Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 30 marca 2017

Wierny do końca 4 - Franciszek Kęsy

Franciszek przyszedł na świat 13 listopada 1920 roku w Berlinie w rodzinie Stanisława i Anny Kęsy. Tam też został przyjęty do wspólnoty Kościoła katolickiego poprzez Sakrament Chrztu świętego.
Rok później jego rodzice zdecydowali się na powrót z emigracji do Poznania, gdzie zamieszkali przy ul. św. Jadwigi. Ojciec Franka pracował jako cieśla w elektrowni miejskiej, matka zaś zajmowała się domem oraz wychowaniem dzieci. Franciszek miał bowiem jeszcze trzech braci i siostrę. Ich dom był zawsze otwarty dla innych.
W czasach młodości Franciszek uczęszczał do Poznańskiego Oratorium Matki Bożej Wspomożenia Wiernych prowadzonego przez księży salezjanów. Nie powinno to dziwić nikogo, kto znał Franka, bowiem od dzieciństwa wiara miała dla niego bardzo duże znaczenie. Praktykował codzienne służenie do Mszy świętej i przystępowanie do Komunii świętej, nie wyobrażał sobie wieczoru bez odmówienia różańca. Nie ukrywał przed nikim, że bardzo chce wstąpić do zakonu salezjanów, jednak zły stan zdrowia przeszkodził mu w rozpoczęciu nauczania w niższym seminarium, czyli szkole średniej. Musiała mu wystarczyć nauka w poznańskich szkołach podstawowych, zaś swoje powołanie realizował poprzez pełnienie przez jakiś czas prezesem Towarzystwa św. Jana Bosco, czyli grupy formacyjnej dla najstarszych chłopców i stając się animatorem życia religijnego w Orato­rium. Poza tym jego pasją był sport oraz teatr. Sam wraz z przyjaciółmi występował w oratoryjnych przedstawieniach.
1 września 1939 roku Niemcy niespodziewanie zaatakowali Polskę. Idąc za przykładem przyjaciół z Oratorium, Franciszek postanowił wstąpić do wojska, do którego nie został jednak przyjęty. W ramach walki z przeciwnikiem dziewiętnastolatek brał udział w demonstracji młodzieży, która domagała się zorganizowania obrony Poznania, a kiedy tak się nie stało, wstąpił do plutonu młodzieżowej organizacji Przysposobienia Wojskowego, opuścił miasto i udał się, podążając za wycofującą się armią, w kierunku Warszawy. Kiedy kolumna rozwiązała się po klęsce bitwy nad Bzurą, Franciszek z innymi dotarł spod Kutna do domu. Wkrótce do Polski wkroczyła armia rosyjska, co oznaczało niespotykany terror w stosunku do Polaków. Dotyczyło to również Poznania. Stosowano zasadę, w którym panowała zasada  „Ohne Gott, ohne Religion, ohne Priesters und Sakramenten”, czyli „bez Boga, bez religii, bez kapłana i sakramentu”). W Poznaniu Niemcy prawie natychmiast zamknęli wszystkie szkoły i wprowadzili obowiązek pracy nawet dla czternastoletnich dzieci. Po jakimś czasie zamknięto także Oratorium.
Franciszek wraz z Czesławem Jóźwiakiem otrzymał pracę w zakładzie malarskim. Równocześnie zaangażował się w działalność konspiracyjną. Związał się z konspiracyjnym wysiłkiem niepodległościowym mocno zakorzenionego w Wielkopolsce szeroko rozumianego ruchu narodowego. Za namową Czesia został wcielony do Narodowej Organizacji Bojowej, gdzie przyjął pseudonim "Sęp". Ich zadaniem było rozpoznanie wywiadowcze obiektów Wehrmachtu — czyli niemieckiej armii — w poznańskim Śródmieściu. Zajmowano się też kolportażem gazetki „Polska Narodowa”.
W marcu 1940 roku nastąpiły masowe aresztowania członków podziemnej chorągwi w Poznaniu. Chłopcy z Oratorium uniknęli wówczas aresztowań… Starali się żyć w miarę normalnie - śpiewali w młodzieżowym chórze chłopięcym, opiekowali młodszymi kolegami. Do historii przeszły spotkania w domu państwa Kęsy, który w dalszym ciągu był otwarty dla wszystkich. Po latach jeden z przyjaciół Franciszka tak wspominał te spotkania: „Spotykaliśmy się w zimowe popołudnia u państwa Kęsych. Robiliśmy kawały jego siostrze Irenie, przebieraliśmy się, śpiewaliśmy byle co, byle zapomnieć o grozie sytuacji. Przed godziną policyjną o 21:00 trzeba się było pożegnać, żeby zdążyć do domu. Ale zawsze była na zakończenie krótka modlitwa…
Franciszek został aresztowany wraz z przyjaciółmi 23 września 1940 roku. Przy pożegnaniu tulił i pocieszał matkę słowami: "Wrócę mamo, wrócę".
Zawieziono ich do siedziby gestapo, gdzie poddani zostali szczegółowej rewizji. Znalezione przy nich różańce, zostały im odebrane i wyrzucone do kosza. Korzystając z chwili nieuwagi chłopcy wyjęli je i schowali. Po latach różaniec Franciszka wrócił do jego matki, ona sama została zaś pochowana z najświętszą pamiątką po synu.
