieję, że dzień bez laptopa da niejaki odpoczynek dla moich oczów. 
W poniedziałek było jednak tylko gorzej. Mimo wszystko pojechałam na zajęcia na uczelnie. Co prawda na Papieskim miałam tylko jedne jedyne zajęcia z systemów rezerwacyjnych(które de facto w końcu odwołali), ale za to na AWFie miałam francuski, historię kultury oraz ćwiczenia z zarządzania przedsiębiorstwem turystycznym. Zwłaszcza francuskiego nie chciałam opuszczać, wszak nie należę do ludzi uzdolnionych lingwistycznie, a poza tym umówiłam się z babką na zdawanie zaległego materiału. Jednak oko tak mnie piekło, że nie byłam w stanie patrzeć na ekran. No, nic, na szczęście prowadząca jest wyjątkowo roztrzepana i kazała mi zdawać w przyszłym tygodniu. 
Po francuskim miałam chwilę przerwy do wykładu z historii kultury. Zazwyczaj urywam się wtedy na psychologię i socjologię grupy na Uniwersytet Papieski, jednak w tym tygodniu odwołano zajęcia. Ponieważ moi znajomi z grupy też pokończyli swoje zajęcia z języków, powoli zaczęliśmy się gromadzić pod przypisaną salą. I od razu posypał się grad pytań pod moim adresem - "Co ci się stało?", "Boli cię?", "Może to zapalenie spojówki", "A może gradówka?". To jednak nic - wystarczyło że na horyzoncie pojawiła się D. - "Lolek, a czemu ty płaczesz" - zaczęła. Oczywiście nie płakałam, tylko mi oko łzawiło. Pobiegła na chwilę na ksero, po czym wróciła do nas. "Jejciu, to oko naprawdę wygląda fatalnie. Lolek, dlaczego nie zostałaś w domu?". Tak, Lolek czasami jest zbyt gorliwy. I to jest jego największa wada - chce dobrze, nawet kosztem swojego zdrowia. "Ja bym poszła z tym do lekarza" - stwierdziła J. - "W akademiku jest gabinet, idź do niego" - dodała A. "Chcesz, pójdę z tobą" - zadeklarowała D. - "Ostatnio była tam B. i podobno trzeba się wykłócać, żeby do niego wejść". "A co z historią kultury?" - zapytałam. "Daj spokój, jak nie pójdziemy nic się nie stanie. Zbieraj się, idziemy".
No więc poszłyśmy - ja i D. Najpierw do akademika, z którego odesłali nas na  SOR do najbliższego szpitala im. Stefana Żeromskiego. Ani D., ani ja nie miałyśmy pojęcia gdzie to jest. Powiedziano nam tylko, że mamy wysiąść na przystanku "Plac Centralny". I tyle. Co prawda zaczęłam przebąkiwać, że wrócę do domu i tam pójdę do lekarza, D. pozostała jednak nieugięta. Szybko skontaktowała się ze swoim chłopakiem, aby zobaczył gdzie jest ten cały szpital i pojechała tam ze mną. Aż mi