Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 21 kwietnia 2017

Kryzys wiary?

Ostatnio coraz częściej słyszę stwierdzenia, że ludzie coraz bardziej i bardziej oddalają się od wiary, w której zostali wychowani. Problem ten dotyczy w szczególności mieszkańców miast, gdzie na każdego czyhają różne pokusy odciągające nas od kościoła. Chociaż, w lipcu poprzedniego roku, czy chociażby kilka dni temu na Kalwarii mogłabym polemizować z tym stwierdzeniem. Z drugiej strony moja pierwsza uczelnia jest jakby katolicka, więc chyba ma jakieś realne dane. Poza tym sporo rozmawiam z moimi rówieśnikami i słyszę szczere zapewnienia, że gdyby wiara katolicka nie była aż tak zlansowana, to może by i nie odchodzili od niej.
Co prawda to prawda. Nie da się ukryć, że przez te dwa tysiące lat Kościół, który znamy z Dziejów Apostolskich bardzo się zmienił. Liczni reformatorzy powodowali różne odłamy chrześcijaństwa, włączając w nie swoje doktryny. Czy słusznie? Nie mnie to oceniać. W tym roku obchodzimy np. 500 lecie reformacji Marcina Lutra. Wiara niby mająca wiele wspólnego z katolicyzmem, a jednak tak bardzo odległa od niego. I wprowadzająca kolejne "udoskonalenia" mające doprowadzić wiernych do raju. Tak, jakby doktryna mówiąca o tym, że na Sądzie Ostatecznym będziemy sądzeni nie z wiary jaką wyznajemy, ale z uczynków i naszego sumienia się nie liczyła.
Nie ma idealnej wiary, która zaprowadziłaby nas pod Bramy Raju bez żadnych "stłuczek". Tymczasem coraz częściej mam wrażenie, że ludzie właśnie takiej poszukują - niewymagającej od nich nic. A przecież Bóg, jako dobry Ojciec, wymaga od nas wszystkich, nawet od ateisty tak podstawowych wartości, jak poszanowanie siebie i drugiego człowieka. Bo tak na prawdę nie trzeba w niego wierzyć - wystarczy być dobrym i prawym człowiekiem. Wydaje mi się jednak, że ludziom wierzącym jest łatwiej tego dokonać - bo trzymają się pewnych zasad określonych przez wyznawaną religię. Nie mówię oczywiście o fanatycznych muzułmanach, którzy zabijają "niewiernych" w imię Allacha, ale wbrew pozorom nawet islamiści są dobrymi ludźmi.
I na koniec zamieszczam ciekawy wywiad z Emmanuelem Carrere, autorem książki "Królestwo", który niejako przybliża nam te pierwsze lata po zmartwychwstaniu Jezusa, podczas których dopiero powstawały podwaliny Kościoła.

Emmanuel Carrère: chrześcijaństwo było najbardziej prawdziwe w swoich początkach

Ta bardzo mała żydowska sekta, która z założenia nie miała zbyt wielkich szans na powodzenie i w normalnych warunkach powinna zostać zapomniana, wraz z odejściem pierwszej czy drugiej generacji swoich wyznawców, w przeciągu trzech-czterech stuleci rozsadziła od środka imperium rzymskie, a po upływie dwudziestu wieków od powstania wciąż determinuje życie ludzi na całym świecie. To niesamowita historia! – mówi w rozmowie z Emilią Padoł Emmanuel Carrère.

Emmanuel Carrère, uznany francuski pisarz i scenarzysta filmowy, w "Królestwie", swojej najnowszej powieści, rekonstruuje początki chrześcijaństwa. Niegdyś gorliwie wierzący, dzisiaj agnostyk, Carrère pokazuje, jak rodziła się nowa religia i przybliża postaci, które ją formowały. Opowiada o tym, w co wierzyli jej pierwsi wyznawcy, a przede wszystkim mocno przypatruje się temu, jak powstawały najważniejsze dla niej księgi – Ewangelie. O tej, jak sam mówi, "powieściowej historii", opowiada z wielką erudycją, nie szczędząc czytelnikowi intertekstualnych odniesień, rzetelnych analiz i zaskakujących refleksji. O osobistym doświadczeniu – szczerze: zarówno o dniu, w którym przez chwilę widział, jak wygląda Królestwo, jak i o tym, co dzieje się, gdy wiara nagle odchodzi.

