Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 25 kwietnia 2017

Znaki czasu

Kilka lat temu miałam przyjemność uczestniczyć w parafialnej pielgrzymce do Lichenia. Nie było to moje pierwsze nawiedzenie tego miejsca, jeszcze w gimnazjum miałam okazję podziwiać na żywo tą niezwykłą, największą na ziemiach polskich świątynię obrządku katolickiego. Za pierwszym razem nawiedziliśmy jeszcze kościół św. Józefa w Kaliszu. Pięć lat później dodatkowo zahaczyliśmy jeszcze o Gniezno. 
Zawsze marzyłam o zobaczenia miasta, od którego rozpoczęła się historia naszego kraju. Wedle legendy to właśnie tutaj przed wiekami Lech podczas odpoczynku miał zobaczyć majestatycznego orła pilnującego swojego gniazda, w którym przebywały młode. W pewnym momencie królewski ptak wzniósł się w niebo i zatrzepotał swoimi skrzydłami na tle czerwonego od zachodzącego słońca nieba. Lech uznał to za znak, że właśnie tutaj ma założyć osadę, którą na pamiątkę tego widoku nazwano Gniezno, zaś orzeł z rozłożonymi skrzydłami na czerwonym tle po dziś dzień zdobi nasze narodowe godło. Gniezno do 1038 roku było stolicą formującej się Polski, jest także pierwszą metropolią kościelną i siedzibą prymasowską po dzień dzisiejszy.
Chyba taką jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy związanych z Gnieznem są słynne Drzwi Gnieźnieńskie znajdujące się w tamtejszej katedrze. Stojąc pod samymi drzwiami, które są wysokie na ponad 3 metry(dokładniej lewe mierzy 328 cm, zaś prawe 323 cm), człowiek czuje się bardzo malutki. Zwłaszcza kiedy mierzy zaledwie 154 cm... Są one wykonane z brązu i przedstawiają żywot świętego Wojciecha, jednego z patronów naszego kraju. Ich wykonanie datuje się na czasy panowania Mieszka Starego bądź Bolesława Krzywoustego(badacze nie są pewni co do tej kwestii). Każde z wrót zawiera po dziewięć kwater z płaskorzeźbami kolejnych scen z życia czeskiego męczennika od narodzin aż do śmierci.
Jakiś czas temu znalazłam na youtube ciekawą animację dotyczącą poszczególnych kwater z obydwóch wrót słynnych Drzwi. Nie wiem, może przemówiła do mnie właśnie dlatego, że w rzeczywistości niewiele dostrzegałam na górnych warstwach kwater. W każdym razie myślę, że warto ją obejrzeć. Bo oto nagle wszystko ożywa, chodzi, rusza się. Coś niezwykłego, co z całą pewnością zasługuje na miano "znaku czasu".
video
Ja zaś zastanawiam się, czy rzeźbiarzom sprzed kilku wieków śniło się, że kiedyś technika aż tak pójdzie do przodu, że ich dzieło ujrzy nowe światło dzienne? Może nie, a może... Wszak Leonardo da Vinci też przewidział wiele wynalazków, czyż nie?

niedziela, 23 kwietnia 2017

600 lat prymasostwa w Polsce

Na początek mała gra słów, która powstała po moim powrocie z zeszłorocznej pieszej pielgrzymki do Częstochowy:
- Wiecie, że obecnym prymasem Polski jest Polak?
- No chyba trudno, aby to był Niemiec, prawda?
Osobiście nie wyobrażam sobie obcokrajowca na tym stanowisku, a że zapomniałam imienia prymasa, to już inna historia. W każdym razie do dzisiaj śmieję się z tego nieporozumienia.
Na początku chciałabym wyjaśnić kim jest prymas Polski. Prymasem naszego kraju jest każdy urzędujący arcybiskup gnieźnieński. Tytuł ten oznacza pierwszeństwo w polskim episkopacie. Aktualnie prymasem naszego kraju jest arcybiskup Wojciech Polak, który sprawuje ten urząd od 2014 roku. Jest to już czwarty biskup, w ciągu mojego prawie 27-letniego życia. 
Pierwszym prymasem Polski był arcybiskup Mikołaj Trąba, który objął swoją funkcję w 1417 roku. W tym roku przypada więc dokładnie 600 lat istnienia tego urzędu w naszym kraju. Centralne uroczystości mają miejsce w katedrze gnieźnieńskiej i ściśle pokrywają się z uroczystościami odpustowymi ku czci jednego z patronów naszego kraju, świętego Wojciecha, którego historia została utrwalona na słynnych Drzwiach Gnieźnieńskich, zaś szczątki spoczywają w srebrnej trumience umieszczonej przy ołtarzu w katedrze.
A że obchody świętowania 600 lecia prymasostwa ściśle pokrywają się w czasie z obchodzonym od 17 lat Świętem Miłosierdzia Bożego, pozwolę sobie zamieścić tutaj wiersz napisany z okazji Nadzwyczajnego Roku Miłosierdzia Bożego:
Jest taki jeden obraz, wiszący w każdym niemal kościele.
Chociaż milczący – mówi bardzo wiele.
Widnieje na nim Jezus, z grobu już powstały.
Z boku wychodzą dwa strumienie – czerwony i biały.
Biały oznacza łaskę, ludzkie oczyszczenie.
Czerwony, krew jego – nasze odkupienie!
A na dole podpis – „Jezu ufam Tobie”.
Gdy jestem w potrzebie, powtarzam go sobie.

piątek, 21 kwietnia 2017

Kryzys wiary?

Ostatnio coraz częściej słyszę stwierdzenia, że ludzie coraz bardziej i bardziej oddalają się od wiary, w której zostali wychowani. Problem ten dotyczy w szczególności mieszkańców miast, gdzie na każdego czyhają różne pokusy odciągające nas od kościoła. Chociaż, w lipcu poprzedniego roku, czy chociażby kilka dni temu na Kalwarii mogłabym polemizować z tym stwierdzeniem. Z drugiej strony moja pierwsza uczelnia jest jakby katolicka, więc chyba ma jakieś realne dane. Poza tym sporo rozmawiam z moimi rówieśnikami i słyszę szczere zapewnienia, że gdyby wiara katolicka nie była aż tak zlansowana, to może by i nie odchodzili od niej.
Co prawda to prawda. Nie da się ukryć, że przez te dwa tysiące lat Kościół, który znamy z Dziejów Apostolskich bardzo się zmienił. Liczni reformatorzy powodowali różne odłamy chrześcijaństwa, włączając w nie swoje doktryny. Czy słusznie? Nie mnie to oceniać. W tym roku obchodzimy np. 500 lecie reformacji Marcina Lutra. Wiara niby mająca wiele wspólnego z katolicyzmem, a jednak tak bardzo odległa od niego. I wprowadzająca kolejne "udoskonalenia" mające doprowadzić wiernych do raju. Tak, jakby doktryna mówiąca o tym, że na Sądzie Ostatecznym będziemy sądzeni nie z wiary jaką wyznajemy, ale z uczynków i naszego sumienia się nie liczyła.
Nie ma idealnej wiary, która zaprowadziłaby nas pod Bramy Raju bez żadnych "stłuczek". Tymczasem coraz częściej mam wrażenie, że ludzie właśnie takiej poszukują - niewymagającej od nich nic. A przecież Bóg, jako dobry Ojciec, wymaga od nas wszystkich, nawet od ateisty tak podstawowych wartości, jak poszanowanie siebie i drugiego człowieka. Bo tak na prawdę nie trzeba w niego wierzyć - wystarczy być dobrym i prawym człowiekiem. Wydaje mi się jednak, że ludziom wierzącym jest łatwiej tego dokonać - bo trzymają się pewnych zasad określonych przez wyznawaną religię. Nie mówię oczywiście o fanatycznych muzułmanach, którzy zabijają "niewiernych" w imię Allacha, ale wbrew pozorom nawet islamiści są dobrymi ludźmi.
I na koniec zamieszczam ciekawy wywiad z Emmanuelem Carrere, autorem książki "Królestwo", który niejako przybliża nam te pierwsze lata po zmartwychwstaniu Jezusa, podczas których dopiero powstawały podwaliny Kościoła.

Emmanuel Carrère: chrześcijaństwo było najbardziej prawdziwe w swoich początkach

Ta bardzo mała żydowska sekta, która z założenia nie miała zbyt wielkich szans na powodzenie i w normalnych warunkach powinna zostać zapomniana, wraz z odejściem pierwszej czy drugiej generacji swoich wyznawców, w przeciągu trzech-czterech stuleci rozsadziła od środka imperium rzymskie, a po upływie dwudziestu wieków od powstania wciąż determinuje życie ludzi na całym świecie. To niesamowita historia! – mówi w rozmowie z Emilią Padoł Emmanuel Carrère.

Emmanuel Carrère, uznany francuski pisarz i scenarzysta filmowy, w "Królestwie", swojej najnowszej powieści, rekonstruuje początki chrześcijaństwa. Niegdyś gorliwie wierzący, dzisiaj agnostyk, Carrère pokazuje, jak rodziła się nowa religia i przybliża postaci, które ją formowały. Opowiada o tym, w co wierzyli jej pierwsi wyznawcy, a przede wszystkim mocno przypatruje się temu, jak powstawały najważniejsze dla niej księgi – Ewangelie. O tej, jak sam mówi, "powieściowej historii", opowiada z wielką erudycją, nie szczędząc czytelnikowi intertekstualnych odniesień, rzetelnych analiz i zaskakujących refleksji. O osobistym doświadczeniu – szczerze: zarówno o dniu, w którym przez chwilę widział, jak wygląda Królestwo, jak i o tym, co dzieje się, gdy wiara nagle odchodzi.

Emilia Padoł/Onet: Ponad 25 lat temu przeżył Pan religijne nawrócenie – codziennie uczestniczył Pan w mszy świętej, regularnie spowiadał się i przyjmował komunię świętą. Jak z perspektywy czasu patrzy Pan na to, co Pana spotkało?
Emmanuel Carrère*: Dzisiaj jestem zupełnie innym człowiekiem, a gdy patrzę wstecz, widzę w swoim zachowaniu coś ekstremalnego, histerycznego, co bardzo mnie zaskakuje i jest mi już całkowicie obce. Moja wiara była szczera, nie mam co do tego wątpliwości, ale obawiam się, że żarliwość, którą wykazywałem, nie może być dla wiary dobrą reklamą. Byłem bardzo egocentryczny, chciałem nadać sens swojemu życiu i trudnościom, które mnie spotykały. A moim zdaniem najważniejsze w chrześcijaństwie jest przeniesienie przesłania tej religii na innych ludzi. Tego bardzo mi w tamtym czasie brakowało.
Choć nie uważam się już za osobę wierzącą, pozostało we mnie zamiłowanie do chrześcijaństwa i przesłania Ewangelii. Mam nadzieję, że teraz jestem lepszym chrześcijaninem, niż wtedy, gdy się nim nazywałem.
"Królestwo" to Pana prywatne, literackie śledztwo. Dokonuje Pan dosyć zaskakującej rewizji początków chrześcijaństwa.
Myślę, że bez względu na to, czy się wierzy, czy nie, to wciąż jest jedna z najbardziej interesujących historii, jakie można opowiadać. O tym, jak ta bardzo mała żydowska sekta, która z założenia nie miała zbyt wielkich szans na powodzenie i w normalnych warunkach powinna zostać zapomniana, wraz z odejściem pierwszej czy drugiej generacji swoich wyznawców, w przeciągu trzech-czterech stuleci rozsadziła od środka imperium rzymskie, a po upływie dwudziestu wieków od powstania wciąż determinuje życie ludzi na całym świecie. To niesamowita historia!
Interesowało mnie, jak zostały napisane księgi Nowego Testamentu, które są podstawą tej historii – Ewangelie, a szczególnie jedna z nich. Jako pisarz, zadałem sobie pytanie: kim był jej autor? Oczywiście na temat tej postaci krąży wiele hipotez, ale ja chciałem przedstawić ją w sposób wiarygodny.

Mówi Pan oczywiście o Łukaszu, który jest bardzo ważną figurą w Pana książce, podobnie jak Paweł, któremu Łukasz towarzyszy. Obaj są zupełnie różni. Paweł – emocjonalny, porywczy, radykalny. Łukasz – wykształcony lekarz, dociekliwy obserwator.
W czasie pracy nad książką dosyć wcześnie odkryłem, że Paweł i Łukasz są cudowną powieściową parą. Są trochę jak Sherlock Holmes i Dr Watson, czy Don Kichot i Sancho Pansa. Jeden bardzo silny, wyrazisty, nieustannie mierzący się ze światłem i ciemnością, często  obwiniany i oskarżany. Drugi, czyli Łukasz, rozsądny, właściwie przyziemny.
Jaki te dwie postaci miały wpływ na chrześcijaństwo?
Oczywiście pierwszą osobą, która ukształtowała chrześcijaństwo, był Jezus, ale nie chciałem pisać o jego życiu, bo na ten temat powstało już wiele książek. Myślę, że historia Jezusa jest znana nawet tym ludziom, którzy nie zostali uformowani przez wiarę. Mogą nie znać jej bardzo dobrze, ale zasadniczo wiedzą, o co w niej chodzi.
Z kolei historia Pawła i Łukasza nie jest tak powszechnie znana. Paweł był mistykiem i politykiem, a Łukasz facetem, który opowiada historie, dlatego to on jest mi bliższy. Dobrze wiemy, kim był Paweł, bo mamy jego listy. Wiemy jak pisał, wiemy jak myślał. Z kolei o Łukaszu nie wiemy właściwie nic. Mamy dwie księgi: Ewangelię nazwaną jego imieniem i Dzieje Apostolskie. To na ich podstawie musimy zbudować swoje wyobrażenie o nim.
Myślę, że Łukasz nie był typem geniusza, którym był Paweł, ale był cudownym pisarzem. Przemówiło do mnie wiele cech jego charakteru, zupełnie nie był sekciarski czy fanatyczny. Nie był też kaznodzieją. Bardziej uważał się za kogoś, kogo dzisiaj nazwalibyśmy dziennikarzem, historykiem. Pierwsze zdania jego Ewangelii są zupełnie inne od początków pozostałych trzech. Tamte przyjmują perspektywę wiary, a Łukasz pisze w taki sam sposób, w jaki pisali historycy antyczni.

Co jeszcze wyróżnia Ewangelię Łukasza na tle pozostałych?
Lubię wszystkie Ewangelie, ale myślę, że Łukasz był najbardziej odpowiednim człowiekiem do przedstawienia tej historii, ponieważ – w przeciwieństwie do pozostałych autorów – nie był Żydem. Przybył ze świata greckiego, był świadkiem przeplatania się tych dwóch kultur: greckiej i judaistycznej. Ja też nie jestem Żydem, znam Torę, badałem kulturę i religię żydowską, ale nie urodziłem się i nie wychowałem w tej tradycji. Dlatego łatwiej mi było skupić się na postaci, która też podchodziła do judaizmu z zewnątrz.
Łukasz był Grekiem, czuł się historykiem lub kronikarzem, a równocześnie, do pewnego stopnia, pozostawał powieściopisarzem. Wiele rzeczy w jego Ewangelii jest wymyślonych, nie ma ich w innych Ewangeliach i nie wiemy, skąd – poza swoją wyobraźnią – Łukasz mógł je wziąć. Na przykład przypowieść o miłosiernym Samarytaninie czy przypowieść o synu marnotrawnym.
Polubiłem Łukasza. Im więcej o nim pisałam, tym lepiej go sobie wyobrażałem. To była naprawdę sympatyczna postać. Gdy porównać go do Jana, który był wielkim pisarzem i geniuszem religijnym, Łukasz onieśmiela znacznie mniej. Jest w nim coś bardzo ludzkiego.

Pierwsi chrześcijanie nie mieli jeszcze swojego kanonu, byli dosyć mocno podzieleni – pokazuje Pan, że nieustannie się między sobą spierali. W co więc wierzyli?
Myślę, że przede wszystkim w zmartwychwstanie Jezusa, to ono było podstawą ich wiary. Może wierzyli też w jego przesłanie, przesłanie Ewangelii. Stary Testament powstawał na przestrzeni wielu wieków, pisało go wielu autorów, najczęściej anonimowych, i był to bardzo długi proces. Nowy Testament jest krótszą księgą, napisaną przez dwie generacje autorów, którzy znali się, spotykali, często się ze sobą spierali, czasem byli przyjaciółmi, a czasem wrogami. Moim celem było wykonanie czegoś w rodzaju fresku, który przedstawiałby tych, żyjących w tym samym świecie, ludzi. Chciałem odmalować ich rzetelnie i prawdziwie, bo dominuje tendencja, żeby myśleć o nich jak o świętych noszących nad głowami aureole. A to byli ludzie, którzy mieli swoje słabości – i je też chciałem pokazać.
Postaci, które Pan przedstawia, to m.in. Piotr, Jan czy Jakub. Szczególnie interesująca jest postać Jakuba, brata Jezusa – w Kościele od wieków właściwie zapomniana.
Jakub jest marginalizowany, ponieważ reprezentuje bardzo ortodoksyjną żydowską tradycję. Prawdopodobnie Jezus też był jej częścią. Kiedy chrześcijaństwo nie nazywało się jeszcze chrześcijaństwem, zostało osadzone w rzymskim kręgu kulturowym. Od tego czasu nie było już miejsca dla tradycji, którą ucieleśniał Jakub. W ten sposób został zapomniany.
Czy chrześcijaństwo – formujące się na tle tradycji judaistycznej i grecko-rzymskiej – najsilniej z nich wyostrzało wewnętrzne konflikty przeżywane przez człowieka, było najbardziej emocjonalne?
Tak, oczywiście. W chrześcijaństwie wyjątkowe jest to, że zanim zmieniło się w doktrynę, było opowieścią, nawet gotową powieścią. I myślę, że to właśnie uczyniło je tak popularnym. Ja chciałem opowiedzieć o okolicznościach, w których ta powieść została napisana.
A kiedy chrześcijaństwo nabrało podejrzeń wobec ludzkiej cielesności i seksualności?
Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że wielka nieufność wobec seksualności nie została zapoczątkowana przez Pawła. Bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy mogli powiedzieć, że to wszystko jego wina, ale ta podejrzliwość zaczęła się od Jezusa – możemy to stwierdzić na podstawie Ewangelii.

Co my właściwie wiemy o Jezusie – jako postaci historycznej?
Cztery Ewangelie nie były pisane jako relacje naocznych świadków opisywanych wydarzeń. W przypadku Jana to może być dyskusyjne, ale zasadniczo tak jest. Autorzy Ewangelii nie byli towarzyszami Jezusa, pisali swoje teksty kilka dekad później. Nie twierdzę, że ich słowa są niewiarygodne, ale na pewno były już kształtowane przez to, w co wierzyli i w co wierzyły ich społeczności. Niestety nie mamy bezpośredniego dostępu do Jezusa, a pomiędzy Ewangeliami jest wiele sprzeczności.
Ale muszę przyznać, że te sprzeczności są akurat czymś, co podziwiam. To piękne, że kiedy wczesny Kościół formował kanon, około 300-400 lat po Chrystusie, nie uległ tej oczywistej pokusie, którą byłoby stworzenie z czterech niespójnych relacji jednej oficjalnej, tzw. "zgodnej z linią partii". Oni tego nie zrobili i myślę, że to wypływało z uczciwości, a także – choć może nieświadomie – z literackiej intuicji.
Cztery różniące się między sobą historie tworzą znacznie bardziej efektowny i głęboki obraz niż jedna. Dzięki temu Jezus został przedstawiony w bardzo nowoczesny sposób.

Zmartwychwstanie – to esencja chrześcijaństwa, ale pisze Pan, że najstarsza ze wszystkich Ewangelii, Ewangelia Marka, w oryginale nie była zakończona sceną zmartwychwstania. Jak to możliwe?
Oryginalna historia Marka kończy się sceną z udziałem kobiet, które przychodzą do grobu Jezusa i odkrywają, że jego ciała już w nim nie ma. "Nikomu też nic nie powiedziały, bo się bały" – to ostatnie słowa Marka, zapisane w najstarszym manuskrypcie, pochodzącym z III-IV wieku. Oznacza to, że w tym czasie tak właśnie kończyła się ta Ewangelia. Ostatni rozdział, dotyczący zmartwychwstania, pojawił się później. Oczywiście uważam, że idea zmartwychwstania od początku była podstawą chrześcijańskiej wiary, ale we wczesnych Ewangeliach najwyraźniej nie był to najważniejszy fakt. To tajemnicze i bardzo intrygujące.
Pod koniec książki pisze Pan, że nie jest zaskoczony tym, że Kościół odszedł od swoich korzeni – wręcz przeciwnie: podziwia Pan to, jak bardzo starał się pozostać im wierny. Dla wielu to może być dosyć zaskakująca konkluzja.
Uważam, że się starał, choć nie sądzę, że mu się to udało (śmiech). Myślę, że historia Kościoła pokazuje, że chrześcijaństwo było najbardziej prawdziwe w swoich początkach, we wczesnym "dzieciństwie", a nie gdy dorosło – co jest przeciwieństwem wyobrażenia, jakie mamy o ludzkim życiu.
I jest jeszcze coś, co bardzo zaskakuje, a mianowicie to, jak często chrześcijaństwo jest kojarzone z konserwatywnymi, reakcyjnymi siłami. Przecież chrześcijaństwo jest ich dokładnym przeciwieństwem. To jest historyczny fakt, któremu nie można zaprzeczyć i to naprawdę dziwne, że przesłanie Jezusa, które kontrastuje z wszelkim konserwatywnym myśleniem, zostało z nim powiązane. To tylko jeden z paradoksów, w które obfituje historia chrześcijaństwa.


* Emmanuel Carrère (1957) – francuski pisarz, twórca filmowy, scenarzysta. Jego książki przetłumaczono na dwadzieścia języków. Do rąk polskiego czytelnika oddano "Przeciwnika", "Powieść rosyjską", "Limonowa", "Nie moje życie", "Wąsy". "Królestwo" ukazuje się nakładem Wydawnictwa Literackiego w przekładzie Krystyny Arustowicz. We Francji powieść rozeszła się w nakładzie 340 tys. egzemplarzy, stając się także książką roku dziennika "Le Monde" i zdobywając nagrodę Prix LiRE dla najlepszej książki 2014 r.

