Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 31 grudnia 2016

Pamięć, odwaga i przyszłość

"To był rok, dobry rok,
z żalem dziś żegnam go.
Miejsce dał nowym dniom,
stary rok, dobry rok.
Mija dla nas dniem szczęśliwym,
w którym znów jesteśmy razem.
Nieraz nam smutek niósł,
nieraz nam radość niósł..."
"Mija rok" Czerwone gitary

Wielu z nas spędzi dzisiejszą noc na szampańskich zabawach. I dobrze, do przecież i sam Pan Jezus bawił się na weselu w Kanie Galilejskiej, więc wszystko jest dla ludzi. Oczywiście jeżeli człowiek robi wszystko z głową. Bo jeżeli po zakrapianej imprezie siadamy do samochodu i powodujemy nie daj Boże śmiertelny wypadek, to należy mieć co do tego wątpliwości. Ja jak co roku zamiast  hucznej imprezy wybieram domowe zacisze. To nie jest tak, że nie lubię się zabawić, bo lubię. Ale w dobrze znanym mi towarzystwie. Ścigając się z ostatnimi godzinami niezwykłego jak dla mnie 2016 roku w dokończeniu czytania sienkiewiczowskiego "Ogniem i mieczem", czekam na nadchodzący 2017 rok zastanawiając się, co mnie w nim spotka. Zazwyczaj życzy się, aby nadchodzący rok był lepszy od tego, który aktualnie mija. Patrzę wstecz na te 366 dni, które zostały za mną w czasoprzestrzeni. Patrzę na nie i zastanawiam się, jaki musi być przyszły rok, aby był od niego lepszy.
Z Wiki podczas Oratoriady w Tarnowskich
Górach(moje ulubione zdjęcie - takie przyjacielskie)
Tak wiele dobrego mnie spotkało. I to DOBRE przyćmiło wszystko to, co było ZŁE. Rok 2016 był czasem przełamywania wszelkich stereotypów i tzw. "niedasiów", nawiązywania przyjaźni, również na szczeblu międzynarodowym, pokonywania własnych słabości i ograniczeń, rozwijania się pod względem intelektualnym i społecznym. Wydarzeniem roku były dla mnie na pewno Światowe Dni Młodzieży, gdzie mogłam być wolontariuszem nie "dlatego że", ale "mimo wszystko". Myślę sobie, że wielu ludzi powinno brać przykład z tych młodych ludzi pracujących w Komitecie Organizacyjnym ŚDM, którzy naprawdę potrafili zaufać osobom niepełnosprawnym i powierzyć im takie same obowiązki, jak im zdrowym rówieśnikom. Ach, gdyby tak było na co dzień, świat byłby lepszy. Przed ŚDM wzięłam udział w wielu przedsięwzięciach przygotowujących na to wydarzenie. Do pamięci zapewne przejdzie mi jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich jednego z naszych byłych proboszczów, podczas którego szłam w procesji z darami niosąc kwiaty. Jeżeli już mowa o jubileuszach, to do historii przeszło kilkudniowe świętowanie 100 lecia uzyskania przez miasto w którym mieszkam praw miejskich. Była to wielka feta integrująca ze sobą wszystkie pokolenia dąbrowian. Rok 2016 to również czas powrotu do tego, co bardzo lubiłam, a mianowicie do pracy z dziećmi podczas sobotnich zajęć. Nawet nie wiecie ile sprawia mi radości patrzenie na te uśmiechnięte buzie pełne dziecięcej radości życia. Debiutowałam również na dwóch zjazdach młodzieży salezjańskiej, nie tylko spotykając znane mi osoby, ale też poznawać nowe, czy też zacieśniając aktualne znajomości. Udało mi się zwiedzić Londyn oraz spełnić marzenie zobaczenia wystawy dotyczącej eksponatów związanych z "Titanic'em", która zawitała do Pałacu Kultury i Nauki, a przy okazji zobaczyć trochę stolicy. A to przecież jest tylko wycinek z tego, co dane mi było przeżyć. Każde wydarzenie niesie za sobą doświadczenie, które wbija się w nasze życie. Wspomnienia to przeszłość, zaś owe wydarzenia które w niej wystąpiły, wpływają na naszą przyszłość, która czai się tuż za rogiem.
10 kwiecień 2016 - jubileusz 50-lecia święceń kapłańskich
Wcześniej jednak jest odwaga, która formuje naszą teraźniejszą i to, co aktualnie robimy. Tak, tak kochani, odwaga. Gdyby nie nasza odwaga nie bylibyśmy w stanie przeżywać wszystkich tych pięknych chwil, które nas spotkały, nie doszlibyśmy do tego etapu, w którym aktualnie się znajdujemy. Bardzo pięknie poruszył ten aspekt papież Franciszek podczas spotkania z wolontariuszami posługującymi podczas Światowych Dni Młodzieży w "Tauron Arenie" - w teraźniejszości mamy być odważni i śmiali. Gdybym nie miała odwagi, nie pojechałabym na Światowe Dni Młodzieży jako wolontariusz, a może nawet w ogóle bym na nie nie pojechała, tylko obserwowała wszystko z perspektywy szklanego ekranu. Gdyby nie odwaga w ogóle nie wzięłabym udziału w tak wielu przedsięwzięciach. Wreszcie gdyby nie odwaga nie założyłabym bloga, w późniejszym czasie w tak wielu przypadkach nie zostawiłabym komentarza na Waszych blogach, a tym samym nie spotkalibyśmy się w ogromnych czeluściach internetu. I tutaj dziękuję Wam za całoroczną obecność na moim blogu, za komentarze. Muszę
24 lipiec - wolontariusze wraz z gośćmi przebywającymi
podczas ŚDM w naszej parafii
przyznać, że przez ten cały czas ani razu nikt nie pozostawił tu obraźliwego komentarza, nikt nie próbował na siłę udowodnić mi czegoś. Trafiłam na wspaniałych, empatycznych czytelników za co Wam serdecznie jestem wdzięczna! Nie będę tutaj rozdrabniać się na nicki, bo to wymagałoby pewnego szeregowania, a nie chcę nikogo stawiać na pierwszym miejscu, bo wszyscy tutaj są równie ważni. Wreszcie po latach odważyłam się "wyjść do ludzi" w komputerowym świecie i poszerzyć swoje kontakty o pełnosprawnych bloggerów(chociaż moja mama twierdzi, że pełnosprawność i niepełnosprawność to pojęcia względne, każdy z nas ma jakiś uszczerbek na zdrowiu, a przynajmniej może czuć się tak). Efekt końcowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że w sieci jest jak w życiu - można się dogadywać zarówno z osobami pełno - jak i niepełnosprawnymi. Odwagi wymagają też w wielu przypadkach kontakty międzyludzkie z małżonkiem, rodzeństwem, kolegami z pracy, szefem, czy codzienne decyzje. Nie wiemy przecież jakie nasze decyzje będą miały skutki. Odwagi wymaga także sprzeciwienie się złemu. Jednak kiedy już odważymy się wyrazić nasze zdanie, czy też coś zrobić, jesteśmy zwycięzcami swojego umysłu bez względu na efekt końcowy.
Z E.T. odważnie wjeżdżamy w to co będzie
Muzeum Figur Woskowych
Londyn, wrzesień 2016
Zostaje nam jeszcze najbardziej tajemniczy aspekt naszego życia, czyli przyszłość. Nikt do końca jej nie zna, chociaż wszyscy planują co będą robić jutro, za tydzień, gdzie pojadą na wakacje. A jednak za miesiąc, za tydzień, jutro, a nawet za godzinę może zdarzyć się coś, co przekreśli te plany wniwecz. Czy to jednak oznacza, że nie powinniśmy niczego planować? Ależ skąd! Możemy planować, marzyć, śnić - są to niezwykle ważne aspekty naszego życia wpływające na jego jakoś oraz samo samopoczucie ludzkie. Przyszłość, przez to że jest owiana tajemnicą, niejednokrotnie sprawia, że sparzamy się co do niektórych rzeczy, ale z drugiej strony, jeżeli spotka nas coś nieprzewidywalnego, ale przyjemnego - czujemy satysfakcję i zadowolenie. Możemy na nią wpływać właśnie poprzez planowanie. Nie należy się jej też bać - wszak do końca nie wiadomo co nam ona przyniesie. Piękne w przyszłości jest również to, że daje możliwość poprawienia tego, co nam nie wyszło wcześniej, spróbowania wykonania tego, co nam się nie udało. Lecz aby dojść do przyszłości potrzebne są nasza pamięć i doświadczenia z przeszłości, a także odwaga teraźniejszości. To one prowadzą nas ku temu co będzie, jednocześnie zachowując wspomnienia z tego, co już przeżyliśmy. Najlepiej o tym mówi fragment książki "Arka czasu": "Przyszłość wynika z przeszłości. Jeśli pamięta się o tym, co było – zarówno o dobrych, jak i o złych rzeczach, które się wydarzyły – można kształtować przyszłość tak, aby była lepsza od przeszłości. [...] Dlatego trzeba pamiętać. Pamięć pozwala nam wystrzegać się raz już popełnionych błędów, a powtarzać to, co już raz się udało.". Myślę, że podany cytat doskonale podsumowuje to, co chciałam zawrzeć w tym sylwestrowym poście.
A na Nowy Rok chciałabym Wam życzyć właśnie tej odwagi w podejmowaniu codziennych decyzji przez te kolejne 365 dni. Abyście pamiętali to, co już przeżyliście i z doświadczeniami już zdobytymi podążali, ku temu, co niesie nam 2017 rok. Do przeczytania w Nowym Roku 👌

czwartek, 29 grudnia 2016

Spotkanie po latach...

Są takie osoby, których nie zapomina się mimo upływu lat.
Są takie osoby, gdzie o spotkaniu z nimi marzy się miesiącami.
Są wreszcie takie osoby, gdzie różnica wieku nie ma większego znaczenia, ponieważ ich mądrość życiowa przewyższa metrykę. Do takich osób mogę zaliczyć Milkę.
Milkę znam właściwie od późnej podstawówki, kiedy była jeszcze uroczym przedszkolaczkiem. Tak się złożyło, że kiedy ja kończyłam swoją przygodę z edukacją szkolną w ZSS(byłam wtedy w trzeciej klasie gimnazjum, ona dopiero ją zaczynała(była w 1 klasie szkoły podstawowej). Pamiętam jej ślubowanie na ucznia, jak biegała po niewielkim korytarzu, jak radośnie machała mi ręką na powitanie czy też pożegnanie.
A potem ja poszłam do szkoły średniej i nasz kontakt trochę się urwał. Oczywiście starałam się od czasu do czasu odwiedzić znane mi kąty, trudno było jednak na dłuższą pogawędkę podczas moich krótkich odwiedzin. Widywałyśmy się też na różnych imprezach miejskich, ponieważ i ona i ja lubimy muzykę, co nie oznacza, że jesteśmy imprezowiczkamił. W naszym przypadku istnieje wyraźne rozgraniczenie pomiędzy jednym, a drugim. Z czasem znalazłam blog, który prowadzi. Czytając go trudno uwierzyć, że współczesna nastolatka ma aż taką mądrość życiową. Zero narzekania, za to pełna motywacja siebie i innych do działania. Tak bardzo żałuję, że wraz z końcem tego roku blog zostaje zamknięty.
Jakiś czas temu założyłam sobie konto na facebooku, głównie po to, aby mieć kontakt ze znajomymi ze studiów, a także dostęp do notatek. Tuż przed świętami z zupełnej ciekawości wpisałam w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko. Tak, miała konto na portalu. Nieśmiało kliknęłam na zaproszenie jej do grona znajomych, które przyjęła. A potem zaczęłyśmy rozmawiać na czacie. I tak od słowa do słowa umówiłyśmy się dzisiaj na miasto, na pogaduchy. Okazja ku temu była idealna - Milka kilka dni temu skończyła 18 lat. Z tej okazji przygotowałam nawet drobny upominek. Zafascynowana explodingiem box wykonywanym niejednokrotnie przez Małgosię postanowiłam zrobić coś podobnego dla Milki. Efekt moich poczynań widzicie z boku. Co prawda nie za bardzo wymierzyłam przykrywkę na pudełko, ale to pikuś. Nie jest to i owszem mistrzostwo świata, ale jak na pierwszy raz i brak specjalistycznych materiałów uważam, że wyszło nie najgorzej. 
Z Milką spotkałyśmy się w pizzerii. Czas szybko minął nam na pogaduchach o wszystkim i o niczym przy lemoniadzie z cytryną. Fantastycznie było spotkać się po latach z dawną znajomą, wypytać o znajomych nauczycieli i innych uczniów, z którymi dane nam było dzielić dolę ucznia. Tak wiele się przez te lata zmieniło. Milka poszła do liceum mieszczącego się przy placówce, więc jest na bieżąco ze wszystkimi informacjami. Ja te dziesięć lat temu wybrałam masowe liceum z oddziałami integracyjnymi. Przez to tak jak pisałam na początku porzuciłam moje dotychczasowe środowisko i wypłynęłam na szeroką wodę. A przez to zerwałam kontakty z wieloma wspaniałymi osobami, jak np. Milka. Teraz, po latach, staram się te kontakty odbudować. Do wielu byłych nauczycieli dzwoniłam z życzeniami świątecznymi, kilka osób znalazłam na facebooku. Żałuję tylko, że zlikwidowali naszą szkołę jako odrębność i połączyli ją z dwoma innymi tego typu placówkami. W przyszłym roku obchodzilibyśmy 25-lecie istnienia, idealna okazja do zjazdu absolwentów. A tak... musimy sobie radzić na inne sposoby.

środa, 28 grudnia 2016

Wolne od szkoły nie oznacza wolnego od nauki

Żegnając się ze znajomymi przed świąteczną przerwą i składając sobie ostatnie świąteczne życzenia usłyszałam dwa zalecenia: PRZYTYĆ KILKA KILOGRAMÓW oraz WYPOCZĄĆ.
Francuski, brrr...
Tylko jak tu wypocząć, kiedy za niecały miesiąc rozpocznie się sesja, a wcześniej zaliczenie ponad dwudziestu przedmiotów? Zakres materiału z języka francuskiego(który za nic w świecie nie chce wejść mi do głowy), przeplata się z tabelką do wyuczenia na język niemiecki. Gdzieś dalej leży wydrukowany skrypt z teologii moralnej, notatki z rynków turystycznych oraz tzw. minimum z minimum potrzebne na zaliczenie polityki turystycznej. Ja jednak jestem ambitnym studentem(kiedyś mnie ta ambicja zgubi, zobaczycie), wiem że mimo wszelkich ograniczeń stać mnie na więcej niż dostateczny. Mam teraz trochę wolnego, więc wzięłam się za nadrabianie pisania notatek z tego, co udało mi się nagrać na dyktafon. Oczywiście coś tam pisałam w ciągu całego semestru, jednak to nie to samo co na spokojnie usiąść i powoli klikać w poszczególne klawisze laptopowej klawiatury. A to dopiero początek góry, jaką muszę zdobyć. Nie da się niczego odpuścić, ponieważ większość wykładowców uważa, że ich przedmiot jest najważniejszy i jedyny w swoim rodzaju, nawet wtedy, kiedy ma zaledwie 1 punkt ECST. I to do kwadratu. Siedzę więc w książkach i notatkach, powtarzam, uzupełniam, robię poszczególne zadania na takich samych zasadach jak moi koledzy z uczelnianych ławek. A że mi to trochę wolniej schodzi? "Efekt uboczny" dziecięcego porażenia mózgowego. Nie zwracam na to jednak zbytniej uwagi, ale uparcie brnę do przodu.
Fragment mojego parku rozrywki "Dąbrolandu"(screen z gry)
Projekt z polityki turystycznej właściwie mam już ukończony. Jak co roku prowadzący ten przedmiot kazał wszystkim zaprojektować swój własny park rozrywki wraz z szacowanymi kosztami dodatnimi i ujemnymi. Prawdę powiedziawszy nie do końca wiedziałam jak się do tego zabrać, aż przypomniałam sobie o pewnej grze symulacyjnej, jaką dostałam od kolegi z gimnazjum za to, że pomogłam mu na koniec roku z matmy(rewelacji nie było, ale przynajmniej zdał, chociaż było krucho). Włączyłam sobie odpowiednią płytę w komputerze i zaczęłam działać. Po mniej więcej godzinie miałam gotowy zarys projektu wraz z wszelkimi założeniami. Pomysł może trochę abstrakcyjny, ale tonący brzytwy się chwyta. Czasami można naprawdę mądrze wykorzystać, a przy okazji poćwiczyć swój mózg. Tak, tak, grając w tego typu gry pobudzamy nasz płat ciemieniowy, który steruje nie tylko percepcją i uwagą, ale i logicznym oraz abstrakcyjnym myśleniem.
A to się przydaje, nawet na zajęciach. Pamiętam taką sytuację sprzed kilku tygodni, kiedy wykładowca z form turystyki motywacyjnej i biznesowej zadał pytanie o to, kim był zecer. Na sali cisza, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, a jednocześnie przypomniało opowiadanie z... trzeciej klasy szkoły podstawowej. Przełamując wszelki lęk przed niezrozumieniem tego, co mówię, w skrócie wyjaśniłam kto to był. Reakcja prowadzącego była budująca:
- Muszę pani powiedzieć, że lubię to pytanie zadawać od ładnych paru lat i jest pani pierwszą osobą, która odpowiedziała na nie.
Jeszcze trochę pracy przede mną, bo jeszcze oprócz zrobienia notatek z wykładów muszę jeszcze napisać wypracowanie z jednej z podróży w Nowym Testamencie, projekt z budowania zespołów pracowniczych(a zerowy termin z egzaminu już 10 stycznia), propozycje wycieczki na formy turystyki biznesowej i motywacyjnej, uzupełnić rzeczy na trening interpersonalny, napisać jakieś dziwne rzeczy na  komunikację międzyludzką, wykonać prezentację z doświadczania religii i kultur w turystyce...
I jak tu odpocząć? Ale ja odpoczywam. Ostatnio na półce znalazłam taki oto rarytas:
Zwróćcie proszę uwagę na rok wydania
i najzwyczajniej w świecie go czytam. I zachwycam się wiedzą posiadaną przez ówczesnych uczonych, która niewiele się zmieniła na przestrzeni ponad 100 lat. Poza tym zachwycam się drugim tomem "Ogniem i mieczem". Albo zatapiam w tomiku wierszy Basi, które działają jak balsam na duszę. A jutro, jutro spotykam się z dziewczyną, którą znam od czasów właściwie szkoły podstawowej. I chociaż dzieli nas różnica blisko 8 lat, dla nas to nie ma znaczenia.

wtorek, 27 grudnia 2016

Nieśmiertelny chór

W Boże Narodzenie świat obiegła wiadomość o katastrofie rosyjskiego samolotu. Tu - 154(tak, tak, podobnym leciała polska delegacja do Smoleńska) kilka minut po starcie z lotniska w Soczi pogrążył się w wodach Morza Czarnego. Na pokładzie znajdowała się m.in. rosyjska lekarka, Jelizawieta Glinka wioząca lekarstwa dla syryjskich szpitali, kilku dziennikarzy rosyjskich stacji telewizyjnych, jak również 64 członków słynnego na całym świecie Chóru Aleksandrowa. Lecieli do syryjskiego miasta Latakia, aby dać noworoczny koncert dla stacjonujących w kraju rosyjskich żołnierzy, Glinka zaś chciała przekazać zebrane lekarstwa, które miały służyć zarówno wojskowym, jak i cywilom, po czym planowali powrót. Niestety, życie napisało inny scenariusz - z 92 osób przebywających na pokładzie nie przeżył nikt.
Pomijając w poście wszelką poprawność polityczną, a kierując się jedynie muzyczną pasją szczerze muszę przyznać, że świat muzyczny poniósł niebywałą stratę. Chór Aleksandrowa został założony w 1928 roku, od 1937 koncertował po całym świecie zachwycając swoim repertuarem niejednego słuchacza. Chór wielokrotnie koncertował też w Polsce, doznał zaszczytu ubogacenia uroczystości 60-tej rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Auschwitz. Występował również przed papieżem Janem Pawłem II. Zapewne wielu sympatyków tej grupy nie może uwierzyć, że ich już nie ma z nami. Z chóru zostało 3 solistów, którzy poprosili wtedy o urlop... Jak widać, wraz z urlopem dostali szansę na dalsze życie.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Prawda niejedno ma imię...

