Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 29 maja 2016

A podobno nie da się oduczyć pływania...

W tym semestrze w ramach zajęć z wychowania fizycznego na AWFie uczęszczam na zajęcia z pływania. Tak naprawdę są to zajęcia przewidziane dla studentów studiów licencjackich, ja jestem tylko na tzw. "doczepkę". Jak to się stało? Tak naprawdę dla mojego kierunku przewidziane były zajęcia z judo. Niestety, uczelnia typowo nastawiona na kulturę fizyczną człowieka, a tym samym trudniej uzyskać zwolnienie z zajęć. Jednak jakoś nie wyobrażałam siebie na przypisanych zajęciach, nie z moim mpd* i wszelkimi z tego wypływającymi ograniczeniami. Postanowiłam poszperać w regulaminie studiów. Czytałam, czytałam i znalazłam taki zapis:
Napisałam więc piękne pismo do prodziekana z prośbą o zamianę tego nieszczęsnego judo na coś bardziej przystępnego dla porażeniowców. Do podania dołączyłam orzeczenie o niepełnosprawności, żeby nie było, że coś kombinuję(chociaż każdy widzi jak jest). Prodziekan przystał na moją prośbę(nie jestem nawet pewna czy do końca przeczytał pismo), po czym skierował do dziekanatu w sprawie wyboru zamiennika. Miałam zdecydować pomiędzy nording - walkingiem, a basenem. Mój wybór padł na basen. Nie jest tajemnicą, że pływanie jest jedną z najlepszych form rehabilitacji. Poza tym kilka lat temu chodziłam na zajęcia z pływania, zarówno w ramach zajęć z w-f, jak i do klubu sportowego, podczas obozów sportowych też mieliśmy wyjazdy na pływalnię, gdzie mogłam pod szlifować swoje mizerne umiejętności, co nieco więc liznęłam z tego sportu. A do tego wszędzie mi mówiono, że pływania się nie zapomina.
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Przyszłam na pierwsze zajęcia, weszłam do wody, a tutaj zonk. Fakt, może za bardzo się spięłam ze stresu, bo chciałam pokazać, że coś potrafię, ale efekt był całkowicie odwrotny. Koniec końców wylądowałam na płytkim basenie rekreacyjnym, gdzie mam "oswajać się" z wodą. Z dala od reszty. Plus jest taki, że mam cały basen i przystojnego instruktora dla siebie. No i to, że woda ma w miarę znośną temperaturę. Minus - przez 3 miesiące przypomniałam sobie jak się pływa stylem grzbietowym.Oczywiście jest to zmodyfikowany styl grzbietowy, bo kończyny górne nie bardzo chcą ze mną współpracować. Za to pływanie na brzuchu - dramat w kilku aktach. Za każdym razem idę na dno niczym "Titanic"! Mam niby przed sobą deskę, niby wszystko ładnie i gładko powinno iść, a jednak nie idzie. Wydaje mi się, że przez to, że głowę trzymam nad powierzchnią, dół automatycznie idzie w dół. Gdybym trzymała ciało prosto... Ale nie opanowałam jeszcze oddychania podczas pływania kraulem, zaś płuca mają ograniczoną pojemność. W dodatku przeszkadza mi wzmożone napięcie mięśni, które narasta wraz ze stresem.
We wtorek mamy mieć zaliczenie przedmiotu. I tego się boję, bo nie wiem jak prowadzący podejdzie do mojego problemu. Oczywiście od początku wiedział o moich problemach, na bieżąco śledził też moje poczynania w wodzie. Z reguły nie chcę mieć żadnej taryfy ulgowej w związku z moją niepełnosprawnością, teraz jednak marzę, aby w tym przypadku bardziej doceniono moje chęci niż możliwości. Na plecach spokojnie przepłynę całe dwa baseny. Może czas nie będzie powalający, ale raczej się nie utopię. Ale brzuch? Chyba że ograniczę się do pokazania, że potrafię utrzymać się na wodzie w tej pozycji. To chyba jednak nie przejdzie...
Szkoda, że nie ma oddziału pływackiego klubu sportowego do którego uczęszczałam w moim mieście. Przez rok dojeżdżałam 1,5 godziny w jedną stronę do najbliższego miasta. To 3 godziny jazdy dziennie! Teraz, przy studiowaniu 2 kierunków w Krakowie nie podołałabym temu. Ale jakby był on też otwarty u nas to czemu nie...
Gdzieś w III klasie gimnazjum podczas zajęć z wychowania fizycznego
* mózgowe porażenie dziecięce