Z więzienia gestapo Franciszek został przewieziony do osławionego obozu koncentracyjnego KL Posen w Poznaniu i osadzony w bunkrze 58. Tam spotkał się z aresztowanymi przyjaciółmi. Odtąd, o ile możliwe, trzymali się razem. Rozrzucono ich po różnych celach, ale widywali się na podwórzu i wymieniali choćby uścisk dłoni, karteczki zachęcające do wspólnych praktyk, tak jak w Oratorium. W listopadzie 1940 roku Franciszek został przewieziony wraz z przyjaciółmi do więzienia we Wronkach, gdzie siedział, jak i przyjaciele, w pojedynczej celi oznaczonej napisem: „Zdrada stanu”. Traktowano ich jako zdrajców narodu niemieckiego. 
Mimo odosobnienia przyjaciele jakoś się porozumieli i przygotowywali się do Bożego Narodzenia 1940 r. salezjańską nowenną, w jakiś sposób razem… Jeden z nich odtworzył ją z pamięci i przepisał na skrawkach papieru… Odprawili ją w tym samym czasie, jak czynili to na wolności…
W kwietniu 1942 roku został przewieziony do więzienia sądowego w Neukölln. Przetrzymywano go m.in. w celi nr 114. Pracował przy lepieniu torebek, kręceniu sznurka, sortowaniu cebuli… Franciszek, urodzony kawalarz, nawet w Neuköln nie mógł powstrzymać się przed żar­tami. W zachowanym grypsie do siostry pisał: „Ja się mego humoru jeszcze nie pozbyłem, jeszcze figle płatam. Raz Jantyszkowi schowałem łyżkę i jedli ze Stefanem jedną. Ponieważ była dolewka, jedli bardzo długo. Edziowi ‘Bebisiowi’ poprzestawiałem raz meble i na pokrywie kibla napisałem: ‘Achtung. Giftgas!’ (pl. ‘Uwaga! Gaz trujący!’) i namalowałem trupią czaszkę”.
Rok później Niemcy, zachowując pozory praworządności, zawieźli oskarżonych do ciężkiego więzienia w Zwickau. „To najgorszy okres dotychczasowej niewoli”, wspominał Henryk Gabryel, jedyny wychowanek Oratorium, który przeżył. Przetrzymywani byli w dużych celach, w których stłoczono po osiemdziesięciu ludzi. Zmuszano ich do ciężkich prac w mieście. Używano ich jako siły pociągowej. Otrzymywali głodowe racje żywnościowe. Codziennie ktoś z więźniów umierał.
Mimo to nie tracili pogody ducha. Wierzyli, że kto pokłada ufność w Bogu, nie powinien się lękać. W tym przeświadczeniu, umacniał ich współwięzień – kapłan, u którego spowiadali się. Często wzajemnie polecali siebie Bogu i Niepokalanej Wspomożycielce. Nie poddawali się zwątpieniu
W sierpniu 1942 roku Franciszek wraz z przyjaciółmi stanęli w Zwickau przed sądem. Zostali oskarżeni o członkostwo „nielegalnej organizacji ‘Stronnictwo Narodowe”. Niemal wszyscy oskarżeni zostali skazani na śmierć. Szczęście dopisało jedynie najmłodszemu oskarżonemu, Henrykowi Gabryelowi, któremu nie została udowodniona wina i już następnego dnia zwolniono do domu.
Na wykonanie wyroku skazanych przewieziono do Drezna, do więzienia w kompleksie budynków służących także jako sąd i miejsce egzekucji, przy Münchner Platz 3. Przetrzymywano ich w pojedynczych, wąskich na ok. 1 m, celach, bez możliwości kontaktu…
Tuż przed śmiercią pozwolono im napisać listy pożegnalne. Franciszek krótkimi, przerywanymi zdaniami, pisał do rodziny: „Nadeszła chwila pożegnania się z Wami i to właśnie w dniu 24 sierpnia, dzień Maryi W[spomożycielki] W[iernych]. Och, jaka to radość dla mnie, że już odchodzę z tego świata i to tak, jak powinien umierać każdy. Byłem właśnie przed chwilą u spowiedzi świętej, za chwilę zostanę posilony Najświętszym Sakramentem. Bóg dobry bierze mnie do siebie. Nie żałuję, że w tak młodym wieku schodzę z tego świata. Teraz jestem w stanie łaski, a nie wiem, czy później byłbym wierny mym przyrzeczeniom Bogu oddanym. Kochani Rodzice i Rodzeństwo, bardzo Was przepraszam raz jeszcze z całego serca za wszystko złe i żałuję za wszystko z całego serca, przebaczcie mi, idę do nieba. Do zobaczenia, tam w niebie będę prosił Boga. Właśnie przyjąłem Najświętszy Sakrament. Módlcie się czasem za mnie. Zostańcie z Bogiem. Wasz syn Franek. Już idę”.
Wyrok został wykonany w dzień wspomnienia Maryi Wspomożycielki Wiernych, do której tyle razy się modlili, o godz. 20:40. Już następnego dnia, niemiecki okupant rozlepił na ulicach Poznania „Obwieszczenie”, wydrukowane w kolorze czerwonym, w dwu językach — co było niezwykłe — na górze po niemiecku, a niżej po polsku, informujące o wykonaniu wyroków…

8 komentarzy:

  1. Niezwykle ciekawa i wzruszająca historia Franciszka... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejna piękna postać.
    Uściski, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak miło, że o Poznańskiej Piątece sie pamięta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duża w tym przyczyna mojej parafii, którą prowadzą księża salezjanie

      Usuń
  4. To piękne, że przybliżasz nam takie wspaniałe postacie...

    OdpowiedzUsuń
  5. A za tydzień ostatnia już postać z Poznańskiej Piątki - Jarogniew Wojciechowski

    OdpowiedzUsuń
  6. Karolinko,
    kolejny raz mnie zawstydzasz. Nie znam tej pięknej postaci.
    Dobrze, że jesteś!!!!!!
    Całusy:)

    OdpowiedzUsuń