Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 30 kwietnia 2016

Majówka - jak mądrze ją spędzić

Przed nami kilka dni wolnych od nauki i pracy. Oczywiście to najgorętszy okres dla maturzystów, którzy zapewne będą robili ostatnie powtórki przed czekającym ich po długim weekendzie egzaminie, od którego będzie zależało ich być albo nie być, niemniej jednak liczę na to, że mimo wszystko znajdą chociaż chwilę na to, aby odłożyć książki i oderwać myśli od tego, co ich czeka. Higiena umysłowa jest nie mniej ważna od higieny fizycznej. Co więcej, jeżeli będziemy bez przerwy wkuwać materiał, nie tylko nie nauczymy się nic nowego, ale nawet może nam się wszystko pomieszać. Chociaż powyższe dotyczy nie koniecznie uczniów, ale praktycznie każdego z nas. Jak jednak mądrze spędzić tych kilka dni, aby wrócić do codzienności wypoczętym i zrelaksowanym? Poniżej dam Wam kilka moich pomysłów.
  1. Udaj się na łono natury - nic tak nie wpływa na nasz organizm, jak wyjście z dusznego i ograniczonego murami mieszkania na świeże powietrze. Nawet w dużych miastach znajdzie się park, planty, czy też skwer z zieloną trawą, po których można pochodzić, a nawet rozłożyć kocyk i urządzić mini piknik dla siebie lub znajomych. Długi spacer po okolicy pozwoli nam zaś odkryć piękno, którego wcześniej nie potrafiliśmy dostrzec.
  2. Urządź grilla dla znajomych - majówka to doskonały czas na otwarcie sezonu grillowego. Wyciągnij grilla do ogródka, kup zgrzewkę piwa, zaproś znajomych. Nic tak nie integruje społeczności jak wspólnie spędzony czas.
  3. Weź udział w imprezach organizowanych przez miejscowość, w której mieszkasz - w wielu miastach i wsiach organizowane są "Wielkie majówki" dla mieszkańców. Zazwyczaj posiadają one bogatą ofertę kulturalno - muzyczno - sportową. Warto zorientować się czy i u nas organizowane są podobne akcje, ponieważ to dobra okazja, aby wyjście z domu połączyć z czymś dla ciała i dla ducha.
  4. Zabaw się ze swoim dzieckiem w odkrywanie miejscowości, w której się mieszka - myślisz, że zarówno Ty, jak i Twoja pociecha znacie miejscowość, w której mieszkacie? Założę się że nie. Wybierzcie się na wycieczkę, na której poszukacie historycznych miejsc, ciekawych obiektów, najstarszego domu, zagrody, w której jest najwięcej psów, przydrożnych kapliczek, możesz pokazać pociesze miejsca związanych z Twoim dzieciństwem. To doskonała okazja, aby poznać miejsce, w którym się mieszka
  5. Umów się ze znajomymi, których dawno nie widziałeś - w dzisiejszym zwariowanym świecie coraz więcej czasu spędzamy w pracy, bądź przed komputerem. Komunikacja internetowa rozwinięta jest na wysokim poziomie, przez co upadają więzi społeczne. Nie łudźmy się - nawet najlepszy komunikator nie zastąpi nam rozmowy twarzą w twarz. Więc może podczas tych kilku dni warto poświęcić chociaż dwie godziny na spotkanie się ze znajomym, który mieszka w pobliżu, a dawno nie miało się czasu, aby zobaczyć się w realnym świecie.
  6. Przygotuj swoją ulubioną potrawę - w tygodniu najczęściej nie mamy czasu na przyrządzanie tego co lubimy do jedzenia. Niejednokrotnie gotujemy jedną potrawę na kilka dni, a potem po prostu ją odgrzewamy. Tymczasem tych kilka dni możemy z powodzeniem wykorzystać na przygotowaniu tego, co lubimy, a nawet spałaszowaniu potrawy w tym samym dniu.
  7. Poczytaj coś lekkiego - to doskonały sposób, aby oderwać swoje myśli od codzienności, a przy okazji nadrobić czytelnicze zaległości.
A może macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na spędzenie majówki i podzielicie się nimi ze mną? Chętnie dowiem się czegoś nowego.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Dokumentowa historia

Dokumenty, najczęściej małe plastykowe "dyskietki", na których ujawnione są nasze dane. W zależności od tego, jaki to jest rodzaj dokumentu, widnieje na nich więcej lub mniej informacji o nas. Dowód osobisty, najważniejszy dokument tożsamości każdego obywatela Polski, zawiera ich chyba najwięcej, legitymacje - dużo mniej. Na co dzień nie przywiązujemy do nich większej uwagi, najczęściej jednak mamy coś przy sobie, co potwierdzałoby, że my to faktycznie my. Problem rodzi się dopiero wtedy, kiedy zgubimy je. 
Wczoraj późnym wieczorem, wyjmując telefon komórkowy z kieszeni kurtki, wyczułam brak portfela. Zaniepokojona sięgnęłam do drugiej kieszeni - też pusta. Serce trochę szybciej zaczęło mi bić - kurcze, czyżbym znowu go zgubiła? Jakoś nie przyszło mi do łebka, żeby sprawdzić czy mam dokumenty, z drugiej strony zazwyczaj było tak, że etui w którym je trzymam wrzucam do plecaka. Poddenerwowana poszłam spać, wszak dzisiaj rano miałam wstać o 5 rano. Oczywiście sen miałam bardzo lekki, często budziłam się w nocy i nie mogłam znowu zasnąć. Rano ubrałam się, zaczęłam pakować i nagle jedna myśl przeszyła mój umysł - matko jedyna, gdzie ja mam dokumenty!? Nie było ich bowiem tam, gdzie sądziłam że są. Zaczęłam analizować wszystko po kolei - etui na pewno miałam w Krakowie, ponieważ byłam w banku po pieniądze. Pieniądze włożyłam do kieszeni plecaka, a dokumenty do kurtki. Portfel ostatni raz widziałam w busie do Wadowic - płacąc za bilet. Wyciągając portfel czułam jeszcze etui. Potem schowałam portfel do jednej kieszeni, a resztę z biletu do drugiej. Poszłam usiąść sobie na miejscu i w tym momencie zadzwonił mój telefon - tutaj mój trop się urwał. Ale i tak sporo wiedziałam - dokumenty z portfelem najprawdopodobniej zostały w busie, albo wyleciały mi, kiedy biegłam w deszczu do domu mojej ciotki. Na wszelki wypadek na busa do Krakowa szłam tą samą drogą co poprzedniego dnia. Wczoraj do Wadowic zajechałam dość późno i istniała szansa, że etui nikt sobie nie wziął. Niestety, nigdzie go nie widziałam. Cała nadzieja pozostała w kierowcy busa, że może on coś wie. Żeby nie robić zbędnego zamieszania postanowiłam podpytać go dopiero przy wysiadaniu z pojazdu.
Tymczasem sprawy potoczyły się zgoła inaczej - wsiadłam do busa, zapłaciłam za bilet(dzięki lenistwu z poprzedniego dnia miałam kilka złotych przy sobie), idę przed siebie i nagle słyszę kobiecy głos:
- Przepraszam, nie zgubiła pani wczoraj dokumentów?
Przytaknęłam głową.
- Kierowca znalazł je wieczorem. Chciał odnieść, żeby nie musiała pani wyrabiać nowych, ale nie wiedział gdzie(we wszystkich mam mój adres zameldowania, któremu daleko do Wadowic), dlatego miał zanieść na policję. Jak pani wróci, to niech tam pani podejdzie...
Uff... Kamień z serca! Naprawdę już miałam przed oczami wizję wyrabiania wszystkich dokumentów na nowo. A ponieważ czwartek jest dla mnie z reguły dniem powrotu do domu, zaś majowy weekend zbliża się nieubłaganie, postanowiłam jeszcze dziś wrócić się do Papieskiego Miasta odebrać zgubę. Dlatego po pierwszym wykładzie podjechałam na dworzec(chwała, że nie sprawdzali biletów), a potem do Wadowic.
Na komisariacie poszło mi nawet sprawnie - spokojnie wytłumaczyłam mężczyźnie w informacji z czym przychodzę(na szczęście kojarzył nazwisko), potem chwilkę poczekałam na policjanta, który zaprosił mnie do swojego pokoju. Tam wyciągnął szarą kopertę i wysypał jej zawartość - ku mojemu zaskoczeniu nie tylko dokumenty, ale i portfel z zawartością(o tym nawet nie marzyłam). Sprawdziłam zawartość, pokwitowałam odbiór(policjant widząc jak trzymam długopis streścił formułkę do niezbędnego minimum), podziękowałam, wyszłam.
Mam ochotę podziękować samemu kierowcy. Dzięki temu, że znalazł moje rzeczy i odpowiednio je zabezpieczył, nie muszę wyrabiać nowych dokumentów - m.in. dowodu osobistego, legitymacji osoby niepełnosprawnej, legitymacji emeryta/rencisty, czy też legitymacji studenckiej. Już pal licho portfel z pieniędzmi, te 20 złotych jakoś bym przeżyła. Ale dokumenty? To trochę tak, jakbym zgubiła własną tożsamość. Na szczęście są jeszcze uczciwi ludzie, którzy tą tożsamość pomagają odzyskać :).

