Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

środa, 31 sierpnia 2016

Gdy wakacje się kończą

Mój wakacyjny obrazek -
szumiące morze i piasek.
Głośno skrzeczące mewy,
cichy głos małej Ewy.
Bardzo wysokie góry,
dosięgłam w nich niejednej chmury.
Pachnące, zielone lasy,
spacerujące juhasy.
Cykające pasikoniki w łące,
pod miedzą hasające zające.
Warkot traktora w oddali,
żniwa i praca w lesie drwali.
Moje miasto i rzeka,
w oddali pies na mnie szczeka.
Tam gdzieś wolno toczą się koła -
wkrótce zacznie się szkoła
Kolejny raz zamieściłam próbkę mojej marnej twórczości z czasów szkolnych. Tym razem powyższy wiersz datuję na klasę V szkoły podstawowej. Kiedy to było? Prawdziwe wieki temu. Wiem, że takiemu Tuwimowi, czy choćby Brzechwie nie dosięgam do pięt, wydaje mi się jednak, że doskonale pasuje do aktualnej sytuacji, czyli zakończenie wakacji.
Kiedy byłam dzieckiem ostatni dzień wakacji był dla mnie bardzo ważny. Wszak nazajutrz miał rozpocząć się nowy rok szkolny. Co prawda nie miałam każdego roku nowego plecaka czy też piórnika, bardzo często miałam również używane książki, zawsze jednak brałam je z ciekawością do rąk, żeby zobaczyć, czego też będę się uczyć przez następnych 9 miesięcy. To nic, że zazwyczaj nic nie rozumiałam, na to przecież zawsze miałam czas.
W ostatni dzień wakacji obkładało się książki i zeszyty, podpisywało je(ach, co to były za emocje, kiedy wybierało się zeszyt do matematyki, historii, czy chemii), wkładało przybory do piórnika. W podstawówce i gimnazjum przygotowywało się jeszcze przybory na plastykę, flet i cymbałki(ciekawe, czy jeszcze uczą  grać na tych instrumentach?). Często też sprzątało się wtedy stół, przy którym odrabiałam prace domowe(tak, tak, zawsze miałam taki mały stolik z półką pod spodem na książki i zeszyty zamiast tradycyjnego biurka i tak mi zostało). Nie wiadomo czemu przez te dwa miesiące gromadziło się na nim tyle niepotrzebnych rzeczy.
W szafie też robiono porządki. Wszelkie bluzki odsłaniające tors szły na bok, a na pierwszy plan wysuwały się moje ukochane koszule, sukienki i tradycyjnie dżinsy. Nie miałam tego dużo, nawet nie były to markowe ciuchy. Jednak zawsze schludne i zadbane. Oczywiście sprawdzało się, czy nie ma dziur, przetarć i tym podobnych niespodzianek.
Kończyła się laba i dłuższe spanie, przed nami było 10 miesięcy wczesnego wstawania, intensywnej nauki, którą łączyłam ze sportem oraz życiem religijnym. 
Ale ja lubiłam ten czas. A szczególnie wrzesień. Bo wrzesień to miesiąc, w którym poznawało się nowych uczniów, którzy przychodzili do naszej klasy oraz nowych nauczycieli(a tych co roku nie brakowało). To czas nadrobienia zaległości w kontaktach z rówieśnikami. To miesiąc, w którym wznawiało działalność parafialne oratorium oraz klub sportowy. To w końcu miesiąc, w którym mam urodziny. I chociaż nigdy nie miałam jakiegoś ogromnego przyjęcia, a i życzenia otrzymywałam zazwyczaj tylko od najbliższej rodziny, to i tak go lubię.
Widziałam dzisiaj wiele dzieciaków z nietęgimi minami. Bo przecież jutro do szkoły. A ja z miłą chęcią zamieniłabym się z nimi. Chociaż mam jeszcze miesiąc wolnego, wszak rok akademicki rozpoczynam w październiku. Mam nadzieję, że parafialne Oratorium rozpocznie jak najszybciej swoją działalność. Tak sobie myślę, że można by zrobić z dzieciakami akademię odnośnie Roku Miłosierdzia. Scenariusz już mam od dawna. Dziesięciolecie parafialnej scholii też można jakoś uczcić... Ech Lolku, Światowe Dni Młodzieży skończyły się miesiąc temu, czas zejść na ziemię. Przyzwyczaj się do wszechobecnej postawy ludzi z parafii nazwanej - "nie-da-się".
A tak na marginesie to odpowiedziałam na komentarze pod poprzednimi postami. To tak jakby ktoś był ciekawy...

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Z gorącymi podziękowaniami...

W piątek nie miałam już siły, aby zwlec się na dół bloku do skrzynki, w której znajdowała się niewielka paczka. Przyznam szczerze, że domyślałam się, że jest to nagroda od Basi z 5 pór roku za konkurs ziołowy, zmęczenie było jednak silniejsze. Stwierdziłam, że paczka raczej sobie nigdzie nie pójdzie przez kolejną noc. Za to w sobotę z samego rana zbiegłam trzy piętra w dół zobaczyć, co Basieńka dla mnie przeznaczyła. Otworzyłam kopertę, a tam:
I jeszcze do tego obrazek z błogosławioną Karoliną Kózkówną(nie wiem dlaczego pominęłam go na zdjęciu). Z twórczością Basi spotkałam się już podczas czytania jej bloga, wielokrotnie uraniając łzę, teraz będę mogła sięgać po nie nie włączając komputera. Jeszcze większe wzruszenie mnie naszło, kiedy otworzyłam książkę i zobaczyłam tak piękną dedykację:
Naprawdę, książki z dedykacjami mogłabym policzyć na palcach. Tym bardziej zaszkliły mi się oczy na myśl, że są osoby tak serdeczne i kochane jak Basia. Tutaj zwykłe "dziękuję" nie wystarczy. Tutaj trzeba czegoś więcej. Co prawda nie z pielgrzymkowego szlaku, jak miałam pierwotnie w założeniu, lecz z rodzinnego miasta, ale i tak mam nadzieję, że się spodoba:
Po to Bóg stworzył z prochu człowieka, by cieszył się tym, tym co wokół siebie
A gdy kresu się swego doczeka - Pan zezwoli radować się Niebem!
Życiem cieszmy się już tu na ziemi, żarem słońca i klonów cieniem
Cieszmy tym, że kochamy wciąż siebie - a gdy przyjdzie czas cieszyć się niebem!
To nie państwa i nie kontynenty, to nie armie co kochają groby
Nie na szczytach imperium zamęty - ważna godność jest drugiej osoby!
Każdy dzień dla nas nowym odkryciem, raz jest dobrze, a raz gorzej w życiu
Powtarzajmy więc Boże słowa, że w szczerozłotym serca zachwycie
Tu na ziemi nam trzeba próbować, życiem cieszyć się, życiem radować!
Polecam wszystkim chętnym odwiedzenie blog Basi, bo to naprawdę ciepła i sympatyczna osoba. Taka z tych, których nie da się nie lubić. Osobiście bardzo cieszę się, że na nią trafiłam i to nie tylko ze względu na prezent...

sobota, 27 sierpnia 2016

Obietnica, którą musiałam spełnić

Kiedy rok temu pierwszy raz szłam na Jasną Górę w XXIV sosnowieckiej pieszej pielgrzymce w intencji tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, obiecałam sobie, że jeżeli podczas spotkania nie wydarzy się nic niespodziewanego, to pójdę także i w tym roku. Jak wiadomo, nic strasznego podczas ostatniego tygodnia lipca się nie stało, więc żeby nie być gołosłownym, musiałam również iść i teraz. Właściwie to nie musiałam, ale chciałam. W końcu studiowany przeze mnie kierunek zobowiązuje do poznawania różnych miejsc kultu religijnego, niezależnie od tego, czy są to pielgrzymki piesze czy autokarowe, krajowe, czy zagraniczne.