środa, 19 kwietnia 2017

Magiczna historia umiejącego podróżować w czasie Rafała, która komponuje się z dzisiejszą rocznicą

Książka Marcina Szczygielskiego "Arka Czasu" rzuciła mi się już jakiś czas temu, kiedy w oczekiwaniu na busa mającego zawieść mnie do rodzinnej miejscowości udałam się do mieszczącej się w Galerii Krakowskiej księgarni "Matras". W sumie to bardzo często w ten sposób spędzam czas wolny - chodząc pomiędzy regałami z książkami i wypatrując kolejnych nowości. Niekoniecznie w celu zakupu, ale chociażby po to, aby dowiedzieć się co aktualnie wyszło na rynek, czy nawet nacieszyć oczy kolorowymi okładkami. Tego dnia książka "Arka Czasu" znajdowała się na głównej wystawie. Jej nietypowa kolorystycznie okładka zwróciła moją uwagę. Delikatnie wzięłam ją w swoje koślawe ręce i przeczytałam recenzję znajdującą się na tylnej stronie okładki. Spodobała mi się, zwłaszcza że holokaustem interesuję się od dłuższego już czasu(gdzieś od 5 klasy). Odłożyłam ją jednak z powrotem na półkę, bo przecież mam inne wydatki, ale z postanowieniem, że kiedyś ją przeczytam, chociaż jest ona napisana głównie dla dzieci. Jakiś czas później dostałam możliwość zrecenzowania jej, co wiązało się z otrzymaniem egzemplarza zupełnie za darmo do domu. Nie wahałam się ani chwili, zwłaszcza że przy pracy z dziećmi wszystko może się przydać. W ten sposób "Arka Czasu" trafiła na półkę w moim domu. Przeczytanie jej treści trwało tyle, ile podróż pendolino z Sosnowca do Warszawy i z powrotem - czyli niewiele ponad 4 godziny. Czy było warto? Zapraszam do przeczytania poniższej recenzji:

Tytuł: "Arka Czasu"
Autor: Marcin Szczygielski
Wydawnictwo: Latarnik
Warszawa 2015

Podróżowanie w czasoprzestrzeni zawsze fascynowało i fascynuje w dalszym ciągu ludzi. Chcielibyśmy cofnąć się do przeszłości, aby zmienić niektóre wydarzenia w naszym życiu, jak również przenieść się do przyszłości, żeby zobaczyć co nas czeka. Powstało też wiele filmów na ten temat, jak na przykład słynna trylogia „Powrót do przyszłości”. Na razie takie podróżowanie w czasie jest jedynie mrzonką, nie wykluczone jednak, że kiedyś powstanie wehikuł czasu. Na przykład taki jak w „Arce czasu” autorstwa Marcina Szczygielskiego. Jej głównemu bohaterowi udało się przenieść do przyszłości, by następnie wrócić do czasów, w których faktycznie żył.
Wyobraźcie sobie, że macie zaledwie osiem lat i mieszkacie w zamkniętej murem dzielnicy, której nie wolno Wam opuścić. Nie chodzicie do szkoły, ponieważ wszystkie zostały zamknięte kilka lat wcześniej. Często nie macie co jeść, a strach o jutro na zawsze wkroczył w Wasze krótkie życie. W końcu nie macie też rodziców, a przynajmniej nie przy sobie. Ale macie dziadziusia, który dba o Was w tych trudnych chwilach, niekiedy przejmując rolę nauczyciela, a także książki wypożyczane z biblioteki w cenie 5 złotych na miesiąc.
Tak najkrócej można przedstawić życie małego chłopca o imieniu Rafał, którego dzieciństwo przypadło na czasy II wojny światowej. Z powodu swojego żydowskiego pochodzenia zostaje zamknięty w getcie warszawskim wraz z dziadziusiem. Rodzice chłopca przepadli gdzieś w wojennej zawierusze, dla Rafała wyjechali jednak do Afryki. Pewnego razu bibliotekarka z biblioteki działającej na terenie getta wypożycza chłopcu „Wehikuł czasu”, książkę opowiadającą o podróżowaniu w czasoprzestrzeni. Rafał z zapałem czyta lekturę. Tymczasem sytuacja w getcie staje się coraz bardziej napięta, chłopiec z dziadkiem musi przenieść się do mniejszego pokoju. Dziadek, przeczuwając zbliżającą się zagładę, postanawia przeprowadzić chłopca na drugą stronę getta. Aby tego dokonać poświęca przedmiot swoich dochodów – skrzypce, dzięki którym zarabia na życie. Chłopiec zostaje ukryty w zniszczonym ogrodzie zoologicznym. Tam, będąc w gorączce, odbywa pierwszą podróż w czasie, do przyszłości. Z czasem poznaje Emanuela i sąsiadkę z kamienicy, w której mieszkał w getcie – Lilkę, a także szopa-pracza o imieniu Miksiu oraz szakala Bursztyna. Dzieci wspierają się w przetrwaniu w tych trudnych czasach, niejednokrotnie podbierając warzywa z ogródków działkowych znajdujących się na terenie zoo. Emanuel buduje też arkę, którą dzieci chcą odpłynąć z opanowanej wojną stolicy. Tuż przed wypłynięciem Rafał wraca do getta, zobaczyć czy z dziadziusiem wszystko w porządku. Uspokojony dołącza do swoich przyjaciół. Ich wyprawa ma jednak zupełnie inny przebieg, niźliby się tego spodziewali.
Książka, chociaż porusza niezwykle trudny temat, napisana jest w sposób optymistyczny. Występuje w niej narrator pierwszoosobowy, dzięki czemu poznajemy rzeczywistość z perspektywy samego Rafała. Malec, chociaż jest bystry i inteligentny, wyraźnie nie do końca zdaje sobie sprawę z tragedii, której stał się świadkiem. Wszystko dzięki dziadkowi oraz wypożyczanych z biblioteki książek. Zresztą od dziadka i wnuka bije niesamowita miłość, jeden bardzo troszczy się o drugiego. Nawet po wydostaniu się z getta, Rafał nie przestaje myśleć o swoim opiekunie. Równie silna więź łączy go ze Stellą, a także Emanuelem i Lilką. Pozytywnie zaskoczył mnie koniec książki, kiedy okazało się, że wszyscy ocaleli, zaś po kilkudziesięciu latach pewien staruszek zobaczył w zoo siebie sprzed 70 lat, co uwierzytelniło fakt, że naprawdę odbył podróż w czasie.
Temat holokaustu jest niezwykle trudny do przekazania dorosłym, a co tu dopiero mówić o opowiedzeniu go dzieciom. Tymczasem Marcin Szczygielski mistrzowsko opracował ten temat. Język książki jest prosty i zrozumiały, trudniejsze słowa przystępnie wyjaśnione, zaś cała akcja ujmująca za serce. Nie da się jej  przerwać czytać ot tak sobie, ponieważ od razu pojawia się pytanie: i co dalej? Dodatkowym atutem powieści są dwie mapki przedstawiające plan getta warszawskiego oraz ogrodu zoologicznego wraz z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami dla Rafała, jak również trasami jego drogi. Dzięki temu mieszkańcy stolicy mogą wczuć się w głównego bohatera powieści. Bohatera, który na koniec okazuje się postacią autentyczną…

Pamiętajmy dzisiaj o bohaterskim Powstaniu w getcie warszawskim, które wybuchło 74 lata temu i ludziach, którzy zginęli walcząc w nim o swoją wolność oraz godność, bez względu na wyznawaną przez siebie religię. Widząc ich siłę walki i determinacje, Warszawiacy sami chwycili za broń kilkanaście miesięcy później, kiedy po dzielnicy żydowskiej zostało już tylko wspomnienie. Tym bardziej, że historia dużo więcej uwagi poświęca temu drugiemu, zaś powstanie w getcie żydowskim traktuje jako nieprzyjemny temat. Ja zaś uważam, że powstanie to było równie ciekawe, jak owiane legendą powstanie warszawskie. Od lat symbolem pamięci o tym zrywie jest prosty żonkil przypinany w dniu 19 kwietnia. I jeszcze to zdjęcie, które pamiętam jeszcze z podręcznika do historii z podstawówki, a które stało się symbolem okrutnego losu, który spotkał setki tysięcy ludzi, tylko dlatego, że wyznawali taką a nie inną wiarę:

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wielki Tydzień na Kalwarii Zebrzydowskiej widziany moimi oczami

Było zimno. Było deszczowo. A za razem bardzo uroczyście. Aura przypominała tą, jaka przyświecała obchodom Wielkiego Tygodnia sprzed dwóch lat, z tą różnicą, że teraz nie przewracałam się na zabłoconej drodze. Ale i tak nogawki moich spodni nie pozostawiały wiele do życzenia. Na szczęście w plecaku miałam zapasową parę, którą przebrałam już w mojej parafii. Marsz z rzeszą tysięcy ludzi powodował, że nie marzłam pomimo ciągle opadającego z nieba deszczu.
Pierwszy raz miałam okazję uczestniczenia w uroczystościach Wielkiego Tygodnia już od Niedzieli Palmowej, co opisałam >>TU<<. Teraz przyszła pora na relację z pozostałych dni. 
Wielka Środa był dla mnie normalnym dniem nauki. Zajęcia na krakowskim AWFie kończyłam o 17:30, Misterium Męki Pańskiej zaczynało się 2,5 godziny później. Dużo to i mało. Tym bardziej, że na Zakopiance mógł być korek. I był, wskutek czego na miejsce dotarłam po 19. A jeszcze musiałam przejść z przystanku na kalwaryjskie wzgórze, na którym stoi klasztor. Na miejscu znalazłam się tuż przed 20. Niestety, pomimo tego, że stałam przy samej scenie nie było to dogodna miejscówka do robienia zdjęć, a techniki "na żurawia" jeszcze nie opanowałam. Oczywiście stojąc na palcach coś tam widziałam, prawda jest jednak taka, że gdybym była po drugiej stronie, warunki do uwiecznienia wszystkiego na aparacie miałabym idealne. No nic, może za rok się uda? Teraz posłużę się zdjęciami ze strony sanktuarium:
 
 
 
 
 
W Wielką Środę wspominana jest uczta u Szymona podczas której jawnogrzesznica obmyła Zbawicielowi nogi drogimi olejami, co nie spodobało się gospodarzowi. Zdarzenie opisuje Ewangelia według świętego Łukasza w rozdziale 7: "Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: «Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą». Na to Jezus rzekł do niego: «Szymonie, mam ci coś powiedzieć». On rzekł: «Powiedz, Nauczycielu!». «Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?». Szymon odpowiedział: «Sądzę, że ten, któremu więcej darował». On mu rzekł: «Słusznie osądziłeś». Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: «Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje». Do niej zaś rzekł: «Twoje grzechy są odpuszczone». Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: «Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?». On zaś rzekł do kobiety: «Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!»". Następnie byliśmy "świadkami" tego, jak Judasz wydał swojego Mistrza Wysokiej Radzie, za jedyne 30 srebrników. Kiedy człowiek tego słucha już ma ciary na plecach, kiedy w tym niejako uczestniczy... Brak mu słów.
Misterium w Wielki Czwartek rozpoczęło się tradycyjnie o 13:00 odśpiewaniem Gorzkich Żali, po których wszyscy uczestniczyliśmy w Ostatniej Wieczerzy podczas której ustanowiono dwa najpiękniejsze sakramenty: kapłaństwo oraz Eucharystię, jak również obmyto nogi 12 Apostołom(wszystkie czwartkowe zdjęcia są mojego autorstwa).
 
