Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 30 września 2016

Wyjątkowe wakacje

Wakacje powoli przechodzą do historii. Jutro zarzucam plecak na plecy i startuję do szkoły policealnej, po raz kolejny kosztem próby scholi oraz zajęć z dzieciakami w Oratorium. Pocieszam się tym, że to już drugi rok. I że niedzielę mam wolną. W poniedziałek zaś wracam na uczelnie w Krakowie. Mam nadzieję, że nie będę miała żadnej rewolucji w planach zajęć, bo na razie tak mi się ułożyły zajęcia na obydwóch uczelniach, że tylko dwa razy pokrywają mi się zajęcia. Bywało bardziej skomplikowanie. W dodatku ostatni rok ma zazwyczaj to do siebie, że jest na nim mniej godzin do zaliczenia na rzecz pisania pracy dyplomowej. Cieszy mnie też fakt, że na AWFie udało mi się dostać na wymarzoną specjalizację, czyli turystykę motywacyjno - biznesową. Ze wszystkich propozycji ta najbardziej przypadła mi do gustu, w dodatku wydaje mi się najbardziej dopasowana do moich możliwości. Dreszczyku emocji dodaje mi fakt, że na koniec tego roku akademickiego powinnam obronić i tytuł licencjata turystyki religijnej i tytuł magistra turystyki i rekreacji. Oczywiście mam jeszcze traumę z AWFu w Katowicach, gdzie wyleciałam z hukiem tuż przed obroną magisterki i boję się, że i tym razem coś mi pójdzie nie tak, a jednocześnie chcę piąć się do przodu, nie dlatego że, ale mimo wszystko.
Kiedy tak sobie patrzę na moje tegoroczne wakacje przychodzi mi jedna myśl: z całą pewnością było one najlepsze od 5 lat, jeżeli nie w ogóle. Tak wiele się przecież działo. Przede wszystkim weszłam w nie "na czysto", czyli bez żadnej poprawki na wszystkich kierunkach. Te pięć lat temu naznaczone były powtarzaniem do wrześniowej poprawki z angielskiego :/. Tym razem nic, wszystkie przedmioty zaliczone na pozytywne oceny. A to oznaczało, że do października mam spokój. Mogłam więc spokojnie poświęcić się odpoczynkowi i regenerowaniem sił i energii przed nadchodzącym rokiem akademickim.
Maskotka rozgrywek - Super Victor
W wakacje weszłam z rozgrywkami Euro 2016, które tym razem odbywały się we Francji. Pomimo ryzyka wystąpienia ataków terrorystycznych, rozgrywki odbyły się bez większych incydentów. Wiem, niektórzy dziwnie się na mnie patrzą, kiedy mówię że lubię pooglądać sobie rozgrywki piłkarzy, jednak chodzenie przez kilka lat do klasy sportowej, w której miażdżącą większość stanowiła płeć męska(w szóstej klasie byłam nawet jedyną dziewczyną w klasie) musiało mieć jakieś skutki i to nie tylko takie, jak pójście na AWF :P. Oczywiście rozgrywki rozpoczęły się jeszcze w czasie trwania roku akademickiego, a nawet sesji, to mi jednak nie przeszkadzało, aby poświęcić trochę czasu i pokibicować naszym i nie naszym. Wstyd się przyznać, ale bywały mecze, które oglądałam, powtarzając sobie materiał np. do egzaminu z historii kultury, czy też kwalifikacyjnego egzaminy na technika administracji. Pozytywnie zaskoczyła mnie gra polskiej reprezentacji, która grała rewelacyjnie. Ćwierćfinał po ostatnich chudych latach był naprawdę piękną niespodzianką dla wszystkich. Szacun też dla reprezentacji Portugalii - w końcu zostali mistrzami kontynentu.
Przyznawanie punktów za konkurencję - o dziwo nikt nie
marudził, że tak długo to trwa
W czasie Euro w naszej parafii odbywały się tygodniowe półkolonie dla dzieci z podstawówki. Kolejne z moim udziałem jako animatora. Fajnie jest być czasami przydatnym. Tym razem udostępniono nam gmach Miejskiej Biblioteki, dzięki czemu półkolonie mogły być zarejestrowane oficjalnie w kuratorium oświaty. Tematem przewodnim całego tygodnia była przezabawna bajka "Zwierzogród". Kto nie oglądał to szczerze polecam, bo naprawdę można się super bawić. A przy okazji  przekonać się, że nie ma takiego marzenia, którego nie moglibyśmy spełnić. Nawet, gdybyśmy mieli czekać na jego realizację całe życie. Całą ekipą staraliśmy się maksymalnie urozmaicić naszym podopiecznym spędzone z nami chwile, toteż czekały ich takie atrakcje jak wielobój indywidualny oraz grupowy, i wyjście na basen do miejskiego aquaparku, i cały dzień zabaw w Parku Miejskim, i podchody związane z 100 leciem naszego miasta, a w sobotę wszyscy chętni pojechali na wycieczkę do Ogrodu Biblijnego w Proszowicach oraz Parku Doświadczeń w Krakowie. Trochę się musiał człowiek napracować, zwłaszcza kiedy miał stację podczas wieloboju(wszak musiałam przygotować materiały), albo kiedy musiałam opracować takie podchody, ale uśmiech dzieciaków wynagradzał wszelkie trudy. A naszą codzienną pracę wraz z efektami chyba najlepiej obrazuje poniższy film:
A dwa tygodnie później przyszły Światowe Dni Młodzieży, co dla mnie wiązało się z podjęciem funkcji wolontariusza, najpierw podczas goszczenia Włochów w naszej parafii, poprzez posługę podczas sobotniej Mszy świętej na Placu Papieskim w Sosnowcu, aż po przecudowny tydzień w Krakowie, podczas którego też mogłam pełnić posługę jako wolontariusz. W parafii po dłuższej przerwie mogłam sobie przeczytać dwa wezwania z modlitwy wiernych. W Krakowie tak każdy inny wolontariusz dostałam "służbową" koszulkę, pakiet pielgrzyma i całkiem wygodne zakwaterowanie z własnym łóżkiem, a nawet szafką(a ja szykowałam się na halę na setki osób). Pomimo moich obaw zostałam przyjęta przez wszystkich jako swoja, nie miałam nawet problemu większego dogadania się, czy to w rodzimym języku polskim, czy to po angielsku. Widok papieża Franciszka przejeżdżającego tuż obok Ciebie na zawsze pozostanie w mojej pamięci, tak samo jak serdeczność wielu poznanych przez te dni ludzi. Starałam się jak najwięcej wynieść z tego spotkania, zarówno w wymiarze zdobytego doświadczenia, jak i w tym duchowym. O ŚDM możecie jeszcze poczytać >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<< oraz >>Tutaj<<.
Przed koncertem akordeonowym
Trzy tygodnie po Światowych Dniach Młodzieży nasze miasto obchodziło uroczystość 100-lecia nadania praw miejskich. Stało się to podczas I wojny światowej z okazji... urodzin cesarza Franciszka. A co, niech prężnie rozwijająca się osada też ma jakiś prezent z tej okazji. W sumie to prędzej czy później i tak by to nastąpiło, ale zawsze lepiej, aby to było wcześniej, prawda? Z okazji setnej rocznicy nadania miastu praw miejskich świętowano aż 4 dni. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Mnie osobiście zachwycił występ orkiestr dętych, a szczególnie takiej, która przyjechała z Ukrainy. Godne uwagi było także przedstawienie opowiadające dzieje osady górniczej do czasu nadania praw miejskich, jak również mapping przedstawiający 100 lat Dąbrowy Górniczej. Zawiodłam się natomiast koncertem 100 akordeonów na 100 lecie miasta. Przygotowałam się na moc atrakcji, a tymczasem akordeoniści zagrali zaledwie trzy kawałki. Więcej o rocznicy nadania praw miejskich >>Tutaj<<, >>Tutaj<< i >>Tutaj<<.
Tuż po obchodach stulecia miasta po raz drugi wybrałam się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Relacja >>Tutaj<<. Z uwagą oglądałam i śledziłam poczynania naszych sportowców i paraolimpijczyków na igrzyskach olimpijskich oraz paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Jako sportowiec mówię stanowcze nie wszelkiemu dopingowi. Ale o tym też wkrótce napiszę. Tutaj niestety zabrakło czasu na notatki, więc niech chociaż mój głos w sprawie dopingu będzie ich namiastką.
Wzruszającym dla mnie momentem była Msza święta dziękczynna za Światowe Dni Młodzieży, podczas której biskup naszej diecezji skierował gorące słowa podziękowania dla wszystkich wolontariuszy pełniących w tych dniach swoją posługę. Taką skromną "zapłatą" za trud i czas, jaki poświęciliśmy naszej służbie, był piknik. Dłuższą relację znajdziecie >>Tutaj<<.
W parku tuż przy jasnogórskim klasztorze
Nazajutrz brałam udział w uroczystych dożynkach miejskich połączonych z pożegnaniem lata, o których napisałam >>Tutaj<<. Osobiście bardzo przeżyłam udział w uroczystym rozpoczęciu jubileuszu 300-lecia koronacji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, włączając się w akcję Żywej Korony Maryi. Wspominałam o tym >>Tutaj<<. Z całą pewnością na długo w mojej pamięci pozostanie prawe tygodniowa wycieczka do Londynu, dzięki której mogłam poznać kolejną europejską stolicę, a przy okazji postawić nogę na słynnym Oxfordzie. Wyjazd opisałam >>Tutaj<<. Zamierzam jeszcze jedną notatkę poświęcić temu tematowi, ale wciąż czekam na zdjęcia z wyjazdu. 
Mimo ogólnej maszynie antysmoleńskiej postanowiłam udać się na film o największej współczesnej polskiej katastrofie lotniczej. I po wnikliwej obserwacji całej produkcji śmiem twierdzić, że nie doszukuję się w niej oznak manipulacji, czy też narzucania jakiegoś punktu widzenia. Szerzej o filmie - >>Tutaj<<.
Czasami nawet ławka może służyć za statyw :) - w Warszawie
Tydzień temu rzutem na taśmę wybrałam się w jednodniową podróż do Warszawy, aby zobaczyć wystawę "Titanica" oraz zwiedzić Muzeum Historii Żydów. Wystawa "Titanica" szczerze mnie zauroczyła, momentami czułam, że sama znajduję się na jego pokładzie. Na dokładniejszą relację zapraszam >>Tutaj<<. Muzeum POLIN również mnie oczarowało, niestety nie miałam zbyt dużo czasu, aby go zwiedzić. Mimo to w najbliższym czasie postaram się umieścić o nim notatkę, bo naprawdę jest warte zwiedzenia i zastanowienia się nad kruchością ludzkiego życia.
Kulminacją tegorocznych wakacji było dla mnie dziesięciolecie parafialnej scholi, które obchodziliśmy bardzo uroczyście. Zresztą możecie sami o tym się przekonać wchodząc >>Tutaj<<.
Ktoś czytając o moich wakacjach może pomyśleć, że mało sobie odpoczęłam, wszak tyle się wokół mnie działo. To prawda, czasami musiałam wstać i o 5:00 żeby coś zdziałać, ale ja kocham taki aktywny odpoczynek o wiele bardziej, niż leżenie na plaży. To właśnie on najbardziej mnie relaksuje. A tymczasem ja powoli przestawiam się na tryb pracy. Wszak od jutra będzie to mój chleb codzienny.