Podobnie jak w zeszłym roku, także i teraz wyruszyłam pokłonić się Matce Bożej Częstochowskiej w drugim terminie sosnowieckiej pielgrzymki, czyli od 23 do 25 sierpnia. W tym roku wybrałam jednak opcję z zostaniem w Częstochowie na święto Matki Boskiej Częstochowskiej przypadające w następnym dniu. Nigdy jeszcze na nim nie byłam, a po prostu byłam ciekawa, jak to wszystko wygląda.
Trasę wycieczki znałam, wszak co roku prowadzi przez te same miejscowości.
W tym roku byłam też mądrzejsza odnośnie Mszy świętej rozpoczynającej pielgrzymkę i zamiast jechać tramwajem i potem iść kawałek, udało mi się znaleźć autobus, którym podjechałam prawie pod drzwi kościoła. Żyć nie umierać :-). 
W tym roku do Częstochowy zmierzało dużo mniej osób niż w zeszłym. Widać to było chociażby po ławkach w będzińskim kościele - przed rokiem z trudem do niego weszłam, teraz udało mi się wręcz siedzieć w ławce. Mszę świętą prowadził ksiądz biskup naszej diecezji przy koncelebrze księży udających się ze swoimi dekanatami na pielgrzymkę. Jednym z nich był kleryk z naszej parafii, a prywatnie mój dobry znajomy. I prawdopodobnie jedyny ksiądz, do którego będę mogła mówić na Ty. Kazanie dotyczyło hasła pielgrzymki nawiązującego do Roku Miłosierdzia Bożego - "Bądźcie miłosierni, tak jak Ojciec". Bycie miłosiernym to kwestia nie tylko jednego roku, ale całego życia. Niestety, człowiek jest samolubny i często zapomina o innych. Powinniśmy jak najczęściej bezinteresownie spełniać uczynki miłosierdzia co do duszy i co do ciała(w najbliższym czasie postaram się Wam przybliżyć jak je można w prosty sposób realizować). Po Mszy świętej zaczęliśmy formować grupy. Mój dekanat "awansował" o jeden poziom i otrzymał numer 8. Pierwszy postój mieliśmy całkiem niedaleko, bo w należącej do Będzina Łagiszy. Jak co roku tam też był czas na grupowe zdjęcie z księdzem biskupem.
Z Łagiszy ruszyliśmy w blisko czterogodzinną drogę do Targoszyc, gdzie w tamtejszej parafii zaplanowany był dla nas obiad(pyszny żurek), dostaliśmy także serki homogenizowane. Przy okazji mieliśmy godzinę na odpoczynek, przed wyruszeniem w dalszą drogę. Trwała ona stosunkowo krótko, ponieważ o 15:30 miało miejsce półtoragodzinne nabożeństwo pokutne. Oprócz wygłoszonych nauk mieliśmy możliwość przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania. Aby było nam łatwiej wyznać nasze grzechy, kapłan prowadzący nabożeństwo pokutne zaczął tłumaczyć każdy z warunków dobrej spowiedzi. Po nabożeństwie pokutnym wyruszyliśmy w ostatni zaplanowany na ten dzień odcinek drogi, który kończył się w Zendku. Tam pielgrzymi mieli zaplanowany nocleg po domach lub w rodzinach goszczących.
Nazajutrz wyruszyliśmy z Zendka po godzinie 7 rano. Po drodze dostaliśmy pyszne drożdżówki w ramach śniadania.
Pierwszy postój mieliśmy po 8 na polance przed wejściem do lasu, przez który zawsze szła pielgrzymka. W tym roku jednak budowana jest tam droga szybkiego ruchu, która to uniemożliwia. Niestety, nikt z organizatorów tego nie sprawdził. Dlatego na hasło "niestety musimy już teraz zrobić sobie półgodzinny postój, ponieważ dalej budowana jest droga" pomyślałam z sarkazmem "taa, a w 30 minut na pewno ją skończą budować"(uwierzcie mi, po ŚDM tak mi się wyrobił dowcip, że szok!). Oczywiście nie skończyli jej budować, co więcej dalsza droga prowadziła przez błotnistą maź, na której czułam się jak na lodowisku. I dzięki temu spóźniliśmy się o godzinę do Woźnik, gdzie zaplanowany był obiad. Tym samym mieliśmy też skróconą przerwę, ponieważ o 15:00 mieliśmy Mszę świętą w niedalekiej Ligocie Woźnickiej. Mszę, podobnie jak w zeszłym roku, prowadził ksiądz biskup. Wygłosił piękne kazanie nawiązujące do wysłuchanej wcześniej Ewangelii o bogaczu i Łazarzu, w którym dokładnie scharakteryzował nam jednego i drugiego bohatera, po czym wyjaśnił, że bogacz nie dostał się do raju tylko dlatego, że zabrakło w jego życiu miłosierdzia. Na koniec życzył każdemu z nas, aby nie był takim bogaczem i najzwyczajniej w świecie otworzył się na potrzeby innych. Przy okazji wywiązała się nowa pielgrzymkowa tradycja dotycząca zbierania podczas Mszy świętej ofiar na konkretny cel. Rok temu był to "Bilet dla Brata", w tym roku taca przeznaczona będzie na remont domu prowadzonego przez Caritas w Dąbrowie Górniczej. O efektach tej akcji, poniekąd uczącej wiernych bycia miłosiernym, można przeczytać z oświadczenia obok.
Po nabożeństwie, umocnieni Słowem Bożym, ruszyliśmy w dalszą drogę do Starczy, gdzie czekał nas ostatni tego dnia postój. Po drodze zobaczyliśmy jednak drogowskaz umacniający nas w przekonaniu, że jesteśmy bliżej niż dalej celu naszej wędrówki:
Czym skorupka za młodu...
W samej Starczy czekały na nas orzeźwiające kawałki arbuza. A że Lolkowe menu przewiduje taki specjał, pochłonęłam od razu kilka kawałków. Na upalne dni - pychotka! Przed nami były już tylko dwa kilometry do Nierady, w której mieliśmy spędzić nocleg.
Trzeci dzień to już tylko 12 kilometrów, głównie ulicami Częstochowy. Czyli przysłowiowy pikuś :-). Nasza grupa miała to szczęście, że wprowadzała wszystkie pozostałe na Jasną Górę. Zresztą tak przyspieszyliśmy, że wkroczyliśmy na trakt prowadzący do klasztoru prawie godzinę przed czasem, wyprzedzając tym samym pielgrzymkę tarnowską, która zawszę wchodziła przed nami :). Na szczęście biskup od rana kręcił się po klasztorze, toteż ta godzina za bardzo nie ciążyło na samym wejściu(nie wiem jak to jest z innymi diecezjami, ale u nas każda grupa dochodząca do stóp Jasnej Góry witana jest przez biskupa).
Ponieważ uroczysta Msza święta zaplanowana była dopiero na godzinę 19, mieliśmy dużo wolnego czasu dla siebie. Dlatego po pokłonie przed cudownym wizerunkiem poszłam zatachać bagaże do szkoły, w której nocowaliśmy, a następnie na smaczny obiad do Domu Pielgrzyma. Muszę przyznać, że tak pysznego żurku dawno nie jadłam. Następnie pokręciłam się trochę po parkach przylegających do Alei Matki Boskiej Fatimskiej, aż w końcu udałam się na Wały, gdzie miała miejsce uroczysta Eucharystia dla naszej diecezji. Po drodze minęłam kilka lokalnych pielgrzymek, niektóre szły z orkiestrami dętymi. Mogłabym ich słuchać i słuchać, gdyby nie ta Msza... No właśnie, Msza. Trochę się tutaj zawiodłam, ponieważ było to to samo, co podczas wizyty papieża Franciszka w tym miejscu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nawet kazanie powtórzyli po Ojcu Świętym... Całość trwała prawie dwie godziny, na szczęście w tym roku było w miarę pogodnie, a tym samym ciepło. Potem wystarczyło już tylko wrócić do szkoły i wejść w śpiwór. A wcześniej zabić dwa szerszenie okupujące sufit. Nie mam wstrętu przed owadami, ale niektórych z nich po prostu się boję.
W piątek wstałam dosyć późno, bo po 7. Ktoś pomógł mi spakować śpiwór, zarzuciłam torbę na ramię, plecak na plecy i ruszyłam do bagażowni usytuowanej na terenie klasztoru. Jeszcze dzień wcześniej umówiłam się ze znajomymi z parafii, że wezmą mi bagaż do swojego samochodu. Dla mnie nie było miejsca, ale to nic, po prostu do domu wróciłam koleją. Przy okazji składania bagażu wstąpiłam na stołówkę, gdzie posiliłam się jajecznicą z bułką, a do tego cieplutką herbatą. Ponieważ sama nie doniosłabym tacy do stołu poprosiłam o pomoc obsługę. Grunt to zdać sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Po śniadaniu udałam się na Wały, aby zająć miejsce w przygotowanych ławkach. Akurat odmawiano różaniec święty, do którego i ja się dołączyłam. O 11:00 rozpoczęła się Msza święta ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej. Pogoda dopisywała, na niebie nie było ani jednej chmurki. Chociaż z drugiej strony żar lał się z nieba niesamowity. Naprawdę, trudno było wytrzymać te 2 godziny nabożeństwa, mimo czapki na głowie. Chciałam jeszcze założyć kaptur od koszulki, ale pomyślałam sobie, że będę dziwnie wyglądać. Po Mszy świętej poszłam na obiad do jadłodajni - tym razem był to bigos(z powodu święta ustanowiono na ten piątek dyspensę od dań mięsnych). Następnie poszłam jeszcze pokręcić się po okolicy. Jasna Góra zachowała jeszcze klimat i dekorację ze Światowych Dni Młodzieży, kiedy przebywał tam papież. Chodziłam po klasztornej wnęce ze świadomością, że tyle stóp tędy przeszło. Wszak sam klasztor stoi tutaj od XV wieku. Tyle przeszedł, tyle zobaczył, tyle próśb wysłuchał. Niestety, wkrótce musiałam zbierać się na pociąg, którym miałam dojechać do domu. Z żalem opuściłam to miejsce z pragnieniem przybycia tutaj jeszcze raz, na 8 września kiedy przypadnie 300 rocznica koronacji Cudownego Obrazu.
Po drodze mijałam przepiękne wiejskie obrazki, malownicze pola i łąki. Niestety, nie miałam czasu utrwalić ich na zdjęciach, chociaż tak bardzo chciałam dla mojej Basi, która tak bardzo kocha kwiaty i swojskie widoki. Dlaczego chciałam jej je pokazać? O tym w najbliższej notatce.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Tak świętowaliśmy 100 urodziny miasta!

Taka okazja nie zdarza się często. Średnio raz na... 100 lat. Mówię tutaj o stuleciu nadania praw miejskich miastu, w którym mieszkam. Przez ostatnie cztery dni mieszkańcy miasta, ościennych miejscowości, jak również przyjezdni świętowali wiek istnienia Dąbrowy Górniczej w rejestrze miast. Co więcej, rozrosło się ono do takich rozmiarów, że aktualnie jest na 10 miejscu w kraju pod względem wielkości. Co prawda do takiej Warszawy jeszcze nam daleko, nie jest jednak tak najgorzej.
Jeszcze na początku roku ten weekend miałam w planach spędzić w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie odbywa się aktualnie odpust ku czci Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Zamiar ten przegrał z obchodami stulecia miasta. Dlaczego? Na odpuście byłam nieraz, zaś tak jak pisałam, stulecie miasta zdarza się raz na 100 lat. Czy żałuję? Ani trochę, ponieważ i tutaj działo się bardzo dużo. Kilka dni przed rozpoczęciem świętowania w centrum miasta stanął pawilon, w którym przedstawiono najciekawsze informacje związane z naszym miastem.
Jeżeli wierzyć tej dacie, to za dwa tata minie 200 lat istnienia mojego osiedla
Dwa pozornie różne widoki na moją ulicę :)
My zostaliśmy połączeni ze światem, a w świecie...
Niektórych znam, niektórych nie...
I już po rozwiązaniu wstęg
Tablica - jeszcze przed odsłonięciem
Prezydent - w niecodziennym stroju
Oficjalne obchody rocznicowe, jak już wspominałam w poprzednim poście, zaczęły się w czwartek o godzinie 16:00 uroczystym otwarciem dawnej, dosyć dobrze działającej, dąbrowskiej fabryki obrabiarek, w skrócie nazwanej DFO. Wyobrażacie sobie, że na początku XX wieku była jedyną fabryką w miejscowości, posiadającą wentylację oraz elektryczne oświetlenie. W 1914 roku zatrudniała 300 pracowników, zaś w 1939 - 600. Po wojnie pracowników przybywało, toteż w latach 60 fabryka wybudowała dla nich bloki mieszkalne(w jednym z nich nawet ja mieszkam, chociaż nie mam nic wspólnego z przedsiębiorstwem). W tym samym czasie zaczął się eksport produktów za granicę. Jemen, Niemcy, Iran, kraje skandynawskie, Stany Zjednoczone, Brazylia, Japonia - to tylko niektóre z krajów, w których pojawiały się obrabiarki z Dąbrowy Górniczej. A wraz z nimi fachowcy z fabryki, najczęściej z całą rodziną. Bo przecież ktoś musiał zamontować i uruchomić sprzęt, a następnie przez jakiś czas nadzorować jego pracę. Niestety, wraz z wejściem świata w III tysiąclecie, blask fabryki zaczął gasnąć. Aż w 2015 roku ogłoszono jej upadłość, jako ostatniego niesprywatyzowanego zakładu pracy na Górnym Śląsku. Miasto miało więc 4 hektarowy teren, który mogło zrównać z ziemią albo... Albo oddać budynki do użytku mieszkańcom. Na razie jednak odsłonięto tablicę upamiętniającą założycieli Straży Obywatelskiej i Komitetu Obywatelskiego Zagłębia Dąbrowskiego. Towarzyszyła temu orkiestra reprezentacyjna Ochotniczej Straży Pożarnej w Dąbrowie Górniczej. Podczas przemówienia pana prezydenta mogliśmy usłyszeć krótką historię obiektu, na którym znajdowaliśmy się, jak również zachętę do angażowania się w zagospodarowanie go na nowo.
Gdyby nie to, że kopalnie są zamknięte, sądziłabym, że to orkiestra kopalniana
Równocześnie pod Pałacem Kultury Zagłębia można było obejrzeć plenerową wystawę przedstawiającą mieszkańców miasta urodzonych w latach 1916 - 2016. Może gdybym była bardziej fotogeniczna, to i moja mordka znalazła by się pod rokiem 1990? Tymczasem na tym miejscu pojawił się mój szkolny kolega z gimnazjum(kurcze, jego samego nie kojarzę, ale imię i nazwisko - już tak!). Zauważyłam też, że brakuje kilku roczników, zostały one zastąpione żyjącymi...
O godzinie 17:00 odbył się spektakl(pantomima) w plenerze, ukazujące dzieje Dąbrowy Górniczej do czasu uzyskania przez nią praw miejskich. Wystawiony został przez aktorów-amatorów działających w miejskich stowarzyszeniach. Nawet znam kilku z nich :). Przedstawieniu chcę poświęcić jednak osobną notatkę, ponieważ trudno go opowiedzieć słowami, do pełnej relacji trzeba dodać efekt wizualny. Jedyny minus tego wszystkiego był taki, że siedziałam sobie na chodniku, żeby nikomu nie zasłaniać, kiedy jakiś tatuś podstawił wózek swojej pociechy tuż pod moimi oczami. Powiedziałam mu spokojnie, żeby go przesunął, a najlepiej dał za krawężnik, na którym siedzieli widzowie, tym bardziej, że dziecko i tak siedziało mu na kolanach - jakby nie słyszał. Przesunęłam się więc do przodu, on zaraz potem też się przesunął przede mnie, zasłaniając mi widok. Choinka, wiem że wyglądam na trochę upośledzonego człowieka, nie oznacza to jednak, że rozumiem mniej, niż jego może 2-letni berbeć. Na szczęście udało mi się coś dostrzec.
