Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 30 czerwca 2016

Cudze chwalicie - swego nie znacie,

Sami nie wiecie, co posiadacie!
Powyższą dewizę zna praktycznie każdy. Osobiście po raz pierwszy usłyszałam ją w szkole podstawowej, jednak niezbyt wtedy ją rozumiałam, a dzięki autorskiemu programowi z równie autorskiego przedmiotu w mojej podstawówce, jakim bez wątpienia była ścieżka regionalna*. Ileż ciekawych rzeczy dowiedzieliśmy się z tych zajęć, ile niezwykłych legend związanych z naszą miejscowością poznaliśmy na nich, ile wycieczek miastoznawczych odbyliśmy w ich ramach, poznając zarówno najważniejsze zakłady pracy, jak i najciekawsze miejsca pod względem przyrodniczym. Jednocześnie były odpowiedzi, niezapowiedziane sprawdziany, jak i kartkówki sprawdzające stan naszej wiedzy, wszak był to przedmiot szkolny, a przynajmniej tak samo traktowany. A nasze przedstawienia teatralne przedstawiające najważniejsze dąbrowskie legendy? Wspominane są po dziś dzień. Jednak na efekty wprowadzenia ścieżki regionalnej do programu naszego nauczania nie trzeba było długo czekać - Lolek w piątej klasie potrafił z powodzeniem  wziąć udział w miejskim turnieju wiedzy na temat miasta w którym mieszka. Do dzisiaj ironizuję, że jego coroczni organizatorzy byli bardzo przezorni - forma "A, B, C, D" jest dla mnie najdogodniejsza. 
Już na pierwszym spotkaniu w sprawie półkolonii parafialnych zgłosiłam się do organizacji podchodów. Mając na uwadze fakt 100 lecia uzyskania przez Dąbrowę Górniczą praw miejskich oraz to, że w żadnej szkole nie ma typowych zajęć ze ścieżki regionalnej, postanowiłam iść tym tropem i podchody oprzeć właśnie na historii miasta, w którym żyjemy. Ogólnie umyślałam sobie dziewięć stacji: legendy miejskie, rozpoznawanie miejskich obiektów na starych fotografiach, rozpoznawanie obecnych obiektów w Dąbrowie Górniczej, szukanie szkatułki z węglem ukrytej gdzieś, quiz historyczny, krzyżówka miejska, wymyślanie własnych legend, układanie herbu miasta z pociętych elementów, wyznaczanie trasy na mapie. W stworzeniu większości konkurencji "pomogły" mi książki, które niegdyś wygrałam w konkursach:
3/4 materiałów już mam - została mi do wykonania krzyżówka dla średniej grupy oraz opisy do mapek. Czyli pikuś. Bardziej niepokoi mnie to, że nie znam terenu, na którym będzie odbywać się zabawa. Ale cóż, nie zapuszczam się w tamte tereny :). Trochę niepokoi mnie też to, czy dzieciaki poradzą sobie z tym wszystkim. Z drugiej strony włożę chociaż małą cegiełkę w edukacji regionalnej najmłodszego pokolenia. Bo historia naszego miasta jest nie mniej złożona niż Warszawy, a legendy nie mniej ciekawsze, niż poznawane na lekcjach historii lub polskiego podania krakowskie. Niestety, z uwagi na złożoność odgórnego programu nauczania ją one nieco okrojone. A szkoda, bo przecież mała ojczyzna jest nie mniej ważna w życiu młodego człowieka, niż cała Polska i wypada, aby co nieco o niej wiedział.

A tak w ogóle - to Polska gola!

* nie pytajcie o szczegóły, kiedy na podwórku zapytałam się rówieśników chodzących do szkół masowych, co robią na zajęciach ze ścieżki regionalnej, popatrzyli na mnie jak na ufo. Dopiero po latach dowiedziałam się, że był to, powiedzmy, autorski program, napisany przez naszych nauczycieli tylko na potrzeby naszej specjalnej szkoły.

wtorek, 28 czerwca 2016

Wilki przemienione w owieczki

W wieku 9 lat święty Jan Bosko miał pierwszy ze snów, który po latach otrzymał miano proroczej wizji. Znalazł się w nim na łące, którą doskonale znał, ponieważ znajdowała się blisko jego domu i on sam często się na niej bawił. Znajdowało się na niej wiele chłopców - jedni śmiali się, inni toczyli wspólne rozgrywki. Znaleźli się wśród nich i tacy, którzy przeklinali i wyzywali się wzajemnie. Usłyszawszy to Janek rzucił się między nich, aby ich uciszyć. Chociaż był od nich mniejszy i drobniejszy, nie wahał się użyć do tego siły. Nagle jego oczom ukazał się majestatyczny Mężczyzna, który ubrany był w biały płaszcz. Przedstawił się Jankowi jako Syn Tej, która nauczyła go pozdrawia trzy razy w ciągu dnia. Wezwał chłopca po imieniu oznajmiając mu, że jego życiowym zadaniem będzie pozyskać wszystkich niegrzecznych chłopców nie siłą i głośnym krzykiem, ale łagodnością, miłością oraz dobrocią, ponieważ tylko wtedy osiągnie wszystko. Oczywiście mały Janek bronił się mówiąc, że jest tylko niewykształconym, biednym chłopcem, który nie wie, jak miałby spełnić tą prośbę. Tajemnicza postać wskazała mu wtedy piękną Kobietę oznajmiając: Janku, to będzie twoja Mistrzyni". Wtem łąka, na której Janek zobaczył chłopców stała się pełna dzikich zwierząt, takich jak wilki, koźlęta i niedźwiedzie. Przerażony chłopiec spojrzał na nie. Pani powiedziała wtedy do niego: „Oto pole twojej  pracy. Tu będziesz pracował, a to, co teraz stanie się ze zwierzętami, ty będziesz musiał uczynić z moimi dziećmi”. I nagle wszystkie dzikie zwierzęta przemieniły się w łagodne jagnięta i owieczki, które biegały i podskakiwały, tuląc się co chwilę do Pana i Pani, którzy byli obecni w tej cudownej wizji.
Kiedy rano mały Janek opowiedział ten sen swojej rodzinie, jego starszy brat Antoni stwierdził, że ten zostanie przywódcą jakiejś dużej zgrai opryszków. Mama pocieszyła najmłodszego synka przepowiadając mu, że zostanie księdzem, albo kimś równie wielkim. Po latach święty Jan Bosko zrozumiał sens tego snu. Kiedy otworzył ośrodek dla chłopców, nazywany potocznie Oratorium, zdarzało się, że trafiali do niego łobuzy wprost z ulicy. Wiedział ksiądz Bosko, że stosując uliczne metody niewiele zmieni w zachowaniu podopiecznych. Dlatego zastosował zupełnie inny system wychowawczy - zamiast kar cielesnych, rozmowa, rozmowa i pokazywanie, że każdy jest tak samo ważny. I wiecie, że to się sprawdzało? Nawet prawdziwi chuligani przemieniali się w grzecznych, wychodzili na prostą, zdobywali zawód, zostawali w Oratorium, aby szerzyć dzieło księdza Bosko.
Te metody wychowawcze sprawdzają się także i dzisiaj, w XXI wieku, pomimo upływu czasu. Do naszego parafialnego Oratorium przychodzą różne dzieci, nie ważne czy na półkolonie, czy też na sobotnie gry i zabawy. Niektóre z nich są z rozbitych, czy też naprawdę biednych rodzin. Taka sytuacja rodzinna niekorzystnie wpływa na psychikę tych maluchów, niekiedy bywają one agresywne nie tylko względem innych dzieci i nas, animatorów, ale nawet samych siebie. Dlatego naszym zadaniem jest stworzyć im takie sytuacje, aby oni zdali sobie sprawę z tego, że są kimś ważnym, niepowtarzalnym, potrzebnym. To nie jest łatwe, wiele razy odnosimy klęskę na takim polu bitwy, ale możliwe.
A wiecie co jest w tym wszystkim dla mnie najpiękniejsze? Takie obrazki, jakie działy się dzisiaj podczas wieloboju: miałam konkurencję polegającą na napełnianiu słoików wodą za pomocą gąbek. Trochę to trwało. Ale nikt nikogo nie poganiał, żadne dziecko nie krzyczało, że za wolno piszę, wszyscy cierpliwie czekali, zarówno na swoją kolej, jak i na karteczkę z wynikiem. Mało tego, dzieciaki nawet wylewały do pierwszego wiaderka wodę z napełnionych słoików, tak same z siebie. I to nawet te, które sprawiają najwięcej kłopotów. Czyż to nie piękne? A może po prostu dewiza św. Jana Bosko ma swoje zastosowanie również po latach - "Biciem nie pozyskasz ich przyjaźni, tylko łagodnością i miłością". Coś musi być w tych słowach, skoro stały się ponadczasowe.

