Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 29 kwietnia 2017

Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto poda ci swoją dłoń

Góry zimą są piękne. Zresztą każdy kto odwiedził je w tej nie przez wszystkich lubianej porze roku z pewnością przyzna mi rację. Ostatni raz byłam z ekipą z Oratorium w nich w lutym tego roku, o czym zresztą pisałam w >>tym<< poście. Dzisiaj sytuacja się powtórzyła, z tym że nasza wspólnota połączyła swoje siły z Oratorium z sąsiedniego Sosnowca. Mieliśmy czas po obcować trochę w swoim towarzystwie, a tym samym zintegrować się ze sobą.
Większa część naszej ekipy
Trochę mnie zaskoczyła ilość uczestników wyjazdu. O ile od nas pojechało 8 osób + 2 opiekunów, o tyle z Sosnowca, gdzie jest dużo więcej animatorów, pojechało ich zaledwie 4 + 1 opiekun. Podobno wystraszyli się pogody, wszak przez ostatnie dni u nas na Górnym Śląsku potrafił nawet zsypać się śnieg(co zresztą było widać na trasie). Dzisiaj jednak pogoda dopisała nam niesamowicie - zero opadów(no chyba, że z gałęzi drzew), słońce pięknie przyświecało i tylko od czasu do czasu zawiał lodowaty wiaterek, ziębiąc nasze nosy, uszy i policzki. Ale przecież byliśmy w górach, więc tego typu niespodzianki były do przewidzenia.
Ostatnio byliśmy w Wiśle, dzisiaj za nasz cel obraliśmy sobie Czantorię w Ustroniu, a następnie kierowaliśmy się na południe. Co prawda w pierwotnej wersji mieliśmy w ten sposób dojść na Stożek w Wiśle, jednak zmęczenie większości uczestników sprawiło, że organizatorzy musieli zmienić plany i zeszliśmy ze szlaku trochę wcześniej.
Zaraz po przyjeździe do stacji Ustroń-Polana podzieliliśmy się na trzy grupy o zróżnicowanym stopniu wytrzymałości. Ja znalazłam się w tej najniższej, ale dzięki temu zamiast iść pod stromy, mega śliski stok, wjechałam wraz z trzema innymi osobami wyciągiem krzesełkowym, podziwiając panoramę Beskidów. Na górze nie było już ku temu okazji, ponieważ szczyt Czantorii, na który dotarliśmy po kilkuset metrach marszu, skąpany był w śnieżnobiałej mgle. Po chwili, głównie z powodu braku widoków, ruszyliśmy przed siebie. Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do schroniska, przy którym czekaliśmy na pozostałe dwie grupy. Nieco śmiechu dostarczała nam sytuacja, w której jeden z naszych opiekunów, ksiądz Bartosz, wcielał się w rolę GPS-a, raz po raz studiując rozłożoną przed sobą mapę. Ale skoro wzięli tylko jeden egzemplarz i dali go nam, to czemu się dziwić... W końcu na horyzoncie pojawiły się znajome sylwetki, które w krótszym lub dłuższym odstępie czasu docierały ku miejscu zbiórki. Kiedy już wszyscy dotarli na miejsce zbiórki, księża rozpalili ognisko, przy którym mogliśmy się nie tylko ogrzać, ale też upiec kiełbaskę. Po posiłku padło pytanie, kto idzie dalej, na Stożek. Zgłosiły się dwie osoby, ja odmówiłam. Osobiście pewnie doszłabym na ten cały Stożek, jednak było za zimno, za mokro i za ślisko. Poza tym już z dwa razy przewróciłam się podczas drogi, ale zawsze w takich wypadkach znajdowała się osoba, która poprzez podanie ręki pomagała mi się podnieść. Dlatego wraz z drugą grupą wyruszyłam łagodnym zboczem w dół góry, aby dotrzeć do Wisły-Uzdrowisko, skąd zabrał nas pociąg w drogę powrotną.
Siedząc sobie na fotelu i podziwiając przesuwające się za oknami przecudne widoki, tak sobie pomyślałam, że mam niebywałe szczęście do ludzi, których spotykam. Nie wiem jak to się dzieje, ale zawsze, naprawdę zawsze znajdzie się ktoś, kto poda mi swoją rękę. I to niekoniecznie w sposób dosłowny, tak jak dzisiaj, ale chociażby dobrym słowem, czy też uśmiechem. Zawsze się wtedy człowiekowi robi lepiej na sercu... I założę się, że i w Waszym otoczeniu jest wiele takich osób tylko, tylko nie zawsze potrafimy ich dostrzec. Bo jak to powiedział lis z "Małego księcia" - "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". A ja im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej zgadzam się z tym stwierdzeniem.

5 komentarzy:

  1. Zdecydowanie pogoda nas nie rozpieszcza, sama zrezygnowałam z planów wyjazdowych w oparciu o majowy weekend przez pogodę. Masz rację, że jeszcze żyjemy w takich czasach, że ta ,,pomocna dłoń" się pojawia :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację Karolinko, na świecie jest wielu wspaniałych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Karolinko, to prawda, że zawsze znajdzie się ktoś z pomocną dłonią, życzliwym słowem i uśmiechem. Pan Bóg działa przez ludzi.
    Ściskam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świat nie jest taki zły. Trzeba tylko umieć dostrzec w nim też te dobre rzeczy

      Usuń
  4. Ja też uważam, że świat nie jest zły i na całe szczęście jest wielu wspaniałych ludzi.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń