Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 22 sierpnia 2017

To nasze sierpniowe pielgrzymowanie

W sierpniu, przez ostatnie dwa lata, starałam się uczestniczyć w Pieszych Zagłębiowskich pielgrzymkach na Jasną Górę. Tak naprawdę już dawno chciałam w czymś takim uczestniczyć, jednak nigdy nie byłam pewna, czy dam radę. Co prawda to tylko 2,5 dnia drogi, ja jednak nigdy nie wiedziałam, czy w ogóle dam radę przejść na nogach te ponad 80 kilometrów. Wiem, że to może wydawać się śmieszne, jednak zważając na moje problemy neurologiczne, sprawa nabiera innego obrotu. Aż w końcu postanowiłam zaryzykować i zapisać się na 24 PP, która odbyła się w 2015 roku. Trochę mi się raźniej zrobiło, kiedy okazało się, że idzie w niej również małżonka administratora parafialnej stronki internetowej, na którą nie raz i nie dwa coś skrobnęłam wraz z synem. A na którymś z postojów podeszła do mnie nawet polonistka z liceum, mówiąc z zachwytem, jaka to ja jestem dzielna, że wybrałam się w taką drogę. A przy okazji trochę wychwaliła mnie przez panią G., jaka to ja byłam mądra i zdolna(dla równowagi pani G. zaczęła wychwalać moje artykuły pisane na stronkę). Ku mojemu zaskoczeniu pokonałam całą drogę bez większych trudności. A kiedy dochodziłam do celu czułam się, jakbym zdobyła najwyższy szczyt świata. Zresztą całe wędrowanie odnotowałam >>TUTAJ<<. W zeszłym roku po raz drugi wyruszyłam w pieszą pielgrzymkę na Jasną Górą. Tym razem pani G. z K. nie zdecydowali się wyruszyć, za to w drodze towarzyszyła mi rodzina parafialnego kościelnego. Wspomnienia z tego okresu znajdują się >>TUTAJ<<.
W tym roku docelowo też miałam zamiar udać się na pielgrzymkę do Częstochowy. Okazja ku temu piękna - 300 - lecie koronacji cudownego obrazu Najświętszej Panienki. Traf jednak chciał, że w tym samym czasie odbywa się Salezjańskie Spotkanie Młodzieży(MGS) we Wrocławiu, połączone z wyjazdem do Drezna w 75 rocznicę męczeńskiej śmierci Salezjańskiej Piątki. Jedna i druga rocznica bliska mojemu sercu. Gdyby ten MGS był te trzy dni później, to udałoby mi się połączyć jedno z drugim. A tak? Z bólem serca wybrałam jednak MGS. Tym bardziej, że wyjazd do Drezna kosztuje zaledwie... 15 złotych. Oczywiście żałuję, że nie pójdę do Częstochowy, tak samo, jak w przeciwnym wypadku żałowałabym, że nie pojechałam na MGS.
Ale, chociaż nie idę na Jasną Górę, dzięki pewnej czytanej przeze mnie aktualnie książce czuję, jakbym tam się udawała osobiście. I to nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Twórczość Dobraczyńskiego jest mi szczególnie bliska, zaś "Spotkania Jasnogórskie" są idealną lekturą na ten sierpniowy czas. 
Po raz kolejny Jan Dobraczyński zabiera nas w niezwykłą podróż, tym razem przed oblicze najsłynniejszego polskiego wizerunku maryjnego - Czarnej Madonny. Czytelnik zmierza na Jasną Górę wraz z takimi osobliwościami jam np. królowa Jadwiga, Mikołaj Kopernik, Jan III Sobieski, Wojciech Męciński, Kazimierz Puławski, Józef Piłsudski, Maksymilian Maria Kolbe, czy wreszcie Jan Paweł II. Każda z osób wymienionych w książce w jakiś sposób była połączona z jasnogórskim obrazem, każda zanosiła w większej lub mniejszej pielgrzymce do niego jakieś prośby. Pozwala to odkryć, że pielgrzymowanie do Cudownego Obrazu nie jest znakiem naszych czasów, ale zostało ukształtowane przez wielowiekową tradycję.
Jeden rozdział przemówił do mnie w szczególny sposób. Zatytułowany jest "Świątkarz". Opowiada historię malarza Łukasza, któremu przyszło odrestaurowanie zniszczonego przez husytów(do których i on się zaliczał) obrazu. Nie było to proste - każda próba nałożenia na zniszczone drewno farby kończyła się niepowodzeniem. W końcu Łukasz wpadł na pewien pomysł - postanowił po prostu przemalować obraz i płótno umieścić w ramię. Pierwotnie namalował obliczę Matki Boskiej bez rys, widząc jednak, że wizerunek jest zniekształcony, domalował mu blizny. Mógł otrzymać za tą rekonstrukcję wielkie bogactwo i sławę, tym czasem on po skończonej robocie wyszedł niepostrzeżenie z pracowni i już do niej nie wrócił...
Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Zawsze podziwiałam Jana Dobraczyńskiego za jego charakterystyczną lekkość pióra i obrazowość opisywanych przez siebie postaci i sytuacji. I tym razem nie zawiodłam się pod tym względem...

sobota, 19 sierpnia 2017

Czasami krytyka obraca się przeciwko nam

 - Mam ochotę obić tej głupiej starej babie jej krzywą gębę - siedzieliśmy w większości animatorów w salce gościnnej Oratorium i czekaliśmy, aż ksiądz Oskar do nas dojdzie. W końcu MGS już tuż tuż.
 - Której? - D. sięgnął po kubek z napojem.
 - Już ci pokazuję - zręczne palce nastolatki operowały smartfonem. - O ta!
 - Co ona ci zrobiła?
 - Jak byliśmy na święceniach księdza Oskara, to nie podobał jej się mój strój. I jeszcze jej skrzekliwy głos...
Tak, pamiętam tamtą sytuację. Pamiętam jak W. się spóźniła na wyjazd i w czym przyszła - miniówka + bluzka nawet nie na ramiączkach, ale na sznurkach. Bo było gorąco. Do tego dość wyzywający makijaż. Na to wspomniana pani, o dość skrzekliwym głosie(ale tego chyba się nie przeskoczy), skomentowała:
 - Wielkie nieba! Ona chyba nie ma zamiaru tak iść do kościoła...
Komentarz ten dobiegł do uszu młodej pannicy:
- Jak nie, jak tak - prychnęła W. dumnie unosząc swoją głowę. Na szczęście jechaliśmy oddzielnymi samochodami, bo jeszcze wybuchłaby kolejna wojna światowa.
Sama byłam zniesmaczona ubiorem W. na tą uroczystość. Osobiście nigdy nie odważyłabym się na taki strój w takim miejscu. Są sytuacje, kiedy można się ubrać całkiem na luzie, ale są i takie, kiedy wymaga się od nas pewnej etykiety. Szkoda, że tak mało współczesnej młodzieży to rozumie i potrafi się do tego zastosować. A kiedy zostanie im zwrócona uwaga, to jeszcze mają o to pretensję. Starsze pokolenie ma to do tego, że lubi komentować i doradzać. Tylko czasami my, młodzi, nie potrafimy tego docenić, z pokorą przyjąć ich słowa.
Inna sprawa natomiast, że osoba nie z naszej parafii komentuje tak dużo rzeczy związanych ze wspólnotą. Tu jej się komentarz starszej pani nie podoba, to znowu nowy proboszcz bo coś jej tam powiedział. Jak jej się u nas nie podoba, to zawsze może wracać do siebie. Powinniśmy być przykładem dla dzieci, a tym czasem... Szkoda słów. Chyba, że to ja już jestem za stara, aby zrozumieć współczesną młodzież.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Czteropak dzisiejszej daty

15 sierpnia to taki dziwny dzień...
15 sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zgodnie z tradycją katolicką Matka Boża była jedną z trzech osób(obok starotestamentowego Eliasza i Henocha), która nie umarła, lecz zasnęła, zaś po tym miała być wzięta przez Anioły z duszą i ciałem do Nieba. Nie jest to jednak równoznaczne z rozstrzygnięciem kwestii odwiecznego problemu, czy Maryja umarła, czy też zasnęła. Jest to najpóźniej ogłoszony ze wszystkich dogmatów dotyczących Matki Bożej - został przedstawiony światu dopiero 1 listopada 1950 roku przez papieża Piusa XII. Spośród odłamów chrześcijaństwa wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny jest uznawane tylko przez kościół katolicki. Od wielu lat, jeżeli nie wieków, tego dnia rzesze wiernych pielgrzymują na Jasną Górę oraz do Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie odbywają się inscenizacje Zaśnięcia Maryi Panny oraz jej Wniebowzięcia. W tym roku chciałam nawet jechać do Kalwarii, aby znowu uczestniczyć w tej pięknej uroczystości, pokonała mnie jednak własna słabość... Z drugiej jednak strony, patrząc od strony anomalii pogodowych, jakie miały miejsce w ubiegły weekend, może dobrze i bezpieczniej, że nie pojechałam...? Bardzo ciekawie do tego nawiązał w jednym ze swych kazań biskup Lozanny, św. Amadeusz: "Oblubienica obsypana tak niezwykłymi dobrami, Matka jedynego Oblubieńca, słodka i urzekająca wdziękiem, niby źródło ogrodów duchowych, studnia wód żywych i ożywiających, które spływają z Bożego Libanu, zsyłała z góry Synaj na wszystkie narody bliskie i dalekie strumienie pokoju i potoki łask niebieskich. Gdy zatem Królowa dziewic pośród radości aniołów, wesela archaniołów, okrzyków niebian została wzięta do nieba przez Boga i swojego Syna, Króla królów, wtedy spełniło się proroctwo psalmisty, który mówił do Pana: "Królowa stoi po Twojej prawicy, w szacie wzorzystej i złotogłowiu"."