Emilia Padoł/Onet: Ponad 25 lat temu przeżył Pan religijne nawrócenie – codziennie uczestniczył Pan w mszy świętej, regularnie spowiadał się i przyjmował komunię świętą. Jak z perspektywy czasu patrzy Pan na to, co Pana spotkało?
Emmanuel Carrère*: Dzisiaj jestem zupełnie innym człowiekiem, a gdy patrzę wstecz, widzę w swoim zachowaniu coś ekstremalnego, histerycznego, co bardzo mnie zaskakuje i jest mi już całkowicie obce. Moja wiara była szczera, nie mam co do tego wątpliwości, ale obawiam się, że żarliwość, którą wykazywałem, nie może być dla wiary dobrą reklamą. Byłem bardzo egocentryczny, chciałem nadać sens swojemu życiu i trudnościom, które mnie spotykały. A moim zdaniem najważniejsze w chrześcijaństwie jest przeniesienie przesłania tej religii na innych ludzi. Tego bardzo mi w tamtym czasie brakowało.
Choć nie uważam się już za osobę wierzącą, pozostało we mnie zamiłowanie do chrześcijaństwa i przesłania Ewangelii. Mam nadzieję, że teraz jestem lepszym chrześcijaninem, niż wtedy, gdy się nim nazywałem.
"Królestwo" to Pana prywatne, literackie śledztwo. Dokonuje Pan dosyć zaskakującej rewizji początków chrześcijaństwa.
Myślę, że bez względu na to, czy się wierzy, czy nie, to wciąż jest jedna z najbardziej interesujących historii, jakie można opowiadać. O tym, jak ta bardzo mała żydowska sekta, która z założenia nie miała zbyt wielkich szans na powodzenie i w normalnych warunkach powinna zostać zapomniana, wraz z odejściem pierwszej czy drugiej generacji swoich wyznawców, w przeciągu trzech-czterech stuleci rozsadziła od środka imperium rzymskie, a po upływie dwudziestu wieków od powstania wciąż determinuje życie ludzi na całym świecie. To niesamowita historia!
Interesowało mnie, jak zostały napisane księgi Nowego Testamentu, które są podstawą tej historii – Ewangelie, a szczególnie jedna z nich. Jako pisarz, zadałem sobie pytanie: kim był jej autor? Oczywiście na temat tej postaci krąży wiele hipotez, ale ja chciałem przedstawić ją w sposób wiarygodny.

Mówi Pan oczywiście o Łukaszu, który jest bardzo ważną figurą w Pana książce, podobnie jak Paweł, któremu Łukasz towarzyszy. Obaj są zupełnie różni. Paweł – emocjonalny, porywczy, radykalny. Łukasz – wykształcony lekarz, dociekliwy obserwator.
W czasie pracy nad książką dosyć wcześnie odkryłem, że Paweł i Łukasz są cudowną powieściową parą. Są trochę jak Sherlock Holmes i Dr Watson, czy Don Kichot i Sancho Pansa. Jeden bardzo silny, wyrazisty, nieustannie mierzący się ze światłem i ciemnością, często  obwiniany i oskarżany. Drugi, czyli Łukasz, rozsądny, właściwie przyziemny.
Jaki te dwie postaci miały wpływ na chrześcijaństwo?
Oczywiście pierwszą osobą, która ukształtowała chrześcijaństwo, był Jezus, ale nie chciałem pisać o jego życiu, bo na ten temat powstało już wiele książek. Myślę, że historia Jezusa jest znana nawet tym ludziom, którzy nie zostali uformowani przez wiarę. Mogą nie znać jej bardzo dobrze, ale zasadniczo wiedzą, o co w niej chodzi.
Z kolei historia Pawła i Łukasza nie jest tak powszechnie znana. Paweł był mistykiem i politykiem, a Łukasz facetem, który opowiada historie, dlatego to on jest mi bliższy. Dobrze wiemy, kim był Paweł, bo mamy jego listy. Wiemy jak pisał, wiemy jak myślał. Z kolei o Łukaszu nie wiemy właściwie nic. Mamy dwie księgi: Ewangelię nazwaną jego imieniem i Dzieje Apostolskie. To na ich podstawie musimy zbudować swoje wyobrażenie o nim.
Myślę, że Łukasz nie był typem geniusza, którym był Paweł, ale był cudownym pisarzem. Przemówiło do mnie wiele cech jego charakteru, zupełnie nie był sekciarski czy fanatyczny. Nie był też kaznodzieją. Bardziej uważał się za kogoś, kogo dzisiaj nazwalibyśmy dziennikarzem, historykiem. Pierwsze zdania jego Ewangelii są zupełnie inne od początków pozostałych trzech. Tamte przyjmują perspektywę wiary, a Łukasz pisze w taki sam sposób, w jaki pisali historycy antyczni.