sobota, 25 czerwca 2016

Wątpliwości pewne odnośnie ŚDM mam

Miesiąc - dokładnie tyle zostało do krakowskiego festiwalu młodzieży, jakim będą Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Według szacunków organizatorów, na spotkanie z papieżem Franciszkiem ma przybyć o.k. 2,5 milionów pielgrzymów. Pomagać im będzie kilkutysięczna grupa wolontariuszy. Wśród tych drugich, jak już pisałam jakiś czas temu, znajdę się również i ja. Nie ukrywam, że bardzo się z tego cieszę, wszak mam niepowtarzalną okazję nabyć doświadczenia w pracy z ludźmi i zamierzam w pełni ją wykorzystać, jak również nie zawieść tych wszystkich, którzy mi zaufali, przyjmując moją kandydaturę(wszak mogli ją przecież odrzucić). I nawet mam oficjalne potwierdzenie zakwalifikowania mnie do sekcji wolontariatu, viola*: 
Co prawda ocenzurowane, ale uwierzcie mi na słowo, że moje
Tegoroczne spotkanie nie będzie rekordowe pod względem zgromadzonych osób - na Światowe Dni Młodzieży w Manii(Filipiny) w 1995 roku przybyło ponad 5 milionów ludzi. Czyli jeszcze raz tego, co ma przyjechać do nas. Czy podkrakowskie Brzegi byłyby w stanie "przyjąć" taką liczbę osób? I czy w ogóle są one dobrym miejscem na organizację tego typu imprezy? Im bliżej tego wyjątkowego wydarzenia, tym bardziej w to wątpię.
3 czerwiec 2016 roku - prawie dwa miesiące przed Światowymi Dniami Młodzieży. Pogoda przez kilka poprzednich dni nikogo nie rozpieszczała. Siarczysty deszcz dawał się we znaki mieszkańcom Krakowa i okolic. Postanowiłyśmy z koleżanką z grupy na studiach(obydwie zresztą jesteśmy zaangażowane w wolontariat podczas ŚDM) do wychwalanych wzdłuż i wszerz Brzegów. Nie dotarłyśmy jeszcze na miejsce, a już z daleka naszym oczom ukazało się sporego rozmiaru bajorko. Stojące zaś nieopodal samochody były zatopione w błotnistej mazi. Zaczęłyśmy się zastanawiać co będzie, jeżeli rzeszę owych 2,5 miliona pielgrzymów zastanie podczas Eucharystii deszcz. Przecież tam gdzie stały prywatne samochody mogą wtedy znajdować się karetki pogotowia. Wszak przełom lipca i sierpnia to raczej ulewny czas. Komizmu sytuacji dodaje przepływająca nieopodal placu rzeczka. Normalnie nie ma opcji aby wylała, ale na początku czerwca po kilku deszczowych dniach niebezpiecznie przybrała w swoich rozmiarach. Jeszcze jeden dzień, a z pewnością przelałaby się, zalewając okoliczny teren. Teren, na którym za miesiąc będzie ponad 2 miliony rozmodlonej młodzieży - brawo oni po raz pierwszy!
Jeżeli mówimy już o bezpieczeństwie pielgrzymów... Według mnie teren kompletnie nie nadaje się pod tego typu spotkanie - z jednej strony rów z wodą, z drugiej zaś tory kolejowe z niebezpiecznie nisko zawieszonymi liniami wysokiego napięcia. Wystarczy wichura podczas burzy, a o nieszczęście nie będzie trudno. Zwłaszcza, że na potrzeby uzyskania terenu wycięto wiele drzew, które by jakoś "wyciszyły" wiatr. Żeby było śmieszniej, pseudo-droga ewakuacyjna prowadzi nie dość, że pod wiaduktami, to jeszcze ulica jest tak wąska, że na co dzień obowiązuje tam jednostronny ruch. Wskutek tego cała ewakuacja Brzegów może nawet potrwać, uwaga, uwaga, 6 godzin(to i tak dobrze, jeszcze rok temu było to 8 godzin). Idealna sytuacja dla ewentualnych terrorystów. Dodajmy do tego przepięknie śliskie bajorko, gdzie wiele ludzi może po ludzku się przewrócić i zostać zadeptanymi przez innych. Ale tak na prawdę nie potrzeba zamachu terrorystycznego - wystarczy odpalona przez dowcipnisia petarda, aby doszło do tragedii - brawo oni po raz drugi!
Problemem jest też pomieszczenie przez tydzień takiej ilości osób. Według obliczeń Komitetu Organizacyjnego ok. 160 tysięcy pielgrzymów przyjedzie na imprezę koleją, 20 tysięcy przyleci samolotem, zaś 10 tysięcy autobusów przywiezie 500 tysięcy ludzi, samochodami może natomiast przyjechać około 200 tysięcy wiernych - w sumie ma to dać około 50 tysięcy pojazdów. Na tak ogromną ilość osób miasto musi zabezpieczyć przynajmniej 82 kilometrów ulic. Jednocześnie organizatorzy proszą o udostępnienie terenów pod parkingi miejskie hipermarkety i centra handlowe, zaś mieszkańców Krakowa o przestawienie na czas imprezy z ulic swoich samochodów. Problem polega na tym, że nie mają dokąd ich przenieś. Prezydent miasta dał ludziom jeszcze inną radę - aby wyjechali z niego pod koniec lipca. Jednocześnie brakuje miejsc noclegowych dla ok. 40% pielgrzymów. I tu pojawia się paradoks - Kościół apeluje do krakowian, aby udostępnili swoje mieszkania dla przyjezdnych, zaś prezydent każe im wyjechać. Nikt raczej nie zostawi obcym, nieznanym ludziom mieszkania. Bolączkę organizatorom przysparza również kwestia tak podstawowych spraw jak toalety - toi toie mają być sprowadzane z Czech i Słowacja, a i tak nie wiadomo czy starczy dla wszystkich - brawo oni po raz trzeci!
Bolączką jest też inwestycja w promocję miasta. Nie tak dawno pod kościołem franciszkanów w Krakowie stało styropianowe logo przedsięwzięcia. Koszt napisu "ŚDM KRAKÓW 2016" podany został w... tysiącach. Czy naprawdę opłacało się tak marnotrawić pieniądze, skoro napis ten stał tylko przez kilka miesięcy? Natomiast większość ulic zdobią plakaty z Janem Pawłem II i siostrą Faustyną. Tak, jakby nikt ich nie znał, nie kojarzył z rokiem Bożego Miłosierdzia. Niedawno pojawił się też tramwaj "witający" pielgrzymów. Większość tego typu wydatków jest pieniądzmi wyrzuconymi w błoto. - Brawo oni po raz czwarty!
Ostatnia bolączka, o której wszyscy milczą, to problem ekonomiczny przedsiębiorstw. Przypuśćmy, że ludzie posłuchają prezydenta i wyjadą w dużej mierze na czas ŚDM z miasta. Zaś ruch wszelkich przewoźników zostanie utrudniony, a nawet zawieszony, co utrudni mieszkańcom z okolicznych miejscowości dotarcie na czas do pracy. I tutaj nie chodzi tylko o supermarkety i jakieś lokale usługowe, ale przede wszystkim o ogromne firmy i przedsiębiorstwa państwowe, które straty podczas takiego postoju będą liczyć w milionach złotych. Nie mogą zaś zmusić pracowników do przybycia do pracy, skoro komunikacja będzie znacznie utrudniona, tygodniowe urlopy będą brane na potęgę. Nie trzeba być z wykształcenia ekonomem, aby domyśleć się, jakie będą tego skutki dla gospodarki - Brawo oni po raz piąty!

Nie czarujmy się, Kraków nie jest idealnym miejscem do organizowania tego typu zgromadzenia. Bo tak naprawdę jedynym dobrym miejscem, a co najważniejsze sprawdzonym pod każdym względem, są słynne Pola Lednickie nieopodal Gniezna. Ciekawostką jest, że świętej pamięci Jan Góra zgłosił je do kandydatury na miejsce Światowych Dni Młodzieży, jednak nie miał takiego przebicia jak kardynał Dziwisz. A szkoda, bo Pola Lednickie są i zabezpieczone pod względem sanitarnym, i mają zrobioną odpowiednią meliorację, i pod względem ewakuacyjnym są przećwiczone, i wszyscy bez problemu by się zmieścili. A że mniej znane od Krakowa? Może to i lepiej. Zresztą na upadłego to można mieć zastrzeżenia co do Brzegów - przecież miał być Kraków, a nie wieś pod nim! Błonia za małe? Trudno, można było rozdzielić wiernych - część faktycznie na Błoniach, a innym musiałby wystarczyć telebim na rynku, przy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, na Kopcu Kościuszki, w TAURON Arenie, czy na lotnisku w Chyżynach. Może nie wszyscy byliby zadowoleni, wszak człowiek to wygodna istota, ale na pewno bezpieczniejsi chociażby w przypadku ataku terrorystycznego(trudniej jest uderzyć w znajdujących się w wielu miejscach ludzi, niż skupionych w jednym) - Brawo oni po raz szósty!

Wiecie co, ja nic nie mam przeciwko ŚDM, ale wszystko trzeba robić z głową, a nie na łapu - capu. I w tym wszystkim zastanawia mnie jeszcze jedno - jak wyglądała organizacja ŚDM w Częstochowie w 1991 roku, kiedy kraj dopiero podnosił się z socjalizmu? A może to po prostu ludzie byli inni, mniej wymagający? Nie mnie to jednak oceniać...

* Chyba inaczej się to pisze...

piątek, 24 czerwca 2016

"Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą" - św. Augustyn

Życie niewątpliwie jest walką. Walką samego z sobą, ze swoimi wadami, przeciwnościami losu, kłodami rzucanymi nam przez los czy też innych ludzi. Mamy dwie możliwości na działanie z nimi: albo siedzieć z założonymi rękoma, albo wyjść naprzeciw przeciwnościom losu i po prostu z nimi walczyć.
Wczorajszy dzień był taką walką mnie samej z sobą, swoimi ograniczeniami oraz przeszkodami, które chciały przeszkodzić mi w dążeniu do wyznaczonego sobie celu. Na dzień dobry - państwowy egzamin zawodowy w zawodzie technik administracji, specjalizacja - obsługa klienta w jednostce administracyjnej. Wiem, pewnie wielu z Was myśli - phi, też mi coś. Sytuacja jednak zmienia swoje położenie, kiedy wyzwanie takiego egzaminu podejmuje osoba mająca problem z pisaniem. Co prawda każdy egzamin kończący dany etap nauki pisałam na komputerze, jednak w zeszłym roku drastycznie zmieniły się przepisy i grono "uprzywilejowanych" schorzeń i niepełnosprawności zostało zawężone. Czterokończynowe mpd w pewnym stopniu również znalazło się poza listą. W praktyce wyglądało to tak - za niepełnosprawna, żeby pisać w tradycyjny sposób, ale za zdrowa, aby otrzymać możliwość pisania pracy na komputerze, ewentualnie z nauczycielem wspomagającym. Na szczęście dyrekcja szkoły policealnej stanęła na wysokości zadania - jeździła do OKE, dzwoniła, prosiła, aż wreszcie uzyskała zgodę na zdawanie przeze mnie drugiej części egzaminu w wersji elektronicznej(pierwsza polegała na wybraniu jednej odpowiedzi spośród czterech - to bez problemu daję radę zrobić moimi niezgrabnymi rękoma). Po drodze oczywiście było x zmian, w ostateczności skończyło się na tym, że wszystko pisałam na moim własnym laptopie(nota bene mogłam se porobić ściągi :), jednak za uczciwy ze mnie człek). Wbrew proroctwom większości nauczycieli nie było wniosku o przyznanie 500+, ale o wydanie zgody na wywóz śmieci. Egzamin uważam za łatwy - sądzę, że napisałam na wymagane 75%(aczkolwiek mogę się mylić). Muszę jednak przyznać, że wyrobienie się ze wszystkim w przepisowe 3 godziny wymagało ode mnie nie lata kondycji - zwłaszcza, że moje ruchy są znacznie spowolnione. Jak mi poszło - dowiem się w przyszłości.
Po egzaminie szybkie spakowanie klamotów i sprint do centrum miasta, z którego odjeżdża bus do Krakowa. Tego dnia czekał mnie jeszcze egzamin z historii kultury i szlaku cysterskiego w Polsce - tym razem obydwa w wersji ustnej. Historię kultury zdawaliśmy przez 3 dni, alfabetycznie. Z racji mojego nazwiska wypadło mi zmierz2yć się z tym wyzwaniem w czwartek. Do pokoju profesora wchodziliśmy po troje, po czym losowaliśmy karteczki z pytaniami. Moje dotyczyło roli średniowiecznych zakonów w szerzeniu kultury, oświaty i zdobyczy cywilizacyjnych. Temat łatwy, prosty i przyjemny. Stres jednak zrobił swoje - mięśnie mojej twarzy były napięte do granic możliwości, co spowodowało trudności podczas odpowiadania. Na szczęście dostałam 4, z czego bardzo się cieszę
Ostatnim punktem dnia było podjechanie do słynnego klasztoru cysterskiego w Mogile i zaliczenie materiału u jednego z tamtejszych ojców, który miał z moją grupą zajęcia. Godzina hardcorowa - 18. Ale jak trzeba to trzeba. Spokojnie podjechałam tramwajem na Mogiłę, podeszłam do klasztoru. Trochę mi zeszło zanim znalazłam furtę(chociaż minęłam ją dwa razu), ale w końcu znalazłam to czego szukałam. Zadzwoniłam dzwonkiem, otworzył mi świecki mężczyzna(a już myślałam, że będzie to kolejny cysters). W skrócie wyjaśniłam mu z czym przychodzę, zastanawiając się czy w ogóle rozumie co do niego mówię. Chyba zrozumiał, bo kazał mi poczekać. Po półgodzinnym oczekiwaniu furtian na nowo do mnie wyszedł i poprosił o indeks. Coś mi się nie zgadzało, bowiem na zajęciach ojciec mówił, że trzeba zaliczyć zajęcia, na których się nie było(w moim przypadku ich liczba wynosiła 2), no ale dałam mu niewielką książeczkę. Po chwili mężczyzna wrócił, oddał mi indeks. Otwieram go na odpowiedniej stronie, a tam... 4,5 - tadam, tadam! Tak od razu, bez zbędnego ale.
Wymienione wyżej sytuacje wymagały ode mnie walki najczęściej samej z sobą, ze swoimi niedoskonałościami i wadami. Ja jednak nie poddałam się i stanęłam do niej. Bo tak naprawdę, jeżeli staniemy oko oko z przeciwnościami losu możemy zyskać nawet więcej niżby nam się wydawało. Rezygnując zaś z walki, nie tylko nic nie zyskujemy, ale najczęściej tracimy jeszcze więcej - pamiętajmy o tym!
Już dzisiaj mogę powiedzieć, że w prawie 64% wygrałam tą bitwę, z czego bardzo się cieszę. Mimo ogromu nauki i materiału, a także sporych ograniczeń fizycznych, zaliczyłam wszystko w pierwszym terminie, a nawet w "zerówkach". Dostałam się tym samym na 3 rok studiów z turystyki religijnej i 2 rok studiów z turystyki i rekreacji oraz 3 semestr technika archiwistyki. Teraz czekają mnie ponad dwumiesięczne wakacje. Jutro czeka mnie natomiast jeszcze jedna walka - walka z ludzkimi stereotypami i nieufnością wobec potencjału osób takich jak ja. Nie znam finału tej sprawy, jakkolwiek by on nie brzmiał, będę na plus. Bo przecież zawsze warto jest walczyć - bez walki nigdy nie będziemy mieć nawet cienia szansy na wygranie danej sprawy.

wtorek, 21 czerwca 2016

Pismo Święte Pismu Świętemu nierówne

Jednym z przedmiotów na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II z jakim przyszło mi się w tym semestrze zmierzyć jest Stary Testament. Kiedy powiadomiłam o tym znajomych odezwały się głosy zdziwienia: To co ty w końcu studiujesz? Dobre pytanie - bo chociaż formalnie jestem na turystyce religijnej, to jednak kierunek ten podciągnięty jest pod wydział teologiczny. Stąd w moim programie takie przedmioty jak eklezjologia i ekumenizm, liturgika, patrologia, czy wspomniany Stary Testament(dla równowagi w przyszłym semestrze mam mieć Nowy Testament). Na przeciwległej szali zupełnie inne, bo turystyczne przedmioty. Najbardziej lubię te, na których uczymy się o różnych atrakcjach turystycznych w Polsce i na świecie. W sumie taki układ przedmiotowy bardzo mi odpowiada - dzięki niemu mogę rozwijać przynajmniej dwa moje zainteresowania - teologię oraz turystykę.
Jutro czeka mnie egzamin z pierwszej części Pisma Świętego. Prowadzący podał nam nawet zagadnienia na niego, a raczej 19 tez do opracowania. Najlepsze jest to, że zażyczył sobie zapoznania się ze wstępami do poszczególnych ksiąg z edycji Świętego Pawła(znana też pod nazwą Biblii Paulistów bądź Pisma Świętego z gołąbkiem :-)). Tymczasem na mojej półce znajdziemy i "Moją pierwszą Biblię" z najważniejszymi historiami Starego i Nowego Testamentu zaopatrzonymi pięknymi ilustracjami, i słynne pallotyńskie wydanie "Pisma świętego" z 1990 roku zakupione w dawnym domu Wojtyłów, "Ewangelię wg św. Łukasza" - prezent od pana S. za zaangażowanie w pracę parafialnego Oratorium, a nawet "Pełne zwycięstwo. Nowy Testament dla sportowców", który otrzymałam z okazji sakramentu bierzmowania od mojej wychowawczyni(od klasy IV szkoły podstawowej do III gimnazjum), a jednocześnie trenerki szkolnej kadry lekkoatletycznej, do której należałam(a do września 2014 roku również trenerki w klubie sportowym, do którego należałam). Za to Biblii Paulistów brak. Owszem, jest wydanie on-line, jednak bez tego, na czym najbardziej mi zależy, czyli bez wstępów, tylko sam tekst poszczególnych ksiąg. Czyli ni jak mi to pomoże. Bo potrzebne do zaliczenia fragmenty mogę znaleźć też w "moim" Piśmie Świętym. Może w troszeczkę innych zdaniach, jednak sens pozostaje na szczęście ten sam. Z drugiej strony czy warto zakupywać jakieś wydanie "na jeden raz"? Zawsze jak potrzebuję czegoś z Pisma Świętego, sięgam po "Biblię Pallotyńską" i ona w zupełności wystarcza w zaspokojeniu mojej ciekawości. Zresztą to ona w 90% była moją lekturą przed corocznymi wojewódzkimi olimpiadami ze znajomości Ewangelii i Listów i nigdy się na niej nie zawiodłam. W podróż zaś zdarza mi się brać "Pełne zwycięstwo. Nowy Testament dla sportowców" - dzięki temu nie muszę dźwigać całego "Pisma Świętego", a zawsze mogę sięgnąć po ulubione fragmenty z Listów św. Pawła"(co to wezwanie parafii robi z człowiekiem :-) ). 
Tak sobie myślę, czy po prostu nie przeczytać wstępów do poszczególnych ksiąg z Pisma Świętego, które posiadam. Ewentualnie uzupełnić te wiadomości o "Wstęp do Starego Testamentu" Lecha Stachowiaka i na podstawie tego odpowiadać. Bo w sumie podejrzewam, że zbytnio się one od siebie nie różnią. 
Żeby było ciekawiej, jutro mam też egzamin z historii kultury na AWFie. Podobno gdzieś po internecie krążą pytania. Jam jednak człowiek bez facebooka, więc nie udało mi się ich zdobyć... Coś chyba jest w powiedzeniu - nie masz fejsa, nie żyjesz. Chociaż w moim przypadku bardziej politycznie jest powiedzieć - nie masz fejsa, mniej wiesz. Na szczęście udało mi się zdobyć wykłady, nie jest więc źle. Z drugiej strony słyszałam od ludzi, którzy już zdawali u wykładowcy ten materiał, że strasznie ciśnie z pytaniami. Zresztą najwięcej ludzi oblewa właśnie historię kultury. Mam tremę, muszę jednak pokonać i tą przeciwność losu... 
Tym śmieszniej, że od kilku tygodni próbuję bezskutecznie zlokalizować mój indeks z AWFu. Ba, ja nawet nie pamiętam, żebym odbierała go z dziekanatu. Po prostu super.
Nie ma co, nadchodzi sądny dzień.

Myślicie, że drużyna Polska wyjdzie na Euro z grupy?

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Czyżby to już było lato?

