Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 9 marca 2017

Wierny do końca nr 1 - Edward Klinik

Edward Klinik urodził się 29 lipca 1919 roku w Bochum w Niemczech. Rok później wraz z rodzicami oraz starszą siostrą Marią wrócił do Polski. Początkowo mieszkali w rodzinnych Głosinach, by następnie przenieść się do położonego nieopodal Poznania, gdzie zajęli mieszkanie na ulicy Zielonej 1/1. Tam, w 1926 roku przyszedł na świat jego młodszy brat, Henryk. Ojciec Edwarda, Wojciech był z wykształcenia ślusarzem, w Poznaniu znalazł pracę w zakładzie kolejowym. Mama Anna zawsze dbała o ognisko rodzinne oraz zajmowała się samym domem.
Sześcioletni Edward został zapisany do siedmioletniej Szkoły Powszechniej im. Konarskiego. W tym samym czasie zaczął uczęszczać do Salezjańskiego Oratorium p.w. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Poznaniu, mieszczącego się przy ulicy Wronieckiej 9. W tym niezwykłym miejscu, do którego uczęszczało wówczas ponad 300 chłopców, codziennie odbywały się gry i zabawy oraz spotkania z przyjaciółmi. W wolne zaś dni organizowano podchody, wycieczki rowerowe, kolonijne wyjazdy. Prężnie działała też grupa artystyczno-teatralna oraz chór chłopięcy. A wszystko pod czujnym okiem księży salezjanów. Nic dziwnego, że miejsce to stało się dla Klinika drugim domem.
Był bardzo spokojnym i nieśmiałym dzieckiem, nie przeszkodziło mu to jednak zawrzeć licznych przyjaźni w Oratorium. Co ważniejsze, to dzięki nim otwierał się i stawał coraz bardziej bezpośredni. Dla kolegów zawsze był po prostu "Bebisiem".
Rodzice Edwarda, widząc jak pozytywny wpływ wywierają na Edwarda księża salezjanie, a także pod wpływem Oratorium i poziomy opieki roztaczanym nad młodzieżą przez zgromadzenie, zdecydowali się wysłać syna do czteroklasowego Niższego Prywatnego Gimnazjum Humanistycznego mieszczącego się w Oświęcimiu. Przyjmowano do niego dzieci rzemieślników, robotników, rolników, czy też przemysłowców i urzędników. W szkole nauczali zarówno duchowni, jak i świeccy. Dla uczniów wybudowano internat, w którym mieszkał też Klinik. Edward nie od razu zaaklimatyzował się w placówce. Stopniowo przyzwyczaił się do niej, a nawet został prezesem Sodalicji Mariańskiej oraz przewodniczącym samorządu uczniowskiego. W 1937 roku zdał tzw. małą maturę, po czym wrócił do Poznania, gdzie kształcił się dalej w I Państwowym Liceum im. Bergera.
Jednocześnie powrócił do przyjaciół oraz samego Oratorium, w szeregi którego wciągnął też młodszego brata, Henia. Wiosną 1939 roku zdał egzamin maturalny. Kilka miesięcy później wybuchła II wojna światowa.
Wraz z resztą "poznańskiej piątki" oraz Henrykiem Gabryelem, jako patriota i świadomy katolik, wstąpić do wojska. Ponieważ nie było dla niego broni, nie został do niego przyjęty. Zamiast tego wziął udział w demonstracjach młodzieży, domagającej się zorganizowania obrony Poznania.
Niestety, Niemcom udało się wtargnąć do miasta i pozamykać wszystkie szkoły, a także salezjańskie Oratorium. Wprowadzono też obowiązek pracy dla dzieci od 14-go roku życia. Edward znalazł zatrudnienie w firmie budowlanej, a jednocześnie zaangażował się w działalność konspiracyjnego Harcerstwa Polskiego, przyjmując pseudonim "Ziuk".
W marcu 1940 masowo aresztowano członków podziemnej chorągwi w Poznaniu, co spowodowało faktyczną likwidację tamtejszej organizacji. Chłopcom z Oratorium udało się ich uniknąć.
Edward cieszył się wolnością zaledwie pół roku. 21 września 1940 roku Gestapo pojawiło się w jego zakładzie pracy i wywiozło go do swojej siedziby, nie powiadamiając przy tym jego rodziny. Podczas rewizji Niemcy znaleźli przy chłopcu różaniec. Szydząc, wyrzucili go do kosza na śmieci. On zaś, kiedy tylko pozostał na chwilkę sam, wyciągnął przedmiot kultu i schował.