głupio się zrobiło. Potem trochę kluczyłyśmy po osiedlu, ale tak to już jest, gdy się drogi ani nawet tej części miasta zbytnio nie zna. Popytałyśmy jednak ludzi i w końcu dotarłyśmy na miejsce. Prawie, bo jeszcze musiałyśmy znaleźć SOR, co wbrew pozorom nie było takie łatwe. Ale przy okazji dowiedziałyśmy się nieoficjalnie, że na drugi raz mamy wzywać karetkę pogotowia - wtedy szybciej przyjmują.
Wbrew pozorom na SORze szybko mnie przyjęli. Co prawda D. dostawała czegoś, kiedy babka w rejestracji widząc jak trzymam długopis rzuciła - "To ja może przybiję pieczątkę". "Nie, ona spokojnie podpisze się sama" - skomentowała D. Na ratunkowym dyżurujący lekarz stwierdził, że nic tu nie pomoże i odesłał do gabinetu okulistycznego. Ewentualnie kazał czekać do 19 na lekarza okulistę na SORze. Postanowiłyśmy z D. spróbować jednak uderzyć do gabinetu. Zdążyłyśmy w ostatniej chwili. Co prawda D. pojechała już na uczelnię(i tak jestem jej wdzięczna, że ze mną przyjechała), ale ja i tak sobie poradziłam mimo wszelkich ograniczeń.
Lekarka zbytnio nie była zadowolona pojawieniem się mnie u niej. Gdyby nie ja, mogłaby wyjść do domu o czasie, a tak napatoczył jej się niespodziewany pacjent z SORu. Przeprowadziła pobieżny wywiad, poświeciła mi po oczach, poburczała, że za bardzo ruszam głową(no trudno, pacjenci z mpd też mogą jej się przytrafić i powinna być na to gotowa, przynajmniej mentalnie). Na koniec stwierdziła, że to erozja rogówki i przejdzie mi za kilka dni. I jeszcze dała mi receptę. Grzecznie podziękowałam i wyszłam. Mam nadzieję, że owo "Do widzenia" się nie sprawdzi, bo babka nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia.
Wszystkiego mogłabym się w tej sytuacji spodziewać, ale nie tego, że ktoś tak sam z siebie mi pomoże, poświęci swój czas i zajęcia. Pogada tak zwyczajnie, jak człowiek z człowiekiem. A potem zainteresuje się tobą, zadzwoni z pytaniem jak diagnoza, pożyczy notatki do skserowania. Nigdy bym się nie spodziewała aż takiego zaangażowania w moją sprawę. Ale D. już pierwszego dnia zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, bardzo często na zajęciach służy jako mój "tłumacz" :). Naprawdę, każdemu życzę takiej znajomej, bo jest naprawdę wyjątkowa. I wiem, że zawsze mogę liczyć na jej pomoc. Zresztą w ogóle na AWFie mam paczkę, która traktuje mnie jako swoją, nie tyle ze względu na niepełnosprawność ile na to, jaka jestem naprawdę. 

