Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 26 maja 2017

Matka, mama, mamusia...

"... Przede wsią, w pustce na wzgórzu stała drewniana kapliczka, spróchniała już zupełnie od przyciesi aż do żelaznego kogutka na szczycie dachu.
Dokoła tej staruszki rosły bujne bzy z ogromnymi kiściami pachnących kwiatów.
Marcinek szybko skoczył ku kapliczce, wspiął się na płot i ułamał ogromny pęk kwitnących gałęzi. Wózek oddalił się i zbliżał już do wioski. Chłopiec rzucił się pędem po równej już tam drodze, strząsając rosę z kwiatów i zziajany cały ten pęk rozkwitły rzucił matce na kolana.
Nie miała serca wymawiać mu, że obrabował biedną, starą kapliczkę.
Mokre kwiateczki odrywały się, spadały wraz z kroplami rosy i lgnęły do jej palców, a duszny zapach tak dziwnie ją upajał...
" Stefan Żeromski, Syzyfowe prace.

Bardzo lubię powyższy fragment z gimnazjalnej lektury, który opisuje miłość dziesięcioletniego chłopca do swojej matki. Miłość tak wielką, że powodującą obnażenie starej przydrożnej kapliczki z nieupiększających jej fioletowych kwiatuszków lilaka. Bo chociaż często nasz poczciwy lilak jest nazywany bzem, to jednak to nie jest jeden i ten sam krzew. Świadczy o tym chociażby fakt, że lilak należy do rodziny oliwkowatych natomiast bez jest przedstawicielem piżmaczkowatych. Nie to jest jednak w tym fragmencie najważniejsze, czy był to lilak, czy bez - dużo ważniejsza jest relacja matka - syn. 
Jak wiemy z następnego rozdziału, mama Marcinka zmarła kilka miesięcy po opisanych wyżej wydarzeniach. Kto wie, czy to nie był jeden z ostatnich gestów miłości względem rodzicielki. Zaskakujące jest jednak to, że ten młody człowiek dla ukochanej mamusi gotowy był nawet "okraść" samego Pana Boga. Ale taka chyba powinna być miłość dziecka do rodzica, a szczególnie do mamy - bezgraniczna, bezwarunkowa, autentyczna. Zresztą identyczną miłością mama darzy swoje dziecko, noszone przez dziewięć miesięcy pod piersią. 
Patrząc na dzisiejszy świat odnoszę wrażenie, że szacunek do mamy zaczyna się zacierać. Nie raz spotykam się na blogach, czy też w mediach społecznościowych, że dziecko nie mówi do rodzicielki "mamo", co najczęściej jest jego pierwszym werbalnym słowem w życiu, tylko "stara", "ona", czy też po prostu po imieniu. To co kiedyś było nie do pomyślenia, dzisiaj staje się rutyną. "Starsze" pokolenie na pewno pamięta szacunek, jakim należało obdarzać rodziców, którzy "zawsze mieli rację". Dzisiaj rutyną są przepychanki słowne, czy wręcz pyskowanie do rodziców. Nieraz słyszę, czy też czytam, jacy to oni są be, bo nie zrobili tego czy tamtego. Szkoda tylko, że dzieci nie zauważają, że rodzice też mogą być zmęczeni i nie mieć na to coś ochoty. Ale to nie znaczy, że nas nie kochają. Niestety, najczęściej zauważamy ich miłość i zasługi dopiero wtedy, kiedy nam ich zabraknie...
Ja nie mam matki, ja mam mamusię. I nie wyobrażam sobie, aby ją inaczej nazywać jej inaczej. Po imieniu mogę mówić do koleżanek i kolegów, matka kojarzy mi się z Matką Bożą. A mamusia? Mamusia z kimś tylko moim. Kimś, do kogo mogę się przytulić, powierzyć największą tajemnicę. 
Dzisiaj podczas Mszy Świętej Białego Tygodnia dzieci dostały za zadanie podziękowania mamą za danie im życia. Ale to zadanie powinno się tyczyć każdego, kto jeszcze ma rodziców. I warto je wypełnić, nawet  jeżeli u Pierwszej Komunii Świętej było się kilkadziesiąt lat temu. Bo za rok taka okazja może się już nie powtórzyć...