czwartek, 29 września 2016

O "Któż takim jak Bóg", "Bóg uleczył" oraz "Mężu Bożym", czyli notatka na świętych archaniołów

Na początek dziękuję wszystkim za życzenia pod ostatnim postem - wszystkie przeczytałam z wypiekami na twarzy i aż mi się trochę dziwnie zrobiło, wszak dawno nie dostałam tak wielu ciepłych słów. Dziękuję Wam wszystkim serdecznie i aż żal bierze, że w tym wirtualnym świecie nie można dzielić ciastem. Jesteście KOCHANI! A teraz wrócę do notatki dzisiejszego dnia :)

Archaniołowie, istoty ustawione w niebiańskiej hierarchii wyżej od innych aniołów, a zarazem będący ich zwierzchnikiem. Jednocześnie utożsamia się ich z najwyższymi książętami nieba. Archaniołowie tworzyli również jeden z dziewięciu chórów anielski. Zazwyczaj wymienia się ich w liczbie siedmiu, chociaż "Pismo Święte" zdradza imiona tylko trzech z nich - Gabriela, Michała i Rafała. Pozostałe cztery dopisała tradycja. Od czasów Grzegorza Wielkiego jako archaniołów wymienia się:
  • Michał(z ang. Michael)
  • Rafał(z ang. Rafael)
  • Gabriel
  • Uriel
  • Symiel
  • Orifiel
  • Archanioł Gabriel
  • Zachariel
Jak łatwo zauważyć, każde imię poszczególnego archanioła kończy się na "El". Z hebrajskiego owe "El" znaczy tyle co "Bóg". Można więc przypuszczać, że każdy z archaniołów jest specjalnym wysłańcem Boga. Najwięcej wiemy o trzech pierwszych archaniołach, ponieważ ich imiona i właściwości zostały zapisane w biblijnej tradycji:
  1. Gabriel - tłumaczy się jako "Mąż Boży" bądź "Bóg jest moją mocą". W sztuce przedstawiany jest z przepaską na czole, laską w ręku, czy też z kulą ziemską. W swojej odwiecznej misji spełnia rolę posłańca przekazującego ludziom przesłanie od Boga. W starotestamentarnej Księdze Daniela Archanioł Gabriel pojawia się jako istota niebiańska, która przyjęła wygląd mężczyzny. Zwiastuje potężne i mocne działanie Boga w sytuacjach, które z ludzkiego, logicznego punktu widzenia są po prostu niemożliwe. To dzięki Mocy Bożej starzy i bezpłodni już Elżbieta i Zachariasz mogą wydać na świat ostatniego proroka - Jana Chrzciciela. Todzięki Mocy Bożej dokonało się Wcielenie Syna Bożego w łonie dziewiczej Maryi Panny. Archanioł Gabriel spełnił największą rolę w przekazywaniu Bożej tajemnicy w wydarzeniach związanych z historią ludzkiego zbawienia.
  2. Archanioł Rafał
    Rafał(ang. Rafael) - jego imię oznacza: Bóg uzdrawia, Bóg uleczył, Uzdrowienie Boże, Lekarstwo Boże. Można go rozpoznać po stroju pielgrzyma, który trzyma rybę albo butelkę. Jest księciem aniołów. W Księdze Tobiasza przybiera postać ludzką oraz popularne wtedy żydowskie imię Azariasz. To on był towarzyszem i przewodnikiem młodego Tobiasza, kiedy zmierzał w drodze z Niniwy do Raga w Medii. Uzdrowił wtedy ze ślepoty starego ojca Tobiasza oraz uwolnił od złego ducha dręczoną napaściami szatana Sarę. To uzdrowienie od zła fizycznego i duchowego ukazuje nam prawdę o Bogu, który uzdrawia. Na koniec Archanioł dał radę młodzieńcowi, aby ożenił się z Sarą.
  3. Michał - trzeci imienny archanioł biblijny, którego imię tłumaczy się jako
    Archanioł Michał
    "Któż jak Bóg", "Któż takim jak Bóg". Przedstawiany jest jako ubrany w zbroję, z mieczem w ręku, zabijającego smoka lub z wagą, na której ważony jest ciężar dobrych i złych uczynków zmarłego. To jeden z najpotężniejszych duchów niebiańskich. Jest Archaniołem Bożej sprawiedliwości, sądu, łaski oraz zlitowania. Jego imię wyraża wdzięczność i radość za dar istnienia, podziw, zdumienie i uwielbienie dla Stwórcy, jak również jest mistycznym przeżyciem wielkości i dobroci Boga. Jest także wyrazem tego, że nikt i nic nie jest ponad Najwyższym. W imieniu zawarta jest siła do przezwyciężania zła. Według tradycji to on pierwszy ruszył do walki z rzeszą aniołów, którzy zbuntowali się przeciwko Bogu.

A Wszystkim dzisiejszym solenizantom noszącym te wyjątkowe imiona składam najserdeczniejsze życzenia!

poniedziałek, 26 września 2016

A miało być tylko kilka godzin

Kolejny dzień przeszedł do historii. Jeszcze tylko przeczytać trochę "Inferna" Browna i będzie można położyć się spać. Na pozór zwyczajny dzień przepełniony obowiązkami domowymi. Ostatnie pranie i prasowanie przed powrotem na uczelnie, zabawa z kotem, notatka do kroniki parafialnej, samodzielna nauka języka angielskiego(pamiętacie, że w planach mam lot za 2,5 roku na ŚDM w Panamie?), gotowanie obiadu. Ale to właśnie obiad zdradzał, że ten dzień jest po troszku świąteczny. Bowiem frytki zdarzają się u mnie od wielkiego dzwonu. I krojąc poszczególne ziemniaki w talarki, a następnie w paseczki(oczywiście tylko sobie znanym sposobem) śmiałam się sama do siebie myśląc, kto te 26 lat temu mógł przypuszczać, że dojdę do takiego etapu w swoim życiu. Bo oto właśnie dzisiaj wchodzę na kolejny szczebel w latach mojego życia. Kiedy w środowy wieczór 1990 roku pojawiłam się na tym świecie, nikt nie wróżył mi świetlanej i długiej przyszłości. Urodziłam się jako wcześniak, blisko 11 tygodni przed terminem, z zapadłymi płucami i głębokim niedotlenieniem. Dostałam 1 punkt Apgar i miejsce w inkubatorze na intensywnej terapii. W pierwszej dobie mojego życia nastąpiło wodogłowie, jednak nikt nie miał odwagi zoperować tego. Wróżono mi kilka godzin życia, w pośpiechu ochrzczono z wody, bo przecież i tak prędzej umrę, niż w szpitalu pojawi się kapłan. Ale ja przeżyłam pierwszą dobę, a potem następną, i następną. Powoli zaczęłam przybierać na wadze. Po trzech miesiącach zostałam odłączona od respiratora, po pięciu wyszłam z inkubatora. Lekarze nie do końca umieli określić moją przyszłość i dawali różne scenariusze: będzie roślinką, nie będzie mówić i chodzić, będzie upośledzona umysłowo... Oczywiście nie informując o moim podstawowym schorzeniu, czyli o dziecięcym porażeniu mózgowym. Tymczasem ja na przekór wszystkim zaczęłam zdobywać umiejętności potrzebne do samodzielnej egzystencji. Wolniej, bo wolniej, ale zaczęłam raczkować, stawiać pierwsze kroki, w końcu mówić. A potem, w wieku niespełna pięciu lat, podczas zajęć przedszkolnych stało się coś zupełnie nieoczekiwanego - wzięłam leżącą na stoliku książkę i ku zdumieniu wychowawczyń, zaczęłam ją czytać. Wszelkie proroctwa co do mojego upośledzenia umysłowego legły w gruzach. A ja, mimo ograniczeń wynikających z trudności w pisaniu, szłam w edukacji jak burza. Mam nadzieję, że za rok pochwalę się tytułem magistra turystyki i rekreacji uzyskanym równolegle z tytułem licencjata turystyki pielgrzymkowej.
Codziennie cieszę się z kolejnego dnia, jaki mam przed sobą. Wiem Komu za to dziękować, pomimo ograniczeń związanych z moim życiem. Wszak zawsze mogło być gorzej. Albo w ogóle nie być... Może jest mi łatwiej, jako osobie wychowanej w wierze. I absolutnie nie zgadzam się z faktem, że zostałam pokarana, czy też w jakiś sposób wybrana. Widocznie tak miało być. Nie zastanawiam się też, dlaczego to ja jestem niepełnosprawna, bo czasami warto sobie zadać odwrotne pytanie: a dlaczego to właśnie nie ja miałabym być osobą niepełnosprawną? Czyż to nie przez nasz życiowy trud Chrystus przyniesie światu zbawienie? Stało się i nic na to nie poradzę. Muszę żyć z moją chorobą. Cieszę się jednak, że umiem czerpać radość z życia, a wyrazem tego niech będzie poniższa pieśń:
Przepiękna, prawda?