sobota, 12 marca 2016

Wyjazd w formie protestu

Jutro jak prawie co roku pojadę wraz z moją parafią na Misterium Męki Pańskiej rozgrywające się w Wyższym Salezjańskim Seminarium Duchowym w Krakowie. Temat przewodni jest jakże na czasie - Boże Miłosierdzie. Bo istotą przedstawienia jest to, że w każdym roku, chociaż przedstawia jeden temat(męczeńską śmierć Syna Bożego), to jednak za każdym razem obsadzona jest w innej scenerii. I tak na przykład w zeszłym roku Męka Pańska przedstawiona była w kontekście wydarzeń z Kany Galilejskiej(pisałam o tym >>tutaj<<). Jak będzie w tym roku - napiszę w innym poście.
Zapisałam się na wyjazd trochę "w ciemno". Jak już wiele razy tutaj wspominałam, uczęszczam na zajęcia do szkół policealnych, a one wypadają w weekendy. Z drugiej jednak strony po otrzymaniu wiadomości o wycieczce rozmawiałam z osobą za nią odpowiedzialną. Akurat był środek stycznia, nie wiedziałam więc jak będzie wyglądał mój plan zajęć w przyszłym semestrze. W odpowiedzi usłyszałam, że lepiej się zapisać i później zrezygnować, niż się nie zapisać i wcale nie mieć możliwości wyjazdu. Tak też zrobiłam. Jakiś czas potem dostałam terminarz zjazdów w tym semestrze i niestety okazało się, że 12 i 13 marca mam zajęcia. Postanowiłam jednak nie rezygnować z wyjazdu, bo notatki zawsze mogę przepisać, przedstawienia zaś nie obejrzę. 
Kiedy zobaczyłam plan zajęć na jutrzejszy dzień, utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam. Bo jutro są... podstawy prawa pracy. Do samego przedmiotu jako tako nic nie mam, ale do prowadzącej i owszem. Ja chyba czegoś w tym wszystkim nie rozumiem. Mamy powiedzmy 5 godzin lekcji. Zawsze siedzimy do końca. Jeszcze gdybyśmy bez przerwy mieli zajęcia to ok., jeszcze bym to jakoś zdzierżyła. Tymczasem zdarza się, że przez pierwszą godzinę, a potem jeszcze gdzieś w środku zajęć, babka gada o przysłowiowej dupie-Marynie. O tym, że uchodźcy zabiorą nam pracę, albo że dostają wyższe socjale niż Polacy, że papież jest be, bo nakazał przyjmować uchodźców, że jakaś Bułgarka przepowiedziała to wszystko, że Tupolew musiał zostać zestrzelony, bo jego kawałki są na takim dużym obszarze(czyżby myślała, że leciał z prędkością 100 na godzinę? chyba wagarowała na lekcjach fizyki), a do prezydenckiego samochodu podłożono bombę. A tak w ogóle to nieobecnym na zajęciach z podstaw prawa pracy ciężko będzie zdać egzamin zawodowy. No tak, tylko dlaczego samych treści przedmiotu jest tak mało? Przecież na zawodowym nikt nie będzie nas pytał o Syryjczyków, albo prezydenckiego Tupolewa! 
Rozumiem, przerwę pomiędzy zajęciami dla odprężenia, ale gadania przez półtorej godziny nijak nie mogę zdzierżyć! Przecież to czyste marnowanie czasu! Gdyby tak kończyła wcześniej, to większość z nas byłaby bardziej zadowolona. A to oczywiście jest realne. Wystarczy tylko chcieć. Ewentualnie te swoje poglądy mogłaby przenieść na koniec zajęć. No tak, ale wtedy wszyscy by jej uciekli i nie miałaby komu obić wody z mózgu...
Tydzień temu w ramach buntu wyszłam wcześniej. Podejrzewam, że niewiele straciłam. Jutro też nie będę. Paradoksalnie bardziej mi żal nieobecności na postępowaniu w administracji, gdzie treści są o wiele bardziej skomplikowane. Ale przynajmniej coś robimy. Aha, i uwaga że nie zdam egzaminu końcowego też mnie jakoś nie wzrusza. Wystarczy poczytać notatki - i tak nigdy ich nie rozwija, omawia itp.