sobota, 28 maja 2016

Wspomnienie o Prymasie Tysiąclecia

Maj 1981 roku był dziwnym miesiącem w historii naszego kraju - najpierw cały kraj wstrzymał oddech na wieść o zamachu na Jana Pawła II w Rzymie. Przez kilka dni z uwagą wsłuchiwaliśmy się w wieści dochodzące z Wiecznego Miasta. Kiedy już wydawało się, że wszystko powoli wraca do porządku dziennego, jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o śmierci kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przygnębienie przyszło z podwójną siłą. Wszak była to postać owiana prawdziwą legendą, która zdawała się być nieśmiertelna. Tymczasem życie rządzi się swoimi prawami.
Takim zapamiętali go wierni - łagodna twarz, ojcowskie, ciepłe spojrzenie. Po prostu ojciec całego narodu polskiego
Podczas choroby dla Stefana Wyszyńskiego najbardziej bolesne było to, że nie mógł uczestniczyć w codziennych obowiązkach duszpasterskich. Ostatni raz prymas wygłosił kazanie do wiernych w dniu 1 marca 1981 roku w archikatedrze warszawskiej. W kolejnych tygodniach coraz bardziej było widać po nim skrajne wyczerpanie. Lekarze nie dawali złudzeń - w jamie brzusznej Prymasa Wyszyńskiego rozwijał się złośliwy nowotwór. Pomimo choroby cały czas starał się pracować i troszczyć o losy Polski - przyjmował biskupów relacjonujących mu sytuację w kraju, jak również przedstawicieli rządu(m.in. premiera Wojciecha Jaruzelskiego i delegację Solidarności). W Niedzielę Palmową z powodu choroby nie mógł uczestniczyć w jej obchodach. Miał potem powiedzieć: "Moja Niedziela Palmowa była bolesna, że w Wielkim Tygodniu, gdy biskup jest tak bardzo potrzebny wśród ludzi - jestem sam ze swoimi cierpieniami duchowymi, które są gorsze niż fizyczne () czuję głęboko swoją nieużyteczność". Do historii przeszła też telefoniczna rozmowa z przebywającym w klinice Gemelii po zamachu papieżem Janem Pawłem II, która zakończyła się prostą prośbą Wyszyńskiego - "Módlmy się za siebie wzajemnie". 22 maja ostatni raz wystąpił publicznie, otwierając obrady Rady Głównej Episkopatu Polski. Prymas Tysiąclecia zmarł w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, która w 1981 roku przypadła 28 maja ok. godziny 4.40 w swoim warszawskim mieszkaniu. Umierając, próbował jeszcze śpiewać pieśń "Chwalcie łąki umajone", chcąc w ten sposób oddać cześć Maryi, której zawierzył całe swoje życie. Tego samego dnia zebrała się Komisja Wspólna Przedstawicieli Rzędu i Episkopatu. Przedstawiciele rządu wręczyli kardynałowi Franciszkowi Macharskiemu list kondolencyjny od władz państwowych. Jednocześnie podjęto decyzję o ogłoszeniu żałoby narodowej w dniach 28 - 31 maja. W tym samym dniu nadeszła do Polski depesza kondolencyjna od papieża Jana Pawła II. W tytularnym kościele zmarłego p.w. Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu odprawiona została Msza żałobna, której przewodniczył kardynał Władysław Rubin. Tego samego dnia wieczorem ciało zmarłego zostało przeniesione do kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 31 maja. Przewodniczył im sekretarz Stanu Watykanu - kardynał Agostino Casaroli. Pogrzeb prymasa, który nazywany jest także królewskim, zgromadził w stolicy tysiące ludzi, tych wierzących oraz niewierzących. Ceremonię rozpoczęła liturgia żałobna w kościele przy Krakowskim Przedmieściu. Następnie kondukt żałobny, złożony z oficjalnych delegacji kościelnych i świeckich oraz tłumów zwykłych ludzi, ruszył na słynny Plac Zwycięstwa. W tym samym miejscu, w którym dwa lata wcześniej papież apelował do przybyłych pielgrzymów - "Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze Ziemi. Tej Ziemi" teraz odbywała się Msza święta. Przewodniczył jej kardynał Casaroli, który wygłosił przemówienie w języku polskim. Następnie została przeczytana przez kardynała Franciszka Macharskiego homilię przysłaną od papieża Jana Pawła II, jak również wygłosił swoją. Po zakończeniu nabożeństwa kondukt pogrzebowy ruszył z Placu Zwycięstwa do bazyliki archikatedralnej św. Jana Chrzciciela, w której odbyła się ostatnia część ceremonii. Odczytano testament sporządzony przez prymasa 15 sierpnia 1969 roku na Jasnej Górze. Trumnę z ciałem złożono w kamiennym sarkofagu w podziemiach archikatedry. Dodatkowo umieszczono na nim płytę z napisem: "Kardynał Stefan Wyszyński Prymas Polski". W 1986 sarkofag prymasa został przeniesiony z Krypty Arcybiskupów w podziemiach do poświęconej mu kaplicy, znajdującej się w lewej, północnej nawie świątyni. Nad sarkofagiem znajduje się płyta ilustrująca historię życia prymasa – od seminarium, przez pracę duchownego, walkę w oddziałach powstańczych aż do spotkania z Karolem Wojtyłą podczas jego ingresu papieskiego. 
29 maja 1989 z inicjatywy papieża Jana Pawła II rozpoczął się proces beatyfikacyjny kardynała Stefana Wyszyńskiego. Od tego momentu przysługuje mu tytuł sługi Bożego. 6 lutego 2001 zakończył się etap diecezjalny procesu beatyfikacyjnego, po czym akta zostały wysłane do Watykanu. W tym czasie odbyło się 289 sesji, w ramach których przesłuchano 59 świadków. Watykańska Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wydała dekret o ważności procesu beatyfikacyjnego. Od marca 2012 do maja 2013 w archidiecezji szczecińskiej toczył się diecezjalny proces o domniemanym uzdrowieniu za jego wstawiennictwem mieszkanki Szczecina. U kobiety w wieku 19 lat rozpoznano raka tarczycy. W lutym 1988 przeprowadzono operację, w trakcie której usunięto zmiany nowotworowe oraz dotknięte przerzutami węzły chłonne. W styczniu i marcu następnego roku kobieta była leczona jodem radioaktywnym. W tym czasie w jej gardle zdiagnozowano guz wielkości 5 cm, który dusił kobietę. Przełom w chorobie stwierdzono po intensywnych modlitwach za wstawiennictwem Stefana Wyszyńskiego. Do czasu przeprowadzania diecezjalnego procesu o domniemanym uzdrowieniu u pacjentki nie zaobserwowano reemisji nowotworu. 
Być może już niedługo osoba Stefana Wyszyńskiego oficjalnie poszerzy grono błogosławionych, a następnie świętych Pańskich. Bo to, że był wielką, wyjątkową i nietuzinkową postacią wiemy nie od dzisiaj. W wielu miastach znajdziemy jego pomniki, ulice i place nazwane jego imieniem, bardzo często także szkoły obierają sobie Stefana Wyszyńskiego na wniosek samych uczniów. Podobno człowiek żyje tak długo, jak żyje pamięć o nim. Pamięć o Prymasie Tysiąclecia pali się nieustannym płomieniem od 35 lat i ten płomień zdaje się nie zmniejszać!

piątek, 27 maja 2016

"Niech ta chwila pozostanie w nas, w naszej pamięci, w naszej modlitwie"

Dziesięć lat.
Dokładnie tyle minęło od wizyty papieża Benedykta XVI na wadowickim rynku w ramach swojej pierwszej i jedynej pielgrzymki do ojczyzny swojego poprzednika, papieża Jana Pawła II przebiegającej pod hasłem "Trwajcie mocni w wierze". Zaledwie rok wcześniej papież Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca i wszyscy zdawali sobie sprawę, że nic już nie będzie takie samo. Czas nie u wszystkich jeszcze zaleczył rany, wielu czuło żal, że to już "inny" papież będzie do nich przemawiał. Sama jednak nie miałam nic przeciwko temu. W końcu papież, niezależnie od jego narodowości, jest pasterzem całego kościoła katolickiego.
Na spotkanie z papieżem zostaliśmy zaproszeni przez znajomych mamy. W sumie nie zastanawialiśmy się długo - w 1999 roku uczestniczyliśmy w spotkaniu z Janem Pawłem II w Sosnowcu i kilka dni później w Wadowicach, trzy lata później "spotkaliśmy się" na krakowskich Błoniach, a następnie w Kalwarii Zebrzydowskiej. Dlaczego więc nie mielibyśmy pojechać do Wadowic. Bo to nie "nasz" papież? Bzdura totalna i szczyt egoizmu!
Sobotni poranek przywitał wszystkich zebranych na wadowickim rynku chmurami i zimnem. Pogoda nie zniechęciła jednak rzeszy wiernych do opuszczenia placu. Wręcz przeciwnie - wszyscy zagrzewali się polską wersją ogólnego hymnu Światowych Dni Młodzieży "Jesus Christ you are my live" - "Chrystus Pan życiem jest mym", nad głowami powiewały flagi i transparenty. Wiele z nich głosiło - "Santo Subito". Atmosfera była naprawdę podniosła, a zarazem uroczysta.
Orszak papieski nadjechał na plac przed bazylikę Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny chwilkę po 10. Po przywitaniu przez przedstawicieli władz miasta oraz proboszcza świątyni papież udał się środka wadowickiej fary. Po modlitwie przed cudownym obrazem, przed którym tak często klękał mały Karol Wojtyła, Benedykt XVI przeszedł do muzeum znajdującego się w domu, w którym w młodości mieszkał jego poprzednik.
Nadszedł wreszcie moment pojawienia się Benedykta XVI na wadowickim rynku i przemówienie do zgromadzonych wiernych. Wejściu na specjalnie przygotowany podest towarzyszył radosny śpiew pieśni ćwiczonej przez cały czas - "Chrystus Pan życiem jest mym". Spotkanie trwało krótko, zaledwie 20 minut. Wszyscy spodziewali się, że podczas tego spotkania padną tak bardzo wyczekiwane przez słowa - kiedy Jan Paweł II zostanie oficjalnie ogłoszony świętym. Tymczasem papież poszedł zupełnie innym tropem: nawiązał w swoim przemówieniu do związków Karola Wojtyły z tutejszą farą. O jego chrzcie, poprzez który został włączony do wspólnoty kościoła i o jego wpływie na dalszą formację duchową przyszłego papieża. Wspomniał także o znaczeniu Matki Bożej w życiu Jana Pawła II, o zawierzeniu "Totus Tuus", któremu był wierny do końca życia. Swoje przemówienie zakończył zwyczajnym błogosławieństwem. 
Benedykt XVI przekazał miastu w darze ornat, miasto zaś podarowało mu przepiękny obraz przedstawiający Jana Pawła II modlącego się w oknie swojego rodzinnego domu. Wkrótce dźwięki pieśni "Abba Ojcze" i "Barki" odprowadziły Benedykta XVI na obrzeża tego niewielkiego miasteczka i ciągnęły się jeszcze przez jakiś czas w jego drodze do Kalwarii Zebrzydowskiej.
To było piękne spotkanie. I chociaż, tak jak już wcześniej pisałam, niektórzy mogli mieć żal, że to nie z papieżem Polakiem się spotykają, to podejrzewam, że Benedykta XVI pokochali równie mocno. Pokazali to swoim śpiewem, okrzykami, machaniem chorągiewkami. Być może przyjechał  jako "papież z Niemiec", ale z całą pewnością odjeżdżał już jako NASZ PAPIEŻ!
Pamiętam, że kiedy samochód z Benedyktem XVI powoli opuszczał rynek, konferansjer prosił wszystkich zgromadzonych, aby to sobotnie przedpołudnie zostało w naszej pamięci jak najdłużej. W mojej siedzi od 10 lat i w dalszym ciągu pozostaje żywe.

