Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 31 października 2016

Filmowa relacja z Twardogóry i Przyjaźni przez duże P

Korzystając z chwili wolnego czasu, postanowiłam zrobić filmik prezentujący Oratoriadę w Twardogórze. Nie jest on idealny, wszak dopiero poznaję tajniki Movie Maker, na potrzeby bloga wyrzuciłam też filmiki(wraz z nimi produkcja przekracza dopuszczalny limit 100 Mb). Jednak jest, z czego cieszę się jak dziecko. Zaraz zabieram się za pisaniu reportażu na ten temat na stronkę internetową mojej parafii. W przeciwieństwie do artykułu na wiadomości24 mogę sobie pozwolić na trochę prywatnych przemyśleń :).
video
Jako, że jutro przypada Dzień Wszystkich Świętych, udałam się aby zakupić znicze. Obeszłam dwa sieciowe markety - jedyne co mi miały do zaoferowania, to żelowe wkłady. Czego to ludzie nie wymyślą. Jeszcze woskowe znicze jestem w stanie zrozumieć, ale żelowe? No nic, postanowiłam iść pod cmentarz - tam zawsze można coś kupić. Nabyłam więc 5 zniczy w bardzo przystępnej cenie. A przy okazji spotkałam się z jedną z moich koleżanek, jeszcze z czasów gimnazjum. A. tak bardzo ucieszyła się na mój widok, że aż dostałam zaproszenie na herbatę do jej babci. Co prawda poświęciłam ostatnie nabożeństwo różańcowe w mojej parafii, ale mam nadzieję, że nie zostanie mi tego wzięte za złe. Zresztą, jeżeli Bóg widział radość na twarzy A. to z całą pewnością wybaczył mi tą nieobecność. Ja zaś poszerzyłam krąg realnych znajomych. No i dowiedziałam się, że sympatyczna staruszka znała z widzenia moją mamę, a tym samym i mnie. Jednak ten świat jest mały. Z A. wygadałyśmy się za dwa lata(ostatnie nasze spotkanie takie na prawdziwe pogaduchy było w >>TEGO<< Sylwestra). Co prawda po drodze mieliśmy jeszcze kilka spotkań z jeszcze jedną naszą koleżanką, ale jakoś nigdy rozmowa nam się wtedy nie kleiła. A ja wiem, że z A. można pogadać tak normalnie, po ludzku, wystarczy tylko chcieć. Tym bardziej, że dziewczyna ma kłopoty z wyrażaniem werbalnym swoich myśli. Czasami trzeba jej pomóc znaleźć odpowiednie słowo, czasami naprowadzić na myśl, którą przed chwilą wyraziła. Ale czy to jest powód, aby się od niej odsuwać? To tak, jakby mnie dyskryminować ze względu na niewyraźną mowę, czy wręcz za niemożliwość doniesienia sobie kubka z herbatą. A jednak z pomocą innych wszystko jest możliwe. Chyba nawet dzięki temu z A. doskonale się uzupełniamy. Ja pomagam jej znaleźć słowa - ona mi przenosić różne rzeczy. I nigdy, naprawdę nigdy nie poczułam przy niej, że coś jest nie tak. Mam nadzieję, że ze wzajemnością.

Przypominam o zrzutce na ogród sensoryczny dla Poli i Maxa :)

niedziela, 30 października 2016

Paluszek i główka to żadna wymówka

Nie wiem czy to dzisiejsza zmiana czasu, czy może ogólne rozstrojenie, ale rano otwierając kotu puszkę z jedzeniem rozwaliłam sobie palec. Pociągnęłam za wieczko pierwszą - lipa, uchwyt się tak urwał, że jedyna szansa na dostanie się do smakowitego kąska prowadzi przez otwieracz do konserw. Na to jednak nie miałam czasu, wszak na 11:00 szłam do kościoła. Ale była jeszcze druga karma. Co prawda otwierając ją też urwałam uszko, jednak okazało się, że wieczko trochę puściło. Logicznie myślący człowiek podważyłby je czymś. Ja jednak chciałam być sprytniejsza i podważyłam je, ale palcem. W pewnym momencie poczułam przenikliwy ból, a skóra w momencie przybrała kolor czerwony. Automatycznie wsunęłam rękę pod zimną wodę, mając naiwnie nadzieję, że szybko zahamuję krwotok. Nic z tego. Tragizmu nadawał fakt słabej krzepliwości mojej krwi. Właściwie zawsze z ran krew leje mi się strumieniami. Dlaczego więc tym razem miałoby być inaczej, prawda? Po opanowaniu z grubsza bólu i wsadzeniu krwawiącego palucha do paszczy poszłam szukać plastrów opatrunkowych. Ok, z tym nie było problemów, wiedziałam gdzie je mam. Udałam się więc do łazienki, aby się opatrzyć. Wyjęłam palec z buzi i... ble... w ustach miałam pełno krwi, której krople ciurkiem ciekły z uszkodzonego ciała. Szybko zakleiłam sobie ranę i poszłam się przebrać. Po kilku chwilach okryłam, że plaster przemókł kompletnie, tak że czerwona substancja przeciekała nawet przez pozornie szczelną część z klejem. Znowu pobiegłam do łazienki, w której jeszcze były plastry i zmieniłam opatrunek. W pewnym momencie miałam ochotę zadzwonić do babki ze scholi, że jednak nie przyjdę dzisiaj, bo się wykrwawiam, ale z drugiej strony - co to za wymówka? Dlatego założyłam ciemne rękawiczki(które wkrótce też przemokły), ciemną kurtkę, wzięłam paczkę chusteczek higienicznych i w drogę. Mszę wytrzymałam, chociaż ciężko było. Urwałam się dopiero po pieśni na wyjście i pobiegłam do domu, gdzie szybko wsadziłam rękę pod zimną wodę i znowu zawinęłam w plaster. Tym razem jednak włączyłam sobie telewizor i czekałam na dalszą część wydarzeń. W końcu rana zaczęła się sklepiać, chociaż bolało jak diabli. Ale przynajmniej krew się nie lała. Za to zaczęła boleć mnie głowa. A tu jeszcze czekało mnie nabożeństwo różańcowe, na które tak bardzo chciałam iść. I poszłam. Co prawda nawet opiekunka scholi pytała się mnie, czy wszystko w porządku, bo jakoś tak dziwnie wyglądam. Nie no, o 16:30 już było w porządku. Chociaż jeszcze mi ciekło z rany, ale tragedii nie było. Tym bardziej, że znowu miałam rękawiczki na dłoniach. No nic, na drugi raz człowiek będzie mądrzejszy i użyje jakiejś wajchy do podważenia wieczka :). Przynajmniej oszczędzę palce.
Jak pewnie zauważyliście, na prawym panelu ponownie pojawił się baner informujący o zbiórce pieniędzy, tym razem na ogród sensoryczny dla dwójki uroczych maluchów - Poli i Maksa. Obydwoje chorują na niezwykle rzadkie schorzenie genetyczne - zespół Leigha. Nie ukrywajmy, na dzień dzisiejszy jest to choroba nieuleczalne, pacjenci nie dożywają pełnoletności. Dzieciaki mają jednak coś, czego niejeden może im pozazdrościć - wspaniałych, kochających rodziców, którzy walczą o każdy dzień ich życia. Szukając kolejnych sposobów terapii maluchów, matka trafiła któregoś dnia na trop Ani. Przeczytawszy na jej blogu o ogrodach sensorycznych stwierdziła, że byłaby to doskonała terapia dla jej ukochanych pociech. Skontaktowała się więc z Anią, która bez problemu zgodziła się pomóc rodzinie. Zrobiła już pewien kosztorys, a wiedzcie, że taka specjalna ścieżka nie jest wcale tania:

Wiem, wiem. Pewnie wielu z Was puka się w głowę widząc tak zawrotną sumę. Wielu z Was może sobie pomyśleć, że to szaleństwo wydawać tyle pieniędzy na pomoc dzieciom, które i tak odejdą z tego świata. Może i macie rację, ale z drugiej strony dzięki temu ogrodowi zmysły tych maleństw będą pobudzone, zaś w ich życie wkradnie się jeszcze więcej radości. Zresztą któż z nas nie zrobiłby wszystkiego dla dobra swoich dzieci, nie wniósłby w życie nawet najbardziej szalonego pomysłu? Dlatego proszę, nie oceniajmy ich rodziców, nie wytykajmy im "szalonych pomysłów". To tylko rodzice, którzy chcą jak najlepiej dla swoich dzieci - Maksa i Poli. Zwracam się też o udostępnienie apelu na swoich blogach i stronach. To nic nie kosztuje, a może bardzo pomóc. Kod do baneru to ->  <iframe width="300" height="419" src="https://zrzutka.pl/cbd68p/widget/13" frameborder="0" scrolling="no"></iframe>. Możecie też pomóc przekazując potrzebne materiały autorce projektu ścieżki, Ani. Bliższe informacje na ten temat znajdziecie na jej blogu -> http://pomyslowyogrod.blogspot.com/. A ja ze swojej strony wrzucam zdjęcia maluchów, abyście się jeszcze bardziej przekonali, że tym kochanym buźkom naprawdę warto pomóc:
To jak? Mogę jakoś na Was liczyć?

