Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 27 kwietnia 2017

Wykładowca wykładowcy nierówny

Wczoraj oddałam indeks do dziekanatu AWFu. Wreszcie! Na moje szczęście pani w dziekanacie miała w miarę dobry humor(chociaż nie przypominam sobie sytuacji, w której zastałam ją z typowym marsem na twarzy) i bez zbędnego komentarza przyjęła zieloną książeczkę. Dwa miesiące po terminie, ale i sytuacja była, hmm, specyficzna?
Na początku semestru mam zwyczaj informowania wykładowców o moim specyficznym problemem, jakim jest problem z ręcznym pisaniem długich, opisowych kolokwiów czy też egzaminów. Sama sobie tego nie wymyśliłam, nie moja wina, że moje schorzenie ogranicza mnie w pewnych sprawach, w tym także tak prozaicznych jak choćby długie pisanie. Dlatego nagrywam wykłady na dyktafon, a potem przepisuję to wszystko na laptopa i drukuję. Nie oznacza to jednak, że mam np. mniejszy zakres materiału do opanowania, bo nie o to tutaj chodzi. Z reguły spotykam się z pełnym zrozumieniem i zamiany pisemnego egzaminu na ustny, czy chociażby pozwolenie na napisanie go na laptopie. Wszak wykładowcy nie dość, że nie są "ślepi" to jeszcze są w miarę ludzcy. Ale nie wszyscy.
Z budowania zespołów pracowniczych też miałam obiecane dostosowanie formy zaliczenia do moich możliwości. Kiedy reszta pisała termin "zerowy" umówiłam się z kobietą, że przyjdę do niej na konsultację i jej to zaliczę wtedy. Byłam przekonana, że przepyta mnie ustnie, wszak już tak zaliczyłam jej dwa kolokwia. Tymczasem kiedy poszłam do niej zaliczać jak gdyby nigdy nic dała mi normalną kartkę mętnie tłumacząc, że musi mieć egzamin na piśmie. Zaczęłam pisać, jednak w ciągu 2,5 godziny napisałam na zaledwie 3 z 10 mega rozbudowanych pytań. I to nie dlatego, że się nie nauczyłam. Nie zdałam, chociaż tłumaczenie, że miałam "dobrze, ale za mało" wcale do mnie nie przemawiało. Ale tak na logikę, to łatwo wpaść na to, że skoro moi koledzy z grupy nie wyrobili się z odpowiedziami przez 2 godziny, to w moim przypadku te 30 minut niewiele zmieni. I tak przez ponad 2 miesiące bezskutecznie pielgrzymowałam do jej gabinetu. Zaś kobieta z x tytułami przed nazwiskiem oraz masą dyplomów uznania na ścianie nie potrafiła zrozumieć tego, że ktoś może naprawdę mieć kłopoty z ręcznym napisaniem tego, co ona wymaga. Nawet moi koledzy i koleżanki z grupy pukali się na takie coś w głowę. Znają mnie, mój przypadek i naprawdę nie mają nic przeciwko dopasowanej do mnie formie zdawania. Dużo rozmawialiśmy, pocieszali mnie jak mogli, zwłaszcza kiedy przypomniałam sobie o sytuacji z angielskiego w Katowicach. 
W końcu po entym niezdanym z tego samego powodu egzaminie poprawkowym postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i po raz kolejny wytłumaczyłam wykładowcy dlaczego w życiu nie napiszę jej tego wszystkiego ręcznie. O dziwo poskutkowało, bo w końcu pozwoliła mi napisać ten cały egzamin na laptopie. Poszłam wczoraj, napisałam co umiałam, dostałam "4" z dziwnym komentarzem typu "wreszcie się pani nauczyła"(nic się nie uczyłam, ponadto co już umiałam). Co prawda czuję niedosyt, bo wiadomo, gdyby nie jej fochy, to uniknęłabym kilku niedostatecznych, które obniżyły mi średnią(ja naprawdę nie czepiam się kiedy czegoś nie wiem i dostaję jedynki, ale kiedy coś wiem i tak się staje to i owszem). Ale jak to powiedziała moja najlepsza kumpela - "niektórzy po prostu są niereformowalni". Teraz pojawił się jeszcze problem z wpisem w Wirtualnym Dziekanacie, bo system został zamknięty jakiś miesiąc temu, ale jak to już powiedział ktoś inny z mojej grupy: "Tym niech już się oni martwią". Zresztą większość studentów nie ma czegoś w Wirtualnym, więc nie jestem osamotniona.
Jejku, ledwie zamknęłam(chyba) jeden semestr, a zaraz koniec kolejnego, ostatniego już. Na szczęście teraz mam w miarę wyrozumiałych profesorów. Mam nadzieję, że żaden nie wywinie mi żadnego numeru...

9 komentarzy:

  1. W głowie się nie mieści! Dobrze, że masz już z głowy tą panią profesor.
    Ściskam serdecznie, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że wreszcie zaliczyłam ten przedmiot. A niektórych ludzi po prostu się nie zmieni, niestety...

      Usuń
  2. Dobrze, że udało Ci się zaliczyć. Pozdrawiam!:)

    xxBasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że nie w każdym wykładowcy można znaleźć wsparcie i zrozumienie takie jak powinno być. Wszak u nas na studiach zawsze mówili, że to wykładowca jest dla nas...
    Grunt, że w końcu dotarłaś do tej kobiety i zaliczyłaś przedmiot.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykra sytuacja, naprawdę współczuję. Tak to czasami jest, niestety... Ważne, że nie poddałaś się i udało Ci się zaliczyć. Mam nadzieję, że na kolejnych egzaminach obejdzie się już bez takich "przepraw".

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja miałam jednego wykładowcę, u którego pisaliśmy egzaminy i kolokwia na czas. Ucząc się do tych zaliczeń po prostu pisałam odpowiedzi na pytania i ćwiczyłam się w szybkim pisaniu. Nie sądzę, że wyszło nam to na dobre, ale myślę, że taki typ zaliczenia spowodował, że nie mieliśmy czasu ściągać.
    Ale dobrze, że to już masz za sobą!

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolokwium na czas chyba bym nigdy nie napisała...

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie potrafię tego zrozumieć, że wykładowcy mogą być aż tak nie ludzcy.
    Całuję i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Też tego nie potrafię zrozumieć. Zwłaszcza kiedy mam wcześniej obiecane dostosowanie formy egzaminu do moich potrzeb. Ale kto powiedział, że w życiu wszystko będzie bezproblemowe. Na szczęście mam to z głowy, chociaż kosztowało mnie to nerwów co niemiara...

    OdpowiedzUsuń