W polskiej tradycji dodatkowo święto Wniebowzięcia Matki Boskiej łączy się ze wspomnieniem Matki Bożej Zielnej, a co za tym idzie, że święceniem ziół leczniczych.
Procesja Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny(źródło: http://kalwaria.eu)

15 sierpnia 1534 roku Ignacy Loyola miał powołać do życia Towarzystwo Jezusowe, czyli po prostu zakon jezuitów, z którego wywodzi się papież Franciszek. Oprócz Jorge Mario Bergoglio do zakonu należeli m.in. św. Franciszek Ksawery(zresztą był jednym z jego założycieli), Jakub Wujek(znany z tzw. "Biblii Wujka", czyli przekładu Pisma Świętego na język polski), Piotr Skarga(wybitny kaznodzieja), Jan Woronicz(Prymas Królestwa Polskiego z przełomu XVIII i XIX wieku), święty Andrzej Bobola, czy też patron polskiej młodzieży - św. Stanisław Kostka.
15 sierpnia to także rocznica jednej z najważniejszych i najbardziej znaczących bitew w historii naszego kraju - Bitwy Warszawskiej, nazywana także Cudem nad Wisłą. Trudno mi w kilku słowach napisać coś na ten temat - poczekam z tym może do okrągłej, setnej rocznicy tego wydarzenia(mam nadzieję, że blog będzie jeszcze wtedy istniał 😊). Jedno jest pewne - gdyby nie geniusz strategiczny Józefa Piłsudskiego, być może druga wojna światowa wybuchłaby już w 1920 roku, bądź też powtórzyłaby się historia sprzed kilkunastu lat, kiedy kraj był jeszcze pod zaborami? Dzięki temu i ofiarności wielu żołnierzy, którzy zginęli na polu bitwy, jeszcze przez kilkanaście lat cieszyliśmy się wolną ojczyzną...
Jerzy Kossak - "Cud nad Wisłą"
Aktualnie 15 sierpnia obchodzimy także Dzień Wojska Polskiego, który jest świętem wszystkich sił zbrojnych naszego kraju. Dzień ten został ustanowiony w 1923 roku na pamiątkę wspomnianej wcześniej Bitwy Warszawskiej i obchodzony był do 1947 roku. Następnie został on przeniesiony na dzień 12 października, kiedy przypada rocznica bitwy pod Lenino(brała w niej udział dewiza  im. Tadeusza Kościuszki). Do swojej pierwotnej daty Dzień Wojska Polskiego został przywrócony w 1992 roku. Najbardziej widowiskowe obchody, z udziałem władz państwowych, mają miejsce w Warszawie. Widowiskową paradę wojskową transmituje nawet telewizja, aby jak najwięcej osób mogło ją zobaczyć. Są przemówienia, gratulacje i odznaczenia dla wyróżniających się żołnierzy różnych szczebli i profesji. Podkreślany jest profesjonalizm i zaangażowanie naszych wojsk w sprawy pokojowe na świecie. W tym roku dodatkowo odznaczono dowódcę wojsk lądowych USA w Europie - generała broni Bena Hodgesa.
Żołnierzom polskim
Niełatwa jest Wasza służba,
w obronie ukochanego kraju,
nierzadko w słonecznej spiekocie
i w ciężkim kasku na głowie,
z karabinem w dłoni.
Albo w największych mrozach,
kiedy cholewki ślizgają się w czasie biegu po bruku.
Wypatrywanie wrogów, pilnowanie granic,
liczne misje pokojowe.
I pokryte bliznami ciało 
zamiast pięknych zdjęć z młodości.
Mogliście być dyrektorami wielkich fabryk,
albo sławnymi lekarzami.
Ale wybraliście anonimowość
i walkę w razie potrzeby o wolność naszej ojczyzny.
I za to będziemy Wam wdzięczni po wsze czasy... 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Dzięki Jadzi gotowa jestem polubić awiza z poczty, czyli zabawa PODAJ DALEJ po raz drugi :)

Od ponad dwóch miesięcy podarki od naszej Marzenki otrzymane w ramach blogowej zabawy PODAJ DALEJ cieszą moje oczy i z dumą zajmują przyznane im miejsce w moim niewielkim mieszkanku. Ale równocześnie zgłosiłam się do tej samej zabawy organizowanej na blogu Jadzi. Jako że byłam w regulaminowym gronie dwóch pierwszych osób, które to uczyniły, po pewnym czasie upewniłam się, że załapałam się też na podarek od tej wspaniałej, umiejącej zrobić coś z niczego, kobiety. Pozostało mi tylko czekać na paczkę.
Dzisiaj rano wracając z zakupów znalazłam w skrzynce na listy awizo z piątku. Trochę mnie to zdziwiło, ponieważ w piątek siedziałam raczej cały dzień w domu... Ponieważ jeszcze przed wyjściem na zakupy dostałam telefon z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w sprawie ankiety ewaluacyjnej, która jeszcze do nich nie dotarła(gdyby byli tacy punktualni co do wypłacania świadczeń, to byłoby dobrze) myślałam, że to po prostu ponaglenie co do tego. Jakież było moje zaskoczenie, a za razem radość, kiedy po chwili pani w okienku wróciła nie z kopertą, ale paczką. Nie, to nie mogło być ponaglenie. Za to buzia jeszcze bardziej mi się uśmiechnęła, kiedy zobaczyłam nadawcę - Jadzia 😄. A przy okazji nadałam ten nieszczęsny list z wypełnioną ankietą ewaluacyjną.
Do domu wracałam jak na skrzydłach. Tajemnicą Poliszynela zostaje skąd Jadzia zdobyła mój adres, ale umówmy się, że ma jakiś tajemny nadajnik GPS😁. Zaraz po doniesieniu przesyłki do domu położyłam ją na stole i zaczęłam szukać odpowiedniego narzędzia do rozparcelowania oklejoną taśmą klejącą przesyłkę.
Samego momentu otworzenia paczki nie uchwyciłam, zresztą trudno by mi było tego dokonać. Za to, kiedy już uniosłam górną część pudełka moim oczom ukazał się taki oto widok:
Drżącymi rękami zaczęłam wyjmować kolejne cuda, przygotowane dla mnie przez Jadzię. Czego tam nie było(chociaż zdjęcia nie oddają piękna tego wszystkiego)...
Nawet nad morzem nie znalazłam tak wspaniałych pamiątek:
Cudowny albumik na niewielkie zdjęcia z trzema herbatkami w środku:
 
Notesik - na pewno się przyda po tym jak mój dotychczasowy zeszycik z adresami bliskich mi osób został przez przypadek w ferworze pospiesznego pakowania się pozostawiony w pokoju...
Kolejny albumik z kieszonkami:

Książka "Amandine" autorstwa Marleny de Blasi - strzał w 10. Czytam wszystko, łącznie z encyklopediami z 1937 roku(już słyszę Wasz śmiech, kiedy to czytacie, ale naprawdę tak jest - właśnie przerabiam hasła na literę "O"), więc bardzo się ucieszyłam z kolejnej pozycji, która zasili moją domową biblioteczkę. Tym bardziej, że treść zapowiada się ciekawie.
Książeczki z sentencjami na życie zawsze są u mnie mile widziane :)
 Jak ja podziwiam ludzi, którzy potrafią tak pięknie tworzyć pomimo braku rąk:
I na koniec coś dla ciała, czyli wspomniane wcześniej herbatki owocowe oraz czekolada do picia:
Rewelacyjna przesyłka od wspaniałej Osoby. Zresztą większość z Was pewnie zna Jadzię, a kto jej jeszcze nie zna, to musi koniecznie wpaść do Niej na bloga -> http://jadwiga-sercemtworzone.blogspot.com i ją poznać. Ręczę, że od razu ją polubicie. Ja zaś po raz drugi ogłaszam u siebie nabór na dalszy ciąg zabawy PODAJ DALEJ. Zgłoszenia przyjmuję do końca września, a ponieważ ostatnim razem nikt się nie zgłosił, teraz szansę mają 3 osoby.
---------------------------------------------------------------------
Zostałam namówiona na pewną ciekawą akcję, której bohaterem jest niezwykle ciepła, empatyczna, zawsze chętna do pomocy i nie szczędząca ciepłych słów wsparcia osoba. Z reguły nie biorę udziału w tego typu sprawach, ponieważ nie mam jakiegoś tam talentu, teraz jednak nie trzeba mnie było specjalnie ku temu namawiać. Nie chcę pisać o co dokładnie chodzi. Powiem tylko tyle, że z powodu szybkiego męczenia się moich rąk podczas prac manualnych, podzieliłam całą pracę na etapy. Dzisiaj narysowałam pierwszą część - może to nie jest sztuka wysokich lotów, ale na pewno z serca. Mam nadzieję, że efekt końcowy będzie zadowalający dla obu stron. Wierzę, że dobro powraca, a względem tej osoby powróci ze zdwojoną siłą💪