W ferworze zaliczania kolejnych przedmiotów na uczelniach, jakoś umknęło mojej uwadze to, że formalnie weszliśmy w porę roku popularnie nazwaną latem. I pewnie gdyby nie pogodynka zapowiadająca pogodę, jeszcze przez jakiś czas byłabym święcie przekonana, że to jeszcze nie ta pora. Tym bardziej, że pogoda za oknem jest tak jakby mało letnia. Pada, pada i jeszcze raz pada. Dzisiaj to nawet z tego wszystkiego nie chciało mi się wstawać na uczelnię. Zmobilizowałam się jednak i pojechałam do Krakowa na ostatnie zajęcia z pierwszej pomocy. Na koniec zajęć prowadząca wystawiała nam oceny - jesteśmy tak zdolną grupą, że nasza średnia wynosi 5,0 :). W sumie zostało mi jeszcze do zaliczenia tylko Stary Testament, Historia kultury, praktyczny egzamin zawodowy z technika administracji oraz Szlaki cysterskie w Polsce. Trzy pierwsze egzaminy są chyba najcięższe, ze szlakami powinno mi pójść jak z przysłowiowego płatka. Zresztą po zeszłotygodniowych zaliczeniach i egzaminach, gdzie materiału było ho, ho, ho i trochę, ten tydzień wydaje się mi być prawdziwym wytchnieniem. Jak dobrze pójdzie, to w czwartek zamknę wszystko i powiem: "Witajcie wakacje!". Na Papieskim zanosi mi się całkiem niezła średnia, na AWFie trochę gorsza, ale do przodu. Chyba że mi się noga powinie w którymś momencie... Ale nie, muszę myśleć pozytywnie. Bo co mi innego zostało?

sobota, 18 czerwca 2016

Trzask - prask, i po solniczce z solą

Dla tych co wierzą w zabobony potłuczenie solniczki wypełnionej solą będzie oznaczać pecha. Dla mnie oznaczała przerwanie na kilkanaście minut pitraszenia sobie obiadu i zajęcia się tamowaniem krwi toczącej się z niewielkiej ranki. Panikuję? Wyolbrzymiam? Być może, jednak z moją krzepliwością krwi nawet najmniejsze draśnięcie potrafi wywołać masywne krwawienie.
Dzisiaj skończyłam zajęcia wyjątkowo wcześnie, bo jeszcze przed 12. Po drodze wstąpiłam na ksero, aby odbić zaświadczenie o ukończeniu kursu na wychowawcę kolonijnego(nie było łatwo mi go zdobyć, bo na koniec prowadząca miała wątpliwości, czy ja z moim schorzeniem mogę pełnić tak odpowiedzialną funkcję, na szczęście Kuratorium Oświaty rozwiało wszelkie wątpliwości na moją korzyść), podjechałam pod Oratorium dowieść je(być może dzięki niemu zostanę głównym wychowawcą grupy), księdza nie zastałam, za to natchnęłam się na kończącą próbę scholę(swoją drogą ciekawe jak tam z naszą wycieczką do Wadowic..., wypadało by się zapytać). Co prawda Oratorium miało dzisiaj zajęcia, dzieciaków było jednak tak mało, że postanowiłam sobie odpuścić. Zresztą w mieszkaniu czekało na mnie trochę pracy, np. ugotowanie obiadu.
Ogólnie, jak poruszam kwestię obiadu, wszyscy spoglądają na mnie jak na przybysza z obcej planety. To pewnie moje niezgrabne ręce, ze sztywnymi, koślawymi palcami sprawiają, że moim rozmówcom nie zgadza się ogólny obraz z tym, który sobie wyobrażają. Tymczasem ja, mieszkając jeszcze w rodzinnym domu, od dawna jestem obyta z kuchnią. Pierwszą kanapkę zrobiłam sobie w pierwszej klasie szkoły podstawowej(wiem, wiem, późno, ale osobom takim jak ja większość czynności pojawia się w późniejszym wieku, niż u naszych rówieśników). Co prawda była to iście rolnicza pajda chleba(nawet nie wiem, czy w tamtych czasach znano chleb krojony) posmarowana smalcem, ale dało się zjeść. Kilka lat później nauczyłam się odpalania kuchenki gazowej(mój sposób - najpierw odkręć gaz, potem zapal zapałkę i przyłóż do palnika) a dzięki temu mogłam podgrzewać sobie przygotowane wcześniej przez mamę potrawy. W tym samym czasie zaczęłam obierać warzywa(w kuchni zawsze musiała być apteczka). W liceum natomiast przyszła era jajecznic, jajek sadzonych, placków ziemniaczanych, naleśników i omletów. Dzięki temu wiedziałam, że z głodu raczej nie umrę. 
Dzisiaj przygotowanie sobie posiłku to dla mnie drobiazg. Co prawda poświęcam na to więcej czasu niż inni, efekt końcowy nie jest jednak gorszy. Dzisiaj miałam mieć zupę koperkową(jedną z moich ulubionych) oraz ziemniaki z kalafiorem na parze. Wszystko wrzuciłam do odpowiednich garnków, zupę zagęściłam jogurtem naturalnym(mam uczulenie na śmietanę) i sięgnęłam po znajdującą się w szafce nad moją głową solniczkę z solą. Musiałam chyba źle ją chwycić, bo nagle wyślizgnęła mi się z dłoni, a potem usłyszałam już tylko brzęk rozbijanego o płytki szkła. Super, dawno nic w moim domu nie poszło z hukiem - czas nadrobić zaległości. Wzięłam więc zmiotkę i zaczęłam zamiatać drobinki szkła rozrzucone po całej kuchni. Większe kawałki postanowiłam jednak pozbierać ręcznie. I tak zupełnie niespodziewanie - wsss - zasyczałam czując jak w pewnym momencie krawędź przecina moją skórę na moim palcu. Z ranki momentalnie trysnęła krew, po chwili robiąc czerwone kropki na podłodze. Brawo ja! Na szczęście zlew był blisko, więc mogłam szybko dać rankę pod chłodną wodę. Plaster też w miarę szybko zdobyłam i nadzwyczaj sprawnie go założyłam - to też nie zdarza się często. Trochę odczekałam, aż przestanie mnie boleć i wzięłam się dalej za sprzątanie tych nieszczęsnych drobinek szkła zmieszanych z solą. Tym bardziej, że Puśka coraz bardziej zaczęła się nimi interesować. Plaster szybko przesiąknął, musiałam sięgnąć po nowy. Na szczęście powoli wszystko wracało do normy. Zdejmę go jednak dopiero jutro - czasami w nocy potrafi mi się otworzyć rana i wtedy jest równie ciekawie jak w dzień.

P.S. To z tym pechem przy rozsypaniu soli to tylko taka ściema, prawda? Jeszcze nie zdałam wszystkich egzaminów...

piątek, 17 czerwca 2016

"Oscarowe środy"

Od jakiegoś czasu na mojej uczelni realizowany jest projekt "Oscarowe środy" w ramach których w środowe wieczory wyświetlane są na auli głównej filmy, które zostały nagrodzone statuetką Oscara. Wstęp jest darmowy, jedyne co jest wymagane to pokazanie aktualnej legitymacji studenckiej poświadczającej, że jest się studentem tej, a nie innej uczelni. Pomysłowe, prawda?
Pierwszym filmem jaki miałam okazję w ten sposób obejrzeć był wzruszający film wyreżyserowany przez Lenny'ego Abrahamsona - "Pokój". Jest to historia pięcioletniego Jacka, uroczego chłopca posiadającego długie włosy niczym biblijny Samson, który przez pierwszych pięć lat swojego życia nie wychodził z pokoju, w którym przebywał wraz z mamą. Pomieszczenie, chociaż niewielkie i mieszczące w sobie również kuchnię i łazienkę, jest dla chłopca całym światem. Malec jest tak przeświadczony o tym, że poza murami pomieszczenia nic nie ma, że traktuje świat pokazywany w telewizji jako fikcję. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że wraz z mamą jest tylko więźniem despotycznego mężczyzny, który jest jego domniemanym ojcem i jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym - Starym Nickiem. To on dostarcza matce i synowi jedzenie, ubrania oraz środki czystości. Jednak za każdym razem, kiedy przychodzi do nich, matka zamyka chłopca w szafie. Jack rośnie, zadaje mamie coraz więcej kłopotliwych pytań. Ona zaś nie zawsze umie na nie odpowiedzieć. W końcu postanawia wydostać siebie i syna z więzienia. Kiedy pomysł z chorobą chłopca nie wypala, matka postanawia go "uśmiercić" - zawija Jacka w dywan, nakazując mu po pewnym czasie się odwinąć i poszukać pomocy. Kiedy Stary Nick przychodzi do "pokoju" i widzi zwinięty w rulon dywan, Ma wmawia mu, że "chorujący od pewnego czasu" chłopiec umarł. Zszokowany mężczyzna wierzy w kłamstwa i zabiera dywan z Jackiem, aby go wywieźć i zakopać. Kiedy zatrzymuje się przed znakiem "STOP", chłopiec spełnia prośbę mamy. Co prawda Stary Nick zauważa podstęp, jednak dzięki czujności przypadkowego przechodnia nie dostaje się w ręce tyrana. Wezwany patrol policji, dzięki wskazówkom chłopca, odnajduje kryjówkę w której przetrzymywana jest jego matka. Uwolnieni matka i syn powoli przyzwyczajają się do nowego, nieznanego szczególnie Jackowi, życia. "Pokój" to piękna opowieść o miłości matki do dziecka, jak też dziecka do matki, nie "dlatego, że", ale "mimo wszystko". Od pierwszych chwil widać, że matka chłopca robi wszystko co może, aby prawidłowo się rozwijał - nawet organizuje mu "biegi" na kilku metrach kwadratowych, na których mieszkają. Jack jednak dorasta i widzi coraz więcej. W filmie ujęło mnie też to, że wiele spostrzeżeń pokazanych jest z perspektywy chłopca, która znacznie różni się od postrzegania świata przez dorosłych - Jack to mądre, inteligentne i spostrzegawcze dziecko, a nade wszystko wrażliwe. Na seans polecam wziąć paczkę chusteczek - można się wzruszyć.
Drugi film, "Syn Szawła" oponował w zupełnie innych klimatach. Są to 48 godziny wyjęte z życia członka Sonderkommando z Auschwitz, występującego w filmie pod imieniem Szaweł. Szaweł pracuje w obozowym szpitalu - ma za zadanie wynosić zwłoki zmarłych w nim ludzi do krematorium. Pewnego razu mężczyzna jest świadkiem bezsensownej śmierci nastoletniego chłopca. Za wszelką cenę, wbrew obowiązującym w obozie regułom, postanawia godnie go pochować w ziemi, unikając w ten sposób spalenia go w krematorium. Nie jest to proste. Lekarz nie może mu legalnie wydać ciała nastolatka, ponieważ zgodnie z procedurami każdemu zmarłemu w szpitalu trzeba zrobić sekcję zwłok. Mężczyzna postanawia jednak zaryzykować i wykrada drobne ciało zawinięte w płótno. Aby żydowski pogrzeb miał sens, Szaweł musi jeszcze znaleźć rabina, który odmówiłby nad chłopcem modlitwę za zmarłych - kadysz. Nie jest to proste, ponieważ duchowni żydowscy zazwyczaj ukrywają pełnioną przez siebie funkcję. Towarzyszy z Sonderkommando dziwi nietypowe zachowanie współczłonka grupy - tymczasem Szaweł mówi wszystkim, że musi pochować własnego syna. Tylko niektórzy z nich znają prawdę, chłopiec jest dla mężczyzny zupełnie obcą osobą. Osobiście jestem fanką filmów opowiadających o holokauście, więc i ten oglądałam z zapartym tchem. Tam, gdzie zanikły pozornie wszelkie reguły, czasami budziły się w zwyczajnych ludziach ludzkie instynkty. Tytułowy Szaweł robi wszystko, aby wynieść chłopca poza teren obozu i godnie pogrzebać, a za razem sprawić mu namiastkę żydowskiego rytuału. Nieustannie szuka też rabina, nie zrażając się kolejnymi porażkami. Z drugiej strony po raz kolejny jesteśmy świadkami relacji nadludzie-podludzie, jakie miały miejsce w obozach, podziałów na lepszych i gorszych. Reżyser nie przebierał w środkach i w dość brutalny, a za razem wiarygodny sposób ukazał obozową rzeczywistość. Jesteśmy świadkami ludzkich dramatów i knucia różnych intryg. Film został nakręcony w tak ciekawy sposób, że widz właściwie nie dostrzega, że jego akcja trwa tylko dwa dni, Osobiście miałam wrażenie, że wszystko dzieje się w tydzień, może trochę dłużej. Ale to tylko potęguje dramatyczność wielu scen i wzbudza w widzu pytanie: Czy Szawłowi uda się wykraść ciało chłopca z szpitala? Czy znajdzie rabina, który odmówi rytualny kadysz? Czy nastolatek zostanie godnie pochowany? Zarówno zwrotność akcji, jak i wiele innych czynników sprawiają, że film trzyma w napięciu naprawdę do końca jego trwania. W pełni zasłużony Oscar w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny.