A trzy dni później otrzymałam Dary Ducha Świętego w sakramencie bierzmowania...

czwartek, 26 maja 2016

Coś na dzień mamy dla mam niepełnosprawnych(i nie tylko) dzieci - Kiedy Włochy stają się Holandią

Na początek notatki przytoczę jednak wczorajszą rozmowę podczas seminarium dyplomowego:
Promotor: Oczywiście pamiętacie o jutrzejszym święcie i co macie zrobić?
My: No tak, jutro jest Boże Ciało i wypada iść na procesję...
Promotor: To też, bardziej jednak chodziło mi o Dzień Matki i o jakiś życzeniach, kwiatkach z tej okazji.
No tak, chcąc nie chcąc nie da się zapomnieć. Nawet promotor potrafi człowiekowi przypomnieć o Dniu Matki. Tak więc wszystkim czytającym mnie mamom, mamusiom, mamuniom życzę wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, samych szczęśliwych dni,  sił w wychowywaniu swoich pociech i czerpania z tego jak największej satysfakcji.
Wiele z mam wychowuje dzieci niepełnosprawne. Jakiś czas temu szukając czegoś w sieci trafiłam na ciekawe opowiadanie napisane przez panią podpisującą się jako Emily Pearl Kingsley. Początkowo zaczęłam je czytać bez emocji, jednak z każdym słowem stawało się dla mnie coraz bardziej interesujące. To właśnie im chcę zadedykować wspomniany tekst, ale nie tylko im. Tak, aby wiedziały, że kalectwo dziecka to nie koniec świata. To tylko pewna modyfikacja zamierzonych planów i marzeń. Zresztą sami to przeczytajcie i przemyślcie, bo chyba coś na prawdę w tym jest:

"Często jestem pytana o moje doświadczenia dotyczące wychowywania niepełnosprawnego dziecka – po to by pomóc ludziom nie mogącym przeżyć tego wyjątkowego doświadczenia w zrozumieniu go, by umożliwić im wyobrażenie sobie - jak to jest? 
A jest tak... 
Kiedy przygotowujesz się na przyjście dziecka jest to jak planowanie bajecznych wakacji we Włoszech. Kupujesz stertę przewodników i robisz cudowne plany. Koloseum. Dawid Michał Anioł. Weneckie gondole. Uczysz się paru użytecznych zwrotów po włosku – jest to bardzo ekscytujące. 
Po miesiącach przygotowań i oczekiwań, ten dzień nareszcie nadchodzi. Pakujesz walizki i wyruszasz w drogę... Po kilku godzinach lotu twój samolot ląduje. Przychodzi stewardessa i mówi: „witamy w Holandii”. 
“Holandia?!?” pytasz. “Jak to Holandia? ” Przecież miały być Włochy. Powinienem być we Włoszech! Całe życie marzyłem o podróży do Włoch! 
Niestety w planach lotów nastąpiła zmiana. Wylądowałaś w Holandii i tutaj musisz zostać. 
Zauważ - nie zabrali cię do miejsca okropnego i odrażającego, pełnego zarazy, głodu i choroby. To po prostu inne miejsce. 
Musisz więc wysiąść i kupić nowe przewodniki. Musisz nauczyć się całkiem nowego języka. I spotkasz całe mnóstwo ludzi których nie miałeś nigdy spotkać. 
To po prostu inne miejsce. Jest rzadziej odwiedzane niż Włochy, mniej błyszczące, mniej „turystyczne.” Ale jeśli pobędziesz tam przez jakiś czas, kiedy już zaczerpniesz tchu i rozejrzysz się wokół - zauważysz, że Holandia - to wiatraki. Że Holandia - to tulipany. I że Holandia to Rembrandt. 
Tyle że każdy kogo znasz, jest zaabsorbowany podróżą do Włoch, albo właśnie z niej wraca... I wszyscy oni przez cały czas opowiadają jak cudownie spędzili tam czas. A ty przez resztę swojego życia będziesz mówił sobie: „tak, to jest miejsce, gdzie i ja miałem jechać. To jest to, co i ja sobie zaplanowałem”.
I smutek temu towarzyszący nigdy, przenigdy nie minie... ponieważ utrata twoich marzeń znaczy dla ciebie bardzo wiele. 
Ale jeśli spędzisz resztę życia użalając się nad sobą i nad tym, że nie pojechałeś do Włoch, nigdy nie będziesz przygotowany żeby odkryć wyjątkowe, bardzo specyficzne i cudowne rzeczy, które kryje w sobie właśnie Holandia. "

W tym roku Dzień Matki zgrał się z katolicką uroczystością Bożego Ciała. Pięć lat temu było podobnie, z tym że Dzień Matki wymienił się z Dniem Ojca. Wokół kościołów przemierzają procesję do czterech ołtarzy, przy których czytane są cztery Ewangelie. W naszej parafii nie ma możliwości obejścia kościoła, toteż obchodzimy całe osiedle, a ołtarze zbudowane są przy ulicach. Wiele okien zostało przystrojonych na ten dzień eucharystycznymi akcentami. Na czas uroczystej procesji zostaje wstrzymany ruch drogowy, abyśmy mogli bezpiecznie przejść. Muszę przyznać, że jest to dosyć trudne przedsięwzięcie logistyczne, ponieważ nasza trasa przez jakieś 300 m. prowadzi przez główną drogę naszego miasta. Jednak nikt z stojących kierowców na nas nie trąbił, tak jakby rozumieli powagę sytuacji. Oczywiście zawsze jesteśmy eskortowani przez patrol policji, policjanci zabezpieczają też poboczne drogi, coby nikt nie wjechał w tłum ludzi. Podczas Mszy świętej poprzedzającej procesję oficjalnie złożyliśmy życzenia wszystkim mamom radosnym "Życzymy, życzymy". To była taka niespodzianka od scholi. Ja jednak myślę, że dla wielu z nas Dzień Matki będzie dużo częściej niż tylko raz w roku. Szanujmy swoje mamy, póki żyją. Potem może być już za późno...