sobota, 12 sierpnia 2017

A ja bym chciała, aby ludzie mieli mentalność osób z Zespołem Downa

Podczas kolonii starałam się spędzać z moimi podopiecznymi jak najwięcej czasu nad morzem. Chciałam aby nie tylko się dojodowali, ale też dali upust swojej energii oraz emocjom. Trudno to zrobić w ośrodkowym pokoju, dużo łatwiej taplając się w morskich falach pod okiem ratownika, czy chociażby z zapałem grając w piłkę siatkową. Poza tym siedzenie w pokojach sprzyjało powstawaniu konfliktów i waśni pomiędzy jego mieszkańcami, którzy niekiedy jeszcze podczas wyprawy nad morze, dogryzali sobie wzajemnie.
Pewnego wieczoru, wracając już z plaży, zaczepiła mnie jedna kobieta, prosząc abym wytłumaczyła chłopcom co to znaczy mieć Zespół Downa. Przyznam szczerze, że po pierwszym dniu, kiedy szłam na czele grupy, która mi się rozłaziła zmieniłam taktykę i szłam na jej końcu, zawierając wcześniej z nią umowę, że wszyscy czekają na mnie przed przejściami przez ulicę, pod groźbą publicznej nagany na porannym lub wieczornym apelu(a 3 nagany = wydaleniem z kolonii, więc się pilnowali). Nie słyszałam więc, jak idący w pierwszych parach dzieciaki zaczęły sobie dogryzać stwierdzeniem "chyba masz Downa"😨. Kolejny raz ręce wraz z brodą mi opadły z bezsilności. Bo przypuszczam, że żaden rodzic nie chciałby, aby jego dziecko urodziło się dotknięte tą wadą. Po powrocie do ośrodka udaliśmy się na świetlicę w celu odbycia kolejnej już pogadanki(a swoją drogą to na tego typu wyjazdach powinien być doświadczony psycholog, który potrafi rozmawiać z dziećmi z problemami, bo my, wychowawcy, często po prostu nie wiemy jak takie rozmowy prowadzić). Niektórzy oponowali, bo przecież oni nie brali udziału w tej potyczce słownej. Nie ze mną jednak te numery - obowiązywała zasada jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, a poza tym każdemu przydałaby się taka pogadanka. Siedzieliśmy więc sobie na krzesełkach w kółeczku, rozmowa na początku się nie kleiła. Ponieważ przez całe przedszkole, a potem większość podstawówki i całe gimnazjum uczyłam się w placówce specjalnej, miałam styczność z dziećmi dotkniętymi tym schorzeniem. I muszę przyznać, że są to najbardziej przyjaźnie nastawieni do innych ludzie z niepełnosprawnością, jakich spotkałam na swojej drodze. Owszem, może nie grzeszą inteligencją, ale nadrabiają to czymś, czego brakuje wielu z nas - wrażliwością na drugiego człowieka, empatią, bezgranicznym zaufaniem wobec nowo poznanych osób, brakiem negatywnych zamiarów swojego postępowania, czy wręcz pewnego rodzaju naiwnością... Pomyślcie, ile mniej byłoby zła na tym świecie, gdyby ludzie wysuwali na przód właśnie te cechy charakteru? Ile uniknęlibyśmy wojen i konfliktów? I tak też przedstawiłam ich moim tymczasowym podopiecznym jednocześnie, trochę dyplomatycznie, pouczając ich że nazywając siebie wzajemnie osobami dotkniętymi tym syndromem, obrażając ludzi dotkniętych Zespołem Downa, którzy z całą pewnością świadomie by nikogo nie wyzywali. Może trochę drastycznie, ale naprawdę życzę każdemu z nich i przy okazji z nas, nie tego żeby został dotknięty tą niepełnosprawnością, ale właśnie mentalności, otwartości i relacji z drugą osobom tych właśnie osób... Nie wiem na ile się zdała moja pogadanka, czy zrozumieli to co do nich mówiłam, w każdym razie starałam się jak mogłam.
Urodziny Łukasza na jednym z turnusów rehabilitacyjnych
Choroba nie wybiera, pojawia się nawet w rodzinach popularnych gwiazd. Nie wiem czy wiecie, ale syn znanego piosenkarza Tadeusza Woźniaka, Filip, też jest dotknięty tą niepełnosprawnością. Jakiś czas temu pan Tadeusz napisał tekst piosenki i nagrał do niej teledysk właśnie z Filipem. Nie wstydził się choroby dziecka pomimo swojej popularności. A teledysk naprawdę przemawia do człowieka. Zresztą sami zobaczcie:

wtorek, 8 sierpnia 2017

Praca nie dla każdego...

Kilka lat temu z myślą o naszych parafialnych półkoloniach zrobiłam sobie kurs wychowawcy kolonijnego. W tym roku, głównie z myślą o ŚDM w Panamie, postanowiłam wykorzystać ten papierek i zgłosiłam swoją kandydaturę do Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Dostałam się! W sumie CV miałam całkiem dobre - kilkuletni staż na corocznych półkoloniach letnich i zimowych w parafii, nie mniejszy podczas sobotnich zajęć z dziećmi. W połowie maja dostałam sugerowane miejsce i termin - Jastrzębia Góra, w dniach od 28 lipca do 9 sierpnia. Wobec tego, jak już pewnie zauważyliście, nie było mnie przez dziesięć dni. Przez ten czas pełniłam funkcję wychowawcy dla dzieci z Gliwic oraz Częstochowy wytypowane przez MOPS-y, OPS-y oraz CPZety, czyli z przeszłością, rozbitych i zastępczych rodzin, z problemami społecznymi i patologicznymi.
Pamiętam, jak sama jeździłam na tego typu wypoczynku w czasach, kiedy pracowała tylko mama - szkoła zgłaszała mnie wtedy do MOPSu za osiągnięcia naukowe i jechałam na dwutygodniowy aktywny wypoczynek. Zresztą większość kolonistów za moich czasów miało świadectwo z czerwonym paskiem. Teraz dzieciaki licytowały się kto ile klas powtarzał, albo ile miał jedynek z tego a tego przedmiotu... Ale takim dzieciom też należy się jakiś przyzwoity wypoczynek, czyż nie?
Prawie a cała moja grupa
Osobiście otrzymałam grupę chłopców w wieku 10 - 12 lat. Oczywiście nie wiedziałam czy sobie w ogóle poradzę, bo jednak to taki dziwny, no i w dodatku głupi wiek. Ale z drugiej strony kto nie ryzykuje ten nie pije przysłowiowego piwa. I wiecie co - moje obawy były bezpodstawne! Co prawda miałam jakieś tam małe zgrzyty z podopiecznymi(trudno ich nie mieć, kiedy jedna osoba mówi nie, a druga upiera się przy tak), co prawda przeżyłam kilkugodzinny pobyt z podopiecznym w szpitalu na chirurgii(dobra rada dyżurującego lekarza-chirurga - zaopatrzyć się w zestaw plastrów tzw. stripy, które w wielu przypadkach z powodzeniem zastępują szwy) oraz pozorną kradzież(oczywiście, gdyby się miało porządek w szafie, to aparat fotograficzny by nie zaginął), zaś większość z chłopców najchętniej nie wychodziłaby z pokoju, chyba że do pobliskiego sklepu po "niezbędne" produkty spożywcze w postaci znienawidzonych przeze mnie chipsów i coli, ale ogólnie jakoś dogadywaliśmy się. Chodziliśmy nad morze i na boiska, chłopaki pluskali się w morskich falach i budowali zamku z piasku, spacerowaliśmy po promenadzie, zwiedziliśmy Hel i Puck, płynęliśmy statkiem. Trochę może pogoda nie do końca nam dopisała, ale jakoś to przeżyliśmy. Przeraża mnie trochę brak umiejętności gospodarowania pieniędzmi przez dzieciaki, tylko tego chyba nie da się przeskoczyć w 10 dni.
Ogólnie nie narzekam, bo było całkiem nieźle, jak na mój pierwszy raz. Chociaż była taka przykra sytuacja, kiedy bazowa dowiedziała się, że jedna z wychowawczyń jest niepełnosprawna i za wszelką cenę chciała mnie odesłać do domu😡. Nosz... kolejne wstrętne, że tak powiem babsko, które bazuje na stereotypach, że niepełnosprawnych to najlepiej zamknąć w domach i nie pokazywać społeczeństwu. Chyba gdybym się zupełnie ku temu nie nadawała, to nie dostałabym papierka. Na szczęście kierowniczka się za mną wstawiła i głównie dzięki niej nikt się mnie nie pozbył. Tym bardziej, że widziała że dzieci mnie lubią i się mnie słuchają. No i najmniej było na mnie skarg od właścicieli obiektu oraz uwag samej kierowniczki. Natomiast po raz kolejny okazało się, że papierologia bierze górę nad wszystkim - to nic, że nie realizowaliśmy programu - papier wszystko przyjmie(to chyba bolączka wszystkich nauczycieli - mogą czegoś nie zrobić, ale taki, a taki temat musi być w dzienniku). 
Fajne doświadczenie, chociaż uważam, że do tej pracy trzeba mieć podejście do dzieci, zwłaszcza tych z trudniejszych rodzin. Trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Osobiście nie uważam, że sprostałam temu w 100%, starałam się jednak jak mogłam... A na pewno nie krzyczałam na nie bez przerwy, bo to nie tędy droga. No i trzeba zdawać sobie sprawę z ciążącej na nas odpowiedzialności za innych. To też nie jest dla wszystkich jasne, zwłaszcza że funkcja wychowawcy kolonijnego, to praca 24  godziny na dobę.  Wdzięczność dzieci za poniesiony trud jednak będzie niewymierną zapłatą za naszą pracę...

czwartek, 27 lipca 2017

Dziękuję Wam za te trzy lata

Trzy lata temu zamieściłam na blogu pierwszy wpis. Był on dosyć lakoniczny i skupiał się głównie na przedstawieniu mojej osoby. A potem były następne i następne. W końcu zrobiło się ich 560. 560 postów opisujących moje codzienne życie wraz z troskami i radościami. Z czasem przybywało mi też czytelników. Taka dziwna rzecz, to nie jest mój pierwszy blog. Kiedyś starałam się, aby moimi czytelnikami byli ludzie podobni do mnie, czyli niepełnosprawni. Wśród nas panuje taka dziwna opinia, że nikt tak nie zrozumie MPDziaka jak drugi MPDziak. Jednak z czasem, właśnie dzięki blogowi, przekonałam się, jak bardzo błędna jest to opinia. Kiedy komuś w jakiś sposób się wiedzie, czy chociażby pisze o świecie w superlatywach, to od razu jest brany na muszce. Jednym przeszkadzało, że zaprosiłam znajomych na Sylwestra, innym że dostałam blogowe wyróżnienie od wspólnego znajomego. Poza tym czytać na okrągło, że cały świat jest przeciwko niepełnosprawnym... Oczywiście nie wszyscy niepełnosprawni tacy są, zresztą odwiedzam blogi wspaniałych mam dzieci niepełnosprawnych i samych niepełnosprawnych, którzy cieszą się dosłownie wszystkim, ale niestety i na tych pierwszych się natchnęłam.  Nie, to nie dla mnie. Nie oznacza to jednak, że żyję tylko mrzonkami, w swoim życiu staram się kierować racjonalizmem, a nie marudzeniem i narzekaniem, jaki ten świat jest zły... Zaczęłam powoli wychodzić poza krąg osób niepełnosprawnych. Zagadnęłam do jednej, drugiej, trzeciej osoby, pozostawiłam na siebie namiary.
Jednych zapraszałam do siebie osobiście, inni trafiali przez przypadek bądź za pośrednictwem kogoś. Ile dzisiaj mam stałych czytelników? Trudno mi powiedzieć. Mnie jednak cieszy każdy nowy czytelnik, każda nowa osoba, która dodaje blog do obserwujących(a mam takich userów już 27). Radochę sprawia mi także porządek i dyscyplina, jakie panują w komentarzach. Te o zabarwieniu negatywnym stanowią malutki odsetek wszystkich. Dzielicie się radami, opiniujecie, wspieracie, dopingujecie. Jakiż to jest kontrast z poprzednim blogiem, w którym niektórzy komentatorzy próbowali mną manipulować. Co prawda mam twardą osobowość, a jednak to męczące prowadzić bezsensowną dyskusję z kimś, kto ma kolosalnie inne poglądy jak Ty. Wręcz powiedziałabym, że jest to swoista walka z wiatrakami(swoją drogą mam nadzieję, że teoria o tym, że na Sądzie Ostatecznym będziemy sądzeni wedle naszego sumienia, a nie wyznawanej wiary jest słuszna, bo biedne dziewczę żyje w przekonaniu, że wszyscy co nie stosują się do Słów zawartych w Piśmie Świętym pójdą na wieczne potępienie, zaś jedyną słuszną religią, która w 100% realizuje te Słowa jest ta, którą wyznaje, czyli Baptyzm)
Dziękuję Wam za wszystkie pozostawione komentarze pod postami. Z przyjemnością przedstawiam Wam "Wielką Piątkę", czyli ludzi, którzy najczęściej mnie komentują: Barbara Wójcik, Małgosia X, INNA MAMA, Łucja - Maria oraz Iva. W ogóle to gratuluję Lusi dostania się w ostatnich dniach do tej elity. Z wieloma z Was moja znajomość wykracza poza kręgi internetu. Basia Wójcik, Gosia, Marzenka Dmowska - osoby te zdecydowały się obdarzyć mnie nie tylko zaufaniem, ale też pięknymi pamiątkami.
Tematyka bloga jest różnoraka. Znajdziecie tu opis mojej codzienności, ciekawe artykuły z internetu oraz prasy, nawiązanie do bieżących wydarzeń w świecie oraz próbkę mojej poezji. Staram się pisać ciekawie, czasami wstawię jakieś zdjęcia. 
Na koniec jestem ciekawa jednego: co Wam się najbardziej podoba w moim blogu? Może coś sprawia, że z ciekawością tu wchodzicie? Albo macie jakąś ulubioną tematykę? Podzielcie się tym w komentarzach.