Bardzo się cieszę, że powstała taka inicjatywa, ponieważ nie zawsze jesteśmy w stanie iść zobaczyć jakiś wartościowy film, czy też nie mamy na to środków. Bardzo chciałabym, aby podobną inicjatywę podjęły inne uczelnie.

niedziela, 12 czerwca 2016

Pomysły na półkolonie mam...

Niejednokrotnie na blogu wspominałam, że działam w parafialnym Oratorium księdza Bosko w charakterze wolontariusza. Wczoraj na przykład pomagałam przy organizacji festynu parafialnego, a od jakiś 5 lat regularnie pomagam przy półkoloniach, zarówno tych zimowych, jak i letnich. Rok temu miałam nawet taką sytuację, że z powodu wyjazdu na turnus rehabilitacyjny nad morze nie mogłam być na całych półkoloniach letnich. Jednak z racji tego, że wróciłam z niego w czwartek wieczorem, w piątek pobiegłam do Domu Młodzieżowego, by chociaż przez ten jeden dzień być z dzieciakami i pomagać przy nich. Mam nawet niepodważalny na to dowód - grupowe zdjęcie przedstawiające całą ekipę:
Komentarz zdjęcie jednej z mam na facebooku: "To chyba był konkurs na najgłupszą minę dnia :)"
To nic, że byłam przeziębiona(o czym zresztą wtedy pisałam). Ważne było, żeby się w ogóle zaangażować. Podczas tegorocznych zimowych półkolonii byłam już animatorem na cały etap. Co prawda poświęciłam pierwszy tydzień nowego semestru na AWFie, czym naraziłam się promotorowi mojej pracy magisterskiej, jednak wszystko rozeszło się po moich kościach.
Na szczęście półkolonie letnie rozpoczynają się w czasie moich wakacji, toteż nic nie tracę uczestnicząc w nich na zasadzie wolontariatu. No, może poza wolnym czasem, ale wolę spożytkować go w ten sposób, niźli robiąc jakieś głupstwa. Zresztą nawet wczoraj dostałam SMSa od księdza przypominającego o dzisiejszej zbiórce w tej sprawie(to nic, że wczoraj na spotkaniu podsumowującym festyn robił listę, kto dzisiaj będzie - uznajmy, że ją zgubić). Czyli nie jestem im obojętna. 
Ogólnie wiem tylko tyle, że cały tydzień będziemy nie w naszym Domu Młodzieżowym, ale w bibliotece miejskiej. To nowość, chociaż przez kilka edycji organizowaliśmy dzieciakom wypoczynek w szkole przynależącej do parafii. To jednak było za poprzedniego wikariusza i tylko dwa razy, niestety. W planie mamy wyjście na basen, wielobój indywidualny oraz drużynowy, wybór miss i mistera półkolonii, podchody, wycieczkę i wiele innych rzeczy. 
Jakiś czas temu zgłosiłam propozycję zorganizowania wycieczki do Ogrodu Biblijnego w leżących nieopodal Krakowa Proszowicach. Co prawda nigdy w ni -m nie byłam, jednak uczyłam się o tego typu obiektach na zajęciach z Okolic Krakowa - miejsc turystyki pielgrzymkowej(nie wiem czy dobrze odmieniłam). Ktoś tam zgłosił propozycję Parku Techniki w Krakowie, jednak odradzałabym wycieczki do Krakowa na trzy tygodnie przed rozpoczęciem Światowych Dni Młodzieży ze względów chociażby logistycznych. Czy moja propozycja przejdzie - nikt tego nie wie. No, może poza organizatorami. Drugi mój pomysł dotyczy podchodów - nasze miasto obchodzi w tym roku 100 lecie nadania praw miejskich. A jakby podczas podchodów pójść tym śladem? Legendy, surowce mineralne, znani ludzie związani z miastem, rozpoznawalne obiekty, ulice... Przez te 100 lat naprawdę dużo się działo. Muszę tylko dopracować plan i zanieść na dzisiejsze zebranie. W dodatku chcę zaproponować wspólne wieczorne spędzanie czasu przez animatorów, tak abyśmy mogli się sami ze sobą zintegrować. Podczas ostatnich półkolonii zimowych zostaliśmy raz na sali gimnastycznej w szkole, gdzie rozegraliśmy między sobą mecz piłki siatkowej i wszyscy byli szczęśliwi. Dlaczego by tego nie powtórzyć? Zwłaszcza, że to też powinien być czas dla nas, animatorów. Przynajmniej ja tak uważam.
A na koniec wygrzebany z czeluści youtube filmik z tegorocznych parafialnych zimowych półkolonii przedstawiający pracę/wygłupy animatorów. I nawet ja się załapałam na kilka ujęć :):
 
Ogólnie to czeka mnie ciężki tydzień - muszę zaliczyć historię kultury, eklezjologię i ekumenizm, kompetencje w turystyce, okolice Krakowa - miejsca turystyki religijnej. W dodatku czekają mnie egzaminy z postępowania w administracji, prawa pracy, podstaw finansów publicznych, wykonywania pracy biurowej, zarządzania przedsiębiorstwem turystycznym, języka rosyjskiego, a na deser zewnętrzny egzamin teoretyczny z technika administracji. Będzie ciekawie, czuję to...

sobota, 11 czerwca 2016

Gdyby w ludziach było mniej złości, to świat byłby lepszy

Trzeci parafialny piknik rodzinny mamy tuż za sobą. Tym razem był on o tyle szczególny, że organizowany tylko przez nas, młodzież z parafialnego Oratorium Księdza Bosko. W tym roku wyjątkowo podziękowaliśmy mamom ze scholi i chóru działającego przy kościele. Skutek tego był taki, że nagle ni stąd ni zowąd okazało się, że kaleki Lolek może robić większość rzeczy. Może trochę wolniej od innych, ale jednak. A stolik z jedzeniem okazał się jak gdyby stworzonym ku temu punktem. I nikt nie wyskoczył na dzień dobry z tekstem: "Dzwońmy po tego i po tego, bo ona sobie nie poradzi". Wręcz przeciwnie, zastosowano zasadę: najpierw zobaczmy co Lolek potrafi, a potem oceniajmy. Da się? Pewnie że tak.
Rano wszyscy w doskonałych humorach wstawili się na miejsce zbiórki. Z góry było zaplanowane kto co robi. Co prawda mnie nie było na wtorkowej zbiórce organizacyjnej(środek sesji egzaminacyjnej), jednak tworzymy tak zgraną ekipę, że właściwie każdy w każdej chwili może dołączyć do "bandy księdza Bosko". Zresztą na początku dzisiejszego spotkania usłyszałam od księdza organizującego imprezę, że coś dla mnie wymyśli. Rzeczywistość zweryfikowała jednak całkowicie ten plan.
Tuż po otwarciu imprezy do księdza podeszła mama jednej ze scholanek z pytaniem, czy jej córka może jechać z nim na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Nie wiem jak to jest w innych parafiach i diecezjach, ale u nas diecezja ma zagwarantowany kampus w podkrakowskich Jerzmanowicach. Poszczególne grupy formują się jednak na szczeblu parafialnym, gdzie jeden z księży jest koordynatorem całego wyjazdu. Jednym z warunków jest jednak odpowiedni przedział wiekowy, który u nas wynosi 15 - 35 lat. Tymczasem dziewcze nie ma nawet 14. Ksiądz nawet zaciągał opinii w tej sprawie diecezjalnego koordynatora ŚDMu, jednak prawda jest taka, że wyjątek mogą stanowić osoby, które w okresie pielgrzymki będą miały co prawda 14 lat, ale rocznikowo będą piętnastolatkami. W. niestety się do nich nie zalicza, a przepisu się nie obejdzie. Nie spodobało się to mamuście, zaczęła zarzucać księdzu że jest leniwy i nie chce zabierać ze sobą młodzieży, a na koniec rzuciła, że gdyby wyjazd albo w ogóle całe przedsięwzięcie było organizowane przez parafialną scholę, to na pewno jej córcia by pojechała.
Taaa... i tym się kończy bezkrytyczne angażowanie mamuś dzieci śpiewających w scholi w różne przedsięwzięcia. Np. rok temu dosłownie dzień przed festynem dzwoniono do niej, żeby przyszła pomagać przy loterii fantowej, bo kaleki Lolek se nie poradzi! Albo W. bez przerwy ma czytania, wierszyki, mikrofony etc., etc. A skoro w scholi tak jest, to przecież wszystko jej się należy... Pomijam fakt, że gdyby ŚDM organizowała schola, to byłabym ostatnią osobą, która byłaby w to zaangażowana. Dzięki Ci Boże, że jest inaczej! Wolontariat na ŚDM organizowanym przez scholę byłby tylko pobożnym marzeniem.
Przez tą wymianę zdań cała magia świętowania prysła. Wybity z rytmu ksiądz nie tylko na połowie animatorów się wyżywał, ale też zupełnie zapomniał o wynalezieniu mi zajęcia. Ja jednak poradziłam sobie z tym sama - najpierw podliczałam punkty uzyskane przez dzieci w konkurencjach, a następnie pilnowałam aby na stole nie zabrakło jadła. Można? Można! I nikt nie miał ale... No może owej mamuśki, której nic się nie podobało i nawet ciasto było dla niej za słone, no ale z drugiej strony wcale nie musiała być na tej imprezie. Zwłaszcza, że W. nawet nie kwalifikowała się w kategoriach wiekowych i raczej nudziła się tam. A może mama liczyła na to, że znowu usłyszy, że jest potrzebna, bo "Lolek sobie nie radzi"? O nie, w tym towarzystwie na pewno tak nie będzie.