poniedziałek, 22 maja 2017

Mieć przeczucie - niestety to złe

Od prawie trzech lat praktycznie codziennie pokonuję trasę Kraków - Dąbrowa Górnicza w kursujących na tym odcinku busie. Bus właściwie kursuje z Sosnowca do Krakowa, a tylko zahacza o Dąbrowę. W każdym razie dzięki takiemu rozwiązaniu nie muszę już jeździć do Katowic, a stamtąd kierować się na Kraków, ani nawet do Sosnowca. Przejazd z reguły trwa niewiele ponad godzinę, więc nie jest źle. Trasę podróży zazwyczaj umila pasażerom włączone radio. Tak było i tym razem. Podczas wsiadania do busa po skończonych zajęciach usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek:
Z jednej strony zrobiło mi się miło, ale z drugiej miałam jakieś dziwne przeczucie, że za chwilę usłyszę coś, czego nie chciałabym. Nie ukrywam, że bardzo lubię twórczość Pana Zbyszka Wodeckiego, jego piosenki mogłabym nucić i nucić. Kiedy zaraz po powrocie ze Lwowa dowiedziałam się, że leży nieprzytomny w szpitalu bardzo zasmuciła mnie ta wiadomość. Jeszcze większy smutek poczułam, kiedy po internecie zaczęła krążyć informacja o rzekomej śmierci artysty. I niesamowita ulga, kiedy manager artysty zdementował tą plotkę. Co prawda wiem, co to jest udar mózgu i z czym to się wiąże. A jednak podświadomie liczyłam na to, że jeszcze kiedyś zobaczymy Pana Zbyszka na scenie. Może nie za rok, nie za dwa, ale kiedyś na pewno. Więc dlaczego zdenerwowała mnie ta piękna piosenka? Przez głowę przemknęła mi tylko jedna myśl. I chociaż nie wypowiedziałam jej na głos, to chwilę po skończeniu piosenki spiker jakby złośliwie wyjął ją z moich ust oznajmiając grobowym głosem - "Dzisiaj zmarł Zbigniew Wodecki". Chciałam wtedy krzyknąć: "Nie! To kolejna plotka", jedyne co zrobiłam, to wbiłam się głębiej w fotel i oparłam głowę o szybę. A więc to już koniec? Kolejny wspaniały Artysta poszedł zasilić zupełnie inną scenę. Jego wspaniały głos i bujna fryzura zostanie zapamiętana na długi, długi czas. A jego śmiech? Szczery, spontaniczny, wywołujący uśmiech na ustach drugiej osoby - tego też będzie brakowało fanom jego talentów. Dla mnie zaś zawsze będzie wykonawcą dziecięcego szlagieru z bajki "Pszczółka Maja". Pamiętam jak jego uroczy głos zwiastował całemu młodemu pokoleniu w niedzielne wieczory początek Wieczorynki.
I jak tu go nie kochać? W tym roku w grudniu miał zaplanowany podczas koncertu kolęd i pastorałem w naszym mieście. Zastanawiałam się nawet, czy jakoś się na niego nie wybrać. Wreszcie usłyszałabym Pana Zbyszka na żywo. Nie zdążyłam. I chyba jeszcze długo nie podaruję sobie tego, że kilka lat temu nie poszłam na wagary i zamiast na uczelnię nie udałam się do Biblioteki miejskiej na spotkanie z artystą. Ale taka to już natura ludzka, że myśli, iż ze wszystkim zdąży. Życie jednak bywa bardzo przewrotne...
A na łzy rozpaczy też sobie pozwoliłam. Już w domowym zaciszu... Bo to nie wstyd płakać po tak wspaniałym Artyście.

