Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 4 marca 2017

No i znowu kłócę się sama ze sobą...

Kłótnie z samym sobą zdarzają mi się dosyć często. Zwykle, jeżeli mam dwa zupełnie sprzeczne ze sobą interesy. Pamiętam, jak jakieś 6 lat temu na zajęciach z badań marketingowych mieliśmy w grupach wykonać badania ankietowe i je opracować. Tak się złożyło, że zostałam wtedy liderką naszej czteroosobowej grupy. A właściwie trzyosobowej, bo czwarta osoba pojawiła się najpierw na pierwszych zajęciach, na których dzieliliśmy się na grupy, a potem dopiero na ostatnich. Czyli na zaliczeniu. Nam się to nie za bardzo spodobało, bo jednak przez cały semestr sumiennie pracowaliśmy, a ona nawet nie zapytała się, co ma zrobić. W dodatku zero kontaktu z osobą. Kiedy więc przyszła pora na zaprezentowanie naszych efektów pracy, jak gdyby nigdy nic wyszliśmy na środek, tralalala, piętnaście minut omówienia wyników, powrót do ławek. Na koniec wszyscy podeszliśmy do prowadzącego po wpisy - oczywiście w czwórkę, chociaż na pierwszy rzut oka było widać, że M. nie ma pojęcia o tym, o czym jest nasza prezentacja. No i się zaczęło. Dajemy kolejno nasze indeksy, kiedy przyszła pora na M. stanowczo zaprotestowałam, tłumacząc że ona nie zrobiła kompletnie nic, pozostała dwójka potwierdza te słowa. Wybaczcie, co jak co, ale leserstwa i pasożytnictwa nie toleruję. A trudno to inaczej nazwać. Tymczasem M. twierdziła, że pomysł tematu był jej, co oczywiście nie było do końca prawdą. Bo może i miała taki pomysł, ale nikomu z nas go nie przekazała. O innej pomocy nie wspomnę. Sytuacja nerwowa, bo po kilku dniach miała być "zerówka" z tego przedmiotu, więc gra była warta świeczki. Tymczasem u nas był spór co do tego, kto co robił w prezentacji. Na niekorzyść M. działała także jej frekwencja na innych zajęciach... W końcu nie otrzymała zaliczenia, nie mogła podejść do "zerówki". A ja czułam się strasznie. Bo nawet nie wiecie jaka gonitwa myśli była wtedy w mojej głowie...
A teraz mam podobnie. Wczoraj padło względem mnie pytanie, czy będę w Wielki Piątek. Domyślam się, że chodzi o Drogę Krzyżową. Ogólnie zaskoczyło mnie to pytanie, ponieważ jeszcze rok temu, kiedy zapytałam się dlaczego nie biorę udziału wraz ze scholą w tymże nabożeństwie, usłyszałam od tej samej osoby, że "jestem już dorosła i ona nie będzie mnie pytać o to, czy będę wtedy i wtedy, czy też nie*". Tylko, że ja nie wiem, czy ja w ogóle chcę jeszcze brać udział w tego typu rzeczach. Zwłaszcza, że wtedy usłyszałam jeszcze, że "nie angażuję się w życie scholi*". Szkoda tylko, że nie zauważono wtedy, że wiele podkładów do pieśni im przyniosłam, że przez praktycznie 6 lat byłam na każde ich zawołanie... Widziano mnie przez pryzmat ostatnich 2 lat, podczas których ograniczyłam swoją działalność z powodu studiów w Krakowie. Kraków to nie Katowice, nie mogłam być w kilku miejscach jednocześnie. Zabolało tym bardziej, że w podobnej sytuacji jest wiele innych scholistek. Ale przecież można do nich zadzwonić. Do Karoliny nie można. Nie można było też do niej podejść po nabożeństwie Gorzkich Żali, ani zapytać podczas godzinnej jazdy autobusem(ale o przygotowaniach Krakowa do ŚDM i owszem). Wtedy coś we mnie pękło i powiedziałam sobie, że naprawdę mam tego wszystkiego dosyć. A tu mi teraz wychodzi z takim pytaniem. To jednak da się zapytać? Tylko, że ja na prawdę po tym wszystkim nie wiem, czy w ogóle chcę... Niby nigdy nie byłam roszczeniowa względem innych osób, nawet długo nie byłam zdenerwowana na tą osobę(tylko wkurzyłam się do tego stopnia, że zostałam pierwszy raz w życiu na nabożeństwie wielkopiątkowym na Kalwarii Zebrzydowskiej, ale dzięki temu nie chlipiałam w rękaw patrząc, że inni występują, a o mnie zapomniano, no i szybciej mi przeszło), ale jednak jakiś maleńki żal pozostał. No nic, może mi przejdzie...
Żeby nie było - potrafię znieść krytykę, jeżeli zgadzam się z jej argumentacją.
Przepraszam, że dzisiaj tak mało optymistycznie, ale życie nie zawsze jest kolorowe

* Z perspektywy roku zastanawiam się, czy nie powiedziała tak tylko po to, aby w ogóle coś odpowiedzieć

4 komentarze:

  1. Czasem dobrze wyrzucić z siebie z żal, życzę by wszytko ułożyło się po twojej myśli :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że mimo to wszystko się ułoży... Współczuję...

    OdpowiedzUsuń
  3. Karolinko, i ja mam nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze.
    Ściskam mocno.

    OdpowiedzUsuń
  4. Karolinko,
    warto z siebie wyrzucić żale. Nie warto dusić tego w sobie.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń