Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 28 listopada 2016

Antybiotyk dobry na wszystko?

Nie da się ukryć - zima sprzyja wszelkim przeziębieniom, zaziębieniom i w ogóle chorobą. Wszyscy dookoła kaszlą, kichają, prychają rozsiewając zarazki w promieniu kilku metrów. A inni je wdychają, co nierzadko kończy się objawami chorobowymi i u nich. Większość z nas wraz z pojawieniem się pierwszych symptomów chorobowych wybiera się do lekarza po "zbawienny" antybiotyk.
Kiedy w 1928 roku Alexander Fleming wrócił do domu z wakacji, nawet nie podejrzewać że za chwilę odkryje coś, co całkowicie zrewolucjonizuje medycynę na następne lata. Kiedy podszedł do szklanki, w której hodował kolonię gronkowca zauważył, że na szybce pojawiła się pleśń. Najbardziej zdziwiło go jednak to, że szybka wokół grzyba była czysta tak, jakby gronkowiec uległ rozpuszczeniu. Szybko odkrył, że stało się tak przez jeden z gatunków pędzlaka - Penicillium notatum. Posłużył on naukowcowi do dalszych badań. Kiedy udało mu się wyizolować z pleśni substancję czynną, świat poznał nowy, niezwykle skuteczny lek - penicylinę. Wkrótce po wprowadzeniu go do masowej produkcji, zostało ogłoszone zwycięstwo nad chorobotwórczymi bakteriami. Dalszy rozwój tej nauki pozwolił na wyodrębnienie kolejnych antybiotyków. Do dzisiaj odkryto ich ponad 100. Problem w tym, że większość z nich szybko przestała działać i dzisiaj lekarze mogą aplikować ok. 30 z nich.
Już w 1945 roku Fleming ostrzegał wszystkich przed bezmyślnością ludzi stosujących nieodpowiednie dawki antybiotyków i skutkami takiego działania, czyli uodpornienie się szczepów bakterii na antybiotyki. Prawie 90 lat od odkrycia penicyliny jesteśmy tego świadkami. Początkowo do penicyliny dostęp miało tylko wojsko, z czasem jednak można było ją dostać w każdej aptece bez umiaru. Zażywano ją więc bez umiaru i co gorsze, bez powodu. Wkrótce zaczęto zauważać pierwsze skutki uboczne takiego postępowania - bakteryjne szczepy potraktowane penicyliną zaczęły się na nią uodparniać. To samo zaobserwowano w przypadku innych lekarstw. Dlatego zdecydowano, że antybiotyki będą wydawane tylko na receptę.
Nóż mi się otwiera w kieszeni, kiedy słyszę, że ludzie potrafią brać antybiotyk, nawet pozostały po poprzednim leczeniu przy byle przeziębieniu, czy infekcji wirusowej. Tymczasem nie trzeba mieć medycznej wiedzy, aby wiedzieć, że antybiotyki są owszem skuteczne, ale przy chorobach o podłożu bakteryjnym. Przy innych są nie dość że nieskuteczne, to w dodatku wyjaławiają organizm, paradoksalnie robiąc więcej szkód niż pożytku. Co prawda przy kuracji antybiotykowej podczas chorób o podłożu bakteryjnym organizm też jest wyjaławiany, ale przynajmniej buszująca w naszym organizmie bakteria zostaje wyeliminowana. Do czasu, ponieważ nasz organizm z każdą kuracją antybiotykową coraz bardziej staje się odporny na tego typu terapię.
Trzeba też pamiętać, że w terapii antybiotykowej powinny obowiązywać trzy kamienne zasady: maksymalnie rzadko(czyli wyłącznie wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne), maksymalnie krótko(tylko do momentu wyzdrowienia, nigdy dłużej) i maksymalnie wysoko(czyli w dawkach uderzeniowych, które zniszczą drobnoustroje, zanim te zdążą się uodpornić). Przede wszystkim nie należy ich jednak nadużywać, szczególnie wtedy, kiedy nie są niezbędne w procesie leczenia(np. podanie amoksycyliny w infekcji wirusowej nie tylko nas nie wyleczy, ale będzie miało działanie odwrotne - pomoże bakteriom w naszym ciele w nabyciu odporności na specyfik).
Zalecenia te są jednak rzadko stosowane w praktyce. Powszechna odporność na antybiotyki to efekt nadużywania tego typu substancji zarówno przez ludzi, jak i zwierzęta. Coraz częściej specjaliści apelują o zaprzestanie rutynowego i profilaktycznego zażywania antybiotyków. Głównym grzechem lekarzy pierwszego kontaktu jest przepisywanie bakteriobójczych lekarstw nawet wtedy, kiedy infekcja ma podłoże wirusowe. Z kolei większość pacjentów nie stosują zaleceń internistów dotyczących dawkowania albo zażywają lekarstwa na własną rękę. Tymczasem tego typu lek działa niczym granat - niszczy wszystko i bez wyjątku. Dodatkowym problemem jest nadużywanie antybiotyków na wielkoprzemysłowych farmach. Na świecie aż 70% środków bakteriobójczych trafia właśnie do zwierząt. Dodaje się je do paszy w celach profilaktycznych, ponieważ producenci żywności nie chcą sobie pozwolić na straty wywołane przez choroby. Następnie antybiotyki niestety przedostają się do środowiska, powodując zdobywanie odporności przez bakterie. Najgorsze jest to, że zwierzętom podaje się "lekarstwo ostatniej szansy", czyli kolistynę, co powoduje zaprzestania działania większości specyfików.
Musimy wiedzieć, że w Europie z powodu uodpornienia się na działanie antybiotyków umiera rocznie 25 tysięcy osób. Na świecie zaś ta liczba sięga 700 tysięcy. Najczęstszymi przyczynami zgonów są tak błahe sprawy jak zakażenie szpitalne, infekcja dróg oddechowych, czy zwykła biegunka. Naukowcy alarmują, że odporność mikrobów na antybiotyki to problem globalny. Raport przygotowany na zlecenie brytyjskiego rządu prognozuje, że do 2050 roku śmierć z tego powodu poniesie 300 milionów osób. Nie ma więc wątpliwości co do tego, że wkrótce odporne na leki bakterie pochłoną więcej żyć niż nowotwory. Tym bardziej, że w ciągu ostatnich 20 lat ryzyko zgonu z powodu infekcji mikrobami odpornymi na leczenie antybiotykami wzrosło aż o 65%. A może być jeszcze gorzej, ponieważ zagrażają nam masowe epidemie. Szacuje się, że w najbliższym czasie bakterie gronkowca złocistego, pałeczki zapalenia płuc czy prątki gruźlicy staną się o 40% odporniejsze na współczesne leki i doprowadzą do podwójnej liczby zachorowań. Jeszcze bardziej drastyczniejszy może okazać się fakt, że te drobnoustroje uodpornią się całkowicie. Do tego może dojść wzrost zgonów wśród osób chorych na tyfus oraz rzeżączkę. Niewielu z nas zdaje sobie też sprawę z tego, że w świecie bez antybiotyków niebezpieczne staną się wszelkie zabiegi medyczne, nawet rutynowe usunięcie wyrostka robaczkowego, czy też wizyta u dentysty, ponieważ nie będzie możliwości zwalczenia najprostszej infekcji.
Na razie jednak firmy farmaceutyczne zdają się nie zauważać tego problemu. Większość współczesnych antybiotyków powstała pod koniec lat 80. XX wieku. Od tamtego czasu nie powstał żaden skuteczny, który nadawałby się do powszechnego użytku. Wszystko dlatego, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane prowadzenia nietanich badań nad nowymi lekarstwami. Zamiast inwestować pieniądze w specyfiki brane przez pacjentów przez góra kilkanaście dni w roku wolą wydawać je na lekarstwa stosowane przy chorobach przewlekłych, a więc długotrwale. Nie ma wątpliwości, że chęć powiększenia zysków to główna przyczyna zastoju w badaniach nad nowymi antybiotykami, które mogły by być bardziej skuteczne niż aktualne. Jaka jest więc przyszłość antybiotyków? Specjaliści podają cztery możliwości:
  1. Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda chcą produkować substancje przeciwbakteryjne od podstaw. Przypominałoby to układankę z klocków lego, którymi w tym przypadku byłyby cząsteczki chemiczne. Tajemnicą sukcesu byłoby ich właściwe dobranie. Rozdysponowanie budowy poszczególnych części antybiotyków już dzisiaj powierzono kilku niezależnym zespołom.
  2. W 2014 roku badacze z Uniwersytetu Notre Dame w USA odkryli grupę antybiotyków, które nazwano oksadiazolami. Udało się to dzięki przeprowadzeniu stymulacji komputerowej z udziałem aż 1,2 milionów związków chemicznych. Właściwości nowego specyfiku zostały przetestowane na muszkach laboratoryjnych zarażonych gronkowcem złocistym. Ich wynik był pozytywny. Naukowcy przewidują, że oksadiazole będą w stanie pokonać oporne na antybiotyki szczepy bakterii.
  3. Międzynarodowy zespół mikrobiologów z Uniwersytetu Aberdeen poszukuje substancji o działaniu antybakteryjnym na dnie mórz i oceanów. Eksperci są bowiem przekonani, iż w rowach oceanicznych żyją organizmy, które musiały rozwinąć nieodkryte dotąd metody walki z zakażeniami. Inaczej nie byłyby w stanie przetrwać. Ponieważ były od siebie odseparowane, wytworzyły różne substancje ochronne. Znalezione w głębinach bakterie i grzyby już wkrótce mogą być bazą pod nowe antybiotyki.
  4. Naukowcy pokładają też niemałe nadzieję w odkrytej w zeszłym roku tejksobaktynie. Mikrobiologom udało się wyhodować mikrokolonię bakterii o nazwie Elephtheria terrae. Dokonano tego dzięki urządzeniu iChip pozwalającemu na docieranie składników odżywczych i innych substancji z naturalnego środowiska do drobnoustrojów trzymanych w niewielkich, półprzepuszczalnych pojemnikach z rozcieńczoną próbką gleby. Bakteria ta spowodowała powstanie nowego rodzaju antybiotyków. Testy na myszach wykazały, że pokonuje ona m.in. gruźlicę, sepsę oraz zakażenia wywołane przez gronkowca złocistego.
A może zamiast brać chemiczne antybiotyki w stanach przeziębienia warto sięgnąć po naturalne produkty, które dają podobne działanie? Można do nich zaliczyć m.in. cebulę, czosnek, kit pszczeli, żurawinę, bazylię, oregano, tymianek, szałwię lekarską, sosnę zwyczajną oraz cynamon. Można je mieszać z innymi potrawami, dodawać do smaku. Zazwyczaj nie tracą swoich właściwości, ani nieuodparnianą na sztucznie wytworzone szczepy antybiotyków. Może warto się nad tym zastanowić, kiedy przy byle katarze będziemy mieli ochotę sięgnąć po specyfik w tabletce.