niedziela, 25 września 2016

Cynowy jubileusz naszej parafialnej scholi

Dziesięć lat. Dużo to i mało. Właśnie tyle istnieje nasza parafialna schola. Nie śpiewam w niej od początku, wszak nieśmiałość, spowodowana w dużej mierze moją niepełnosprawnością(bo i mówię jak mówię, i poruszam się jak się poruszam), ale zawsze byłam sercem z tą organizacją. Natomiast w samej scholi debiutowałam podczas Bożego Ciała w 2008 roku(czyli prawie dwa lata po jej powstaniu). Od tego czasu praktycznie bezustannie się w niej udzielam(no, chyba że zatrzymają mnie szkolne, rodzinne albo sportowe obowiązki). Lubię śpiewać, lubię w ogóle spotykać się z innymi ludźmi, a schola mi to umożliwia. Nie mam większego problemu z porozumieniem się z innymi jej członkami. Ba, wczoraj na Oratorium doszło do takiej sytuacji, że śpiewaliśmy piosenkę "Religia, miłość, rozum - te trzy". Pierwsze dwie zwrotki jeszcze jakoś nam szły, dalej była cisza. Oczywiście ja znałam wszystko*, dlatego zaczęłam nieśmiało bąkać pod nosem. I nie uwierzycie co się stało - dziewczynki, które śpiewają w scholi, podchwytywały śpiewane przeze mnie słowa :). No pozytywny szok, nie powiem, że nie.
Chociaż schola została powołana na początku września 2006 roku, to uroczystą Mszę świętą rocznicową mieliśmy dzisiaj. W sumie to nie spodziewałam się, że coś w ogóle będziemy działać w tym kierunku, dlatego ucieszyłam się, że o tym pomyśleli. Tydzień temu wzięłam albę do prania, żeby nie była taka ukocurzona jak była. Trzeba się jakoś prezentować na uroczystości, czyż nie?
Tradycyjnie ubogacaliśmy Mszę świętą o godzinie 11:00. Tym razem była to jednak "nasza" Msza, podczas której chcieliśmy podziękować za tą dekadę, podczas której śpiewaliśmy na chwałę Bożą, a dokładniej za "otrzymane łaski z prośbą  o zdrowie, Boże błogosławieństwo, dary Ducha Świętego oraz opiekę Matki Bożej Wspomożycielki i św. Jana Bosko dla wszystkich byłych i obecnych osób śpiewających w scholi Don Bosko – z racji 10 rocznicy istnienia i służby w parafii i dla ich rodzin o miłosierdzie Boże."(uff, skopiowałam ze stronki parafialnej, żeby nic nie przekręcić). Ku mojemu zaskoczeniu, jako jedyna z członków scholi poszłam z kwiatami zanieść je w darze do ołtarza(reszta była rodzinami scholanek). Nawet zostałam utrwalona na zdjęciu:
Na koniec natomiast poszłam rozdać cukierki urodzinowe do wyznaczonych ławek. Nosz... a już miałam poważnie pogadać z niektórymi na temat ubiegłorocznego nicnierobienia. Chyba jednak z tym poczekam, bo, uwaga, uwaga, dostałam do przeczytania rozważanie różańcowe na 16 października... Zastanawiam się, gdzie jest ukryty haczyk, bo to że podczas niedzielnej Mszy świętej w czasie diecezjalnych ŚDM jestem sobie jeszcze w stanie wytłumaczyć(bo wolontariuszka, bo gości u siebie Włochów, bo wieczorem będzie na ŚDM w Krakowie i będzie mały wstyd), ale obecne zachowanie? No chyba, że to taki prezent urodzinowy... Pomijam fakt, że przed Mszą świętą nikt nie wiedział o nich. 
Po Mszy wyszedł do nas nowy ksiądz proboszcz, aby rozdać nam pamiątkowe dyplomy, zaś od naszego opiekuna, księdza F., dostaliśmy czekolady. A kwiaty? Były i kwiaty, które każdy z nas dostał od dziadków jednej ze scholanek. Ostatnim punktem była jeszcze wspólna pamiątkowa fotografia całej scholi z opiekunem oraz z księdzem proboszczem.
Kurczaczki, tak fantastycznie tutaj wyglądamy, że chyba wywołam sobie to zdjęcie i oprawię w ramkę
Kiedy wszyscy udali się do naszej salki, w której mamy swoje stroje, pozwoliłam sobie wyciągnąć przyniesione czekoladki i poczęstować innych z okazji moich jutrzejszych urodzin(pierwszy raz w historii). Wszyscy solidarnie odśpiewali mi "Sto lat" w 120 wersjach. Niektórzy spóźnili się na śpiew i byli niezorientowani w temacie. Oczywiście lotem błyskawicy zostali poinformowani co i jak. Życzeń dostałam co nie miara i to takie prosto z serca. Aż się wzruszyłam przy niektórych. A taką namacalną pamiątką dzisiejszego dnia, oprócz zdjęć rzecz jasna, na pewno będzie pamiątkowy dyplom otrzymany od proboszcza z jeszcze piękniejszym podziękowaniem wewnątrz:

* Przez tą moją pamięć czasami jestem nazywana "świadkiem diabła" :D

sobota, 24 września 2016

Kochany, lecą z drzewa jak wtedy kasztany...