czwartek, 27 października 2016

Światowe Dni Młodzieży 2016 - epilog

Tuż przed wyjazdem na Oratoriadę dostałam od księdza wiadomość, że w niedzielę 23 października o godzinie 16 dekanat organizuje Mszę świętą dla wolontariuszy posługujących podczas tygodnia w diecezji oraz rodzin goszczących przyjezdnych gości, po Mszy zaś zaplanowany jest poczęstunek w ramach podziękowania za te dni. Co prawda byłam już na jednym podziękowaniu, które odbyło się na początku września w Czeladzi >>KLIK<<, jednak skoro dekanat coś organizuje, to czemu by nie skorzystać? W końcu dokonałam nie lada wyczynu w oczach większości osób, łącząc Światowe Dni Młodzieży w rodzimej parafii z Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Oczywiście była taka możliwość i wielu wolontariuszy z niej skorzystało stając się tzw. wolontariuszami hybrydowymi. Wiązało się to m.in. z wcześniejszymi szkoleniami. Jednak moje zgłoszenie doszło do centrum wolontariatu zbyt późno i skończyło się na tym, że odstawiwszy moich Włochów na pociąg do Częstochowy biegłam na busa do Krakowa, a potem z wywieszonym językiem wracałam, aby odebrać ich z dworca PKP na czas. Do dzisiaj nie wiem jak, ale udało mi się pogodzić jedno i drugie. 
Napisałam więc do księdza SMSa z pytaniem, czy zdążymy dotrzeć z Twardogóry na czas. Chwilę później otrzymałam wiadomość zwrotną, z której wynikało, że na Mszę świętą nie zdążymy, ale na poczęstunek już tak. W takim razie napisałam, że przyjdę. Jakby to ktoś powiedział, szwendam się od imprezy do imprezy :). Ale ogólnie nie żałuję, że poszłam. Nasza trzyosobowa delegacja z parafii siedziała właściwie do końca. Tylko tak trochę przykro mi się zrobiło, że z młodzieży nikogo od nas nie było. Dlaczego? Sama nie wiem. Po prostu ten typ tak ma. Z drugiej strony niech żałują, bo jedzenie było pierwsza klasa, chociaż przy mojej alergii pokarmowej nie wszystkiego mogłam skosztować. Szkoda, bo na pewno ciasta były pyszne. Tak samo jak kiełbaski z grilla czy barszczyk czerwony. Uwierzcie mi, palce lizać. Spotkanie było też doskonałą okazją do wspominania tych wspaniałych i niezwykłych dni. Tym bardziej, że właściwie każdy miał swój punkt postrzegania tego, co się działo przez tych kilka dni, zarówno w Krakowie, jak i w parafii. Przy okazji jakiś mężczyzna zadał mi pytanie, dlaczego schola śpiewała tego dnia na chórze. Zrobiłam oczy jak 5 złotych, bo po pierwsze - zawsze śpiewamy przy ołtarzu, a po drugie, w ogóle nie było mnie tego dnia w naszej parafii. Powiedziałam więc zgodnie z prawdą, że nie wiem.
Parafialna reprezentacja
Po tych kilku dniach zostały mi fotografie, plecak wolontariusza z wyposażeniem, flaga z logiem spotkania i przepiękne wspomnienia. Moje świadectwo tamtych dni pojawiło się nawet na stronie diecezjalnej >>KLIK<<. Certyfikat wolontariusza wisi na honorowym miejscu na tablicy korkowej. Przyjaciele z Oratorium dali mi na 26 urodziny książkę "Między kanapą, a odwagą", która zawiera wszystkie przemówienia papieża Franciszka podczas lipcowego spotkania z młodzieżą całego świata. Piękna pamiątka, zważając na fakt, że w ferworze posługi wolontariackiej nie zawsze był czas, aby wsłuchać się w słowa Piotra naszych czasów. Coś się skończyło, przeszło definitywnie do historii. Zostały jednak słowa, gesty, drogowskazy, które pozostaną na długi, długi czas w moim umyśle i sercu. Ponadto przed spotkaniem Ojca Świętego z wolontariuszami w TAURON ARENIE padł "Dekalog wolontariusza", który powinien być dla nas, wolontariuszy drogowskazem na naszą najbliższą przyszłość. Osobiście staram się nim kierować w życiu wierząc w to, że o tyle świat stanie się lepszy, o ile ja będę lepsza.

Dekalog wolontariusza Światowych Dni Młodzieży
1. Podziękuj Panu Bogu, że przeżyłeś i nie straciłeś wiary: za każdą osobę i za każde dobro, które zrobiłeś.
2. Zrób dla siebie coś dobrego: robiłeś bardzo wiele dla innych, teraz pomyśl o sobie. Kup sobie coś, wyjedź na wakacje, zjedz coś dobrego.
3. Kiedy wrócisz już do domu i się wyśpisz, przeczytaj na spokojnie to, co powiedział papież, bo powiedział bardzo wiele niesamowitych słów, ale ze względu na pracę pewnie nie miałeś czasu ich posłuchać.
4. Mów w domu, znajomym o tym, co było dobre: w czasie ŚDM było bardzo dużo zła, ale dobra było więcej, Boga było więcej. Spróbuj skoncentrować się na tym, co było dobre w tym czasie.
5. Znajdź chociaż jeden dzień na milczenie: idź do lasu albo zostań w domu, w ciszy: tutaj było dużo zgiełku, hałasu, pracy. Znajdź sam siebie w ciszy.
6. Wybierz formę modlitwy, której będziesz wierny. Wybierz taki rodzaj modlitwy, który pomoże ci być bliżej Pana. Bądź wierny Panu na modlitwie.
7. Wybierz sobie jeden uczynek co do ciała i do duszy i staraj się go pełnić przynajmniej do następnych Światowych Dni Młodzieży Wybierz sobie jeden uczynek i powiedz: to będzie moje miłosierdzie na następne lata.
8. Bądź wolontariuszem codziennie, postaraj się zrobić chociaż jeden dobry uczynek każdego dnia – nie musi to być rzecz wielka, może być mała, mała rzecz dla drugiego człowieka.
9. Kościół jest wspólnotą, nie jesteś sam. Doświadczyłeś Kościoła ludzi młodych. Jeśli masz wspólnotę, trwaj we wspólnocie, jeśli nie masz, poszukaj jej. Nie zrywaj więzi, które może się tu zrodziły, staraj się być blisko ludzi, którzy myślą, czują i kochają tak jak ty.
10. Najpiękniejsze jest dopiero przed tobą. Uwierz w to, że imieniem twojej przyszłości jest nadzieja. Twoja przyszłość nie jest skazana na to, żeby była bez nadziei, taka, jakby nie było ŚDM. Twoja przyszłość jest lepsza.

środa, 26 października 2016

Warto było...

W założeniu miałam napisanie tego posta zaraz po powrocie z pierwszej w moim życiu Oratoriady, jednak przez różne zbiegi okoliczności wylądowałam wtedy w miejskiej bazylice na pikniku będącym podziękowaniem wolontariuszom oraz rodzinom goszczącym za Światowe Dni Młodzieży. Ale o tym napiszę innym razem.
Z kilkudniowym opóźnieniem mój artykuł na temat tego spotkania trafił na portal wiadomości24(chociaż dziennikarz ze mnie kiepski): http://www.wiadomosci24.pl/artykul/oratoriada_w_twardogorze_wspomozycielka_ludzkich_serc_354909.html. Muszę jeszcze coś skrobnąć na stronkę parafialną, w planach jest filmik podsumowujący wyjazd, co z tego wyjdzie zobaczę w najbliższej przyszłości. Wiecie, ostatni rok studiów to nie przelewki, zresztą studia to nie wszystko - bo jest i schola, i Oratorium, i szkoła policealna. A i na życie muszę mieć trochę czasu. Zwłaszcza, że 4 grudnia zbliża się nieubłaganie, ja zaś od jakiś 8 lat własnoręcznie przygotowuję prezenty dla kilku Barbar. Hitem poprzednich lat okazały się trochę koślawe jelonki z gazet(z komentarzem "No co ty Lolek, bardzo piękne zwierzątka"), a także "Opowieść o czwartym królu"("Rewelacyjna książka, tylko koniec przywołał mi na myśl książkę "Rozdziobią nas kruki, wrony").
Wracając do spotkania, było rewelacyjnie. Było kilka wpadek świadczących o niedojrzałości, a raczej nieodpowiedzialności współczesnej młodzieży, ale można je przeżyć. Zebrało nas się ponad 200 osób z całej inspektorii wrocławskiej, co jest niesamowitym wynikiem. Nasza sześcioosobowa parafialna delegacja została zakwaterowana w przedszkolu należącym pod parafię, więc warunki mieliśmy wspaniałe. Ogólnie wywołałam zaskoczenie na twarzach kilku księży pracujących w naszej parafii i pełne niedowierzania pytania: "A co ty tu robisz?". Cóż, kogo jak kogo, ale chyba mnie nie spodziewali się zobaczyć na tego typu spotkaniu. A ja cierpliwie czekałam i oto jestem. I wcale nie żałuję przybycia, bo było bardzo ciekawie. Był czas i na modlitwę, i na naukę(poprzez konferencje) i na zabawę. Wszystkiego po trochu, w salezjańskim duchu. Największe na mnie wrażenie zrobił chyba salezjański różaniec pierwszego dnia, kiedy po każdej dziesiątce mogliśmy się zawierzyć Najświętszej Maryi Pannie poprzez zapalenie świeczki. Ja rzecz jasna tego osobiście nie uczyniłam, ale poprzez koleżankę ze wspólnoty. W zamian dostawaliśmy malutką dziesiątkę różańca. Akurat taką, o jakiej marzyłam i jaką chciałam sobie kupić. Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie gra miejska, podczas której gonili nas esesmani w przebraniu. Tego się nie spodziewałam. W sumie to były bardzo ciekawe i dużo wnoszące w moje życie trzy dni.
Rodzinka Salezjańska przesyła pozdrowienia ze spotkania formacyjnego w Twardogórze(duuużo nas było, nawet ksiądz inspektor przyznał, że dawno nie było tak licznej Oratoriady):
Brawa dla Pana fotografa, że udało mu się nas wszystkich ująć :D
A ja już z niecierpliwością czekam na początek grudnia i kolejną Oratoriadę, tym razem w Tarnowskich Górach.
P.S. Nawet nie wiedziałam, że tak nisko upadła współczesna młodzież - gimnazjalistki z Wrocławia paliły sobie jak dorosłe papieroski na Oratoriadzie, zaś siedzący obok mnie student(nota bene na uczelni katolickiej) po raz enty opowiadając o swojej pracy kelnerskiej użył wyrażenia "kur...". Normalnie, mam ochotę zwrócić lalusiowi uwagę, bo uszy mi już puchną.

piątek, 21 października 2016

Przed wyprawą do Twardogóry

Kalendarz formacyjny młodzieży salezjańskiej
Pomysł mojego wyjazdu na spotkanie formacyjne dla animatorów salezjańskich, zwane w kręgach pod nazwą Oratoriada, pierwszy raz pojawił się jakieś 5-6 lat temu. Do naszej parafii został wtedy skierowany ksiądz W., który pomimo wszelkich moich ograniczeń postanowił zaangażować mnie w działalność Domu Młodzieżowego. Przy okazji kilka razy padło hasło "Oratoriada". Wiele słyszałam od innych o tych spotkaniach, wszak inni animatorzy wiele razy jeździli na nie, a potem mi o nich opowiadali. Dlatego cieszyłam się, że też będę w nich uczestniczyć. Jakoś jednak nie udało nam się wybrać na tego typu spotkanie. A i kolejni księża jakoś nie kwapili się, aby mnie zabrać. Do czasu. Dwa tygodnie temu, po sobotnim oratorium dla dzieci, ksiądz-opiekun Oratorium zgromadził nas na spotkaniu w jadalni. Pierwszą sprawą, jaką poruszył był wyjazd na Oratoriadę do Twardogóry. Dla WSZYSTKICH! Niejakim potwierdzeniem dla mnie tego stanu rzeczy było pytanie, czy jadę. No ba, pewnie że jadę. Wszak od dłuższego czasu o tym marzę! Jeszcze wczoraj spakowałam rzeczy do plecaka, w sumie nie ma tego dużo na niecałe 3 dni, w przedpokoju czeka śpiwór i karimata, aparat fotograficzny ładuje się w kontakcie. Obiecałam relację na parafialną stronkę internetową, jak mi się uda to może będzie i filmik. Ja zaś spoglądam na wiszący na tablicy korkowej plan spotkania i myślę sobie, że to będą wspaniałe trzy dni.