niedziela, 22 maja 2016

Mieć rękę na pulsie

Ostatnio coraz bardziej i bardziej zaczyna brakować mi czasu na wszystko. I nie piszę tutaj tylko o sieci internetowej, ale ogólnie w kontekście samego życia. Niby wiosna w pełni, niby ptaszki za oknem śpiewają, niby powinnam poczuć zdwojony napływ energii. Ale jak tu nabrać sił, kiedy w perspektywie ma się masę egzaminów i zaliczeń na studiach i w szkołach policealnych? Jednak spokojnie, wszystko jakoś idzie. Pomału, ale do przodu. 
Ogarnęłam już materiał na jutrzejsze kolokwium z języka francuskiego. Nauka od podstaw, więc tragedii nie ma. Mam nadzieję, że zaliczę je za pierwszym podejściem i w tym semestrze będę miała spokój z tym przedmiotem. Nauczycielka jest trochę jakby ją obuchem trzasnęli w łeb, ale na to już nic nie poradzę. Biznesplan na zarządzanie w turystyce i rekreacji już dawno zrobiłam i nawet wysłałam kolegom i koleżankom z teamu. Niby robiłam podobne rzeczy na licencjacie z zarządzania na AWFie w Katowicach, a jednak w pewnych momentach pojawiał się typowy ZONK! Grunt, że zrobiłam, a co z tego wyniknie to się okaże. Prezentacja o Peterhofie w Sankt-Petersburgu na język rosyjski też już czeka na wygłoszenie, a ja coraz bardziej i bardziej marzę o podróży do tego miasta. Może kiedyś się uda. Przecież Peterhof jest taki śliczny... Plan pracy magisterskiej też już mam. Wiadomości na wtorkowe kolokwium z pierwszej pomocy oraz środowe z historii kultury z grubsza przejrzałam. Trochę tego jest, zwłaszcza z historii kultury. Ale jestem dobrej myśli. Cóż innego mi zostało? Wczoraj natomiast uporałam się z zaległymi sprawdzianami z podstaw prawa administracyjnego oraz postępowania w administracji. Postępowanie jeszcze, jeszcze mi poszło, ale prawo. Prawo kompletnie zawaliłam. To znaczy zdałam, ale rewelacji nie ma! Dobrze, że prowadząca zajęcia nie bierze ocen cząstkowych przy wystawianiu końcowej oceny, tylko egzamin. Dzisiaj natomiast pisaliśmy pracę kontrolną z wykonywania pracy biurowej i zaliczyłam na maksymalną ilość punktów. Za dwa tygodnie mam oddać referat na temat systemu płac i teczkę osobową. W przyszły weekend podchodzę zaś do egzaminów z metodyki prowadzenia archiwum i języka angielskiego. A jeszcze w perspektywie mam pomoc przy organizacji parafialnego festynu.
Wiele osób pyta mi się jak mi się chce brać udział w tylu rzeczach. Fakt, czasami padam na łeb, czasami zarywam noce, czasami chodzę niewyspana, czasami muszę z czegoś zrezygnować. Ale ja uwielbiam to robić.  I chyba to najbardziej motywuje mnie i dodaje sił do pracy i dziania mimo wielu przeciwności losu.

piątek, 20 maja 2016

"Roztrzaskane życie" Stephanie Kallos

Natłok obowiązków, jakie na mnie spadły w ostatnim czasie sprawiły, że zaczęło brakować mi czasu na to, co najbardziej kocham, czyli czytanie. Czytać lubiłam od zawsze, jednak największą z tego przyjemność zaczęłam odczuwać, nie wiedzieć czemu, dopiero na studiach. Swojego czasu potrafiłam przeczytać nawet jedną książkę dziennie. Jednak kiedy poszłam do Krakowa dużo rzeczy uległo zmianie. Szczerze powiedziawszy trudno jest mi wygospodarować nawet tych kilka minut dziennie. Ostatnio jednak miałam trochę wolnego czasu, który postanowiłam poświęcić na przeczytanie jakiejś książki. Mój wybór padł na "Roztrzaskane życie" napisane przez Stephanie Kallos.
 
Tytuł: "Roztrzaskane życie"
Autor: Stiephanie Kallos
Wydawnictwo: Świat Książki
Warszawa 2008Ilość stron: 480
 
Rabowanie żydowskiego mienia było bardzo popularną czynnością w czasie II wojny światowej. Nazistowscy najpierw wpadali do mieszkań, z których deportowali całe rodziny. Następnie do opustoszałych pokoi wchodzili ludzie, którzy zabierali z nich wszystko to, co było cenne: nie tylko przedmioty wykonane z drogocennych kruszców, ale nawet bieliznę i weki z jedzeniem. Zrabowane przedmioty nierzadko sprzedawane kolejnym osobom, po dużo wyższej cenie. W ten sposób np. zastawa należąca do jednej rodziny mogła się znaleźć u kilku innych, często w postaci pojedynczego talerza lub kubka. Czasami jednak zdarzało się, że serwis trafiał do kogoś w kompletnym stanie i przez lata zdobił jego kredens oraz stół podczas rodzinnych przyjęć. Pisarka Stephanie Karrlos doskonale przedstawiła ten problem w książce „Roztrzaskane życie”.

Siedemdziesięciopięcioletniej Margaret życie nigdy nie rozpieszczało – w dzieciństwie zmarła jej matka, w młodości ojciec, w wieku ośmiu lat w wypadku samochodowym zginął jej ukochany syn Daniel, zaś mąż którego kochała odszedł do młodszej kochanki. Została sama w ogromnym domu, w którym znajdowała się ogromna kolekcja przedmiotów wykonanych z delikatnej porcelany, które zwoził do niego jej ojciec. Wszystkie rzeczy skrywają w sobie tajemnicę swojego pochodzenia. Pewnego razu kobieta dowiaduje się o tym, że w jej głowie pojawił się nieoperacyjny guz. Postanawia nie poddawać się uciążliwemu leczeniu. Za to zamieszcza w gazecie ogłoszenie, że szuka współlokatora. W ten sposób do monumentalnego domu trafia drobniutka kobieta, przedstawiająca się jako Wanda. Jej matka odeszła gdy ta miała kilka lat, ojciec po jakimś czasie postanowił jej szukać, zostawiając córkę pod opieką krewnych. Wanda nigdy więcej o nim nie słyszała. Dziewczyna od razu wzbudza zaufanie w staruszce – zręcznie skleja potłuczone porcelanowe naczynie. Z czasem w domu staruszki pojawia się też kilka nowych mieszkańców: pielęgniarka Susan, żydowski kucharz Bruce, przyjaciel Margaret - Gus oraz podkochujący się w Wandzie kolega z pracy Troy. Jednak to Wanda zajmuje w jej sercu najważniejsze miejsce. Oficjalnie Wanda pracuje w teatrze, nieoficjalnie szuka byłego chłopaka. Pewnego razy po ostrej sprzeczce z Troyem, Wanda wpada pod samochód. Po wielomiesięcznej rekonwalescencji kobieta wraca do formy. Aby pomóc jej w odzyskaniu radości życia, domownicy postanawiają potłuc część porcelanowych przedmiotów znajdujących się w domu, z których potem powstają oryginalne rzeźby i mozaiki. Jednocześnie Margaret postanawia przed śmiercią udać się do ukochanej Francji. Tam w instytucji zajmującej się pamięcią o ofiarach holokaustu trafia na świat właścicieli jednych z posiadanych przez siebie zastaw. Postanawia za wszelką cenę ich odszukać, aby w ten sposób choć w ułamku części odkupić winy swojego ojca. Poszukiwania właścicieli serwisu będą miały nieprzewidywalne skutki również dla samej Wandy.

Książka mnie oczarowała. Pokazała ludzkie pragnienie naprawiania czegoś, czego z pozoru nie da się naprawić. Większość ludzi stwierdziłaby, że takie poszukiwania nie mają sensu, że przecież cała rodzina mogła zginąć w którymś z obozów koncentracyjnych. Tymczasem schorowana kobieta szuka, do końca wierząc, że jej się to uda. Ale bohaterowie książki nie tylko poszukują spadkobierców posiadanych przez siebie dóbr. Szukają swojego miejsca w życiu, które nie zawsze ich rozpieszczało. Szukają utraconych przez lata osób, miłości, akceptacji. A jednocześnie mimo porażek nie przestają wierzyć, że uda im się uzyskać wyznaczony cel…

czwartek, 19 maja 2016

Ach, co to był za koncert...

Pa pa pa pa ra pa pa pa pa ra. . .
Niby nic, a tak to się zaczęło,
niby nic, zwyczajne "pa pa pa".
Jest w orkiestrach dętych jakaś siła,
bo to było tak*:

Z niecierpliwością w każdym roku wyczekuję dnia 18 maja. W tym dniu przypada kolejna rocznica urodzin wielkiego Polaka, Jana Pawła II. Szczególnie uroczysty charakter przybiera ona w Wadowicach. Jak już wiadomo od przeszło 16 lat:
I z tym się nie kwestionuje. No, może z wyjątkiem obecnego burmistrza Wadowic, ale z drugiej strony chyba zdawał sobie sprawę ze specyfiki sprawowania władzy w takim mieście. Nawet, jeżeli jest się ateistą.
Jedną z tradycji obchodzenia rocznicy urodzin Karola Wojtyły w Wadowicach jest koncert orkiestr dętych. Wszystko zaczęło się w 2000 roku, kiedy strażacy po raz pierwszy zagrali dla papieża - Polaka z okazji jego 80 urodzin. Od tego czasu co roku spotykali się na placu przed bazyliką, nota bene Placu Jana Pawła II i grali ile sił w rękach i płucach. Dźwięki muzyki niosły się zaś po uroczych uliczkach i cichych zaułkach miasteczka położonego nad rzeką Skawą. 
W tym roku coroczny koncert stanął pod wielkim znakiem zapytania. Wszystko przez ówczesne władze miejskie, które kręcą nosem na wszystkie akcje wychodzące od osoby Jana Pawła II. Jeszcze w marcu stwierdził, że nie widzi miejsca na swoim rynku dla orkiestr dętych i szkół im. Jana Pawła II na placu przed ratuszem 18 maja. Trochę mnie to zdziwiło, bowiem kochałam ten cały "kociołek", jaki powstawał tego dnia w centrum miasta. No, ale to nie ja rządzę, ba, nawet nie mieszkam w Wadowicach.
Na szczęście miejscowa ludność zmobilizowała się w sobie i zorganizowała godne uczenie kolejnej rocznicy
Kilkumiesięczny Lolek z mamą Emilią
urodzin Karola Wojtyły. Rano była uroczysta Msza Święta przed bazyliką, następnie zwiedzanie muzeum w Domu Jana Pawła II, wystawy "Wadowice - miasto, w którym wszystko się zaczęło", a także repliki sali pooperacyjnej, na której leżał papież po zamachu i operacjach znajdującej się w Domu Katolickim. Dzieci brały też udział w Grze Miejskiej, a wieczorem... Wieczorem przewidziany był koncert orkiestr dętych na Karmelickiej Górce.
Niestety, z powodu obowiązków studenckich minęło mnie wiele atrakcji. Zwolniłam się dopiero przed 16, aby na 18 dojechać do Wadowic. W minioną niedzielę mój najstarszy chrześniak przyjął po raz pierwszy do swojego serduszka Pana Jezusa, a wczoraj podczas Mszy świętej w okresie Białego Tygodnia Jakub miał do przeczytania Pierwsze Czytanie. Trochę go trema zjadła, zapomniał przeczytać co to w ogóle jest za czytanie, ale w ogóle to było dobrze. A swoją drogą to ciekawe - ja też swoją Pierwszą Komunię Św. przyjęłam w uroczystość Zesłania Ducha Świętego...
Po nabożeństwie majowym wróciliśmy do domu. W planach mieliśmy jeszcze iść na "Górkę Karmelicką" posłuchać orkiestr dętych, jednak był za silny wiatr, a i Jakub coś nie najlepiej się czuł. Nie przeszkodziło nam to jednak w delektowaniu się cudownymi dźwiękami w domowym zaciszu. Wystarczyło tylko uchylić okno i już magiczna muzyka dotarła do naszych uszów. Kochani, czego tam nie było: "Abba Ojcze", "Czarna Madonna", "Wojenko, wojenko", moje ukochane "Czerwone maki na Monte Cassino"(to tak z okazji wczorajszej rocznicy obrony twierdzy na włoskim wzgórzu", "Moje miasto Wadowice", "Piechota" i wiele, wiele innych. Po każdym utworze orkiestry dostały rzęsiste brawa. Nogi zaś same rwały się do tańca. Coś wspaniałego. Całość trwała ponad godzinę i zakończyła się ulubioną pieśnią papieża - "Barką". Bardzo żałowałam, że nie dane mi było być na samym koncercie, ale w życiu nie można mieć wszystkiego.
Tak sobie myślę, że taki koncert jest doskonałą okazją do uczczenia urodzin tak wielkiej osoby. Sam Jan Paweł II z pewnością byłby z niego zadowolony. Wszak muzykę miał we krwi...

* "Orkiestry dęte", Halina Kunicka

piątek, 13 maja 2016

A gołębie wzleciały w niebo...

Na placu świętego Piotra, 
w majowy słoneczny dzień,
Zraniono naszego Ojca 
Watykan, 13 maja 1981 rok, godz. 17:19
Świat cały zadziwił się: 
Dlaczego, no i za co, 
Nienawiść dosięgła Go?
Wszak głosił ludziom wciąż miłość, 
Potępiał przemoc i zło. 
Jeżeli ktoś chciałby pojąć, 
Niech w sercu postawi krzyż.
Na krzyżu zraniona miłość, 
Bo wszystkich pociągnął wzwyż.
Bo nie ma i nie będzie 
Miłości większej od tej,
Gdy ktoś za swoich przyjaciół 
Jest gotów dać życie swe. 
Na placu wielkiego świata 
W zwyczajny, pochmurny dzień,
Wciąż giną bezbronne dzieci - 
Świat wcale nie dziwi się!
Zbyt często ludzie niszczą 
Miłość i życia kwiat.
Nim zdąży ujrzeć blask słońca, 
Zanika już po nim ślad.

Znalazłam ten wiersz jakiś czas temu w internecie i pomyślałam sobie, że idealnie pasuje do dzisiejszej rocznicy. Mija bowiem 35 lat od chwili, w której Turek Ali Agca wyciągnął pistolet i oddał dwa strzały do Ojca Świętemu, zadając ranę nie tylko na ludzkim ciele, ale na całej hierarchii organizacyjnej Kościoła Katolickiego. A co tak właściwie stało się 13 maja 1981 roku na Placu św. Piotra w Rzymie? Zobaczmy:
źródło obrazka: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/35-rocznica-zamachu-na-jana-pawla-ii-infografika/hhmz7h

Pamięta ktoś z Was ten dzień? Bo mój żywot na tym świecie tak daleko nie sięga :)... 

Zaś w Domu Katolickim w Wadowicach otwarto pomieszczenie, będące reprodukcją sali szpitalnej w Poliklinice Gemelli, na której po zamachu leżał Jan Paweł II. 