Co jeszcze wyróżnia Ewangelię Łukasza na tle pozostałych?
Lubię wszystkie Ewangelie, ale myślę, że Łukasz był najbardziej odpowiednim człowiekiem do przedstawienia tej historii, ponieważ – w przeciwieństwie do pozostałych autorów – nie był Żydem. Przybył ze świata greckiego, był świadkiem przeplatania się tych dwóch kultur: greckiej i judaistycznej. Ja też nie jestem Żydem, znam Torę, badałem kulturę i religię żydowską, ale nie urodziłem się i nie wychowałem w tej tradycji. Dlatego łatwiej mi było skupić się na postaci, która też podchodziła do judaizmu z zewnątrz.
Łukasz był Grekiem, czuł się historykiem lub kronikarzem, a równocześnie, do pewnego stopnia, pozostawał powieściopisarzem. Wiele rzeczy w jego Ewangelii jest wymyślonych, nie ma ich w innych Ewangeliach i nie wiemy, skąd – poza swoją wyobraźnią – Łukasz mógł je wziąć. Na przykład przypowieść o miłosiernym Samarytaninie czy przypowieść o synu marnotrawnym.
Polubiłem Łukasza. Im więcej o nim pisałam, tym lepiej go sobie wyobrażałem. To była naprawdę sympatyczna postać. Gdy porównać go do Jana, który był wielkim pisarzem i geniuszem religijnym, Łukasz onieśmiela znacznie mniej. Jest w nim coś bardzo ludzkiego.

Pierwsi chrześcijanie nie mieli jeszcze swojego kanonu, byli dosyć mocno podzieleni – pokazuje Pan, że nieustannie się między sobą spierali. W co więc wierzyli?
Myślę, że przede wszystkim w zmartwychwstanie Jezusa, to ono było podstawą ich wiary. Może wierzyli też w jego przesłanie, przesłanie Ewangelii. Stary Testament powstawał na przestrzeni wielu wieków, pisało go wielu autorów, najczęściej anonimowych, i był to bardzo długi proces. Nowy Testament jest krótszą księgą, napisaną przez dwie generacje autorów, którzy znali się, spotykali, często się ze sobą spierali, czasem byli przyjaciółmi, a czasem wrogami. Moim celem było wykonanie czegoś w rodzaju fresku, który przedstawiałby tych, żyjących w tym samym świecie, ludzi. Chciałem odmalować ich rzetelnie i prawdziwie, bo dominuje tendencja, żeby myśleć o nich jak o świętych noszących nad głowami aureole. A to byli ludzie, którzy mieli swoje słabości – i je też chciałem pokazać.
Postaci, które Pan przedstawia, to m.in. Piotr, Jan czy Jakub. Szczególnie interesująca jest postać Jakuba, brata Jezusa – w Kościele od wieków właściwie zapomniana.
Jakub jest marginalizowany, ponieważ reprezentuje bardzo ortodoksyjną żydowską tradycję. Prawdopodobnie Jezus też był jej częścią. Kiedy chrześcijaństwo nie nazywało się jeszcze chrześcijaństwem, zostało osadzone w rzymskim kręgu kulturowym. Od tego czasu nie było już miejsca dla tradycji, którą ucieleśniał Jakub. W ten sposób został zapomniany.
Czy chrześcijaństwo – formujące się na tle tradycji judaistycznej i grecko-rzymskiej – najsilniej z nich wyostrzało wewnętrzne konflikty przeżywane przez człowieka, było najbardziej emocjonalne?
Tak, oczywiście. W chrześcijaństwie wyjątkowe jest to, że zanim zmieniło się w doktrynę, było opowieścią, nawet gotową powieścią. I myślę, że to właśnie uczyniło je tak popularnym. Ja chciałem opowiedzieć o okolicznościach, w których ta powieść została napisana.
A kiedy chrześcijaństwo nabrało podejrzeń wobec ludzkiej cielesności i seksualności?
Przykro mi to mówić, ale obawiam się, że wielka nieufność wobec seksualności nie została zapoczątkowana przez Pawła. Bylibyśmy szczęśliwi, gdybyśmy mogli powiedzieć, że to wszystko jego wina, ale ta podejrzliwość zaczęła się od Jezusa – możemy to stwierdzić na podstawie Ewangelii.