niedziela, 27 listopada 2016

Adwent, adwent

Adwent pojawił się w liturgiach Galii i Hiszpanii już w IV wieku. Był to trzytygodniowy okres poprzedzający uroczystość Epifanii(Pokłonu Trzech Króli), które w pierwszych wiekach chrześcijaństwa łączyło się z Bożym Narodzeniem. Pozostałością tego okresu jest prawosławne Boże Narodzenie, które obchodzone jest właśnie 6 stycznia. Z czasem zaczynał się on w dniu wspomnienia św. Marcina(czyli 11 listopada) i trwało też do 6 stycznia. Jeśli bowiem policzymy tylko faktyczne dni postne, odejmując od tych ośmiu tygodni wszystkie soboty(które na Wschodzie też są wolne od postu) i niedziele, to wyjdzie nam dokładnie 40 dni. Twierdzono bowiem, że zarówno przygotowania do Epifanii, jak i do Wielkiej Nocy powinny trwać taką samą ilość czasu. Owe czterdzieści dni było zarazem pamiątką czterdziestodniowego postu Syna Bożego na pustyni po przyjęciu chrztu. Pełnemu rozwojowi czterdziestoletniego okresu przygotowań do Epifanii przeszkodził szybki rozwój Bożego Narodzenia w Rzymie, a także w sąsiednich krajach. 
Również i w tym przypadku uroczystości były poprzedzone odpowiednim przygotowaniem. Wspomina o nim w swoich homiliach papież Grzegorz Wielki pod koniec VI wieku. Rzymski Adwent mieścił się między pięcioma a czterema niedzielami. Widać tutaj, w przeciwieństwie do poprzedniego przypadku, brak powiązania z czterdziestodniowym Wielkim Postem.
Zespolenie dwóch powyższych przygotować do Epifanii i faktycznego Bożego Narodzenia nastąpiło na skutek przyjęcia we Francji liturgii rzymskiej. Stąd z kolei powróciła w tej formie z powrotem do Rzymu, aby stać się normą dla całego chrześcijaństwa zachodniego. Przyjęto więc cztery, a w pewnym momencie(do XI wieku) pięć niedziel Adwentu, łącznie z całym bogactwem rzymskiej liturgii adwentowej. Od przełomu tysiącleci pojawia się we Mszy św. Gloria, natomiast wraz z wprowadzeniem kanonu kolorów, okresowi Adwentu przypisano kolor postny, czyli fioletowy.
Reforma rubryk z 1955 roku oraz Codex Rubricarum z 1960 podniosły rangę czterech niedziel Adwentu. Faktyczna odnowa nastąpiła jednak wraz z Soborem Watykańskim II. Od tego czasu okres Adwentu zaczyna się od pierwszych Nieszporów niedzieli wypadającej 30 listopada lub najbliższej tego dnia, kończy się zaś przed pierwszymi Nieszporami Narodzenia Pańskiego. 
Okres Adwentu ma podwójny charakter. Jest okresem przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego, przez którą wspominamy pierwsze przyjście Syna Bożego do ludzi. Równocześnie jest okresem, w którym przez wspomnienie pierwszego przyjścia Chrystusa kieruje się dusze ku oczekiwaniu na jego podwójne przyjście na końcu czasów. Z obydwóch względów Adwent jest okresem radosnego oczekiwania. Oba te aspekty wiążą się ze sobą, chociaż od pierwszej niedzieli Adwentu do 16 grudnia w centrum liturgii znajduje się ostateczne przyjście Pana, podczas gdy dni powszednie od 17 do 24 grudnia są przeznaczone na bezpośrednie przygotowanie do uroczystości Bożego Narodzenia. Tą drugą fazę charakteryzują Antyfony O, śpiewane w tych dniach*.

Na podstawie "Liturgii Kościoła" Michaela Kunzela

A jeżeli nie macie pomysłu na duchowe przygotowanie się do Bożego Narodzenia, to szczerze polecam zajrzeć >>TUTAJ<<. Kilka razy korzystałam z tego rodzaju rekolekcji i nigdy się nie zawiodłam👍

* Z Antyfonami wiąże się ciekawy trik, ale pozwolę sobie zobrazować go sobie w późniejszym czasie😃.

sobota, 26 listopada 2016

Pierniczyliśmy

Jako że pomału zbliżamy się do Bożego Narodzenia(jeszcze tylko cztery tygodnie) postanowiliśmy na zajęciach z dziećmi podczas zajęć na dzisiejszym Oratorium upiec i udekorować pierniczki, czyli krótko mówiąc - po prostu "pierniczyliśmy".
 
 
 
 
Czy widzicie ten tłum dzieci? 20, słownie DWADZIEŚCIA. Jeszcze nigdy nie było takiego oblężenia Domu Młodzieżowego. Ale taka właśnie była idea św. Jana Bosko - im więcej dzieci tym lepiej. Dotychczas przychodziło na nasze zajęcia kilka, góra dwanaście maluchów z szkoły podstawowej. Wszyscy jako animatorzy jesteśmy w szoku. Oczywiście pozytywnym. Wreszcie zaczęło coś się dziać. Mamy nadzieję, że dzisiejsze "pierniczenie" i zabranie swoich dzieł kulinarnych do domu będzie doskonałą zachętą do przychodzenia do nas na sobotnie zajęcia. A swoją drogą zupełnie przypadkowo to wszystko wyszło. Mamy tylko nadzieję, że za tydzień nasi zastępcy nie zniechęcą wszystkich do działania. Nasza stała "kadra" jedzie bowiem do pobliskich Tarnowskich Gór na kolejne zgrupowanie dla animatorów zwane Oratoriadą. W październiku byłam pierwszy raz na takim czymś i bardzo mi się spodobało. Jest to dla nas potrzebne, jako etap rozwoju duchowego. A i sam program zapowiada się bardzo ciekawie:
 
W tym zespoleniu to nawet sobotnia próba scholi schodzi na dalszy plan...

czwartek, 24 listopada 2016

Nie rozumiem tego!

Może przesadzam, może jestem przewrażliwiona na swoim punkcie, ale... Są sytuacje, które wytrącają mnie z równowagi. Mam dosyć dobry kontakt z osobą prowadzącą przedmiot hotelarstwo i domy pielgrzyma. Zresztą w zeszłym roku mieliśmy z nią podstawy turystyki, a następnie organizację ruchu turystycznego. Już wtedy zaimponowałam jej dwoma kierunkami studiów przy moim stanie sprawności. A ponieważ jedną z moich życiowych dywiz jest hasło "chcieć to móc", to w miarę systematycznie uczęszczałam na jej zajęcia. Doszło do tego, że miałam(i w dalszym ciągu mam) "darowane" spóźnienia, wszak pomiędzy AWFem, a Uniwersytetem Papieskim jest spora odległość. Za to zawsze zostaję do końca co też działa na moją korzyść.
W zeszłym(IV) semestrze mieliśmy taką nieprzyjemną sytuację - system ustalający plan zajęć umieścił zajęcia z ORTu w tym samym czasie i miejscu, w jakim miał pierwszy rok ten sam przedmiot. Udaliśmy się na pierwsze zajęcia i zostaliśmy delikatnie wyproszeni z sali przez ową wykładowczynię, ponieważ i program nauczania mieliśmy inny, i z miejscem dla wszystkich był problem. Starościna od razu pobiegła ze skargą i nadzieją na zwolnienie nauczycielki do dziekana, bo "jak to tak może być". Oczywiście nic nie zdziałała, bo szybko doszli do tego co, jak i dlaczego, a przy okazji zmieniono termin zajęć. Niektórym osobom nie było to w smak i ogłosiły "strajk" polegający na niechodzeniu na zajęcia. Ok., są dorośli. Żeby jednak mieli się z czego uczyć, brałam im prezentacje multimedialne z każdych zajęć i w miarę regularnie umieszczałam na meilu klasowym. Przyszedł czas zaliczenia, kilka osób nie zdało(w tym wszystkie, które nie chodziły na zajęcia). Poszły potem na poprawę, poprawiły, chociaż gadali na nauczycielkę, że aż uszy puchły. Przyszły wakacje, myślałam że temat zakończony.
Tymczasem dzisiaj po zajęciach z hotelarstwa nauczycielka poprosiła mnie o pozostanie w sali. To co od niej usłyszałam przeszło wszelkie moje oczekiwania. Podobno po tej całej akcji jedna z osób, które nie zaliczyły przedmiotu w pierwszym terminie poszły do dziekanatu ze skargą, jakobym nie przesyłała im prezentacji multimedialnych. Profesorka oczywiście zapewniała mnie, że znając moją osobowość nie tylko nie uwierzyła w te pomówienia, ale też wzięła mnie w obronę przed dziekanem. Ja też jej powiedziałam, że wszystko było regularnie umieszczane na poczcie, żałowałam tylko, że już schowałam laptopa, bo bym jej pokazała. 
Po powrocie do domu zajrzałam na pocztę i uwierzcie mi, wszystkie prezentacje jakie miałam od prowadzącej na niej były. Dziwnie się teraz czuję. Z jednej strony nie mam sobie nic do zarzucenia, bo przecież wszystko jest w porządku, ale z drugiej jakiś niedosyt całej sytuacji zostaje. Zastawiam się tylko dlaczego nikt nie zgłosił "braku materiałów" podczas poprawy sprawdzianu? Przecież jakoś wyjaśniłoby się to. Czy na prawdę musieli z tym gonić do dziekanatu? Jeszcze chwila, a będą skarżyć u samego rektora. Nie rozumiem tego, na prawdę nie mieści mi się to w głowie. I nie rozumiem dlaczego tak postąpili...

poniedziałek, 21 listopada 2016

O tym jak historia "Titanica" ocaliła wiele żyć pasażerów "Britannica"