Na godzinę 19:00 zaplanowane było coś dla mnie, czyli koncert Reprezentacyjnej Orkiestry Straży Granicznej z Nowego Targu z sympatycznym góralem na czele. Dzięki swojemu energicznemu "hej!" oraz wykonaniu słynnego "Szalała, szalała" wkupił się w nasze łaski. Oj wesoło było, wesoło. Przy niektórych dźwiękach nogi same rwały się do tańca! Ciekawie to musiało wyglądać w moim wykonaniu, że aż obsługa techniczna nade mną się ulitowała i odstąpiła mi swoje krzesło. Jedyne co mi przeszkadzało to latający w górze dron... Orkiestra cieszyła moje uszy przez dobrą godzinę. Po zakończonym koncercie padło zapewnienie, że usłyszymy ją jeszcze na drugi dzień, podczas uroczystej Mszy Świętej w Bazylice górującej nad miastem. Przed stu laty przychodzili do niej żołnierze idący na front, jak również znajdowali w niej ukojenie górnicy i hutnicy, wychodzący do pracy na swoją zmianę, bądź wracając z niej. Była dla nich ostoją i namiastką życia, jakie pozostawili w rodzinnych wsiach. Dzisiaj jest świadkiem wielu uroczystości odbywających się w naszym mieście. I chociaż nie jest najstarszym jego kościołem, to z całą pewnością można go zaliczyć do jednej z wizytówek miasta.
Piątek połączony został z obchodami Dnia Wojska Polskiego, które były kilka dni wcześniej, 15 sierpnia. Rozpoczęła je zapowiedziana już wcześniej uroczysta Msza święta, z udziałem władz miejskich w bazylice. Zgodnie z obietnicą grała na niej ta sama orkiestra, co dzień wcześniej na rynku, ponadto pojawił się Pułk Chemiczny stacjonujący w Tarnowskich Górach. Podczas kazania cofnęliśmy się o sto lat, do roku 1916. Wokoło szalała wojna, zaś ksiądz odprawiający wówczas Mszę świętą, prałat Grzegorz Augustynik, pocieszał wszystkich zgromadzonych porównując Polskę do tajemnic różańca świętego. Chociaż trwali w bolesnej części, to po niej miała nastać część chwalebna, czyli odzyskanie przez nasz kraj niepodległości. Stało się to dwa lata później. Po nabożeństwie wyszliśmy przed bazylikę, aby uczestniczyć w uroczystym pochodzie pod Pałac Kultury Zagłębia, gdzie miała miejsce dalsza część wojskowego święta. Wielu z nas wzruszył widok wspaniałych rumaków z ułanami w siodłach. "Koniki jak przed wojną" - cieszyli się starsi mieszkańcy naszego miasta, a i mnie, przyznam szczerze, taka myśl przemknęła przez głowę. Tylko, że przed wojną nie było tyle samochodów i tramwajów :).
Ułani jak przed wojną
Na placu defilad uczestniczyliśmy w odsłonięciu kolejnej tablicy, tym razem pamięci żołnierzy walczących o niepodległość naszego kraju, jak również byliśmy świadkami nadania ważnych państwowych i wojskowych odznaczeń.
Przy dźwiękach "Mazurka Dąbrowskiego" flaga na maszt!