czwartek, 12 maja 2016

Szklany deszcz

To był wyjątkowo leniwy poranek. Obudziłam się po 7, trochę pobawiłam z kotem. Z szafy wygrzebałam koszulę z 3/4 rękawa oraz dżinsowe ogrodniczki. Wyjątkowo nic mnie nie goniło, nie musiałam się nigdzie spieszyć. Na śniadanie zjadłam tosty z dżemem, do tego napiłam się soku jabłkowego. Gdzieś w tle leciała muzyka przeplatana głosem radiowego speakera, w którą w pewnym momencie wkomponował się gwizd czajnika zwiastujący zagotowaną wodę na herbatę. Puśka spacerowała po parapecie, wypatrując przelatujących ptaków. Na 12 byłam umówiona z diecezjalnym koordynatorem Światowych Dni Młodzieży. Po drodze w planach zaniesienie kartridża do napełnienia tuszem drukarskim, który miałam odebrać w drodze powrotnej.
Przed 9 założyłam trampki i wyszłam z domu w celu uzupełnienia produktów w lodówce. Akurat przechodziłam obok niewielkich sklepików, kiedy usłyszałam ogłuszający huk, a także brzdęk upadającego szkła. Rozejrzałam się dookoła i ujrzałam wszędzie szklane drobinki. Podniosłam wzrok do góry, a tam, o mamusiu moja:
video
(filmik zamieszczony przez przypadkowego przechodnia w Internecie, może słabej jakości, ale jest!)
Tabuny czarnego dymu wzbijały się w górę. Z przylegającej do bloku siedziby miejskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wybiegli ludzie, pospiesznie wsiadając do zaparkowanych przy niej samochodów. Nie, żeby się bali, a przynajmniej to nie był ich priorytet - po prostu musieli zrobić miejsce dla straży pożarnej, której syreny coraz bardziej i bardziej zbliżały się do miejsca zdarzenia. Po chwili czerwone wozy z impetem wjechały na nasze osiedle. Nie wiem, może to moje subiektywne odczucie, ale w zabudowanej przestrzeni wyją o wiele głośniej niż w otwartej. Z wybitych okien ogień groźnie wysuwał swoje gorące języki, przyciągając na plac przed blokiem coraz większą ilość gapiów. W sumie to osobiście zaczęłam zastanawiać się co z ewentualnymi mieszkańcami płonącego lokalu. Co prawda o 9 ludzie raczej są w pracy, zawsze tam jednak mogły w tym czasie przebywać osoby na emeryturze, rencie, niepełnosprawne, bezrobotne, po nocnej zmianie, matki z małymi dziećmi, nastolatek, który postanowił iść na wagary... Możliwości mogło być mnóstwo. A sam pożar wyglądał strasznie... Z drugiej strony budynek został ochrzczony niechlubnym mianem "bloku samobójców" - swego czasu nie było półrocza, z którego ktoś by się z niego nie rzucił w ramiona śmierci. Wszystko się zmieniło, kiedy ograniczono możliwość wyjścia na dach oraz wymieniono okna na korytarzach. Dlaczego więc jakiś desperat nie miałby odkręcić kurka z gazem w swoim mieszkaniu, a następnie odpalić zapałki? Nie, nie mogłam na to patrzeć i myśleć. Zbiegłam po schodkach na znajdujący się na dole bazarek zrobić zaplanowane zakupy.
Po pożarowy krajobraz
Nieco więcej dowiedziałam się popołudniu. W mieszkaniu nikt nie przebywał(właściciele lub lokatorzy jakiś czas temu zniknęli), a dzięki temu nikt nie zginął. Do dzisiaj mam w pamięci pożar, który wybuchł w lutym 2008 w innej dzielnicy mojego miasta - właściciel mieszkania przechowywał w nim materiały pirotechniczne. Co się tam działo w czasie zaprószenia ognia(?) można sobie wyobrazić. Efekt? Jedna osoba śmiertelna na miejscu, dwie z dużymi poparzeniami trafiły do szpitala. A głośny pożar hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim, który pochłonął życie 23 osób? Albo wybuch gazu w bloku w Gdańsku-Strzyży, w którym zginęły 22 osoby? Przykłady można mnożyć i mnożyć. Tym razem obyło się bez ofiar. Mieszkanie jednak kompletnie spłonęło. Dacie wiarę, że żywioł miał tak niszczycielską siłę, że wypalił w nim nawet tynki? Ponieważ spłonęły nawet drzwi wejściowe(!) w ich miejsce wstawiono deski. Co do przyczyn mówi się o samozapłonie nagromadzonego w środku gazu, ale na moją logikę ktoś z sąsiadów poczułby chyba coś, interweniował. No chyba, że jesteśmy już tak egocentrycznie nastawieni, że nie widzimy tego, co się dzieje dookoła. Sama siła eksplozji była tak duża, że kawałki potłuczonych szyb wyleciały aż 150 metrów dalej. Zastanawia mnie co z dorocznym sprawdzeniem instalacji gazowej przez speców ze spółdzielni. Ale skoro nikt tam nie mieszkał, to kto miałby ich wpuścić? Współczuję też rodzinom mieszkającym w tym samym pionie. Piętro niżej zostali kompletnie zalani, wyżej - zakopceni. Bez remontu mieszkań się nie obejdzie, a miasto będzie musiało im coś na ten czas znaleźć. Tak sobie myślę, że gdyby parafialne Oratorium Młodzieżowe było ukończone, to może tam? Ale nie, budynek w większej części jest jeszcze w surowym stanie, niestety. Ponieważ dym wydostawał się przewodami wentylacyjnymi, w niemal wszystkich lokalach czuć swąd. Jednak, podkreślę to jeszcze raz, NAJWAŻNIEJSZE, ŻE NIKT W ŻADEN SPOSÓB NIE DOZNAŁ USZCZERBKU NA ZDROWIU I ŻYCIU!

Kochani, tak na przyszłość - róbcie regularne przeglądy instalacji gazowych, elektrycznych i kominowych. Licho nie śpi, a my w ten sposób możemy uchronić się od tragicznych skutków ulatniania się gazu i czadu, czy też niesprawnej instalacji elektrycznej!

środa, 11 maja 2016

Wracam do domu...

Wracam do domu, od tylu lat
Wciąż po kryjomu, przed wschodem dnia
Wiem ze czekałeś, aż powiem tak
Wracam do domu, ostatni raz
Wszystko co mam, co dał mi świat
Nosze w sobie by kiedyś Ci dać
Choć mówią że, nie mamy szans
Ciągle wierzę że jeszcze jest czas
I chcę, razem z Tobą zakończyć ten dzień
Ten jeden dzień
Wracam do domu, wiem że już czas
Poczuć chcę znowu, smak tamtych lat
Było tak wiele, radości w nas
Wracam do domu, lepiej jest tam
Wszystko co mam, co dał mi świat
Noszę w sobie by kiedyś Ci dać
Choć mówią że, nie mamy szans
Ciągle wierzę że jeszcze jest czas
I chcę razem z Tobą zakończyć ten bieg
Ten jeden raz
Oddam Ci więcej niż będziesz chciał
Jeszcze razem będziemy się śmiać
Z tego co było,z grzechów i kłamstw
Wciąż pamiętam Twój uśmiech sprzed lat
Warto próbować, pomimo ran
Nie pozwolę Ci więcej się bać
Zacząć od nowa chcesz Ty i ja
Tylko proszę nie zostawiaj mnie tak
Bo wszystko co mam, co dał mi świat
Noszę w sobie by kiedyś Ci dać
Krakowscy studenci rozpoczęli swoje święto - juwenalia. A co się z tym wiąże - rektor ogłosił godziny rektorskie dla całej społeczności studenckiej. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero dzisiaj. AGH np. wiedziało już w zeszłym tygodniu, że ma wolne, AWF zresztą też(chociaż dokładne informacje podano nam dopiero w poniedziałek). Padło nawet stwierdzenie, że uczelnia papieska rządzi się swoimi prawami. Jednak to taka sama uczelnia, jak każda inna. I niech nikogo nie zmyli nazwa - nawet w mojej grupie nie każdy biega co niedzielę ze złożonymi łapkami do kościółka. Więc dlaczego nie mielibyśmy bawić się jak inni? Wszak krakowskie juwenalia dotyczą wszystkich studentów, a nie tylko wybranych.
Mnie jednak nigdy nie ciągnęło do tego typu imprez. Nie oznacza to jednak, że jestem totalnym odludkiem. Co to, to nie. Lubię spotkać się i pogadać ze znajomymi. Juwenalia są dla mnie jednak zbyt dużą imprezą. I, nie ukrywajmy, różne "ciekawe" rzeczy się na nich dzieją. Nie, tego typu imprezy są zdecydowanie nie dla mnie. Dlatego po zajęciach z "Kompetencji w turystyce" czmychnęłam na busa do domu(z reguły nockę z środy na czwartek spędzam w Wadowicach). Te dwa wolne dni z pewnością mi się przydadzą: pozwolą zebrać myśli, nadgonić materiał, załatwić kilka spraw, a przede wszystkim odetchnąć. Swoją drogą sesja za pasem, materiału sporo, jak to na czterech kierunkach. A impreza ze znajomymi? I na nią przyjdzie pora. Trzeba tylko ustalić pewne priorytety i uzbroić się w cierpliwość.