Przyszedłeś do nas Panie znienacka
gdzieś wśród jagniątek, w jaśle na sianku.
Przyszedłeś do nas, wśród nocnej ciszy,
lecz betlejemscy ludzie Cię nie przyjęli.
Leżałeś Jezu w tej zimnej grocie,
byłeś golutki, jak każde dziecię.
Od prostych ludzi dary przyjąłeś.
bo oni pierwszy widzieli w Tobie Boga.
Płakałeś z zimna, z głodu kwiliłeś,
zrzuciłeś godność Pana Niebiańskiego.
Zrodziłeś się z Dziewicy, skromnej młodej Maryi,
aby ocalić człowieka grzesznego.
Jeszcze raz przyjdziesz, czekamy wytrwale,
trwamy w nadziei adwencie swego życia.
Lecz w naszych sercach brak zwykłej miłości,
w ciepłych mieszkaniach - ludzkiej gościnności.
A Ty co chwila rodzisz się gdzieś w świecie,
w nawróconych sercach zgorzkniałych grzeszników
w Kościele świętym przychodzisz do wiernych.
K. P. "Boże Narodzenie 2016"
Powyższym wierszem witam Was w dzień wspomnienia pierwszego znanego męczennika za wiarę chrześcijańską - świętego Szczepana. Mam nadzieję, że zarówno wigilijny wieczór, jak i samo Boże Narodzenie upłynął Wam w rodzinnej atmosferze. Bo mi tak. Wielu ludzi w dzisiejszych czasach narzeka, że święta straciły już ten urok, jaki miały w czasach ich dzieciństwa. Tymczasem święta mogą być naprawdę udane, jeżeli podejdziemy do nich jak dzieci. Warto na chwilę porzucić wszelkie troski i najzwyczajniej w świecie cieszyć tym niezwykłym czasem - to po pierwsze. Zaś po drugie - nie wyobrażam sobie podzielenia się opłatkiem bez pogodzenia się z innymi. Inaczej te życzenia będą po prostu nieszczere. Oto moja recepta na udane święta.
Słuchając dzisiaj w ramach kazania Listu napisanego przez Rektora Uniwersytetu, do którego mam przyjemność  uczęszczać, poczułam dumę z mojego dosyć szalonego wyboru. Kiedy padły słowa podziękowania studentom za wkład w przygotowanie lipcowych Światowych Dni Młodzieży, odebrałam je, może trochę egoistycznie, jako skierowane też do mnie. Zresztą ludzie ze scholi na te słowa skierowali na mnie wzrok, a nawet usłyszałam szept: w sumie w naszych szeregach mamy studenta tej uczelni. Uśmiechnęłam się mimo wszystko, wszak jeszcze rok temu słyszałam, jaką nieżyciową uczelnię sobie wybrałam. Może i specyficzna, może i o pracę po niej będzie trudno, ale dzięki wielu organizowanym przez nią akcjom wreszcie smakuję życia. No i moja niepełnosprawność przestaje jakby mieć znaczenie w niejednym przedsięwzięciu.
Rok temu na onecie ukazał się całkiem ciekawy artykuł, szczególnie dla mnie, osoby związanej z teologią, wyjaśniający wiele nieścisłości zawartych w Piśmie Świętym. Czy Herod naprawdę przeprowadził „rzeź niewiniątek”? Kim byli Trzej Królowie? Skąd się wzięła Gwiazda Betlejemska? Czy Jezus w ogóle istniał? I chociaż to co za chwilę przeczytacie może w Was wzbudzić kontrowersję, to jednak czasami warto jest sięgnąć do jakiś nieteologicznych źródeł. Chociażby po to, aby poznać inny punkt widzenia na pewne sprawy. Od razu zaznacza, że po przeczytaniu poniższego tekstu mój światopogląd nie uległ zmianie. I tego życzę i Wam Kochani  😃
1. Czy Jezus w ogóle istniał?
Sam fakt, że mamy jakiekolwiek informacje dotyczące narodzin Jezusa Chrystusa jest niezwykły. Jezus był w swoich czasach postacią niewiele znaczącą, jednym z w.elu proroków, bliżej znanym garstce swoich zwolenników. Nawet śmierć na krzyżu – najważniejsze wydarzenie dla dzisiejszego chrześcijaństwa – nie była w ówczesnym Cesarstwie niczym niezwykłym. Co dopiero urodzenie: w miejscu zupełnie nieistotnym z punktu widzenia ówczesnej polityki, w rodzinie zwykłych, niewiele znaczących wówczas ludzi.
Późniejsza działalność Jezusa Chrystusa także nie powinna odbić się szerokim echem – był to przecież jeden z wielu proroków i mesjaszy, jacy działali na obrzeżach rzymskiego imperium.
Niektórzy badacze historii starożytnej zwracają uwagę na podobieństwo przekazów biblijnych o Jezusie do historii przedstawionych na egipskich hieroglifach. W świątyni w Luksorze są malowidła, które przedstawiają narodzenie proroka oraz trzech starców klęczących przed małą boską istotą. Rysunki pochodzą z XIV wieku przed Chrystusem.
Żłób jako miejsce narodzenia boga da się odnaleźć w egipskiej mitologii – Egipcjanie traktowali go nawet jak przedmiot święty, używany podczas publicznych nabożeństw. Perski bóg słońca narodził się w jaskini, a święto jego narodzenia obchodzono w okolicy dzisiejszego 25 grudnia. Z kolei egipski bóg Horus został narodzony z dziewicy, a jego imię tłumaczy się jako „ten, który nadszedł”, co odnosi się do dawnego proroctwa – podobnie, jak przypadku Chrystusa.
Horus według części podań, został również „ukrzyżowany”. Przywiązano go do drzewa lub kamienia i zostawiono na śmierć z pragnienia. Później, gdy zaczęto łączyć go z bogiem słońca, zaczął „zmartwychwstawać” (czyli odradzać się, bo egipska religia była bliższa natury) – każdego dnia, gdy wstawało słońce.
Podobieństw do przedchrześcijańskich, pogańskich religii jest w ewangeliach sporo. Nie musi to koniecznie oznaczać, że Jezus Chrystus nie istniał. Ale część opowieści o nim mogła zostać zapożyczona z ludowych opowiadań. 
2. Gdzie urodził się Jezus?
Według obydwu ewangelistów, Jezus urodził się „w Betlejem Judzkim za panowania Heroda”. Józef i ciężarna Maria udali się tam, by wziąć udział w „spisie ludności”. Szczegółowo opisuje to Łukasz. Dekret wydał cesarz August, a dopilnować miał go Kwiryniusz, który był wówczas namiestnikiem Syrii. Nie chodziło jednak o zwykły spis – cesarz chciał wiedzieć, kto ma ile majątku, by móc nakładać stosowne podatki.
„Szli więc wszyscy, aby zapisać się, każdy do swego miasta. Wyruszył też i Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem.”
Z Nazaretu do Betlejem szło się wówczas ok. dwóch dni. Trudno wyrokować, czy Józef liczył, że zdążą wrócić przed porodem, czy Jezus był wcześniakiem. Na pewno dla Marii „czas rozwiązania” nadszedł, gdy byli w Betlejem.
Istnieją jednak poważne wątpliwości co do dat. Spis ludności, choć zarządzony przez cesarza ok. 8 r. p.n.e., został przez Kwiryniusza przeprowadzony dopiero kilkanaście lat później, bo ok. 6 r. naszej ery – czyli sześć lat „po Chrystusie”. Co do rzeczywistej daty narodzin Chrystusa nie ma zgody, ale uczeni skłaniają się, by umiejscowić je w 7 r. p.n.e. Trudno dziś jednoznacznie rozstrzygnąć, skąd nieścisłości i czy rzeczywiście Jezus urodził się – jak twierdzi ewangelista – podczas trwania spisu.
Jeśli w Betlejem trwało jakieś ważne wydarzenie, dla ciężarnej Marii i Józefa rzeczywiście mogło „zabraknąć miejsca w gospodzie”. Dlatego rodzina mogła znaleźć sobie miejsce „wśród zwierząt hodowlanych”. Kolędy mówią o stajence, ale z pewnością była to grota, której pasterze używali jako schronienia. Kto był we współczesnym Betlejem, zapewne odwiedził Grotę Narodzenia – nie zaś stajnię.
Mało prawdopodobne, by urodzeniu towarzyszył ktoś trzeci – Łukasz pisze, że pasterze przybyli do groty kilka dni po narodzinach, gdy o niezwykłych narodzinach poinformował ich anioł. Jeszcze mniej prawdopodobne, by w grocie znajdowały się jakiekolwiek zwierzęta. Zwierzęta hodowlane „witające Zbawiciela” to wymysł chrześcijan pierwszych wieków. Po raz pierwszy pojawiają się w tzw. ewangelii pseudo-Mateusza. Nie wiadomo także, czy przy narodzinach był Józef. Wedle apokryfów, mógł udać się do miasta w poszukiwaniu położnej.
Tradycyjne przedstawienia pokazują noworodka w żłobie. Ale to europejska późna naleciałość. W czasach Jezusa karmnik dla zwierząt to było kilka kawałków drewna, zbitych lub związanych powrozem – trudno było je traktować jak kołyskę. Były zresztą obecne tylko tam, gdzie trzymano większe bydło. Istnieją jednak przekazy, że w okolicy Betlejem w jednej z pasterskich grót znaleziono taki karmnik.
3. Czym była Gwiazda Betlejemska?
Ówczesne osady ludzkie nie były oświetlone w nocy, a więc nie było znanego nam „zanieczyszczenia światłem”. W nocy niebo było doskonale widoczne. Dlatego dało się zaobserwować o wiele więcej zjawisk atmosferycznych i astronomicznych.
Coś na niebie zapewne się pojawiło. Opisy niezwykłego zjawiska atmosferycznego da się znaleźć w wielu źródłach z „czasów Jezusa” – np. Chińczycy pisali o niezwykle jasnej gwieździe, która rozświetliła niebo ok. 5 r p.n.e. Niebo mogła także rozświetlić supernowa, czyli wybuchająca gwiazda.
Astronomowie obliczyli z kolei, że jakieś dwa lata wcześniej miała miejsce koniunkcja Jowisza i Saturna. Kilka lat później – było blisko koniunkcji Jowisza i Wenus. Te zjawiska nie były co prawda widoczne gołym okiem, ale astrologowie musieli być ich świadomi. A jeśli założyć, że Mędrcy trudnili się astrologią – mogli mieć na myśli właśnie koniunkcję, gdy mówili o „gwieździe”.
Zapewne nie był to natomiast meteoryt – opis Mateusza wskazuje, że „gwiazda” była widoczna na niebie przez dłuższy czas. Spalający się meteoryt widać bardzo krótko.
Prawdopodobna wydaje się natomiast kometa. Współczesny wizerunek „gwiazdy betlejemskiej” zawdzięczamy włoskiemu malarzowi Giotto, który ok. 1301 r. mógł obserwować kometę Haleya, zaś w 1304 r. – deszcz meteorytów. Dlatego na jego obrazie gwiazda betlejemska najbardziej przypomina kometę.