czwartek, 10 marca 2016

Stare nie zawsze znaczy złe

Ostatnio na jednym z forów, na których się udzielam, wywiązała się dyskusja odnośnie programów rozrywkowych, które chce przywrócić aktualny zarząd TVP. Autorka wyśmiała w wątku programy, jakie oglądali rodzice w jej wieku, twierdząc, że nawet telewizja powinna iść z duchem czasu, a takie postępowanie spowoduje tylko odejście od telewizora bardzo wielu widzów w myśl zasady - co stare to nieaktualne. Największe "pomyje" wylała na programy rozrywkowe. Oczywiście wywiązała się dyskusja odnośnie tego, że jeżeli programy wrócą, to na pewno w nowej formie, ale chyba nie przekonaliśmy tym autorki wątku.
Osobiście mogę nazwać siebie dzieckiem wychowanym na telewizji i programach, które emitowała. Okres mojego dzieciństwa przypadł na lata 90 ubiegłego wieku. Era dwóch programów telewizyjnych na krzyż powoli odchodziła w niepamięć, powoli pojawiały się stacje telewizyjne takie jak Polsat, TVN i Canal+. Ludzie zaczęli mieć większy wybór tego, co chcą w danej chwili oglądać, a i emitowane programy stawały się coraz bardziej różnorodne i na kierunkowane na różne gusta i preferencje odbiorców.
Wiele razy słyszałam, że osoby niepełnosprawne są na tyle głupie, że oglądają w telewizji wszystko co się im puści. To nieprawda. Moi rodzice bardzo często doświadczali niełaski z mojej strony, kiedy włączali nie to co chciałam. Bo kilkuletnia Karolinka była mimo wszystko była myślącym dzieckiem i kojarzyła poranną obecność tatusia w domu z tym, że na szklanym ekranie, w zależności od tego, czy to była sobota, czy też niedziela, powinno być "5 - 10 - 15" albo poczciwy "Teleranek". Zaś po kolacji najpierw "Zwariowane melodie" na Canale+, potem wieczorynka na "Jedynce", a następnie jakiś teleturniej obejrzany z tatusiem na "Dwójce". Kiedy rano nie szłam do przedszkola(bo np. byłam chora), obowiązkowo musiałam obejrzeć "Mama i ja". I nie było zmiłuj, w przeciwnym razie była awantura w moim wykonaniu na pół bloku. Albo odmowa wykonywania poleceń(heh, już w wieku kilku lat kombinowałam jak umiałam). Co ciekawe, potem mogło się dziać dosłownie wszystko, ale najważniejsze było, żebym zaliczyła codzienny rytuał.
Z czasem moje preferencje odnośnie wybieranych przeze mnie programów telewizyjnych wyraźnie dojrzały. Na pierwszy plan wyszły wszelkie telenowele, które pozwalały mi poszerzyć swoją wiedzę. Oczywiście dla 6-8 letniego dziecka niektóre pytania były zbyt trudne, ale nie odstraszało mnie to od szklanego ekranu. W dzisiejszych czasach podobną rolę odgrywa internet, lecz wtedy domowy komputer podłączony do sieci był jeszcze utopią. Jak ja lubiłam "Vabank", "Duety do mety", "Szalone liczby", "Miliard w rozumie", "Koło fortuny", "Krzyżówkę trzynastolatków", czy też "Wielką grę". Mogłabym je oglądać godzinami. 
Z czasem kolejne programy schodziły z ramówki, bądź były zastępowane nowymi. Z tych nowszych do gustu przypadło mi "Jak to leciało" oraz "Kocham Cię Polsko". Ale i one znikły. Została mi jednak "Familiada", "Jeden z dziesięciu" i "Jaka to melodia". Ewentualnie "Miliard w minutę".
Teraz wiele z dawnych programów ma na nowo wrócić do łask, jednak w odnowionej formie. Według mnie to dobre rozwiązanie, ponieważ świat idzie do przodu i na przykład e-meil wyparł tradycyjny list. Osobiście cieszę się z powrotu "Kocham Cię Polsko", z niecierpliwością czekam na nową odsłonę "Wielkiej gry". Ciekawa jestem też "odświeżonego" "Teleranka" oraz "Pegazu".
Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że mimo różnorodności programów nie bardzo jest w czym wybierać - zbyt mało jest tych, które by mnie najbardziej interesowały. Z telenowel oglądam "Klan" i "Ojca Mateusza", od czasu do czasu rzucę oko na "Na dobre i na złe" i "Barwy szczęścia". Spodobał mi się też serial "Bodo". Filmy - bardzo rzadko. Od dawna wiem jednak, że przysłowiowe "odgrzewane kotlety"(o ile zostaną odpowiednio odgrzane) potrafią się sprawdzić po wielu, wielu latach. A przy okazji możemy przekonać się, na jakich programach wychowali się nasi rodzice.