Kurczaczek, po wtorkowych zajęciach z pływania czuję każdy mięsień w moim ciele...

niedziela, 8 maja 2016

Raj niekoniecznie musi być na ziemi!

Wiecie jaki jest najgorszy skutek grzechu popełnionego przez Adama i Ewę? Tak sobie myślę, że jest to zwyczajna ludzka pycha, każąca nam zarówno "mieć wszystko" i "być najlepszym". Rozejrzyjmy się wokół siebie - każdy chce mieć dużo pieniędzy, wspaniały dom, najlepsze samochody i meble, wyjechać na egzotyczne wakacje. Na pozór wszystko nam się należy - wszak z reguły ciężko pracujemy na dobra, które posiadamy. Czy jednak w tym wszystkim nie tworzymy sobie tak jakby namiastkę tego co utraciliśmy, czyli raju? I chociaż mamy zapewniony go po śmierci, to jednak za wszelką cenę chcemy sobie go utworzyć już tutaj, na ziemi. Dlatego kupujemy coraz to lepsze rzeczy, staramy się zarabiać jak najwięcej pieniędzy. Staliśmy się kulturą technologiczną - jeżeli jakieś urządzenie nam się popsuje, jak najszybciej zastępujemy je nowym, tak aby nie odczuć jak najmniejsze skutki tego, że go nie mamy. A co ze światem w ogólnym tego słowa znaczeniu? Jak już stał się w pewnym momencie niesamowicie zepsuty, Bóg zesłał na niego Syna, który swoją męczeńską śmiercią otworzył nam Bramy do Nieba. Czterdzieści dni po Zmartwychwstaniu wstąpił na Niebiosa. I chociaż wstąpił duszą i ciałem, to wszystko co materialne zostawił tutaj, na ziemi. Wiedział bowiem, że to wszystko jest niczym w porównaniu z tym, co znajduje się w raju. Niczym na ziemi tak na prawdę go nie zastąpimy, żadne ciepłe kraje nie będą nawet jego namiastką. Pozostaje jeszcze pytanie gdzie i co to w ogóle jest "niebo". Wielu z nas wynosi infantylne przeświadczenie, że owe "niebo" to po prostu błękitna płachta nad naszymi głowami. Czy tak na prawdę jest - tego nikt nie wie. Jak dla mnie niebo jest krainą gdzieś obok nas. Krainą bez bólu, gdzie dusza zazna wiecznego szczęścia, ponieważ będzie oglądać Boga twarzą w twarz. Czy nie warto więc poczekać tą chwilę, przez którą jesteśmy tutaj na ziemi, aby przez całą wieczność cieszyć się prawdziwym RAJEM? Co więcej, może czasami warto zrezygnować z tego czy owego - wtedy raj będzie bardziej smakował...

P.S. To tylko moja malutka dygresja pod wpływem kazania usłyszanego podczas wieczornej Mszy świętej...

piątek, 6 maja 2016

Jeszcze ociupinkę...

Kilka miesięcy temu na blogu pojawił się apel odnośnie zbiórki funduszy na wydrukowanie drugiego wydania książki pani Agnieszki Kossowskiej - "Duże sprawy w małych głowach", pamiętacie? - >>KLIK<<
Wtedy na koncie zbiórki na pomagam.pl nie było nawet 1/4 wymaganej sumy. W akcje włączyło się jednak wiele internetowych przyjaciół pani Agnieszki, na stronach internetowych co rusz pojawiały się recenzję i zachęty do wpłacania chociaż kilku złotych na ten cel. Ktoś by pewnie powiedział - to przecież nic, jakieś oszołomy zbierają środki na jakąś książkę i cóż z tego.
Takie myślenie i owszem miałoby sens, gdyby tylko jedna osoba umieściła ten apel. Tymczasem tych osób były dziesiątki. A jak wiadomo, każdy w internetowym światku ma swoich przyjaciół. A ci przyjaciele też mają przyjaciół. Przez zaledwie 3 miesiące udało się uzbierać tyle pieniędzy, że aktualnie "w kasie" jest 9280 złotych, czyli - uwaga, uwaga - 92% potrzebnej sumy. Taki wynik jest doskonałym przykładem na to, że społeczeństwu nie są obojętne sprawy związane z niepełnosprawnością, że chcą, aby wiedza o niepełnosprawnych była szerzona wśród zdrowych dzieci. 
Ale pani Agnieszka nie poprzestaje tylko na papierowym wydaniu książki. W "Radio Opole" nagrywany jest audiobook książki "Duże sprawy w małych głowach". Ciekawostką jest, że teksty czytają niepełnosprawne dzieci lub ich rodzeństwo. Dla pani Agnieszki chyba nie ma rzeczy niemożliwych - potrafi udowodnić, że nawet dziecko oddychające za pomocą respiratora na chwilę może zamienić się w lektora. To takie ciekawe uzupełnienie, a nawet dopełnienie książki. Wszak niepełnosprawny potrafi wiele rzeczy, o które obserwujący go z boku ludzie nawet by go nie podejrzewali. Wystarczy tylko chcieć, aby to zrobił. W planach jest też książka w formie e-booka.
Do osiągnięcia celu wydrukowania drugiego nakładu książki "Duże sprawy w małych głowach" zostało tylko, albo aż, 720 złotych. Niby nic w porównaniu z 10 000 złotych, które były na początku, a jednak bez tych kilku setek nakład zostanie wstrzymany. Dlatego ponawiam lutowy apel. Może ktoś z Was chciałby dorzucić kilka złotych do sumy, która już jest. Wbrew pozorom nawet przysłowiowe 5 złotych sporo daje - wszak to już 80 stron jednego egzemplarza książki. Konkretniej 80 z 186. 
Wszystkie informacje znajdziecie na stronie -> https://pomagam.pl/duzesprawy lub klikając w baner ze zbiórką po prawej stronie bloga. Osoby posiadające konto na facebooku zachęcam do polubienia oficjalnego profilu książki -> https://www.facebook.com/duze.sprawy, dzięki któremu można śledzić informacje związane z książką. Kochani, tak niewiele od nas zależy, a jednak tak dużo. Nie przejdźmy obojętnie obok tej zbiórki.
Przykładowa strona z książki
I jeszcze fragmenty audiobooka czytane przez dzieci:

Jutro zaś czeka mnie niezwykle intensywny dzień. Mam nadzieję, że mimo natłoku spraw wszystkie ułożą się zgodnie z planem. Szczegóły później.

wtorek, 3 maja 2016

Patriotyzm od innej strony

Dzisiaj, w Dzień Konstytucji 3 Maja, na zamku królewskim w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia Orderu Orła Białego. Jak wyczytałam na internecie, jest to najstarsze, a za razem najwyższe odznaczenie państwowe naszego kraju. Nadawany jest za znakomite zasługi cywilne i wojskowe dla pożytku Rzeczpospolitej Polskiej, zarówno w czasie pokoju, jak i na wojnie. Nadawany jest najwybitniejszym Polakom jak też najwyższym rangą przedstawicielom obcych państw. Order noszony jest na błękitnej wstędze przewieszonej przez lewe ramię do prawego boku. Gwiazda Orderu noszona jest na lewej piersi. Odznaczenie to zostało ustanowione przez króla Augusta II Mocnego w dniu 1 listopada 1705 roku na zamku w Tykocinie. W czasie I Rzeczpospolitej przyznawany był głównie magnatom wspierającym króla w wolnej elekcji. Za czasów Augusta III poprzez masową sprzedaż odznaczenia, stracił trochę swoją rangę, zaś podczas panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego odznaczenie nadawano na rozkaz cesarzowej Katarzyny II wielu Rosjanom. Od III rozbioru Polski do 1807 roku przestano go nadawać. W 1807 roku ustanowiono go ponownie, jako najwyższe rangą odznaczenie Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Po upadku powstania listopadowego zniesiono go jako order Królestwa Polskiego. Ukazem cara ustanowiono Cesarski i Królewski Order Orła Białego, który nadawano przez carów, aż do upadku caratu. Była to jedna z represji po powstaniu listopadowym, kiedy wbrew traktatowi wiedeńskiemu car uznał Królestwo Polskie za terytorium podbite. Dlatego odznaczenie to nie jest w tej formie i w tym okresie traktowane jako kontynuacja polskiego orderu rycerskiego. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Order został ustanowiony ustawą z dnia 4 lutego 1921 roku najwyższym odznaczeniem państwowym. Otrzymał również nowy wygląd. Od wybuchu II wojny światowej do 1990 roku order nadawany był niezwykle rzadko i tylko przez rząd przebywający na uchodźstwie. Co ciekawe, nigdy w PRLu tego odznaczenia oficjalnie nie zniesiono, jedynie zastąpiono w 1949 roku Orderem Budowniczych Polski Ludowej. 23 grudnia 1992 roku został przywrócony z powrotem. Obecną wersję zaprojektował Edward Gorol. Order aktualnie nadawany jest przez prezydenta RP.
Niezwykle ucieszyła mnie wiadomość, że wśród dzisiejszych osób wyróżnionych tym odznaczeniem znalazły się dwie, które są mi szczególnie bliskie - pani profesor Wanda Półtawska "w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za propagowanie wartości i znaczenia rodziny we współczesnym społeczeństwie, za chrześcijańskie świadectwo humanizmu i wkład w rozwój katolickiej nauki społecznej" oraz pan Michał Lorenc. Pana Michała chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Wystarczy posłuchać tego motywu, którego jest autorem, i wszystko staje się jasne:
Zaś panią Wandę miałam okazję poznać w marcu 2010 roku, kiedy przyjechała do naszej parafii wygłosić wykład na temat świętości życia. Poczętego. Temat nieco kontrowersyjny, wszak z logicznego punktu widzenia można się zastanawiać, kiedy mówimy o płodzie, jako o człowieku. Aczkolwiek bardzo ciekawie przedstawiony. I to nie koniecznie z teologicznego punktu widzenia, ale z dużo szerszego, bo etycznego. A przecież etyka jest zawsze ponad etyką. Bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w takim spotkaniu, że otworzyło mi ono oczy na wiele spraw związanych z aborcją. Pani Wanda to niezwykle mądra kobieta, patrząca na świat zarówno oczami nauki, jak i wiary. Wbrew powszechnej opinii da się pogodzić te dwa obszary tak, aby ze sobą nie kolidowały, a nawet się uzupełniały. Przeczytałam jej "Rekolekcje beskidzkie" będące zbiorem korespondencji z Karolem Wojtyłą. Książka nie łatwa, wymagająca skupienia. Ale pomocna w odkryciu czym jest przyjaźń. Kilka tygodni temu przeczytałam jej "I boję się snów" o życiu w obozie koncentracyjnym w Niemczech. Coś okropnego. Osobiście polecam jednak wykłady pani Półtawskiej zamieszczone na internecie. Nie, nie katuje w nich regułkami teologicznymi, lecz etycznymi. Czyli każdy może w nich znaleźć coś dla siebie.

A tak w ogóle to jestem w trakcie załatwiania pewnej bardzo dla mnie ważnej rzeczy. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, bo bardzo mi na tym zależy. No nic, w najbliższym czasie zobaczymy co z tego wyniknie...

niedziela, 1 maja 2016

Sięgając pamięcią pięć lat wstecz

Mamy maj, jeden z najpiękniejszych miesięcy w roku, kiedy to przyroda budzi się do życia. Na szarych dotychczas drzewach pojawiają się zielone pąki liści, wszystko kwitnie, trawa rośnie, ptaszki ćwierkają, robi się coraz cieplej. W maju studenci mają też swoje święto - juwenalia, a to oznacza kilka dni wolnych od nauki. Wszelkie szaliki, czapki i w ogóle ciepłe rzeczy powoli ustępują miejsca temu co lekkie i przewiewne. Dzisiaj na przykład zainaugurowałam sezon na noszenie spódnic, ubierając jedną z nich do kościoła. Co prawda całą Mszę świętą przebrana byłam w białą albę, ale co tam. Zawsze można się pokazać w drodze do, albo ze świątyni. Jedynym "skutkiem ubocznym" aktualnej aury są nasilające się u mnie objawy alergii. Na szczęście dzięki odpowiednio dobranym lekarstwom można w pewnym stopniu zniwelować nieprzyjemne objawy.
Czas szybko płynie na przód. Czasami zbyt szybko. Dzisiaj na przykład uświadomiłam sobie, że od beatyfikacji naszego rodaka Jana Pawła II minęło już pięć lat. A mnie się wydaje, że dosłownie wczoraj padły z ust Benedykta XVI te pamiętne słowa:
Wszystko widziałam na ogromnym telebimie ustawionym na wadowickim rynku. Dlaczego tam? Otóż zostaliśmy wtedy zaproszeni na spędzenie świąt wielkanocnych u znajomych mojej mamy. A że święta wypadły w tamtym roku w ostatni weekend kwietnia, postanowiliśmy przedłużyć sobie wyjazd do majówki. Rodzice wzięli sobie wolne w pracy, ja i tak miałam godziny rektorskie przez cały tydzień na uczelni. Do dziś się śmieję, że dzięki temu mogłam obejrzeć ślub księcia Williama i Kate :). 
Jak wspominam tamten dzień? Na wadowickim rynku zgromadziła się rzesza rozradowanych ludzi. Sześć lat wcześniej równie duża liczba wiernych przybyła, aby uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych papieża - Polaka. Wtedy jednak wszyscy płakali, teraz emitowała z nich radość i duma. W powietrzu powiewały flagi w kolorach ojczystych i papieskich, ludzie machali transparentami z wyrazami wdzięczności. Dzieci trzymały w rękach białe i żółte baloniki. Na bazylice znajdował się zasłonięty płótnem obraz, jak się potem okazało beatyfikacyjny. Przed 10 połączyliśmy się z Watykanem, aby usłyszeć tak ważne dla nas słowa. Co więcej, po ogłoszeniu Jana Pawła II błogosławionym, równocześnie z odsłonięciem jego obrazu wiszącego na Bazylice św. Piotra i w Wadowicach poczyniono ten gest:
Setki baloników wzniosło się w niebo, ludzie zaczęli machać flagami, a po rynku rozeszła się burza oklasków. Rozłączyliśmy się z Watykanem, aby odprawić Mszę Świętą, już nie błagalną, ale dziękczynną za spełnienie tak licznych podczas pogrzebu próśb - "Santo subito". Była to Niedziela Miłosierdzia Bożego, święto ustanowione przez samego Jana Pawła II, w którego wigilię odszedł do "Domu ojca". Lepszego terminu nie można było obrać. Ponieważ byliśmy jeszcze w oktawie Wielkiej Nocy, po raz ostatni rozbrzmiała sekwencja "Niech w święto radosne paschalnej ofiary". W sumie to dla mnie była nowość, ponieważ jedynym dniem, w jakim ją słyszałam była Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego. Nabożeństwo było sprawowane równie uroczyście jak w oddalonym o kilkaset kilometrów Watykanie. Wszak "w tym mieście w Wadowicach wszystko się zaczęło". Wszystko, wraz ze świętością. Ponownie połączyliśmy się z Watykanem na modlitwę "Anioł Pański". 
Następnie była cała masa przemówień, a pod wieczór transmitowany przez telewizję koncert dziękczynny. Dla mnie jednak była najważniejsza pierwsza część dnia, podczas której poszerzyło się grono niebiańskich orędowników. Bo chociaż wiara katolicka zapewnia zbawienie każdemu z nas(paradoksalnie nawet temu, który nie wierzy), to jednak są ludzie, którzy szybciej od innych dostaną się do Nieba. A Jan Paweł II z pewnością do nich należy.