wtorek, 26 kwietnia 2016

Matura z matematyki - obowiązkowa czy nie

Za ponad tydzień tysiące absolwentów szkół średnich zasiądą do jednego z najważniejszych egzaminów w swoim życiu - matury. Co prawda egzamin dojrzałości nie jest obowiązkowy, wszak nie wpływa na ukończenie przez ucznia szkoły średniej i legitymowania się takim wykształceniem, to jednak jego zdanie, w dodatku z miarę dobrym wynikiem, otwiera absolwentom furtkę na studia. 
Chociaż każdy abiturient wybiera sobie przedmioty, z których chce zdawać egzamin, to kilka z nich narzuconych jest na niego odgórnie. Właściwie od zawsze był to język polski, a od 2010 roku, po wielu latach, dołączyła do niego matematyka. Wielu ludziom nie było to na rękę, ja jednak uważam, że była to jedna z lepszych decyzji ministerstwa. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Język polski jest głównym kierunkiem nurtu humanistycznego w naszym kraju, matematyka - ścisłych. Społeczeństwo dzieli się na humanistów i ścisłowców. Gdyby nie wprowadzono matematyki jako przedmiotu obowiązkowego, ścisłowcy byliby niejako poszkodowani, pisząc obowiązkowo język polski. Tym samym wprowadzono jakąś równowagę pomiędzy jedną skrajnością, a drugą. Ścisłowcy męczą się z językiem polskim, a humaniści z matmą. Proste? Po drugie, uczniowie, a nawet nauczyciele kompletnie olewali sobie w klasach o profilu humanistycznym nauczanie matematyki. Tymczasem materiał z matematyki, realizowany nawet na poziomie podstawowym, uczy kreatywnego i logicznego myślenia, pozwala spojrzeć na świat z poziomu nie słów, ale liczb. Tego nie nauczy żadna powieść! Poza tym aktualnie poziom arkusza maturalnego z matematyki jest taki, że z powodzeniem powinien zdać go przeciętny uczeń gimnazjum. Przynajmniej na poziomie progowych 30%. Sprawdziłam to na kilku osobach, które chodzą do gimnazjum bądź zaczynają swoją edukację na poziomie szkoły średniej. I wszystkie z nich otrzymały co najmniej minimalną liczbę punktów. Uwierzcie mi, układający go egzaminatorzy wiedzą, że nie każdy musi być orłem matematycznym. Jednak kończąc pewien okres szkolny są pewne założenia, że powinno się posiadać umiejętności w tej, czy w innej dziedzinie. Tym bardziej przeraża mnie odsetek osób, które ten egzamin oblewają. Czyżby nie zdobyli odpowiedniej wiedzy poziom wcześniej? Przecież nawet jeżeli już się kompletnie nie wie, jak rozwiązać dane zadanie, można wypisać dane i szukane. To raczej nie wymaga nie wiadomo jakich umiejętności matematycznych, zwłaszcza od humanistów. A za to też są jakieś punkty. Druga rzecz to taka, że od 2010 roku 20 - 30 pytań z matematyki to pytania zamknięte. Jeżeli już konkretnie nie zna się na nie odpowiedzi, to zawsze można strzelać - zawsze istnieje 25%, że się trafi. Jak to mówią - ziarnko do ziarnka uzbiera się miarka, teraz wystarczy to sparafrazować na punkcik do punkcika - uzbiera się wymaganych 30% punktów, czyli 15. Zresztą przyznawanie punktów na maturze z matematyki wygląda następująco:
  1. Rozwiązania poszczególnych zadań oceniane są na podstawie szczegółowych kryteriów oceniania, które są takie same w całym kraju.
  2. Egzaminatorzy podczas sprawdzania arkuszy egzaminacyjnych w szczególności zwracają uwagę na poprawność merytoryczną rozwiązań oraz kompletność prezentacji rozwiązań zadań(składa się na nie wykonanie cząstkowych wyliczeń i przedstawienie sposobu rozumowania)
  3. Ocenia się tylko te fragmenty pracy, które dotyczą polecenia. Nie ma więc sensu pisaniu na boku swoich komentarzy, nawet na temat, gdyż nikt na nie nawet nie spojrzy.
  4. W przypadku, kiedy do jednego polecenia podanych jest kilka rozwiązań, nie przyznaje się punktów(nawet jeśli jedno z nich jest prawidłowe)
  5. Jeżeli dane zadanie rozwiązano poprawnie, pomimo innego klucza odpowiedzi, przyznaje się maksymalną ilość punktów.
I jeszcze żeby nie było, że się wymądrzam - sama zdawałam maturę z matematyki w 2009 roku. Był to ostatni rocznik, w którym była ona jeszcze przedmiotem nieobowiązkowym. A jednak zdecydowałam się na nią i to jeszcze w wersji rozszerzonej. Paradoks sytuacyjny polegał na tym, że egzamin, podobnie jak pozostałe, pisałam za pomocą komputera, rysunki wykonywał za mnie nauczyciel wspomagający(oczywiście przy moich instrukcjach). Nie było to łatwe, ponieważ mam sporą wadę wymowy, ale możliwe. Maturę mimo wszelkich ograniczeń zdałam na bardzo przyzwoitym poziomie. Dlaczego jednak w ogóle zdecydowałam się zdawać matmę, chociaż nie musiałam? Po pierwsze chciałam w ten sposób podziękować pewnej nauczycielce, która już w czwartej klasie odkryła mój talent matematyczny i nie zważając na żadne przeciwności losu postanowiła go we mnie szlifować. A po drugie, czy gdybym w pierwszej klasie ogólniaka powiedziała sobie, że matematyki nie chcę zdawać, to przykładałabym się w ogóle do tego przedmiotu? Pewnie nie. Dlatego sądzę, że maturę z matematyki może zdać każdy. Wystarczy tylko chcieć i trochę się przyłożyć.
I na koniec paradoks sytuacyjny - łatwiej jest zdać rozszerzoną maturę z matmy na 100% niż podstawowy język polski. Dlaczego - patrz pkt. 5. Na polskim zaś musisz wbić się w absurdalny klucz odpowiedzi. Dlatego matura z matmy była dla mnie łatwiejsza niż z języka ojczystego.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Częstochowa - zagospodarowanie czasu po Mszy Świętej