niedziela, 21 maja 2017

Krakowski jarmark rzemiosła

Tradycją krakowskiego Rynku Głównego jest to, że od czasu do czasu odbywają na nim przeróżne jarmarki. Te związane ze świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocą są powszednie znane i kojarzone. W ostatnim tygodniu odbywał się jednak zupełnie inny, związany z powoli odchodzącym rzemiosłem. Nie ukrywajmy, za kilka lat niektóre zawody odejdą w zapomnienie. Już dzisiaj moi rówieśnicy nie wiedzą kim był zecer. A i podejrzewam, że gdybym nie czytała tylu książek, to też bym nie wiedziała. Co ciekawe, podejrzewam że bardzo wiele z nich(np. te z 1899 roku) powstały właśnie za sprawą tajemniczego zecera.
Nie wiem, czy w przyszłym tygodniu oczy odwiedzających Kraków będą mogły podziwiać prezentowane na kramach cudeńka. Jednak dzięki temu, że w czwartek miałam studyjną wycieczkę do Wrocławia, pierwszy raz w życiu, a w środę kończyłam zajęcia na Franciszkańskiej, mogłam po nich pochodzić i porobić tu i ówdzie zdjęcia.
Podobnie jak przed wiekami, także i teraz każdy cech został obrazowo oznaczony. Wyobrażacie sobie średniowieczne miasto bez cechu rzemieślniczego? Bo mi trudno to ogarnąć.
Słodycze wyprodukowane przez cukierników kusiły swoimi barwami i zapachami, a nawet wymyślnymi napisami

Najprostsze jedzenie jest zawsze najlepsze. A taka pajda świeżego chleba wypieczonego przez piekarzy z daleka zachęcała swoim zapachem przechodzących obok ludzi.
Ludowe wianki, w które stroiły się polskie panny. Idealnie by pasowały dla dziewczynek przystępujących dzisiaj w mojej parafii do Pierwszej Komunii Świętej. Chociaż z tego, co dzisiaj widziałam, ta tradycja przechodzi już raczej do historii, przynajmniej u nas, w mieście.
Przepięknie kolorowe świeczki, efekt pracy świecarzy, czekały tylko na to, aż ktoś je kupi i będzie się wieczorami cieszył ich nastrojowym światłem.
Radośnie dzwoniące dzwoneczki, które niegdyś wyrabiane były przez ludwisarza, wydawały z siebie delikatne dźwięki przy każdym podmuchu wiatru.
Chociaż Bursztynowy Szlak nie przebiegał przez Kraków, to na jarmarku nie mogło zabraknąć prześlicznych wyrobów z nadmorskiego złota.
Kolorowe matrioszki radośnie przyglądały się przechodniom - tutaj swoim talentem mogli pochwalić się grzebieniarz
 Pszczelarze też mieli ręce pełne roboty
A kowale niestrudzenie wyrabiali podkowy, bynajmniej nie do podkucia koni, ale na szczęście...
I tak jakoś zrobiło mi się przykro, że niektóre zawody naprawdę odchodzą już w zapomnienie...

piątek, 19 maja 2017

Na literackim podium

Witajcie w drugiej połowie maja. Bardzo się cieszę, że poezja naszej Basi jest tak bardzo bliska sercu wielu czytelników, o czym mogliśmy przekonać się pod ostatnim postem. Nie da się ukryć - kobieta ma prawdziwy talent, którego nie zakopuje w ziemi, a dzieli się nim z całym światem. Pisałam już, że czuję się szczęśliwa, że do niej trafiłam? Nie? No to teraz o tym piszę. Tak? To jeszcze bardziej to potwierdzam! A skoro już wkroczyliśmy na grunt poezji, to pozwólcie, że się czymś pochwalę...
 Tak mnie namawialiście w poście dotyczącym 600 lat prymasostwa w naszym kraju na wysłanie mojego wiersza na lokalny konkurs o moim mieście, że aż Was posłuchałam i zaczęłam tworzyć. Po trochu żałowałam, że zamieściłam już jeden z moich wierszy, napisany jeszcze za czasów gimnazjalnych, na blogu, ponieważ wydaje mi się, że doskonale pasowałby do tematu wiersza - "Sen o Dąbrowie", organizatorzy zaś zastrzegli sobie, że napisany wiersz miał nie być dotąd nigdzie publikowany. A ponieważ "wujek google" wszystko wynajdzie, wolałam nie ryzykować i napisać coś nowego. W ten sposób powstał ten oto wiersz:
Krocząc przez życie po jego krętych ścieżkach,
Wdycham powietrze, którym oddychali moi przodkowie.
I myślę,
O tym co było i już nie wróci,
O tym co jest tu i teraz,
I o tym co będzie za rok, za dwa, za trzy.
Przytulając wieczorem głowę do miękkiej poduszki,
Zamykam moje zmęczone oczy i śnię.
Mam przed oczyma pierwszą osadę Dąbrowę,
z umorusanymi od węgla gwarkami.
I nagle osada zaczyna się rozrastać,
Powstają nowe osiedla,
Gdzieś tam Maria Konopnicka robi zarys nowelki „Dym”.
Osada staje się miastem, rozrasta.
Aż wreszcie dochodzi do momentu, w jakim obecnie się znajduje.
A ja dalej śnię. Śnię o przeszłości,
Ale jest i teraźniejszość…
Nowoczesna, przestronna, wygodna,
Gdzie ludzie po pracy znajdują czas na wyjście do „Parku Hallera”,
Albo nad jezioro „Pogoria”.
I planują, rozważają co będzie w przyszłości.
Przyszłości należącej do każdego z nas.
Bo o ile przeszłości już nie zmienimy, o tyle przyszłość leży w naszych rękach.
Budzę się i idę przed siebie.
Wszak ja też jestem budowniczym historii mojego miasta.