Kocham tą piosenkę w wykonaniu pani Ireny Santor. W ogóle lubię wszystkie piosenki pani Ireny, która jest dla mnie mistrzynią polskiej sceny. Jej cło haryzmat i przepiękna barwa głosu sprawiła, że mogę jej piosenek słuchać na okrągło. A powyższa piosenka dosłownie skradła moje serce. Aż mi wstyd, że kaleczę ją fałszując jej słowa od czasu do czasu pod nosem. Doskonale opisuje ona moje dzisiejsze przedpołudnie.
Po wakacyjnej przerwie wróciłam do wolontariatu podczas sobotnich zajęć w naszym parafialnym Oratorium. Oczywiście na tyle, na ile będzie mi na to pozwalał czas, wszak mam jeszcze szkołę policealną, a i perspektywa napisania pracy licencjackiej i magisterskiej(do kompletu brakuje tylko doktoranckiej) czai się w perspektywie. Bo z pogodzeniem Oratorium i prób scholi dam sobie radę, nawet bez klonowania. Trochę denerwuje mnie tylko fakt, że nie mamy jakiegoś większego planu działania, a plan dnia poznajemy dopiero przed samymi zajęciami. Ale do tego powinnam się już przyzwyczaić.
Dzisiaj, jako że mamy już jakby nie patrzeć jesień, na tapetę poszło robienie zwierzątek i ludzików z owoców jesieni, a co za tym idzie musieliśmy iść z nimi do miejskiego parku. No bo kasztany, żołędzie i jarzębina same do Domu Młodzieżowego nie przyjdą.
Zajęcia zaczynają się o godzinie 10:00. Dzisiaj przyszło 9 dzieci. Pamiętam czasy, kiedy było ich i 20, a nawet i więcej. No cóż, czasy się zmieniają, dzieciaki nie są już takie chętne jak kiedyś. A może po prostu brakuje nam reklamy? Na początek modlitwa, wszak byliśmy w świętym miejscu, potem szybkie śpiewanie na rozruszanie, a następnie napisanie regulaminu spotkań(szybcy jesteśmy - dopiero na trzecich zajęciach na to wpadliśmy). A potem? Potem dzieciaki poubierały swoje kurtki i jak błyskawice wybiegły z budynku. Na prawdę, byli szybsi od nas, animatorów. A przecież to my jesteśmy za nie odpowiedzialni!
Na szczęście park miejski mamy tuż za płotem. Myli się jednak ten, kto sądzi, że dzieciaki szybko znalazły materiały potrzebne do wykonania ludzików i zwierzątek. Dopiero po dłuższym poszukiwaniu znaleźliśmy i dąb, i kasztanowiec, i nawet kalinę z jarzębiną. Tutaj pojawił się kolejny problem - o ile żołędzie już leżały spokojnie na ziemi, a jarzębina i kalina dała się łatwo zerwać, o tyle kasztany wisiały wysoko, o wiele za wysoko dla rączek najwyżej 10-cioletnich dzieci. Na szczęście był z nami ksiądz, który za pomocą swojego wzrostu oraz kijów i patyków strącał kasztany schowane w zielonych skorupkach. Ileż było przy tym krzyku i radości, kiedy dzieciaki biegły za kolejnymi toczącymi się kolczastymi kulkami niczym za piłką. Zasady były proste - kto pierwszy złapie kasztana, tego on będzie. A potem była zabawa z rozbijaniem skorupek, wszak kasztany trzeba wyciągnąć. Czułam się, jakbym miała te 16 lat mniej. A przecież pojutrze kończę 26 :).
Po godzinie wróciliśmy do Oratorium. Najpierw dzieciaki poszły do łazienki umyć łapki, wszak sok z kasztanów potrafi nieźle brudzić(zastanawiam się, jak usunąć czarne kropki z moich jasnych spodni, powstałych wskutek rozbijania łupinek), a następnie pobiegły do góry, gdzie już były przygotowane stoliki i wykałaczki. Nie wiem czy wiecie, ale mając wykałaczkę można spokojnie robić nimi dziurki. Bo ja do dzisiaj nie wiedziałam. Cóż, człowiek uczy się całe życie :). Przez godzinę była taka cisza w Oratorium, że aż ksiądz proboszcz przyszedł zobaczyć, czy zajęcia na pewno się odbywają :-D. Tymczasem spod rąk dzieci wychodziły kolejne ludziki, koniki, żyrafki i pieski, a nawet kosmici. Istny zwierzyniec. A i ja coś od siebie dorzuciłam - żyrafkę. A co - kto z kim przystaje, takim się staje. Dzieciaki były bardzo zaangażowane, nawet chłopiec z ADHD, który zawsze jest nie do ujarzmienia, przez cały czas w skupieniu wykonywał swoje prace.
I tak wspaniała scena została przerwana przez przerwę na posiłek. Menu na dzisiaj - bułki z nutellą(czyli coś nie dla mnie) oraz z dżemem morelowym i jagodowy(to już prędzej), do tego herbata. Skromnie, jak to w Oratorium. Po posiłku pomoc w lekcjach(zazwyczaj pomagam w mojej ukochanej matematyce - dziś tłumaczyłam dzielenie z resztą :D) oraz zabawy wolne. To ostatnie trochę nie wyszło, ponieważ dziewczynki zaczęły się w pewnym momencie kłócić i dokazywać. Nawet zastanawialiśmy się na spotkaniu podsumowującym, w jaki sposób przeciwdziałać takim sytuacjom w przyszłości.
W sumie to nie żałuję, że poszłam tam na te 4 godziny, bo był to naprawdę wartościowy czas. Trochę pobyłam wśród ludzi, trochę pomogłam przy dzieciach, trochę popracowałam manualnie. I nawet dostałam zadanie znalezienie jakiejś ciekawej zabawy ruchowej na przyszły tydzień. Zastanawiam się nad "ruszańcami" z tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, czyli utworami "Siewców Lednicy". Tylko czy dam radę im wytłumaczyć ruchy?

czwartek, 22 września 2016

Opowieści sprzed ponad wieku, czyli wyprawa do Warszawy(cz. 1)

Wiedziałam, że za wszelką cenę musiałam zobaczyć mobilną wystawę, która na kilka miesięcy zawitała na czwarte piętro Pałacu Kultury i Nauki. Mówię tutaj o wystawie "Titanic the Exhibion", której elektroniczne reklamy bombardują mnie z wszelakich stron. 
Została nawet uruchomiona specjalna strona internetowa, na której można wyczytać wszystkie najważniejsze informacje na temat wystawy(http://titanic.cojestgrane24.pl/). Postanowiłam wygospodarować nadprogramowe pieniądze zarówno na pociąg do Warszawy i z powrotem, jak też na sam bilet wstępu. Tym bardziej, że historia "Titanica" wpisuje się w ramy moich zainteresowagą klń. Pozostał tylko termin wyprawy, który nieprzypadkowo padł na czwartek. Bo w czwartki do POLIN(Muzeum Historii Żydów Polskich) jest darmowy wstęp.
Pierwszy, i prawdopodobnie ostatni raz, pokonywałam trasę Sosnowiec - Warszawa głośnym Pendolino. Nie powiem, komfort jest całkiem niezły, całą trasę pokonałam w niewiele ponad 2 godziny. Odkryłam też tajemnicę szybkości tych pociągów - tutaj może nie tyle chodzi o prędkość, ile o ilość pośrednich stacji. Prawda jest taka, że jak ruszył z Sosnowca, tak zatrzymał się dopiero w Warszawie(tylko nie pamiętam czy we Wschodniej, czy w Zachodniej). Na miejscu byłam tuż po 9 rano. Nie zdążyłam przeczytać nawet 1/3 "Arki Czasu", którą wzięłam sobie na podróż :(. A książka poniekąd nawiązywała do muzeum POLIN - wszak opisuje piekło holokaustu widziane oczami ośmioletniego chłopca. Jeżeli ktoś z Was chciałby przybliżyć najbliższym ten tragiczny okres, to z czystym sumieniem mogę polecić tą pozycję - w prostych i przystępnych słowach opisuje tamte czasy, a nawet ja sama czasami zaśmiewałam się czytając niektóre fragmenty(to trochę tak, jak z filmem "Życie jest piękne" - któż z nas chociaż na chwilę nie zaśmiał się patrząc na Roberto Benigni?). W dodatku sieć oferuje jeden napój w ramach biletu(kawa, herbata, woda - pod warunkiem, że jedziemy drugą klasą, bo w pierwszej jest większy wybór), obsługa też profesjonalna i pomocna(pomimo tego, co słyszałam od innych niepełnosprawnych, no ale zależy na co kto liczy...). Tylko ta cena... Dobrze, że mam jeszcze studencką zniżkę. A następnym razem zamawiam bilet z wyprzedzeniem - tak podobno jest taniej.
W stolicy ostatnio byłam 10 lat temu, na początku mojej edukacji w szkole średniej. Zaś w samym Pałacu Kultury i Nauki byłam w II klasie gimnazjum, na jakiejś wystawie dotyczącej pracy ludzkiego mózgu(taki prototyp dzisiejszego Centrum Nauki Kopernik). Dlatego miałam małego pietra, czy w ogóle trafię do PKiN. Jednak tuż po opuszczeniu Dworca Warszawa Centralna okazało się, że słynny, komunistyczny budynek mam tuż pod nosem. Wystarczyło przejść kilka przejść dla pieszych i byłam na miejscu. O tym, że wystawa w dalszym ciągu jest tam, gdzie ma być świadczył afisz widoczny nad wejściem do budynku. 
Udałam się do kasy w celu zakupienia biletu wstępu na wystawę. I tutaj spotkało mnie pierwsze zaskoczenie - chłopak siedzący przy kasie oznajmił mi, że niepełnosprawni nie płacą za zwiedzenie wystawy(może ta informacja komuś się przyda - nie mam pojęcia co z opiekunami). Ucieszyłam się, tym bardziej że na stronie milczą na ten temat jak grób... Dodatkowo do każdej wejściówki otrzymuje się nieodpłatnie audioprzewodnik, który w przystępny sposób przybliża widzowi tajemnicę mitycznego statku. Zaś cała narracja prowadzona jest na tle ścieżki muzycznej z chyba najsłynniejszego filmu o tragedii "Titanica" z 1997 r.
Wystawę można podzielić na trzy, chronologiczne części: w pierwszej poznajemy historię powstania statku, jak i samej kompanii White Star Line, druga poświęcona jest samej podróży, jej komfortu oraz najważniejszym pomieszczeniom na statku, trzecia to dzieje statku po zatonięciu. Na wystawie możemy zobaczyć także wiele pasażerów "Titanica" - nie tylko załogę i najbardziej znane osobliwości, ale również wiele zwyczajnych osób podróżujących transatlantykiem. W gablotkach znajdują się rzeczy osobiste tych osób, niejednokrotnie wydobyte już z dna morskiego(nie da się nie wzruszyć na widok odnalezionej na dnie szalupy ratunkowej obrączki kobiety, która zamarzła uczepiona jej boku, eleganckiego garnituru zmarłego pasażera pierwszej klasy, kocyka, w który owinięto małe dziecko, czy też buciki dziewczynki, która tamtej pamiętnej nocy biegła w nich do jednej z szalup), obok niektórych zapisków można przeczytać ich polskie tłumaczenie. Patrząc na mapę trasy statku aż chce się krzyczeć: "Przecież on był tak blisko celu podróży!". Naprawdę, jeszcze dwa dni i parowiec dopłynąłby do Nowego Jorku. Zachwyciła mnie makieta "Titanica", wraz z zaznaczonymi kajutami poszczególnych klas. Wyraźnie na niej widać, jak marne szanse na ocalenie mieli pasażerowie trzeciej klasy chociaż, w porównaniu z innymi transatlantykami zadbano, aby i ich podróż była komfortowa. Wygodne łóżka(które też zrekonstruowano), umywalki w kabinach, posiłki w jadalniach - dla wielu z nich to prawdziwy luksus. Organizatorzy wystawy zadbali, aby oglądający nią zobaczyli tak niesamowite rzeczy, jak zastawa z jadalni pierwszej klasy, leżak wraz z firmowym kocem znajdujący się na spacerniku drugiej klasy, czy też lunetę pierwszego oficera Williama Murdocha, a nawet pocztówki przedstawiające statek. Każdemu dech w piersiach zapiera stanięcie przy trójwymiarowym zdjęciem słynnej klatki schodowej pierwszej klasy, przejście fragmentem korytarza pierwszej klasy, czy też dotknięcie autentycznego lodu. Mnie zachwyciły także kunsztowne rekonstrukcje kabin pasażerów trzeciej i pierwszej klasy, pokazanie toalety drugiej klasy, fragment węgla wydobyty z kotłowni w 2001 roku jak również kabinę radiotelegrafistów. Duże wrażenie robi również znajdująca się na końcu wystawy tablica z imionami i nazwiskami, a także wiekiem i klasą bądź pełnioną funkcją osób, które tej nocy straciły życie. Niekiedy były to wręcz całe rodziny!
Fantastyczna przygoda, miejscami miałam wrażenie, że sama uczestniczę w tym tragicznym w skutkach rejsie. Zachęcam Was do odwiedzenie tej wystawy, tym bardziej że czasu jest coraz mniej(wystawa w Warszawie jest tylko do 9 października, więc to naprawdę jest ostatni dzwonek. Jedyny mankament polegał na tym, że podczas oglądania ekspozycji nie można było robić zdjęć, znalazłam jednak film promujący wystawę:
I na koniec taka mała ciekawostka - zawsze myślałam, że historia miłości Jacka i Rose z "Titanica" Jamesa Camerona jest historią wymyśloną na potrzeby filmu. Okazało się jednak, że jest ona oparta na autentycznych wydarzeniach. Ich pierwowzorami są podobno Henry Samuel Morley, trzydziestodziewięcioletni właściciel sklepu, i dziewiętnastoletnia Kate Phillips, sprzedawczyni. Morley porzucił żonę i wraz z kochanką ruszył w rejs Titanikiem, by w Ameryce rozpocząć nowe życie. Finał historii jest niezwykle podobny; Morley ginie w czasie katastrofy, a Kate udaje się uratować - na pamiątkę po ukochanym zostaje jej naszyjnik i poczęte na statku dziecko.