niedziela, 6 marca 2016

By nie bać się snów

W marcu 2010 roku w mojej parafii miało miejsce niezwykłe wydarzenie - mieliśmy zaszczyt gościć w naszych skromnych progach wybitną specjalistkę od psychiatrii, doktor nauk medycznej oraz wykładowcę Papieskiej Akademii Teologicznej, a prywatnie bliską przyjaciółkę papieża Jana Pawła II, panią Wandę Półtawską. Specjalnie dla nas wygłosiła wykład poświęcony godności rodziny, a następnie wywiązała się dyskusja. Osobiście urzekła mnie jako sam człowiek - mimo wszystko skromny, znający swoje miejsce w szeregu. Bardzo cenię sobie tego typu ludzi, tym bardziej zadaję sobie pytanie, jakie przeżycia, czy też czynniki wpływają na nas, że jesteśmy osobnikami o takim, a nie innym charakterze.
W przypadku pani Wandy próbowałam znaleźć odpowiedź w jednej z bardziej znanych książek jej autorstwa, "Rekolekcje beskidzkie", będącej zbiorem korespondencji, jaką prowadziła przez wiele lat z Karolem Wojtyłą, a następnie Janem Pawłem II. Tak się złożyło, że dostałam ją za zajęcie drugiego miejsca w ogólnopolskim konkursie literackim związanym z uroczystością beatyfikacyjną papieża - Polaka. Nie udało mi się jednak znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie. Ostatnio jednak trafiła w moje ręce książka, którą chciałam przeczytać od dłuższego czasu. 
"I boję się snów" to autobiograficzna książka pani Wandy Półtawskiej przedstawiające życie w niemieckim obozie koncentracyjnym Ravensbruck, do którego trafiła w 1941 roku z zaocznym wyrokiem śmierci. Wyobrażacie sobie co mogła czuć zaledwie 20 letnia, wkraczająca dopiero w życie dziewczyna, która znajduje się nagle w samym środku wojennego piekła? Nie była wprawdzie sama - do Niemiec została wywieziona wraz z innymi kobietami, w tym z najlepszą przyjaciółką, Krysią, dla której stała się matką zastępczą. Głód, brud, praca ponad siły stały i niepewność jutra się ich chlebem powszednim. Do tego w pewnym momencie doszło coś jeszcze - to operacje eksperymentalne na młodych Polkach. Wybierano kilka z nich i brano do lagru szpitalnego, gdzie okaleczano im nogi, sprawiano że powstawały ubytki kostne, niekiedy rany zostały zakażone szczepami bakterii. Wiele kobiet poddanych takim eksperymentom zmarło, inne zostały okaleczone do końca życia. Wśród "królików doświadczalnych" była też Wanda. 
Pomimo wszystkich upokorzeń i chwil, których nikt z nas nie chciałby przeżyć, polskie kobiety w większości zachowały swoją godność(przez pewien czas dzieliły swój barak z niemieckimi homoseksualistkami) i człowieczeństwo. Starały się kultywować tradycje kraju, z którego przyjechały, z czasem zdobyły też polskie książki i powieści, a także prowadziły tajne nauczanie. Chciały, aby przetrwało w nich to, co nikt oprócz czasu nie może zabrać - kultura, język i tradycja. Niejednokrotnie ryzykowali życie poprzez swoje postępowanie, udało im się jednak osiągnąć zamierzony cel.
Książkę przeczytałam jednym tchem. Chociaż porusza niesamowicie trudną tematykę, jaką jest zjawisko holokaustu, została napisana w bardzo ciekawy sposób. Najbardziej mnie jednak zaintrygował w niej początek, w którym autorka wyznaje, że spisała to wszystko w formie autoterapii, ponieważ od czasu powrotu z obozu do domu męczyły ją koszmary związane z pobytem w tym miejscu. Co ciekawe, kiedy spisała wszystkie swoje wspomnienia związane z tym okresem, niechciane sny znikły raz na zawsze. Zaczynam się zastanawiać, czy nie postąpić podobnie, czy w ten sposób nie rozliczyć się z przeszłością. Tylko, że ja nie mam koszmarów, ale całkiem przyjemne sny z serii tych, które się chce aby trwały jak najdłużej. Jednak wybudzenie się z takiego snu jest nie mniej bolesne. W moim wypadku dochodzi jeszcze forma wspomnień. Z powodu fizycznych ograniczeń nie spiszę ich na kartce. Więc co? Notatnik w komputerze? Tam mam to wszystko spisać? Bo na pewno nie na blogu - to zbyt intymne sprawy. Ale może dzięki wyrzuceniu wszystkiego co mnie męczy do edytora tekstu przestanę bać się snów?