Jeszcze przed odsłonięciem
Uroczyste odsłonięcie tablicy
Wręczanie odznaczeń
Maszerują strzelcy, maszerują
I znowu koniki
Po oficjalnych uroczystościach nadszedł czas na nieoficjalne świętowania Dnia Wojska Polskiego, czyli piknik militarny. Czego tam nie było? Czołgi, wozy terenowe, grupy rekonstrukcyjne, a nawet szpital polowy! Co więcej, można było zakupić sobie najprawdziwszy hełm wojskowy, ubranie żołnierza czy też przejechać się wozem pancernym. Istny raj dla miłośników wojska. Do późnych godzin wieczornych można było poczuć się jak na prawdziwym poligonie!
Na sobotę zaplanowany był piknik rodzinny na terenie DFO. Nie był to taki zwyczajny piknik, a prawdziwa gra fabryczna, podczas której najmłodsi poznawali tajniki miejsca, na którym się znajdowali. Było więc:
Dopasowanie flag do krajów, do których importowano części z fabryki
Puzzle
Tak według najmłodszych będzie wyglądać Dąbrowa za kolejne 100 lat
Strzelnica
Niektórzy próbowali chodzić na takim czymś
A inni poznawali prawa budowy maszyn dekorując eko-torby
Nasze miasto - w wersji papierowej
Zamki, tylko trzeba znaleźć do nich klucze
Ciekawe, czy górnicy też rzucali węglem do wagoników?
Gry historyczne niejednego przyprawiają o histerię
A to strefa tych zupełnie najmłodszych
Zadanie matematyczne - wcale nie takie proste
Tymi rurami płynie gaz
Mamo! Udało mi się! Złowiłem lypkę!

Oszukane kręgle :)
Kilka powyższych pomysłów pozwolę sobie zgapić do pracy z dziećmi w oratorium parafialnym. Wieczorem odbył się zaś koncert 100 akordeonistów. Trochę się tutaj zawiodłam - liczyłam na prawdziwy koncert, a nie na 3, czy 4 kawałki. No nic, w życiu nie można mieć wszystkiego...
Grały władze miasta...
i najmłodsi akordeoniści.
Po koncercie odbyło się kino plenerowe. Ostatnim dniem świętowania była niedziela. Przez cały dzień na terenie fabryki DFO trwała giełda staroci. Wieczorem zaś odbył się wielki koncert Miejskiej Orkiestry Dętej oraz orkiestry dętej z Ukrainy. Jak oni grali! Aż chciało się ich słuchać. I nawet wygrali z meczem finałowym siatkarzy podczas Letniej Olimpiady w Rio de Janeiro. Przynajmniej w moim systemie.
Ukraina
Wszystko zwieńczył przepiękny pokaz multimedialny na elewacji Pałacu Kultury Zagłębia. Za pomocą świateł i dźwięku odbyliśmy niezwykłą podróż w czasie. Widowisko, pomimo strug deszczu, zgromadziło całkiem niezłą widownię. Odbyło się w trzech projekcjach po jakieś 15 minut każda. Kończyły się one niezwykłym pokazem laserów, które rozświetliły ciemny plac, ciesząc najmłodszych. 
Cieszę się, że mogłam brać udział w tak wspaniałym wydarzeniu. Kolejna taka okazja dopiero za 100 lat! Jednocześnie gratuluję wszystkim, którzy wytrwali do końca tej przydługiej notatki. Większość fotografii wykonałam sama, kilka wzięłam z oficjalnej strony miasta. Wydaje mi się, że są doskonałym uzupełnieniem tekstu. Ale to może być tylko mój punkt widzenia.
Jutro ruszam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Dwa i pół dnia drogi. Niektórzy się dziwią, że wybieram się na taki szmat drogi. Nie powiedziałabym, że to daleko, wszak ludzie chodzą nawet i znad morza. A taka pielgrzymka jest sprawdzianem samego siebie, swojej słabości, swojej wiary w Boga. Wiem, że dojdę, bo przecież "Jeżeli Bóg jest z nami któż przeciwko nam?"(Rz. 8. 31). A Bóg na pewno jest ze mną. Co do tego nie mam i nigdy nie miałam żadnych wątpliwości.