środa, 21 września 2016

Tego inaczej nie dało się opowiedzieć...

Kiedy byłam w marcu w kinie na filmie "Historia Roja", moją uwagę zwrócił jeden ze zwiastunów poprzedzających produkcję:
https://www.youtube.com/watch?v=8lOQ6GFWDRA (nie wiedzieć czemu film nie wchodzi mi dzisiaj na bloga)
Od razu wiedziałam jedno - muszę iść na ten film, choćby nie wiem co. Ucieszyłam się nawet, że jego premiera odbędzie się w okolicy rocznicy tragedii - o ile mnie pamięć nie myli to miał być 9 kwiecień. Już, już planowałam jak pogodzić zajęcia na uczelniach z udaniem się na film, już, już cieszyłam się na obejrzenie historii o największej polskiej tragedii, za czasów, w których przyszło mi żyć, kiedy okazało się, że premiera została przełożona na niewiadomy termin. Trudno, jak trzeba poczekać, to się poczeka.
Nowa premiera filmu została zaplanowana też na 9, tylko że września. Czyli pięć miesięcy później. Na obejrzenie filmu przyszło mi jeszcze poczekać tydzień ponieważ, jak już wiecie z poprzednich postów, byłam przez ten czas w Londynie. Jednak co się odwlecze to nie uciecze, dlatego postanowiłam wybrać się do kina w pierwszym możliwym terminie. Nie ukrywam też, że względy ekonomiczne nie były tutaj bez znaczenia, dlatego wybrałam wtorek, kiedy seanse są trochę tańsze niż na co dzień. 
Jednak zanim film wszedł do kina dla szerszej publiczności, odbył się pokaz przedpremierowe. Pojawiła się po nim lawina niepochlebnych opinii, zarzucających twórcom m.in. utrzymywanie wersji katastrofy sugerującej, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Przyznajmy jednak szczerze, że taka hipoteza też miała miejsce w przeszłości i wiele ludzi do dzisiaj w nią wierzy. Mimo wszystko poszłam na film z mieszanymi uczuciami.
Trudno jest jednoznacznie opowiedzieć treść filmu "Smoleńsk". Składają się na nią zarówno autentyczne materiały filmowe z okresu bezpośrednio po tragedii, wydarzenia z przeszłości(np. interwencja Lecha Kaczyńskiego w Gruzji) oraz po katastrofie(samobójstwo mechanika Jaka) odegrane przez aktorów, a także fikcyjna postać dziennikarki Niny, chcącej za wszelką cenę odkryć tajemnicę katastrofy prezydenckiego Tupolewa. Właśnie Nina mimowolnie stała się postacią pierwszoplanową i to z jej perspektywy obserwujemy zachowania Polaków po wiadomości o śmierci Prezydenta, jak też poznajemy różne przypuszczenia co do przyczyn katastrofy. Tutaj nie dowiemy się nic nowego, poza to, co już zostało powiedziane - pojawia się więc i słynna teoria zamachu, i błąd pilota, i wadliwość maszyny - znamy to już, prawda? Jedyne co może irytować widza to dziennikarska wścibskość Niny, jej nieustanna dociekliwość, czasem wręcz dręczenie rodzin zmarłych, aby tylko wyciągnąć od nich jakiś smakowity news, ale... czyż nie na tym polega praca dziennikarska i aktualny wyścig szczurów w tej branży? Przecież jak nie masz nowinki lepszej od konkurencji, to "nie żyjesz". Dlatego Nina, wraz z swoim partnerem, operatorem kamery Mateuszem, śledzi każdy krok np. żony po generale Błasiku(nie jest ona co prawda nazwana wprost, ale wiadomo, że o nią chodzi), uczestniczy w konferencjach poświęconych katastrofie, a nawet spotyka się w Stanach Zjednoczonych z ekspertem w dziedzinie lotnictwa. Wydaje się, że etyka dziennikarska dla niej nie istnieje. Dopiero na koniec filmu, kiedy kobieta dowiaduje się, że ją oszukano mówiąc nieprawdziwe rzeczy na temat kłótni generała Błasika z kapitanem samolotu, następuje swoisty katharsis tej postaci. Jednak co innego do głębi do mnie przemówiło - to scena, w której ofiary katastrofy pod Smoleńskiem witają się z osobami, które 70 lat wcześniej zostały zabite w lasku katyńskim. To takie symboliczne połączenie dwukrotnego utracenia elity polskiego narodu na tej ziemi.
Pomimo wielu negatywnych opinii na tematy filmu, jak i niesamowicie niskiej oceny na filmweb'ie nie żałuję, że poszłam na ten film. Trochę kuleje montaż całego filmu, widać parę niedociągnięć, muszę przyznać, że to jest poważny minus, bo spodziewałam się czegoś lepszego pod tym względem. Co do samej treści i ogólnego przekazu, to jeszcze raz zapewniam, że nie jest to narzucanie widzowi jednego punktu widzenia, a pokazanie wielu tez odnośnie przyczyn katastrofy. Po dobie muszę nawet przyznać, że tego typu filmu po prostu inaczej nie da się przedstawić. Ale to może dlatego, że, jak pisałam w poprzednim poście, katastrofy leżą w kręgu moich zainteresowań. A następnym filmem, na który planuję iść jest "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, a może i "Inferno" Rona Howarda...