Co my właściwie wiemy o Jezusie – jako postaci historycznej?
Cztery Ewangelie nie były pisane jako relacje naocznych świadków opisywanych wydarzeń. W przypadku Jana to może być dyskusyjne, ale zasadniczo tak jest. Autorzy Ewangelii nie byli towarzyszami Jezusa, pisali swoje teksty kilka dekad później. Nie twierdzę, że ich słowa są niewiarygodne, ale na pewno były już kształtowane przez to, w co wierzyli i w co wierzyły ich społeczności. Niestety nie mamy bezpośredniego dostępu do Jezusa, a pomiędzy Ewangeliami jest wiele sprzeczności.
Ale muszę przyznać, że te sprzeczności są akurat czymś, co podziwiam. To piękne, że kiedy wczesny Kościół formował kanon, około 300-400 lat po Chrystusie, nie uległ tej oczywistej pokusie, którą byłoby stworzenie z czterech niespójnych relacji jednej oficjalnej, tzw. "zgodnej z linią partii". Oni tego nie zrobili i myślę, że to wypływało z uczciwości, a także – choć może nieświadomie – z literackiej intuicji.
Cztery różniące się między sobą historie tworzą znacznie bardziej efektowny i głęboki obraz niż jedna. Dzięki temu Jezus został przedstawiony w bardzo nowoczesny sposób.

Zmartwychwstanie – to esencja chrześcijaństwa, ale pisze Pan, że najstarsza ze wszystkich Ewangelii, Ewangelia Marka, w oryginale nie była zakończona sceną zmartwychwstania. Jak to możliwe?
Oryginalna historia Marka kończy się sceną z udziałem kobiet, które przychodzą do grobu Jezusa i odkrywają, że jego ciała już w nim nie ma. "Nikomu też nic nie powiedziały, bo się bały" – to ostatnie słowa Marka, zapisane w najstarszym manuskrypcie, pochodzącym z III-IV wieku. Oznacza to, że w tym czasie tak właśnie kończyła się ta Ewangelia. Ostatni rozdział, dotyczący zmartwychwstania, pojawił się później. Oczywiście uważam, że idea zmartwychwstania od początku była podstawą chrześcijańskiej wiary, ale we wczesnych Ewangeliach najwyraźniej nie był to najważniejszy fakt. To tajemnicze i bardzo intrygujące.
Pod koniec książki pisze Pan, że nie jest zaskoczony tym, że Kościół odszedł od swoich korzeni – wręcz przeciwnie: podziwia Pan to, jak bardzo starał się pozostać im wierny. Dla wielu to może być dosyć zaskakująca konkluzja.
Uważam, że się starał, choć nie sądzę, że mu się to udało (śmiech). Myślę, że historia Kościoła pokazuje, że chrześcijaństwo było najbardziej prawdziwe w swoich początkach, we wczesnym "dzieciństwie", a nie gdy dorosło – co jest przeciwieństwem wyobrażenia, jakie mamy o ludzkim życiu.
I jest jeszcze coś, co bardzo zaskakuje, a mianowicie to, jak często chrześcijaństwo jest kojarzone z konserwatywnymi, reakcyjnymi siłami. Przecież chrześcijaństwo jest ich dokładnym przeciwieństwem. To jest historyczny fakt, któremu nie można zaprzeczyć i to naprawdę dziwne, że przesłanie Jezusa, które kontrastuje z wszelkim konserwatywnym myśleniem, zostało z nim powiązane. To tylko jeden z paradoksów, w które obfituje historia chrześcijaństwa.