Po Mszy postanowiłam troszkę pokręcić się po terenie klasztoru. Najpierw jednak poszłam "przywitać się" z gospodynią tego miejsca. To było dla mnie oczywiste, tak jak witam się z domownikami, u których jestem w gościach, tak samo powinnam się przywitać z Czarną Madonną. Kilka chwil minęło, zanim mogłam uklęknąć na posadzce i na kolanach obejść ołtarz z cudownym wizerunkiem. Czas i liczba wiernych, którzy przez lata wykonywali ten gest sprawiły, że posadzka pokryła się wyżłobieniem od kolan. Potem chcąc wydostać się z klasztoru poszłam na górny poziom klasztoru, gdzie znajduje się słynna Golgota Jasnogórska namalowana przez Jerzego Dudę - Gracza. Za każdym razem, kiedy patrzę na każdą jej stację, odkrywam szczegół, którego wcześniej "nie było". To tak, jakby ktoś coś domalowywał. Chociaż tak naprawdę jest to najlepsza oznaka tego, że nie zawsze umiemy być wystarczająco spostrzegawczy. W życiu codziennym jest podobnie - patrzymy na coś nie zawsze dostrzegając to. Jednocześnie za każdym razem Golgotę Jasnogórską, a raczej jej przesłanie, można interpretować na inny sposób. Być może dlatego tak bardzo do mnie przemawia? Następnie znalazłam się w Sali Rycerskiej, w której znajduje się wystawa gobelinów przedstawiających pielgrzymki Jana Pawła II do różnych sanktuariów Maryjnych. Nie wiem dlaczego, ale automatycznie skojarzyło mi się to z dolnym poziomem Centrum Jana Pawła II, gdzie w środkowej sali znajdują się wielkie obrazy o podobnej tematyce. A może to tylko moje zboczenie zawodowe(chociaż bardziej poprawnie brzmi studenckie)? Gobeliny naprawdę mnie urzekły kunsztem wykonania, chociaż niektóre słabo było widać. 
Z Sali Rycerskiej udało mi się wreszcie znaleźć wyjście z klasztoru - brawo ja! Już myślałam, że przyjdzie mi w nim spędzić resztę życia hi, hi, hi. Wychodząc z klasztoru i skręcając na prawo ujrzałam wejście do słynnego skarbca jasnogórskiego. Ponieważ jeszcze nigdy tam nie byłam(bo albo był remont, albo brak czasu, albo program wycieczki tego nie przewidywał), postanowiłam za wszelką cenę zobaczyć co skrywa w środku. Dlatego skierowałam kroki właśnie w jego kierunku. Po drodze minęłam tablicę upamiętniającą katastrofę prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. 
Kiedy weszłam do budynku, w którym znajduje się skarbiec okazało się, że jego zwiedzanie jest za darmo. Tego się nie spodziewałam. Jednak zanim wejdzie się do samego skarbca, mija się salę Augustyna Kordeckiego, wielkiego przeora klasztoru, Jest to typowa sala konferencyjna, jednak i na jej ścianach można zobaczyć ciekawe obrazy. Następnie weszłam do skarbca i... Aaa! Czego tam nie ma? Pamiątki po oblężeniu Jasnej Góry(to mnie najbardziej zachwyciło), makiety klasztoru, naczynia liturgiczne, ornaty, wota, pamiątki przekazywane przez prywatne osoby, są gabloty poświęcone ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem, które były związane z klasztorem paulinów, PRL-owi, powstaniu "Solidarności", księdzu Jerzemu Popiełuszce... Długo, długo by jeszcze wymieniać. W każdym razie wyszłam z niego oczarowana wspaniałościami, jakie się w nim znajdują. Żałuję, że nie wstąpiłam do otwartego w zeszłym roku muzeum Jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry, ale na to zabrakło mi już czasu. Może następnym razem?
Schodząc z Jasnej Góry minęłam urzekającą wystawę na wałach, przedstawiającą Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie utrwalone w kadrach. Pod każdym zdjęciem widniał akt zawierzenia młodzieży Matce Boskiej, każdy w innym języku. Spojrzałam jeszcze w dół wzgórza i zaczęłam się zastanawiać jak ci wszyscy młodzi ludzie pomieścili się tutaj te 25 lat temu? Przecież nie ma tam nie wiadomo ile wolnego miejsca. Ale z drugiej strony... Widać Bóg znalazł jakiś na to sposób. Jak będzie za trzy miesiące? Zobaczymy.
I tutaj kończy się moja niedzielna wyprawa do oddalonej o 70 km. Częstochowy. Całkowicie samodzielna. Wracając o mało nie uciekł mi pociąg do Gliwic. Zdążyłam do niego w ostatniej chwili. Tutaj podziękowania dla konduktorów, którzy zauważyli, że biegnę i wstrzymali zamykanie drzwi od pociągu. Co prawda nie miałam biletu, ale miałam możliwość kupienia go w pociągu :). Za oknami przesuwały się kolejne krajobrazy, pociąg miarowo stukał do taktu, a ja spokojnie pochłaniałam kolejne strony "Potopu". Po godzinie wysiadłam na znajomej stacji. Poradziłam sobie ze wszystkim bez większych problemów. Chyba muszę częściej gdzieś wypadać.