 
 
 
 
A potem ruszyliśmy w 7-stacjową podróż aż do sądu Kajfasza. W tym roku tematem przewodnim rozważań zarówno w Wielki Czwartej, jak i Piątek było życie i działalność Brata Alberta, którego wspominamy w tym roku.

Uroczystość zakończyła się zaprowadzeniem Jezusa Chrystusa pod sąd arcykapłana Kajfasza, która kazał wtrącić Zbawiciela na całą noc do więzieniu, aby rano poddać go szczegółowemu sądowi. Przy ostatniej stacji na zakończenie odbywała się Msza święta, ja jednak wolałam zejść do klasztoru, aby uczestniczyć w tamtejszej Mszy świętej o godzinie 19:30.
W Wielki Piątek Misterium rozpoczęło się o godzinie 6 rano porannym sądem u Kajfasza. Pomimo niezbyt sprzyjającej aury zjawiło się na nim dość sporo ludzi. Kajfasz odesłał Jezusa do Piłata, a on znów do Heroda, który jednak zdecydował, że Jezusa powinien osądzić jednak Piłat. Pierwszy raz po trzech latach udało mi się dotrzeć z procesją do pałacu Heroda, aby zobaczyć te wszystkie sceny na własne oczy.
Następnie wróciliśmy do kaplicy Poncjusza Piłata, aby wysłuchać dekretu skazującego Jezusa na haniebną śmierć na krzyżu oraz słowa metropolity krakowskiego, księdza Marka Jędraszewskiego, który wygłosił przepiękne kazanie dotyczące postprawdy i problemu odchodzenia od Boga, a jednocześnie przypominał nam o krajach, w których wyznawcy chrześcijaństwa trafiają do więzienia za swoją wiarę, np. w Syrii. Poza tym, do dzisiaj nie wiem jak to się mogło stać, znalazłam się w "tunelu ludzi", pomiędzy którymi przeszedł kardynał wyciągając swoją dłoń do wiernych. Kiedy pomarszczona dłoń znalazła się obok mnie, tak jak inni ją ucałowałam. A wtedy kardynał uczynił znak krzyża na moim czole. Kurcze, naprawdę musi po mnie widać, że coś jest ze mną nie tak, bo wobec nikogo dookoła nie uczynił podobnego gestu. A może po prostu Bóg tak chciał...
A potem ruszyliśmy całym korowodem towarzysząc Jezusowi przez kolejne stacje Jego Drogi Krzyżowej, jak również na nowo odkrywając życiorys świętego Adama Chmielowskiego. Każdy z nas niósł z sobą jakąś intencję, jakiś cel. Najbardziej wymagająca jest chyba wejście na Górę Trzeciego Upadku, zwłaszcza kiedy idzie się w zwartym tłumie, a każdy nieostrożny ruch niósł za sobą ryzyko upadku nie jednej osoby, ale całej rzeszy, zaś patrząc na warunki atmosferyczne można było przypuszczać, że to nie takie trudne. Na szczęście do żadnego karambolu nie doszło. W razie czego zawsze można było liczyć na pomoc służb maltańskich.
Ciekawostką jest fakt, że kiedy we wszystkich kościołach odprawiana jest 14-stacjowa Droga Krzyżowa, tu na Kalwarii kończy się ona na 11 stacji. Dlaczego? Nie mam pojęcia. W każdym razie przy kaplicy ukrzyżowania, która była pierwszym kościołem na dróżkach, kończy się całe Misterium, a za razem odbywa Liturgia Wielkopiątkowa. Ja jednak na niej nie zostałam, ponieważ musiałam wracać do domu, aby uczestniczyć w parafialnej Drodze Krzyżowej. Ale to już temat na osobną notatkę.

niedziela, 16 kwietnia 2017

"Zza horyzontu wielka światłość wdziera się w historię i zwyciężając mroki czasu staje się pamiątką

Śmierć pokonana, wygrało życie - Pasha w całym świecie.
Powiew wiatru w każdym sercu - Duch Zmartwychwstałego!"
Grób w mojej parafii(jeszcze przed Zmartwychwstaniem Pańskim)
Radosna procesja wokół osiedla oznajmiła wszystkim zgromadzonym, że Syn Boży po trzech dniach powstał z martwych, otwierając tym samym każdemu z nas drzwi do Nieba. Głośne dzwonienie trzymanych przez ministrantów dzwoneczków przeplatane śpiewem pieśni wielkanocnych odbijało się echem pomiędzy szarymi blokami. Ludzie, którzy jeszcze wtedy spali, pewnie znowu będą się żalić, że te wszystkie kościelne rytuały nie dają im wypocząć nawet w niedzielę. Trudno, każdy świętuje na swój sposób.
W takich chwilach zastanawiają mnie emocje, jakie mogły targać strażników pełniących wartę przy grobie Chrystusa oraz kobietami, zmierzającymi rankiem do grobu w obawie, czy znajdzie się ktoś, kto odsunie im ciężki kamień. Ci pierwsi byli naocznymi świadkami zmartwychwstania. Jak głosi jedna z wielkanocnych pieśni: "Ziemia się trzęsie, straż się grobu miesza". Przestraszeni trzęsieniem ziemi oraz niewyobrażalną jasnością bijącą od zamkniętego grobu najzwyczajniej w świecie uciekli, prawdopodobnie wiążąc to z naturalnym trzęsieniem ziemi. Nikt bowiem nie przypuszczał, że słowa Chrystusa dotyczące "zburzenia Świątyni i odbudowanie jej w ciągu trzech dni" wiążą się z jego własnym ciałem, a nie ze słynną Świątynią Jerozolimską (nota bene zburzonej w 70 roku i do dzisiaj nie odbudowanej). Wobec braku wiary, wszak byli oni poganami, trwoga kazała im uciec jak najdalej od tego "przeklętego miejsca", zaś napotkanym ludziom opowiadać, jak to uczniowie Nauczyciela z Nazaretu wykradli jego Ciało, symulując tym samym obiecane przez tego człowieka zmartwychwstanie.
Kobiety jerozolimskie zaznały zupełnie innego uczucia. Idąc do grobu spodziewały się, że zastaną zasłonięty ciężki kamień. Ich największym zmartwieniem było to, kto odsunie im ten ciężki głaz. Owszem, mogły poprosić o to stojących na straży żołnierzy rzymskich, jednak strach był paraliżujący. Jakież musiało być ich zdumienie, kiedy zobaczyły odsunięty kamień, jak także brak straży, i co gorsze, samego ciała. I tylko jedna myśl - ukradli Ciało Mistrza i zanieśli nie wiadomo dokąd. Jakże prozaiczna z perspektywy tych dwudziestu jeden wieków, a jednocześnie - jakże zwyczajna, prosta, ludzka. Bo przecież takie były te jerozolimskie kobiety - zwyczajne, proste i ludzkie. Nic więc dziwnego, że na początku nie rozpoznały Anioła stojącego przy grobie, że pomyliły go ze strażnikiem. Ale jakaś podświadomość kazała im nie uciec, zostać. I jeszcze te słowa, że "szukacie go, a On zmartwychwstał". Któż z nas, nie znając Nowego Testamentu, uwierzyłby w to zapewnienie? A one, w swoim prostym i niewykształconym życie, uwierzyły. Co więcej, poszły ogłosić tą niebywałą nowinę Apostołom, a następnie całemu światu: "Śmierć pokonana, wygrało życie - Pasha w całym świecie! Powiew wiatru w każdym sercu, Duch Zmartwychwstałego!". Jakże odważne były te "słabe, proste" kobiety w przeciwieństwie do z pozoru silnych i mężnych żołnierzy rzymskich! Jakże wymownie z tej perspektywy brzmi "Psalm z Krakowem" z repertuaru Piotra Rubika:
I na koniec, stojąc u progu kolejnej Wielkanocy, zostawiam Was wszystkich z pytaniem: czy bliżej Wam w Waszym życiu do postawy rzymskich, tchórzliwych żołnierzy, czy też odważnych, prostych kobiet jerozolimskich? Życzę Wam, abyście częściej byli tymi kobietami, niż żołnierzami. Oraz tego, abyście planując swoje życie, nie zapomnieli też o tzw. "dniu dzisiejszym" i potrafili cieszyć się także nim!

"Nadeszła już godzina wiosny - czas łaski na przemianę,
nie czekaj jutra, "dziś" jest darem, przyjmij to z zapałem.
Powroty szczere, słowa nowe, serca nawrócenie,
Chrystus niesie każdemu z ludzi nowości czas.
I my z Nim... Objęci Jego światłem, 
złączeni Jego krzyżem, śpiewamy jednym głosem:
Emmanuel, Emmanuel, Emmanuel" 

sobota, 15 kwietnia 2017

O Johnie Jacobie Astorze IV w 105 rocznicę zatonięcia "Titanica"