Tak rozpoczęła się niezwykła droga krzyżowa piątki przyjaciół, w trakcie której krok po kroku zbliżali się do swego Pana. Nie tylko w sensie życia doczesnego — zbliżania do Chrystusa zmartwychwstałego — ale nieustannie kształtując swą duchową formację w oczekiwaniu na ostateczne przyjście Pana. Nawet w tak ekstremalnych warunkach nie czynili tego biernie: przeciwnie, aktywnie pogłębiali wiarę, zgłębiali ją — indywidualnie albo, o ile to było możliwe, wspólnie — nigdy nie tracąc z widoku celu ostatecznego, Nieba…
A wszystko w trakcie nieustannych męczarni i cierpień.
Wkrótce przewieziono go wraz z pozostałymi do niemieckiego więzienia we Wronkach, następnie do więzienia sądowego w Berlinie, Zwickau, aż w końcu do Drezna, gdzie 24 sierpnia 1942 roku, w dniu Wspomnienia Maryi Wspomożycielki Wiernych, wykonano na nich wyrok śmierci poprzez zgilotynowanie. Oskarżono ich o zdradę, traktowano jak przestępców politycznych. Pochowani zostali w zbiorowej mogile, zaś ekshumacja ich szczątków jako relikwii jest niemożliwa.
W postawie Edwarda Klinika przejawia się niesamowite zaufanie Bogu i Maryi. Pozwolę sobie zacytować fragment grypsu napisanego przez niego w niemieckim więzieniu:
Bóg i Wspomożycielka jest zawsze z nami, a przy takiej opiece nigdy nie zginiemy […]Chociaż czasami nie staje się według naszego życzenia, to jednakże nie należy upadać i wątpić, ale silnymi ramionami podźwignąć Jego Krzyż i iść z nim poprzez ścieżkę życiową tak długo, dopóki On sam go nie zdejmie. Kto z cichością i poddaniem znosi swój krzyż, temu jest on bardzo lekki, natomiast kto się buntuje przeciw samemu losowi, ten jego ciężar podwaja
Dzisiaj, mając już za sobą duży okres szkoły życiowej, patrzę inaczej na świat, gdyż więzienie bardzo zmienia człowieka. Dla niejednych staje się szkodliwym, dla innych zbawiennym. Ja i moi koledzy możemy powiedzieć, że dla nas jest i będzie tym drugim
Wzruszająca jest też zaledwie 48 stronicowa książeczka do nabożeństwa napisana przez Edwarda w niemieckich więzieniach i z której modlili się poznańscy przyjaciele:
O Boże, dlaczego włożyłeś tak ciężki krzyż na moje ramiona?
»Synu, patrz na mnie, jak ja obarczony ciężkim drzewem krzyża z miłości do ciebie szedłem na Golgotę i nie wydobyłem z piersi mojej słowa skargi, a ty już teraz narzekasz?
Oddaj mi tylko miłość za miłość. Jam dobrowolnie oddał się tobie cały, stając się więźniem tabernakulum, a ty ile razy mnie odwiedziłeś?
Czy chciałbyś mieć dzisiaj lepiej ode mnie?«
O Boże, jak ciężko zgrzeszyłem. Rzucając się na kolana, dzisiaj prosić Cię tylko mogę o miłosierdzie, przebaczenie i pokutę.
Dziś, wyznając swe winy, wspólnie z żałującym łotrem wołać powinienem
”.
Natomiast w pożegnalnym, ostatnim liście do rodziny pisał:
Dziwne są wyroki Boże, lecz musimy się z nimi zawsze pogodzić, gdyż wszystko jest dla dobra naszej duszy […]
Dziwna jest wola Jezusa, że zabiera mnie już w tak młodym wieku do siebie, lecz jakże szczęśliwa będzie dla mnie to chwila, w której będę miał opuścić tę ziemię. Jakże mogę się cieszyć, że odchodzę do Pana i mojej Matuchny Najświętszej zaopatrzony Ciałem Jezusa.
Do ostatniej chwili Maria była mi Matką.
Teraz kiedy Ty Mamuńciu nie będziesz mnie miała weź Jezusa »Matko, oto syn Twój«”…
Do ostatniej chwili z moją silną wiarą w sercu idę spokojnie do wieczności, gdyż nie wiadomo co by mnie tutaj na ziemi czekało […]
Ja zrozumiałem moje życie dokładnie, poznałem powołanie życiowe i cieszę się że w niebie się odwdzięczę

3 komentarze:

  1. Piękna Postać, dobrze, że pokazujesz nam takie wzory.

    OdpowiedzUsuń
  2. Karolinko, dziękuję za przybliżenie postaci Edwarda, niezwykłego młodzieńca.
    Uściski serdeczne.

    OdpowiedzUsuń