Tutaj także są wątpliwości, czy w ogóle ówczesne zjawiska na niebie należy łączyć z narodzeniem Jezusa. Jeśli nie istnieli Mędrcy, niepotrzebna jest też Gwiazda. Zresztą, podobny motyw pojawia się w wielu mitach i legendach. Eneasza podczas podróży z Troi do Lacjum także prowadziła gwiazda.
4. Kim byli Trzej Królowie?
Nie było ich trzech, nie byli królami i nie wiadomo, czy w ogóle istnieli. Więcej wiemy o tym, co z pewnością nie jest prawdą.
Mateusz pisze po prostu o „mędrcach ze Wschodu”, którzy szukali „nowo narodzonego króla Żydów”. Jeśli w ogóle istnieli, z pewnością nie zastali małego w grocie, niedługo po narodzeniu. Być może spotkali prawie dwuletniego chłopca. Opis Mateusza może sugerować, że ich wizyta i poszukiwania Jezusa trwały co najmniej kilkanaście miesięcy, a spotkanie małego Jezusa nie musiało być głównym celem.
Mędrzec może oznaczać zarówno kapłana, jak i maga. Być może pochodzili z ludu Chaldejczyków, których z ziem żydowskich wypędzili Persowie sześć wieków wcześniej. Możliwe też, że pochodzili z Babilonii, na co wskazywać może zainteresowanie astrologią. Jeszcze inną wersję zapisał w swoim pamiętniku wenecki podróżnik Marco Polo. Podczas podróży na Daleki Wschód usłyszał bowiem opowieść o magach, którzy wyruszyli z jednego z perskich miast.
Tradycyjnie określa się ich królami. Teoretycznie jest możliwe, by rzeczywiście byli władcami. Bardziej prawdopodobne, że to późniejsi chrześcijanie uznali strojnie i zamożnie odzianych przedstawicieli innej kultury za „królów”.
Tradycyjnie przedstawia się trzy postacie: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Ale to późniejszy pomysł: mędrców jest trzech od mniej więcej III w n.e. Prawdopodobnie ówczesnym malarzom i rzeźbiarzom pasowało, by przyporządkować jednego „króla” do jednego „daru”: kadzidła, mirry i złota – i tak powstali Trzej Królowie. Zresztą, liczba „trzy” ma dla starożytnych znaczenie magiczne – figura trzech mędrców-starców pojawia się choćby w egipskich hieroglifach.
Mateusz nie wspomina jednak, ilu ich było. Pierwsi chrześcijanie mówią o 12, czasem o sześciu, niekiedy o dwóch.
Z pewnością fałszywe są także tradycyjne imiona. Kacper, Melchior i Baltazar to z kolei prawdopodobnie pomysł artysty z Rawenny, który nadał takie imiona rzeźbom na swojej mozaice.
Warto dodać, że rysowane w Święto Objawienia 6 stycznie litery C, M i B także nie symbolizują trzech mędrców, ale są skrótem łacińskiej sentencji „Christus Mansionem Benedicat” – „Chrystus błogosławi dom”.
Nie ma zresztą pewności, czy „trzej magowie” w ogóle istnieli. Opowieść Mateusza nie musi być „historyczna” – w tym miejscu Mateusz nie jest kronikarzem, ale nauczycielem. Fragment o Mędrcach wydaje się zbudowany na wzór żydowskiego midraszu – historii mającej pouczyć słuchacza o zamiarach Stwórcy.
5. Czy Maria była dziewicą?
O urodzeniu Jezusa mamy szczątkowe informacje. Wspomina o tym dwóch z czterech ewangelistów: Łukasz i Mateusz. U Mateusza znajdziemy szczegółowo opisany rodowód Jezusa. „Wszystkich pokoleń od Abrahama do Dawida było czternaście, także od Dawida do zesłania do Babilonu – czternaście pokoleń i od zesłania do Babilonu aż do Chrystusa – czternaście pokoleń”. Jak łatwo obliczyć – historia zamyka się w 42 pokoleniach, czyli tysiącu lat z okładem.
Łukasz zaczyna od opowieści o narodzinach Jana. Jego matka była zaawansowana wiekiem, więc poczęcie i urodzenie dziecka przez kobietę w tym wieku mogło zostać uznane za cud. Ewangelista traktuje tę historię jako pewien wstęp do opowieści o niepokalanym poczęciu – zaczyna od „mniejszego” cudu, by uczynić podglebie pod ten „wielki”.
Żydowskie małżeństwa były wówczas zawierane dwuetapowo. Najpierw kobieta „ślubowała”, a raczej „była ślubowana” (obiecana) mężczyźnie przez rodzinę – często w bardzo młodym wieku. To mniej więcej odpowiednik dzisiejszych zaręczyn, z tą różnicą, że „ślubowanie” było wiążące. Los kilkuletniej nawet dziewczynki, którą rodzina przeznaczyła do ślubu z chłopcem (a czasami o wiele starszym mężczyzną) z zaprzyjaźnionego domu był przesądzony. Ze wspólnym zamieszkaniem oczekiwano, aż dziewczyna osiągnie odpowiedni wiek. Dopiero wówczas odbywała się także konsumpcja związku.
Tak było też w przypadku Marii i o wiele od niej starszego „cieśli imieniem Józef”. Nastąpiło jednak wydarzenie, które mogło być tragiczne w skutkach: zanim młode małżeństwo zamieszkało ze sobą, Maria zaszła w ciążę.
O tym niezwykłym wydarzeniu, czyli „zwiastowaniu” opowiada jedynie Łukasz. „U dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef” pojawia się anioł. Zapowiada, że ta urodzi syna i da mu na imię Jezus. Maria początkowo jest zdziwiona, nie rozumie, o co chodzi. „Jak, skoro nie znam pożycia małżeńskiego?”. Anioł odpowiada: „Duch Święty zstąpi na Ciebie”. A żeby Maria uwierzyła, zapowiada jeszcze jeden cud. Otóż jej krewna Elżbieta, uznana za bezpłodną zaszła w ciążę.
Łukasz opisuje, jak Maria odwiedza Elżbietę, by sprawdzić, czy może wierzyć w słowa anioła. Po rozmowie – modli się pieśnią dziękczynną, która dziś znana jest jako osobny utwór – „Magnificat”. Tekst to mozaika tekstów ze Starego Testamentu – czyli dobrze znanych ówczesnym Żydom pism. Wątpliwe jednak, by młodziutka, niezamożna dziewczyna była na tyle oczytana, by modlić się słowami z uczonych ksiąg.
Wróćmy do ciąży Marii. Z punktu widzenia starego cieśli sprawa wyglądała dość jasno. Maria zaszła w ciążę zanim zamieszkali razem, bo „poznała pożycie” z kimś innym – dziś powiedzieliśmy, że zdradziła swego przyszłego męża. Józef miał prawo ją ukamienować. Ewangelista pisze o nim jako poczciwym, dobry człowieku. Dlatego postanowił „oddalić ją potajemnie”.
Według relacji Mateusza, wtedy na scenę znów wkroczył anioł, który przyszedł we śnie do Józefa. Zapewnił, że „to, co się w niej poczęło pochodzi z Ducha Świętego”. Mateusz zaznacza przy tym, że Józef „nie współżył z nią”, aż urodziła syna. Według ewangelisty, Maria pozostała dziewicą aż do narodzenia Jezusa. Nie musi to jednak oznaczać, że nie zaznała „pożycia małżeńskiego” później.
Dowodów na „niepokalane poczęcie” oczywiście nie ma. Skąd Mateusz i Łukasz mieliby znać okoliczności narodzenia swojego nauczyciela? Być może od samej Marii, być może od świadków związanych z rodziną cieśli, być może od samego Jezusa. Prorok mógłby przecież opowiadać o boskich cudach towarzyszących własnemu narodzeniu, by się uwiarygodnić i wyróżnić z tłumu podobnych „zbawicieli”.
Słowo „dziewica” w hebrajskim może też oznaczać po prostu „młodą dziewczynę”, co każe wątpić w „niepokalane poczęcie”. Bez niego Jezus traci jednak nieco z boskości. Jan i Marek w swoich ewangeliach „udowadniają”, że jest synem Boga dopiero w momencie śmierci na krzyżu i zmartwychwstania. Mateusz i Łukasz pokazują boską interwencję już w momencie narodzenia.
Historia o niepokalanym poczęciu nie jest zresztą ani oryginalna, ani zarezerwowana dla Chrześcijan – podobne spotyka się w wielu starożytnych mitologiach. Badacze określają ją jako „z ducha pogańską”. O rzymskich cesarzach Aleksandrze i Auguście hagiografowie pisali, jakoby ich ojcami był sam Apollo, który „dał ich” matkom podczas snu. Sporo jest legend o bogach, którzy „zapładniają” młode dziewczyny, a urodzone w ten sposób dzieci to herosi mający swoiste „supermoce”. Takie opowieści, bliskie historii o Jezusie snuje choćby Owidiusz. Ten rzymski poeta choć żył w czasach Jezusa, prawdopodobnie nigdy o nim nie słyszał.
6. Czy Herod naprawdę przeprowadził „rzeź niewiniątek”?
Król Herod Wielki (jego syn – Herod Antypas był obecny przy ukrzyżowaniu Jezusa) był władcą Judei „z łaski Rzymu”, a więc poddanym cesarza. Miał za zadanie utrzymywać porządek na podległych terenach, nie mógł więc pozwolić sobie na niepokoje albo co gorsza – powstanie. Choć prawdopodobnie nie należał do osób przesadnie religijnych, znał żydowskie proroctwo z Księgi Liczb: „Gwiazda wyjdzie z Jakuba, a berło powstanie z Izraela”. Jeśli na ówczesnym niebie rzeczywiście zajaśniało jakieś zjawisko atmosferyczne, a w okolicy pojawili się przybysze rozpytujący o „króla Żydów” – Herod mógł się zaniepokoić.
Według Mateusza – władca początkowo chciał wykorzystać Mędrów do własnych celów. Poprosił, by – gdy już znajdą małego – dali znać, aby i król „mógł pójść i oddać mu hołd”. To oczywiście podstęp: Herod chciał po cichu pozbyć się małego „konkurenta”.
Mędrcom drogę wskazała „gwiazda”, dzięki czemu udało im się spotkać Marię i małego Jezusa. W drodze powrotnej do Heroda już nie zajechali. Kolejny raz w tej historii pojawił się bowiem anioł, który im tego zabronił.
Herod wpadł we wściekłość, że podstęp z Mędrcami się nie udał. Mateusz twierdzi, że Herod kazał wówczas w Betlejem i całej okolicy zabić wszystkich chłopców poniżej dwóch lat. Zanim to nastąpiło – znowu za sprawą anioła – Józef z żoną i synem uciekli do Egiptu. Wrócili do domu dopiero po śmierci Heroda.
W źródłach historycznych o podobnym wydarzeniu nie ma ani słowa. Nawet jeżeli miało miejsce, a po prostu umknęło kronikarzom, z pewnością nie miało wiele wspólnego z filmowymi przedstawieniami spływających krwią ulic. W Betlejem mieszkało wówczas zapewne około kilkuset, może nieco ponad tysiąc osób. Gdyby nawet Herodot zarządził „rzeź niewiniątek”, ofiary można byłoby policzyć na palcach obydwu rąk.