poniedziałek, 19 września 2016

(Nad)zwyczajne zainteresowania

Kilka lat temu podczas tradycyjnego salezjańskiego "słówka na dobranoc" usłyszeliśmy od ówczesnego opiekuna młodzieży zrzeszonej w naszym parafialnym Oratorium krótką lekcję na temat posiadania przez ludzi, a w szczególności młodzież, pasji i zainteresowań. Każdy z nas posiada jakieś talenty, każdy z nas ma jakieś zainteresowania, które z powodzeniem może rozwijać. Rozwijanie swoich pasji i zainteresowań ma w zasadzie same plusy. Zainteresowania zapobiegają nudzie, pozwalają poznać ludzi o podobnych upodobaniach, poszerzając wiedzę w konkretnej dziedzinie stajemy się w niej w końcu ekspertami, zamiast "zapełniać" czas niepotrzebnymi czynnościami, robimy to, co naprawdę kochamy. Dla jednych będzie to obserwacja meczu piłki nożnej z trybun, a dla innych osobiste kopanie piłki nożnej z kolegami. Ważne jest, aby nie negować żadnej pasji, czy też zainteresowań, ponieważ w dużej mierze wpływają one na osobowość drugiego człowieka.
Również i ja mam swoje pasje i zainteresowania, którymi postanowiłam się z Wami podzielić. Niektóre z nich są popularne, niektóre dość specyficzne. Ważne jednak, że są, ponieważ pozwalają mi na odnalezienie się w otaczającej mnie rzeczywistości, a nawet pewną z nim integrację.
  1. Czytanie - książki wręcz pożeram. I to od samego początku. Karolinka nie umiała jeszcze mówić, ale recytować "Murzynka Bambo" Tuwima - a i owszem. Co prawda po swojemu, ale zawsze. A potem w wieku niecałych 5 lat sama nauczyła się czytać studiując poczciwy "Elementarz" Falskiego. Dalej już samo jakoś poszło, a półki w moim mieszkaniu zaczęły uginać się od kolejnych książek, bibliotekarka w szkolnej bibliotece nie nadążała zaś z zamawianiem nowych egzemplarzy. Co ciekawe, toleruję niemal każdy gatunek(kiedyś przeczytałam nawet całą encyklopedię PWN z 1954 r!), najbardziej jednak przemawiają do mnie powieści oraz książki popularnonaukowe(te drugie to chyba spuścizna bezinternetowych czasów). Teraz, od kiedy studiuję w Krakowie, mam trochę mniej czasu na czytanie, od czasu do czasu sięgnę jednak po jakąś pozycję.'
  2. Pisanie - już w pierwszej klasie szkoły podstawowej pisałam sobie krótkie opowiadania o przygodach ulubionego Królika Bugsa, a nawet coś w rodzaju fraszek. Dwa lata później "napisałam" podręcznik do liceum z własnymi tekstami(gdy po latach dotarłam do tego poziomu edukacji, sama się śmiałam z prostoty tekstów, które wtedy zaoferowałam, ale z drugiej strony czego się spodziewać po dziewięcioletnim dziecku?). Od czwartej klasy szkoły podstawowej do trzeciej klasy gimnazjum co semestr pisałam jakąś książkę(nauczycielka miała taką "wizję" dla wszystkich uczniów). Jakby nie liczyć, w tym okresie powstało aż 12 lepszych lub gorszych książek. Do szuflady, a jakże :). W między czasie napisało się coś na konkurs literacki bądź do gazetki szkolnej(to już dla szerszej publiczności). Kilka lat temu napisałam "Opowieść o czwartym królu", która "poszła w obieg". Reakcja - wow, super. Dzięki temu dzisiaj realizuję się w prowadzeniu Kroniki Parafialnej, czasami też skrobnę jakiś scenariusz. No i piszę bloga, dzięki któremu mogę do WAS "przemawiać". Przyznam szczerze, że gdyby nie dobrodziejstwa dzisiejszej techniki(czyt. komputery), pisanie z przyczyn sprawnościowych byłoby poza moim zasięgiem.
  3. Zagadki logiczne i matematyczne, w ogóle sytuacje wymagające myślenia - kiedy mówię o tym zainteresowaniu, wszyscy pukają się w głowę. Zauważyłam, że w społeczeństwie panuje stereotyp, że jeżeli ktoś nie jest w stanie posługiwać się przyborami geometrycznymi, to na pewno będzie noga z matematyki. Tymczasem ja znajduję się w grupie osób nieposługujących się przyporami do geometrii ("zaprzyjaźnienie się" z cyrklem skutkowało dziurą na pół zeszytu). I wiecie co - nie przeszkodziło mi to ani w ogólnej nauce, wraz z wystartowaniem w kilku konkursach przedmiotowych, ani w zdaniu jej na poziomie rozszerzonym. Co prawda na maturze miałam nauczyciela wspomagającego do zadań geometrycznych, ale to ja byłam "mózgiem" całej operacji. Wróżono mi nawet matematykę stosowaną na AGH, to jednak chyba nie dla mnie. Po prostu znam swoje ograniczenia(chociażby w dziedzinie geometrii) i wiem, że nie dałabym sobie rady. Nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiam liczyć, myśleć, kombinować... Krzyżówki, szarady, logiczne łamigłówki - po prostu raj dla mnie!
  4. Sport - też wraz z rozpoczęciem studiów w Krakowie przeszedł trochę na dalszy plan, aczkolwiek mam nadzieję, że w tym semestrze uda mi się wygospodarować chociaż cztery godziny na moje ukochane biegi i godzinę na basen. Chcę utrzymać sprawność, wiadomo że limity na rehabilitację NFZ są jakie są. Niestety, uprawianie sportu już dawno stało się dla mnie substytutem rehabilitacji. Ale ma to i swoje dobre strony. Oprócz sprawności, poprawiłam też pojemność swoich zapadniętych zaraz po przyjściu na świat płuc. Po rozmowie z pulmonologiem wiem, że gdyby nie bieganie, nigdy by do tego nie doszło, a na pewno nie na takim pułapie. Jestem też bardziej wytrzymała kondycyjnie, nogi mi się nie plączą, zauważyłam też, że kiedy regularnie trenowałam lepiej mi się spało i rzadziej chorowałam. No i jeszcze poprawiła mi się tolerancja na niektóre pyłki i pokarmy. Co prawda sytuacja polskich sportowców niepełnosprawnych odbiega od sportowców pełnosprawnych, nie należy się tym jednak załamywać. Ważne, aby robić to, co się lubi bez względu na okoliczności.
  5. Śpiewanie(a raczej wycie) - od zawsze lubiłam śpiewać, długo jednak wahałam się, czy wstąpić do parafialnej scholi, czy może nie. W końcu odważyłam się na ten krok i od 8 lat nikt mnie jeszcze z niej nie wyrzucił(co nie oznacza, że w pełni mnie tolerują - uwaga, ludzie niepełnosprawni automatycznie potrafią wyczuć wszelki fałsz względem ich osoby, zresztą całą gamę uczuć). Czasami czuję się w niej jak pełnoprawny, dostrzeżony przez innych członek, częściej jednak jak intruz, czy wręcz popychadło. Nieraz odnoszę wrażenie, że niektórzy bardzo chętnie pozbyliby się mnie z grupy. Ja jednak nie dam się tak łatwo stłamsić z prostego powodu - śpiewanie jest dla mnie niczym seans u logopedy. Po powrocie z próby bądź Mszy świętej czuję, jak mięśnie mojej twarzy są rozluźnione, jak lepiej mi się mówi. No i przede wszystkim mówię wyraźniej niż kiedyś.
  6. Wolontariat - coraz częściej mam wrażenie, że gdyby nie moja niepełnosprawność, to z całą pewnością poszłabym na studia pedagogiczne. Tymczasem stało się, jak się stało, a ja realizuję swoje marzenie z dzieciństwa, poprzez działalność w Parafialnym Oratorium. Czasu znowu na to brak, a przynajmniej w takim wymiarze, jakby się chciało, jednak kiedy tylko mogę, zachodzę pomagać przy naszych dzieciakach. Piszę już "naszych", ponieważ wiele z nich przychodzi do nasz już któryś rok z rzędu. Bo Oratorium to pomoc w nauce, zabawa, sport i wsparcie duchowe w jednym. A kiedy ludzie pytają mnie o moje ograniczenia ruchowe i werbalne, a pracę z dziećmi, ja odpowiadam z uśmiechem, że tam gdzie jest miłość i oddanie drugiemu człowiekowi, tam nie ma żadnych ograniczeń. Ale Oratorium to nie jedyny sposób na wolontariat - w tym roku wszak byłam wolontariuszem na Światowych Dniach Młodzieży, co uważam za wspaniałe przeżycie i doświadczenie.
  7. Podróże(te małe i te duże) - kto czyta mojego bloga nie od dzisiaj ten wie, że czasami lubię gdzieś wyskoczyć, coś zwiedzić. Nie ważne czy to są tereny w naszej pięknej Ojczyźnie, czy też poza nią. Przed każdą podróżą staram się co nieco poczytać o miejscowości, którą mam odwiedzić, nawet jeżeli jest zagwarantowany przewodnik. Z zagranicznych miejscowości zobaczyłam już m.in. Wenecję, Asyż, Padwę, Rzym, Wiedeń, Budapeszt, Paryż, Brukselę, Luksemburg, no i ostatnio Londyn. Od zawsze kocham wspinaczkę górską oraz po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Poniekąd nawet kierunek moich studiów pokrywa się z podróżowaniem - turystyka religijna, turystyka i rekreacja. Coraz częściej staram się jednak nie być tylko biernym turystą, ale tym czynnym, samodzielnie organizującym sobie(a także i innym) czas poza naszym miastem. Teraz jestem w trakcie organizacji wycieczki do Warszawy dla 20 niepełnosprawnych osób. A z takich kosmicznych pomysłów to w 2019 marzy mi się Panama wraz z ŚDM.
  8. Rosja, dynastia Romanowów - tutaj ukłon w kierunku piosenkarza Ivana Komarenki, którego 12 rocznicę poznania będę za dwa dni świętować. Jako gimnazjalistka chciałam bliżej poznać kulturę i historię jego kraju i dosłownie mnie wciągnęło. A kiedy dotarłam do historii Romanowów... Oszalałam na punkcie naszych wschodnich sąsiadów. Do tego stopnia, że od liceum uczę się języka rosyjskiego. I chyba całkiem dobrze mi idzie... Jeżeli kiedyś będę miała okazję zwiedzić chociaż cząsteczkę Rosji, z pewnością się nie zawaham, pomimo wielu czarnych kart w historii naszego kraju zadanych nam przez Rosjan.
  9. Titanic - nie pytajcie dlaczego, ale na pewno nie pod wpływem cukierkowego filmu Jamesa Camerona zrodziła się moja miłość do historii tego legendarnego statku. Prędzej zaciekawił mnie nakręcony rok wcześniej dwuodcinkowy film o tym transatlantyku. A potem się zaczęło okupywanie telewizora w celu obejrzenia kolejnego filmu dokumentalnego nakręconego w głębinach. Poskutkowało to napisaniem książki o tragedii(patrz zainteresowanie 1), naciągnięcie rodziców na model "Titanica", aż w końcu, kiedy nauczyciele w podstawówce dowiedzieli się o mojej pasji - własna prelekcja na ten temat dla podstawówki i gimnazjum. W tej kwestii regularnie poszerzam swoją wiedzę, a nawet analizuję sytuacje, w których istniała szansa na uratowanie większej ilości pasażerów.
  10. Niektóre katastrofy - tutaj znajdują się zarówno te bardziej znane, jak np. wybuch reaktora atomowego w Czarnobylu, ataki terrorystyczne na WTC, w Madrycie, Londynie, Paryżu, Monachium, katastrofa w kopalni Halemba, czy też zawalenie się hali w Katowicach(mało brakowało, a i ja bym wtedy była w centrum wydarzeń), jak i te mniej znane, jak np. zatonięcie bliźniaczej jednostki Titanica - Britanica, czy też katastrofa sterowca Hindenburg. Tak naprawdę nie umiem powiedzieć na temat ilu katastrof dotychczas przeczytałam, ale na pewno zebrałaby się niezła z tego książka. A temat jest jak najbardziej otwarty, wszak katastrofy są, były i będą wciąż się działy.
  11. Życie ludzi pod zaborami - temat jak dla mnie ciekawy i szeroki jak rzeka. Przez 123 lata Polska znajdowała się pod zaborami trzech okupantów. Co ciekawe, każdy zabór miał swój pomysł na prowadzenie polityki wobec naszego kraju. Zabór zaborowi nierówny, toteż wiele ludzi emigrowało w poszukiwaniu lepszego życia. A jak już zostawali, to z reguły zostali pozbawieni swojej polskości, która żyła w tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Bardzo lubię powieści i nowelki Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Żeromskiego, Reymonta, Konopnickiej czy też Dąbrowskiej, które w niezwykle obrazowy sposób opisują życie w tamtych czasach. Trudne życie, ale jakżeż piękne, bo mające na celu utrzymać polski język, kulturę i tradycję.
  12. Judaizm i holokaust - temat niezwykle trudny, a równocześnie ważny. Dla wielu z nas Żydzi są "starszymi braćmi w wierze". I chociaż wciąż spotykam się z przejawami antysemityzmu, to uważam, że naród żydowski wniósł bardzo dużo do naszego kraju. To z narodu żydowskiego wywodziło się wielu lekarzy, naukowców, odkrywców, a nawet pisarzy. Żydzi przepięknie grali na instrumentach muzycznych, równie charyzmatycznie śpiewali. Również dzisiaj wśród wielu uchodzą za brudasów, prawda jest taka, że to jeden z najbardziej przestrzegających zasad higieny naród na świecie. Od zawsze potępiałam holokaust, zło, które w największym stopniu dotknęło właśnie ich naród. Równocześnie staram się poszerzać wiedzę na temat ich zwyczajów oraz tradycji.
  13. Biblistyka i teologia - lektura Pisma Świętego towarzyszyła mi od zawsze. Najpierw to była "Biblia dla dzieci", z czasem zmieniła się na "dorosłe" Pismo Święte. Nie będę pisać jak bardzo się cieszę, że na moich studiach licencjackich mamy takie przedmioty jak "Wstęp do Pisma Świętego", "Stary Testament", "Nowy Testament", "Teologia fundamentalna", "Teologia moralna". Wreszcie mogę rozwijać swoje zainteresowania odnośnie treści ksiąg Starego i Nowego Testamentu, jak i na bieżąco otrzymywać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Bo teologia, a co za tym idzie sama wiara, nie opiera się tylko na miłości do Boga, jak niektórzy ludzie myślą. W wierze ważne jest wciąż pogłębiająca się więź i zaufanie pomiędzy człowiekiem, a samym Bogiem. Czasami nie wystarczy tutaj sama modlitwa, a odczytanie słów Bożych skierowanych do nas za pośrednictwem Pisma Świętego. Po wielu latach mogę powiedzieć, że gdyby nie czytanie Pisma Świętego, to moja wiara byłaby dużo płytsza niż jest. 
  14. Hagiografia - jest to nauka o świętych. Wierzę w świętych obcowanie(chociaż wielu neguje ich kult), jak również w to, że są "prawą ręką Boga". Zawsze powtarzam, że nie jest źle się modlić do patronów, pod warunkiem, że ten kult nie przyćmiewa zaufania wobec najwyższego. Mam kilku swoich ulubionych świętych i błogosławionych, jak również patronów wielu spraw, którym poświęcam troszkę więcej uwagi. Jednakże przed każdą kanonizacją, jak i niektórymi beatyfikacjami staram się poznać ich sylwetki, "programy", wyszukać ciekawostki związane z ich życiem. Także przed wizytą w jakimś sanktuarium sprawdzam, czy nie był z nim związany jakiś święty. Ale to ostatnie można podciągnąć pod zboczenie zawodowe :)
  15. Poczet papieży - to już zupełna nowość wśród moich zainteresowań, zapoczątkowana podczas Światowych Dni Młodzieży(nawet zastanawiałam się, czy z samego ŚDM nie zrobić osobnej kategorii, postanowiłam jednak podciągnąć ją pod tą). Pod tą komodą wiąże się sporo, bo oprócz życiorysów, są tutaj i dokumenty i bulle wydane przez poszczególnych następców św. Piotra, i encykliki, i homilie wraz z kazaniami oraz przemówieniami. Jak to się rozwinie - zobaczymy. Na razie mam multum materiałów na temat Jana Pawła II, dwie książki o Franciszku(na urodziny mam dostać coś na temat tegorocznych Światowych Dni Młodzieży w Krakowie), dwie o Benedykcie XVI, dwie o Janie XXIII i jedną o Pawle VI. Na szczęście internet to kopalnia wiedzy na ten temat, a i uczelniana biblioteka nie próżnuje w tym temacie.
  16. Fotografia - to też zupełnie nowa pasja, wszak cyfrówkę mam dopiero od 2 miesięcy. Myślałam, że przy mojej atetozie będzie mi trudniej zapanować nad robieniem zdjęć, ale nie, nawet spoko wszystko chodzi. Co prawda do takiego Arturo Mari jeszcze mi daleko, zawsze mogło być jednak gorzej...
Kurcze, muszę zacząć cieszyć się ostatnim tygodniem, podczas którego mogę powiedzieć "Mam 25 lat!". W przyszły poniedziałek wchodzę na lever wyżej, czyli w 26 rok życia...