A tak poza tematem to przypominam o prowadzonej zbiórce pieniędzy na stworzenie ogrodu sensorycznego dla ciężko chorych Maxia i Poli, o których pisałam >>TUTAJ<<. Więcej informacji znajdziecie klikając w drugi bannerek od góry po lewej stronie bloga. Pierwszy bannerek, który pojawił się stosunkowo niedawno, poświęcony jest zbiórce na rzecz Dominika, o którym pisałam >>TUTAJ<<. Co prawda ostatnia głośna afera z fałszywą zbiórką na operację nieistniejącego Antosia raczej nie sprzyja tego typu akcją, ja jednak zapewniam Was, że obydwie zbiórki są jak najbardziej prawdziwe, jak i pojawiające się w nich dzieciaki.

środa, 26 lipca 2017

Aby nauka nie poszła na marne...

Dostałam wczoraj telefon z szkoły policealnej, do której uczęszczałam równolegle z chodzeniem na studia. Prosili o przybycie i odebranie zaległych dokumentów. Trochę się zdziwiłam, ponieważ owszem zakończyłam studium, lecz brakowało mi odbytych praktyk... Nie czarujmy się - moi zdrowi koledzy mieli problem ze znalezieniem miejsca praktyki, a co dopiero ja... Bo człowiek chciałby ją odbyć, nawet bardzo, a tutaj ze wszystkich stron słyszy się krótkie "Nie". Pożegnałam się więc z perspektywą odebrania zaświadczenia o wynikach końcowego egzaminu państwowego, a nawet świadectwa ukończenia szkoły. Tym bardziej zaintrygował mnie ten telefon. Gdyby jeszcze w szkole było oryginalne świadectwo stwierdzające posiadanie przeze mnie wykształcenia średniego, ale przecież zostawiłam im tylko "zgodną z oryginałem" kopię... Zupełnie zdezorientowana umówiłam się na dzisiaj, musiałam jeszcze przemyśleć co chcę powiedzieć i jak się tłumaczyć z braku tych przeklętych praktyk!
Do szkoły szłam z sercem w gardle. Oczami wyobraźni widziałam już wojnę, jaka wybucha w sekretariacie. Tym czasem zaraz po otworzeniu drzwi sekretarka powitała mnie promiennym uśmiechem. Zza filaru wyjrzała też pani dyrektor:
 - No proszę! Kto to się u nas pojawił! Karolina!
Zrobiło mi się niesamowicie miło, że jeszcze mnie pamięta. Grzecznie się z nią przywitałam i usiadłam na krześle. Ku mojemu zaskoczeniu sekretarka wyciągnęła z segregatora moje świadectwo ukończenia technika administracji oraz zaświadczenie z okręgowej komisji egzaminacyjnej o zdaniu egzaminu potwierdzającego moje kwalifikacje.
Także Kochani od dzisiaj już na oficjalnie mogę się Wam przedstawić jako technik administracji. A wracając do świadectwa to wydaje mi się, że oceny mam w miarę przyzwoite:
 To potwierdzające kwalifikacje też niczego sobie(zwłaszcza 89% z praktycznej części egzaminu)
Pozwoliłam sobie ocenzurować pewne dane...
Szczęście mnie rozpiera, że pomimo natłoku obowiązków podołałam temu wyzwaniu.

wtorek, 25 lipca 2017

Pozorna odpowiedzialność

Pamiętam taką sytuację z wycieczki do Paryża, kiedy w pewnym momencie zorientowałam się, że nie mam przy sobie dowodu osobistego. Tzn. wiedziałam, że miałam go, kiedy przekraczaliśmy granicę w Niemczech oraz w Francji(to był akurat okres wzmożonego napływu uchodźców i sprawdzali dosłownie każdego), ale potem sobie nie przypominałam, abym go widziała. Oblał mnie zimny pot, a po głowie kołatała mi się wizja wyrabiania w konsulacie zastępczych dokumentów. Nie wyobrażałam sobie podróżowania po obcym kraju bez dowodu tożsamości. Jakąż odczułam ulgę, kiedy po powrocie do pokoju dowód znalazł się w zapinanej kieszonce swetra, który nosiłam dzień wcześniej. 
Program planowanego MGS-u we Wrocławiu przewiduje, że jednym z punktów spotkania jest wyjazd do miejsca śmierci błogosławionej Piątki Poznańskiej, Drezna. Za razem, jak nam wiadomo z lekcji geografii lub historii, Drezno leży w Niemczech. Będziemy musieli przekroczyć granicę. I chociaż na niej prawdopodobnie nie będziemy sprawdzani, to dowód osobowy czy też paszport należy mieć. To jest jasne, jednak nie dla wszystkich.
Nie wszyscy z członków naszego Oratorium mają paszporty, dowody posiada jeszcze mniej osób. W sumie gdyby teraz złożyli wniosek o jedno albo o drugie(wszyscy już się łapią na tymczasowy dowód osobisty), to prawdopodobnie na koniec sierpnia już by je otrzymali. Ale po co, przecież "Mamy jedną, wielką wspólnotę europejską, więc nic się nie stanie, jeżeli nie będę mieć paszportu/dowodu osobistego, a poza tym nikt nas przecież nie będzie sprawdzał. Szkoda kasy i zachodu...". Przyznam szczerze, że zmroziło mnie, kiedy przeczytałam to na facebooku. Co prawda tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej ludzie myśleli, że zostaną zniesione granice do tego stopnia, że będziemy mogli tak podróżować, jednak przez te 13 lat chyba poznaliśmy już specyfikę podróżowania po krajach związkowych. A tak dla ścisłości to jeszcze do grudnia 2007 roku przy przekraczaniu granic musieliśmy okazywać dowód tożsamości. Próbowałam przemówić dzieciakom do rozsądku, że tak czy owak muszą mieć jakiś dowód tożsamości na wypadek ewentualnej kontroli, bo jak już taka będzie, to nie ma zlituj się. Zostałam wyśmiana. Bo jedna dziewczyna ostatnio była na koloniach w Bułgarii i nikt im nie sprawdzał dokumentów. I to ona namawiała tych co nie mają dokumentów do jazdy "na gapę". Tylko zapomniała, że wyjazd wyjazdowi nierówny...
Dziwi mnie takie zachowanie. Niby uważają się za osoby dorosłe(chociaż nie mają jeszcze 18 lat) i odpowiedzialne, ba, planują nawet jak to po ukończeniu szkoły średniej będą jeździć z dziećmi na kolonie, ale swoim postępowaniem zaprzeczają temu. Według mnie osoba odpowiedzialna to taka, która nie myśli powierzchownie, a analizuje scenariusze swojego postępowania wraz z konsekwencjami. A życie na zasadzie "jakoś to będzie" zdecydowanie temu zaprzecza. Nie wiem, ale ja w wieku tych 17 lat potrafiłam już przewidzieć konsekwencje mojego postępowania. Ale z drugiej stronie trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy, skoro w domu nie są ustalane żadne zasady i dziecko może sobie bez konsekwencji wracać nawet pod rankiem do niego(i pomyśleć, że w ich wieku musiałam negocjować każdy późniejszy powrót do domu np. z osiemnastki kogoś z klasy oraz tłumaczyć się, dlaczego spóźniłam się z treningu)... A może to po prostu takie czasy nastały, a ja już jestem takim dinozaurem, że tego nie rozumiem.
Natomiast pod poprzednim postem zamieściłam próbkę mojej poezji o naszych ścieżkach chwały. Mam nadzieję, że Wam się spodoba...

poniedziałek, 24 lipca 2017

Każdy ma swoje ścieżki chwały

Nasze ścieżki chwały
Życie przysparza nam przeszkód,
przez które wciąż się musimy przedzierać.
I walczyć,
walczyć z przeciwnościami losu
z naszymi własnymi słabościami
niekiedy z samym sobą.
A każde zwycięstwo cieszy niezwykle,
pozwalając iść po naszych ścieżkach chwały.
Nie każdy je rozumie,
ale każdy je posiada... 