niedziela, 24 kwietnia 2016

"Wyprawa do źródeł" wiary

"Wyprawa do źródeł" - pod takim hasłem odbyła się 80 ogólnopolska pielgrzymka świata akademickiego na Jasną Górę. Związana była ściśle z dwoma jubileuszami w tym roku - ogólnopolskimi obchodami 1050 rocznicy chrztu Polski oraz lokalną, 25 rocznicą Światowych Dni Młodzieży, które miały miejsce właśnie u podnóża częstochowskiego klasztoru. Przez dwa dni młodzież akademicka oraz profesorowie uczący na polskich uczelniach. Nie każdy z nas wie, że tak samo jak maturzyści przed maturą pielgrzymują na Jasną Górę, aby pomodlić się przed cudownym wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej o pomyślność na egzaminie, tak samo środowisko akademickie raz w roku przyjeżdża na Jasną Górę, aby zawierzyć Matce Boskiej swoje sprawy. Ten piękny zwyczaj zapoczątkowało w 1936 roku Warszawskie Duszpasterstwo Akademickie i trwa nieustannie aż po dziś dzień, jednocząc w sobie studentów wielu polskich uczelni.
Pielgrzymka rozpoczęła się w dniu wczorajszym. Niestety, z pewnych przyczyn nie mogłam na nią wczoraj pojechać, chociaż bardzo chciałam i nawet urwałam się wcześniej z zajęć w szkole policealnej. Zbieg okoliczności sprawił, że nie pobiegłam na stację kolejową, żeby po godzinie spędzonej w pociągu znaleźć się przed najsłynniejszym chyba w naszym kraju sanktuarium maryjnym. Co ciekawe, nawet do końca nie potrafię wytłumaczyć jak to się stało. Na pewno nie zabrakło mi chęci, a raczej czegoś innego - odwagi. O tak, ostatnio brakuje mi jej coraz częściej, chociaż patrząc na pewne okoliczności powinno być odwrotnie.
Jednak jak to mówią niektórzy: "Co się odwlecze, to nie uciecze". Dlatego dzisiaj z samego rana pobiegłam na stację kolejową, aby uczestniczyć chociaż w zakończeni pielgrzymki - wszak na 9:00 przewidziana była Msza święta kończąca całe wydarzenie. Pociąg do Częstochowy miałam o 7:14, na stację przybiegłam dwie minuty przed czasem. Zdążyłam nawet kupić sobie bilet na przejazd. Podróż do Częstochowy trwała godzinę. Poświęciłam ten czas na czytanie bardzo "tematycznej" książki - sienkiewiczowskiego "Potopu". Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie przeczytałam jednej z najbardziej polskich powieści. Zanim dotarłam na miejsce przerobiłam 60 stron, czyli średnio strona na minutę.
Na miejsce dotarłam trochę przed czasem. Nie zraziło mnie to, wszak musiałam jeszcze dojść z dworca na teren klasztoru. Ostatnio tą drogę pokonałam podczas pielgrzymki maturzystów, czyli 7 lat temu. Szczerze, nie wspominam mile tego wyjazdu, w którym ważniejszy był McDonald od samego nawiedzenia sanktuarium :-/. Na szczęście teraz było inaczej. Niewątpliwie dużym plusem samodzielnego podróżowania jest to, że można samemu decydować co i kiedy chce się zwiedzi.
Zygmunt Szendzielarz pseudonim "Łupaszka"
W klasztorze pojawiłam się punkt 9. Akurat śpiewali pieśń na wejście - "Błogosławieni miłosierni", czyli hymn tegorocznych Światowych Dni Młodzieży. Ciekawa jestem czy pieśń ta zrobi taką samą karierę jak "Abba Ojcze", którą śpiewa się do dzisiaj, czy może słuch po niej prędzej czy później zaginie? Po wejściu do kościoła zdziwiła mnie mała ilość ludzi, wszak spodziewałam się dużo większej ich liczby. Ale z drugiej strony nie było takiego ścisku jak przed maturą. No i udało mi się dopchać prawie pod sam ołtarz. W całej Mszy świętej zaskoczyło mnie jedno - młodzież siadająca na czas czytań i kazania wprost na posadzce. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam. Ale po chwili i ja siedziałam na płytkach. Kazanie poruszało kwestię co by było, gdyby nie chrzest Polski(zgapili temat z mojej wczorajszej notki, czy jak?). Nie mielibyśmy stabilnego państwa, które przetrwało wieki, mimo wszelkich przeciwności losu. O terytorium sięgającym od morza do morza moglibyśmy tylko pomarzyć. Kultura i tradycja byłaby zgoła inna, bardziej pogańska. Ewentualną religią dominującą mógłby być protestantyzm, a jeszcze bardziej prawdopodobne, że większa część ludzi byłaby ateistami. Jeżeli ktoś wyznawałby już chrześcijaństwo, to byłby za to prześladowany, niczym wyznawcy judaizmu w okresie II wojny światowej. Bez wiary chrześcijańskiej Jagiełło nie pokonałby krzyżaków w Bitwie pod Grunwaldem, nie powstrzymalibyśmy wojsk szwedzkich w 1665 roku, Jan III Sobieski nie odniósłby zwycięstwa w Bitwie pod Wiedniem. Przypomniano nam też, że to wiara w Boga pomagała przetrwać Polakom najcięższe chwile w historii naszego kraju - czasy zaborów, wywózki na Syberię i na Kresy Wschodnie, toczonych wojen, socjalizmu. Bez chrztu naszego kraju nie byłoby królowej Jadwigi, prymasa Wyszyńskiego, Jana Pawła II. Na koniec przedstawiono postać Zygmunta Szendzielarza, tzw. "żołnierza wyklętego", którego w 1951 roku skazano na śmierć za działalność antykomunistyczną. Świadkowie tego wydarzenia zeznali potem, że przed wykonaniem wyroku poprosił o spowiedź, wszystkich zaś współwięźniów pożegnał trzema prostymi słowami - "Z Bogiem Panowie". Chwilę później kat strzelił mu w tył głowy. Czy gdyby nie wiara chrześcijańska odszedłby z tego świata z honorem? Dzisiaj uznawany jest za bohatera, wtedy pokazał jednak swoje drugie oblicze - oblicze człowieka do końca wyznającego podstawowe prawdy Boskie.

CDN...

sobota, 23 kwietnia 2016

Historia naszego kraju w 8-minutowej pigułce

Tak z okazji obchodzonej niedawno 1050 rocznicy chrztu Polski(14 kwietnia 966 roku w Wielką Sobotę), postanowiłam zamieścić tutaj ciekawą animację wykonaną przez Tomasza Bagińskiego(tak, tak, tego samego, który stworzył nominowaną do Oscara "Katedrę") "Animowana historia Polski". Może i nie jest to dzieło najwyższych lotów, jednak uważam, że dość dobrze obrazuje najważniejsze chwile w historii naszego kraju. Jedyne co mi przeszkadzało w niej to ostatnia scena przedstawiająca wejście Polski do Unii Europejskiej. Dlaczego? Jakoś nie pasuje mi wizualnie do reszty...
Zastanawialiście się może kiedyś co by było, gdyby Mieszko I nie zdecydował się na ten krok? Pogańska Polska prawdopodobnie z czasem zostałaby wchłonięta przez Niemcy, bo podejrzewam że Germanie nie odpuścili by tak łatwo tych terenów. Być może sytuacja wyglądałaby jak podczas zaborów. Z tym, że nie posiadalibyśmy ani kultury, ani tradycji, ani historii. Dzięki chrztowi umocniliśmy naszą sytuację polityczną, na długie lata, zostaliśmy bowiem w ten sposób włączeni w krąg zachodniej kultury, a tym samym postrzegano nas jako równorzędnego partnera. Poprzez chrzest rozpoczęto również proces napływu kultury łacińskiej do Polski. Na królewskim dworze pojawili się pierwsi wykształceni, a za razem potrafiący pisać i czytać doradcy. Tworzono organizację kościelną - już w dwa lata po chrzcie utworzono w Poznaniu pierwsze biskupstwo misyjne obrządku łacińskiego. Podlegało ono bezpośrednio Rzymowi, a na jego czele stał biskup Jordan. Dzięki istnieniu biskupstwa państwo Polan stało się odrębne oraz niezależne. Zaczęto budować kościoły - pierwsze z nich stanęły w Poznaniu, Gnieźnie oraz Ostrowie Lednickim. Dzięki chrystianizacji nastały liczne zmiany polityczne. Tworzone struktury charakteryzowała niezależność od komesów i ograniczały ich samowolę. Dzięki napływowi duchownych nastąpił znaczny rozwój oświaty i kultury, a także usprawnienie administracji i dyplomacji w państwie.

A tak na marginesie to wszystkim Wojciechom chciałabym życzyć wszystkiego najlepszego z okazji ich imienin!

czwartek, 21 kwietnia 2016

Nie tym razem...

Dostałam z MOPSu decyzję dotyczącą dofinansowania do turnusu rehabilitacyjnego, o który starałam się na początku roku. Odmowną z powodu zbyt małej ilości środków finansowych. I nie pomogło nawet to, że o takie coś starałam się pierwszy raz w życiu, zresztą po namowach lekarki neurologa. Mówi się trudno, żyje się dalej. Nie będę się przejmować, są przecież ludzie, którym taki wypoczynek połączony z rehabilitacją bardziej się przyda, prawda?

Pyłki coraz bardziej szaleją w powietrzu. Mój organizm też szaleje w zakresie reakcji na alergeny - kicham, prycham, oczy mi łzawią. Kilka wykładowców mi powiedziało, że jak jestem chora, to powinnam zostać w domu. Ale alergia to nie choroba, żaden lekarz mi nie da na to zwolnienia. A bez tego ani mi myśleć o wolnym. Jutro idę do specjalisty po leki, może przetrwam ten najgorszy okres?

We wtorek złapałam kompletnego, jednodniowego doła - szczegóły zachowam dla siebie.

Od pewnego czasu moja uczelnia organizuje "Oscarowe środy". Szczegóły w najbliższym czasie.

A poza tym wszystko u mnie w porządku. Tylko cierpię na przewlekłe niedospanie. A weekend majowy dopiero za tydzień!

sobota, 16 kwietnia 2016

Zaangażowanie na 200%(a może i więcej)