ORATORIADA W TWARDOGÓRZE 2016
„Wspomożycielka młodych serc”
PROGRAM SPOTKANIA
Piątek - 21 października 2016 r. – „u tronu Wspomożycielki”

18:00 – Przyjazd i zakwaterowanie (Oratorium)
18:30 - 19:30 – Posiłek (Pod Piastowską) (każdy posiłek na grupy)
20:00 – SALEZJAŃSKI RÓŻANIEC – czas na refleksję, okazja do spowiedzi (Sanktuarium)
21:45 – POGODNY WIECZÓR – zawiązanie wspólnoty prezentacja scenki „na wesoło” (każde oratorium przygotowuje scenkę o swoim kierowniku lub opiekunach, trwającą max. 7 min.) (Oratorium)
22:30 – SALEZJAŃSKIE MODLITWY WIECZORNE + Słówko wieczorne – prowadzi: Lubin MBCZ (Oratorium)
23:00 – Szuru buru… czyli częste mycie skraca życie… w śpiworki i kolorowych snów…

Sobota - 22 października 2016 r. – „poznajmy Twardogórę”

07:00 – „Hej Miśki czas wstać… jak można tak spać…”
07:45 – SALEZJAŃSKIE MODLITWY PORANNE – prowadzi: Lubin – św. Jan Bosko (Mały Kościół)
08:00 – ŚNIADANIE (Pod Piastowską) + kawa i ciacho (Oratorium)
09:30 – KONFERENCJA (Oratorium)
10:15 – PRACA W GRUPACH (wyznaczone salki)
11:00 – Krótkie podsumowanie (Oratorium)
12:00 – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA – prowadzi: Środa Śląska (Sanktuarium)
12:15 – Przygotowanie i EUCHARYSTIA – prowadzi: Poznań – Winogrady (Sanktuarium)
13:15 – OBIAD (Pod Piastowską)
14:45 – Spotkanie organizacyjne przed grą miejską (Oratorium)
15:00 – GRA MIEJSKA – wszyscy uczestnicy oratoriady (Miasto Twardogóra)
15:30 – Spotkanie opiekunów oratoriów (Kawiarenka oratoryjna)
17:00 – ZAKOŃCZENIE GRY MIEJSKIEJ
17:15 – KOLACJA W TERENIE (o ile pozwoli pogoda)
18:30 – Powrót do oratorium, czas na ogarnięcie siebie modlitwy,
19:00 – WIECZÓR TRZECH KŁAMCÓW (Oratorium)
21:00 – APEL + Słówko wieczorne – prowadzą: Tarnowskie Góry (Sanktuarium)
21:30 – Czas na pogaduchy, wpisy do pamiątkowej kroniki (każde oratorium wpisuje się w kronikę i wkleja zdjęcie (rozmiaru A5) swojej grupy)
22:30 – Szczotka, kubek, ciepła woda… i aa aa kotki dwa…

Niedziela - 23 października 2016 r. – „pod opieką Maryi”
07.30 – Pobudka – nowa rzeczywistość
08:00 – SALEZJAŃSKIE MODLITWY PORANNE – prowadzi: Wrocław - Chrystus Król (Oratorium)
08.15 – ŚNIADANIE „ta ostatnia niedziela…” (Pod Piastowską)
09.15 – Sprzątanie „swoich lokum”
09.45 – Przygotowanie do Eucharystii
10.00 – EUCHARYSTIA – prowadzi: Wrocław - św. Michał (Sanktuarium)
11:30 – ROZJAZD – Bye! Bye! Do grudnia 2016…

czwartek, 20 października 2016

Jak można było nie iść?

Kiedy w zeszłym tygodniu sprawdzałam kościół, w którym mają odbywać się uroczystości pogrzebowe ś.p. Andrzeja Wajdy, natrafiłam na informację, że we wtorkowe popołudnie odbędzie się Msza święta żałobna w kościele u Dominikanów, nazajutrz spocznie on w rodzinnym grobowcu na Salwadorze(dzielnica Krakowa), zaś Msza święta poprzedzająca to wydarzenie będzie w kościele św. Jacka. Szczerze powiedziawszy zupełnie nie miałam pojęcia gdzie jest taka świątynia, no ale od czego jest internet? Poczciwy google.maps wyrzucił mnie gdzieś na Bronowice. No dobra, przynajmniej była szansa na spokój w centrum miasta, zwłaszcza że mój Uniwersytet Papieski mieści się wręcz w ścisłym centrum.
Tymczasem biegnę sobie wczoraj z 52, którą przyjechałam spod AWFu, na Papieski i co widzę? Istny tłum ludzi kotłujący się przed Dominikanami. Przemknęło mi przez myśl, że może wyprowadzą zmarłego ze świątyni, tak jak się na wsiach wyprowadza z domu i przewiozą go do św. Jacka. Korzystając z okazji, i z tego że w kolejce do oddania hołdu Panu Wajdzie było stosunkowo mało ludzi, postanowiłam wślizgnąć się do środka i też pokłonić się temu wielkiemu Polakami. Wcześniej zostałam zrewidowana, wszak idealna okazja do wysadzenia wszystkiego w powietrze... Bomby nie miałam, mogłam więc ustawić się w kolejce. Niektórzy przechodząc obok puszki z prochami pana Andrzeja robili zdjęcia. Co prawda miałam moją cyfrówkę w plecaku, ale w takich momentach zawsze odzywa się we mnie etyka i zastanowienie, czy to w ogóle wypada robić zdjęcia w takich momentach. Przy okazji dowiedziałam się, że Msza św. pogrzebowa odbędzie się TUTAJ, a nie TAM i nawet załatwiono nagłośnienie na pół ulicy.
W biegu dotarłam na zajęcia na Uniwersytecie. Ale zdążyłam. Chwilę za mną zamknęły się drzwi za wykładowcą.
- Wiecie drodzy państwo - zaczął pewnym głosem. - Macie dzisiaj pewien wybór. Możecie zostać na moim wykładzie. Ale kilkadziesiąt metrów stąd za jakiś czas rozpocznie się Msza święta pogrzebowa Pana Andrzeja Wajdy. Jeżeli chcecie, możecie na nią iść. Ja się ani nie obrażę, ani nie wyciągnę z tego żadnych konsekwencji...
Chyba właśnie takiego przyzwolenia trzeba mi było. Jasne, że poszłam na nią, przecież na moich oczach toczyła się jakaś część historii naszego kraju. Poza tym wychowałam się na filmach Pana Wajdy, było więc dla mnie oczywiste, że jeżeli tylko jest taka okazja, to idę! Co ciekawe, tylko ja wybrałam tą opcję. Rozumiem, nie to pokolenie.
Słońce pięknie świeciło nad Krakowem, tak jakby i ono chciało pożegnać wielkiego reżysera. Nic dziwnego, że plac przed kościołem zapełnił się ludźmi. Ale tuż przed nabożeństwem stało się coś dziwnego - niebo zakryły ciemne chmury i zaczął z nich siąpić deszcz. Myślicie, że zmiana aury zniweczyła moją chęć uczestniczenia w ostatnim pożegnaniu? Gdzie tam, nie ze mną te numery. Z kapturem na głowie wsłuchiwałam się w najpierw w treść listów przesłanych przez pana Lecha Wałęsę, Romana Polańskiego oraz panią Agnieszkę Holland, a następnie przepięknego kazania wygłoszonego przez księdza Andrzeja Kłoczowskiego >>KLIK<<. Najwięcej emocji wzbudziło we mnie chyba pożegnanie wygłoszone przez jedną z podopiecznych, Dorotę Segdę. Wiem, że o zmarłych nie powinno mówić się źle, ale ona tak ciepło wspominała swojego mistrza, że aż chciało się słuchać. A potem, potem żona wyniosła urnę z prochami swojego ukochanego męża. Przeszli tuż obok mnie! Tak samo jak Dorota Segda, Jerzy Trela, Wojciech Siemion i Daniel Olbrychski. Idealny moment do zrobienia zdjęcia. Ale oczywiście, znowu odezwało się moje sumienie. 
Kiedy urna z prochami Pana Andrzeja Wajdy została włożona do karawanu, na Placu Wszystkich Świętych rozległy się gromkie brawa - w ten piękny sposób społeczność podziękowała legendarnemu reżyserowi za piękne filmy, które po sobie pozostawił. A później wiele osób, czy to podstawionymi przez miasto autobusami, czy wręcz na nogach, wybrało się na cmentarz na Salwatorze, gdzie Pan Andrzej spoczął na wieki w grobowcu swojej mamy. Niestety, nie mogłam się na niego udać z powodu obowiązków studenckich, nie mniej cieszę się, że miałam okazję wziąć udział chociaż we Mszy świętej i w ten sposób podziękować tej wspaniałej osobistości za wszystko, co zrobił dla polskiej kinetografii.

poniedziałek, 17 października 2016

No i stało się - zrozumieli mnie!

Przed każdym moim publicznym występem odczuwam pewną tremę. "Nic dziwnego, ja też" - pomyśli każdy z Was. Jednak podłoże mojego stresu jest trochę bardziej złożone. Porażenie mózgowe spowodowało u mnie upośledzenie aparatu mowy. Wypowiadane przeze mnie wyrazy nie zawsze są zrozumiałe, szczególnie przez obce i nieosłuchane ze mną osoby, bo przy rozmowie ze znajomymi najczęściej ten problem nie istnieje. Oczywiście staram się mówić jak najbardziej wyraźnie, jednak stres bardzo często robi swoje. Mięśnie twarzy sztywnieją, oddech staje się jakby płytszy, język drętwieje, następuje wzmożone wydzielanie śliny. Spróbujcie w takich warunkach coś powiedzieć. Trudne, prawda?
A mimo to nie rezygnuję z porozumiewania się w sposób werbalnych. Wczoraj na przykład miałam do przeczytania rozważanie na temat Trzeciej Tajemnicy Chwalebnej różańca świętego: „Trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14). Tę scenę dzisiaj znowu mamy przed oczyma jako w pełni aktualną rzeczywistość (…). Wszyscy razem, pasterze i wierni, mamy na modlitwie oczy utkwione w Najświętszej Dziewicy, posłusznej animatorce pierwszego ośrodka wspólnoty chrześcijańskiej, którego przeznaczeniem było rozniecenie światła Ewangelii aż po krańce ziemi i aż do finalnego zamknięcia historii.". Początkowa euforia z powodu otrzymania tekstu została wkrótce zastąpiona przez zwyczajny w świecie strach i myśl: a jeśli jednak mi nie pójdzie? Zatnę się, zabraknie mi tchu? Wszak w kościele będzie trochę ludzi, trochę dzieci. Czy na pewno mnie zrozumieją? A im bliżej było godziny "0", tym większa gula rosła w moim gardle. W dodatku jeszcze nie do końca wydobrzałam z przeziębienia. Minuty wyjątkowo przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie nadszedł mój moment. Chwilę wcześniej, odbierając przekazywany mi mikrofon, zrobiłam mały "karambol", ale to już kolejny mój standard. Na szczęście kartki z tekstem daleko nie poleciały - inna sprawa, że obrały sobie kierunek na ławki, a nie na posadzkę przed nimi. Dzięki rodzicom dzieciaków sytuacja została błyskawicznie opanowana, a ja zaczęłam swój popis. Taaa... zacięłam się tylko w trzech miejscach, co mogę uznać za sukces. Wbrew pozorom ten tekst nie jest prosty, ale przy odrobinie dobrych chęci można go ogarnąć. Resztę wieczoru pozostawiam bez komentarza... Kiedy wychodziłam na koniec z zakrystii usłyszałam, jak administrator strony internetowej parafii do której należę mówi do mamy jednej z moich scholowych koleżanek:
- Ty, słuchaj, ta wasza Karolina nieźle się wyrobiła w czytaniu. Bez problemu rozumiałem co mówi na rozważaniu różańcowym...
- Wiesz, Lolka idzie zrozumieć, jeżeli tylko się chce. Chociaż ja ją zawsze rozumiem...
Znaczy się wszystko poszło dobrze. A swoją drogą kto to widział obgadywać kogoś tuż za plecami. Chociaż pewnie nawet nie wiedzieli, że już wyszłam.
Zaś dzisiaj wygłaszałam na polityce turystycznej i rekreacyjnej na temat euroregionu. Tutaj akurat sama zgłosiłam się do tego zadania, ponieważ nie było ku temu chętnych. A brak referatu = wejściówka na zajęciach z danego tematu. Wejściówka była, ponieważ drugiego referenta zabrakło. Ale przynajmniej nie z tematu euroregionów. Zaskoczyła mnie postawa wykładowcy, który tuż przed moim wystąpieniem poprosił wszystkich o spokój i uwagę, ponieważ koleżanka ma problem z wymową. No i jeszcze trochę jestem przeziębiona, co też wpływa na głos. Prawda jest taka, że to, czego nie dopowiedziałam, moi koledzy i koleżanki mogli sobie wyczytać z prezentacji. Nie jestem zwolenniczką wklejania do nich wszystkiego jak leci, ale najważniejsze informacje z pewnością się na niej znalazły. No i z twarzy innych było widać, że są zaciekawieni. A przynajmniej dobrze to udawali. W kryzysowych momentach kierowałam wzrok na moje kumpele. Z D. doszłyśmy do tego, że porozumiewamy się bez słów. Dzięki nim nie uciekłam z sali przed końcem referatu. Na koniec zostałam nagrodzona brawami. Zaś po zajęciach wszyscy zgodnie uznali, że było wspaniale. Nie powiem, trochę podbudowali tym moją samoocenę, która jest jaka jest. A przede wszystkim udowodnili, że da się mnie zrozumieć. A i ja powoli zaczynam w to wierzyć...

niedziela, 16 października 2016

"Szczęśliwi miłosierni"

Kiedy w Polsce cieszymy się z 38 rocznicy wybory kardynała Karola Wojtyły na głowę Kościoła Katolickiego, w Watykanie papież Franciszek wzniósł oficjalnie do świętości siedmiu dotychczasowych błogosławionych. Najmłodszym wśród nich jest młody meksykański męczennik za wiarę, niespełna 15-letni Jose Sanchez del Rio. Młodzieniec został beatyfikowany 11 lat temu, już przez papieża Benedykta XVI.
Przyznam szczerze, nigdy wcześniej jego nazwisko nie otarło mi się o uszy, chociaż o powstaniu Cristero, w którym brał udział, słyszałam co nieco. Pierwszy raz o Jose usłyszałam zaledwie dwa miesiące temu, podczas powitania papieża Franciszka na krakowskich Błoniach. Nic też dziwnego, że zaraz po powrocie z tego spotkania, zaintrygowana tym nieznanym mi dotychczas błogosławionym postanowiłam dowiedzieć się czegoś na temat jego życia. Im więcej przeczytałam informacji na jego temat, tym bardziej nabierałam przekonania, że ten młody człowiek, właściwie jeszcze dziecko, powinno świecić przykładem dla niejednego z nas, w kwestii nawet nie tyle wyznawania swojej wiary, ale przede wszystkim niewyparcia się jej w trudnych chwilach.
Aby jednak zrozumieć bohaterstwo Josego, trzeba poznać skomplikowaną sytuację Meksyku na przełomie XIX i XX w. W drugiej połowie XIX wieku Kościół katolicki w Meksyku coraz częściej stawał się obiektem ataków. Na nic zdał się fakt, że kultura tego kraju mocno była zakorzeniona w katolicyzmie. Masoneria wywierała wpływ na kolejnych władców państwa. Doszło do tego, że Konstytucja Meksyku z 1857 roku zawierała elementy, które były nieprzyjazne Kościołowi. Sytuacja uległa jeszcze większemu pogorszeniu, kiedy w 1914 roku do władzy doszedł Venustiano Carranza. Obok reformy rolnej wprowadzono ograniczenie działalności duszpasterskiej wraz ze szkolnictwem katolickim. Dyktatorskie wojsko nie tylko bezcześciło Najświętszy Sakrament w kościołach, ale wręcz urządzało sobie w nich bale. W czasie fikcyjnych wyborów w 1924 roku generał Obregon umieścił na swoim miejscu Plutarco Eliasa Callesa. Ten były nauczyciel nakazał pozamykać wszystkie szkoły katolickie, zakazał publicznej działalności księży, usunął misjonarzy. W kraju panował terror. Pomimo tych okoliczności papież Pius XI na zakończenie Roku Świętego 1925 ogłosił Chrystusa Królem Wszechświata.
W takich właśnie czasach przyszło żyć Josemu Sanchez del Rio. Urodził się ponad 100 lat temu w katolickiej rodzinie. Chłopiec miał dwóch braci i siostrę. Ojciec był właścicielem rancza, nic więc dziwnego, że Jose kochał wręcz jeździć konno. Po kilku latach rodzina przeniosła się do Guadalajary, dzięki czemu chłopiec zaczął uczęszczać do szkoły katolickiej, w której miał styczność z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży Meksykańskiej. Kiedy w 1926 roku wybuchło Powstanie Cristero*, Jose wraz z braćmi przyłączył się do grupy powstańczej. Przydzielono mu zadanie noszenia sztandaru. Powstańcy nazwali go Tarsycjuszem na cześć starożytnego męczennika, który będąc jeszcze dzieckiem, został zabity w czasie obrony Eucharystii przed profanacją. W święto Nawrócenia świętego Pawła Apostoła 1928 roku podczas walki z wojskami federalnymi zabito konia przywódcy powstańców. Jose, nie zważając na grożące jemu samemu niebezpieczeństwo, użyczył mu swojego, aby generał mógł ratować się ucieczką. Podczas odwrotu zatrzymano grupę powstańczą. Wśród niej znalazł się Jose. Na początku lutego nastolatek został odprowadzony do rodzinnej miejscowości i uwięziony w kościele parafialnym, który sprofanowały i zdewastowały wojska federalne. Chłopca czekała śmierć. Zaproponowano mu jednak dwie możliwości uniknięcia tej kary: wpłacenie 5000 pesos albo dobrowolne wstąpienie do państwowej szkoły wojskowej. Młody chrześcijanin odmówił. Torturowany nie tylko za wiarę, ale też za pozabijanie kur trzymanych przez federalnych w sprofanowanej świątyni, przebywał w prowizorycznym więzieniu do dnia swojej śmierci, czyli 10 lutego. Dwa dni wcześniej został zmuszony do wzięcia udziału w egzekucji innego więźnia. Żołnierze sądzili, że na ten widok chłopiec zmieni swoje zachowanie. Jose jednak do końca pozostał wierny wyznawanym przez siebie regułom. W dniu wykonania wyroku chłopcu poprzecinano skórę na stopach i w tym stanie został zmuszony do dojścia na cmentarz. Następnie miał stanąć nad wykopem, do którego miało wpaść jego ciało. Jose został pchnięty nożem i ponownie zmuszony do wyparcia się katolicyzmu. Chłopiec jednak krzyknął po hiszpańsku "Niech żyje Chrystus Król!", po czym poprosił o rozstrzelanie. Zdenerwowany takim zachowaniem kapitan zastrzelił go z własnego pistoletu. Upadłszy na ziemię, młody męczennik zakreślił własną krwią znak krzyża na ziemi i skonał.
Jose w mundurze
W bardzo przejrzysty sposób powyższe wydarzenia zostały przedstawiane w filmie "Cristiada" z 2012 roku. Chociaż Jose jest w nim tylko postacią drugoplanową, to jego męczeńska śmierć, jak i wydarzenia z jego życia zostały w doskonały sposób ukazane. Oglądając produkcję zastanawiałam się, czy współcześni rówieśnicy Jose byliby skłonni oddać wszystko, nawet własne życie za wiarę? W czasach, kiedy w niektórych środowiskach młodzieżowych jest się wyśmiewanym za wyznawane wartości, czy na pewno potrafilibyśmy wykrzyczeń "Niech żyje Chrystus Król!". Bohaterstwo tego niespełna piętnastoletniego meksykanina zadziwia do dzisiaj. Może być wzorem dla niejednego z nas, zwłaszcza że też miał 15 lat, był młody, ambitny, pełen życia, zapewne niejednokrotnie coś spsocił, jak zostało to ukazane na filmie. No i żył w stosunkowo nieodległych czasach. A za razem jest świadectwem tego, że również w XX wieku zdarzały się wojny religijne, nawet w tak chrześcijańskim kraju, jakim był Meksyk. Chociaż tak naprawdę i dzisiaj chrześcijanie są prześladowani za wiarę w Chrystusa, chociażby w krajach Bliskiego Wschodu.
Święty już Jose jeszcze raz "przemówił" do swoich rówieśników na krakowskich Błoniach. Dał nam wskazówkę, jaką powinniśmy się kierować w naszym życiu:
video
Czy z niej skorzystamy zależy tylko od nas.

* Powstanie Cristeros, Powstanie Chrystusowców, Cristiada, Powstanie meksykańskie 1926-1929 – okres walk w Meksyku w latach 1926-1929 pomiędzy katolikami zwanymi Cristeros a rządem meksykańskim wprowadzającym w życie niezrealizowane ustawy antyklerykalne konstytucji z 1917.(źródło: wikipedia.pl)

piątek, 14 października 2016

W dniu ich święta

14 października to tradycyjny już Dzień Edukacji Narodowej, zwany także Dniem Nauczyciela. Ma on upamiętniać rocznicę utworzenia z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego Komisji Edukacji Narodowej. Dokonał tego Sejm Rozbiorowy, dokładnie 14 października 1773 r. Święto to weszło jednak do kalendarza dopiero w 1957 roku, kiedy odbywała się w Warszawie Światowa Konferencja Nauczycielska zorganizowana przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Ustalono podczas niej, że 20 listopada będzie Międzynarodowym Dniem Karty Nauczyciela i świętem wszystkich nauczycieli. Piętnaście lat później, 27 kwietnia 1972 r. na mocy ustawy zwanej Kartą praw i obowiązków nauczyciela, wprowadzono Dzień Nauczyciela, który obchodzi się w rocznicę powstania Komisji Edukacji Narodowej. W 1982 roku Kartę praw i obowiązków nauczyciela zastąpiono Kartą Nauczyciela, na mocy której zmieniono nazwę święta na Dzień Edukacji Narodowej. Jest on okazją do nagrodzenia wyróżniających się nauczycieli i pracowników niepedagogicznych. Minister Edukacji Narodowej za osiągnięcia dydaktyczno-wychowawcze wręcza nauczycielom złote, srebrne i brązowe Krzyże Zasługi, medale Komisji Narodowej oraz nagrody Ministra Edukacji Narodowej. Nagrody te wręczane są nauczycielom przez kuratorów oświaty, władze państwowe oraz dyrektorów szkół podczas uroczystych gali. 
W moim mieście również odbyło się uroczyste nagrodzenie wyróżniających się nauczycieli dąbrowskich szkół. Na zdjęciach z uroczystości mogłam rozpoznać znajome twarze. Cieszę się, że wśród wyróżnionych nauczycieli znalazła się kobieta, która od początku widziała we mnie tak wielki potencjał wiedzy, że postanowiła wcisnąć mnie do zerówki rok wcześniej(czyli w wieku 5 lat). Podejrzewam, że gdyby placówka wcześniej dostała zgodę na otwarcie szkoły, to debiutowałabym w niej już jako 6-latka. A swoją drogą to bardzo śmiałe podejście posłanie rok wcześniej na edukację dziecka, które ledwie trzyma kredki w sztywnych paluszkach. Z panią M. spotkałam się ponownie po właściwie roku przerwy, kiedy po ukończeniu pierwszej klasy w szkole masowej(paradoksalnie z wyróżnieniem, mimo braków w pisaniu) rodzice przenieśli mnie do szkoły specjalnej działającej przy ośrodku. Niech Was tylko nie zmyli nazwa "szkoła specjalna", ponieważ realizowałam w niej materiał moich pełnosprawnych rówieśników. A nawet trochę więcej - z powodu małej ilości sal lekcyjnych klasy były łączone w zespoły klasowe, np. 4-6. Skutek tego był taki, że np. w czwartej klasie szkoły podstawowej rozwiązywałam zadania moich kolegów np. z szóstej klasy. A czasami i z gimnazjum. Duża zasługa w tym mojej pierwszej matematyczki, która właściwie zawsze wierzyła w mój niesamowity potencjał w tej dziedzinie. To nic, że rysowanie było dla mnie abstrakcją, jej determinacja była taka, że potrafiła podczas olimpiad załatwić arkusze bez geometrii w sensie praktycznym, ewentualnie nauczyciela, który rysowałby wedle moich wskazówek. Zresztą wszyscy nauczyciele byli jak najbardziej za moim rozwojem naukowym. Dzięki nim mogłam bez problemu kontynuować naukę w liceum ogólnokształcącym(gimnazjum też było z epitetem "specjalne"), a tym samym na studiach. Jestem wdzięczna każdemu z nich, że nie przekreślili mnie ze względu na moją niepełnosprawność, a wręcz rozbudzali we mnie ciekawość świata. To bardzo ważne, nie tylko w szkołach dla uczniów niepełnosprawnych, ale we wszystkich ich rodzajach. Naprawdę, każdemu życzę wyrozumiałych nauczycieli, z którymi można pogawędzić na różne, niekoniecznie związane z ich przedmiotem, tematy. Ja zaś moim chciałabym się odwdzięczyć poniższym wierszem, który kieruję również do naszej blogowej matematyczki z pasją - czyli Basi:
Drudzy po rodzicach,
uczą nas wszystkich życia.
Pisania, czytania, rysunków,
rozwiązywania rachunków.
Służą z chęcią pomocą,
nie tylko, gdy uczniowie psocą.
Ale gdy kłopot też mają,
z nadzieją się do nich udają.
Nauczyciele kochani,
choć często niedoceniani,
W życie każdego wprowadzą,
z uśmiechem i ciężką pracą.
Więc dziś im wszystkim dziękujmy,
przedmioty ich szybko polubmy.
Uczmy się wszyscy bardzo pilnie,
by w przyszłości służyć ojczyźnie.

czwartek, 13 października 2016

Praca magisterska - poziom zaawansowany

Nauka na obydwóch kierunkach wre! Tak jak pisałam na kilkanaście przedmiotów poważnie pokrywają mi się zaledwie dwa z nich: ćwiczenia z polityki turystyki i rekreacji(AWF) z duchowością sanktuariów(Uniwersytet Papieski) oraz rynki podróży biznesowych(AWF) z teologią moralną(Uniwersytet Papieski). Z pierwszym dublem poradziłam sobie w ten sposób, że przeniosłam ćwiczenia na AWFie z czwartkowego poranku na poniedziałkowe przedpołudnie. Akurat wtedy zajęcia ma inna grupa z mojego rocznika, a że jest do niej przypisana moja D., która nie ma najmniejszego kłopotu ze zrozumieniem mojej paplaniny, zmiana ta jak najbardziej wychodzi na mój plus. Prowadzący powiedział, że jemu to wszystko jedno, na jaką kto chodzi grupę, więc jeżeli jest miejsce w sali, to on chętnie przygarnie zagubione owieczki. Trochę problemów przysporzyło mi pogodzenie uczęszczania na rynki podróży biznesowych(przedmiot typowo specjalizacyjny na AWFie) i teologię moralną, jednak po dzisiejszym wykładzie z tego drugiego przedmiotu podejrzewam, że nawet jak się nie będę na nim pojawiać, to i tak przy odrobinie wiedzy powinnam zaliczyć ten przedmiot. Prowadzący ksiądz wydaje się być w porządku wobec studentów, a i literatury na ten przedmiot w naszej uczelnianej bibliotece nie brakuje. Nie to, żebym była leniwa, czy cwana - po prostu rynki podróży biznesowych są z bardzo wymagającą prowadzącą i strach się bać nie chodzić. Zwłaszcza, że z tego przedmiotu zaplanowany jest egzamin.
W tym roku jako priorytet wyznaczyłam sobie napisanie pracy magisterskiej i obronienie jej jeszcze przed wakacjami. Ogólnie mam już temat, połowę literatury, a także ogólny plan poszczególnych rozdziałów. Wysłałam wszystko mojemu promotorowi na meila jeszcze przed wakacjami. Tydzień temu poszłam do niego po wpis do cudownie odnalezionego w dziekanacie indeksu(oj, wielokrotnie mówiono mi, że moja słabość do wszelkich Barbar z czarnymi oczami i wykształceniem ścisłym kiedyś mnie zgubi i teraz widać pokłosie tych słów). Oczywiście profesor nie sprawdził poczty, za to był bardzo zdziwiony, kiedy powiedziałam mu, kiedy wysłałam mu tą wiadomość(Bozia musiała wynagrodzić mi jakoś problemy z pisaniem, a że padło na pamięć, to chyba dobrze). Przeczytał wszystko, podumał, w końcu stwierdził, że jestem chyba najbardziej zaawansowana w pisaniu tego wszystkiego z całego teamu. Teraz mam się spokojnie skupić na samym pisaniu. Trochę blokuje mnie w tym nieważność legitymacji studenckiej, która jest jednocześnie kartą do biblioteki uczelnianej. No, ale zasady są proste: brak wpisów w indeksie = brak przedłużenia legitymacji. Dobrze, że przynajmniej wiem, że wszystko mam zaliczone. A czas mnie goni nieubłaganie - na Papieskim też czeka mnie pisanie pracy, tym razem licencjackiej. I obrona. Z tym, że tam jeszcze wszystko owiane jest wielką niewiadomą. A na AWFie wszystko jest już jasne i oczywiste...
Dzisiaj zaś trochę wcześniej wróciłam do domu i niemal natychmiast położyłam się spać. Z tego wszystkiego zaspałam na nabożeństwo różańcowe, na które miałam wielką chęć iść. Ale z drugiej strony wypełniłam radę jednego z moich wykładowców: "Pani Karolino, z takim przeziębieniem to tylko "Ferwex" i łóżeczko". Ech, może gdyby pogoda była inna to szybciej bym przezwyciężyła to przeziębienie. A tak mokro, zimno, wiecznie. Nic więc dziwnego, że mój kaszel słychać chyba aż w Panamie. A akademia na 16 października tuż, tuż. Myślicie, że w trzy dni nieco się pod kuruję? Życzenia szczęścia mile widziane :)