Właśnie skończyłam czytać powieść "Ścieżki chwały" napisanej na kanwie prawdziwych wydarzeń sprzed ponad 90 lat. Pewien Anglik, George Mallory, od wczesnego dzieciństwa przejawia talent do wspinaczek wysokogórskich. Po latach zostaje wybrany jako członek wyprawy, której celem jest zdobycie jako pierwszym ludziom w historii, Mont Everestu. Piękna opowieść o ludzkiej odwadze, miłości do gór, poświęceniu, dylematach. I chociaż finał całej akcji jest niezbyt optymistyczny, to jednak książka daje czytelnikowi nadzieję, że każdy z nas ma szansę kroczyć swoimi ścieżkami chwały.
Dla jednych będą one stumilowym kamieniem, dla innych czymś z pozoru mało znaczącym. A co ja mogę zaliczyć do moich ścieżek chwały? Pierwsze co mogłoby się wysunąć na myśl, to 9 kolejnych świadectw z paskiem, liczne wygrane w różnych konkursach, czy też obronienie z wynikiem bardzo dobrym tytułu licencjata z zarządzania w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych... Jasne, to jest ważne, ale są rzeczy, te niematerialne, które mogę zaliczyć do swoich ścieżek chwały. To posiadana wiedza, przyjaźnie, działalność w Oratorium, a chyba do największej z nich mogę zaliczyć mój zeszłoroczny wolontariat podczas zeszłorocznych Światowych Dni Młodzieży. Szczególnie cieszy mnie przyjęcie w poczet wolontariuszy posługujących już tam, w Krakowie. Powiem szczerze, że nie ukrywałam mojej niepełnosprawności i wynikających z niej ograniczeń, a jednak komisja rekrutacyjna uznała, że mogę im się tam przydać. Na szczególne wyróżnienie zasługują tutaj teamliderki(zupełnie nie wiem jak to się pisze), z którymi najbliżej współpracowałam - zawsze służyły radą i dobrym słowem. Papież Franciszek - człowiek, którego nie da się nie kochać! Już samo spojrzenie na jego pogodną, wciąż młodą duchem twarz, powoduje że człowiek czuje obecność Najwyższego. Zaś jego nauczanie to nie nudne katechezy, ale obrazowe dialogi z wiernymi. Lepszego wyboru kardynałowie nie mogli dokonać. Od tamtego czasu stałam się jakby śmielsza, pewniejsza siebie. To też mogę zaliczyć do moich ścieżek chwały.
I pojechał na lotnisko, z którego odleciał do Watykanu(nie zdążyłam na spotkanie z wolontariuszami w Tauron Arenie, ale "złapałam" Franciszka pod nią)
Kiedyś czytałam, że niepełnosprawni w reportażach telewizyjnych są przedstawiani jako bohaterowie, tak też na swoich blogach formują wpisy. Ale tak naprawdę każdy z nas jest bohaterem - bohaterem swojego własnego życia z mniej lub bardziej widocznymi ścieżkami chwały.

niedziela, 23 lipca 2017

"Księża są jak kwiaty - czasami trzeba je przesadzić, aby dalej kwitły"

Powyższe słowa wypowiedziane kiedyś przez księdza arcybiskupa Józefa Michalika przyświecają tegorocznemu odejściu każdego z księży posługujących na naszej parafii. Tak mi się one spodobały, że poleciłam koleżance z Oratorium, aby zapisała je na wszystkich z trzech kartek, które przygotowała na tą okazję nasza wspaniała Gosia. Mam nadzieję, że są idealnym dopełnieniem piękna, jakie stworzyła za pomocą swoich rąk.
Kartki robią furorę. Dzisiaj na Mszy świętej nie śpiewała schola, tylko parafialny zespół młodzieżowy. Usiadłam więc w ławkach na dolnym poziomie. Koszulkę z karteczką w środku trzymałam na siedzeniu przy sobie. Akurat obok mnie siedziała kobieta, która prowadzi scholę i chór. Widząc, że coś mam, wyciągnęła w moją stronę dłoń...
- Mogę zobaczyć - szepnęła. Jako, że mam problem z odmawianiem komuś czegoś, wyjęłam z koszulki Gosiną kartkę i podałam jej ją. Przez chwilę patrzyły z siedzącą obok niej mamą innej scholanki jak na ósmy cud świata. - Chyba sama tego nie zrobiłaś...
No oczywiście, że nie. Od razu wyjaśniłam, że trzy karteczki wykonała dla mnie jedna z moich znajomych.
- Z naszej parafii?
Odpowiedziałam, że nie, ale wolałam się nie chwalić, że znam Gosię z Internetu, a już na pewno nie im.
- Dużo zapłaciłaś?
Masz ci babo placek! Że też wszystko musi się kręcić wokół pieniędzy. Dyplomatycznie odpowiedziałam, że za niektóre rzeczy płaci się niekoniecznie w sposób materialny. Po chwili ciszy usłyszałam
- Bardzo ładne. I jeszcze to imienne pożegnanie. Księdzu proboszczowi na pewno się spodoba...
Nagle poczułam, jak ktoś klepie mnie po barku. Odwróciłam się i zobaczyłam trzy starsze kobiety.
 - Możemy zobaczyć? - spytała jedna z nich rzucając okiem na trzymaną przeze mnie kartkę. Podałam jej ją.
 - To od scholi? - dodała druga.
 - Nie - zaprzeczyłam. - Od Oratorium.
 - Wspaniały pomysł - wzdychały staruszki. - Śliczna kartka! Proboszcz będzie miał wspaniałą pamiątkę od naszych dzieciaków...
Tuż przed Mszą świętą przedstawicielka scholi została wysłana na drugą stronę kościoła jako oficjalna delegacja wspólnoty żegnająca księdza. Nagle ni stąd ni zowąd usłyszałam.
 - Lolek, ty może też idź z tą kartką tam gdzie są inni.
Niepewnie spojrzałam w stronę, gdzie prezes Akcji Katolickich ustawiał osoby wręczające kwiaty proboszczowi na odchodne. Co prawda dwa tygodnie temu na bezczelnego wbiłam się z dzieciakami, aby pożegnać księdza Jacka, jednak wtedy w kościele z okazji zakończenia półkolonii było tyle animatorów, że jakby ktoś nas chciał przegonić, to prędzej on sam dostąpiłby tego zaszczytu. Dzisiaj byłam sama...
 - Ale przecież Oratorium zawsze jest wyłączone z oficjalnych delegacji - bąknęłam niepewnie. - A poza tym pan P. jeszcze mnie przegoni...
 - Nie ma miotły(ale ma aparat fotograficzny - przemknęło mi przez myśl, moja bogata wyobraźnia bywa nieobliczalna - a oberwanie takim czymś jest bolesne. Chociaż z drugiej strony - szkoda aparatu). No nie bój się i idź...
 - Będzie na panią...
 - Dobrze!
No i cóż było robić - dołączyłam do oficjalnych delegacji czy tego chciałam z panem P., czy też nie. Nawet zbytnio nie marudził na mój widok. Jeszcze siedząc w ławce zbierałam zachwyty od pozostałych: Jakież to cudowne... Piękna kartka... Te kwiaty wyglądają jak prawdziwe...
Po odczytaniu oficjalnych podziękowań przez przedstawicielkę AK, ruszyliśmy: ja z karteczką, reszta z kwiatami.
- To od Oratorium - bąknęłam znalazłszy się przy proboszczu. - W podziękowaniu za wszystko.
I jakoś tak smutno mi się zrobiło. Bo był to wspaniały gospodarz! Takiego kierownika parafii życzyłabym wszystkim wiernym! Przez rok zrobił w parafii więcej rzeczy niż jego poprzednicy przez dwanaście lat. Aby to zrozumieć cofnijmy się jednak o te 12 lat wstecz. W sierpniu 2005 roku odchodzi od nas ksiądz, który dołożył wszelkich starań, aby parafianie mogli spotykać się z Najwyższym w dużo godniejszym miejscu niż ciasna kaplica w zaadaptowanym na ten cel magazynie. Przez 10 lat jego urzędowania przez 12 miesięcy w roku(nie przypominam sobie, aby szedł kiedyś na jakiś dłuższy urlop z własnej woli) stanęła świątynia oraz tzw. Dom Młodzieżowy. Kościół wyposażono w podstawowe sprzęty. W październiku 2005 roku świątynia została uroczyście poświęcona... Ale zapomniano ją oddać oficjalnie do użytku. To trochę tak, jakby zapomniano oddać szkołę do użytku - gdyby w takiej szkole coś nie daj Boże się stało, była by afera na całą Polskę... Zresztą podejrzewam, że tutaj Basia jako dyrektorka może dużo powiedzieć. Dopiero teraz ksiądz Jan załatwił wszystkie formalności z tym związane. Dodatkowo wyburzył niepotrzebną starą kaplicę, czym zyskał miejsce na parking dla samochodów(dotąd właściwie wszystkie stały poza bramą kościelną, wyjątek stanowiły samochody tzw. VIP-ów, które wjeżdżały na kamienisty plac), położył na placu kościelnym kilkaset metrów kwadratowych kostki, zamontował tablice z adresem na bramie kościelnej oraz bramie przy Domu Młodzieżowym(niekiedy listonoszowie nieobyci w terenie nie potrafili trafić w to ostatnie), tablicę z rozkładem Mszy św., uporządkował podziemia kościoła, zakupił kielich na Ciało Chrystusa pod dwoma postaciami, zamontował ogrzewanie, dołożył się do Daru dzieci pierwszokomunijnych i zakupił  wzmacniacz do nagłośnienia, spłacił zadłużenia i raty jeszcze sprzed kilku lat, nam, członkom Oratorium, pokrywał koszty dojazdu na Oratotoriady oraz dofinansowywał pobyt na Szkole Animatora Salezjańskiego, dokładał też coś do kosztów zorganizowania parafialnych półkolonii... I nigdy nie "wołał" od wiernych o pieniądze(chociaż jest u nas tradycja, że pieniądze z tacy w 3 niedzielę miesiąca idą na spłatę rat i zobowiązań kościelnych). Co więcej, kiedy był u mnie na kolędzie i chciałam mu dać kopertę, odmówił jej przyjęcia. Zawsze uśmiechnięty, chętny do pomocy, służący dobrą radą. Nie dało się go nie lubić! I gdyby nie zawiść niektórych parafian być może posługiwałby nam na lata i jeszcze bardziej rozbudował parafię. A tak nie wytrzymał presji i napisał list do inspektora z prośbą o przeniesienie na inną placówkę. Zostawił za sobą dobre wspomnienia oraz 2500 zł długu za prace wokół kościoła, który będzie musiał uregulować jego następca. Ale cóż to jest te 2500 złotych wobec kilkudziesięciu tysięcy złotych długu, które przywitały go po przybyciu do nas?
Wiem, że idzie nowe, być może lepsze, ale to mnie wcale, a wcale nie pociesza...

piątek, 21 lipca 2017

Była Oratoriada z błogosławionymi Oratorianami, teraz może czas na MGS?