* Emmanuel Carrère (1957) – francuski pisarz, twórca filmowy, scenarzysta. Jego książki przetłumaczono na dwadzieścia języków. Do rąk polskiego czytelnika oddano "Przeciwnika", "Powieść rosyjską", "Limonowa", "Nie moje życie", "Wąsy". "Królestwo" ukazuje się nakładem Wydawnictwa Literackiego w przekładzie Krystyny Arustowicz. We Francji powieść rozeszła się w nakładzie 340 tys. egzemplarzy, stając się także książką roku dziennika "Le Monde" i zdobywając nagrodę Prix LiRE dla najlepszej książki 2014 r.

6 komentarzy:

  1. Jestem przerażona edukacją religijną wśród małych dzieci w przedszkolach i szkołach przez katechetów. To jest koszmar. Treść nie dostosowana do wieku, zajęcia nudne- pani katechetka mówi dzieci słuchają bądź je przepytuje. Koszmar. Mnie uczyły siostry zakonne albo księża, był śpiew, gra na gitarze, piękne opowieści z Biblii aby dziecko czy młodzież poznała Boga, poczuła go. Religia była inna od smętnych, tuzinkowych zajęć lekcyjnych. Już na tym wstępie edukacji zabijamy naszą wiarę, zamykając ją jako zwykły przedmiot, do wkucia i zaliczenia. Religia nie jest przedmiotem do nauki w której jak się nauczycielowi chce to coś poszukują, odkrywają. Religia to spotkanie z Bogiem. Religia przekłada się na resztę zachowania. Kojarzy się z pójściem na Mszę, różne liturgiczne spotkania w kościele. Jak ma dziecko na to chodzić jak buzie krzywi na samo słowo religia? Mam nadzieję, że doświadczenia moich dzieci należą do rzadkości.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Najpiękniejszą lekcją wiary jest normalna, zdrowa rodzina, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, Bóg i ludzie... wszelkie skrajności nie prowadzą do niczego dobrego. Znam osoby kierujące się fanatyzmem religijnym i krzywdzące innych na co dzień.

    OdpowiedzUsuń
  3. W miejscowości w której mieszkam akurat mamy fajnego księdza i mogę śmiało powiedzieć, że chodzą całe rodziny co niedzielę do kościoła. Na roraty, na różaniec, na majowe też sporo osób chodzi. Aczkolwiek czuję sama że trochę swoim postępowaniem kościół jakby odpycha od siebie szczególnie dzieci i młodzież! Dlaczego tak czuję? Ponieważ dzieci pierwszokomunijne muszą biegać co niedzielę i święto z książeczką po podpis, że były na mszy! Muszą, nie że chcą, tylko muszą chodzić na majowe, na różaniec, an roraty rano przed szkołą - a mamy do parafialnego kościoła 5 km i oczywiście to ja muszę z nimi wtedy też jeździć i jeszcze najmłodszego wszędzie ciągnąć ze sobą niezależnie od pogody. A przed bierzmowaniem jest to samo zmuszanie z książeczkami i podpisami + obowiązkowe pielgrzymki 2 akurat u nas są. Potem często widzę, że te dzieci czy młodzież już po komunii, czy po bierzmowaniu mniej chodzą do kościoła. Takim zachowaniem naprawdę Kościół odpycha! No i dużooooo zależy jeszcze od księdza! W mojej rodzinnej miejscowości mieliśmy super księdza. Dzieci na mszach miały cały przód kościoła zajęty! Od kiedy zmienił się ksiądz, a nie należy do najlepszych - powodów nie będę pisała, mało jakie dzieci idą do kościoła. Starsi też zresztą chodzą małą grupą. Więc to można by rzec - temat rzeka! Ale ja nauczona byłam chodzić na kościoła i chodze dalej, no i teraz uczę moich synów, żeby chociaż co niedzielę i w święta z nami szli do kOścioła.