piątek, 10 czerwca 2016

Do bycia studentem też trzeba dojrzeć

Obserwuję zachowanie moich młodszych kolegów z grupy na turystyce religijnej. Obserwuję, i nie do końca rozumiem. Bo może i mają ukończone te magiczne 18 lat i uzyskali świadectwo dojrzałości, jednak kiedy obserwuję ich zachowanie, czy też słyszę co mówią, mam wątpliwości co do tego, czy na pewno dojrzeli do statusu studenta. A może dojrzeli, tylko nasłuchawszy się opowieści starszych kolegów uznali, że czasy studenckie to tylko imprezki, zabawy, swawole... okres w którym nie ma już miejsca na naukę i zdobywanie nowych wiadomości i umiejętności. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie odmienna.
Pierwszy rok... w pierwszym roku byliśmy traktowani trochę "ulgowo". Bo zupełnie nowy kierunek i studenci są trochę jak króliki doświadczalne, bo są nowi, bo tak na prawdę nie wiadomo, czy program nauczania się przyjmie... Trochę mnie denerwowało takie postępowanie. Wcześniej studiowałam przez pięć lat na AWFie i tam nikt się z nami nie cackał, a jedyne "specjalne traktowanie" względem niektórych polegało jedynie na zmianie formy egzaminu z pisemnej na ustną. Dzięki temu każdy znał swoje miejsce w szeregu i wszyscy studenci traktowali z szacunkiem wykładowców, nawet tych uchodzących za największe "piranie". Na Uniwersytecie Papieskim ku mojemu zaskoczeniu było całkiem inaczej. Co gorsza, brak większej dyscypliny oraz pobłażanie studentom za skutkowało tym, że kiedy wykładowca od form pielgrzymkowych poprosił nas o przygotowanie informacji na temat pielgrzymek w innych kulturach, starościna pobiegła z tym do dziekanatu. No i oczywiście to wykładowca był najbardziej poszkodowany, a nie student. Podobno dostał taką burę, że szok. Ręce mi opadły, na AWFie na takie coś nie byłoby miejsca.
Na trzecim semestrze większości z nas nie podobała się pani od podstaw turystyki. Bo znowu od nas wymagała. Osobiście nic do niej nie miałam - chyba o to chodzi, aby nauczyciel wymagał, a uczeń coś wyniósł z zajęć. Nie wszyscy są jednak tego samego zdania. Oliwy do ognia dolał fakt, że z powodu choroby wykładowczyni zajęcia z organizacji ruchu turystycznego zostały przeniesione na ten semestr. A to wiązało się ze zwiększoną liczbą godzin. Żeby było ciekawiej, system informatyczny dołączył naszą grupę do studentów pierwszego roku. A że mamy zupełnie inny program nauczania, to niemożliwym byłoby połączenie obydwóch roków. No i zrobił się nieprzyjemny zgrzyt. Zgrzyt, który o mało nie zakończył się wydaleniem z uczelni wykładowcy. Na szczęście dziekan był bardziej przychylny nauczycielce z 30-letnim stażem niż rozkapryszonej starościnie. ORT został przeniesiony na późniejszą porę, co nie spodobało się D., a za skutkowało notorycznym opuszczaniem przez nią zajęć. Zresztą nie tylko przez nią, ale przez większość grupy. Przyszedł egzamin, wszyscy jęczeli i obwiniali nauczycielkę za "za trudne pytania". Ogólnie dziwię się, że nic nie umieli. Dlaczego - otóż w dziekanacie powiedzieli, że kobieta robi prezentacje z Wikipedii. Skoro tak, to co to był za problem odszukać odpowiednie hasło w internecie, prawda? No, chyba że się mylili, prawda? A do pomyłki ciężko się przyznać.
Denerwuje mnie też jedna rzecz - chociaż nasz kierunek to turystyka religijna, to jednak naszym wydziałem jest wydział teologiczny. Logiczne jest więc, że oprócz przedmiotów będziemy mieli coś typowo teologicznego. W zeszłym semestrze była to np. patrologia i liturgika, teraz ekumenizm z eklezjologią oraz Stary Testament. Chociaż nazwy brzmią bądź co bądź strasznie, to sam materiał jest w wersji "lajt". Co więcej, na egzamin ze Starego Testamentu mamy nawet podane gotowe pytania. I co? I oni jeszcze marudzą. Do kolokwium z kompetencji w turystyce też mają ale - bo ma być coś z geografii, mamy dopasować miasta do państw. To dla nich za dużo. Ale czy da się być dobrym w turystyce bez znajomości geografii? Szczerze w to wątpię.

A może ja już jestem za stara na studiowanie? Albo nie rozumiem współczesnej młodzieży? Ale z drugiej strony, o ile mnie pamięć nie myli, to w ich wieku wpadłam w prawdziwy trans studiowania, chociaż miałam trochę dodatkowych zajęć. Teraz też jakoś godzę wszystkie kierunki, jedne oceny mam gorsze, inne lepsze, ale idę do przodu i realizuję swoje marzenia. Co nie znaczy, że jestem sztywniakiem, bo kiedy trzeba potrafię zaszaleć. Jutro na przykład idę na festyn rodzinny organizowany przez moją parafię. Tak w ramach odskoczni od nauki przez sesją. Czasami trzeba oderwać się od nauki - wtedy zdecydowanie lepiej przyswaja się materiał po powrocie do książek.

czwartek, 9 czerwca 2016

Najpierw obowiązki, potem przyjemności

Na moim stole, pełniącym też rolę biurka, znajdują się dwa stosy książek. Pierwszy, stosunkowo niewielki, zawierający takie pozycje jak wypożyczone z uczelnianej biblioteki powieści jednego z moich ulubionych polskich publicystów, Pawła Zuchniewicza: "Młodym być" i "Szukałem was. Jan Paweł II i Światowe Dni Młodzieży"(to w ramach przygotowań do ŚDM w lipcu) "Forrest Gump", "Katyń. Post mortem", "Niewypowiedziane słowa", "Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu", "Nędznicy" i "Baśnie i legendy" Sienkiewicza. Ten stosik pod tytułem książki łatwe, miłe i przyjemne musiał jednak ustąpić miejsca innemu stosowi, który zawiera: "Powszechną historię świata", "Historia architektury w zarysie", "Wstęp do Starego Testamentu", "Menedżment - podstawy zarządzania", "Obsługa ruchu turystycznego", "Kompendium wiedzy pilota", "Teologia fundamentalna - cz II eklezjologia", "Podstawy ekumenizmu", "Religie świata", "Księga świąt i obyczajów żydowskich" oraz podręczniki do nauki języka rosyjskiego. Czy to mi się podoba czy nie, zbliża się sesja, a w związku z tym muszę przygotować się do egzaminów. Lubię czytać książki, ale na ten pierwszy stos przyjdzie czas dopiero po wszystkich zaliczeniach(czyli po 23 czerwca). Ubolewam nad tym, bo bardzo lubię czytać książki. Ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Co więcej, to na co czekamy dłużej bardziej smakuje :)