Kolejne sympozjum już za mną. Cztery dni minęły nawet nie wiem kiedy. Pokusiłam się nawet o artykuł na ten temat na wiadomościach24. Oficjalna wersja wydarzenia brzmi więc następująco: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/konferencja_w_kontekscie_swiatowych_dni_mlodziezy_w_krakowie_346607.html. A nieoficjalnie? Nieoficjalnie było jeszcze ciekawiej. Wtorek - oczywiście znowu byłam nadgorliwa i przyszłam na odprawę wolontariuszy dużo za wcześnie. Coby było jeszcze ciekawiej, akurat zbierali się młodzi na nauki przedmałżeńskie hi, hi, hi! Szkoda, że nie mam tej drugiej połówki. Jeszcze nie mam. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy dobrze zrozumiałam miejsce i czas spotkania - z tym różnie też bywa. Na szczęście po jakimś czasie przyszły dziewczyny z mojego kierunku. Teraz byłam pewna, że wszystko jest ok. Wkrótce pojawił się też ksiądz O., jeden z organizatorów sympozjum, który zaprosił nas do siebie do gabinetu, w którym miał przygotowane dla nas materiały - teczki z logiem uczelni, długopisy, programy sympozjum po polsku i niemiecku i jakieś materiały reklamujące Kraków. Naszym zadaniem było powkładać wszystko do teczek. Dostaliśmy też listy obecności, aby każdy uczestnik mógł się podpisać przy swoim nazwisku. No i oczywiście każdy z nas dostał identyfikator. W dodatku imienne. Tak jeszcze nigdy nie miałam :). Przed 19:00 poszliśmy na stołówkę, gdzie zorganizowana została kolacja dla przybyłych gości. Nawet myśmy się na nią załapali :). Po kolacji rozdaliśmy wszystkim zgromadzonym materiały z sympozjum oraz poprosiliśmy o wpisanie się na listę - luzik, z tym nawet ja dałam radę :P. Na tym jednak nasza praca się nie skończyło - po kolacji ponaklejaliśmy w widocznych miejscach plany sympozjum oraz zanieśliśmy niewykorzystane materiały do gabinetu księdza. Wszak we wtorek nie wszyscy przyjechali. Trochę nam to wszystko zeszło, że w Wadowicach byłam po 22. Na szczęście wyjechali po mnie na przystanek. Nie musiałam więc włóczyć się po ulicach z torbą i plecakiem. Na drugi dzień rano poszłam na zajęcia z Okolic Krakowa - miejsc turystyki religijnej. Nie mogłam więc być od początku. A szkoda, ponieważ pierwszoroczni rozdali materiały przewidziane dla gości babciom z Uniwersytetu Trzeciego Wieku :-/. Czyli dla przyjezdnych nic nie było - za to babcie były uhahane. Żenada na całego. Osobiście dotarłam ok. 9:30, tuż przed kardynałem Dziwiszem. Ufff... Zdążyłam! Bieganie jednak na coś się zdało. Wbiłam się na aulę, posłuchać co też ma ciekawego do powiedzenia. W sumie to nic nowego nie odkrył... Posiedziałam na pierwszych trzech referatach(w tym dwóch po niemiecku!), po czym urwałam się na AWF, na seminarium magisterskie. A potem jeszcze miałam zajęcia z pilotarzu i to w dodatku zaliczenie. Myślałam, że zdążę jeszcze wrócę po referacie, ale tak się nam zajęcia przedłużyła, że nie zdążyłam. Szkoda, że bycie wolontariuszem nie do końca zwalnia z zajęć... Ale za to wróciłam do Wadowic o ludzkiej porze :). W czwartek od rana siedziałam na recepcji. W sumie strategiczne miejsce, bo mogłam poduczyć się do kolokwium z niemieckiego, które miałam tego samego dnia. Na chwilę poszłam jeszcze na salę posłuchać o czym mówią. No i pomagałam w przygotowaniu przerwy kawowej - noszenie tacek z ciasteczkami, pustych kubków na wodę oraz informowanie Niemców, że piętro wyżej też jest coś do "essen" - to coś dla mnie! Tak samo jak bieganie z papierami i uzupełnianie ich, wszak robię dodatkowo technika administracji i kurcze blade muszę się co nieco orientować w papierologi. Po obiedzie poleciałam do drugiego budynku na kolokwium z niemieckiego, jednak okazało się, że je przełożyli. Mogłam więc wracać na sympozjum. A raczej jechać do Łagiewnik. Wiele razy tam jestem i za każdym razem na nowo odkrywam to miejsce. Przy okazji przypilnowałam Niemców, a słowa "nach links" i "rechts" wydobywały się z moich ust z szybkością kałasznikowa ha, ha, ha! I w dodatku były dość zrozumiałe. Potem podjechaliśmy pod Centrum Jana Pawła II, ale jakoś ono nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Takie, hm... kiczowate po trochu. Zwiedzanie zakończyliśmy ok. 18:00 - więc i w czwartek poszłam spać o ludzkiej porze. W piątek zaś cały dzień chodziliśmy po Krakowie - Wawel, franciszkanie, dominikanie, Bazylika Mariacka. W między czasie ćwiczyłam mój rosyjski w rozmowie z ludźmi, którzy przyjechali z Białorusi. Prawie jak native speaker(czy jakoś tak). Bariera komunikacyjna jakby nie istniała. Po obiedzie pojechaliśmy do Nowej Huty zobaczyć słynną Arkę Pana, której budynek miał imitować Arkę Noego unoszoną na wodach potopu, Następnie udaliśmy się do Mogiły, aby pokazać naszym gościom zgromadzenie cystersów. I znowu były pogaduszki o wszystkim i o niczym. Tak normalnie, po ludzku. Aż się popłakałam, kiedy wieczorem przyszło nam się pożegnać. Bo niestety, z powodu zajęć w szkole policealnej nie mogłam zostać do dzisiaj. No szkoda. I nawet organizator to stwierdził. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaprosi mnie do współpracy. Bo ja potrafię zaangażować się w to, czy w tamto. Trzeba mi tylko dać szansę.

A tak poza tym gratuluję Wojtkowi, że też mógł się wykazać jako wolontariusz na sporej imprezie. Młody, tak trzymaj!

Jednocześnie możemy rozpocząć odliczanie do Światowych Dni Młodzieży. Wszak to tylko 100 dni do tego wydarzenia!

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Wokół Światowych Dni Młodzieży