Niemal każdy z nas zna historię "Titanica", który po zderzeniu z górą lodową zatonął w mętnych wodach oceanu, pochłaniając życie ponad 1500 osób. Jednym z błędów konstruktorskich niewątpliwie była zbyt mała liczba szalup ratunkowych, znajdujących się na statku. Dowiedziawszy się o tym opinia publiczna nie pozostawiła suchej nitki na właścicielu transatlantyku - spółce White Star Line. Postanowiono nie tylko zwiększyć ilość łodzi ratunkowych, ale również liczbę grodzi wodoszczelnych. O ile było to nieco utrudnione w przypadku odbywającego regularne rejsy przez Atlantyk "Olimpicowi", o tyle w przypadku dopiero co budowanego "Gigantica", przechrzczonego potem na "Britannica", możliwe były wszelkie zmiany związane z konstrukcją statku.
Warto tutaj wyjaśnić, że firma White Star Line postanowiła stworzyć trzy bliźniacze statki, które byłyby najnowocześniejszymi i najbezpieczniejsze transatlantyki kursujące na trasie Europa - Ameryka. Pierwszym z nich był "Olimpic", drugim - słynny "Titanic", trzecim zaś "Britannic".
"Titanic", "Gigantic" i "Olimpic" - cuda ówczesnej techniki
Stępkę jeszcze pod "Gigantica" położono przy jednym ze specjalnych nabrzeży należących do stoczni Harland & Wolff znajdującej się w Belfaście 30 listopada 1911 roku, czyli kilka miesięcy przed zatonięciem starszego brata, "Titanica". Wodowanie nastąpiło ponad dwa lata później - 26 lutego 1914 roku.
Wodowanie
Dzięki temu, że budowa ruszyła tuż przed katastrofą "Titanica", uniknięto pewnych błędów projektowych i wprowadzono nowe rozwiązania, które podnosiły bezpieczeństwo transatlantyku przy uwzględnieniu wyników dochodzeń przeprowadzonych w Ameryce i Wielkiej Brytanii. Obie burty statku w 2/3 otrzymały zewnętrzny, drugi kadłub. Poza tym, że ta dodatkowa skóra sprawiała, że parowiec był o 45 cm szerszy od pozostałych jednostek, miała ona do spełnienia bardzo ważne zadanie: stanowiła dodatkową ochronę silników i kotłów parowych. Poza tym nowy transatlantyk został wyposażony w 17 grodzi wodoszczelnych - zaczynały się one od pokładu B, który zaczynał się na wysokości 13 metrów od powierzchni morza i dochodziły do pokładu E. Dzięki tak przemyślanej konstrukcji istniało mniejsze prawdopodobieństwo, aby przy ewentualnym uszkodzeniu kadłuba, woda zaczęła przelewać się górą do kolejnych przegród tak, jak to miało miejsce na "Titanicu"(w założeniu statek miał się utrzymać na powierzchni nawet przy zalaniu sześciu przedziałów). Zmieniona została także konstrukcja grodzi wodoszczelnych, zapewniając im większą niezawodność niż na "Titanicu". Ponadto grodzie te można było zamykać elektrycznie z mostka. Innowacją było też to, że każdy przedział wodoszczelny posiadał osobny system wypompowywania wody z zaworem odpływowym umieszczonym wysoko nad poziomem morza. Tym samym, w przypadku częściowego zanurzenia spowodowanego nabraniem wody, zawór mógłby być wykorzystany dłużej niż na "Titanicu". Zwiększono także liczbę szalup ratunkowych i zrewolucjonizowano sposób spuszczania ich na wodę. Każdy z pięciu olbrzymich żurawi zamontowanych na statku obsługiwał sześć dużych szalup znajdujących się na pokładzie. Poza tym żurawie skonstruowano w taki sposób, by mogły opuszczać na morze szalupy nie tylko po tej stronie, po której były zamontowane, ale także po drugiej stronie statku. Mogło się to okazać konieczne w razie, gdyby wskutek przechyłu statku niemożliwe stało się spuszczenie burt wzdłuż jednej z burt. Na wypadek możliwości przeprowadzenia tych operacji w nocy, każdy z żurawi wyposażono w indywidualną instalację elektryczną. Poza tym każdy posiadał własny silnik elektryczny. Ich konstrukcja umożliwiała także bardziej racjonalne wykorzystanie przestrzeni na pokładzie, co było nie bez znaczenia dla statku handlowego. Wprowadzone na "Britannicu" nowe rozwiązania przewyższały dawne, także pod względem estetycznym.

Według pierwotnego projektu na "Britannicu" miało być zamontowanych osiem żurawi. Jednak po wybuchu pierwszej wojny światowej projekt ten został zmodyfikowany. Jeszcze w czasie budowy statek został przejęty przez Administrację i w celu przyspieszenia prac wykończeniowych, zredukowała ilość nowoczesnych żurawi do pięciu. Pozostałe szalupy ratunkowe miały być obsługiwane przez tradycyjne żurawie typu Welin. 
"Britannic" był nieco dłuższy od bliźniaczych jednostek, a nieznaczne zwiększenie szerokości spowodowane wprowadzeniem podwójnego kadłuba, wyraźnie zwiększyło jego wyporność. Podobnie jak w przypadku pierwszych dwóch gigantów, tak i teraz White Star Line nie szczędziła nakładów na luksusowe wyposażenie statku. Boazerii z drewna doskonałego gatunku było jeszcze więcej niż na poprzednich jednostkach, zaś faktura ściany w głównej, reprezentacyjnej klatce schodowej przypominała piszczałki ogromnych organów. Projekt zakładał także inne, równie eleganckie zdobienia, ale zrezygnowano z nich, kiedy Administracja przekształciła liniowiec w statek szpitalny, mogący pomieścić na swoim pokładzie do 3309 rannych i chorych. Kryte pokłady przebudowano tak, by można było ustawić w nich koje szpitalne, jadalnia pierwszej klasy została przeznaczona dla najciężej rannych, wymagających intensywnej terapii, a w wielkim salonie urządzono salę operacyjną. Większość rannych miała leżeć we wspólnych salach na wyższych pokładach w pobliżu szalup ratunkowych - na wypadek konieczności opuszczenia statku. Kabiny pierwszej klasy przeznaczono dla lekarzy, oficerów, przełożonych oficerów, pomocniczego personelu medycznego i kapelanów. Natomiast marynarze, pielęgniarki, salowe i skauci morscy otrzymali kabiny w niższych klasach. Statkowi zmieniono także nazwę. Zamiast początkowo planowanego "Gigantica" otrzymał  imię "Britannic". Zmiana podyktowana była względami psychologicznymi, politycznymi i patriotycznymi wiązała się z nieszczęśliwym losem "Titanica". 
15 lutego 1915 roku pomalowany na biało z szerokim zielonym przerywanym trzema wielkimi czerwonymi pasami na rufie pasem "Britannic", rozpoczął swoją służbę w czasie wojny. Dowodzenie statkiem szpitalnym powierzono kapitanowi Charlesowi Bartlerowi, od lat pracującemu dla White Star Line, znanemu ze swej ostrożności i rozwagi. Przylgnął do niego przydomek "Charlie Góra Lodowa", ponieważ zasłynął tym, że potrafił "wyczuć w powietrzu" góry lodowe i trzymał się zawsze szlaków przebiegających znacznie na południe od stref ich występowania, jako że było to w jego przekonaniu jedyna pewna metoda ich uniknięcia. Poza tym Bartlett doskonale znał statek, który mu powierzono, wszak uczestniczył w jego budowie z ramienia White Star Line jako nadzorca prac w stoczni. Dodatkowo zaraz po wybuchu wojny powołano go do służby wojskowej, podczas której uczestniczył w licznych patrolach na Morzu Północnej. Podczas tych misji przekonał się o niebezpieczeństwie, jakie stanowiły U-booty. Na "Britannicu" mógł się jednak czuć bezpieczny, gdyż statek szpitalny chroniony był Konwencją Genewską. Na plus działał też fakt, że liniowiec miał pływać po wodach Morza Śródziemnego, gdzie U-booty były mniej liczne oraz to, że był w stanie rozwinąć prędkość do 21 węzłów, co sprawiało że przewyższał maksymalną prędkość łodzi podwodnej, a tym samym miał dużą szansę na uniknięcie niebezpieczeństwa.
Pierwsze miesiące na Morzu Śródziemne przypominały typowy rejs turystyczny. Na pokładzie znajdowało się niewielu rannych, zatem lekarze i pielęgniarki miały obowiązek jedynie utrzymywać statek w stanie gotowości. Bez problemu znajdowali czas na pływanie w basenie pierwszej klasy, gimnastykę w siłowni, czy też grę w krykieta na pokładzie. Dopiero po zdobyciu Gallipoli sytuacja uległa zmianie. Grecja, Palestyna i Mezopotamia zgromadziła ogromne oddziały wojskowe - setki tysięcy żołnierzy. W tej sytuacji obecność pływającego szpitala stała się niezbędna. Doszło do tego, że w czasie jednego z ostatnich rejsów liniowiec był tak przepełniony, że w Southampton podstawiono aż 15 pociągów, aby przetransportowali rannych do różnych angielskich miejscowości.
W swój szósty, a za razem ostatni rejs, "Britannic" wypłynął 12 listopada 1916 roku z Southampton do położonego na greckiej wyspie Lemnos, Mudros. Pięć dni później zacumował w porcie w Neapolu, gdzie uzupełnił zapasy węgla. Nie było to niezbędne, ale pozwoliło oszczędzić czas w czasie rejsu powrotnymi z rannymi. Z Nepalu do Mudros były jeszcze dwa dni rejsu. Załadunek węgla zakończono wieczorem. Jednak tuż przed opuszczeniem portu przez statek zerwał się sztorm, przez co nie było mowy o dalszym rejsie. Wreszcie dwa dni później opuścił port i popłynął w kierunku Grecji. Co prawda przez kilka godzin "Britannic" zmagał się ze sztormem w Zatoce Neapolitańskiej, jednak już następnego dnia bez większych problemów pokonał Cieśninę Messyńską.
Rankiem 21 listopada transatlantyk obrał kurs na kanał Kea. 40 mil na południowy-wschód od Aten wstrząsnął nim nagły wybuch w dziobowej części sterburty. Z pewnością była to mina, ponieważ torpeda byłaby zauważona. Bartlett rozkazał zamknąć grodzie wodoszczelne i posłał oficera, który zorientował się w rozmiarach powstałych szkód. Pomimo podwójnego kadłuba uszkodzenie było poważne. Woda wlewała się do środka, ale na szczęście nie było ofiar. Do wybuchu doszło pomiędzy drugim, a trzecim przedziałem wodoszczelnym. Zniszczone zostały drzwi wodoszczelne, które prowadziły do kotłowni numer 6. Pierwsze pięć dziobowych przedziałów wodoszczelnych szybko wypełniały się wodą, lecz eksplozja uszkodziła też gródź wodoszczelną oddzielającą kotłownię numer 6 od kotłowni numer 5, przez co nie można jej było domknąć. Skutek tego był taki, że te dwa przyległe do siebie pomieszczenia zaczęły wypełniać się wodą. "Britannic" miał szansę utrzymać się na powierzchni przy zalaniu sześciu przedziałów wodoszczelnych pod warunkiem szczelności pozostałych grodzi. Był moment, kiedy wydawało się, że gródź wodoszczelna między kotłownią 5 i 4 wytrzyma nabór wody, jednak statek nagle przechylił się mocno na prawą burtę. Drzwiczki na pokładzie E i F znalazły się poniżej linii zanurzenia. Wiele z nich pozostało otwarte, przez co do wnętrza statku przedostawała się woda powodując coraz większy przechył. Kapitan miał nadzieję, że grodzie wodoszczelne wytrzymają, a dzięki temu uda mu się dopłynąć do mielizny przy najbliższym wybrzeżu. Wydał rozkaz zwiększenia prędkości, ale to tylko spowodowało jeszcze większy przechył. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji kazał wyłączyć silniki i nadać przez radio wezwanie pomocy. Równocześnie wydał rozkaz przygotowania szalup ratunkowych i zasygnalizowania syreną "generalnego alarmu". Niestety, zanim to nastąpiło, dwie łodzie opuściło statek, mimo chodzących silników. Zostały one wciągnięte przez wystające ponad powierzchnię wody śruby i zmiażdżone wraz z przebywającymi w nich pasażerami. Warto tutaj zaznaczyć, że były to jedyne śmiertelne ofiary katastrofy. Dalsza akcja ratunkowa przebiegała sprawnie. Jako ostatnia z kobiet statek opuściła przełożona pielęgniarek. Następnie rozpoczęto ewakuację mężczyzn. Wchodzili do szalup po pięćdziesięciu, zaczynając od skautów i młodszych oficerów. Co prawda w pewnym momencie wśród palaczy wybuchła panika, oficerom szybko jednak udało się przywrócić porządek. W niektórych szalupach brakowało mężczyzn, przez co pielęgniarki same musiały dać sobie radę z ciężkimi wiosłami.
O 9:07, blisko 55 minut po wybuchu, tysięczna liczba rozbitków po raz ostatni widziała wspaniały szpital morski. Jego rufa uniosła się pod kątem 60°, kominy runęły do wody, a z kadłuba uniósł się czarny dym. Chwilę później wybuchły kotły i "Britannic" na zawsze pogrążył się w wodach Morza Egejskiego.
Pomoc rozbitkom nadeszła bardzo szybko - pierwszy na miejsce tragedii dopłynął pomocniczy krążownik HMS "Heroic", a chwilę później grecki kuter rybacki. Podczas gdy kuter zaczął zabierać na pokład rozbitków, na miejscu pojawiły się kontrtorperdowcy HMS "Scourgo" i "Foxhound". Dzięki temu przed wieczorem wszyscy zostali przetransportowani na pokłady brytyjskich i francuskich statków.
Zmiany i ulepszenia w konstrukcji statku nie przyczyniły się do jego ocalenia. „Britannic” zatonął w niespełna godzinę po wybuchu, podczas gdy „Titanic” utrzymał się na powierzchni 2,5 godziny. Jednak dzięki zwiększeniu liczby szalup ratunkowych, wszyscy rozbitkowie zostali uratowani. W mniej niż godzinę na morze spuszczono 35 szalup, natomiast w czasie ewakuacji pasażerów „Titanica” przez dwie i pół godziny na morze spuszczono ich zaledwie 18. Mimo że ofiar śmiertelnych było tylko 30 nie ulega wątpliwości, że gdyby do eksplozji doszło w nocy, kiedy większość pasażerów spala w kabinach, ofiar byłoby znacznie więcej. Gdyby zaś „Britannic” miał na pokładzie 3 tysiące rannych, jak w czasie poprzedniego rejsu, niewątpliwie doszłoby do kolejnej tragedii.