niedziela, 25 grudnia 2016

Po prostu był "dobry jak chleb"

25 grudnia 1916 roku Kraków obiegła wiadomość o śmierci założyciela zakonu albertynów, a także wielkiego przyjaciela ludzi ubogich i bezdomnych - brata Alberta Chmielowskiego. W odbywających się trzy dni później uroczystościach pogrzebowych wzięło udział nie tylko liczne grono przedstawicieli władz miejskich, ale przede wszystkim cała rzesza tych, których najbardziej umiłował - ludzi będących na marginesie społeczeństwa. Wszyscy zaś szeptali pomiędzy sobą, że "umarł święty".
Był dobrze zapowiadającym się malarzem. Nic więc dziwnego, że przyjaźnił się z największymi artystami swoich czasów, takimi jak Gierymski, Chełmoński czy Wieczółkowski. Znał się też z Sienkiewiczem oraz Modrzejewską. Mimo to wyrzekł się wszystkiego i oddał całkowicie najbiedniejszym. Był "jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić, nakarmić się".
Adam(bo takie było świeckie imię Chmielowskiego) urodził się 20 sierpnia 1845 roku w Igołomi, jako syn Wojciecha i Józefy. W 1861 roku rozpoczął naukę w Instytucie Puławskim na wydziale rolniczo - leśnym. Kiedy 23 stycznia 1863 roku wybuchło powstanie, postanowił opuścić szkołę i przyłączyć się do oddziałów powstańczych. Udział w zrywie przepłacił utratą nogi, którą rozerwał mu artyleryjski granat we wrześniu podczas bitwy pod Mełchowem. Amputację przeprowadzono w stodole, bez środków znieczulających. Podobno Chmielowski musiał sam trzymać świeczkę, którą rozjaśniano panujący mrok. Wkrótce osiemnastoletni młodzieniec został wzięty do niewoli, z której wydostaje się dzięki staraniom rodziny(podobno wynieśli go po zmroku w trumnie).
Chmielowski wkrótce wyjeżdża do okraszanego sławą Paryża, gdzie otrzymał bardzo nowoczesną protezę nogi. Dzięki niej mógł tańczyć, a nawet jeździć na łyżwach. Z stolicy Francji powrócił po dwóch latach. W 1867 roku zdał maturę, która otworzyła mu drogę na studia. W tym samym czasie zaprzyjaźnił się z malarzem Maksymilianem Gierymskim. To on namówił młodego Adama na studia malarskie w Monachium. Było to najważniejsze, obok wspomnianego wcześniej Paryża, centrum ówczesnej sztuki. Znalazł się tam w tzw. sztabie, czyli elitarnym gronie wybitnych polskich artystów. Razem stanowili zgrany zespół - jak wspominał Leon Wyczółkowski pewnego dnia gdy przechodzili jedną z monachijskich ulic zastanawiając się skąd wziąć pieniądze na obiad. Nagle Adam zszedł z krawężnika i podłożył nogę pod koła przejeżdżającej karety. Nic mu się nie stało, ale przerażony właściciel pojazdu widząc leżącego na ziemi i wijącego się z bólu młodzieńca, wypłacił mu sporą sumę pieniędzy.
Po powrocie ze studiów w 1874 roku coraz częściej myślał o poświęceniu się Bogu, nie rezygnując jednocześnie z ambicji twórczych. Zamieszkał w warszawskim Hotelu Europejskim, w którym mieli swoje pracownie Józef Chełmoński i Stanisław Witkiewicz. Rok później wystawił swój pierwszy obraz "Ogród miłości" oraz opublikował rozprawę "O istocie sztuki". Nie widząc swojej przyszłości artystycznej w Warszawie, postanowił na rok wyjechać do Lwowa, gdzie zaprzyjaźnił się z Leonem Wyczółkowskim.
Powołanie coraz bardziej dawało o sobie Adamowi znać, toteż w 1880 roku wstąpił do zakonu jezuitów, w którym po kilku miesiącach przeżył głębokie załamanie nerwowe. Został więc wysłany do zakładu dla psychicznie chorych. Temu niezwykle trudnemu doświadczeniu wewnętrznemu kres położyła spowiedź generalna w 1882 roku. Zachęcony przez spowiednika wstępuje do III. Zakonu św. Franciszka gromadzącego ludzi świeckich, czyli zostaje tercjarzem. Przez dwa lata przemierza pieszo Podole, Wołyń oraz Polesie, odnawiając przydrożne kapliczki, zrujnowane kościółki, jak również szerząc wśród ludzi idee tercjarskie. Niestety, ta działalność nie uszła uwadze władzom carskim, które dwa lata później wydaliły Chmielowskiego z granic Rosji.
Wygnany Adam osiedla się w galicyjskim Krakowie, gdzie wynajmuje pracownię malarską. Powstaje w niej obraz "Ecce Homo", który rozsławił nazwisko Chmielowskiego na cały świat. Wizerunek umęczonego Chrystusa zaczął malować jeszcze przed wstąpieniem do jezuitów. Nigdy się z nim nie rozstawał, wielokrotnie go przerabiając i uzupełniając. Jego dorobek artystyczny, obejmujący co najmniej kilkadziesiąt obrazów olejnych, uległ w znacznej mierze rozproszeniu i zniszczeniu. Kiedy pewnego razu brat Albert chciał sprzedać na rzecz swoich biedaków kilka płócien przechowywanych na strychu, okazało się, że braciszkowie zużyli je na dekoracje w jasełkach.
W 1888 roku Adam Chmielowski złożył prywatny ślub czystości, w którym zmienił imię z Adama na Alberta. Wydarzenie to uznaje się za zapoczątkowanie zgromadzenia albertynów. Swoją pracownię malarską zamienia w przytułek dla bezdomnych, zaś z magistratem krakowskim podpisuje umowę na prowadzenie pierwszej w mieście ogrzewalni.
Brat Albert, zafascynowany osobą św. Franciszka, wymagał od swoich współbraci bezwzględnego ubóstwa. Zabraniał im nawet dotykać pieniędzy(nawet brat-ekonom brał je przez habit). Początkowo albertyni nie posiadali ani stołów, ani krzeseł, posiłki zaś spożywali siedząc wprost na podłodze. Podobnie jak Biedaczyna z Asyżu, który był jedynie diakonem, brat Albert nie czuł się godny zostać kapłanem.
Przerażony straszliwą nędzą, zaangażował się w działalność towarzystw dobroczynnych. Wkrótce jednak przekonał się, że filantropia uspokajająca sumienia ludzi bogatych niewiele ma wspólnego z prawdziwym miłosierdziem. Zamieszkał wiec razem z wyrzutkami społecznymi, gromadzącymi się w tzw. ogrzewalniach. Sam dla nich gotował to, co codziennie wyżebrał, objeżdżając swoim wózkiem ulice Krakowa. Wielu uważało go za wariata. Wkrótce jednak przekonano się, że dzięki jego działalności w mieście zadziwiająco spadła przestępczość.
Po pewnym czasie u boku brata Alberta stanęli wierni współpracownicy, wśród nich odważne kobiety. Pierwszych siedem sióstr zakonnych złożyło swoje śluby trzy lata po bracie Albercie - w 1891 roku, tworząc zgromadzenie albertynek. W dniu złożeniu ślubów zostały obrzucone kamieniami przez bandę stręczycieli, nie chcących dopuścić do tego, żeby albertynki zajęły przytułek dla kobiet. Niechętnie patrzyli na nie również niektórzy księża - pewien kapłan w obecności wiernych odmówił im Komunii św. wypominając, że mieszkają z prostytutkami.
W trosce o silny fundament duchowy brat Albert zakładał pustelnie męskie i żeńskie, gdzie jego współpracownicy pogłębiali swoje życie wewnętrzne. Pierwsza z nich powstała w 1898 roku na Kalatówkach. Do dzisiaj można zwiedził klasztor sióstr albertynek usytuowany nieopodal Górki, w którym modlił się sam Albert Chmielowski.
Wraz z nastaniem 1916 roku zdrowie brata Alberta zaczęło poważnie szwankować. Podczas pobytu albertyna we Lwowie zdiagnozowano u niego nowotwór żołądka. Diagnozujący go lekarz nie pozostawiał złudzeń co do długości życia Chmielowskiego. Jeszcze w listopadzie zdążył pojechać do przebywających w pustelniach współbraci, aby się z nimi pożegnać. Ostatni miesiąc swojego życia spędził właściwie nie ruszając się z łóżka. Pomimo wciąż pogarszającego się stanu zdrowia nie zrezygnował z ascetycznych reguł życia zakonnego, które sam ustanowił. Jedyne o co poprosił przed śmiercią to o zapalenie cygara. Pamiętał bowiem dobrze, jak podczas amputacji nogi dali mu je do wypalenia, aby nie czuł bólu. 23 grudnia Chmielowski przyjął sakrament namaszczenia chorych. Od tego czasu przyjmował już tylko wodę. Zmarł w dzień Bożego Narodzenia w otoczeniu swoich współbraci na skutek perforacji żołądka. Zostawił po sobie piękny testament w postaci setek przytułków i schronisk dla ludzi będących na marginesie społeczeństwa, ubogich, kalekich, bezdomnych. Zgromadzenie albertynów i albertynek działa do dzisiaj, niosąc im pomoc. Postać Alberta Chmielowskiego była inspiracją do napisania dramatu "Brat naszego Boga" przez Karola Wojtyłę. Mówi się też, że patrząc na przemianę Adama Chmielowskiego w brata Alberta młody Wojtyła odkrył drogę swojego powołania. Faktem jest że po latach, już jako papież Jan Paweł II, najpierw beatyfikował, a po sześciu latach kanonizował brata Alberta, który dzisiaj patronuje m.in. mojej diecezji sosnowieckiej. Zaś nadchodzący, 2017 rok, został ogłoszony w naszym kraju Rokiem Adama Chmielowskiego.
I ja Wam z całego serca Kochani życzę, byście zawsze byli tak samo dobrzy, jak świeżo wypieczony chleb...