poniedziałek, 10 października 2016

Podobno nie umiera ten, kto na trwale zapisze się w kulturze

Są ludzie, którzy zdają się żyć wiecznie, tymczasem rzeczywistość jest nieubłagana. Dzisiejszego ranka Polskę, a w ślad za nią i cały świat, obiegła wiadomość, że wczorajszego wieczoru odszedł do wieczności najwybitniejszy polski reżyser - Andrzej Wajda. Pierwszą moją reakcją było małe niedowierzanie, a potem, potem nadzwyczajny w świecie smutek. Ale zaraz potem przyszła pewna refleksja. Owszem, umarł człowiek, wszak każdego prędzej czy później to czeka(a Panu Wajdzie naprawdę trzeba pozazdrościć wieku - przeżył aż 90 lat), ale przecież została po nim niezwykła spuścizna w postaci kilkudziesięciu filmach. Bo któż z nas nie widział chociaż jednego filmu w jego reżyserii? "Kanał", "Ziemia obiecana", trylogia "Człowiek z ...", "Katyń", "Korczak", "Pan Tadeusz" czy też "Zemsta" to tylko niektóre z dzieł, dzięki którym jest rozpoznawany na całym świecie. Jego ostatnie dzieło "Powidoki" czeka jeszcze na oficjalną polską premierę na styczeń przyszłego roku. Tworzył właściwie do końca, a w planach miał przecież jeszcze przynajmniej jedną produkcję. Za całokształt swojej twórczości został nagrodzony w 2000 roku Oskarem honorowym, najwyższym odznaczeniem, jakie mógł zdobyć jako reżyser. Ale nie gardził i mniej prestiżowymi nagrodami. Wszak każda z nich była uznaniem wielkości jego twórczości. Teraz będzie reżyserował filmy tam na górze, w kinie Najwyższego. A tutaj na ziemi jeszcze przez długi, długi, bardzo długi czas będzie kwitła o nim pamięć dzięki filmom, w tym wielu ekranizacjom polskich powieści, które tworzył przez całe życie, a które są co jakiś czas puszczane w telewizji. Zresztą i w internecie można znaleźć właściwie wszystkie jego produkcje. Czy można sobie wyobrazić piękniejszą pamiątkę po człowieku, niż zapis tego, co najbardziej kochał. Będzie nam go brakowało, w ogóle odchodzi już elita kręcąca najwspanialsze i niezapomniane filmy w historii polskiej kinetografii. Czy nowe pokolenie będzie umiało ich zastąpić? Czas pokaże...
Ja zaś walczę z katarem. Mam nadzieję uporać się z nim do niedzieli, wszak wtedy mamy w parafii akademię z okazji rocznicy wyboru papieża Jana Pawła II. Oczywiście muszę to zrobić tak, aby chodzić przy okazji na zajęcia na uczelni. Rok akademicki zaczął się pełną parą, szkoda na dzień dobry opuszczać zajęcia. Tym bardziej, że podczas nich ciągle coś się dzieje...

niedziela, 9 października 2016

Kilka spraw związanych z dzisiejszym dniem

Tradycyjnie już niedziela poprzedzająca rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża obchodzona jest pod znakiem Dnia Papieskiego. Tego dnia rzesze wolontariuszy zbierają pieniądze na fundację "Dzieło nowego tysiąclecia", która funduje stypendia zdolnej, ale ubogiej młodzieży umożliwiając jej tym samym chociażby studiowanie(kto studiuje nawet dziennie ten wie, że darmowa edukacja jest tylko fikcją - chociaż nie płaci się za samą naukę, to masę pieniędzy pochłaniają rzeczy pośrednio z nią związane). I chociaż fundacja ta powstała zaledwie 16 lat temu, dla mnie istnieje właściwie od zawsze. Za każdym razem temu pięknemu przesłaniu towarzyszy jakieś hasło przewodnie. W tym roku opierało się ono, a jakżeby inaczej, o miłosierdzie Boże i brzmiało: "Bądźcie świadkami miłosierdzia". 
Myślę, że jest to piękne zwieńczenie kończącego się już Nadzwyczajnego Jubileuszu Bożego Miłosierdzia, pokazujący że i my powinniśmy być miłosierni jak nasz Ojciec. A czy może być tego piękniejszy wyraz ponad podzieleniem się z innymi przysłowiową złotówką?
W naszym Kościele został odczytany przepiękny list Episkopatu Polski nawiązujący przede wszystkim do XXXI Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, który przebiegał pod hasłem "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią". Co prawda powinien on być odczytany w zeszłym tygodniu, jednak w naszej parafii w każdą pierwszą niedzielę miesiąca zamiast kazania/homilii jest adoracja Najświętszego Sakramentu, zaś oficjalne listy są czytane dopiero w następnym tygodniu. Tych, co nie dotarli do tego listu odsyłam >>tutaj<<. Też miałam swój drobny udział w "Dziele Nowego Tysiąclecia", a mianowicie stałam przy drzwiach wejściowych ze świątyni z puszką, do której zbierane były datki(karteczki dawała zaś moja młodsza scholowa koleżanka - raczej nie dałabym rady fizycznie z jednym i z drugim). W tle zaś leciał hymn tegorocznych Światowych Dni Młodzieży śpiewany przez scholę, który nadawał sytuacji podniosłego charakteru:
Na samej zaś Mszy świętej świętowaliśmy imieniny opiekuna naszej scholi, księdza Franciszka. Ku mojemu zaskoczeniu zostałam wybrana jako "najstarsza z najmłodszych", ale za to "dzielnie reprezentująca od lat scholę" do delegacji składającej w imieniu naszego zespołu życzeń. Szłam z różyczką(miałam taką tremę, że myślałam, że złamię jej łodyżkę) :-). Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem - kwiatek księdzu, przytulanki i powrót na pozycję. Miłe, ale z drugiej strony dalej zastanawiam się nad drugim dnem tego wszystkiego. No bo i 25 września, gdzie szłam i z darami, i potem z cukierkami, i potem stałam z puszką i zbierałam datki na ofiary sierpniowego trzęsienia ziemi we Włoszech, i dali mi rozważanie na 16 października, i dzisiaj... A wczoraj to nawet chcieli mi dać rozważanie na wtorkowy różaniec, o którego oprawę dba schola. Na przeszkodzie ku temu stanęły mi zajęcia na uczelni, które mam do 18:30, zaś nabożeństwo jest o 17:30. No i ku mojemu zdziwieniu mogę nie być w przyszłym tygodniu na generalnej próbie przed 16 października, jak również nikt nie będzie miał pretensji za moją nieobecność za dwa tygodnie. Moje tłumaczenie, że został mi zaproponowany wyjazd na Oratoriadę skwitowano: "Lolek, jasne że jedź. Jedź i korzystaj z życia". Jestem w szoku, czyżby po ŚDM przejrzeli na oczy i przestali mnie postrzegać przez pryzmat mojej niepełnosprawności? Z doświadczenia jednak wiem, że w tych sprawach nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Ale cieszyć się na zapas nie zaszkodzi.

Dzisiejszy dzień kojarzy mi się również z trzema osobami: Agnieszką Osiecką, Ryszardem Rynkowskim oraz Markiem Grechutą. Gdyby Agnieszka Osiecka dzisiaj żyła, świętowała by 80 urodziny. Napisała wiele wspaniałych, mądrych i życiowych tekstów do piosenek, które śpiewały takie gwiazdy polskiej sceny jak Maryla Rodowicz, Violetta Villas, czy też Skaldowie. Przyznam się bez bicia, że kiedy mam gorszy dzień lubię puścić sobie jakąś piosenkę, do której słowa napisała właśnie Agnieszka Osiecka. Swoje urodziny, 65, obchodzi genialny jak dla mnie Ryszard Rynkowski. Jego barwa głosu wraz z interpretacją piosenek doprowadzają mnie do ciarek na plecach. Nie należy dzisiaj zapominać o dziesiątej rocznicy śmierci nieodżałowanego Marka Grechuty. Któż z nas nie nucił sobie pod nosem "Nie dokazuj mała nie dokazuj", "Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty", czy też "Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy"? Przepiękna barwa głosu pana Marka sprawiała, że nie sposób było przełączyć stację w radio, słysząc piosenki w jego wykonaniu. Teraz cieszy samego Pana Boga swoim śpiewem.

sobota, 8 października 2016

Akcja Świeżak dla Olinka

Kochani, znowu proszę o pewną pomoc, ale nie dla mnie, ale dla pewnego dzielnego dziesięciolatka, który ma na imię Oliwier. O chłopcu pisałam rok temu w >>tej<< notatce. Od tego czasu wiele się zmieniło, niestety na gorsze. Choroba nieubłaganie postępuje. Oli ostatnio miał przeprowadzoną operację założenia rurki tracheotomijnej do tchawicy, która ma mu pomóc w oddychaniu. Pomyślcie sobie co czują jego rodzice, mając świadomość, że ukochany synek już nigdy nie powie do nich "mamo", "tato", już nigdy nie zasygnalizuje dźwiękiem czego chce. Jednak nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że maluch zapadł w śpiączkę, z której nie wiadomo kiedy się wybudzi. Czy w ogóle się obudzi.
Jeszcze zanim Oliwierek trafił do szpitala, zaczął zbierać z młodszym bratem Antosiem "naklejki za zakupy w Biedronce" aby zdobyć Świeżaka. Aktualnie Antoś sam wkleja poszczególne naklejki do specjalnego zeszytu, chcąc w ten sposób spełnić marzenie brata, niestety wolno mu to idzie. Jedna naklejka to aż 40 złotych. Wiem jednak, że sporo osób robi od czasu do czasu zakupy w Biedronce za minimum tą kwotę. Może wśród czytelników mojego bloga znajdzie się ktoś, komu niepotrzebne są takie naklejki, albo kto wcześniej nie brał ich, a teraz mógłby to zrobić. Sprawa jest ważna, Oliwier cierpi, nie wiadomo ile mu jeszcze dane jest przeżyć na tym świecie, według medycyny nie przeżyje więcej niż 15 lat(pierwsze objawy choroby wystąpiły, kiedy młody miał 5 lat, a chorzy cierpiący na NBIA, czyli odkładanie się żelaza w mózgu umierają w ciągu 10 lat od ich wystąpienia)! A taki Świeżak z pewnością pokazałby mu, jak wiele osób jest z nim w tych trudnych chwilach. Zainteresowanych tą akcją proszę o jakiś kontakt(np. przez formularz kontaktowy) ponieważ posiadam kontakt do rodziców Oliwiera, a nie chcę podawać ich tutaj na blogu. Spójrz na uśmiechniętą buzię Oliego na powyższym zdjęciu. Uśmiechniętą pomimo niewyobrażalnego cierpienia. Naprawdę, można niewiele zdziałać tak naprawdę przy okazji, aby ten uśmiech trwał na niej jak najdłużej. Może się powtarzam, ale pamiętajmy, że tyle jesteśmy warci ile sami z siebie damy!