sobota, 19 listopada 2016

Króluj nam Chryste, zawsze i wszędzie

Chociaż w Polsce panowało królów wiele,
nikt nie może się równać z naszym Zbawicielem.
Bardziej mądry jest od nich, bardziej sprawiedliwy,
a w bardzo wielu sprawach także litościwy.
Spójrz w jego oczy, znajdź w nich miłosierdzie.
On panować nam zawsze, po wiek wieków będzie.
Tak długo Polska tej chwili wyczekiwała,
aż go wreszcie swoim Królem nazwała.
Wraz z swoją Matką, od dawna Królową Polski,
wprowadzi w kraju pokój, pokój bardzo Boski.
Rządzić nam będzie z niebios, bronić kraj nasz cały,
aż go w końcu doprowadzi na piedestał chwały.

Pewnie moja poezja trochę "gryzie", jednakże uważam, że powyższy wiersz wkomponowuje się w dzisiejszą uroczystość przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla Polski. Co prawda wielu katolików uznawała by ten tytuł również i bez uroczystej intronizacji, jednak doskonale się ona wkomponowała w zakończenie Nadzwyczajnego Roku Miłosierdzia Bożego, które wypadło w przeddzień liturgicznego wspomnienia Chrystusa Króla Wszechświata. Święta, które zostało wprowadzone do kalendarza katolickiego stosunkowo późno, bo dopiero w 1925 roku na zakończenie Roku Jubileuszowego. Dokonał tego papież Pius XI. Chociaż na ostatnią niedzielę roku liturgicznego została przeniesiona dopiero w 1969 roku. W tym roku święto wypadnie właśnie w dniu jutrzejszym. Tak więc "upieczono" dwie pieczenie na jednym ogniu. Tym bardziej, że uroczystość odbyła się w samym sercu Bożego Miłosierdzia, czyli w krakowskim sanktuarium w Łagiewnikach.
Zdania co do dzisiejszej uroczystości są bardzo podzielone. Spotkałam się nawet z kpiną, że pewnie będzie dostawał wypłatę z naszych podatków. Oczywiście większość uwag wystosowali ateiści, bądź tzw. wierzący niepraktykujący. Taa... jak ja lubię uwagi odnośnie Kościoła. Kilka miesięcy temu kpili z ŚDM i całego przedsięwzięcia, a teraz przerzucili się na intronizację Chrystusa jako Króla Polski. Żeby jeszcze wyrażali swoje opinie w jakiś przyzwoity sposób. Ale nie, najlepiej zmieszać wszystko z błotem. Nie muszą się ze wszystkim zgadzać, ale żyją w państwie raczej katolickim i niektóre sprawy będą upubliczniane. Nie zejdzie się przecież do podziemi tak jak w pierwszych latach chrześcijaństwa. Ja oczywiście nie zmuszam nikogo do zejścia na katolicyzm, szanuję poglądy każdego i tego samego oczekuję od innych. Czy to tak wiele?
Matka Boska jest Królową Polski od drugiej połowy XVI wieku. Jakoś to w większej mierze nikomu nie przeszkadza. Dlatego więc intronizacja Chrystusa na Króla Polski wywołuje tyle kontrowersji? W czym Syn jest "gorszy" od Matki? Nie rozumiem, do prawdy nie rozumiem tego oburzenia.
I tak na przekór im wszystkim mówię ministranckie pozdrowienie, które dziś nabrało szczególnego znaczenia: "Króluj nam Chryste zawsze i wszędzie".

wtorek, 15 listopada 2016

"Ku pokrzepieniu serc"