Oczywiście nie uważam go za niezwykły, a wręcz raczej przeciętny. Postanowiłam jednak zaryzykować i wysłać go na adres organizatora. Nawet jakbym nic nie zdobyła, to chociażby dla satysfakcji. Nie spodziewając się niczego wielkiego wróciłam do codzienności. A jednak wczoraj sprawdziłam na facebooku wyniki konkursu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy znalazłam swoje nazwisko wśród laureatów. Trzecie miejsce też jest dobre. I mówię to jako długoletni sportowiec, który niejednokrotnie stawał na podium, jak i znajdował się poza nim. 
Dostałam zaproszenie po odbiór nagrody do głównego gmachu Biblioteki Miejskiej. Tym razem otrzymałam książkę(a jakżeby inaczej) Toma Caina - "Zabić księżną". Z opisu dowiedziałam się, że jest to thriller opowiadający o śledztwie w sprawie tajemniczej śmierci księżnej Diany, która wstrząsnęła całym światem. Zapowiada się ciekawie - będzie co czytać w wakacje.
A swoją drogą - jak to historia lubi się powtarzać. Kiedy pięć lat temu kończyłam pierwszy stopień studiów z zarządzania w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych, wystartowałam w miejskim konkursie związanym z 40 leciem budowy słynnej "Huty Katowice"(nawet w podręcznikach była o niej wzmianka). Napisałam wtedy opowiadanie o chłopie z kieleckiej wioski, który przyjechał do dużego miasta, aby pomóc w jej budowie. Nowelka chyba spodobała się jurorom, bo też znalazłam się w niewielkim gronie laureatów(a z tego co czytałam potem w lokalnej gazecie, to odzew na konkurs był niemały). Może ją tutaj kiedyś zamieszczę, chociaż też nie uważam ją za jakąś wyśmienitą... Muszę tylko dobrze poszukać w czeluściach wysłanych za pośrednictwem poczty internetowej plików. Miałam oczywiście zapisaną pracę gdzieś na dysku, ale po zeszłorocznej awarii otrzymałam całkowicie nowy. No i pożegnałam się ze wszystkim, co było na dawnym... Na szczęście ową pracę wysłałam e-meilem, więc jest szansa, na odnalezienie jej.

poniedziałek, 15 maja 2017

Co się kryje "Między słowem, a ciszą"?