Zanim jeszcze wejdziemy w świąteczny nastrój, a ja naskrobię coś na temat ostatnich trzech dni spędzonych na Misterium w Kalwarii Zebrzydowskiej(Ci co mają mnie w znajomych na facebooku mogą się domyślać, co m.in. napiszę), pragnę przypomnieć o pewnej rocznicy, jaką obchodzimy w dniu dzisiejszym. Pewnie nawet nie zwróciłabym na nią uwagi, gdyby nie moje zainteresowania ściśle związane z wszystkim co łączy się z słowem "Titanic". Wierni czytacze bloga zapewne jeszcze pamiętają, jak we wrześniu ubiegłego roku wybrałam się do Warszawy, aby zwiedzić wystawę poświęconą temu statkowi. Na regale z książkami stoi zaś model parowca(niestety, niepomalowany więc pozwólcie, że się nim nie pochwalę), w segregatorze skrzętnie zbierane notatki na tematy techniczne najlepszego transatlantyku w ówczesnym świecie, w teczce sto numerów czasopisma dotyczącego jego historii.
Rok temu natrafiłam na artykuł dotyczący historii jednego z pasażerów "Titanica" - Johna Jacoba Astora II. Samą postać znam dosyć dobrze, wszak w czasopiśmie dołączonym do fragmentu modelu statku dość dużo miejsca poświęcono tej sylwetce. Nie oznacza to jednak, że spoczywam na laurach. A i z Wami chciałabym się podzielić chociaż w małym stopniu moim hobby. Tak więc Panie i Panowie, przedstawiam Wam jedną z najwspanialszych postaci ówczesnych czasów - pana Johna Jacoba Astora II:
Ponad 120 lat temu przewidział powstanie telewizji, samolotów, broni atomowej, elektrycznych samochodów i Skype’a. Finansował eksperymenty Nikoli Tesli, jednego z największych wynalazców w historii. Wraz z kuzynem zbudował najbardziej luksusowy hotel świata – Waldorf-Astoria. Walczył w zwycięskiej wojnie o niepodległość Kuby. Był jednym z najbogatszych ludzi na Ziemi. Świat leżał u jego stóp. Aż w kwietniu 1912 wsiadł na pokład niezatapialnego Titanica.
W 1897 roku w Nowym Jorku zbudował hotel Astoria w sąsiedztwie hotelu Waldorf, który z kolei wzniósł jego kuzyn – William Waldorf Astor. Z czasem obydwa przybytki się połączyły, tworząc największy i najbardziej luksusowy hotel tamtych czasów – Waldorf-Astoria. Jako jeden z pierwszych oferował elektryczność, telefon i łazienkę w każdym pokoju. W ociekającym złotem hotelu odbywały się bale, na których bawili się milionerzy, politycy i ówcześni celebryci. O ironio, to właśnie w sali balowej hotelu Waldorf-Astoria cztery dni po zatonięciu Titanica rozpoczęto dochodzenie w sprawie katastrofy. To tu zebrali się amerykańscy senatorowie, aby wysłuchać zeznań tych, którzy przeżyli. Następnie dochodzenie przeniesiono do Waszyngtonu.
Kilka lat później Astor zbudował także nowojorskie hotele Knickerbocker i Hotel St. Regis. Wtedy był już jednak bohaterem wojennym.
NA WOJNIE
Amerykanie w końcu XIX wieku byli mocno poirytowani agresywną polityką nieokrzesanych hiszpańskich kolonizatorów na sąsiedniej Kubie. Chcieli wypchnąć Hiszpanów z tej części świata. Za pretekst do interwencji posłużyło zatonięcie amerykańskiego pancernika w 1898 roku w porcie w Hawanie. Gdy wybuchła wojna, Astor właśnie wrócił ze swojej podróży jachtem na Kubę. Popierał niepodległość kubańską, więc zgłosił się jako ochotnik do wojska, chociaż był na tyle bogaty, że z łatwością mógł uniknąć służby wojskowej.
•  Został od razu mianowany podpułkownikiem. Miał pod sobą batalion wolontariuszy. Wydał 100 tys. dolarów z własnych pieniędzy na wyposażenie żołnierzy. Na czas walk przekazał też swój jacht państwu. W wyniku krótkiej wojny Hiszpania utraciła Kubę, Filipiny, Portoryko i Guam. Tak skończył się hiszpański okres kolonializmu.
WIZJONER SPOTYKA WIZJONERA
Po wojnie Astor zainwestował 100 tys. dolarów w firmę Nikoli Tesli. Był zafascynowany geniuszem serbskiego wynalazcy, który skonstruował setki urządzeń elektrycznych. Tesla wprowadził się do hotelu Waldorf-Astoria, gdzie mieszkał za darmo.
Zgodnie z umową miał wykorzystać pieniądze na udoskonalanie systemu przesyłania prądu i oświetlenia. Zamiast tego wydał je na spektakularne eksperymenty poświęcone bezprzewodowemu przesyłowi prądu, co stało się jego obsesją. Skończyły się one równie spektakularnym fiaskiem, a przy okazji Tesla o mało co nie spalił okolicy. Do tego skupiał się na odbiorze, jak twierdził, sygnałów od kosmitów. Astor stracił cierpliwość i zerwał z nim kontakt.
Ostatecznie mu jednak wybaczył. Panowie rozpoczęli nawet współpracę przy samobieżnym samolocie. Przerwała ją katastrofa Titanica. Po śmierci Astora kolejni inwestorzy zaczęli zrywać współpracę z Teslą. Wynalazca znalazł się na granicy bankructwa.
DŻENTELMEN DO KOŃCA
Astor uchodził raczej za fajtłapę niż playboya. Niemałe oburzenie wywołał więc jego rozwód i powtórne małżeństwo. Z pierwszą żoną, Avą Lowle Willing, ożenił się w 1891 roku. Miał z nią dwójkę dzieci. Niestety, szybko się okazało, że Ava nie tyle poślubiła Johna, co jego pieniądze. Była szorstka zarówno względem niego, jak i dzieci. Po osiemnastu latach małżeństwo się rozpadło z hukiem. Niedługo potem, w 1911 roku, Astor ożenił się z osiemnastoletnią Madeleine Force. Nie był to mezalians, bo Force pochodziła z bogatej rodziny, problem polegał na tym, że była ona młodsza od niego o 29 lat. Co więcej, była nawet młodsza od syna Astora. Żeby uniknąć plotek i nienawistnych spojrzeń, młoda para wydłużyła miesiąc miodowy, udając się do Egiptu i Francji. Astor przepłacił tę decyzję życiem. Wiosną 1912 roku Astorowie postanowili wrócić do domu pierwszą klasą wypływającego w dziewiczy rejs Titanica.
Wsiedli na pokład we francuskim Cherbourgu wraz z kamerdynerem, pokojówką oraz pielęgniarką, która miała pomagać ciężarnej Madeleine. Zajęli kajuty C-62-64. Astor od początku rejsu był bardzo zainteresowany tym, jak działa statek i męczył kapitana o szczegóły.
Gdy 14 kwietnia o 23:40 Titanic uderzył w górę lodową, Astorowie byli już w łóżkach. John powiedział żonie, że coś się wydarzało i że lepiej będzie, jak wstanie, i się ubierze. Sam, szykując się, cały czas zapewniał ją, żeby się nie martwiła, bo przecież Titanic nie może zatonąć. Po chwili wyszedł z kajuty, aby zobaczyć, co się stało, i porozmawiać z kapitanem. Po powrocie wciąż wydawał się spokojny, chociaż prawdopodobnie wiedział już, że zagrożenie jest poważne.
Tymczasem pasażerowie pierwszej klasy powoli opuszczali już swoje kajuty. Astorowie również. Założyli kamizelki ratunkowe i zaczęli… ujeżdżać mechaniczne konie w siłowni. John rozciął jedną z dodatkowych kamizelek, żeby pokazać Madeleine, z czego są zrobione. Chociaż trwała już ewakuacja, wciąż zachowywał spokój. Obśmiał się na myśl, żeby przesiadać się z solidnego statku do małych łodzi ratunkowych. Uważał, że są one bardziej niebezpieczne od Titanica.
Zmienił zdanie ok. 1:45, gdy kończono kompletować pasażerów do łodzi nr 4. Pomógł żonie, pokojówce i pielęgniarce wejść na pokład. Zapytał, czy może do nich dołączyć ze względu na stan Madeleine. Dostał odpowiedź, że mężczyźni będą wpuszczeni po kobietach i dzieciach. Zapytał o numer łodzi. Gdy została ona opuszczona, Astor stał samotnie i patrzył się na ludzi, którzy próbowali w panice się ratować.
Po raz ostatni Astor był widziany, jak na uboczu palił papierosa z dziennikarzem, Jacquesem Futrellem. Świadkowie zapamiętali, że byli spokojni i sprawiali wrażenie pogodzonych z nadchodzącą śmiercią. O 2:20 statek znalazł się pod wodą.
Ciało Astora zidentyfikowano po inicjałach na ubraniu. Większość fortuny odziedziczył jego syn Vincent. W 1918 roku zajął dwunaste miejsce na pierwszej w historii liście najbogatszych Amerykanów „Forbesa”.
Hotel Waldorf-Astoria w połowie XX wieku przejął Conrad Hilton. W 2014 roku grupa Hilton Worldwide sprzedała go chińskiej grupie ubezpieczeniowej.
Cztery lata po katastrofie Titanica odcięty od finansowania Nikola Tesla zbankrutował. Mimo swojego geniuszu zmarł w biedzie i samotności.
Dziś jego imię nosi światwy lider w produkcji samochodów elektrycznych – firma Tesla Motors. Jej szef Elon Musk, który planuje wysłać ludzi na Marsa, wciela w życie futurystyczne wizje, które Tesla i Astor widzieli w snach.

źródło: http://www.forbes.pl/john-jacob-astor-iv-najbogatszy-pasazer-titanica,artykuly,204097,1,3.html

wtorek, 11 kwietnia 2017

A może ktoś niesie cięższy Krzyż od Ciebie?

Krzyż to jest zawsze drzewo życia,
które miast liści ma w sobie gwoździe.
Wzniesiony na wzgórzu, wśród kosodrzewiny,
a innym razem stojący przy moście.
Krzyż to znak hańby, ale nie zawsze,
bo na nim Bóg sam oddał swe życie.
Niosąc na barkach drewnianą belkę,
wypełnił misję swą należycie.
W zapachu drewna, w sękatych wgłębieniach,
została schowana tajemnica.
Lecz zgadnąć może ją tylko człowiek,
co dotknął krzyża za swego życia.
Krzyż to jest droga, kręta, zawiła,
wiodąca po ścieżkach życia naszego.
Lecz pokonując wszelkie zakręty,
dojdziemy z nim do Życia Wiecznego.
Wzniesiony na grzechu łatwo się przewraca,
jakby pod naporem silnej wichury.
Lecz postawiony na czystym sumieniu,
swym majestatem pnie się do góry.
Krzyż to drabina, wiodąca do Boga,
wysoka bardzo, z wieloma szczeblami,
Której nie zrobi stolarz czy cieśla,
lecz my swoją wiarą i uczynkami.