Chociaż od wyjątkowej, bo połączonej z obchodami 75-rocznicy śmierci błogosławionej Salezjańskiej Piątki, Oratoriady w Poznaniu minął już ponad miesiąc, wspomnienia z nią związane pozostają w dalszym ciągu żywe. Zresztą patrząc na poniższy filmik trudno się temu dziwić(nawet ja załapałam się na parę ujęć)...
Po raz kolejny młodzież salezjańska udowodniła, że można się dobrze bawić bez alkoholu i innych dziwnych używek. Bo i bez tego można być szczęśliwym i pełnym pogody ducha. Do dzisiaj zastanawiam się co myśleli sobie przypadkowi przechodnie, których mijaliśmy w marszu radości. A może po prostu są przyzwyczajeni już do tego typu akcji?
Chociaż oficjalne obchody związane z rocznicą śmierci błogosławionych Oratorian obchodziliśmy w czerwcu, inspektoria, pod którą wszak należy Poznań, nie zapomniała o faktycznej dacie ich męczeńskiej śmierci, która wypada 24 sierpnia, dokładnie we wspomnienie Maryi Wspomożycielki Wiernych. Na ten wyjątkowy czas zaplanowano kolejne spotkanie inspektorialnej młodzieży salezjańskiej - MGS w stolicy Dolnego Śląska, Wrocławia.
Ojej, bez przerwy męczę Was tymi naszymi salezjańskimi zjazdami i dziwnymi ich nazwami. Co to jest MGS? Według strony Salezjańskiego Portalu Młodzieżowego MGS to nic innego niż Salezjański Ruch Młodzieżowy gromadzący młodzież salezjańską z całego świata, która mimo odległości geograficznych ma wspólne odniesienie jakim jest duchowość salezjańska. MGS daje okazję do tworzenia rozmaitych inicjatyw na skalę światową, krajową, czy też lokalną. Chodzi tu o realizację salezjańskiej duchowości młodzieżowej w codziennym życiu. To wreszcie potrzeba tworzenia wspólnoty wśród młodych w Polsce i na świecie. Warto podkreślić, że Salezjański Ruch Młodzieżowy wyrósł nie jako inicjatywa Salezjanów czy Salezjanek, lecz powstał z potrzeby serc młodych ludzi. Obecnie MGS skupia w sobie wiele rozmaitych grup, która w różnym stopniu realizują charyzmat salezjański.
Tyle teorii, nie pytajcie mnie o praktykę, bo tak naprawdę pierwszy raz w swoim życiu jadę na takie coś.  Na razie cieszę się, że w ogóle jedziemy, bo przy niespodziewanej zmianie wszystkich naszych księży na parafii(w tą niedzielę żegnamy księdza proboszcza - już ryczę jak bóbr!) niczego nie byliśmy pewni. Na półkoloniach ksiądz Oskar obiecał, że z nami pojedzie, więc chyba jest to dalej aktualne...
W każdym razie ostatnio pojawił się plan spotkania, a zapowiada się on naprawdę nieźle:
Kurcze, jeszcze nigdy nie byłam w Dreźnie(aż sobie chyba obejrzę film "Drezno w ogniu"), ani na ślubach wieczystych. Dobrze więc by było pojechać, ale czy na pewno nam się uda? Czas pokaże...

czwartek, 20 lipca 2017

Ornitologicznie

Ostatnio zauważyłam, że w blogosferze zakrólował ptasi temat. Patrycja całego swojego bloga poświęciła tym niezwykłym stworzeniom! Podobnie Agatka, która hoduje m.in. kury i kaczki, czym dzieli się ze swoimi czytelnikami. U Basi w budynku gospodarczym wylęgły się jaskółki. Dzielny Wojtek odwiedził Papugarnię. Ewelina w drodze do Dukli zobaczyła bociany. W końcu Terenia, którą czytam od niedawna, postanowiła pokazać wszystkim cudowną kolekcję ptasich figurek swojego męża.
Ulegając ptasiej modzie postanowiłam dzisiaj wziąć ze sobą aparat fotograficzny. Akurat wybierałam się na pocztę, aby dosłać do Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego ostatnie dokumenty potrzebne do przyszłotygodniowego wyjazdu z dzieciakami na kolonie, a także zrzeczenia się praw autorskich do mojego świadectwa dotyczącego zeszłorocznych Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, które wysłałam do organizatorów. Tak się składa, że najkrótsza trasa wiedzie przez park. A skoro park, to powinny być w nim też ptaki.
Co prawda jakiejś niezawodnej liczby ptaków nie znalazłam, udało mi się jednak pstryknąć kilka fotek.








Mam nadzieję, że w ten skromny sposób blogowa moda jest kontynuowana. Tym bardziej, że ptaki to dosyć płochliwe stworzenia. Dlatego zdecydowanie wolę je oglądać w książkach, albo w formie przedstawionej przez Terenię - przynajmniej wiem, że mi wtedy nie uciekną!
Wiecie, że właśnie sobie uświadomiłam, że równo rok temu przyjęłam w swoje skromne progi dwóch młodych pielgrzymów z Włoch, którzy przyjechali do Polski na Światowe Dni Młodzieży? Jednocześnie był to znak rozpoczęcia się tego wydarzenia na szczeblu diecezjalnym. Kilka dni później młodzież całego świata spotkała się z papą Francesco w Krakowie. A ja mam dalej wrażenie, że to wszystko działo się zaledwie kilka dni temu!

wtorek, 18 lipca 2017

Toniemy zawsze po cichu

Jeszcze tylko półtora tygodnia i wyjeżdżam z grupą nieznanych sobie dzieci na dziesięć dni nad morze. Do tego czasu siedzę w domowym zaciszu i odpoczywam. Dni upływają monotonnym rytmem. Ale mnie jakoś nie nudzi ta jednostajność - zawsze potrafiłam sobie znaleźć coś do zrobienia. Ranki spędzam na nadrabianiu czytelniczych zaległości. Herbata, wygodny fotel i ja z książką - cóż więcej trzeba do szczęścia. W ciągu roku miałam tak mało czasu na przeczytanie jakiejś książki, która nie byłaby związana z kierunkami studiów bądź którąś z prac dyplomowych. W ogóle dziękuję za tyle ciepłych słów pod postem poświęconym opóźnieniu w obronieniu przeze mnie prac licencjackiej i magisterskiej. Podtrzymaliście mnie nimi na duchu, a jednocześnie zmobilizowaliście do dalszych działań! Jesteście kochani!
Pogoda na razie nas nie rozpieszcza, przynajmniej na Śląsku. Nie, nie pada, ale ciemne chmury na horyzoncie nie zachęcają na udanie się nad miejski zalew. Lubię tam chodzić. Co prawda stronię od kąpieli w tego typu miejscach, nie pogardzę jednak kocykiem, cieniem i książką. Ile pozycji w ten sposób w przeszłości przeczytałam? Ile wzruszeń wywołanych fabułą książki widziały tamtejsze drzewa? Trudno powiedzieć.
Jeziora to bardzo przyjemny sposób na spędzenie wolnego czasu, ale też niemi świadkowie wielu tragedii. Co roku na różnego rodzaju zbiornikach wodnych życie traci masa ludzi. W przypadku jednych dzieje się tak z powodu brawury i ludzkiej głupoty, w przypadku innych - braku ludzkiej wyobraźni. Na początku tego roku całą Polską wstrząsnął przypadek utonięcia na basenie 12-latka przebywającego na zimowym wypoczynku. Siedem lat temu na wspomnianym przeze mnie miejskim jeziorze utonął mój nastoletni sąsiad. Był świeżo po maturze, miał całe życie przed sobą. Wcale nie był pijany czy coś w tym rodzaju - w pewnym momencie złapał go skurcz, a przebywający z nim koledzy wzięli to za głupi żart. Wezwali pomoc dopiero wtedy, gdy Adrian przez dłuższy czas nie pojawiał się na powierzchni wody.
Takich przykładów można mnożyć i mnożyć. Przerażające jest jednak to, że wielu z tych tragedii można było zapobiec. Gdyby ktoś w miarę szybko zareagował na nietypowe zachowanie tonących tuż obok osób, być może ofiar utonięcia byłoby mniej. Co powinno w szczególności zwrócić naszą uwagę? Ostatnio na onecie pojawił się przydatny artykuł odpowiadający na to pytanie. Nie będę ukrywać, że osobiście uważam, iż powinien przeczytać go każdy, kto wybiera się nie tylko nad zbiornik wodny, ale też na miejski basen, gdzie czuwają ratownicy.

Zbliżają się wakacje, a wraz z nimi coroczny problem nierozważnego korzystania z publicznych kąpielisk. Mimo alarmujących danych policji i regularnych ostrzeżeń płynących w stronę wybierających się nad wodę Polaków, każdego roku kilkuset z nich ginie wskutek utonięcia. Wśród nich są osoby nieletnie – dzieci i młodzież, którzy tracą życie z powodu nieuwagi rodziców lub własnej brawury. To tragedie, których można uniknąć.

Niebezpieczny wypoczynek
Według statystyk Komendy Głównej Policji w tym roku w Polsce utonęło 80 osób. To stan na dzisiaj (od kwietnia), a szczyt sezonu masowych wyjazdów nad wodę dopiero przed nami. Choć ubiegły rok okazał się dla amatorów publicznych kąpieli bardziej łaskawy niż lata poprzednie, utonięć i tak zanotowano blisko 200. Co roku ofiarami wodnego żywiołu jest kilkadziesiąt nieletnich. Tylko w 2013 roku utonęło ich 77.
Do wypadków dochodzi najczęściej w wodach naturalnych. Co ciekawe, morze – jako największy i przez wielu uważany za najmniej przewidywalny zbiornik wodny – plasuje się na końcu tego zestawienia. W rankingu najbardziej ryzykownych z uwagi na utonięcie miejsc przodują rzeki i jeziora, w dalszej kolejności stawy i zalewy.
Ale popularne cele wakacyjnego plażowania to nie jedyne miejsca, które grożą utonięciem. Kilka miesięcy temu w mediach głośno było o tragedii, do jakiej doszło w Tychach, gdzie 6-latek utonął w oczku wodnym – zbiorniku o głębokości "zaledwie" 1,5 metra. Na początku roku 12-letni uczestnik zimowiska zmarł wskutek utonięcia na krytym basenie, a miesiąc temu ciało 2-latka znaleziono w ogrodzonym stawie w pobliżu parku i placu zabaw.
Okoliczności wypadków są typowe. To kąpiel w miejscu niestrzeżonym (choć zazwyczaj niezabronionym) i/lub nieostrożność podczas przebywania nad wodą. W przypadku dzieci także lekkomyślność lub brak czujności rodziców, którzy w tłumie domorosłych pływaków tracą dziecko z oczu lub ignorują regulamin kąpieliska, wprowadzając je do wody mimo wyraźnego zakazu kąpieli.
Tak było choćby w przypadku dwóch dziewczynek, które w ubiegłe lato przebywały ze swoimi rodzicami na wakacjach nad morzem. 7-latkę, która miała wejść do wody ze swoim ojcem "tylko na chwilę", fala porwała, gdy opiekun na moment odwrócił wzrok. 11-latka na brzegu bawiła się ze swoim bratem, a w wodzie zniknęła, gdy wypoczywający nieopodal rodzice skupili uwagę na chłopcu. Ciała obu dziewczynek kilkanaście godzin później znaleziono na pobliskich plażach.
Brawura dotyczy głównie nastolatków, wypoczywających nad wodą w towarzystwie przyjaciół, bez nadzoru osób dorosłych. Jak wynika z raportu Światowej Organizacji Zdrowia "Global accelerated action for the health of adolescents (AA-HA!)", w grupie wiekowej 10-19 utonięcia plasują się na piątym miejscu najczęstszych przyczyn zgonów. To dane globalne, zwracające uwagę także na ogromny problem śmierci nieletnich wskutek chorób biegunkowych i infekcji dolnych dróg oddechowych – schorzeń, które w Polsce są, według ekspertów, rzadszymi powodami śmierci dzieci niż wypadki komunikacyjne i właśnie utonięcia.