Pamiętam jak w sierpniu ubiegłego roku zaraz po powrocie z pieszej pielgrzymki do Częstochowy, znalazłam w skrzynce pocztowej niewielką paczkę. Domyślałam się od kogo, wszak na początku miesiąca wzięłam udział w konkursie zorganizowanym przez Basię na jej blogu. I chociaż zbytnie nie popisałam się wiedzą na temat ziół, to jakaś nagroda pocieszenia miała do mnie przyjść. Zresztą na kopercie był też adres zwrotny naszej blogowej koleżanki. Otworzyłam niepozorną paczkę a TAM. Mojej radości nie sposób było opisać. Zawsze lubiłam poezję Basieńki, a teraz miałam większość jej wierszy w wersji papierowej. Co prawda Basia już wcześniej prosiła mnie o adres, na który mogłaby mi ją przysłać, ja jednak nie czułam się godna takiego podarunku. A jednak widać, że książka była mi przeznaczona, inaczej nie trafiła by na półkę mojego regału. Nie, tej recenzji nie mogło tutaj zabraknąć! Bo gdyby nie blog, chyba nigdy nie poznałabym, chociażby wirtualnie, tak wspaniałej osoby, jaką jest Basia.

Tytuł: "Między słowem a ciszą"
Autor: Barbara Wójcik
Drukarnia Autograf
Dąbrówka Gorzycka 2015

W sierpniu ubiegłego roku zostałam obdarowana przez blogową koleżankę Basię jej autorskim tomikiem wierszy zatytułowanym „Między słowem a ciszą”. Nie będę ukrywać, że bardzo ucieszył mnie ten gest, wszak z poezją Basi spotkałam się na prowadzonym przez nią blogu i muszę przyznać, że za każdym razem jestem zachwycona pięknem doboru przez nią słów do danego wiersza. Poezja Basi żyje, a za razem wymaga zastanowienia się nad pewnymi rzeczami, sytuacjami, zjawiskami.

Książkę wzięłam z radością do moich rąk i w miarę systematycznie zaczęłam ją czytać. Z każdego jej wiersza, z każdej strofy bije życiowa prawda, zaś skromna, biedna wioska nieopodal Tarnowa zachwyca swoim pięknem. Tak, jak przed laty Kochanowski pisał w jednym ze swoich wierszy „Wsi spokojna, wsi wesoła”, tak teraz Basia potwierdza to stwierdzenie na łamach napisanych przez siebie słów. W jej wierszach, oprócz motywu wiejskiego, przejawia się także motyw religijny. Basia „zaprasza” nas do swojego parafialnego kościoła, pokazuje piękno niepozornych, przydrożnych kapliczek, w przepięknych słowach opisuje święta oraz tradycje obchodzone w trakcie roku liturgicznego. Trzeci motyw, jaki można zobaczyć w wierszach Basi, to motyw życia codziennego. Któż lepiej nie opowie o rodzinie, macierzyństwie, pracy w ukochanej, wiejskiej szkole, niż ten, dla kogo te wartości są wyznacznikiem życia? Może dlatego napisane przez nią słowa brzmią niesamowicie autentycznie i szczerze.

Książkę czytało mi się bardzo przyjemnie. Może dlatego, że już trochę poznałam Basię i jej życie z radością śledząc jej bloga, na którym co rusz pojawia się nowy wiersz okraszony przecudnymi zdjęciami? Bardzo często wracam zaś do tych, które są bliskie mojemu sercu, a jest ich niemało. Wydanie książkowe daje akurat tą możliwość, że można coś zaznaczyć i potem do tego wrócić. Basiu, jeszcze raz dziękuję za tak piękną nagrodę.

niedziela, 14 maja 2017

Ta ostatnia niedziela...