sobota, 24 grudnia 2016

Wigilie władców i papieży

Kochani, pewnie w wielu domach przygotowania do wigilijnej wieczerzy idą pełną parą. U mnie porządki już zrobione, nawet choinka ubrana, a na stole pojawiły się świąteczne motywy. W tle gdzieś lecą internetowe rekolekcje. Na wieszaku wiszą odświętne ubrania, w które mam zamiar wcisnąć się wieczorem. W kuchni dochodzi już mak, bo nie wyobrażamy sobie z rodziną kolacji bez tego specjału. Jego słodkawy zapach rozchodzi się po moim skromnym mieszkaniu. Gotowanie tej potrawy zawsze należało do mnie. Inna sprawa, że mak z kluskami właściwie zawsze się udaje.
Nie wiem czy wiecie, ale mak, orzechy i grzyby, dziś nieodłączne składniki menu wigilijnego, niegdyś spożywano podczas pogańskich obrzędów. Kojarzono je z tamtym światem i uważano, że trafiają w gust kulinarny dusz zmarłych.
Choinka, smażony karp, prezenty i śpiewanie kolęd – wydawać by się mogło, że tak wigilię obchodzono od zawsze. Ale nie. Choinkę sprowadzili do nas Sasi w XVIII w., a dopiero w okresie międzywojennym zawędrowała pod strzechy. Karp natomiast, hodowany wprawdzie od średniowiecza, prawdziwą wigilijną karierę zrobił za komuny. Obyczaj wspólnego kolędowania – wtedy jeszcze w języku łacińskim – przynieśli do Polski franciszkanie w wieku XV, ale te polskie, najpopularniejsze pieśni: „W żłobie leży”, „Bóg się rodzi” czy „Lulajże, Jezuniu” powstały w połowie XIX stulecia. W tym też czasie Mikołaj zaczął w wigilię świąt Bożego Narodzenia rozdawać podarki dzieciom z miasta, a dzieci ze wsi czekały na nie jeszcze przez wiek cały.
Jak wyglądały te najdawniejsze wigilie? Dokładnie nie wiadomo. Słowo „wigilia”, pochodzące z języka łacińskiego, oznacza czuwanie. Według kościelnego zwyczaju w dniu poprzedzającym większe uroczystości religijne obowiązywał post i wierni przez całą noc oczekiwali na święto, modląc się wspólnie. Czuwający pokrzepiali się postnym posiłkiem złożonym głównie z chleba i ryby, spożywanym w milczeniu, by podkreślić jego religijny charakter. Tak też się działo w przeddzień Bożego Narodzenia. Nie było to jednak święto rodzinne. Na przykład król Władysław II Jagiełło rzadko zjawiał się na nie w Krakowie. Przebywając w licznych podróżach – a zima o wiele lepiej im sprzyjała niż wiosenne i jesienne roztopy na drogach – wstępował na ten posiłek do któregoś z klasztorów.
Według kościelnego zwyczaju w dniu poprzedzającym większe uroczystości religijne obowiązywał post i wierni przez całą noc oczekiwali na święto, modląc się wspólnie.
Królowa Jadwiga spędzała zwykle Boże Narodzenie w Krakowie i także zasiadała do posiłku wigilijnego, jedynego w tym dniu, w towarzystwie duchownych – prałatów, biskupów, kanoników. I wcale nie podawano go wieczorem, lecz przed południem. Dania były wykwintne, ale bez przesady: ryby (śledź, szczupak, sandacz, łosoś, sum) gotowane, duszone i pieczone z dodatkiem różnych sosów (smażone podawano wtedy rzadko). Do nich chleb, kapusta, groch, soczewica, kasza, kisiel owsiany (to głównie dla litewskich lub ruskich gości) i zupa z siemienia konopnego zwana siemieniotką jedzona na wigilię do dziś w niektórych rejonach południowej Polski. Niewykluczone, że podawano też kluski z miodem i makiem oraz pierniki, jako że zgodnie z opinią św. Tomasza z Akwinu jedzenie słodyczy nie łamało postu.
Po posiłku słuchano pouczających cytatów z Pisma Świętego lub modlono się, a przed północą ruszano do kościoła na nabożeństwo. Starodawne słowiańskie wierzenia o duszach odwiedzających ziemię w czasie zimowego przesilenia słonecznego, pozostawianie im resztek jedzenia, wigilijne wróżby i magia dotycząca urodzaju, były przez Kościół źle widziane i zbytnie afiszowanie się nimi groziło nawet ekskomuniką. Nic dziwnego zatem, że na królewskich czy rycerskich dworach nawet mowy o nich być nie mogło. Obrzędy te przetrwały w chłopskich chatach i dopiero z czasem weszły na salony oraz zostały zaaprobowane przez Kościół. Także potrawy z makiem, orzechami, grzybami, spożywane niegdyś podczas obrzędów, kojarzone z tamtym światem i – jak mniemano – trafiające w gust kulinarny dusz zmarłych, też nie od razu zyskały kościelną aproba tę. Można powiedzieć, że stopniowo zdobywały wigilijne stoły zdominowane w pierwszych wiekach po wprowadzeniu nowej religii głównie przez chleb i ryby. Taka na przykład kutia, zwana też kucyją, przyrządzona z ziaren pszenicy z makiem i miodem, niegdyś jadana na Rusi i Litwie jako potrawa związana z magią urodzaju, na początku XVIII w. obecna była na wigilijnym stole Michała Radziwiłła „Rybeńki”, a u Branickich w Białymstoku w latach 50. XVIII wieku była już daniem obowiązkowym.
Na wigilię w 1695 r. dla króla Jana III Sobieskiego (za zezwoleniem władzy duchownej) przygotowano oddzielny stół z mięsiwem, gdyż medycy uznali za niezdrowe ryby dla chorującego już wtedy monarchy.
Z czasem także post przestawał być rygorystyczny. Na wigilię w 1695 r. dla króla Jana III Sobieskiego (za zezwoleniem władzy duchownej) przygotowano oddzielny stół z mięsiwem, gdyż medycy uznali za niezdrowe ryby dla chorującego już wtedy monarchy. Reszta towarzystwa jednak przykładnie „pościła”, zajadając się niebywale wykwintnymi daniami. Na stół podano: „misę łososi, 2 misy i dodatkowo 7 półmisków karpi, aż dziewięć półmisków (…) szczupaków oraz misę okoni, 2 misy leszczy, aż 5 mis (…) linów, 1 misę sztokfiszu (tzn. suszonego dorsza), 3 misy czeczug (sterlet, popularna kiedyś ryba jesiotrowata), 2 misy śledzi” oraz „ślimaków pół kopy”. Do ich przyrządzenia zużyto mnóstwo m.in. przedniej oliwy, mąki, jaj, cebuli, ryżu, migdałów i innych bakalii, startego piernika, a do przyprawienia czarnego sosu sporo suszonych śliwek i nieco… spalonej słomy.
Obecnie menu wigilijnej kolacji pozostaje sprawą uznania uczestników. Nawet głowy Kościoła przedkładali zwyczaje kulinarne wyniesione z rodzinnego kraju nad dawną tradycję. Królowa Elżbieta II, stojąca na czele Kościoła anglikańskiego, mimo że nie ma w nim tradycji wigilijnej, 24 grudnia o godzinie 20.30 zasiada z całą rodziną do kolacji, na której podawane są: krewetki z Norfolk, pieczona jagnięcina, francuskie tarte tatin z sosem brandy i suflet. Papież Franciszek natomiast pochodzi z kraju, gdzie najważniejszymi daniami tego wieczoru są: pieczone prosię, grillowane mięso i słodki chleb w kształcie babki (panettone). Jego poprzednik Benedykt XVI po całodziennym poście na wieczerzę zjadał bawarskie kiełbaski z sałatką ziemniaczaną, bakaliową struclę i pierniczki. Natomiast Jan Paweł II hołdował dawnej tradycji. O godzinie 18, po całodziennym poście w refektarzu na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego składał gościom życzenia i czytał fragment Pisma Świętego. Na stół wjeżdżało 12 dań, w tym: smażony karp, kapusta z grzybami, barszcz, pierogi, kluski z makiem, kutia, a czasem też – nowość! – lubiane przez Ojca Świętego włoskie ciasteczka firmy Moroni. Płonęły świece, płynęły kolędy. I tylko opłatek (znany dopiero od XVII w.) trzeba było sprowadzać z Polski, bo nikt poza nami się nim nie dzieli. To wyłącznie polski zwyczaj.

Kochani, na ten nadchodzący czas Bożego Narodzenia życzę Wam spędzenia tych świąt w rodzinnej atmosferze. Kochajcie się na wzór miłości, jaką darzyła siebie Święta Rodzina. Niech nowo narodzony Chrystus wstąpi w Wasze serca i napełni je prawdziwym, szczerym szczęściem. Zaś gwiazda betlejemska niech rozświetla ścieżki waszego życia przez kolejne dni 2017 roku. Niech Wam błogosławi Boża Dziecina wraz z Matką Boską i świętym Józefem. Wesołych, rodzinnych, błogosławionych świąt!

piątek, 23 grudnia 2016

Motywacyjna wigilia grupowa i historia zaginionych kopert

Z niemałą ulgą wróciłam do domu. Przede mną wolne aż do 3 stycznia. Wreszcie się wyśpię, trochę odpocznę. Zwłaszcza, że ostatni tydzień, chociaż zaczął się fantastyczną wigilią grupową, to nie wiedzieć dlaczego dał mi w kość. Czyżby mój organizm już tydzień przed świętami domagał się wolnego. Pocieszam się faktem, że jeszcze jakieś pół roku i... obrona. I to do kwadratu, bo przecież najpierw bronię się na licencjata z zakresu turystyki religijnej, a potem na magistra z zakresu turystyki i rekreacji. Praca z magisterki pisze się już od czerwca, wczoraj uzgodniłam z moim promotorem na Papieskim temat pracy licencjackiej. Ale o tym innym razem. Na razie zajmijmy się świątecznymi sprawami.
Prawie cała motywacyjna z jednym z profesorów
na wycieczce w Sandomierzu
W poniedziałek spotkaliśmy się większością ludzi ze specjalizacji w turystyce i rekreacji zowiącą się turystyka biznesowa i motywacyjna w mieszkaniu jednej z moich koleżanek. W sumie to mój udział w spotkaniu stał pod znakiem zapytania, wszak codziennie dojeżdżam na zajęcia bądź z Dąbrowy, bądź z Wadowic. A taka wigilia wymagała zostania w Krakowie na noc. No ale Lolek poszperał w Internecie i znalazł sobie nocleg w całkiem przyzwoitej cenie. Grunt to radzić sobie w życiu. Z drugiej strony wiem, gdzie się kierować, w sytuacji, kiedy będę musiała dłużej zostać w królewskim mieście. A po przedniej atmosferze jaka była na wigilii przyrzekliśmy sobie, że koniecznie musimy powtórzyć takie spotkanie. Wracając jednak do tematu, to moje pojawienie się wywołało niemałe zaskoczenie. Wszyscy też zachodzili w głowę, gdzie ja będę spać. Szybko im wyjaśniłam co i jak. Po tym wieczorze potwierdziły się moje przypuszczenia - mam naprawdę fantastyczną grupę taką, którą mogę życzyć każdemu studentowi, nie tylko niepełnosprawnemu. Są niezwykle empatyczni, rozumieją, że niektóre rzeczy robię wolniej niż oni, wysłuchają, doradzą, jak trzeba, to i podzielą się materiałami z zajęć. Tak naprawdę w naszych stosunkach moja niepełnosprawność schodzi na dalszy plan. Zawsze marzyłam o takich relacjach z innymi ludźmi i teraz to marzenie ulega spełnieniu. Pozwoliłam sobie też pożyczyć Wesołych Świąt mojej ukochanej D., o której pisałam >>TUTAJ<<. I znowu przekonałam się o ludzkiej życzliwości, a znajomość z D. będę wspominać przez długie, długie lata.
Z spraw studenckich teleportuję się do spraw bardziej przyziemnych, czyli przygotowania do Bożego Narodzenia. Jestem na etapie świątecznych porządków - przed chwilą wszystkie moje książki wyleciały z regału, a półki zostały umyte na błysk. Za chwilę poukładam je na nowo, a także umyję żyrandol. W kuchni dochodzi piernik. Upieczony zgodnie z internetową instrukcją. Co prawda nawet go nie spróbuję, ale jakoś to przeżyję. Przede mną zaś leży stos kopert z kartkami świątecznymi, które miałam wysłać do znajomych i rodzinki. W dzisiejszych czasach elektronicznych wiadomości otrzymanie takiej kartki jest prawdziwym rarytasem. Zwłaszcza własnoręcznie wykonanych. Miałam wziąć je ze sobą w poniedziałek i wrzucić do jakiejś skrzynki w Krakowie. Jednak kiedy chciałam wykonać mój zamiar okazało się, że kopert nigdzie nie ma. Trochę się wystraszyłam, że gdzieś po drodze mi wypadły, jednak jak dzisiaj weszłam do mieszkania, stos od razu rzucił mi się w oczy. Trudno, wyślę je po świętach. Mam nadzieję, że też będzie się liczyć...