Pomnik Sienkiewicza przed częstochowskim
liceum, któremu patronuje
Życie pod zaborami nie było usłane kwiatami. Zaborcy wprowadzili liczne represje wobec obywateli okupowanego kraju, chcąc pozbawić ich pierwiastka polskości. Istniał jednak naród, który przekazywał nowemu pokoleniu prawdziwą historię państwa, którego na próżno było wtedy szukać na mapie, jego kulturę, tradycję, a nawet język. I choć oficjalnie nie można było porozumiewać się po polsku, to w domowym zaciszu ten zakaz jakby przestawał istnieć. Wieczorami całe rodziny zbierały się przy kuchennym stole, bądź co zamożniejsi - przy kominku, i słuchali o tym jak żyło się za "dobrych, dawnych czasów" w opowieściach snutych przez nestorów rodu.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie tak wyobrażałam sobie dzieciństwo jednego z największych polskich pisarzy - Henryka Sienkiewicza. Po latach, owe opowieści snute przez ojca bądź dziadka pisarza, zaowocowały m.in. Trylogią, czy też "Krzyżakami". A to przecież tylko wierzchołek góry jego dzieł, które zaowocowały prestiżową Nagrodą Nobla.
Mało kto jednak wie, że w zamyśle rodziców ich syn Henio miał zostać... lekarzem. Co prawda już w gimnazjum zdobywał nagrody za swoje prace literackie, pierwszą za wypracowanie zatytułowane "Mowa Żółkiewskiego do wojska pod Cecorą", jednak z przedmiotów ścisłych miał jednak średnie noty. Ze względu na trudną sytuację materialną rodziców, będących zubożałymi szlachcicami, dziewiętnastoletni Henryk zaczął dorabiać jako korepetytor w zamożniejszych rodzinach. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości zdał na wydział lekarski do Szkoły Głównej w Warszawie, jednak potem przeniósł się na studia prawnicze, a następnie na wydział filologiczno-historyczny, gdzie poszerzył znajomość literatury i języka staropolskiego. Podczas studiów powstały pierwsze powieści "Ofiara"(niepublikowana) oraz "Na marne".
Zaraz po studiach, w 1869 roku w "Przeglądzie Tygodniowym" pojawiła się jego recenzja jednej ze sztuk teatralnych, zaś "Tygodnik Ilustrowany" zamieścił rozprawkę historyczno-literacką na temat Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego. Ponadto od 1872 do 1876 roku pisał pod pseudonimem Litwos do takich czasopism, jak "Gazeta Polska" oraz "Niwa". Za zarobione pieniądze wybrał się wraz z przyjaciółmi w podróż do ,Ameryki. Pokłosiem tej wyprawy był cykl reportarzy "Listy z Ameryki". Wkrótce pojawiły się pierwsze nowelki, a wśród nich "Za chlebem", czy czytany do dzisiaj w szkołach "Latarnik" i "Janko Muzykant".
Maria Szetkiewiczówna, pierwsza
żona Henryka Sienkiewicza
W 1880 roku Sienkiewicz wrócił do okupowanej ojczyzny, a rok później wziął ślub z Marią Szetkiewiczówną. W ogóle był wierny temu imieniu - w jego życiu było aż pięć Marii. Pierwszą z nich była Maria Kellerówna, która pod naciskiem rodziców zerwała zaręczyny z dwudziestoośmioletnim, początkującym literatem. Drugą właśnie Maria Szetkiewiczówna. Z trzecią, dziewiętnastoletnią Marią Wołodkiewiczówną pisarz ożenił się jako niespełna pięćdziesięciolatek, lecz szybko się rozeszli. Następnie Sienkiewicz zakochał się w Marią Radziejowską, para nie zdecydowała się jednak na ślub. Po raz trzeci pisarz ożenił się w wieku 58 lat ze swoją daleką kuzynką, Marią Babską, z którą był już do końca swojego życia.
W 1883 roku, widząc pogłębiające się przygnębienie Polaków spowodowane niedolą zaborców, Sienkiewicz zaskakuje wszystkich, przystępując do pisania powieści historycznej o XVII-wiecznej Polsce. Co tydzień w "Słowie" drukowany jest kolejny odcinek "Ogniem i mieczem". Reakcja czytelników była entuzjastyczna. Sława pisarza rosła z dnia na dzień a wraz z nią sam nakład gazety. Stworzonych przez niego bohaterów: Skrzetuskiego, Zagłobę i Wołodyjowskiego ludzie traktowali jak żywych. Zdarzało się  nawet, że zasypywano Sienkiewicza listami z prośbą o nieuśmiercanie pana Michała. Sukces "Ogniem i mieczem" spowodował, że Henryk zabrał się za pisaniem kolejnej powieści historycznej. Co prawda "Potop" zdobył ogromną popularność wśród czytelników, jednak w wyniku niepodpisania przez Rosję międzynarodowej konwencji o ochronie praw autorskich, przez co pisarz rzadko dostawał wynagrodzenie za tłumaczenia i przeróbki swoich utworów za granicą. Dodatkowo Rosjanie, chociaż wydawali jego książki w masowych ilościach, nie wypłacali mu honorariów, jako pisarzowi obcemu. Dlatego nie raz pisarz musiał pożyczać pieniądze, aby ratować chorą na gruźlicę żonę. Wiele rozdziałów "Trylogii" powstało przy łóżku chorej, w różnych europejskich uzdrowiskach. Szczęśliwe życie pisarza przerwała 19 października 1885 roku śmierć ukochanej Marysi, która zostawiła Henrykowi dwójkę dzieci - Jadwigę i Henryka Józefa. Zaopiekowali się nimi teściowie wdowca, zaś on sam zaczął prowadzić wędrowny tryb życia. Zwiedził nie tylko całą Europę Zachodnią, ale dotarł też na Bliski Wschód. Dzięki temu mógł zapoznać się z terenami, które potem przedstawił w ostatniej części "Trylogii" - "Panu Wołodyjowskim".
W 1889 roku otrzymał od nieznanego ofiarodawcy, który nota bene podpisał się jako Michał Wołodyjowski, pokaźną sumę 15 tysięcy rubli. Pieniądze te zostały przeznaczone na fundację imienia swojej zmarłej żony dla artystów zagrożonych gruźlicą. Wśród stypendystów znaleźli się m.in. Stanisław Wyspiański i Kazimierz Przerwa - Tetmajer. Wkrótce pisarz udał się na safari do Zanzibaru, skąd z dumą donosił o polowaniu na hipopotamy. W poznanych realiach afrykańskich obsadził akcję napisanej ponad dwadzieścia lat później jedynej powieści dla młodzieży - "W pustyni i w puszczy". Wcześniej jednak pojawiły się takie powieści jak "Bez dogmatu", "Rodzina Połanieckich", "Quo vadis", czy "Krzyżacy", które ukazały się w roku jubileuszu pracy twórczej pisarza. Dodatkowo polskie społeczeństwo ufundowało mu dworek w Oblęborku, który pisarz żartobliwie nazwał siedzibą rodową. Położona niedaleko Kielc, dosyć zaniedbana posiadłość jednak nie wzbudziła w nim entuzjazmu. Dopiero pod koniec życia, gdy zajęło się nią żona, chętnie przyjeżdżał tam na letnie wakacje. Dzisiaj w Oblęborku mieści się muzeum pisarza.
Światową sławę przyniosła polskiemu pisarzowi powieść z czasów Nerona - "Quo vadis", którą do dzisiaj przetłumaczono na ponad pięćdziesiąt języków. Przystępując do jej pisania, pisarz przeprowadził rzetelne studia historyczne, a także wielokrotnie zwiedzał Rzym. Jego przewodnikiem po Wiecznym Mieście był przebywający tam malarz, Henryk Szemiradzki. M.in. dzięki "Quo vadis" w 1905 roku szwedzka kapituła przyznała Henrykowi Sienkiewiczowi najwyższe wyróżnienie, Nagrodę Nobla. W przemówieniu w Sztokholmie podkreślił, że będąc pierwszym nagrodzonym nią pisarzem z Polski, traktuje to jako wyróżnienie dla całego narodu, który nigdy nie zrezygnuje z dążeń do uzyskania upragnionej niepodległości.
W 1913 roku pojawiły się równolegle dwie ekranizacje "Quo vadis" - włoska i francuska. Od tego czasu utwory Sienkiewicza są jednymi z najchętniej ekranizowanych polskich powieści. W latach powojennych rekordy popularności bili "Krzyżacy" w reżyserii Aleksandra Forda oraz "Potop" Jerzego Hoffmana z Danielem Olbrychskim w roli głównej. Ten sam reżyser nakręcił w 1998 roku "Ogniem i mieczem", co było niemożliwe w czasach PRL-u ze względu na niektóre kwestie historyczne, np. kontrowersje wokół powstania Chmielnickiego.
Miał być stos moich książek pisarza...
ale z braku czasu jest aktualna lektura
Ostatnie lata swojego życia pisarz poświęcił działalności w komitecie pomocy ofiarom I wojny światowej w Vevey w Szwajcarii, gdzie zmarł 100 lat temu - 15 listopada 1916 roku, nie doczekawszy odzyskania przez Polskę upragnionej niepodległości. Po zakończeniu I wojny światowej prochy najwybitniejszego polskiego pisarza zostały uroczyście sprowadzone do ojczyzny i pochowane w podziemiach warszawskiej katedry. Sienkiewicz spoczął na zawsze w niepodległej, polskiej ziemi, zaś jego powieści, pomimo upływu czasu, wciąż cieszą się niegasnącą popularnością. Nie wiem, czy jest w naszym kraju dom, mieszkanie, w którym nie było by chociaż jednego egzemplarza jakiejś książki pisarza, nie wiem, czy któryś dorosły nie czytał chociaż jednej jego powieści czy choćby nowelki. Te dzieła wrosły bowiem w kanon narodowej literatury. Osobiście bardzo lubię twórczość Sienkiewicza i w przeciwieństwie do większości moich kolegów ze szkoły jestem rozkochana w jego szczegółowych opisach. Wszak jakoś musiał działać na wyobraźnię widza w czasach, kiedy obraz ruchomy dopiero wchodził do codziennego życia. My tego nie rozumiemy, ale ludzie wychowani bez telewizora już tak.
Nie bez przyczyny, uchwałą Sejmu Rzeczpospolitej Polskiej rok 2016 został uchwalony Rokiem Henryka Sienkiewicza - w 170 rocznicę jego urodzin oraz 100 rocznicę śmierci pisarza. Zastanówmy się, czy nie warto tak na jego koniec sięgnąć po jakieś dzieło tego wielkiego pisarza. Może nie koniecznie przeczytajmy "Trylogię", bo z nią możemy nie zdążyć, ale przecież jest tyle krótkich nowelek godnych naszej uwagi. Czy może być lepszy sposób uczczenia tego Roku? Może jeszcze raz nasze serca zostaną pokrzepione, jak serca Polaków żyjących pod zaborami.

A tak poza Sienkiewiczem to czeka mnie ciężki tydzień: dwa referaty, zwiedzanie Sandomierza(mam nawet swój udział w oprowadzaniu po nim), sobotnia uroczystość w Łagiewnikach, a w między czasie szara rzeczywistość, czyli pisanie pracy magisterskiej. Mam nadzieję, że w niedzielę uda mi się przedstawić projekt, o którym Wam ostatnio pisałam. A jak nie to na pewno w najbliższym czasie to uczynię. Dobrze, że ten post napisałam wcześniej, bo nie wyobrażam sobie, abym czegoś o jednym z moich ulubionych pisarzy tu nie zamieściła. Zwłaszcza w setną rocznicę śmierci...

P.S. Przyznać się, komu udało się zobaczyć dzisiejszej nocy superksiężyc?

niedziela, 13 listopada 2016

Bóg liczy na każdego z nas!

Siedzę sobie z kubkiem ciepłej herbaty w ręce od czasu do czasu zerkając na szklany ekran, na którym widzę transmisję z koncertu "Bóg liczy na ciebie" z TAURON ARENY w Krakowie. W tym samym miejscu cztery miesiące temu odbyło się pamiętne spotkanie papieża Franciszka z wolontariuszami posługującymi podczas XXXI Światowych Dni Młodzieży. Nie było mnie przy tym, chociaż miałam zaproszenie na nie. Zresztą na dzisiejszy koncert też. Czy było mi przykro z tego powodu? Powiem trochę przewrotnie - nie, nie jest mi przykro. Przyzwyczaiłam się, że w życiu nie można mieć wszystkiego. A ja naprawdę czułam się szczęśliwa, kiedy papież przejechał tuż koło mnie na Błoniach.
Trochę krzywe, no ale wiecie - emocje. Zdrowemu trudno by było zapanować. A co dopiero człowiekowi z problemami z koordynacją ruchów. Do końca będę wdzięczna za udział w takim czymś...
Dlaczego nie pojechałam? Po pierwsze za kilkadziesiąt minut mam spotkanie formacyjne w Oratorium. Coś, czego nie było od lat, a czego bardzo, ale to bardzo mi brakowało. Pamiętam, jak kiedyś spotykaliśmy się w każdy wtorek na modlitwie, a potem na omawianiu bieżących problemów i wątpliwości oraz na pogaduszkach. Do tego raczej nie wrócimy, aczkolwiek cieszę się, że chociaż powstała taka inicjatywa. A po drugie - skoro Bóg na mnie liczy to może warto wstać z przysłowiowej kanapy, włożyć buty i iść działać. Za kilka dni kończy się Nadzwyczajny Rok Bożego Miłosierdzia. Czy to jednak oznacza, że powinniśmy zapomnieć o Bożym Miłosierdziu? A może powinniśmy robić wszystko, by zapalony ogień Bożego Miłosierdzia płonął jak najdłużej? Może powinniśmy jak najczęściej czynić uczynki Miłosierdzia względem duszy i względem ciała. Mam ku temu pewien pomysł, kończę pisać program, za tydzień powinien być gotowy. Może nie uda mi się znaleźć ogromnej liczby jego zwolenników, może umrze "śmiercią naturalną". Niestety nie mam siły przebicia. Ale jeżeli choć kilkoro dzieciaków skusi się na ten eksperyment, to kto wie. Może właśnie na to względem mojej osoby liczy Najwyższy? I może też liczyć na napisanie i obronienie przeze mnie pracy magisterskiej z turystyki i rekreacji. Wszak jeszcze nie mam dosyć studiowania na dwóch kierunkach i nawet jakoś mi to idzie. Dlatego po powrocie ze spotkania siadam do lektury potrzebnych mi pozycji. Nie chcę zmarnować tego, do czego doszłam własną, niejednokrotnie ciężką pracą wymagającą wielu wyrzeczeń. W tym i na drodze duchowej. Czasami muszę rezygnować z udziału w środowej nowennie, znosić też czasami upokorzenia. Ale ja się nie poddaję, nie potrafię się poddać.