Był z nami przez ostatnie trzy miesiące. Właśnie tyle trwa praktyka w zakonie salezjański, jaki wybrał jako drogę swojego powołania. Wspomagał nie tylko swoją obecnością, ale też dobrym słowem. Ileż ciekawych kazań padło z jego ust. Ileż przebytych rozmów odbyliśmy po sobotnich oratoriach, czy też czwartkowych spotkaniach. Wszak byliśmy w podobnym wieku - dwa lata różnicy to tyle co nic. Może dlatego tak dobrze żeśmy się dogadywali? Jak równy z równym. Jeżeli będzie takim samym księdzem salezjaninem jak diakonem, to już dzisiaj gratuluję tej parafii, do której trafi po święceniach kapłańskich. A święcenia ma już za dwa tygodnie, we Wrocławiu, ponieważ tam znajduje się główny ośrodek inspektorii wrocławskiej, pod który należymy. W czwartek odjeżdża, aby jeszcze przed tym wydarzeniem odbyć rekolekcje w zamknięciu i odosobnieniu.
Dzisiaj miał swoje ostatnie kazania podczas niedzielnych Mszy świętych. Mówił o odwadze, o tym, że nie powinniśmy się poddawać w dążeniu do spełnienia wyznaczonych sobie celów. Wspominał swoje pierwsze dni w naszej parafii, gdzie otuchy dodawały mu nawet uśmiechy obcych ludzi posyłane mu przez zupełnie obcych ludzi. Ale nie był sam, miał wikariusza, który pochodził z tej samej parafii co on. Cóż za zbieg okoliczności - dwóch księży z tej samej niewielkiej miejscowości trafia do tej samej, zupełnie odległej placówki duszpasterskiej. Po skończonej Mszy świętej razem ze scholą poszłam na zakrystię pożegnać go jako wspólnota scholowa. Co prawda dostałam po uszach za to, że nie chcę się żegnać na osobności(czym znowu nagrabiłam sobie u niektórych osób), ale prawda była taka, że wieczorem przygotowaliśmy ognisko pożegnalne. Schola oczywiście też była na nie zaproszona, a że nie wszyscy skorzystali z zaproszenia... No cóż, ich strata.
Jako Oratorium przygotowaliśmy dla diakona mały upominek - zdjęcia ze wspólnie spędzonych chwil oprawione w antyramie z podpisami nas wszystkich z tyłu. Chyba się ucieszył, bo żartował, że powiesi to sobie nad łóżkiem. No i oczywiście zaprosił nas na swoje prymicje w naszej parafii. Niestety, akurat w tym samym czasie mamy wyjazd na Oratoriadę do Poznania. Ale podobno będzie u nas wtedy cały tydzień i zahaczy o Boże Ciało. Więc strata trochę się zrekompensuje. Poza tym i tak jadę na jego święcenia, więc na pewno się spotkamy.

Ognisko i zabawa na nim była przednia. Pieczone kiełbaski, tańce(nawet diakon z nami wywijał), szczere rozmowy, gra w piłkę nożną i słynne chorągiewki - kto nie przyszedł niech żałuje. Każdy był sobie równy, bez tak modnego w aktualnych czasach wywyższania się i poniżania innych. Brakowało mi tylko śpiewów takich jak rok temu podczas parafialnego świętowanie święceń diakonatu jednego z naszych parafian. No, ale to pewnie dlatego, że nie było księdza F. Trochę dziwił mnie też fakt, że członkowie scholi którzy przyszli, trochę się od innych izolowali... Zresztą, jeżeli ktoś po sześciu latach chodzenia z kimś do jednej klasy nie powie mu nawet zwykłego "cześć", to coś tu jest nie tak... Ja bym na pewno nie potrafiła tak postąpić. A przynajmniej nie na dłuższą metę. A może po tylu latach życia na tym świecie już nie powinnam się temu dziwić. W każdym razie w ostatnim czasie bardziej czuję się związana z Oratorium, niż ze scholą, do której należę o wiele dłużej. I naprawdę przykro mi jest z tego powodu, że jest to ostatnia niedziela z diakonem...

sobota, 13 maja 2017

"Na liściach dębowych stanęła Pani, a dzieci na klęczkach modlą się do Niej"