wtorek, 20 grudnia 2016

Do przemyślenia przed świętami

W ferworze przedświątecznych przygotowań niekiedy zapominamy o tym, co jest najistotniejsze w świętach. Dlatego polecam artykuł, który kilka lat temu znalazłam w młodzieżowym czasopiśmie, który dał mi dużo do myślenia. Po jego przeczytaniu zaczęłam całkowicie inaczej patrzeć na przedświąteczne przygotowania i przekierowałam swój tok myślenia. Zresztą sami przeczytajcie, bo pozwoliłam go sobie tutaj przytoczyć:

"Kicz, prezentowy terror i niepotrzebne wydatki? Czy łezka w oku, niepowtarzalny zapach w domu i wzruszenie, że jesteśmy razem? Od ciebie zależy, czy w święta będziesz pustą bombką, czy pełną prawdziwego ciepła gwiazdką…
*
BOMBKA - Wigilijny poranek, galeria handlowa. Aniołom sprzedającym opłatki spod białych i złotych sukienek wystają dżinsy. Cukiernia zaprasza na degustacje i zakup po promocyjnych cenach sernika i makowca. Za dużo im zostało, szefowa się denerwuje. Sprzedawczynie w odzieżowej sieciówce kłócą się, która przyjdzie w drugi dzień świąt przebierać manekiny w sylwestrowe kreacje. Już nawet im się nie chce uśmiechać do klientów. Ani odpowiadać na ich idiotyczne pytania. Nie, ten sweter nie jest objęty promocją. Tak, można zwrócić po świętach, w ciągu siedmiu dni. Nie, nie mamy tej bluzki w innym kolorze… Kolejki do kas w hipermarkecie aż pulsują od nienawistnych spojrzeń, poszturchiwań i wygłaszanych pod nosem komentarzy „chamstwo takie, pcha się, na nic nie patrzy”. Ktoś zdenerwowany i spóźniony „przez te tłoki” zawadza wózkiem o choinkę stojącą na środku galerii, bombka z logo sponsora spada na posadzkę, pryskają drobinki szkła. Nie szkodzi, przecież mamy serwis sprzątający…
*
GWIAZDKA - Karp w galarecie u mojej babci! Taki z otwartą gębą i oczami! Zawsze mam wrażenie, że on na mnie patrzy…
 - Kompot z suszu, śmierdzi nim cały dom!
 - Co ty chcesz od kompotu z suszu? Ja bardzo go lubię.
Dwoje młodych siedzi na ławeczce przed strojną choinką. Nie zważają na mijających ich spoconych i zdenerwowanych ludzi. Ona z kolczykiem w nosie i kilkoma w uchu, on omotany wyjątkowo brzydkim szalikiem. Zjedli już lody, wypili gorącą czekoladę, omówili najsmaczniejsze wilijne potrawy, najgorszą w rodzinie osobę do kupowania prezentów(wujek, zdecydowanie wujek), przepytali się nawzajem ze znajomości kolęd(słabo to wyszło, po pierwszej zwrotce pamięć zawodziła), teraz typują najgorszą  wigilijną potrawę.
 - Ale ja nie lubię kompotu, śmierdzi. I po nim się… gazuję. A mama mówi, że on dobry na trawienie. Nie wiem, jakim cudem…
 - Bo dobry, serio. Mnie po smażonej rybie zawsze boli brzuch, a potem jest kompot i od razu mi lepiej…
 - Jakoś ci nie wierzę – śmieje się i przytula dziewczynę. – W każdym razie jak będziemy mieli już dom, to u nas kompotu śmierdziucha nie będzie, jasne?
Ona także się śmieje i przytakuje chłopakowi, jednocześnie czułym gestem poprawiając mu szalik. Trochę krzywo wyszedł. Trudno. Jak na pierwszą zrobioną samodzielnie rzecz to i tak nieźle.
 - Karpia w galarecie też nie, dobra? Albo przynajmniej jego głowy. I flaków też nie będzie. I golonki.
 - Golonki? A golonkę jada się na wigilii? – pyta zdziwiony.
 - No nie, ale jest obrzydliwa. Więc uprzedzam, że nie będzie.
Oboje wybuchają śmiechem i po raz kolejny zadzierają głowy, aby popatrzeć na migającą światełkami choinkę.
*
BOMBKA - Kilkanaście metrów dalej, w sklepie z ekskluzywną bielizną, lekko siwiejący biznesmen w garniturze składa ekspedientce propozycję nie do odrzucenia:
 - Ja panią ozłocę, przyrzekam, tylko niech mi pani jakoś tak szybciutko coś wybierze. Muszę jeszcze dwa telefony wykonać, a pani na pewno pięknie wszystko dobierze – jednocześnie trzyma telefon przy uchu oczekując na połączenie. – Jakiś komplecik, coś modnego. I niech trochę kosztuje, bo ona potem pewnie sprawdzi. Rozmiar? Niech pani da taki średni damski, bo nie zdążyłem sprawdzić, wie pani, jakąś M-kę, żeby potem nie obraziła się, że za małe albo za duże… No to ja jestem, co załatwiłeś, mów – zmienia ton na biznesowy. Wsłuchuje się w relację rozmówcy, ale co chwilę spogląda na poczynania ekspedientki i uniesionym kciukiem lub skrzywieniem ust „komentuje” jej propozycje. Po kilku minutach wybór zostaje dokonany, złoto-bordowy komplet bielizny ląduje właśnie w odpowiednio strojnym pudełku, ekspedientka z zawodowym uśmiechem nabija na kasę cenę, zadowolony z siebie biznesmen postanawia jeszcze kupić jakieś wytworne wino. A co! Wprawdzie sam nie przepada, bo ma po nim zgagę, ale przecież na Wigilię powinno pić się drogie wino…
*
GWIAZDKA - Na wprost wejścia do sklepu z winami ulokowane jest stoisko z kolorowymi papierami. Panie uprzejmie zawijają, pakują obwiązują i stroją. Niedaleko stoiska nieco nerwowo drepcze emeryt z brzuszkiem, a wokół niego podskakuje para kilkulatków.
 - Dziadek, a jeśli nie będzie gwiazdki, to co, nie przyjdzie? Bo Kuba mówi, że nie przyjdzie! – dziewczynka patrzy z powagą w oczy ojca oczekując stanowczego zdementowania plotki, jaką rozpuścił dwa lata starszy brat.
 - Przyjdzie. Dziadkowi nie wierzysz? – całuje wnuczkę w czoło.
Dziadek ma pewien problem. Musi kupić papier do pakowania, żeby zawinąć toster dla żony. Ale jak ma to zrobić przy wnukach? Jak zobaczą potem ten sam papier pod choinką, to mogą skojarzyć te dwa fakty. I co? Ogromne rozczarowanie. Że to jednak ze sklepu, a nie z worka Mikołaja. Nie, nie, dziadek nie chce mieć na sumieniu takiej tragedii. Chętnie dziś zgłosił się do opieki nad maluchami, niech tam sobie kobiety spokojnie w kuchni działają. No, ale kompletnie zapomniał o papierze. Kłopot, kłopot. Trudno, chyba lepiej dać bez papieru, niż ryzykować?
Chwilę później cała trójka rusza w stronę wyjścia, a dziadek motając na szyjach wnuków szaliki i wciskając im na dłonie rękawiczki, obiecuje, że w drodze powrotnej pójdą koło kościółka i zobaczą, czy księża już szopkę zrobili. I że sobie na spacerku kolędy pośpiewają.
*
BOMBKA - Wysoki, krzykliwy głos kobiety zwraca w jej stronę spojrzenia przechodzących. Chwilę wcześniej wyszła ze sklepu z tradycyjną żywnością specjalizującą się w świątecznym cateringu i teraz nerwowymi ruchami przekazuje te paczki, tace, torby(każde z odpowiednim logo sklepu!) nieco zdezorientowanemu małżonkowi. A przy okazji nie szczędzi mu odpowiednio kąśliwych uwag, bo prawdopodobnie ośmielił się zadać najgłupsze i najbardziej irytujące w tym dniu pytanie: „Po co tego tyle?” Ewentualnie: „Kto to zje?”
 - No ile, ile? Wzięłam tyle, żeby było na dwa dni, nie myśl, że ja będę jak głupia stała w kuchni i piekła, jak mi tutaj lepsze zrobią i na pewno to drożej nie wychodzi, bo jeszcze rabat dostałam. O, i taką nalewkę gratis. O nie, na pewno nie będę piekła, do tej pory mnie nosi, jak sobie przypomnę minę twojej matki, jak jej swój jabłecznik zawiozłam. Normalnie jakbym jej psie żarcie dawała. Moja wina, że opadło? Moja? Będzie mi tu wydziwiać, miny robić, komentować potem. Sama to nic, że niby taka schorowana, tak, jasne, ona tylko by krytykowała i obgadywała. I jeszcze te teksty: „pamiętasz Jureczku, jak ja ci piekłam pierniczki, jak byłeś mały?” Specjalnie tek mówi, żeby mnie wkurzyć. Ale nie, ja się nie będę denerwować. Mi też się święta należą!

BOMBKI – są ładne, ale kruche i puste. Łatwo się tłuką, zamieniając w mnóstwo ostrych kawałków i brokatowy pył…
GWIAZDKA – choć niepozorna, ma moc prawdziwego światła. Ogrzeje, pokaże drogę do domu, rozświetli chmurne myśli…

Bliżej ci do gwiazdki, czy do bombki? Czujesz święta? Czy raczej czujesz się zmuszany do świąt? Oby na twojej choince było więcej gwiazdek niż bombek…”

Źródło: Dwutygodnik młodzieżowy „Cogito”; nr 23(413); 6 grudnia 2012

niedziela, 18 grudnia 2016

A przed świętami...

Ostatnie zajęcia w Oratorium odbyły się w świątecznej atmosferze. Odwiedziła nas cała rzesza świętych Mikołajów, ich pomocników, a nawet jeden król. Na koniec dnia wyłoniliśmy chłopca i dziewczynkę, którzy byli najpiękniej przebrani. Wygrało rodzeństwo - chłopiec przebrany za króla i dziewczynka jako św. Mikołaj:
Oprócz tego zaplanowana była masa atrakcji z nagrodami. Pierwszą z nich był przygotowany przeze mnie quiz z wiedzy na temat Adwentu i samych świąt Bożego Narodzenia. Najlepszą drużyną okazała się ta, która miała w swoich szeregach aż 3 ministrantów. W nagrodę otrzymali takie same lampiony, jak ja podczas wspólnotowej wigilii.
Kolejnym konkursem była "TOMBOLA", czyli coś na wzór popularnego "BINGO". Każde dziecko miało kupon, z trzema poziomami, które musiało skreślić wtedy, kiedy wylosowano odpowiednią liczbę. Za każdy skreślony rząd przewidziana była nagroda. A że w tym roku dzieci na roratach jest jak na lekarstwo, to i każdy uczestnik zabawy otrzymał coś fajnego.