Wiadomość z ostatniej chwili - Oliś wybudził się ze śpiączki i przywitał świat prześlicznym uśmiechem:

piątek, 7 października 2016

Odejść w tak piękne święto

Był 7 października 1571 roku, kiedy pod Lampento w zatoce Korynckiej walkę ze sobą toczyły floty z chrześcijan i muzułmanami na pokładzie. Mieszkańcy Europy kolejny raz mierzyli się z zagrożeniem ze strony wyznawców islamu. Głównym agresorem stała się osiągająca szczyt swojej potęgi Turcja. Zachłyśnięta sukcesami coraz bardziej spogląda na kraje znajdujące się przy północy Morza Śródziemnego. W Watykanie władzę papieską sprawuje dominikanin Pius V. Ponieważ od wieków w zakonach dominikańskich dużą rolę odgrywało odmawianie modlitwy różańcowej, Ojciec Święty zachęcił wszystkich wiernych, aby w chwili natarcia na siebie dwóch morskich armii, klęknęli z różańcami w rękach i odmówili go w intencji zwycięstwa chrześcijan. Krąży legenda, jakoby podczas modlitwy papież miał pewną wizję. Zobaczył w niej zatokę, w której toczyła się walka. Nad nią zaś Maryję, która miała zapewnić go o zwycięstwie. Faktycznie, tuż po rozpoczęciu bitwy ucichł wiatr, tak bardzo niesprzyjający flocie z chrześcijanami. Mimo znacznej przewagi liczebnej okrętów tureckich, zostały one rozproszone, ucieczka zaś udała się tylko nielicznej ich liczbie. Po tym wszystkim tureckiej flocie nigdy już nie udało się odzyskać swojej dawnej świetności. Aby upamiętnić to wydarzenie, papież Pius V ustanowił 7 października wspomnieniem Matki Bożej Zwycięskiej. Dwa lata później Grzegorz XIII wyznaczył święto Matki Boskiej Różańcowej na pierwszą niedzielę października, jednakże było ono obchodzone tylko w Państwie Kościelnym. Dopiero w XVIII wieku papież Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół. Kilkadziesiąt lat wcześniej papież Leon XIII nakazał wpisanie wezwania "Królowo Różańca" do Litanii loretańskiej, jak również polecił przez cały październik codziennie odmawiać różaniec. Dzięki temu dominikański patent na pokonanie wroga został rozpowszechniony w całym Kościele. W ramach reformy liturgicznej w XX wieku papież Pius X przeniósł wspomnienie Matki Bożej Różańcowej na 7 października. Jest ono praktykowane po dzień dzisiejszy.
I w tak oto piękne święto osiem lat temu do Domu Ojca został powołany po miesiącach zmagań z ciężką chorobą nieodżałowany ksiądz Adam Śmigielski, pierwszy biskup diecezji sosnowieckiej. Muszę przyznać, że Bóg wiedział, kiedy zaprosić go do swojego Królestwa, ponieważ powszechnie wiadomo, że biskup "był zakochany" w modlitwie różańcowej. Swoją funkcję, na którą został powołany przez Jana Pawła II, pełnił do ostatniego dnia. To on jako gospodarz diecezji witał w 1999 roku papieża, który do nas przyjechał. Konsekrował naszą parafię, udzielił mi sakramentu bierzmowania, poświęcił nasz salezjański Dom Młodzieżowy. Sam był salezjaninem i wiedział jak ważne są tego typu miejsca w wychowaniu młodzieży w duchu chrześcijaństwa. Pięknie żył i pozostawił skromny, ale jakże piękny testament. Zresztą sami zobaczcie: http://www.kana.sosnowiec.pl/biskup/data/spuscizna.html(identyczny testament wydrukowany przez tygodnik niedziela dostałam w dniu jego pogrzebu).

środa, 5 października 2016

Kto rano wstaje, temu chce się spać!

Kiedyś przeczytałam na jakimś blogu, że doskonałym sposobem na wydłużenia swojego życia jest wcześniejsze wstawanie. Trochę dziwna teoria, zwłaszcza dla osoby, która od dwóch lat wstaje o godzinie 4:30 rano, aby dotrzeć na 8 rano na uczelnię. Od razu wyjaśniam, że nie jestem żadnym śpiochem, na co dzień wstaję pomiędzy 6:30, a 7:00, zaś w wolne weekendy śpię maksimum do 8 rano. Wyłączam z tego okres kiedy jestem chora(a ściślej mówiąc mam temperaturę) oraz jakieś pojedyncze weekendy, gdzie zdarza mi się dłużej pospać. Ale trzy razy pod rząd pobudka o 4:30 jest ponad moją cierpliwość. Co z tego, że wstanę tak wcześnie, kiedy potem ścina mnie sen. I tak przez ponad godzinę jazdy busem śpię. A potem wracając też śpię. Kiedy wracam do mieszkania nie mam ochotę kompletnie na nic(a w plecaku mam dyktafon z wykładami, z których trzeba zrobić notatki), łypię tylko okiem na internet, teraz coś do Was skrobnę, przebiorę kotce żwirek i kładę się spać. Dzisiaj mogę sobie pozwolić na wcześniejsze łóżeczko, ale np. jutro już nie - jak wyjdę o 5:15, tak wrócę przed 21:00. Oczywiście zmęczona i nie do życia, bo uczelnia to nie żłobek i zajęcia na niej nie przewidują leżakowania. Więc "fantastyczne" wydłużenie czasu życia. Analogicznie można powiedzieć, że można siedzieć do późnych godzin nocnych i w ten sposób też wydłużyć sobie życie. Dzisiaj na wykładzie z Nowego Testamentu miałam taki kryzys, że musiałam wyjść z sali i przejść się po korytarzu. Kawa w moim przypadku odpada, ponieważ mam po niej taki odlot, że statki kosmiczne mogą się przy mnie schować. Kurcze, rozumiem że ktoś ma swoje zdanie na jakiś temat, ale trudno dawać "złote rady", kiedy samemu siedzi się cały czas w domu i wstaje o 7:00, chwaląc na prawo i lewo, jak to jest wcześnie. Ludzie, niektórzy o tej porze już dawno są na nogach.

Pocieszam się myślą, że z drugiej strony zajęcia na AWFie i Papieskim tak mi się fajnie rozłożyły, że właściwie na całe pięć dni tylko raz pokrywają mi się jedne z drugimi. Zawsze mogło bym gorzej i wtedy musiałabym znowu włączyć do mojego życia logistykę.

Podobno dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Osób z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym. Trochę to dla mnie przereklamowane. Nie wstydzę się co prawda swojej niepełnosprawności i staram się żyć aktywnie, mam jednak mieszane uczucia co do tego dnia. Bo tak naprawdę jeżeli ktoś tego chce, to będzie żył w miarę "normalnie", miał pasję, rodzinę, przyjaciół. Dla takiego człowieka niepotrzebny jest osobny dzień, bo każdy jego dzień jest świętem i możliwością do przezwyciężania własnych słabości. Nie będzie się użalał nad sobą, tylko znajdywał rozwiązania problemów, nieważne czy samodzielnie, czy z pomocą innych. Znam to z autopsji. I to nie tylko z własnego przykładu...

poniedziałek, 3 października 2016

Na św. Franciszka polecam książkę o innym Franciszku

Niezwykle cenię sobie postać świętej pamięci kardynała Franciszka Macharskiego. Niejednokrotnie miałam okazję spotkać go osobiście, czy to podczas Mszy świętej, którą sprawował w kaplicy na Leskowcu, czy to podczas obchodów Wielkiego Tygodnia, albo odpustowych w sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej, raz nawet widziałam go w sosnowieckiej katedrze, kiedy wraz z innymi dostojnikami Kościoła katolickiego przybył na inaugurację sakry biskupiej Grzegorza Kaszaka. Szedł spokojnie z innymi purpuratami w pochodzie zmierzającym do bazyliki położonej w centrum stolicy Zagłębia. Wyróżniała go nie tylko wysoka postura, ale i zdecydowany krok oraz niebiański uśmiech na twarzy. Od dawna chciałam poznać jeszcze głębiej tego niezwykłego kapłana, dlatego skusiłam się na książkę Huberta Wołącewicza – „Kardynał Franciszek Macharski”. Jej niewielka objętość(liczy zaledwie 208 stron) sprawia, że czyta ją się bardzo szybko i przyjemnie. Nie oznacza to jednak, że sylwetka tego niezwykłego człowieka została przedstawiona pobieżnie. Wręcz przeciwnie.
Już sama okładka wzbudza pozytywne emocje w czytelniku. Łagodne oblicze księdza Franciszka, które spogląda na czytelnika zza szklanych okularów. Co ważne, przedstawiony wizerunek nie jest portretem kardynała z czasów jego młodości, ale przedstawia go takiego, jakim go znamy – starszego pana o twarzy pokrytej zmarszczkami, z charakterystycznie zaczesanymi siwymi włosami i w okularach. Poza tym skromny tytuł książki – „Kardynał Franciszek Macharski”. I nic więcej. Okładka tak samo skromna jak bohater książki.
Lekturę można podzielić na kilka części. Pierwsza z nich, prolog, przedstawia ogólny zarys życia następcy Karola Wojtyły na krakowskim tronie. Dowiadujemy się z niej m.in. kim byli rodzice krakowskiego kardynała, wiele ciekawostek z czasów jego szczęśliwego dzieciństwa, które bezwzględnie przerwał wybuch II wojny światowej, jego lata kapłańskie. Ta część obfituje w masę przypisów, które pozwalają jeszcze lepiej zrozumieć przedstawianą sylwetkę.
Druga część książki to wspomnienia wielu osobliwości, zarówno z świata duchownego, jak i świeckiego, którzy doskonale znają kardynała Macharskiego i mieli przyjemność obcowania z nim. Wśród wypowiedzi znajdziemy świadectwa m.in. księdza prałata Andrzeja Fryźkiewicza, profesora Pawła Toranczewskiego, księdza kardynała Stanisława Nagyego, Marka Fryźlewicza, księdza profesora Adama Kubisia, profesora Franciszka Ziejki, księdza arcybiskupa Mariana Jaworskiego, profesora Andrzeja Zolla, Adama Bujaka, klaryski siostry Anny, profesora Stanisława Hodorowicza, profesorów Ireny Popiołek-Rodzińskiej i Stanisława Rodzińskiego, profesora Henryka Kubiaka, oraz dzieci Barbary i Piotra Baltów, Marysi i Jasia. Szczególnie świadectwa tych najmłodszych ukazują prostotę kardynała Macharskiego.
Epilog zawiera genezę książki i doskonale ukazuje czytelnikowi motywy jej powstania. Następnie zamieszczono podziękowania dla osób, dzięki którym możliwe było napisania biografii. Dopiero z tej strony dowiadujemy się, jak wiele postaci było w nie zaangażowanych. Po podziękowaniach znajdziemy skróconą wersję życiorysu Franciszka Macharskiego. To ważne, ponieważ nie zawsze znajdziemy czas, aby wrócić do wstępu książki.
Bardzo ważnym elementem okazały się zamieszczone ważniejsze i ciekawsze przemówienia kardynała, przedstawiające fundamenty jego nauczania. Wśród nich znajdziemy również list napisany przez papieża Jana Pawła II z okazji 20 rocznicy objęcia przez Franciszka Macharskiego funkcji kardynała krakowskiego. I na koniec, prawdziwa wisienka, czarno-białe zdjęcia małego Niusia(jak w domu pieszczotliwie nazywano Franciszka). Aż w oku łza się kręci, kiedy widzimy słodkiego niemowlaczka w wózku. Niemowlaka, który został kardynałem.
Książka napisana została prostym, ale niezwykle ciepłym językiem. W piękny sposób ukazuje postać nieżyjącego już kardynała Franciszka Macharskiego. Nie periodyzuje go, a ukazuje jego piękne wnętrze. I to jest w niej najpiękniejsze. Jest to zarazem przepiękna pamiątka po przepięknie żyjącym człowieku.
*** 
A orszak niebiańskich dzieci-aniołów został powiększony o sześcioletniego aniołeczka-Iwa. Iwo odszedł dzisiaj nad rano we śnie na skutek tej samej choroby co Dominik, czyli neurostomy. To już drugi raz w ciągu zaledwie 3 dni, kiedy ta straszna choroba zbiera swoje żniwo. Iwusiu, pozostań w naszych sercach i pamięci na zawsze.
Iwo: 15 sierpnia 2010 - 3 października 2016
I pomyśleć, że kiedy w Sejmie toczy się batalia o całkowity zakaz aborcji, gdzieś na szpitalnych łóżkach umierają dzieci, które tak bardzo chcą żyć...

niedziela, 2 października 2016

I znowu w niebie pojawił się mały anioł

Wczoraj, późnym wieczorem orszak małych niebiańskich aniołów został zasilony przez kolejnego dzielnego wojownika. Po blisko siedmiu latach walki z tak nierównym przeciwnikiem, jakim jest neurostoma, 14-letni Dominik odszedł od nas na zawsze. Od dłuższego czasu śledziłam zmagania chłopca z chorobą, z całego serca życząc mu jak najdłuższego życia. Nawet któregoś dnia podczas letnich półkolonii zaproponowałam dzieciakom z mojej grupy namalowanie laurek dla ciężko chorego chłopca z okazji zbliżających się jego urodzin. Dzieciaki miały zajęcie na najbliższą godzinę, a efekt ich pracy w postaci pliku zarysowanych kartek został wysłany do odległego Wolsztyna. Czy ucieszył się z tak skromnego prezentu? Mam nadzieję, że chociaż na chwilę na jego naznaczonej bólem buzi pojawił się uśmiech. Nikt wtedy nie wiedział, że będą to ostatnie urodziny Dominika w jego życiu. Niestety, nie mogę pojechać na jego pogrzeb, chociaż bardzo bym chciała. Ale mogę przecież tu na miejscu zmówić za niego dziesiątkę różańca, albo chociaż "Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie". Przecież modlitwa powinna być wysłuchana z każdego miejsca na świecie, prawda?
Nie wiem dlaczego, ale w takich przypadkach zawsze mi się ciśnie na usta fragment wiersza ks. Jana Twardowskiego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Czasami nawet za szybko. Dominiku, gdziekolwiek jesteś - bądź tam szczęśliwy.
Dominik Młynkowiak:23 lipiec 2002 - 1 październik 2016

sobota, 1 października 2016

Przesuwając paciorki różańca świętego...

Różaniec, 59 paciorków nawleczonych w określonej kolejności na sznur. Pierwszy raz trzymałam go w swoich niezgrabnych dłoniach tuż po przystąpieniu do Pierwszej Komunii Świętej. Wcześniej oczywiście uczęszczałam z rodzicami na nabożeństwa różańcowe, zawsze jednak tylko przyglądałam się, jak poszczególne paciorki przesuwane są w ich palcach. Pierwsza Komunia Święta była momentem, w którym otrzymałam go na własność.
Różaniec pojawił się w Europie w XI wieku za sprawą wypraw krzyżowych. Pierwotnie modlono się na nim w klasztorach. Modlitwa zaczerpnięta była z tradycji średniowiecznej Palestyny, a konkretniej od muzułmanów. Opierała się na rytmicznych, wokalnych powtórzeniach. Krzyżowcy zafascynowani powszechnością użycia muzułmańskich sznurów modlitewnych we wszystkich warstwach społecznych mogli przenieść ich uniwersalne zastosowanie do religijności katolickiej. 
Pomysł, aby modlitwę różańcową dedykować Najświętszej Maryi Pannie mógł wywodzić się z kilku czynników. Od V wieku rośnie kult maryjny, usystematyzowany dogmatycznym postanowieniem soboru efeskiego, na którym ustalono, że Maryja urodziła Boga, dlatego należy jej się tytuł Theotokos(Matki Boga). Ponadto obserwacja modlitw różańcowych dedykowanych w hinduizmie bogini czasu i niebios, Kali, mogła w dużym stopniu przyczynić się do połączenia różańca z Matką Boską w chrześcijaństwie.
Mnich kartuski z klasztoru w Trewirze, Dominik z Prus, uważany jest za prekursora tajemnic różańcowych. W 1409 roku podzielił życie Jezusa i Maryi na 50 tajemnic od Zwiastowania Pańskiego do Powtórnego przyjścia Chrystusa w chwale, które zostały pogrupowane na 5 dziesiątków. Jego przeor, Adolf z Essen, kopiował te tajemnice i rozsyłał je do różnych klasztorów w Europie. Przy każdej z 50 tajemnic odmawiano Zdrowaś Maryjo, a po każdej dziesiątce Ojcze nasz, Wierzę w Boga oraz Zdrowaś Maryjo. Dominikanie z Kolonii skrócili 50 tajemnic różańca i połączyli je z odmawianiem 150 Zdrowaś Maryjo na wzór 150 psalmów. Dominikanin Jacob Sprenger dodał na zakończenie każdej dziesiątki Zdrowaś Maryjo odmawianych przy każdej z 15 tajemnic Ojcze nasz i Wierzę w Boga. W ten sposób powstał znany nam dzisiaj różaniec maryjny, zwany też dominikańskim.
Papież Sykstus IV w bulli Ea quae zaleca codzienne odmawianie różańca świętego. Na początku XVI wieku do modlitwy Zdrowaś Maryjo dodano zakończenie: "Święta Maryjo, Matko Boża...". Po soborze trydenckim papież Pius V zatwierdził różaniec maryjny zastępując nazwę Psałterz Najświętszej Maryi Panny nazwą Różaniec Najświętszej Maryi Panny. Ustalił też podział na część radosną, bolesną i chwalebną oraz określił ostatecznie tajemnice różańcowe zamieniając 4 tajemnicę chwalebną: Zaśnięcie Najświętszej. Maryi Panny na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny i 5. tajemnicę chwalebną: Powtórne przyjście Chrystusa w chwale na Ukoronowanie Najświętszej Maryi Panny na Królową Nieba i Ziemi. Zwrócił uwagę na to, że tajemnice różańcowe należy medytować, i wprowadził odmawianie Wierzę w Boga i trzykrotne Zdrowaś Maryjo na początku różańca. W bulli tej pojawiło się też wezwanie kończące modlitwę Zdrowaś po słowie ...Jezus: Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen. Ta wersja różańca nie zmieniła się aż do początku XXI wieku, kiedy w 2002 roku papież Jan Paweł II zaproponował dodanie czwartych tajemnic różańcowych - tajemnic światła.
Lubię chodzić na nabożeństwa różańcowe w moim kościele parafialnym, chociaż doskonale wiem, że bez problemu można modlić się w domowym zaciszu. Jednak w świątyni czuję się wspólnotą, a i bardzo często kapłan prowadzący modlitwę wygłasza ciekawe rozważania pomagające ją zrozumieć. Nie ukrywam, że mój pierwszy różaniec rozleciał się na części pierwsze, mam jednak kilka zapasowych, w tym jeden z Jerozolimy. Zresztą na różańcu można też odmawiać koronkę do Bożego Miłosierdzia, ale o tym nie dzisiaj.