    OdpowiedzUsuń
  4. Księża też nie są przykładem! Ostatnio widziałam jak ksiądz odebrał telefon w trakcie mszy....a później żartował, że papież do niego dzwonił...
    Właśnie od takich ludzi powinniśmy wymagać poszanowania wartości. Jak księża nie przestrzegają pewnych zasad, to czego możemy oczekiwać od innych i skąd brać przykład wiary...

    Pozdrawiam!:)

    xxBasia

    OdpowiedzUsuń
  5. Karolinko, temat ważny i aktualny. Dla mnie osią mej wiary jest Chrystus i Jego słowa zawarte w Ewangelii. I On sam przecież zapowiada ten kryzys, gdy mówi: "Nie bój się, MAŁA trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo", a w innym miejscu pyta wręcz: "Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?". Tak więc sam Jezus zakładał, że może ostać się tylko garstka Jego wyznawców.
    Inna sprawa, że dziś ludzie szukają wszędzie łatwizny i rozrywki, niestety również w Kościele. A Kościół nie jest miejscem rozrywki, lecz miejscem spotkania naszego Boga. I jakie ma znaczenie czy ksiądz jest grzeszny (wszyscy wszak jesteśmy), kazanie nudne, a organista fałszuje? Nie to jest istotą Eucharystii - Najświętszej Ofiary. Niestety dziś przyucza się dzieci do takiego właśnie traktowania Kościoła - jak placu zabaw. Niem mam oczywiście nic przeciwko specjalnym mszom dla dzieci, ale gdy zmieniają się one w cyrk, to już inna sprawa (dzieci bawią się zabawkami na środku kościoła, jedzą, piją, krzyczą, biegają jak oszalałe, a rodzice nie reagują). Dwie sytuacje z mojej miejscowości: w moim parafialnym kościele dziecko ściągnęło majteczki i załatwiło "grubszą potrzebę" na środku kościoła (na posadzkę), a rodzice nie zareagowali. W kościele sąsiednim dzieci tak szalały na ołtarzu, że przewróciły i roztrzaskały Paschał, też przy braku jakiejkolwiek reakcji). Jak myślisz, Karolinko, jacy wierni wyrosną z takich dzieci?
    Ludzie dziś trochę traktują wiarę jak supermarket: wybieram to, co mi odpowiada i narzekam, gdy nie ma tego, na co mam ochotę. A przecież jeśli wierzę w Jezusa Chrystusa, to przyjmuję Jego słowa, Jego naukę. W całości, choćby była trudna. Wybrać sobie tylko to, co mi odpowiada, to jakby stworzyć sobie własnego bożka, na miarę własnych potrzeb i pragnień. Taki bożek nie daje jednak pokoju serca i radości, stąd dziś tak wielu zgorzkniałych, niezadowolonych i krytycznie nastawionych do Kościoła katolików.
    Ale cokolwiek by się nie działo, będzie dobrze, bo Pan Jezus powiedział przecież, że Jego Kościoła nawet bramy piekielne nie przemogą. Niech więc się dzieje, co chce, a Chrystus i tak zwycięży.
    Tulę Cię serdecznie, Karolinko i przesyłam dobre myśli.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję Wam za tak poruszające komentarze na tak drażliwy temat jakim jest nasza wiara. Myślałam, że wpis przejdzie bez echa, co najwyżej posypie się hejt, a tutaj taka miła niespodzianka! Bo wiecie, to nie jest tak, że szukam sensacji, ja po prostu zamieszczam luźne przemyślenia, starając się nikogo w nich nie urazić. Tym bardziej w temacie wiary. I chyba mi się to udaje...

    OdpowiedzUsuń