Wierszem napisanym zaledwie dwa lata temu witam Was w kolejnym mojej notatce. Powoli zbliżamy się do końca tegorocznego Wielkiego Postu przygotowującego nas na najważniejsze dla każdego katolika święta, Wielkanoc. Poprzedzi je Wielki Piątek, upamiętniający dzień, w którym niewinny człowiek wziął ciężki krzyż na swoje ramiona, aby każdy z nas został zbawiony.
No właśnie, tyle razy narzekamy na to, że dostaliśmy zbyt ciężki Krzyż do niesienia. Przytłoczeni problemami zdrowotnymi, rodzinnymi i zawodowymi niejednokrotnie nie dostrzegamy osób obok nas, którzy być może mają jeszcze większe problemy od nas. Za maską pozornego uśmiechu mogą ukrywać się prawdziwe ludzkie tragedie.
Nawet czytając blogi wielu z Was odkrywam tragedie, które dotykają Was i Waszych znajomych. Ze wzruszeniem czytam blog emki, która każdego dnia walczy o zdrowie dwóch przysposobionych, ale ciężko chorych córek. Biorąc je wiedziała jak trudny Krzyż przyjdzie jej i jej małżonkowi nieś, a jednak zdecydowali się na ten odważny krok. Niedawno trafiłam na blog Agaji, a stamtąd do Rutki, której mąż nagle zachorował na nowotwór nerki. Guz został wycięty wraz z całą nerką oraz nadnerczem, trwają badania nad ustaleniem rodzaju nowotworu. Albo taka pani Danusia, autorka bloga poświęconego jej ciężko niepełnosprawnego synowi Adamowi, której życie nigdy nie oszczędzało. Przez błąd lekarza leczącego jej synka z zapalenia opon mózgowych, chłopiec w 13 miesiącu życia stał się całkowicie zależny od otoczenia. I w takim stanie pozostaje do dzisiaj. Następnie zmarł jej mąż(został pochowany w dniu 4 urodzin Adasia), pozostałe dzieci też zaczęły podupadać na zdrowiu. W końcu i ona zachorowała na nowotwór, z którym walczy po dzień dzisiejszy. Kiedy ostatnio poszła na leczenie w szpitalu, Adam przez niedopilnowanie pielęgniarki z DPSu trafił w ciężkim stanie na oddział. Przed matką szereg trudnych decyzji - nie zazdroszczę tego Krzyża. Rodzice chorej na SMA Julki, Szymona, czy też Antka każdego dnia zmagają się z myślą, że być może to jest ostatni dzień życia ich ukochanych dzieci. Zresztą po śmierci Julki ich strach został spotęgowany. Przy dzieciach muszą jednak ukrywać swój strach i żyć tak, jakby jutro miało na pewno nadejść. Albo ludzie zamieszkujący kamienicę w Świebodzicach, którzy w wyniku sobotniego wybuchu stracili cały dorobek swojego życia, niektórzy z nich członków rodziny. Słyszałam, czy też czytałam opinie, że takim to teraz będzie dobrze, bo dostaną za nasze wikt i opierunek od Państwa, bo pogrzeby będą na nasz koszt... Naprawdę chcielibyśmy znaleźć się na ich miejscu?
Takich przypadków mogłabym mnożyć i mnożyć bez końca. Z pozoru zwyczajne życie skrywa za sobą niewyobrażalne cierpienie. Każda z wyżej wymienionych przeze mnie osób nie tylko dźwiga jakiś Krzyż, ale wręcz staje się współczesnym Szymonem Cyrenejczykiem, który pomaga nieść Krzyż komuś innemu. Piękny gest, na którego stać niestety, tylko nielicznych. Wpatrzeni w swoje Krzyże niejednokrotnie nie zauważamy Krzyży innych ludzi. A oni niejednokrotnie dźwigają je z pokorą i całkowitym zaufaniem Woli Bożej. Na wzór Syna Bożego nie zrzucają z siebie tego bolesnego brzemienia. Więc może zamiast znowu narzekać, jaki to ciężki Krzyż przyszło nam dźwigać na naszą życiową Górę Kalwarię, rozejrzyjmy się wkoło. Może ktoś nie ma gdzie mieszkać, może ma zimno w mieszkaniu, może matka nie ma co dzieciom na obiad ugotować, a może jakieś dziecko jest smutne, bo jego rodzic jest śmiertelnie chory? Może to są właśnie te cięższe Krzyże od naszych? Może po dostrzeżeniu ich odkryjemy, że nasze życie wcale nie jest takie złe? Ja też się ciągle uczę - nie jest to łatwe, bo większość z nas zazdrości czegoś innym. Ale jakbym się tak głębiej zastanowiła, to chyba nie wymieniłabym tego mojego bądź co bądź ograniczonego życia, na żadne inne. Może i Wy spróbujcie pomyśleć takimi kategoriami tuż przed wspomnieniem najważniejszego dnia dla nas, katolików. Spójrzcie w Wielki Piątek na Krzyż i pomyślcie, że ktoś dwa tysiące lat temu niósł kawał drewna składający się z naszych grzechów. Nikt nigdy nie będzie niósł cięższego Krzyża.
Zagmatwałam? Może trochę, ale nie potrafię znaleźć innych słów ku temu, co chcę Wam dzisiaj przekazać. I na koniec opowiadanie znalezione w sieci, które daje dużo do myślenia:
Był człowiekiem biednym i prostym. Wieczorem po dniu ciężkiej pracy, wracał do domu zmęczony i w złym humorze.Patrzył z zazdrością na ludzi, jadących samochodami i na siedzących przy stolikach w kawiarniach.
- Ci to mają dobrze - zrzędził, stojąc w tramwaju w okropnym tłoku.
- Nie wiedzą, co to znaczy zamartwiać się... Mają tylko róże i kwiaty. Gdyby musieli nieść mój krzyż!
Bóg z wielką cierpliwością wysłuchiwał narzekań mężczyzny. Pewnego dnia czekał na niego u drzwi domu.
- Ach to Ty, Boże - powiedział człowiek, gdy Go zobaczył. - Nie staraj się mnie udobruchać.
Wiesz dobrze, jak ciężki krzyż złożyłeś na moje ramiona.
Człowiek był jeszcze bardziej zagniewany niż zazwyczaj. Bóg uśmiechnął się do niego dobrotliwie.
- Chodź ze Mną. Umożliwię ci dokonanie innego wyboru - powiedział.
Człowiek znalazł się nagle w ogromnej lazurowej grocie. Pełno było w niej krzyży: małych, dużych, wysadzanych drogimi kamieniami, gładkich, pokrzywionych.
- To są ludzkie krzyże - powiedział Bóg. - Wybierz sobie jaki chcesz.
Człowiek rzucił swój własny krzyż w kąt i zacierając ręce zaczął wybierać.
Spróbował wziąć krzyż leciutki, był on jednak długi i niewygodny. Założył sobie na szyję krzyż biskupi, ale był on niewiarygodnie ciężki z powodu odpowiedzialności i poświęcenia. Inny, gładki i pozornie ładny, gdy tylko znalazł się na ramionach mężczyzny, zaczął go kłuć, jakby pełen był gwoździ. łapał jakiś błyszczący srebrny krzyż, ale poczuł, że ogarnia go straszne osamotnienie i opuszczenie. Odłożył go więc natychmiast. Próbował wiele razy, ale każdy krzyż stwarzał jakąś niedogodność. Wreszcie w ciemnym kącie znalazł mały krzyż, trochę już zniszczony używaniem. Nie był ani zbyt ciężki ani zbyt niewygodny. Wydawał się zrobiony specjalnie dla niego. Człowiek wziął go na ramiona z tryumfalną miną.
- Wezmę ten! - zawołał i wyszedł z groty.
Bóg spojrzał na niego z czułością. W tym momencie człowiek zdał sobie sprawę, że wziął właśnie swój stary krzyż ten, który wyrzucił, wchodząc do groty.
"Jak noc nad ranem, tak życie staje się coraz jaśniejsze w miarę, jak przeżywamy a przyczyna każdej rzeczy wreszcie się wyjaśnia" (Richter).

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Śpiewaj Hosanna

Dwadzieścia wieków temu wstecz
Bóg spełnił prośby, modłów jęk;
Wśród ludzi stanął Jego Syn (...)

Dwadzieścia wieków – szczęśni ludzie,
Co mogli wtedy z Bożych ust
Słuchać nauki, prawdy, życia,
Całować ślady Jego stóp.
Z zazdrością patrzą nasze oczy
Na betlejemskich stróży stad,
Na Nazaretu sznury niewiast,
Co z Marią mogły dźwigać dzban…

Na tłum pątników w świętym mieście,
Co witał Zbawcę swym – Hosanna.
I szaty swe pod nogi słał (...)

Droga Chrystusa cierniem słana –
Lecz w zmartwychwstanie wiedzie bramy.
Chciejcie iść bracia, Bóg was prowadź.
I cud się spełnia – oto tutaj
W miejscu, co w Zbawcy śmierci wzięło
Imię swe – dziś – ku chwale Boga
Pamiątkę Jego czcić będziemy.

Powyższy prolog, wypowiedziany tuż przed godziną 15 przez jednego z braci bernardynów posługujących w kalwaryjskim sanktuarium, wprowadził wszystkich zgromadzonych na Placu Rajskim oraz przed ołtarzem polowym usytuowanym naprzeciwko Góry Trzeciego Upadku(kto był w klasztorze ten wie, o które miejsca chodzi) w atmosferę przeżywania Misterium Wielkiego Tygodnia. Zgodnie z odwieczną tradycją ich inauguracja zaczynała się inscenizacją wjazdu Pana Jezusa na osiołku do Jerozolimy, wygnaniem kupców ze Świątyni oraz niepotępienie przyprowadzonej przed Jego oblicze przyłapanej na cudzołóstwie kobiety.
"Wnętrze" Świątyni
Od dawna marzyłam o tym, aby udać się do Kalwarii Zebrzydowskiej na Niedzielę Palmową. Nadarzyła się ku temu idealna okazja - akurat sąsiedni dekanat organizował taki wyjazd, a lista chętnych osób krążyła po wszystkich parafiach w mieście. W końcu trafiła i na moją. Żal było nie korzystać z okazji, więc zapisałam się na nią.
Trochę miałam pietra, ponieważ nie wiedziałam na temat wyjazdu nic więcej. Ba, nawet nie znałam miejsca zbiórki. Instynktownie poszłam pod bazylikę, mając w rezerwie plan jechania na drugi koniec miasta. Na szczęście pod świątynią stali już ludzie.
Trasa do Kalwarii jest mi dość dobrze znana - najpierw kierowaliśmy się na Zator, potem na Wadowice, a stamtąd już do samego miejsca docelowego. Na miejscu byliśmy w niecałe dwie godziny. Już z daleka widać było znajomy mi klasztor, a kiedy dojechaliśmy na przyklasztorny parking, ukazał nam się od w całej swojej okazałości. Byłam tutaj nie raz i nie dwa, ale dawno nie dojechałam aż tak blisko klasztornych bram.
Na 9:00 zaplanowana była Msza święta. Ponieważ miałam jeszcze trochę czasu, postanowiłam udać się do zaprzyjaźnionej pani z zapytaniem o nocleg w czasie Wielkiego Tygodnia. Na szczęście z tym nie będzie problemu. Ba, chciała mnie nawet przenocować już od niedzieli. Aż tak jednak jeszcze nie zaszalałam.
Po Mszy świętej udaliśmy się na Rajski Plac, gdzie o 11:00 odbyła się uroczysta procesja z palmami wraz z ich poświęceniem wraz z jednym z biskupów tarnowskich(ew. rzeszowskich, bo nie jestem pewna co usłyszałam). Wybaczcie, ale nie pamiętam jego nazwiska😔. Udało mi się wdrapać na wzniesienie, na którym stoi Krzyż Misyjny, dzięki czemu wszystko widziałam. Niestety, moja cyfrówka nie ma aż tak dobrego zoomu, aby wszystko dobrze uchwycić. Mimo wszystko udało mi się cyknąć kilka fotek:

 
Po poświęceniu palm nasza grupa udała się na słynne dróżki kalwaryjskie, aby odprawić nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Miałam w nim swój mały udział, poprzez przeczytanie rozważania 6 stacji. Oczywiście organizatorzy mieli wątpliwości czy podołam przejściu całej drogi, tymczasem Lolek już w wieku 9-10 lat bez problemu przemierzał na swoich mizernych nóżkach, całe dróżki, zarówno Pana Jezusa jak i Maryi Panny, których trasa jest o wiele dłuższa niż samej  Drogi Krzyżowej. Z przeczytaniem stacji nie miałam problemu, wszak już w piątek miałam małą ku temu rozgrzewkę. A z drugiej strony to było tylko kilka słów. Miałam trochę obaw co do tego, czy mnie zrozumieją, ale po usłyszeniu stwierdzenia, że "takie niewyraźne czytanie, ale z głębi serca może się bardziej podobać Najwyższemu niż piękne przeczytane przez nas" trochę mnie uspokoiło.
Nabożeństwo skończyliśmy po godzinie 13. Było więc trochę czasu na posiłek i odpoczynek. A potem udaliśmy się pod ołtarz polowy, aby uczestniczyć w Misterium wjazdu Jezusa do Jerozolimy oraz wygnaniu kupców z Świątyni. Misterium rozpoczynało się od kaplicy św. Rafała, gdzie Syn Boży spotkał się z dziećmi, a następnie dosiadł osła i ruszył wśród radosnego "Hosanna Synowi Dawidowego" przed siebie do miasta, które kilka dni później wydało na niego wyrok śmierci.
źródło: http://kalwaria.eu/gallery/09042017-niedziela-palmowa-w-kalwarii
źródło: http://kalwaria.eu/gallery/09042017-niedziela-palmowa-w-kalwarii
źródło: http://kalwaria.eu/gallery/09042017-niedziela-palmowa-w-kalwarii
Akurat powyższych scen nie widziałam na żywo, ale za to słyszałam. Po kilku chwilach Jezus wraz z osiołkiem wjechali za bramę Jerozolimy, którą odegrała jedna z bram prowadzących na klasztorne krużganki. Dzięki swojemu niewielkiemu wzrostowi stałam przy samej barierce i wszystko widziałam. Tzn. prawie wszystko bo w pewnym momencie fotoreporterzy dostali się za barierki i swoimi muskularnymi plecami przysłoniła wszystkim widoki. Coś tam jednak udało mi się uchwycić aparatem:
 
 
 
W sumie to na scenie niepotępienia grzesznicy zakończyło się całe Misterium, a my udaliśmy się w drogę powrotną do domu.
Przepraszam za jakość zdjęć, za którą zostałam już skrytykowana. Chociaż dobrze jest mieć ale, kiedy ma się zdrowe ręce i najnowszej generacji lustrzankę...

sobota, 8 kwietnia 2017

Chyba się udało

Wieczorna mżawka dudniła o blaszany parapet, przerywając monotonne cykanie stojącego na półce zegara. Grube krople wiosennego deszczu mieniły się w bladym świetle stojącej naprzeciwko ulicznej latarni. Emocje związane z popołudniowym występem powoli zaczęły ze mnie schodzić, dając swój upust w kubku gorącej herbaty. Lubię herbatę, ale już ostudzoną. Pod nogami raz po raz przemykała mi mała mrucząca kulka, domagająca się pieszczot. Mój wzrok raz po raz padał na półkę, na której stały dwie pierwsze kartki świąteczne - od Basi i od Gosi. W życiu bym nie przypuszczała, że za pośrednictwem Internetu spotkam tak sympatyczne osoby, które nie żałując ani czasu, ani pieniędzy, chcą sprawić radość u innych. Pamiętacie jeszcze ten post? Jeżeli miałabym wskazać osoby, które potrafią wywołać uśmiech na twarzy innych, to one z pewnością znalazłyby się na tej liście.
Na stoliku leżał wydruk tekstów przygotowanych na wczorajszą Drogę Krzyżową. Pierwsza kartka zawierała imiona i nazwiska lektorów czytających poszczególne stacje. I to właśnie ona rzucały się w moje oczy. Wydarzenia sprzed kilku godzin przesuwały się przed moimi oczami, niczym klatki jakiegoś filmu.
Dochodziła godzina 16:30. Zaczęłam odczuwać niepokój. Czy na pewno wszystko się uda? Czy żadne dziecko nie zawiedzie? No nic, nie ma co panikować, lepiej działać. Wskoczyłam w buty i kurtkę, pogłaskałam trzy razy Puśkę i przekręciłam klucz w drzwiach. Jeszcze na klatce schodowej słyszałam, jak zwierzak rozpaczliwie rzuca się na klamkę. Ale nie, tym razem nie mogłam zawrócić.
Kilka minut później znalazłam się w dobrze znanej mi świątyni. Na górze naprędce stworzony chórek ćwiczył śpiewanie pieśni na nabożeństwo. Tym razem to do nas należała pełna oprawa. Na ołtarzu dojrzałam księdza - opiekuna wspólnoty, który wklepywał w komputer teksty pieśni. Dam głowę, że wszystkie gdzieś są na dysku, ale nie wiadomo gdzie. Jasne, czasami lepiej jest coś dwa razy zrobić, niż ani razu. Nieśmiało podeszłam do niego. "O, super że jesteś" - usłyszałam. - "Dasz radę pilnować dzieciaków, aby wychodziły wtedy, kiedy trzeba?". Myślałam, że wymyślił coś bardziej "dziwnego". Dostałam więc ogólny mikrofon, który miałam podawać poszczególnym dzieciakom oraz egzemplarz scenariusza, jakby ktoś zapomniał. W ostateczności okazało się, że to ja nie wzięłam kartki, ale w moim wieku może mi się to już przytrafić. Powoli dochodziła godzina 17:00, a ja z bijącym ze stresu sercem wyglądałam kolejnych moich lektorów. Trochę uspokoiłam się, kiedy zobaczyłam już wszystkich na swoim miejscu. 
Punktualnie o 17:15 rozpoczęła się kolejna Droga Krzyżowej, której tym razem przyświecała historia Poznańskiej Piątki. Jakoś tak sobie Karolinka kilka tygodni temu umyśliła, że to byłby idealny temat, zważając na 75 rocznicę ich męczeńskiej śmierci. Na napisanie tekstu dla parafialnej scholi nie mam co liczyć, ale dla Oratorium... Poddałam nieśmiało propozycję, która została przyjęta z aplauzem. Tekst powstał dosłownie w dwa wieczory na podstawie życiorysów tych wspaniałych chłopców oraz notatek z przedmiotu zowiącego się historia i archeologia biblijna. W ten sposób historia sprzed wieków splotła się z tą, sprzed 75 lat.
Nie będę oceniać dzieci, bo wiadomo że każde przeczyta dany tekst inaczej. Jedne przeczytały swój tekst na tzw. luziku, innych zjadł typowy stres. Była jedna wpadka - nie wiedzieć czemu ksiądz dał 12 stację dwóm osobom do przeczytania i tym sposobem nie miał kto przeczytać stacji 10(którą nota bene dzisiaj znalazłam w Oratorium). Mogłam awaryjnie wyjść i na spontanie przeczytać o obnażeniu chłopców z różańców podczas rewizji, a następnie wydobycie ich przez nich z koszy(wszak doskonale wiedziałam co napisałam), skończyło się jednak na tym, że w końcu dwa razy zostało przeczytane rozważanie do 12 stacji. Myślicie, że ktoś ze zgromadzonych wiernych się skapnął? Nie sądzę. Innych przewinień nie odnotowałam. 
Mimo wszystko odetchnęłam z ulgą, kiedy ostatnie dziecko skończyło czytać 14 stację. Wiecie, denerwowałam się nie mniej niż inni. Raz - mój tekst, który nie był doskonały. Dwa - pierwszy raz zaangażowaliśmy w coś takiego nasze dzieciaki, które naprawdę są różne. Aż wreszcie trzy - Karolinka po dłuuugim czasie wreszcie czytała coś do mikrofonu. Mówią, że nie da się oduczyć pływania, czy też jazdy na rowerze, ale czytania do mikrofonu i owszem. Wydaje mi się jednak, że mimo tej przerwy połączonej z wadą wymowy, wyszło całkiem znośnie. Pocieszam się tym, że kto chciał zrozumieć, ten zrozumiał. Dzieci też były na medal, nawet mający kłopot z koncentracją M. tego dnia był bez zarzutu. Musimy częściej powtarzać tego typu akcje.
Moje wieczorne rozmyślania przerwał dźwięk komórki oznajmiający nadejście SMS-a. Spojrzałam na nadawcę - kierowniczka scholi, która była na nabożeństwie. Oho - przeszło mi przez myśl - teraz pewnie będzie megakrytyka. A tymczasem przeczytałam, że świetny dobór tematu i tekstu i tylko zabrakło jej na koniec piosenki "Tacy sami jak my". No cóż, nie na wszystko starczyło czasu... Ale tego jej nie odpisałam.
A dla równowagi rozdziału ról we wspólnotach za tydzień czytam tytuły poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej podczas nabożeństwa w Wielki Piątek w wykonaniu parafialnej scholi... Chyba powinnam być szczęśliwa, wszak po bodajże dwóch latach przypomniano sobie o Lolku. Lepiej późno niż wcale. A że wcześniej tego dnia będę w Kalwarii Zebrzydowskiej? Nie szkodzi, Karolinka da radę.
Dzisiaj zaś jednoczę się duchowo z rodzinami ofiar tragedii w Świebodzicach oraz wszystkimi, którzy ucierpieli fizycznie lub materialnie podczas wybuchu. Tyle ludzi straciło dorobek całego życia i to tuż przed świętami. I jeszcze jest kilka osób śmiertelnych... Nie wiem, zawsze jak słyszę o tego typu rzeczach, to jakoś żal mi tych ludzi, których dotyka taka tragedia. Może to i głupie, ale widać taka moja natura. Mam nadzieję, że bilans ofiar nie wzrośnie.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Wierny do końca nr 5 - Jarogniew Wojciechowski