piątek, 11 listopada 2016

No i doczekano się...

Po wielu, wielu latach w Warszawie odbyła się pierwsza Msza święta, a za razem oficjalne otwarcie, w Świątyni Opatrzności Bożej. Uroczystości przewodniczył prymas Wojciech Polak, natomiast kazanie wygłosił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, ksiądz Stanisław Gądecki. We Mszy świętej wzięła udział cała masa osób, co zresztą można było zobaczyć dzięki transmisji telewizyjnej. Tym samym liczba osób biorących udział w inauguracji znacznie wzrosła.
Historia tego obiektu jest dosyć niezwykła. Plan powstania kościoła powstał jeszcze przed III rozbiorem Polski, jako wotum za pierwszą w Europie Konstytucję(oczywiście chodzi tutaj o Konstytucje Trzeciego Maja z 1791). Było to w 1792 roku. Jako lokalizację wybrano teren nieopodal królewskich Łazienek i tam też wkopano kamień węgielny. Prace zostały przerwane na 123 lata wraz z ostatnim rozbiorem Polski. Wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości budowa została wznowiona, tym razem na Polu Mokotowskim. Jednak i to zamierzenie nie doszło do skutku, najpierw przez wybuch II wojny światowej, a następnie przez ustrój panujący w kraju. Kolejna próba, tym razem z pozytywnym efektem finalnym, miała miejsce w 1989 roku, a jej głównym inicjatorem był nieżyjący już prymas Józef Glemp. Jako nową lokalizację wybrano Pola Wilanowskie na obrzeżach stolicy. Dziesięć lat później, 2 maja 1999 roku na terenie budowy postawiono i pobłogosławiono krzyż. Miesiąc później, w czasie VII pielgrzymki do ojczyzny, Jan Paweł II w obecności całej rzeszy wiernych zgromadzonych na spotkaniu na placu Piłsudskiego dokonał poświęcenia kamienia węgielnego pod budowę świątyni. W konkursie na projekt świątyni wygrał pomysł Wojciecha i Lecha Szymborskich, wedle którego świątynia zaprojektowana została na planie krzyża greckiego, z czterema wejściami, zwieńczona kopułą z krzyżem. 2 maja 2002 roku z udziałem prymasa Polski kardynała Józefa Glempa i całego Episkopatu, władz państwowych i kilku tysięcy wiernych wmurowano kamień węgielny pod Świątynię Opatrzności Bożej w Warszawie. Kanclerz warszawskiej kurii ks. Grzegorz Kalwarczyk odczytał akt wmurowania, który został następnie podpisany przez 16 osób, m.in. prymasa Polski kard. Józefa Glempa, prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i autora projektu świątyni architekta Wojciecha Szymborskiego. Kamień węgielny wmurował prymas Polski dokładnie w miejscu, gdzie zostanie zbudowany ołtarz. Składa się z trzech części umieszczonych w specjalnej szkatule. Pierwsza to kamień węgielny z pierwszej budowy Świątyni Świętej Opatrzności Bożej z 1792 r., druga – z warszawskiej katedry św. Jana Chrzciciela, a trzecia – z Częstochowy. Został on umieszczony w cokole przygotowanym na tę okazję. Symbolicznego wbicia pierwszej łopaty dokonał prymas 23 listopada 2002. 30 stycznia 2003 r. prezydent Warszawy Lech Kaczyński przekazał prymasowi Józefowi Glempowi pozwolenie na budowę Świątyni Opatrzności Bożej wraz z obiektami towarzyszącymi. 25 lutego 2003 rozpoczęły się prace budowlane nad kościołem-wotum. W 2011 roku został ukończony pierwszy etap budowy, tzw. stan surowy otwarty. Zrealizowano prace wewnątrz budynku: wykończenie i oddanie do użytku Panteonu Wielkich Polaków, rozbudowanie infrastruktury dojazdowej. Następnie prowadzono prace nad uszczelnianiem kopuły, systemem odprowadzania wody deszczowej, klatkami schodowymi, windami, a także prace wykończeniowe. Dodatkowo na szczycie kopuły ustawiono ponadpięciometrowy krzyż poświęcony przez kardynała Kazimierza Nycza. Pozłacana szczelina w krzyżu przepuszcza światło, które – w zamierzeniu twórców – ma symbolizować Chrystusa zmartwychwstałego. Odtąd trwały już tylko prace mające na celu wykończenie świątyni. Przy świątyni działa Instytut Papieża Jana Pawła II otwarty w dniu jego imienin - 4 listopada 2005 roku. Warto też wspomnieć, że pomimo budowy w Panteonie Wielkich Polaków pochowano takie osobistości jak księdza Jana Twardowskiego czy ostatniego prezydenta na uchodźstwie, pana Ryszarda Kaczorowskiego. Oprócz tego w Panteonie znajdują się prochy i relikwie m.in Jana Pawła II, Jerzego Popiełuszki, Andrzeja Boboli czy Stanisława Papczyńskiego.
Tak więc jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie, czy jest coś na co Polacy czekali dłużej niż na upragnioną niepodległość odpowiem przewrotnie - na Świątynię Opatrzności Bożej. Ale czyż to nie jest prawdą? A przy okazji uroczyste otwarcie świątyni zbiegło się z rocznicą odzyskania przez Polskę Niepodległości, więc może jest jakoś to wszystko ze sobą powiązane?
--------------------------------------------------------------------------
Bardzo się cieszę za zebrane dla Olinka Świeżaki. W akcję zaangażowało się też wiele osób z zagranicy, dzięki temu Oliwer otrzymał też pluszaki z zagranicy, niedostępne w naszej sieciówce. Niech mu towarzyszą w tych trudnych, być może ostatnich dniach na świecie. Mama chłopca prosi już nie o modlitwę o zdrowie czy nawet życie chłopca, ale o godną i bezbolesną śmierć. Trudno w takich chwilach o komentarz, pozostawię to własnej zadumie...
To tylko część Świeżaków, które zaatakowały Olinka i Antosia
Z albumu kroniki miejskiej: czerwiec 2014 - Olinek(ten chłopiec na wózku)
podczas miejskiej gali nagrodzenia najlepszych uczniów miejskich szkół,
w tym laureatów wielu konkursów.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Różnice piorytetów

Na początku dziękuję Wam za zainteresowanie się sprawą osiemnastki Dominika i życzeniach dla chłopca z okazji wejścia w pełnoletność. 1 grudnia, czyli dzień jego urodzin, zbliża się nieubłaganie. Sama mam już dla niego kartkę(którą sama zrobiłam), 3 audiobooki(wiecie ile się nakombinowałam szukając czegoś, co mu się może spodobać), dzięki życzliwości znajomej z kiosku zdobyłam też klocki lego, które Dominik uwielbia. Chcę jeszcze w sobotę zmobilizować dzieciaki z Oratorium do narysowania coś starszemu "koledze". A uwierzcie mi, dzieciaki naprawdę potrafią być kreatywne w tej kwestii. A przy okazji wrażliwe. Wyrosną z nich wspaniałe, empatyczne i altruistyczne osoby. Zresztą dla autora tak pięknego wypracowania o Janie Pawle II chyba warto. Jednocześnie przypominam o zbiórce prowadzonej przez Anię na ogród sensoryczny dla Maxia i Poli. Czasu coraz mniej, a środków pieniężnych jest dalej za mało. Może ktoś tutaj trafi przez przypadek i skusi się na pomoc?
---------------------------------------------------------------------
Od początku mojej kariery studenckiej, czyli października 2009 roku zawsze starałam się siadać w pierwszym rzędzie auli bądź sali, w której odbywały się zajęcia. Niekoniecznie dlatego, że jestem typem kujona, chociaż staram się na bieżąco ogarniać tematy zajęć. Powód jest bardziej prozaiczny: nie jestem w stanie robić sobie ręcznie notatek, ale mam przyzwolenie na nagrywanie wykładów na dyktafon. Nie jest zaś tajemnicą, że najlepiej to robić siedząc w pierwszych 2 rzędach. A nie jest to trudne, ponieważ studenci wolą raczej dalsze miejsca. Nie miałam więc problemów z upatrzoną miejscówką. Do czasu.
Poniedziałek. AWF w Krakowie. Godzina 9:03. Pod salą C tłok studentów drugiego roku studiów magisterskich z turystyki i rekreacji. Ktoś z boku mógłby pomyśleć - studenci łaknący wiedzy. Tymczasem powód jest zupełnie inny. Za chwilę rozpocznie się wykład z przedmiotu zowiącego się polityka w turystyce i rekreacji. Prowadzi go jedna z legend uczelni, pan profesor A. Już na pierwszych zajęciach zapowiedział, że pyta z materiału tych, którzy siedzą na tyłach. Teraz jest zaś walka o byt, a raczej o miejsca w pierwszych rzędach. Żeby nie być pytanym. Tym samym ja, nawet jak wejdę minutę po innych, ląduję w dalszych rzędach. A tam? O Sodomo i Gomoro. Pogaduszki, chichotki, całkowity brak skupienia na temacie zajęć. Do tego dochodzi słaba akustyka na sali. No i cichy głos prowadzącego. A mikrofonu w wyposażeniu uczelni brak. Nie licząc auli, w rzeczy samej. Ale od auli do sali "C" daleka droga. Wszystkie te okoliczności nie sprzyjają nagrywaniu wykładu na dyktafon, oj nie. Dwa wykłady poszły w eter. A ambicje Lolka są jasne - zaliczyć wszystko w pierwszym terminie i spokojnie dojść do etapu obrony pracy magisterskiej. Czy to zbyt wiele? Chyba nie. 
Dzisiaj pojechałam do Krakowa godzinę wcześniej. Trochę poczekałam sobie pod salą(akurat zaczęłam czytać "Pana Wołodyjowskiego", więc czas jakoś mi zleciał), ale udało mi się wskoczyć na pierwszy rząd, chociaż próbowano mnie wygryźć. Na szczęście znalazły się osoby, którym nie przeszkadzała moja osoba. A jak potem odsłuchałam nagranie. Raj dla uszu kochani, raj dla uszu! I godzina piętnaście wykładu została zapisana w niewiele ponad dwie godziny. Różnica kolosalna, zważając na to, że ostatnio podobny okres czasu opracowywałam trzy razy dłużej. Zaczynam się zastanawiać, czy nie zostawiać dyktafonu w razie czego komuś zaufanemu z grupy, komu uda się wbić do pierwszego rzędu. Wszak sporo ludzi z roku jest mi przychylnych.

I na koniec hasło dnia:
"Wielki test o Sienkiewiczu" TVP1. Prezenterka pyta pana Kazimierza Kaczora:
- Panie Kazimierzu, jaka książka Sienkiewicza jest pana ulubioną?
- Yyy... powódź? Czy coś takiego.
Słysząc to łzy mi pociekły ze śmiechu.
Oczywiście prowadzący doszli do tego, że prawidłowy tytuł to "Potop"

sobota, 5 listopada 2016

Do trzech Dominików sztuka, czyli jak osiemnastka to osiemnastka

Nie zdążyłam. Najzwyczajniej w świecie nie zdążyłam Was poprosić o jakieś drobne upominki dla Dominika M. i Dominika W. z okazji ich urodzin. W pierwszym przypadku udało mi się jeszcze podczas letnich półkolonii poprosić dzieciaczki z mojej grupy (6 - 8 lat) o narysowanie jakiś laurek dla Dominika na 14 urodziny. Maluchy z entuzjazmem podjęły się zadania i w jednej chwili powstały kolorowe kartki, które na koniec tygodnia wrzuciliśmy do skrzynki pocztowej wraz z życzeniami powrotu do sił. Sama dorzuciłam chłopcu kilka kart  z piłkarzami oraz książkę o polskich sportowcach, ponieważ wiedziałam, że interesuje się tym tematem, a w Biedronce wypatrzyłam takąż po przystępnej cenie.Chciałam poprosić też Was o jakieś kartki z życzeniami, jednak w ferworze ŚDM jakoś mi to umknęło. Potem myślałam, że zdążę w przyszłym roku - nie zdążyłam. Jak mogliście wyczytać z wcześniejszych notatek, Dominik odszedł z tego świata na początku października pogrążając nie tylko najbliższych, ale też internetowych kibiców w jego walce z nowotworem w żałobie. A ja czuję jakiś żal, że nie zrobiłam tego, co czułam. Żal, którego nie da się tak łatwo ukoić.
Trochę inaczej było z Dominika W, którego "poznałam" na początku tego roku. Też miałam zamiar wysłać mu coś na urodziny i przy okazji apelować o drobne karteczki od Was, jednak ten dzielny chłopczyk odszedł do lepszego świata przed skończeniem 7 roku życia. Znowu mój plan przepadł nieodwołanie.
Dominik - młody bohater
Jest jednak jeszcze jeden chłopiec o imieniu Dominik, którego losy śledzę od dłuższego czasu(dziękuję za to, że aby przeglądać fanpage nie trzeba mieć konta na facebooku). Ten dzielny nastolatek od urodzenia zmaga się z wieloma ciężkimi chorobami, do których trzy lata temu doszła Choroba Leśniowskiego-Crohna połączona z nowotworem jelit. Oprócz tego zmaga się z nawracającym półpaścem i alergią. Wszystkie te schorzenia stworzyły mieszankę wybuchową w organizmie chłopca. Jego życie stało się pielgrzymką po lekarzach i szpitalach, które stały się jego drugim domem. Ale Dominik jest bardzo dzielnym chłopcem, który też ma swoje pasje i marzenia. W czerwcu na przykład udało mu się ukończyć z wyróżnieniem gimnazjum pomimo tego, że równocześnie zmagał się z nawrotem półpaśca. Chciałby jak inni kontynuować swoją edukację, spotykać się z rówieśnikami, umawiać do kina, a nawet żeby go tak nie bolało. Zamiast tego skazany jest na leżenie w izolatce i kolejne badania. A przede wszystkim chciałby żyć. To ostatnie zaś wisi nad przepaścią i samotnie wychowująca chłopca matka nieustannie drży o życie jedynaka, starając się mu dać namiastkę normalnego życia, m.in. kupując specjalistyczną odzież i odżywki.
Kochani, za niecały miesiąc Dominik skończy 18 lat. Wielu z nas z pewnością hucznie wchodziło w swoją dorosłość w towarzystwie znajomych. Tymczasem bardzo prawdopodobne jest, że chłopiec spędzi ten dzień osamotniony w domowym zaciszu, czy nawet w szpitalnej izolatce. Czy i my chcielibyśmy takich urodzin? Pewnie nie. Dlatego pomyślałam sobie, że na pewno dobrze by było, gdyby w ten dzień został obdarowany kartkami z życzeniami urodzinowymi. Tak, aby czuł, że jest rzesza ludzi, która kibicuje mu w tej nierównej walce. Ja ze swojej strony dorzuciłam jeszcze kilka audiobook'ów, ponieważ wiem, że Dominik lubi książki, a postępujący półpasiec sprawia, że nie zawsze może czytać tradycyjne pozycje. Was jednak proszę o najzwyklejszą w świecie kartkę z życzeniami. To tak niewiele, a może sprawić tyle radości. Kartki i ewentualne upominki można przesyłać na adres:
Dominik Słowiński
ul. Grochowska 4g/16
78-100 Kołobrzeg
Na koniec pozwolę sobie zamieścić tutaj wypracowanie Dominika napisane kilka lat temu, abyście się mogli przekonać, jak bardzo wrażliwe i mądre jest to dziecko. Tym samym mam nadzieję, że po raz kolejny nie będziecie obojętni na moją prośbę.

piątek, 4 listopada 2016

Obnażona niewygodna prawda

Są momenty w historii naszego kraju, które chcielibyśmy z niej wymazać. Nie trudno zauważyć, że w dużej mierze dotyczą one wszelkich klęsk poniesionych w wyniku działań zbrojnych. Polakom przez długie lata nie wolno było mówić o tym co się działo w Katyniu. Myślę, że w przypadku wielu osób, przede wszystkim z mojego pokolenia, dużo informacji przekazał film Andrzeja Wajdy opowiadający o tej nieludzkiej zbrodni na polskich jeńcach wojennych. Nie mówiąc już o całym "pakiecie informacyjnym" na ten temat po 10 kwietnia 2010.
O ile jednak w podręcznikach z moich czasów była jakaś wzmianka o Katyniu, o tyle o Wołyniu i rzezi jaka się tam dokonała w dalszym ciągu milczano. I o ile jest to dla mnie zrozumiałe w przypadku szkoły podstawowej, czy nawet gimnazjum, o tyle nie mogę zrozumieć dlaczego program historii w zakresie rozszerzonym tego nie ujął. Cóż, widać szkoda papieru na jedną stronę poświęconą temu zagadnieniu. 
Prawdy o Wołyniu dowiedziałam się więc sama. No, może z pomocą taty, który jest miłośnikiem historii. Kiedy dowiedział się z telewizji, że istnieje możliwość skolekcjonowania historii Polski nie wahał się ani trochę i zaczął kupować kolejne numery czasopisma. W sumie uzbierały się 4 segregatory z 1500 letnimi(a nawet dłuższymi) dziejami naszego kraju. Moim zadaniem było wkładanie kolejnych kartek w odpowiednie przegródki. A przy okazji przeglądałam kolejne strony w poszukiwaniu ciekawostek. W ten sposób trafiłam na pierwsze informacje o Wołyniu. Co ciekawe, kiedy potem szukałam czegoś na ten temat w internecie, przez jakiś czas pojawiały się jakieś lakoniczne informacje. Byłam trochę zszokowana, wszak po 1990 roku historia nie zdawała się mieć przed społeczeństwem żadnych tajemnic. Prawda o Katyniu była już znana, lecz Wołyń wydawał się być zapomniana.
Sprawa niejako odżyła w 2013 roku, kiedy przypadła 70 rocznica rzezi wołyńskiej. W internecie i telewizji pojawiały się informacje na jej temat, półki w księgarniach wypełniły się odpowiednimi publikacjami, nawet w kościołach katolickich odczytano odpowiedni list Episkopatu Polski. Obiecano również film fabularny przybliżający widzom tą zbrodnię. Osobiście czekałam na niego z wielką niecierpliwością. W końcu pojawił się zwiastun "Wołynia", a jak wiadomo - od zwiastuna do premiery niedaleka droga.
  video
Niestety, film zbiegł się w czasie z rozpoczęciem roku akademickiego. Zazwyczaj do kina chodzę we wtorki, ponieważ wtedy jest taniej. Jednak w tym semestrze mam tak ułożone zajęcia, że wtorki mam wyłączone z użycia. Jedynie piątki mam wolne. Wystarczyło tylko iść na seans do 13:30, aby zapłacić mniej za bilet. Myślicie, że długo się zastanawiałam? Skąd - świadomość, że film jest wyświetlany ostatni tydzień, a mój plan zajęć jest jaki jest spowodowała, iż moja decyzja była automatyczna.
Akcja filmu rozpoczyna się wiosną 1939 roku. Helena - młoda Polka i katoliczka wychodzi za mąż za Vasyla, Ukraińca i prawosławnego. Podczas uroczystości zaślubin kapłan wyraża nadzieję, że katolicy i prawosławni będą żyć w zgodzie, jako chrześcijanie. Zostaje zorganizowane wielkie wesele, na które zaproszona jest cała wieś. Przez całą noc katolicy, prawosławni, a także Żydzi bawią się przy suto zastawionych stołach. Widząc szczęście Heleny, rodzice panny młodej pragną takiego samego dla swojej drugiej córki, siedemnastoletniej Zosi. Mają już nawet dla niej kandydata na męża - dużo starszego, zamożnego sołtysa wsi, wdowca Macieja Skibę. Serce Zosi bije jednak dla jej rówieśnika, Ukraińca Petra. I to z nim dziewczyna spędza noc. Za mąż wychodzi jednak za Macieja. Wkrótce wybucha wojna. Zarówno Maciej, jak i Petro wyruszają na front. Zosia zostaje z dziećmi Macieja z pierwszego małżeństwa - Marysią i Frankiem. Odkrywa też, że jest w ciąży. Kiedy Maciej wraca do domu, mówi mu o tym. Jednocześnie nie może zapomnieć o kochanku. Do wioski wchodzą radośnie witani Rosjanie, którzy deportują całe rodziny na Syberię. Petrowi udaje się przekupić strażników i uwolnić ciężarną Zosię wraz z dziećmi. Maciej zostaje w wagonie. Tej samej nocy przychodzi na świat synek Zosi i Petra, mężczyzna zaś zostaje zastrzelony przez NKWD. Zosia wraca do rodzinnego domu męża. Wkrótce i jemu udaje się uciec z zesłania i połączyć się z rodziną. Życie we wsi płynie w miarę spokojnie, chociaż tu i ówdzie zdarzają się przypadki zabójstwa jej mieszkańców. Pomimo zawieruchy wojennej rodzina stara się toczyć normalne życie, m.in. wykonując prace na polu i w gospodarstwie. Do wioski wkraczają Niemcy, równie wyczekiwani jak niegdyś Rosjanie, a wraz z nimi pierwsze oznaki prześladowań zarówno Żydów, jak i Polaków. Zosia ukrywa w swoim domu zaprzyjaźnioną żydowską rodzinę, ryzykując życie swoje oraz dzieci. Nie wie jednak, że najgorsze ma dopiero nadejść, a pogłoski o podpalaniu całych wsi przez Ukraińców wkrótce staną się faktem.
Podczas oglądania filmu zastanawiałam się, co musi kierować ludźmi, aby zostali wyzuci ze wszelkich ludzkich uczuć i zachowań. Jak można jednego dnia bawić się z innymi na weselu, a drugiego ucinać im głowy siekierami. Jak można bez mrugnięcia oka wrzucić do snopka małe dziecko, a następnie je podpalić? Krzyk Franka na długo pozostanie w mojej pamięci. Jak można urządzić jatkę na całą wieś za to, że dwadzieścia lat wcześniej Piłsudski pogonił bolszewików pod Warszawą? Przecież wielu ofiar masakry wołyńskiej nie było wtedy na świecie. W końcu jak można namawiać ludzi podczas kazania w cerkwi na masowe ludobójstwo, a następnie wpaść do kościoła podczas nabożeństwa i przemienić słowa w czyn? Niektóre sceny naprawdę przyprawiają człowieka o grozę - przywiązanie człowieka do dwóch koni i pognanie ich przed siebie, wskutek czego ofiara została rozerwana na pół, wyrywanie serca, zwłoki ludzkie w studni. I strach, ludzki strach przed jutrem. Oczywiście nie wszyscy Ukraińcy byli źli, np. Vasyl był zdolny do zabicia własnego brata, który radził mu, aby zrobił to samo z Heleną. Jednak większość z nich była zdecydowanie przeciwko Polakom do tego stopnia, że urządzali masowe egzekucje i palili całe wsie.
Cieszę się, że powstał taki film, chociaż powinny go zobaczyć osoby o zdecydowanie mocnych nerwach. Pomimo wielu drastycznych i, nie ukrywajmy, erotycznych scen, a także ciętego, chłopskiego języka przypadł mi do gustu. Bardzo podobało mi się ujęcie codziennego życia w czasach wojny. Przecież ludzie musieli uprawiać rolę, hodować bydło i drób, dzieci bawiły się, dorośli kochali, kochankowie zdradzali małżonków... Normalne życie, prawda? Życie zniszczone przez ludzką nienawiść.

A ja dziękuję za ponad 60 000 wejść na mojego bloga. Jesteście wielcy.

środa, 2 listopada 2016

Odeszli w ciągu ostatnich 12 miesięcy

Czesław Kiszczak: 19 październik 1925 - 5 listopad 2015; polski wojskowy i polityk
Icchak Newon: 9 kwietnia 1921 - 7 listopad 2015; izraelski polityk, piąty prezydent Izraela
Monika Swaja: 12 grudzień 1949 - 22 listopad 2015; polska pisarka
Ks. Andrzej Baczyński: 1957 - 1 grudzień 2015; polski duchowny, dziennikarz, dziekan wydziału dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UPJP2
Akiyuki Nosaka: 10 październik 1930 - 9 grudzień 2015; japoński pisarz
Ojciec Jan Góra: 8 luty 1948 - 21 grudzień 2015; dominikanin, inicjator spotkań lednickich
Elżbieta Krzesińska: 11 listopad 1934 - 29 grudzień 2015; polska lekkoatletka
Roman Bartoszcze: 9 grudzień 1949 - 31 grudzień 2015; pierwszy prezes PSL
Maria Garbowska-Kierczyńska: 3 grudzień 1922 - 2 styczeń 2016; polska aktorka
David Bowie: 8 styczeń 1947 - 10 styczeń 2016; brytyjski piosenkarz
Bogusław Kaczyński: 2 maj 1942 - 21 styczeń 2016; polski dziennikarz i krytyk muzyczny
Michał Janiszewski: 15 czerwiec 1926 - 3 luty 2016; polski generał dywizji Wojska Polskiego, doktor nauk wojskowych
Jerzy Próchnicki: 20 kwiecień 1930 - 4 luty 2016; aktor
Maria Stypułkowska - Chojecka: 24 wrzesień 1926 - 5 luty 2016; działaczka podziemia niepodległościowego w trakcie II wojny światowej, łączniczka i sanitariuszka batalionu "Parasol" AK
Xymena Zaniewska: 4 czerwiec 1927 - 12 luty 2016; polska architektka i projektantka mody
Jerzy Grałek: 23 czerwiec 1946 - 15 luty 2016; aktor
Umberto Eco: 5 styczeń 1932 - 19 luty 2016; włoski semiolog, powieściopisarz
Samuel Willenberg: 16 luty 1923 - 19 luty 2016; izraelski artysta, więzień Treblinki
Zdenek Smetana: 26 lipiec 1925 - 25 lutego 2016; czeski reżyser, scenarzysta, producent i animator
George Kennedy: 18 luty 1925 - 28 luty 2016; amerykański aktor
Wojciech Skibiński: 31 marzec 1929 - 4 marzec 2016; polski aktor i reżyser
Marian Kociniak: 11 styczeń 1936 - 17 marzec 2016; polski aktor
Ks. Jan Kaczkowski: 19 lipiec 1977 - 28 marzec 2016; polski duchowny, założyciel i dyrektor hospicjum im. Ojca Pio w Pucku
Imre Kertesz: 9 listopad 1929 - 31 marzec 2016; węgierski pisarz żydowskiego pochodzenia; laureat Nagrody Nobla
Zyta Gilowska: 7 lipiec 1949 - 5 kwietnia 2016; polska ekonomistka, minister finansów i wicepremier w rządach Kazimierza Marcinkiewicza oraz Jarosława Kaczyńskiego
Prince: 7 czerwiec 1958 - 21 kwiecień 2016; amerykański muzyk
Ks. Tadeusz Gocłowski: 16 wrzesień 1931 - 3 maj 2016; arcybiskup senior archidiecezji gdańskiej
Maria Czubaszek: 9 sierpień 1939 - 12 maj 2016; polska pisarka, dziennikarka i satyryczka
Hanna Skoczyńska: 2 lipiec 1953 - 17 maj 2016; polska aktorka
Krystian Rempała: 1 kwiecień 1998 - 28 maj 2016; polski żużlowiec
Andrzej Niemczyk: 16 styczeń 1944 - 2 czerwiec 2016;  polski siatkarz i trener reprezentacji narodowej
Muhammad Ali: 17 styczeń 1942 - 3 czerwiec 2016; amerykański bokser, zdobywca złotego medalu podczas Igrzysk Olimpijskich w Rzymie w 1960 roku
Christina Grimmie: 12 marca 1994 - 10 czerwiec 2016; amerykańska piosenkarka
Monika Dzienisiewicz - Olbrychska: 23 kwiecień 1939 - 25 czerwiec 2016; polska aktorka, reżyserka i pedagog
Elie Wiesel: 30 wrzesień 1928 - 2 lipiec 2016; amerykański pisarz i dziennikarz żydowskiego pochodzenia, twórca terminu holokaust
Maciej Cieśla: 29 czerwiec 1989 - 2 lipiec 2016; grafik Światowych Dni Młodzieży
Kardynał Franciszek Macharski: 20 maj 1927 - 2 sierpień 2016; arcybiskup senior diecezji krakowskiej
Roger Tsien: 1 luty 1952 - 24 sierpień 2016; amerykański biochemik, laureat Nagrody Wolfa w dziedzinie medycyny oraz Nagrody Nobla w dziedzinie chemii
Krzysztof Miller: 25 marzec 1962 - 9 wrzesień 2016; polski fotoreporter wojenny
Waldemar Dziki: 28 wrzesień 1956 - 16 wrzesień 2016; polski reżyser i producent filmowy
Władysław Zachariasiewicz: 7 listopad 1911 - 21 wrzesień 2016; weteran II wojny światowej, polski działacz społeczno - polityczny Polonii amerykańskiej
Szymon Peres: 2 sierpień 1923 - 28 wrzesień 2016; izraelski polityk
Andrzej Wajda: 6 marzec 1926 - 9 październik 2016; polski reżyser
Bhumibol Abulyadej: 5 grudzień 1927 - 13 październik 2016; król Tajlandii
Andrzej Kopiczyński: 15 kwiecień 1934 - 13 październik 2016; polski aktor
Paweł Baumann: 11 czerwiec 1983 - 21 październik 2016; były polski kajakarz, olimpijczyk
I nawet czytając "Rodzinę Połanieckich" Henryka Sienkiewicza jestem przy fragmencie opowiadającym o śmierci małej Litki, dzięki czemu wkupuję się w atmosferę listopadowej zadumy.