niedziela, 5 czerwca 2016

Uzdrowiony, by uzdrawiać

Monumentalna, zapierająca dech w piersiach Bazylika Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski, z daleka wita pielgrzymów, którzy odwiedzają niewielką wieś Licheń położoną w województwie Wielkopolskim. Nic dziwnego, jest to największa budowla sakralna w Polsce i siódma na świecie. Swoimi wymiarami wyprzedziła nawet Bazylikę św. Piotra w Rzymie(chociaż wizualnie w 1/3 ją przypomina). 
Opiekę nad Bazyliką sprawuje zgromadzenie księży Marianów. Warto tutaj wspomnieć, że jest to pierwszy polski zakon, jaki powstał na ziemiach Rzeczpospolitej. Założył go niepozorny kapłan, Stanisław Papczyński, który na samym początku swojej duchowej drogi wstąpił do zakonu pijarów.
Urodził się w chłopskim domu 18 maja 1631 r. w Podegrodziu koło Starego Sącza. Nadano mu imię Jan. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, kiedy pasał ojcowskie stada na łąkach nieopodal domu rodzinnego. Miał kłopoty z opanowaniem czytania i pisania. Jednak, jak już niejednokrotnie stwierdzono, siła i wielkość człowieka nie w tym leżą, czego nie może, lecz w tym, czego dokona mimo wielu przeciwności. Dlatego też warto wspomnieć, że z dziecka, któremu nauka przychodziła z trudem, wyrósł młodzieniec kończący z powodzeniem szkoły, głównie kolegia jezuickie w Nowym Sączu, Jarosławiu, Podolińcu, Lwowie i Rawie Mazowieckiej. W wieku 23 lat Jan Papczyński był młodym, wykształconym człowiekiem ze wspaniałymi perspektywami na przyszłość. Rodzice wyszukali mu piękną, posażną kandydatkę na żonę. On jednak marzył o czymś zupełnie innym. W lipcu 1654 roku opuścił dom rodzinny. Przyjął habit w zakonie pijarów i otrzymał imię Stanisław od Jezusa Maryi. Po roku udał się na studia teologiczne do Warszawy, gdzie 22 lipca 1656 roku złożył śluby zakonne.
Następny etap w życiu „niewolnika Maryi”, jak sam o sobie mówił Papczyński, rozpoczął się w marcu 1661 r. Wtedy to w Brzozowie koło Krosna otrzymał z rąk bpa Stanisława Sarnowskiego święcenia kapłańskie. Przez pewien czas pracował jako wykładowca retoryki, ale na tym nie poprzestał. Poświęcił się kaznodziejstwu i posłudze w konfesjonale. Najsłynniejszym z jego penitentów był nuncjusz apostolski Antoni Pignatelli, późniejszy papież Innocenty XII.
Rok 1670 był rokiem przełomowym w życiu Stanisława Papczyńskiego. W tym czasie opuścił on zakon pijarów. Dlaczego zrezygnował z życia wśród braci, którzy przez 14 lat byli jego rodziną? Założyciel Zgromadzenia Księży Marianów uważał, że niektórzy z pijarów odstąpili od pierwotnej gorliwości w zachowywaniu ślubów, że zbyt wiele swojego czasu poświęcali na doczesne przyjemności. On sam ponowił przyrzeczenie trwania w ścisłym zachowywaniu rad ewangelicznych. We wrześniu 1671 r. przywdział biały habit mający symbolizować nieskalaną czystość Matki Bożej. Chciał Ją naśladować do końca życia. Pragnął założyć zakon męski poświęcony czci Maryi Panny Niepokalanej. Zostaje pierwszym zakonodawcą w Polsce. Realizacja tego pragnienia zajęła mu następnych kilkanaście lat.
A sprawa nie była prosta. Trzeba było najpierw znaleźć kandydatów na współbraci oraz wyszukać miejsce na siedzibę tworzonej wspólnoty. Ojciec Papczyński postanowił dołączyć do kilku pustelników, żyjących w Puszczy Korabiewskiej koło Skierniewic. Z woli wizytatora bpa Jacka Święcickiego został ich przełożonym. Podjął wysiłek zorganizowania życia tej wspólnoty w oparciu o przygotowaną przez siebie regułę „Norma vitae” i o zalecenia powizytacyjne biskupa.
W przygotowanej przez siebie regule napisał: „Wierzę we wszystko, w co wierzy święty Kościół rzymski…, a przede wszystkim wyznaję, że Najświętsza Matka Boża Maryja została poczęta bez zmazy pierworodnej”, choć w owym czasie ta prawda nie była jeszcze uroczyście zdefiniowana jako dogmat wiary. Drugi istotny punkt w projekcie reguły był związany z mistycznymi przeżyciami założyciela Zgromadzenia Księży Marianów, dotyczącymi wstawiennictwa za zmarłych. Swoim współbraciom zalecał: „Módlcie się bracia za dusze czyśćcowe, bo nieznośnie cierpią męczarnie”. Wiedział, że wielu żołnierzy umiera bez pojednania z Bogiem. Zdawał sobie sprawę także z tego, że wielka rzesza ludzi umierała wskutek częstych epidemii. Głosił, że obowiązkiem chrześcijanina jest dopomagać im modlitwą. Swoim współbraciom wyznaczył także inne zadania apostolskie. Chciał, by wspierali proboszczów w słuchaniu spowiedzi i głosili kazania wśród grup najbardziej zaniedbywanych pod względem religijnym.
Dzień 24 października 1673 r., w którym bp Jacek Święcicki zatwierdził istnienie młodej wspólnoty w Puszczy Korabiewskiej w oparciu o „Regułę życia” i swoje zalecenia powizytacyjne, przyjmowany jest jako początek zgromadzenia. Bardzo ważną rolę w życiu rozwijającej się wspólnoty odegrał bp Stefan Wierzbowski, który w roku 1677 powierzył jej kościół Wieczerzy Pańskiej z przyległym klasztorem w Górze koło Warszawy. Dwa lata później instytut ojca Papczyńskiego został erygowany przez tegoż biskupa na prawie diecezjalnym. Wtedy to ojciec Papczyński ruszył pieszo do Rzymu, by uzyskać również aprobatę papieską dla swojego zgromadzenia. Pielgrzymka zajęła mu kilka miesięcy. Pobyt w Świętym Mieście nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, bo w tym czasie zmarł papież Aleksander VIII, a po jego śmierci nastąpiło najdłuższe w XVII wieku konklawe. Po pół roku pobytu w Rzymie ojciec Papczyński, przynaglony niedomaganiami zdrowotnymi, wrócił do Polski, a do nowego papieża skierował jednego z zakonników - ojca Joachima Kozłowskiego. On to, po pokonaniu wielu przeciwności, uzyskał zgodę papieską. Ojciec Święty Innocenty XII aktem „Exponi nobis nuper” ogłosił w 1699 r., że marianie otrzymują Regułę Dziesięciu Cnót Najświętszej Maryi Panny i przyłączeni zostają do zakonu franciszkanów reformatów. Ofiarowana marianom reguła zgadzała się z tą, którą napisał ojciec Papczyński i odpowiadała idei jego zakonu.
Ojciec Joachim wrócił do Polski z radosną nowiną wiosną 1701 r. Dnia 6 czerwca ojciec Papczyński na ręce nuncjusza apostolskiego złożył uroczyste śluby, a miesiąc później przyjął je od swoich współbraci. Błogosławiony Stanisław od Jezusa Maryi Papczyński zmarł 17 września 1701 r. w Górze Kalwarii już jako przełożony generalny zakonu marianów.
Warto podkreślić, iż założona przez ojca Stanisława Papczyńskiego mariańska wspólnota zakonna jest pierwszym męskim zakonem pochodzenia polskiego.(źródło: http://www.lichen.pl/pl/242/zyciorys_o._papczynskiego)

Z życiem Stanisława Papczyńskiego wiąże się bardzo ciekawa historia - podczas pobytu we Lwowie zapadł na ciężką, prawdopodobnie śmiertelną chorobę. Przez wiele tygodni błąkał się po ulicach miasta prosząc przypadkowych ludzi o jałmużnę. W takim stanie znalazł go przez przypadek ojciec i zabrał do rodzinnego domu. Tam, dzięki opiece rodziców i ich modlitwom powoli wracał do zdrowia. Po latach sam uzdrawiał. I właśnie taki cud za jego wstawiennictwem przyczynił się do oficjalnego wniesienia Ojca Papczyńskiego do chwały nieba. W 2007 roku w Licheniu miały miejsce uroczystości beatyfikacyjne, zaś dzisiaj, w ciepły słoneczny dzień czerwca, w odległym Watykanie, papież Franciszek ogłosił założyciela zgromadzenia marianów świętym! Kolejny Polak na zawsze zapisał się w kartach historii kościoła... Polak, który patronuje dzieciom nienarodzonym, rodzicom oczekującym potomstwa, a także dzieciom mającym problemy w nauce.

Od dzisiaj możemy oficjalnie prosić: Święty Stanisławie Papczyński - módl się za nami!