sobota, 5 marca 2016

Komputerowa tabula rasa

Kiedyś musiało to nastąpić. Prędzej, czy później musiało. I tak mogę zaliczyć się do niesamowitych szczęściarzy - przez 9,5 roku(lat?) laptop działał mi w miarę sprawnie. Miał czasami pewne "odchyły", raz mi się nawet sam z siebie sformatował :-D(do dzisiaj nie wiem nawet jak, w każdym razie część pytań na egzamin z licencjata poszła w eter, na szczęście szybciutko je nadrobiłam), ale w sumie działał bez większych zastrzeżeń. Co najważniejsze, w miarę sprawnie zastępował mi zeszyt z notatkami - z powodu mojej choroby nie jestem w stanie ręcznie notować tego, co mówi nauczyciel. To nie jest oczywiście tak, że w cale nie umiem posługiwać się długopisem, bo i podpisać się potrafię, i napisać oświadczenie do Urzędu Miasta, i w miarę czytelnie zaadresować kopertę. Jednak robienie notatek na zajęciach, jak również pisanie większości notatek jest poza moimi możliwościami. Dlatego od pierwszej klasy liceum laptop stał się moim zeszytem, oczywiście akceptowanym zarówno przez nauczycieli szkolnych, jak i akademickich. Był "niezniszczalny", a przynajmniej za taki chciał uchodzić. A może to ja po prostu chciałam, aby taki był?
Dwa tygodnie temu ni z gruszki, ni z pietruszki zaczęły się kłopoty z uruchomieniem systemu. Niby się ładował, ale po drodze musiał jeszcze z kilka razy na nowo się uruchomić w ramach sprawdzenia tego i owego. Zbytnio mnie to nie zmartwiło - wcześniej też kilka razy tak się zachowywał, ale w końcu zaskakiwał. Tak było i tym razem. Ponieważ był już późny wieczór, sprawdziłam tylko pocztę i normalnie zamknęłam wszystko. Nazajutrz chciałam uruchomić sprzęt na zajęciach z "okolic Krakowa - miejsc turystyki religijnych". Naciskam power, czekam na reakcję, czekam, czekam i nic. No, może nie do końca nic, bo pojawił się ciemny ekran z nietypowo powiększonym kursorem. Wiedziałam, że coś nie gra, nie jestem jednak informatykiem, więc postanowiłam zanieść sprzęt do serwisu. W poniedziałek dostałam telefon z serwisu, że poszedł dysk twardy(co też brałam pod uwagę) i pytanie co robić: czy wstawić używany za 200 złotych i dwumiesięczną gwarancją, czy też nowy za 230 złotych i dwuletnią gwarancją + 50 zł za serwis(konia z kopytami temu, kto odkryje, gdzie tutaj jest jakaś ekonomia, bo ja nie widzę żadnej). Oczywiście wybrałam opcję drugą, bo jednak nie używam laptopa do zabawy i rozrywki(a przynajmniej nie jest to jego priorytetowym zadaniem), ale do nauki.
Na efekt końcowy musiałam czekać do piątku(dlaczego napiszę innym razem, bo to bardziej skomplikowana sprawa). Odebrałam, zapłaciłam, wróciłam do mieszkania. Włączam i... ojej! To przecież zupełnie inny komputer. A raczej nowy system w starej, gdzie nie gdzie popękanej przez ząb czasu obudowie. Na razie więc uczę się obsługi na zupełnie nieznanym mi systemie operacyjnym Windows 7. Czy lepszym od poprzedniego - okaże się z czasem. Mój problem polega jednak na tym, że zdecydowanie za wolno przyzwyczajam się do nowych rzeczy, a w szczególności technicznych. Najważniejsze dla mnie w tym wszystkim jest jednak to, że przez całkowitą, fizyczną wymianę dotychczasowego dysku twardego utraciłam wszystko to, co posiadałam na poprzednim. I tu nie chodzi o zdjęcia, czy e-booki, chociaż wiadomo, że tych też szkoda, ale o notatki z zajęć. Część kiedyś wrzuciłam na pocztę elektroniczną, ale nie wszystko. Najbardziej zależy mi na notatkach z technika administracji, bo wszak egzamin kwalifikacyjny tuż, tuż. Co prawda pożyczyłam sobie zeszyt z podstaw prawa pracy oraz postępowania w administracji, mam nadzieję wszystko spisać, ale żal pozostaje. Tym bardziej, że system przypomina teraz prawdziwą tabulę rasę, w której nic nie ma...
Ale ma to i swoje dobre strony - wyobraźmy sobie sytuację, w której dysk mi całkowicie siada tuż przed ukończeniem pisania mojej pracy magisterskiej... Doskonały sposób na popadnięcie w depresję trzeciego stopnia, prawda?