Najmłodszy z Poznańskiej Piątki, Jarogniew Wojciechowski, urodził się 5 listopada 1922 roku w Poznaniu. Jego ojciec Andrzej był właścicielem drogerii. Nadużywał alkoholu. Kiedy Jarogniew miał 11 lat postanowił porzucić rodzinę. Matka chłopca, Franciszka, osoba wrażliwa, religijna lecz słabego zdrowia, była nauczycielką muzyki. Chłopiec miał jeszcze o sześć lat starszą siostrę, Ludkę.
Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w Prywatnym Gimnazjum Humanistycznym im. Adama Mickiewicza w rodzinnym mieście. Po pierwszym roku musiał jednak ją przerwać z powodu znacznego pogorszenia się warunków materialnych w rodzinie. Swoją naukę kontynuował więc w Miejskiej Szkole Handlowej, gdzie skończył roczny kurs kupiecki. Od momentu zakończenia szkoły zaczął pracować w jednej z poznańskich drogerii, wspomagając tym samym skromny budżet rodzinny.
Zanim jednak zaczął naukę w Gimnazjum, związał się z salezjańskim Oratorium p.w. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Poznaniu, do którego trafił w wieku 10 lat. W tym czasie do placówki należało ponad 300 chłopców, dla których stała się ona drugim domem. Każdego dnia można było spotkać się tam z przyjaciółmi oraz uczestniczyć w licznych wycieczkach, grach i zabawach organizowanych przez księży salezjanów.
Jarogniew, pomimo dość specyficznej sytuacji rodzinnej, dość szybko dostosował się do regulaminu obowiązującego w Oratorium, a nawet został ministrantem. Z chęcią uczestniczył w wycieczkach, brał też udział w koloniach letnich. Po mamie odziedziczył miłość do muzyki, toteż umilał innym czas grą na fortepianie, interesował się sportem. Wołano na niego "Jaroś". Spokojny, refleksyjny i nad wiek mądry nie dał się nie lubić. Zaangażował się w działalność harcerską. Ukończył także państwowy kurs przysposobienia wojennego I stopnia.
Jarogniew nie miał jeszcze 17 lat, kiedy wybuchła II wojna światowa. Chciał tak jak inni wstąpić do wojska, z powodu wieku nie został jednak przyjęty. Wraz z wieloma przyjaciółmi z Oratorium wziął udział w demonstracjach poznańskiej młodzieży, która domagała się obrony miasta, a następnie podążając za wycofującą się armią kierował się do Warszawy. Po drodze dostał się do niewoli niemieckiej, z której udało mu się uciec i spod Kutna dostał się z powrotem do domu.
Ale to nie był już ten sam Poznań, który pamiętał. Miasto wraz z całą Wielkopolską znalazło się w granicach okręgu Rzeszy Niemieckiej, zaś celem niemieckiej polityki stała się fizyczna likwidacja narodu polskiego. Pozamykano szkoły, kościoły, a nawet ukochane Oratorium. Ponadto dokonano mordu na ok. 50 tysięcy nauczycielach, księżach, przedstawicielach ziemiaństwa, wolnych zawodów, działaczy społecznych i politycznych oraz emerytowanych wojskowych. Na oczach Poznaniaków zniszczono pomnik Wdzięczności Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.Jarogniew, który był już harcerzem, zaangażował się wraz z przyjaciółmi w konspiracyjnym Harcerstwie Polskim("Hufcami Polskimi"), związanym z ruchem narodowym. Dzięki Czesławowi Jóźwiakowi został zaprzysiężony w Narodowej Organizacji Bojowej NOB, gdzie przyjął pseudonim „Ryszard". Już 2 stycznia uczestniczył w zbiórce zorganizowanej z okazji pierwszej rocznicy śmierci Romana Dmowskiego. Miesiąc później wraz z innymi przeprowadził akcję prowokacyjną przeciwko pięciu osiedleńcom, tzw. Niemcom Bałtyckim, którzy po włączeniu Inflant w rosyjską sferę wpływów, zostali przesiedleni na teren Wielkopolski i zakwaterowani w gospodarstwach po uprzednim wyrzuceniu ich polskich właścicieli.
Oprócz zaangażowania w działalność konspiracyjną, Jarogniew w dalszym ciągu pracował w drogerii. A także uczestniczył w szeroko rozumianej działalności młodzieżowego chóru chłopięcego. Ale Niemcy ów chór, i środowisko młodzieży z nim związane, od początku okupacji obserwowali szczególnie intensywnie. Spośród grona związanego z Oratorium ktoś zaczął donosić do Gestapo. Niebawem nastąpiły aresztowania…
Bezpośrednią przyczyną aresztowań stały się być może próby Czesława Jóźwiaka nawiązania kontaktów z pozostałymi na wolności po fali aresztowań w lipcu 1940 r. członkami konspiracyjnej Wojskowej Organizacji Ziem Zachodnich WOZZ, z którą związany był też Jarogniew. Niespełna osiemnastoletni chłopiec został aresztowany wraz z innymi, 23 września 1940 roku. Podczas aresztowania nie zdążył przekazać ukochanej matce zarobionych pieniędzy, które miał w kieszeni. Poprosił jednego z Niemców o przekazanie jej ich, Franciszka jednak nigdy nie dostała tej ostatniej pensji syna. Sytuacja była jeszcze bardziej dramatyczna, ponieważ dzień po aresztowaniu Jarogniewa z pracy zwolniono jego siostrę, Ludkę.
Skatowany został przewieziony wraz z innymi do obozu koncentracyjnego KL Posen w Poznaniu i osadzony w bunkrze 58, gdzie spotkał się z przyjaciółmi. Chociaż zostali porozrzucani po różnych celach, to jednak widywali się na spacerniaku, gdzie choćby wymienia uścisków dłoni, czy też karteczek zachęcających do wspólnych praktyk.
16 listopada 1940 roku zaledwie 18 letni Jarogniew został przewieziony do niemieckiego więzienia w oddalonych o 60 km. od Poznania Wronkach, gdzie pracował przy kręceniu sznurka. Wszyscy siedzieli w celach oznaczonych napisem "Zdrada stanu". Jarogniewa i Edwarda Klinika przetrzymywano w innym skrzydle więzienia, niż pozostałą czwórkę. Mimo odosobnienia przyjaciele jakoś się porozumieli i przygotowywali się do Bożego Narodzenia salezjańską nowenną, w jakiś sposób razem. Jeden z nich odtworzył ją z pamięci i przepisał na skrawkach papieru… Odprawili ją w tym samym czasie, jak czynili to na wolności.Pół roku później trafił do więzienia w dzielnicy Spandau w Berlinie. Z powodu nazwiska zaczynającego się na literę z drugiej połowy alfabetu, został rozdzielony z przyjaciółmi. W wyznaczonej celi nastoletni polski chłopiec niewolniczo pracował przy lepieniu kopert, w których następnie niemieckie kobiety wysyłały pozdrowienia dla swych mężczyzn zniewalających Polaków w Warthegau. Nie miał żalu. Nie nienawidził. Pisał do rodziny: „Tu odprawiam moje może jedyne w mym całym życiu rekolekcje, w których rozważam nie tylko minioną mą przeszłość, ale i zastanawiam się nad życiem moim przyszłym ziemskim jak i poza grobem. Bo czy będę miał jeszcze taką okazję? Wątpię. I często Kochana Matuś staje mi ten obraz przed oczyma, gdy myślę o zbliżającej się mojej rocznicy naszego pożegnania i widzę Cię matuś kreślącą to święte błogosławieństwo, ten znak Krzyża świętego. Tak Matuś, z tego Znaku tego błogosławieństwa czerpię siły, odwagę, moc i nadziej”. W samotności, w karnej celi, spędził ostatnie w swoim krótkim życiu Boże Narodzenie. Za śpie­wanie kolęd zmuszony został przez Niemców do stania po pas w wodzie. W tym czasie zmarła też pani Franciszka, Jarogniew dowiedział się jednak o tym w połowie 1942 roku. Chłopiec pytał się wtenczas w liście do siostry, czy ma jakieś wieści o ojcu, na to pytanie nie uzyskał jednak odpowiedzi.
W drugiej połowie czerwca 1942 roku nastolatek został przewieziony do szczególnie ciężkiego więzienia w Zwickau prowadzonego przez SS. Przetrzymywano go w ogromnych osiemdziesięcioosobowych celach, zmuszano do ciężkich prac na mieście. Rosnący organizm otrzymywał głodowe racje żywieniowe. Mimo to nie tracił pogody ducha. Wierzył, że kto pokłada ufność w Bogu, nie powinien się lękać. W tym przeświadczeniu, umacniał go inny współwięzień kapłan z zakonu benedyktynów, u którego spowiadał się. Często wzajemnie polecali siebie Bogu i Niepokalanej Wspomożycielce. Nie poddawali się zwątpieniu. W więzieniu o. Leander Kubik stał się nieformalnym duszpasterzem więźniów — organizował modlitwy, słuchał spowiedzi, udzielał sakramentów świętych, pomagał chorym, pocieszał, wspierał duchowo…
1 sierpnia 1942 roku Jarogniew wraz z przyjaciółmi stanął przed sądem w Zwickau. Oskarżono ich o członkostwo „nielegalnej organizacji 'Stronnictwo Narodowe'”, a w szczególności „ramienia zbrojnego tej partii — 'Narodowej Organizacji Bojowej'”. Głównym celem ich działalności miało być „szpiegowanie, mające służyć przygotowaniu powstania”. A to uznane zostało za zdradę stanu za co groziła śmierć. Skazano ich na podstawie niemieckich rozporządzeń wydanych przez okupanta w grudniu 1941 r. i styczniu 1942 r., a zatem ponad rok po inkryminowanych aktach, z mocą wsteczną…
Na wykonanie wyroku wszyscy zostali przewiezieni do Drezna, do więzienia znajdującego się w kompleksie budynków służących także jako sąd i miejsce egzekucji. Jarogniew w pożegnalnym, ostatnim liście do siostry, napisanym tuż przed egzekucją, pisał: „Poznałem i przejrzałem dokładnie życie Matusi, Ojca, Twoje i swoje i dlatego jestem pewny, że będziesz się raczej ze mną cieszyć, a nie rozpaczać, bo dostępuję nadzwyczajnej łaski Bożej i odchodzę poznawszy gruntownie moją przeszłość, bez najmniejszego żalu […] Uczucia w każdej chwili Twego życia powierzaj tylko Jezusowi i Maryi, bo w nich znajdziesz ukojenie. Ludzi nie przeceniaj zbyt w dobrym ani w złym. Ludzi nie przeceniaj za bardzo, ani w dobrym ani w złym. Pomyśl, jakie prawdziwe szczęście! Odchodzę zjednoczony z Jezusem przez Komunię świętą. W tej ostatniej mojej Komunii św. myślę o Tobie i ofiaruję ją za Ciebie i za siebie z tą nadzieją, że cała nasza rodzina bez wyjątku będzie szczęśliwa tam u Góry […]. Idę już i oczekuję Cię tam w Niebie z Matusią najmilszą. Trudno, nie mogę więcej pisać”.
24 sierpnia piątka przyjaciół z poznańskiego Oratorium spotkała się ostatni raz. Jarogniew prawdopodobnie był ostatnim, który poszedł na egzekucję. Musiał widzieć, a przynajmniej słyszeć ostatnie chwile życia przyjaciół i czekać na przekroczenie progu wieczności, a tym samym pojawienie się u tronu Bożego. Zwykły poznański chłopiec, wychowany w jakże kruchej Polsce - II Rzeczypospolitej - okazał się niezwykłym człowiekiem, wzorem dla młodzieży całego świata, zdając egzamin końcowy niezwykłych czasów, w których przyszło mu żyć, celująco…

To już nasze ostatnie spotkanie z młodymi chłopcami, którzy wytrwali w swojej wierze do końca swoich dni. Chłopcami, którzy mogliby być wzorami do naśladowania dla ich współczesnych rówieśników. Mam nadzieję, że i Wam przypadli do gustu. W 1999 znaleźli się w gronie 108 męczenników II wojny światowej, beatyfikowanych przez papieża Jana Pawła II podczas Mszy Świętej, jako jedni z 9 świeckich osób(reszta to duchowieństwo). Mieli zostać zapomniani przez wszystkich, tymczasem Kościół wzniósł ich do chwały niebios. A teraz już tylko czekam na czerwcowy wyjazd z parafii na centralne uroczystości związane z 75 rocznicą ich męczeńskiej śmierci w Dreźnie.
Jutro zaś Oratorium ma nabożeństwo Drogi Krzyżowej, której stacjom będą przyświecać postacie Salezjańskiej Piątki. Na usta ciśnie mi się najprostszy akt strzelisty: Błogosławiona Piątko Poznańska - Módl się za nami! Trzymajcie kciuki, aby wszystko poszło po myśli organizatorów :)