sobota, 4 czerwca 2016

"O cuda, cuda dzisiaj niepojęte

Cóż im się Jezu spodobało we mnie?"
Od mniej więcej tygodnia powyższe słowa chodzą mi po głowie i wciąż nie mogę uwierzyć, w to co się stało. Bo wiadomość, jaką zobaczyłam w ubiegłą środę na skrzynce pocztowej wydawała mi się tak piękna, że aż nieprawdopodobna.
A wszystko zaczęło się pewnej lipcowej niedzieli, kiedy podczas transmisji Mszy świętej na zakończenie Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro papież Franciszek wypowiedział następujące słowa:
video
"Yyy, że co? Że w Polsce, a konkretniej w Krakowie? W takim razie jadę, choćbym miała wtedy gryźć ziarenka piasku" - przemknęło mi przez myśl. Wiedziałam już wtedy, że druga taka okazja mogła się szybko nie powtórzyć, jeżeli w ogóle miałoby to kiedyś nastąpić.
W zeszłym roku wzięłam udział w międzynarodowym sympozjum dotyczącym "Eschatologicznego wymiaru pielgrzymowania w ujęciu katolickim, prawosławnym i protestanckim" >>KLIK<< jako wolontariusz. Oczywiście bardzo niepewnie podeszłam do tego wszystkiego, wszak był to mój debiut w tej dziedzinie. Poszło mi nawet, nawet(w każdym razie reklamacji nie było co do mojego szprechania - ha, ha, ha). Co więcej, tak mi się to wszystko spodobało, że z tyłu głowy zaświtała mi pewna myśl. Była ona jednak licha, niedojrzała i podatna na zduszenie w zarodku. Ziarenko zostało jednak zasiane i mimo wszystko zaczęło piąć się do góry. Myśl powoli dojrzewała, "karmiona" różnymi przedsięwzięciami, organizowanymi zarówno przez diecezję, jak i Uniwersytet Papieski, przygotowującymi młodych ludzi na Światowe Dni Młodzieży w Polsce. Był więc i udział w peregrynacji symboli ŚDM, i piesza pielgrzymka na Jasną Górę połączona z akcją "Bilet dla brata", i diecezjalne Dni Młodych z niezwykłą katechezą, i konferencja "Światowe Dni Młodzieży - źródła i rozwój idei", i sympozjum "Młodzież nadzieją Kościoła, czy Kościół nadzieją młodych", aż po 80 Akademicką Pielgrzymkę na Jasną Górę. Tak naprawdę z ważniejszych przedsięwzięć przygotowujących duchowo młodzież na spotkanie z papieżem Franciszkiem ominęła mnie tylko słynna procesja na Skałkę 8 maja(akurat miałam sprawdzian z angielskiego na techniku archiwiście) oraz odbywające się aktualnie Legnickie Spotkania Młodych, na które pierwotnie byłam nawet zapisana - znowu obowiązki szkolne wzięły górę i nie pojechałam. No nic, w życiu nie mogę mieć wszystkiego.
Pod koniec ubiegłego roku w parafii pojawiła się informacja o naborze do wolontariatu podczas dni w parafii. Nieśmiało postanowiłam iść na spotkanie organizacyjne. Zdecydowanie za dużo razy słyszałam w swoim życiu "Nie-da-się" podczas różnych akcji odbywających w kościele. Skąd  mogłam wiedzieć, jak będzie tym razem. Ku mojemu zaskoczeniu było całkowicie inaczej - główna koordynatorka zdawała się jakby nie zwracać uwagi na moją niepełnosprawność. Co prawda znała mnie z widzenia, wszak śpiewam w parafialnej scholi, na ile jednak ten fakt wpłynął na jej podejście do mnie - nie mam pojęcia. I nawet A. okazała się zbyteczna jako mój tłumacz - ha, ha, ha! W każdym razie znalazłam się na pokładzie łodzi, nazwanej "Parafialny wolontariat ŚDM". Tak po prostu.
Z każdym tygodniem przybliżającym nas do obchodów Światowych Dni Młodzieży świerzbiła mnie jednak jeszcze jedna myśl - zostania wolontariuszem podczas centralnych uroczystości, tam, w Krakowie. I znowu wątpliwości, a raczej kłótnia samej ze sobą:
- Lolek, nie przesadzaj. Tam przecież trzeba perfekcyjnie znać angielski. Z twoją wadą wymowy przecież z nikim się nie dogadasz!
- Ale przecież ŚDM to nie tylko praca z ludźmi, ale też z dokumentami. Na tym poziomie powinnam sobie poradzić.
- Nie, to bez sensu. Pewnie mają tysiące rewelacyjnych zgłoszeń, co ja takiego niezwykłego mogę im zaoferować?
- Pamiętaj, co mówił Ci w chwilach zwątpienia ksiądz W.: czasami niedoskonała praca płynąca prosto z serca bywa bardziej owocna od tej, którą robi się idealnie, lecz bez miłości!
Jedno było pewne: dopóki nie wyślę swojego zgłoszenia, dopóty nie dowiem się niczego. Rejestracja wolontariuszy była do końca marca(pierwszy termin, który był jeszcze dwa razy przedłużany), ja jeszcze tego samego dnia rano pędziłam do parafii, aby mi podbili list polecający. Z tym na szczęście nie miałam problemów, nasi księża akurat mnie lubią, a proboszcz był wręcz dumny z tego, że "ktoś będzie reprezentował parafię przy papieżu". Po południu zgłoszenie trafiło do bazy - zaoferowałam swoją pomoc przy czynnościach administracyjnych oraz przy redagowaniu tekstów. Teraz wystarczyło tylko czekać na odpowiedź.
Czekałam i czekałam, a tu cisza. W końcu pogodziłam się z faktem, że mi się nie udało. Wszak w regulaminie było napisane, że komisja rekrutacyjna ma 30 dni na rozpatrzenie podania - czyli na przełomie kwietnia i maja powinnam już coś wiedzieć. Tymczasem maj zbliżał się ku końcowi i nic. No cóż, widać nie to mi było pisane. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Na szczęście istniała jeszcze możliwość pojechania na spotkanie z papieżem z młodzieżą z parafii.
Aż tu nagle, zupełnie niespodziewanie, w samym środku zajęć z organizacji ruchu turystycznego zadzwoniła mi komórka. Patrzę - numer nieznany. Postanowiłam jednak odebrać. Naciskam na zielony symbol słuchawki, przykładam telefon do ucha i słyszę:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Tu komitet organizacyjny ŚDM. Czy rozmawiam z panią Karoliną XYZ?
- Tak...
- Mam takie pytanie - zadeklarowała pani swój udział jako wolontariusz w terminie 25-30 lipiec. Czy byłaby możliwość przybycia już 20 lipca?
O kurczaczek – przemknęło mi przez myśl - Mogę podejść do was w środę przedpołudniem - zapytałam starając się jak najbardziej wyraźnie mówić - Wtedy na spokojnie porozmawiamy.
- Oczywiście...
Przez półtorej dnia chodziłam podekscytowana - skoro się odezwali, to może jednak... Do końca nie byłam jednak pewna.
W końcu w środowy poranek zaraz po zajęciach z Okolic Krakowa pobiegłam na ulicę Kanoniczą. Na recepcji zostałam powitana przez sympatycznego portiera, który kazał zostawić mi plecak u siebie i skierował do pokoju obsługi wolontariuszy. Tam pokrótce opisałam z czym przyszłam. Jakiś mężczyzna wyjaśnił mi, że powinnam być zarejestrowana już od 20 lipca. Kiedy powiedziałam mu, że jestem jeszcze wolontariuszem w parafii, zaproponował mi wolontariat hybrydowy(cokolwiek to znaczy). Zapytałam się jeszcze kiedy będzie coś wiadomo, czy zostałam zakwalifikowana jako wolontariusz, wszak o 10 rano figurowałam jeszcze jako kandydat. A jakby co chciałabym załapać się ewentualnie na wyjazd z parafią. Usłyszałam, że do końca maja powinno się wszystko wyjaśnić.
Po powrocie do domu i odetchnięciu włączyłam komputer, otworzyłam pocztę, a tam taka wiadomość:
- Aaaaaaaaaaaaaaa! - mniej więcej taka była moja reakcja. Czyżby się udało? Zalogowałam się jeszcze na moje konto rejestracyjne, gdzie znalazłam oficjalne potwierdzenie. Minął już tydzień, a do mnie jeszcze to nie dociera! Z jednej strony mam zamiar wykrzyczeć to całemu światu, że wszystko się da, przy odrobinie dobrej woli, ale z drugiej strony - traktuję to jeszcze jako piękny sen, z którego w każdej chwili mogę się wybudzić. Wiem, że kiedyś to do mnie dotrze, to tylko kwestia tygodni, a nawet dni.
Tak więc kochani, powtarzając za papieżem Franciszkiem: "Drodzy młodzi, jesteśmy umówieni na spotkanie na najbliższy Światowy Dzień Młodzieży w 2016 r. w Krakowie*, w Polsce". Do zobaczenia w Krakowie!

* Osobiście mam wątpliwości co do tego miejsca, ale o tym już innym razem, bo dzisiaj trochę się rozpisałam... Brawa dla tych którzy dotrwali i doczytali do końca moje nie do końca logiczny wywód - wybaczcie, czasami emocje biorą górę...

środa, 1 czerwca 2016

Nie da się nie myśleć...

Przechadzając się dzisiaj po krakowskich plantach i ulicach nie dało się nie zauważyć mniejszych i większych korowodów dzieci, zmierzających w miejsca, w których odbywały się różne festyny dla najmłodszych. Niemal wszystkie miały uśmiechnięte buzie. I dobrze, bo dzieciństwo to taki okres w życiu, który mimo wszystko powinien być radosne i szczęśliwe, bez względu na wszystko.
Tak sobie patrzyłam na te wszystkie uśmiechnięte i pogodne dzieci, które mają przed sobą całe życie i automatycznie zaczęłam myśleć o maluszkach, które jeszcze na dobre nie weszły w swoje życie, a już żyją tak jakby na kredyt. Pomyślałam o wszystkich dzieciach z mojej byłej szkoły cierpiących na schorzenia, które kończą się śmiercią. Pomyślałam o Oliwierku, o którym już kiedyś pisałam, a którego stan zdrowia pogarsza się z dnia na dzień. O kilkuletnim i kilkunastoletnim Dominiku, którzy toczą dramatyczną walkę z nierównym przeciwnikiem jakim jest nowotwór. I o Franku, Antku, Krzysiu, Szymku i innych dzieciach zmagających się ze rdzeniowym zanikiem mięśni. Czy wszyscy oni dożyją do swoich kolejnych urodzin, do Gwiazdki, do kolejnego Dnia Dziecka?
Pomyślałam też o rzeszy dzieciaków zmagających się z różnymi chorobami, które nie kończą się bezpośrednio śmiercią. Zaglądam na blogi wielu z nich i chociaż nie znam ich osobiście, żyję ich życiem. Nie da się zapomnieć o Dzielnym Franku, Ignasiu, Irmince, Wojtku, Hubercie, Michale i Szymku, Łukaszu i Bartku, Marcelu i Olusiu, Tomku i Martynce, Ewie, Jacku i Kacprze, Zosi, Gabrysiu, Tomku, Julce, Michale, Julianku, Agnieszce, Aleksie, Adrianie, Dawidzie(kolejność zupełnie przypadkowa) i wielu innych dzielnych dzieciaczkach, które zmagają się z różnorakimi schorzeniami. Proszę od czasu do czasu zajrzeć na ich stronki internetowe - na zamieszczonych na nich zdjęciach dzieci są uśmiechnięte i szczęśliwe pomimo różnych przeciwności losu. Bo przecież oni również są dziećmi, które też mają swoje ulubione zabawki, smaki, sytuacje. Mają takie same prawo do życia i szczęścia jak ich sprawni rówieśnicy i żadna choroba, ani żaden człowiek nie może im tego zabrać!
Chciałabym życzyć wszystkim dzieciom, zarówno tym pełnosprawnym, jak i niepełnosprawnym, aby dzieciństwo było jak najbardziej szczęśliwym etapem ich życia. Żeby rodzice nie przestawali ich kochać i wspierać w realizacji ich marzeń i planów. Aby wykorzystali ten czas na beztroską zabawę i przyjemności, bo te czasy już nie wrócą, a dorosłość nie jest taka bajkowa jak nam się wydaje... Zaś wszystkim dorosłym życzę, aby od czasu do czasu znaleźli w sobie coś z dziecka.