sobota, 17 września 2016

Londyn podbity

Niepełnosprawność człowieka nie oznacza, że musi on siedzieć zamknięty w ścianach swojego mieszkania. Może i kiedyś tak było - te czasy odeszły już jednak w zapomnienie(przynajmniej w naszym kraju, bo np. w takiej Rosji niepełnosprawnych w dalszym ciągu "nie ma"). Coraz częściej widzi się je w miejscach użyteczności publicznej, szkoły coraz częściej otwierają przed nimi swoje drzwi, tak samo jak i uczelnie. Trochę sytuacja kuleje w zakładach pracy(kiedyś starając się o zaliczenie praktyki usłyszałam w pewnej instytucji publicznej, że nie, bo będę "odstraszać ludzi"), mam jednak nadzieję, że w końcu i tutaj zmieni się sytuacja na lepsze.
Przez ostatni tydzień wałęsałam się po stolicy Anglii - Londynie, przy okazji zahaczając o słynny na cały świat Oxford. No dobrze, nie wałęsałam się, ale pojechałam na w pełni zorganizowaną i dostosowaną do potrzeb i możliwości osób niepełnosprawnych wycieczkę. Już po raz 4 w ok. 80% stałym towarzystwie (bo kilka osób było nowych) udowodniliśmy, że ani wózek inwalidzki, ani żadna inna niepełnosprawność nie musi stać na przeszkodzie, aby realizować to, co się naprawdę lubi. A że podróże są jedną z moich pasji, to szkoda nie skorzystać z okazji, kiedy się taka nadarza. O ofertach wycieczek, jak i ich cenach dowiadujemy się najczęściej na przełomie listopada/grudnia, tak więc przez kilka miesięcy można systematycznie dokonywać wpłat w dogodnych ratach.
Powiem krótko - Londyn oczarował mnie od pierwszego wejrzenia. Big Ben, budynek parlamentu, obserwatorium w Greenwich, twierdza Tower of London, opactwo Westminster Abbey(miejsce ślubu m.in. księcia Williama i księżnej Kate), pałac Buckingham to miejsca obowiązkowe do zobaczenia podczas wizyty w Londynie.
Słynne Greenwich - miasto dzielące glob na dwie połowy z Londynem w tle.
Słynny Oxford wywołał we mnie zachwyt i jedną myśl - kurcze, jak fantastycznie byłoby tutaj studiować i zdobywać wiedzę...
Jeden z budynków Oxfordzkich
Legenda głosi, że kiedy kruki odlecą z twierdzy Tower of London, to przestanie ona istnieć...
Zwiedzaliśmy też słynną galerię figur woskowych Madame Tussaud's, które trochę mnie zawiodło. Pomijam fakt, że osoby przebywające na wózkach nie zostały wpuszczone do środka. Jakieś 10 lat wstecz byłam w podobnej galerii, ale nad naszym polskim morzem i jakoś bardziej zrobiło to na mnie wrażenie. Nie powiem, bo np. taki Stephen Hawking podobał mi się(aż musiałam sprawdzić, czy faktycznie ma rurkę tracheotomiczną tam, gdzie jego woskowa kopia), ale większość... Są gusta i guściki. Inna sprawa, że dostaliśmy tylko 1,5 godziny czasu na samodzielne zwiedzanie. A że sal z figurami było od groma, to czuję pewien niedosyt, bo nie wszędzie się doszło... Coś tam jednak zobaczyłam, więc nie jest źle. Zdjęcia będą później, bo niestety, moja cyfrówka nie podołała robieniu zdjęć w ciemności. Ale jak to ktoś powiedział - "Z. zrobił 3000 zdjęć Londynu. Lolek jest na 2999 z nich". Więc teraz wystarczy tylko poczekać na tych 2999 fotografii.