Niestety na "Jaką to kolędę" nie starczyło czasu. A szkoda, bo udało mi się zdobyć dosyć ciekawe podkłady kolęd, z których korzystamy jako schola. Za to były "gorące krzesełka":

Oprócz tego dzieciaki wykonywały świąteczne ozdoby na choinkę. Zadaniem naszej grupy(3 klasa szkoły podstawowej) było przyozdobić bombki.
 

Uroczy ten król, prawda?
I w takim oto świątecznym klimacie minęło nam ostatnie w tym roku spotkanie.
A na koniec "rodzinne" zdjęcie:

sobota, 17 grudnia 2016

80 mieć lat to nie grzech

W ostatnich dniach, pomimo natłoku nauki przeplatanym z pisaniem pracy magisterskiej, zaczytywałam się w książce będącym wywiadem-rzeką z papieżem Franciszkiem - "Jezuita. Papież Franciszek" autorstwa Sergio Rubina i Francescę(mogłam źle odmienić) Ambrogetti, na zmianę z inną biografią aktualnego Ojca Świętego - "Franciszkiem. Papieżem ludzi" napisanym przez Evangelinę Himitian. Doskonale przedstawiają one życie i działalność papieża Franciszka, a za razem pomagają zrozumieć jego ścieżkę nauczania.
Nie wiem jak to się stało, ale w papieżu Franciszku zakochałam się od pierwszego wejrzeniu - momentu, w którym po raz pierwszy pojawił się na balkonie bazyliki św. Piotra i pozdrowił zgromadzonych na placu ludzi. Oczywiście, Jana Pawła II też kochałam, chociaż urodziłam się już w trakcie jego pontyfikatu. Benedykt XVI, niby nic do niego nie miałam, zapoznawałam się z jego naukami i programem nauczania teologicznego, a jednak wzbudził u mnie mieszane uczucia. W szczegóły nie chcę wchodzić, to zbyt trudny dla mnie temat. Za to Franciszek... urzekł mnie swoją skromnością i brakiem takiego splendoru. Sam siebie określił, jako "papież z końca świata". I jeszcze to imię - Francesco, Franciszek, Franek, Franio... Nie będę przy tym ukrywać, że święty Franciszek z Asyżu jest jednym z moich ulubionych świętych, zaś od świętego Franciszka Salezego wzięli nazwę księża salezjanie. Dlatego to imię jest mi tak bliskie. Jak kiedyś będę miała syna, to imię ma już zapewnione :).
Papież Franciszek zachwycił mnie swoim nauczaniem. Już homilia wygłoszona w dniu inauguracji pontyfikatu(traf chciał, że tego dnia strajkowali kierowcy KZK GOP, i z tego powodu rektor ogłosił godziny rektorskie) trafiła do głębi do mojego serca - "rodzice troszczą się o dzieci, a z biegiem czasu dzieci stają się opiekunami rodziców". Tak po prostu, a za razem dobitnie. A potem zaskakiwał i w dalszym ciągu zaskakuje każdego dnia swoimi słowami, gestami, reformami. Sama "spotkałam się" z nim dwa razy - pierwszy raz w październiku 2013 roku podczas pielgrzymki do Rzymu osób niepełnosprawnych, a drugi raz podczas tegorocznych Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. I chociaż nie miałam okazji stanąć z nim twarzą w twarz, to jednak czuję szczęście, że na Błoniach przejechał tuż koło mnie, zaś w każdym przypadku mogłam z uwagą słuchać jego pięknych nauk. Czasami jest to ważniejsze od spotkania z samym człowiekiem. I o tym też jest mowa w nauczaniu papieskim.
Patrząc na osobę papieża Franciszka zastanawiam się, czy kiedy 17 grudnia 1936 roku w rodzinie włoskich emigrantów zamieszkujących Buenos Aires urodził się mały chłopczyk nazwany Jorge, ktoś przypuszczał, że kilkadziesiąt lat później zostanie głową Kościoła Katolickiego. Tak, tak moi drodzy. Dzisiaj papież Franciszek kończy 80 lat. Mając w pamięci spotkanie z tym wspaniałym człowiekiem sprzed prawie pół roku, ciężko jest mi uwierzyć, że jest on w wieku niejednego dziadka moich podopiecznych z Oratorium. Ale coś w tym jest - zauważyłam, że papież Franciszek w kontaktach z młodymi ludźmi stara się być jak taki kochający dziadziuś, kiedy trzeba to upomni, a kiedy indziej coś wytłumaczy. Przypomnijmy sobie jego spontaniczny dialog z młodzieżą na krakowskich Błoniach, podwielickich Brzegach, czy też na spotkaniu z wolontariuszami w Tauron Arenie. Wiem, że dla wielu ludzi są to tylko gesty robione na pokaz dla  mediów, jednak dla nas, młodych, naprawdę to przemawia.
Zgodnie z prośbą papieża Franciszka, polecam go codziennie Bogu w swoich skromnych modlitwach. Tak bardzo bym chciała, aby jak najdłużej zachował sprawność ciała i umysłu, aby jak najdłużej zadziwiał Lud Boży. Czy tak będzie? Tylko Bóg to wie.
A dla poszerzenia wiedzy o Piotrze naszych czasów polecam poniższy film, który niejako przedstawia jego sylwetkę:
 
Przez przypadek dowiedziałam się, że papieżowi można złożyć życzenia urodzinowe(również w języku polskim). Uruchomiono nawet specjalny adres internetowy, za pośrednictwem którego można to zrobić. Dla nas, Polaków, brzmi on: PapiezFranciszek80@vatican.va. Nie wiem czy pamiętacie, jak 16 lat temu była podobna akcja podczas zbliżającej się 80 papieża Jana Pawła II. Może czas, aby historia zatoczyła swoje koło?
 

piątek, 16 grudnia 2016

"Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór w nich na szczęście zapisany jest" (S. Grzeszczak, "Małe rzeczy")

Było normalnie, a za razem świątecznie. Ósemka zwariowanych na co dzień młodych ludzi spotkało się wraz z księżmi przy wigilijnym stole, aby złożyć sobie życzenia na nadchodzący rok. Tydzień temu ustalili co kto przynosi. No i godzinę spotkania, wszak co niektórzy musieli dojechać aż z królewskiego Krakowa, gdzie na co dzień pobierają naukę w dziedzinie turystyki religijnej oraz turystyki i rekreacji. Co prawda nie wszyscy wiedzą o tych dwóch kierunkach, ale...
Tak, wczoraj nasze parafialne Oratorium miało właściwie pierwszy w tym składzie "Opłatek". Ku mojej uciesze wzięli pod uwagę specyfikę studiów starszej koleżanki i ustalili, że spotkanie odbędzie się o 19:00 dzięki czemu spokojnie mogłam wrócić z uczelni do domu i nawet zdążyłam wstawić kluski i mak, aby się ugotowały. Co więcej, niczego nie przypaliłam/stliłam/spaliłam, do czego jestem zdolna. Tak jak inni w Domu Młodzieżowym pojawiłam się trochę wcześniej, aby pomóc w przygotowaniach. A przy okazji pogadać trochę z innymi. Wiecie jak taka rozmowa buduje relacje międzyludzkie? Wydaje mi się, że gdyby ludzie częściej ze sobą rozmawiali, świat byłby lepszy.
A potem wszyscy zgromadziliśmy się przy odświętnie zastawionym stole. Nasz oratoryjny rodzynek, D. przeczytał fragment Ewangelii wg św. Mateusza opowiadający o przyjściu Syna Bożego na świat, zaś proboszcz podziękował nam za naszą ofiarną pracę oraz życzył sił na nadchodzący rok. Przyszła pora na indywidualne życzenia i łamanie się opłatkiem. Dało się wyczuć szczerość i emocje, jakie temu towarzyszyły. Nie ukrywajmy, każdy każdego tutaj zna w każdym możliwym calu, wiemy jakie kto ma marzenia, pragnienia, a także problemy. Może dlatego słowa przychodziły nam automatycznie. Najwięcej problemów powinno nam przysporzyć składanie życzeń księżom, ale i z tym nie było po chwili większego problemu. Nie wiem jak inni, ale ja postawiłam na spontaniczność. Niby było nas 11, ale to jednak było niezłym wyzwaniem podejść do każdego i wypowiedzieć tych kilka słów od siebie. A potem zasiedliśmy do wieczerzy. Był i barszcz z uszkami, i pierogi z grzybami i kapustą, i mój mak z kluskami, i sałatka warzywna. A i coś słodkiego znalazło się na stole. Dla każdego coś się znalazło, tak że mało co zostało. A to co zostało zostawiliśmy księżom :). Nie obyło się oczywiście bez rozmów i wspólnego kolędowania(mamy nadzieję, że święta Cecylia wybaczy nam wszelkie fałsze :)). Śmiechu było przy tym co niemiara. Aż żal było kończyć, chociaż w telewizji szedł "Titanic", który tonie zresztą przynajmniej raz w roku. 
Ale po wieczerzy posiedzieliśmy jeszcze trochę, aby dopracować plan na dzień jutrzejszy, no i porozmawiać o zbliżających się półkoloniach zimowych. Wszak w tym roku jesteśmy w pierwszej turze. Wcześniej jednak opiekun naszego Oratorium dał nam skromne lampiony z piernikiem i lizakiem w środku, jako prezent mikołajkowy. Proboszcz dorzucił każdemu do tego książkę opowiadającą o stygmatyczce Myrnie Nazzour pochodzącej z Syrii i jej relacji z Bogiem i wiarą. Będzie co czytać w święta(żeby mi tylko czasu starczyło (:). Wracając do półkolonii, to ksiądz J. zaproponował mi... bycie wychowawcą grupy. Wiecie co, ja naprawdę chcę wierzyć, że to nie ma związku z wolontariatem podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, ale... No dobrze, nie będę złośliwa. Przynajmniej papierek z odbytego kursu na wychowawcę kolonijnego znajdzie swoje zastosowanie w praktyce. Co prawda termin wypoczynku dzieciaków przypada na mój tydzień zaliczeniowy w Krakowie, ale co tam, będę próbowała zaliczyć wszystko przed nim.
Wigilię zaliczam do udanych. Tworzymy naprawdę wspaniały zespół, który trwa ze sobą nie "dlatego, że", ale "mimo wszystko". Widzę to chociażby po ich stosunku do mnie, który jest jak najbardziej naturalny i szczery. Da się to wyczuć. A to bardzo rzadkie. Niestety, emocje były tak silne, że zdjęć brak(chociaż aparat był w kieszeni spodni - brawo ja!). Wczorajszy wieczór otworzył tym samym cykl spotkań wigilijnych. Następną wigilię, tym razem grupową z AWFu, mam w poniedziałek. Tutaj organizatorka sama mnie zaprosiła. Potem już ta normalna i 29 grudnia - scholowa. Z tymi samymi księżmi co wczoraj. I czego ja im będę wtedy życzyć???