Dwa tygodnie temu byłam na międzynarodowej konferencji zatytułowanej "Światowe Dni Młodzieży - źródła i rozwój idei" zorganizowanym przez Uniwersytet Papieski Jana Pawła II wspólnie z Wydziałem Studiów Międzynarodowych i Politycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z tej okazji został nawet nakręcony okolicznościowy spot reklamujący to wydarzenie:
Jak to się w ogóle stało, że dowiedziałam się o powyższej konferencji? Otóż dostałam za pośrednictwem wirtualnego dziekanatu informację o spotkaniu informacyjnym w sprawie wolontariatu podczas jego trwania. Niestety, było ono w tym samym czasie, w którym miałam wykład ze szlaków turystycznych i kulturalnych. A że Lolek nie opanował jeszcze umiejętności bilokacji, to siłą rzeczy wybrał wykład. Oczywiście żal mi było, że nawet nie spróbuję wkręcić się w pomoc w organizacji, ale siła wyższa(dopiero na konferencji dowiedziałam się, że spokojnie można było zgłosić się do wolontariatu za pośrednictwem internetu :-/). Nic nie stało natomiast na przeszkodzie, abym mogła uczestniczyć w konferencji jako zwykły słuchacz, wszak miała ona charakter otwarty. Przy okazji po raz pierwszy przekroczyłam progi słynnego UJ-otu. Co prawda trochę zeszło mi szukanie samej uczelni, ale jak to mówią: czasami człowiek na coś patrzy, a tego nie widzi. :).
Konferencja zaczęła się dosyć wcześnie, bo o godzinie 9. Przed wejściem na salę konferencyjną każdy otrzymał teczkę z pakietem informacyjnym, jak również sprzęt, przez który mógł słuchać tłumaczeń. Bo skoro konferencja międzynarodowa miała także referaty międzynarodowe. Bowiem przyjechali do nas goście m.in. z Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch, a nawet Australii - jednym zdaniem z tych miejsc, w których we wcześniejszych latach organizowano Światowe Dni Młodzieży. Podzielili się z nami cennymi informacjami dotyczącymi samej organizacji przedsięwzięcia. Wcześniej jednak wysłuchaliśmy przemówień m.in. rektora naszego Uniwersytetu, dziekana Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych, kardynała Stanisława Dziwisza oraz nuncjusza apostolskiego w Polsce, Celestina Migliore. Ten ostatni odczytał specjalny list prosto z Watykanu, w którym papież Franciszek udzielał swojego błogosławieństwa wszystkim obecnym na konferencji. Szok. Następnie odbyły się trzy sesje - jedna poświęcona była referatom, dwie to panele dyskusyjne. Kto wie, czy te panele nie przemówiły do mnie bardziej niż owe referaty. Tym bardziej, że były spontaniczne, zaproszeni goście nie mieli nawet zbytnio czasu na zastanowienie się, co mają odpowiedzieć. Najciekawszy był ostatni panel, dotyczący już konkretnie lipcowych Światowych Dni Młodzieży. Wszak to one są nam najbliższe. Komunikacja, logistyka, natłok ludzi, a nawet zwykłe butelki z wodą mineralną - z tymi bolączkami przyjdzie się zmierzyć organizatorom. I chociaż wiedzą, że nie wszystko pójdzie tak, jakby chcieli(bo to jest niemożliwe), to będą się starali, aby było jak najlepiej. Już teraz wiedzą, że nie popadną w długi - zgłosiło się tyle osób, że już teraz koszty pakietu pielgrzyma pokryją koszty samej organizacji. Sytuacja z Rio de Janeiro, gdzie miasto do dzisiaj spłaca długi, raczej nam nie grozi :)
Drugiego dnia konferencja ponownie rozpoczęła się o 9. Tym razem wszystkie przemówienia były po polsku i dotyczyły zarówno etapu przygotowań do lipcowego święta młodzieży, jak również samej roli młodzieży w życiu Kościoła. Najbardziej podobał mi się wykład jednego z księży, który zadał sobie pytanie, czy ŚDM można nazwać "karnawalizacją wiary"? Karnawał kojarzy nam się z czymś radosnym. Tymczasem nie możemy tutaj zapominać, że chociaż podczas tych dni właściwie każdy bę pdzie korzystał z szerokiego wachlarza oferty kulturalnej, to jednak punktem kulminacyjnym Światowych  Dni Młodzieży będzie niedzielna Msza Święta przesycona modlitwą. Nie ma więc tutaj miejsca na coś takiego jak połączenie karnawału z wiarą. Podobało mi się też zakończenie całej konferencji, kiedy jeden z prowadzących spojrzał na wiszący na ścianie portret Mikołaja Kopernika i stwierdził: No to po tych dwóch dniach ten tam będzie musiał zmienić tytuł swojego dzieła z "O obrotach sfer NIEBIESKICH" na "O obrotach sfer NIEBIAŃSKICH". Reakcja wszystkich była jednoznaczna - HA, HA, HA!
Wracając z konferencji koleżanka z grupy, która była podczas niej wolontariuszką, zapytała mnie, czy nie chciałabym pomagać przy organizacji sympozjum - "Młodzież nadzieją Kościoła, czy Kościół nadzieją młodzieży" organizowanego nie dość, że przez naszą uczelnię, to jeszcze przez naszego opiekuna roku. Zresztą tego samego, który rok temu organizował TO sympozjum. Nie było więc problemów, aby mnie dokoptować. Ksiądz O. po raz kolejny udowodnił, że jak się chce, to potrafi się zaangażować osoby takie jak ja w różne przedsięwzięcia.
- Umie pani angielski?
- Coś tam umiem...
- Ale wie pani, jak zapytać się o imię?
- Tak, wiem.
- Doskonale, będzie pani na recepcji odhaczać kto jest, a kogo nie ma.
Da się? Da się! Kiedy dwie strony chcą, to musi się dać.
Program konferencji zapowiada się bardzo ciekawie, na pewno wyniesiemy z niego dużo przydatnych informacji, które można będzie przenieść również na codzienne życie. Jedyny szkopuł w tym wszystkim to taki, że sympozjum jest w ciągu zajęć. Niby nie mogą nam nie usprawiedliwić nieobecności, bo będziemy mieli papierek, że byliśmy, ale w czwartek będę musiała pod koniec się zwolnić, bo kolokwium z niemieckiego i szkoda nie iść. Zwłaszcza, że te na pierwszych terminach są łatwiejsze. A i na seminarium magisterskie na AWFie w środę muszę się urwać, i prezentację z Pilotarzu - obsługi grupy w turystyce lądowej zaliczyć tego samego dnia wieczorem zaliczyć... Dobrze, że kolokwium z rosyjskiego mam tuż przed konferencją, przynajmniej tutaj nie będę się stresować, czy zdążę tu i tu, czy też nie.
Mam nadzieję, że w piątek, najdalej w sobotę(muszę wracać w piątek - w weekend mam szkołę policealną) skrobnę coś na ten temat. Więc proszę, trzymajcie kciuki, aby wszystko się udało zgodnie z moimi oczekiwaniami, a zwłaszcza żebym nie poległa w konwersacjach po angielsku(naprawdę, to nie jest mój konik)

sobota, 9 kwietnia 2016

Zbawienna drzemka

Nie wiem jak to się stało, ale po powrocie do mieszkania z zajęć w szkole policealnej po prostu padłam ze zmęczenia. Ogólnie już na zajęciach czułam się zmęczona, w autobusie nie zasnęłam tylko dlatego, że kończyłam czytać książkę "Żałoba po śmierci Jana Pawła II". Co prawda ona też mnie usypiała - typowa monografia naukowa poświęcona analizie wpisów w internetowej księdze kondolencyjnej "wystawionej" w czasie żałoby narodowej, jednak udało mi się opanować zmęczenie. Jednak po powrocie do domu i zjedzeniu obiadu poczułam, że nie wytrzymam do nocy i że akurat w tym momencie muszę położyć się do łóżeczka. Zresztą śpiąca na swoim posłaniu Pusia tylko spotęgowała moje pragnienie. Włożyłam więc talerz do zlewu, zdjęłam dżinsy, polar i koszulę, spuściłam żaluzję i po prostu kantłam się do łóżka. I tak mam zawszę na nim wyłożony koc i poduszkę, więc nawet nie musiałam otwierać skrzyni na pościel. Kocia chyba wyczuła możliwość wygodniejszego posłania, bo wskoczyła do mnie i zwinęła się w kłębek. Tak zasnęłam, że obudziłam się po dwóch godzinach trochę wypoczęta. Co prawda jestem "do tyłu" z wieloma czynnościami, ale za to odespałam tydzień.

Kurcze, ostatnio jestem coraz częściej zmęczona. Czyżby wiosna tak na mnie wpływała? Ale nigdy nie miałam takich kłopotów. Do tego dochodzą objawy alergii wziewnej. Dobrze, że mam takie dni jak dzisiaj, gdzie wszystko mogę rzucić, przytulić się do poduszki i zasnąć. Szkoda tylko, że jest ich tak mało.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Taki rytuał...

Mam w domu małego pieszczoszka. Za każdym razem, kiedy wracam do domu po dłuższej nieobecności, czeka na mnie pod drzwiami i miauczy. A kiedy przekroczę już próg mieszkania - odbywa się przede mną dziki taniec radości, po czym czuję jak dwukilogramowa kulka próbuje po moich spodniach wspiąć się na odległość moich dłoni. Bo przecież po czterech dniach ktoś musi wydrapać futrzaka. Za uszkiem, po brzuszku, po "krawatce" - to coś, co futerkowce lubią najbardziej. A potem jak gdyby nigdy nic włazi mi na barki, w celu "podwiezienia" do kuchni i być może skonsumowania czegoś bardziej treściwego niż sucha karma. Ewentualnie zobaczenia co tam dobrego pichci pani. To nic, że stosuję zasadę - "kocie, to nie dla Ciebie". Odgórna kontrola połączona z mruczeniem w ramach akceptacji musi być! I nie ważne, czy jestem skonana po tych dniach spędzonych na uczelni, czy umieram z głodu, czy padam z nóg - cotygodniowy rytuał musi zostać wykonany. W przeciwnym razie kocitka nie da mi spokoju. Będzie skakać, a nawet włazić w garnki, jak przysłowiowy "Żyd między wozy"(tylko proszę nie posądzać mnie o antysemityzm :) ), w poszukiwaniu mojej ręki. Taki malutki terrorysta! 