CDN

sobota, 10 września 2016

Post z dedykacją dla Wojtka - Innego Syna :)

Właściwie byłam pewna, że ktoś nagrywa niezwykłe widowisko upamiętniające 100 lat istnienia Dąbrowy Górniczej jako miasta. Kwestią czasu było tylko to, kiedy pojawi się ono na popularnej platformie youtube. A i tego się doczekałam. Mapping, bo o nim mowa, jest jedną z nowinek technicznych, które w ostatnim czasie pojawiły się w naszym kraju. Ja sama, prawdę mówiąc, spotkałam się z nim pierwszy raz. 
Według wikipedii, mappingiem można nazwać nakładanie dwuwymiarowego obrazu na trójwymiarowy obiekt(w naszym przypadku była to jedna z wizytówek miasta - Pałac Kultury Zagłębia). Mapa siatki obiektu 3D transformowana jest na płaszczyźnie jako dwuwymiarowy obraz. Tekstura UV posiada zatem tylko 2-wymiarowe współrzędne: "U" i "V", zamiast "X", "Y", "Z", które są znane z teksturowania w trójwymiarze. Po tak przygotowanej mapie można malować, tworząc teksturę UV i nałożyć ją na obiekt trójwymiarowy. Tworzy to efekt malowania po powierzchni obiektu. Jest to też wygodne dla teksturatora malującego teksturę.
Tyle teorii, a teraz czas na praktykę, że szczególną dedykacją(a co!) dla osoby kochającej wszelkie światło w ciemności, czyli Wojtka znanego w blogosferze jako Inny Syn:
A czy ktoś z Was spotkał się już z podobnym zjawiskiem?

czwartek, 8 września 2016

Za rok o tej samej porze...

Jasna Góra będzie świętowała 300 lecie nałożenia papieskich koron na skronie Matki Boskiej Częstochowskiej i Dzieciątka siedzącego na jej lewym przedramieniu. Była to nietuzinkowa uroczystość, nie tylko ze względów znaczenia obrazu w życiu polskich katolików, ale też dlatego, że po raz pierwszy koronacja obrazu odbyła się z dala od Stolicy Apostolskiej. 52 lata po cudownym ocaleniu wzgórza jasnogórskiego przed najazdem armii szwedzkiej dwie złote poświęcone przez ówczesnego papieża Klemensa  IX przybyły do Polski za sprawą nuncjusza apostolskiego w Polsce - Girolama Grimaldiego. I chociaż po pewnym czasie korony te zostały ukradzione, a na ich miejsce papież Pius X przekazał nowe, to jednak pierwsza koronacja była ważniejsza.
Dzisiaj wieczorem na wałach odbędzie się Msza święta otwierająca obchody jubileuszu 300 lecia tego wydarzenia. Planuję na niej być. W końcu studiowany kierunek do czegoś zobowiązuje, prawda? A kto nie może uczestniczyć w wydarzeniach plenerowych, może bez przeszkód włączyć się duchowo w to wydarzenie. Chętnych odsyłam na stronę - koronamaryi.pl, na której(szczególnie w zakładce "DARY") znajdziemy wiele cennych wskazówek i pomysłów w jaki sposób to uczynić. Również i ja zaznaczyłam kilka punktów, które chcę realizować przez następny rok. Oczywiście starałam się zaznaczyć takie, które będę mogła regularnie realizować. Tutaj nie chodzi bowiem o bohaterstwo, heroizm i zbawianie świata, tutaj chodzi o stworzenie nowych, tym razem żywych, bo duchowych koron Matki Boskiej. 
Chciałabym wytrwać w swoich postanowieniach, pomimo swoich słabości i ograniczeń. Czy mi się to uda - nie wiem. Jak zawsze wszystko powierzam w ręce Najwyższego. Tylko on zna treści każdego mojego dnia. A ja? Ja "jestem tylko ołówkiem w jego ręku*"...

* św. Matka Teresa z Kalkuty

wtorek, 6 września 2016

Idzie rolnik zlany potem - z świeżym ziarnem - polskim złotem!

Dzwony biją gdzieś w oddali,
W tym roku wieniec dożynkowy nawiązywał do 100-lecia nadania praw miejskich
by się ludzie radowali.
W polu bardzo ciężka praca,
do domu się późno wraca.
Deszczu było bardzo mało,
by się lepiej pracowało.
Słońce grzeje należycie,
ułatwia żniwiarzom życie.
A na końcu - do kościoła!
By dziękować za plon pola.
Niosąc dziś niezwykłe dary,
lecz nie żadne to puchary!
Wieńce niosą dożynkowe,
jakież piękne, kolorowe!
Zaś na końcu - razem z chlebem,
jak we żniwa, nie raz jeden.
Idzie rolnik zlany potem -
z świeżym ziarnem - polskim złotem!
(doprawdy nie wiem, kiedy powstał powyższy wiersz... Był w jakimś ogólnym pliku)

Kiedy w wielu wsiach zanika dożynkowa tradycja, w naszym mieście kwitnie ona w najlepsze. Nie umiem powiedzieć od ilu lat organizowane są u nas organizowane, na pewno jest to tradycja starsza ode mnie. Przyniesiona została przez ludzi emigrujących ze wsi "za chlebem". A że do Dąbrowy należy sporo typowo wiejskich dzielnic(gdzie doi się krowy i jeździ w pole traktorami) nie ma problemów z jej kultywowaniem. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy każda dzielnica robiła uroczystości dożynkowe u siebie. Od pewnego jednak czasu wybrana na dany rok dzielnica robi uroczystości dożynkowe w centrum miasta. Najpierw jest uroczysta Msza święta w bazylice, a następnie wszyscy udają się w barwnym korowodzie do parku miejskiego, w którym ma miejsce dalsza część, już bardziej artystyczna. 
W tym roku gospodarzem dożynek była dzielnica Okradzionów(nie mylić jak ja przez większy czas z Ogrodzieńcem). Proboszcz tamtejszej parafii wygłosił bardzo mądre kazanie o marnowaniu darów naszej ziemi. Opowiadał, jak wiele razy pytał swoich parafian, którzy posiadają pola, dlaczego leżą ugorem. Odpowiedź jest zawsze taka sama - bo się nie opłaca. A tymczasem uprawa roli była jedną z pierwszych umiejętności, jaką posiadł człowiek. Zaś w procesji z darami zaniesiono chleb wypieczony z mąki z tegorocznych plonów. Tradycyjnie był on podzielony potem między przybyłych ludzi. Podczas Mszy świętej grała orkiestra, co sprawiło, że tradycyjnie już byłam oczarowana tym wszystkim co się wokół mnie działo.

Po Mszy świętej przeszliśmy w barwnym korowodzie, przy dźwiękach orkiestry miejskiej, do Parku Miejskiego, gdzie ustawiona była scena.
Pierwszy raz towarzyszyli nam oficjalnie pszczelarze
"A powszechnego chleba racz nam dać,
na pokuszenie nigdy nie wódź nas,
Tym co ranią nas winy przebacz też,
prosimy Cię, dziś prosimy Cię"
Tradycyjnie w uroczystości wzięło udział wiele delegacji
Kolejna tradycja - ucałowanie chleba przez prezydenta miasta
Aby nikomu tego chleba nie zabrakło
Gospodarz dożynek - Koło Gospodyń Wiejskich z Okradzionowa
Najmłodsi też się wspaniale prezentowali
Piosenka o Jasieńku z głównym bohaterem(ten chłopczyk w góralskim kapelusiku) w tle!
To było piękne święto, a kolejna okazja do świętowania udanych zbiorów już za rok. Tym razem pałeczkę ma przejąć dzielnica Strzemieszyce Małe.