Cicha tragedia
Przyczyną większości wodnych tragedii jest lekceważenie zasad korzystania z publicznych kąpielisk. Ich regulaminy są powszechnie dostępne, ale niewielu plażowiczów zapoznaje się z nimi po wejściu na teren kąpielisk. To dlatego ich właściciele mają obowiązek w widoczny sposób oznaczyć najważniejsze informacje dotyczące stanu okolicznych wód i reguł korzystania z nich. W praktyce zajmują się tym dyżurni ratownicy, którzy na maszcie wywieszają kolorowe flagi, informujące o dozwoleniu kąpieli (flaga biała) bądź zakazie zbliżania się do zbiornika wodnego (flaga czerwona).
Ta druga pojawia się w uzasadnionych, wywołanych warunkami atmosferycznymi przypadkach. Najczęściej, gdy występują wysokie (ponad 70 cm) fale, silne prądy wsteczne lub ograniczona (do 50 m) widoczność, przy niskiej (poniżej 14 stopni) temperaturze wody, silnym wietrze (ponad 5 stopni w skali Beauforta) i prędkości nurtu przekraczającej 1 m/s. W oczywisty sposób także podczas wyładowań atmosferycznych, prowadzonej akcji ratunkowej oraz skażeniu wód.
Dla większości uczestników wypoczynku nad wodą czerwona flaga jest dostatecznym sygnałem, by nie zbliżać się do wody i zachować szczególną ostrożność w czasie wypoczynku. Niestety, każdego roku na kąpieliskach wszelkiego typu zdarzają się przypadki całkowitego zlekceważenia panujących reguł. Pewność siebie, przecenianie własnych umiejętności i bagatelizowanie "możliwości" wody prowadzą najczęściej do tragedii.
Problemem jest też brak należytej uwagi poświęcanej bawiącym się na plaży lub w wodzie dzieciom. Dziecięca kąpiel w morzu, jeziorze czy rzece kojarzy się najczęściej z radosną, żywiołową zabawą. W takiej sytuacji łatwo przegapić prawdziwe zagrożenie. Obserwując bawiące się i krzyczące dzieci, dorośli, często zajęci rozmową, zbyt późno zauważają nagły spokój i nie słyszą ciszy, która zapadła.
Tymczasem zarówno dziecko, jak i dorosły toną po cichu. Kojarzone z brawurowymi, filmowymi akcjami ratunkowymi sytuacje machania rękami nad wodą czy dramatycznego wołania o pomoc to mit. Kilkanaście sekund, jakie zazwyczaj wystarczy, by tonące dziecko zniknęło pod wodą, to zbyt mało, by rodzic zauważył, że dzieje się coś niepokojącego. To dlatego wiele przypadków utonięć najmłodszych plażowiczów ma miejsce w zasięgu kilkunastu metrów od ich opiekunów, często obserwujących ich, ale niepotrafiących rozpoznać sytuacji, mylących ją z zabawą i "popisami" pociechy.
Jak więc rozpoznać, że dziecko tonie? Choć trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo reakcje w takich sytuacjach są bardzo indywidualne, niektóre zachowania z dużym prawdopodobieństwem świadczą o wypadku, a z pewnością powinny zaniepokoić. To przede wszystkim pionowa pozycja ciała (nogi nie pracują, ręce wykonują przypadkowe, chaotyczne ruchy), zanurzona w zbyt dużym stopniu głowa dziecka, często przechylona do tyłu, z szeroko otwartymi ustami, nieobecny wzrok lub zamknięte oczy i włosy opadające na twarz, nawet zakrywające oczy. Często jednak dziecko (szczególnie bardzo małe) po prostu bezgłośnie i bezszelestnie znika pod wodą. Reakcja na wypadek musi być więc natychmiastowa. Im szybciej zostanie on zauważony i zgłoszony, tym większa szansa na skuteczną pomoc.
W razie jakiegokolwiek zagrożenia należy natychmiast udać się po ratownika bądź zadzwonić pod numer ratunkowy: 601 100 100.

Potrzeba czujności
Przestrzeganie regulaminu kąpieliska i bezwzględne stosowanie się do wskazówek ratowników jest więc z punktu widzenia bezpiecznego wypoczynku nad wodą kluczowe. Wybierając się na plażę, należy nie tylko samodzielnie zwracać uwagę na zmieniające się warunki atmosferyczne oraz oznaczenia bezpieczeństwa na terenie kąpieliska, ale także nauczyć odczytywania takich sygnałów dzieci. Wskazanie różnic w kolorach flag i boi, wyjaśnienie ich funkcji oraz znaczenia, zapoznanie z miejscem i charakterem pracy ratowników wodnych to niezbędne informacje, które można przekazać już dziecku w wieku przedszkolnym. Zawsze należy też uczulić pociechę, że woda to żywioł i nawet gdy wygląda niepozornie, może być niebezpieczna i nie wolno pod żadnym pozorem zbliżać się do niej bez rodzica.
Podczas kąpieli nie można spuszczać dziecka z oka ani na moment. Często, sugerując się widokiem gładkiej tafli wody, rodzice pozwalają dziecku "pochlapać się" w wodzie. Tymczasem lekki wiatr może wiać od strony lądu, nie powodując fal, a jednocześnie tworząc w wodzie groźne prądy wsteczne. Gdy dziecko zostanie przez nie porwane, rodzic może nie zdążyć podbiec i złapać pociechy nawet będąc w pobliżu. Dlatego przebywającego w wodzie dziecka nie można wyłącznie obserwować z brzegu, a zawsze asekurować je, stojąc tyłem do wody, by w razie potrzeby "złapać" je swoim ciężarem. Nie należy też "ufać" dmuchanym zabawkom typu materace, koła ratunkowe, rękawki czy pontony – nie służą one wypływaniu na głęboką wodę i nie chronią przed wypadkiem.
Dlatego tak ważne jest, by obserwować dziecko zarówno podczas wypoczynku nad wodą, jak i po powrocie do domu. Wyruszając z nim nad rzekę, jezioro czy morze należy zachować czujność i rozwagę, by odprężający wypoczynek nie został przerwany niepotrzebnym stresem lub w najgorszym razie – tragicznym wypadkiem.

niedziela, 16 lipca 2017

Film dający nadzieję na lepszy los

Już dawno chciałam obejrzeć ten film. Kiedy po zarejestrowaniu się na portalu filmweb i ocenieniu odpowiedniej ilości obejrzanych filmów zerknęłam na zakładkę rekomendacje, to właśnie ten tytuł wyskoczył mi na pierwszym miejscu - "Wielki Mike". Zaznaczyłam jako "do obejrzenia" i cierpliwie czekałam, aż na którymś z pięciu odbieranych przez mój odbiornik telewizyjny kanałów, zdecydują się go puścić. Mogłam oczywiście włączyć go sobie na cda, ale jakoś podświadomie wiedziałam, że odbiór na 24' ekranie będzie dla mnie dużo bardziej atrakcyjniejszy niż na 14 lub 19' monitorze komputerowym.
Dosyć często wchodzę na filmwebie na zakładkę "Chcę zobaczyć" aby sprawdzić, czy w najbliższym czasie któryś ze znajdujących się tam filmów nie leci w telewizji. Co prawda w większości przypadków okazuje się, że owszem, lecą, ale na którejś ze stacji, których nie ma w moim pakiecie "AZAR". Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam, że "Wielki Mike" idzie nie tylko w najbliższą sobotę(tzn. wczoraj), ale nawet na posiadanym przeze mnie TVNie. Nie, takiej okazji nie mogłam przegapić.
Film przedstawia historię czarnoskórego nastolatka Michaela(Quinton Aaron), który przez swoje potężne gabaryty nazywany jest przez wszystkich Wielkim Mike. Odebrany w dzieciństwie samotnie wychowującej go matce narkomance, tuła się po rodzinach zastępczych. Ojca nigdy nie poznał, po latach dowiedział się, że zginął w tragicznych okolicznościach. Jeden z jego opiekunów zapisuje go, pomimo niskiego ilorazu inteligencji, do prestiżowej, katolickiej szkoły, gdzie Mike poznaje pochodzącego z bogatej rodziny S.J.(w tej roli genialny Jae Head). Tak się akurat składa, że jakiś czas później jadąca samochodem rodzina S.J.-a zauważa Mika idącego brzegiem ulicy z reklamówką. Zainteresowana losem chłopaka mama S.J.-a, Leigh(rolę tą powierzono Sandrze Bullock), postanawia wysiąść i porozmawiać z milczącym przechodniem. Szybko zdobywa jego zaufanie, a także zabiera do swojego domu, który w końcu staje się też domem Mika. Z czasem wraz z mężem Seanem(Tim McGraw) stają się prawnymi opiekunami Michaela i dają mu to, czego nigdy dotąd w życiu nie zaznał - miłość i poczucie bezpieczeństwa. Obdarzony podstawowymi potrzebami chłopak nie tylko nadrabia zaległości w szkole i dostaje się na studia na prestiżową uczelnię, ale też staje się gwiazdą futbolu amerykańskiego. Dzięki obcej rodzinie dochodzi do etapu, do którego nigdy by nie doszedł, gdyby nie wyrwał się z otoczenia, w którym dorastał i gdyby nie zdecydował się na zamieszkanie z Tuohy(naprawdę nie wiem jak odmienić to nazwisko).
Ktoś by mógł powiedzieć, że jest to tylko pięknie napisany scenariusz filmowy. Tym czasem został on zainspirowany prawdziwą historią amerykańskiego czarnoskórego chłopaka, Michaela Oher'a, który dzięki dobroci zamożnej rodziny odmienił całkowicie swoje dotychczasowe życie. Zamiast stoczyć się na dno w ubogiej dzielnicy, ukończył collage i do dzisiaj jest jedną z najważniejszych gwiazd futbolu amerykańskiego. Porusza też bardzo ważny jak dla mnie temat, który jak na razie zaliczany jest do tematu tabu, czyli adopcji tzw. ludzi gorszej kategorii. Nie oszukujmy się, niewiele osób jest chętnych do adopcji niepełnosprawnych, czarnoskórych dzieci, czy też tych, którzy mieli rodziców alkoholików, narkomanów, wychowywały się w nieciekawej okolicy, czy też są np. zakażone wirusem HIV. Ale to też dzieci, które zasługują na taki sam pokład miłości, jak każde inne dziecko. A czasami mogą z nich wyrosnąć prawdziwe perełki dające radość i powód do dumy swoim adopcyjnym rodzicom. Właśnie tak, jak tytułowy Wielki Mike, którego tytuł tłumaczę sobie na dwa sposoby: wielki z powodu swojej postury i Wielki z powodu tego, co osiągnął.
Film mogę polecić każdemu, wszak jestem wybredna i nie każdemu daję 10/10 gwiazdek. Ale "Wielki Mike" w moich oczach z całą pewnością na to zasługuje.

czwartek, 13 lipca 2017

Praca odtwórcza jest zdecydowanie nie dla mnie...

Kiedy pierwsza partia moich kolegów z AWFu i Papieskiego cieszy się z uzyskania tytułu magistra lub licencjata, ja jeszcze muszę poczekać z tym do września. 
Pracę magisterską na AWFie złożyłam jeszcze przed długim, majowym weekendem. Poprzedzona wymianą setek meili z promotorem, dopracowana w każdym szczególiku, przepuszczona przez antyplagiat, który stwierdził, że jeszcze nigdy nic podobnego nie trafiło do jego zasobów, a nawet sprawdzona pod każdym językowym względem przez polonistę, trafiła w ostatni piątek kwietnia do gabinetu promotora. I leży tak do dzisiaj. Właściwie mam już wszystko zaliczone. Wszystko z wyjątkiem praktyk, które z czystą premedytacją przeniosłam sobie na wakacje. Bynajmniej nie z lenistwa, a już na pewno nie z tego, jakie rozumiemy w powszednim tego słowa znaczeniu. Prawda jest taka, że studiowałam na dwóch uczelniach w miejscowości oddalonej od miasta mojego zamieszkania o ponad 80 km(na bilecie jest nabite 84 km i 740 m). I że codziennie pokonywałam tą odległość razy dwa. Gdybym chciała odbyć praktyki w czasie roku akademickiego, musiałabym:
  1. się sklonować(ale to chyba jest na razie niewykonalne z medycznego punktu widzenia)
  2. na cztery tygodnie zrezygnować z uczęszczania na zajęciach na uczelniach x 2(praktyka trwa 160 godzin, co daje cztery razy po 40 godzin tygodniowo, a nawet w przypadku bardzo skrupulatnych pracodawców dłużej, wszak wedle prawa przysługuje mi skrócony do 35 godzin tydzień pracy)
  3. znaleźć sobie praktykę w Krakowie i latać ją zrealizować w trakcie niewielu przerw między zajęciami.
Jak widać, żadne z powyższych rozwiązań raczej nie wchodziło w grę. Na szczęście po rozmowie z uczelnianym opiekunem praktyk okazało się, że można je bez konsekwencji odbyć do końca września. Tzn. jedyną konsekwencją będzie opóźnienie obrony, ale to już da się przeżyć. Ważne, że wszystko inne jest zaliczone. I że praca napisana i złożona. Super mi się ją pisało - zgodnie z sugestiami mojego promotora teorię, czyli pierwszą część ograniczyłam do minimum(chyba nawet nie jest to 30 stron), a skupiłam się na tym co ważniejsze, czyli praktyce.
Trochę gorzej idzie mi z pracą licencjacką. Temat przyjemny i jak najbardziej podchodzący pod moje zainteresowania(pozwólcie, że ujawnię go dopiero po wszystkim, bo wiecie - antyplagiat wynajdzie wszystko i wszędzie). Niby mniejszy zakres i nie trzeba przeprowadzać żadnych badań, a jednak kiedy w czerwcu oddałam ją do sprawdzeniu promotorowi stwierdził, że miał zupełnie inną koncepcję tych zaledwie 30 stron... Poza tym niektóre zdania są mało logiczne. I w ogóle co innego miał w niej na myśli... Cóż było robić, mam czas do września, aby poprawić to, co mam nie tak(czyli na oko 70% pracy). Nie ukrywam, że praca odtwórcza nigdy nie była moją mocną stroną i z reguły wolę coś sama napisać, niż na siłę przekładać z autorskiego na mój, ale skoro trzeba...
W związku z tym podjechałam dzisiaj do Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Na internetowym katalogu znalazłam książkę, która może mi się przydać w pisaniu pracy - "Rekolekcje Rabczańskie ks. Karola Wojtyły". Już kiedyś byłam tam zapisana, konkretniej wtedy, kiedy pisałam magisterkę na katowickim AWF, po drodze udało mi się gdzieś posiać kartę. Musiałam więc wyrobić sobie nową. Na szczęście po wyjaśnieniu sytuacji nie było z tym problemu. A przy okazji wypożyczyłam sobie jeszcze, chyba pod wpływem jednego z komentarzy Małgosi, "Spotkania Jasnogórskie" Dobraczyńskiego(a twórczość Dobraczyńskiego wręcz uwielbiam!) oraz "Trzecią tajemnicę" Steve Berry'ego.

Natomiast wracając z biblioteki byłam świadkiem dziwnego zdarzenia - środek dnia, stoimy cierpliwie z innymi przechodniami na pasach, czekamy aż światła zmienią kolor i umożliwią nam przejście na drugą stronę. Kiedy to nastąpiło weszliśmy na zebrę. I wtedy nagle na drugim pasie zobaczyliśmy rozpędzone, luksusowe auto, które pędziło przed siebie. Nie zważając na czerwone światło, które widniało już przez jakiś czas, przemknęło tuż przed naszymi nosami. Za lekko opuszczonymi oknami mignęła nam sylwetka młodego chłopaka, wiecie, taki typ fura, skóra i komóra. Tym razem udało mu się nikogo nie potrącić, ale na prawdę, wystarczyło aby kilku z nas zrobiło parę kroków dalej... Albo jakieś dziecko przebiegało przez ulicę... Tym bardziej, że jechał środkowym pasem i nie od razu było go widać. Niektórym naprawdę czasami brakuje wyobraźni...

poniedziałek, 10 lipca 2017

No i co ja na to poradzę, że mi się podoba hymn następnych ŚDM?

Znalazłam,
Odsłuchałam,
Zakochałam się w nim:
video
Tydzień temu cały świat poznał hymn, który będzie towarzyszył obchodom XXIV Światowych Dni Młodzieży w Panamie. Co prawda pora na naszej półkuli ziemskiej była dosyć abstrakcyjna(środek nocy z poniedziałku na wtorek), na szczęście już we wtorkowy poranek można było go odsłuchać na youtube. I chociaż nie mam zwyczaju z samego rana surfować po sieci internetowej, tego dnia jednak zrobiłam wyjątek. Szybko znalazłam interesujący mnie klip muzyczno - filmowy i zaniemówiłam z wrażenia. Po roku samodzielnej nauki języka hiszpańskiego(który jest oficjalnym językiem w Panamie) coś tam rozumiem(np. refrenem hymnu są słowa Maryi Panny, będące jednocześnie hasłem spotkania: ''Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego"(Łk. 1. 38), jednak najważniejszy dla mnie w tym wszystkim sam wydźwięk. A trzeba przyznać, że melodia ma w sobie to coś, co powoduje, że wpada w ucho. Zaś w połączeniu z tak "miękkim" językiem, jakim jest hiszpański, sprawia że mogę go słuchać i słuchać bez końca.
Wczoraj pożegnaliśmy księdza Jacka. Chociaż prezes Akcji Katolickiej tradycyjnie pominął członków Oratorium w kwestii delegacji grup parafialnych(chociaż ksiądz był opiekunem głównie naszej grupy!), to wspólnie z dwoma dzieciakami na bezczelnego wpakowaliśmy się do procesji. Trochę to dla mnie dziwne(to ciągłe pomijanie nas), wszak prowadzenie Oratoriów jest jednym z głównych celów zakonu salezjanów, ale powinnam już się przyzwyczaić, że są równi, równiejsi i ci, którzy są długo, długo za nimi. I to w miejscu, w którym na pozór nie powinno być podziałów. Przecież w oczach Boga jesteśmy wszyscy równi sobie). I chociaż delegaci innych grup syczeli na nasz widok, szłam z M.(tym samym, który miał kłopoty z matematyką) niosącym pudełko z czekoladkami oraz H. trzymającą pożegnalną karteczkę aż pod sam ołtarz. Nie wydaje mi się, abym popełniła grzech śmiertelny, a księdzu pewnie zrobiło się miło.
"Księża są jak kwiaty - trzeba je czasem przesadzić, aby kwitły..."
- bardzo mi się podoba ta myśl i dlatego znalazła się na każdej z
pożegnalnych kartek 😊
A teraz wracam do czytanej książki - "Stan podgorączkowy" Grażyny Bąkiewicz. Nie wymaga zbytniego myślenia, więc pomaga się odprężyć po ubiegłym tygodniu, który jednak był trochę stresujący, a za razem przed tym, co mnie czeka. Chociaż myślałam, że będzie ciut lepsza... A może wyrosłam już z "naiwnego" świata? Sama nie wiem...