Co ciekawe, to JA muszę odpieścić małego pieszczoszka. Bo na tatę fuczy i syczy. Typowa kocia kobietka. Ma charakterek, nie ma co!

Padam na pysk po całym tygodniu. A jeszcze chcę poczytać sobie "Wstęp do Starego Testamentu". To jeden z przedmiotów egzaminacyjnych, przewidzianych na papieskim w tym semestrze. Aktualny tryb życia zmusił mnie do regularnego zdobywania i poszerzania wiedzy. Tym bardziej, kiedy nie chodzi się na wykłady(za przyzwoleniem prowadzącego, a nawet dziekanatu), muszę więc samodzielnie wszystko opanować. Ciekawe co weźmie górę - zmęczenie, czy chęć zdobycia wiedzy. Jak obstawiacie?

sobota, 2 kwietnia 2016

A Ty co wtedy robiłeś?


Pan w Białej Szacie ruszył już w drogę 
W sobotni wieczór pożegnał tłum 
Szedł w stronę źródła czując na twarzy 
Powiew halnego i jego szum 

Po drodze mijał cichych, modlących 
W oknach rozniecał płomienie świec 
Kirem ozdabiał sztandary płaczące 
Młodych jednoczył w rytm bicia serc 

I szedł powoli w niemałym trudzie 
Dłonią zaś kreślił zbawienia znak 
Jedni mówili o jakimś cudzie 
Inni, że już nadziei brak 

Szedł szlakiem w góry, wsparty na krzyżu 
W ostatniej drodze był całkiem sam 
Na szczycie z kluczem Piotrowym w dłoniach 
Witał Go uśmiechnięty Niebieski Starszy Pan 

Jak ojciec syna , wziął Go w ramiona 
I razem przeszli przez Niebios próg 
Jestem zmęczony ale już w domu 
Tak synu- szepnął Mu Ojciec- BÓG 

Gdy Go miniemy na ścieżce życia 
Bo nie po drodze będzie z Nim iść 
Krzyż nas przygniecie, smutek i łzy 
Spójrzmy w to okienko małe 
W Krakowie przy Franciszkańskiej trzy 

Poczujesz ulgę, żeś nie jest sam 
Będzie tam czekał dłoń ci podając 
W białej sutannie, z jasnym obliczem 
Ojciec kochany, Dobry Starszy Pan.

Są takie dni, które w ludzkiej pamięci pozostaną na długi czas, jeżeli nie na zawsze. Pamiętamy, a przynajmniej większość z nas, dzień 11 września 2001 roku, kiedy dwa samoloty uderzyły w bliźniacze wieże World Trade Center zrównując je niemal z ziemią. Pamiętamy wielką radość z wejścia świata w nowe tysiąclecie, jak również dzień wejścia Polski do Unii Europejskiej. Pamiętamy jak terroryści dokonywali kolejnych straszliwych zamachów. Pamiętamy 10 kwietnia 2010 roku, kiedy pod Smoleńskiem rozbił się samolot, którym leciała rządowa delegacja na obchody rocznicy zbrodni katyńskiej. Wśród ofiar był prezydent Lech Kaczyński. Pamiętamy dzień wyboru Polaka na papieża, jak również odejście Jana Pawła II do Domu Ojca. 
Ostatnio robiliśmy z koleżankami i kolegami ze studiów taką małą sondę na ulicach Krakowa - podchodziliśmy do przypadkowych ludzi z pytaniem w jakich okolicznościach dowiedzieli się o śmierci papieża Jana Pawła II. Wszyscy, nie licząc obcokrajowców, bo ich pomijaliśmy, niemal bez trudu potrafili powiedzieć co robili 2 kwietnia 2005 roku i w dniach późniejszych. Co więcej, wymieniali uczucia, jakie wtedy nimi targały, przeprowadzone rozmowy. Chociaż od tego momentu minęło 11 lat, ludzie to pamiętają. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ludzka pamięć jest niedoskonała, że w razie potrzeby "wymyśla" sobie brakujące fakty. A jednak to jest niesamowite.
To co się działo w dniach żałoby narodowej po śmierci papieża można nazwać fenomen - ludzie zjednoczyli się w bólu i modlitwie, kibice zwaśnionych drużyn sportowych podawali sobie ręce, na ulicach pojawiły się marsze pamięci. Większość ludzi, nawet tych niewierzących i wyznających inną religię niż katolicyzm, poczuło, że umarł ktoś naprawdę ważny, jakby przewodnik dzisiejszego świata. W wielu miejscach zostały wystawione Księgi kondolencyjne, wpisy pojawiały się także na portalach internetowych. Właśnie jestem w trakcie czytania książki autorstwa jednego z wykładowców Uniwersytety Papieskiego, księdza Jana Dziedzica pod tytułem "Żałoba po śmierci Jana Pawła II". Zawiera ona między innymi dogłębną analizę treści komentarzy zamieszczonych przez internautów w internetowej księdze kondolencyjnej. Niektóre z nich zostały nawet zamieszczone w dosłownym brzmieniu, aby podkreślić ich emocjonalność. Socjologowie zgodnie mówią, że takiego zrywu ludzkiej solidarności do tego momentu jeszcze nie było. Staraliśmy się być chociaż przez te kilka dni lepsi. Co nam pozostało z tych dni, niech każdy z nas sam sobie odpowie na to pytanie.
Co ja robiłam 2 kwietnia 2005 roku o 21:37? Najzwyczajniej w świecie spałam. Wcześniej do południa byłam na treningu lekkoatletycznym, wieczorem czytałam "Kamienie na szaniec", potem oglądałam coś w telewizji, ale zmęczenie wzięło górę. O śmierci Jana Pawła II dowiedziałam się na drugi dzień. Jak zareagowałam? Do końca nie pamiętam. Musiałam jednak poczuć, że odszedł ktoś, bez kogo świat pozostanie już inny. I chociaż wiedziałam, że nastąpi kolejny papież, to jednak zdawałam sobie sprawę, że nic już nie będzie takie jak było. A co do stawania się lepszym, to nawet babka od niemieckiego trochę wyluzowała, co wydawało nam się wręcz niemożliwe. Pierwszy "cud" spowodowany za przyczyną przyszłego świętego.
A Wy co robiliście tamtego dnia?