"Wszystko się tu zmieniło. Łąki, na których pasali bydło, pokrył ogromny plac, w miejscu, gdzie rósł skalny dąb, stała kapliczka. Tam ukazała się Biała Pani i tam modlił się teraz Jan Paweł II.
Siostra Łucja Dos Santos odsunęła się od okna, przez które obserwowała wieczorną uroczystość w  sanktuarium Matki Bożej w Fatimie. Dokładnie rok po zamachu papież przyjechał tutaj, aby podziękować Matce za cudowne ocalenie.
Kiedy dowiedziała się o zamachu, natychmiast pomyślała o tajemnicy, którą objawiła im Matka Najświętsza. Spisana przez nią przed laty, była znana tylko kilku osobom:
I zobaczyliśmy w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg, "coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzi się przed nim". Biskupa odzianego w biel. "Mieliśmy przeczucie, że jest to Ojciec Święty". Wielu innych biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki krzyż zbity z nieociosanych belek, jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem, szedł modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał na swojej drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodziła go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku.
 Jednak Jan Paweł II przeżył. Wkrótce się spotkają.
(...)Pierwszy raz ujrzeli Białą Panią przed sześćdziesięciu pięciu laty, popołudniem 13 maja 1917 roku. Łucja miała dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a Hiacynta osiem. Najświętsza Maryja Panna ukazywała im się przez pół roku, co miesiąc, aż do 13 października.
13 czerwca Łucja poprosiła, aby zabrała je ze sobą do nieba."Tak, Hiacyntę i Franciszka zabiorę niedługo - powiedziała Madonna. - Ty jednak zostaniesz jeszcze jakiś czas. Jezus chce się posłużyć tobą, aby ludzie mnie poznali i pokochali."
"Niedługo". Dla Franciszka oznaczało to niecałe dwa lata, dla Hiacynty - niecałe trzy. A "jakiś czas" Łucji? Z małej dziewczynki stała się kobietą, wstąpiła do zakonu, żyła na tej ziemi już siedemdziesiąt pięć lat, a jej misja wciąż nie była spełniona. 
13 lipca Maryja pokazała im morze ognia, w którym zanurzone były demony i dusze. Było to "piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników". Dobiegała wówczas końca pierwsza wojna światowa, ale Matka zapowiedziała, że jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, wybuchnie druga, jeszcze gorsza.
Najbardziej widokiem cierpień przejęła się Hiacynta. Nie mogła pogodzić się z myślą, że tak wielu ludzi idzie na zatracenie. Każdą okazję wykorzystywała do składania ofiar za ludzi, którzy swoim postępowaniem szykowali sobie wieczne potępienie. Chodziła w dzień powszedni na Mszę świętą za tych, którzy opuszczają nabożeństwo niedzielne. Odmawiała sobie jedzenia za tych, którzy oddają się uciechą stołu. Kiedyś, idąc za trzodą na pastwisko, Łucja, Hiacynta i Franciszek, zobaczyli dzieci z rodzin żebraków. "Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników" - powiedziała Hiacynta i pobiegła im go zanieść. Tego samego dnia po południu powiedziała, że jest głodna. Zaproponowała, aby zjedli gorzkie żołędzie dębowe i w ten sposób ponieśli ofiarę. Innym razem paśli owce w wielkim upale. Nie mieli nic do picia i postanowili ofiarować pragnienie. Po południu jednak było już tak gorąco, że dzieci poszły do pobliskiego domu poprosić o wodę. Łucja dała dzbanek Franciszkowi.
 - Nie chcę - powiedział.
 - Dlaczego?
 - Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników.
 - Hiacynta, napij się ty.
 - Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników.
Łucja wlała więc wodę w kamienne wyżłobienie, by owce mogły się napić, i odniosła dzbanek właścicielce.
W czasie objawienia 13 lipca dzieci usłyszały też, że będą miały miejsca prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego.
Łucja pamiętała, że wśród licznych gości odwiedzających dzieci w 1917 roku byli dwaj księża, którzy polecili im modlić się za Ojca Świętego.
 - Kto to jest ten Ojciec Święty? - zapytała wtedy Hiacynta. Księża wytłumaczyli, kim on jest i jak bardzo potrzebuje modlitwy. Od tej chwili dziewczynka składając swoje ofiary, dodawała zawsze: "I za Ojca Świętego". Odmawiała też po skończeniu Różańca trzy Zdrowaś Mario w jego intencji. Bardzo pragnęła go zobaczyć. "Przyjeżdża tutaj tyle ludzi, ale Ojciec Święty nigdy tu nie przyjeżdża" - mawiała czasem.
Przyjechał teraz, gdy kuzyni Łucji - zgodnie z zapowiedzią Matki - odeszli już z tego świata.
- Bóg dał mi łaskę, której tak bardzo pragnąłem, abym mógł porozmawiać z tobą, córko - powiedział Jan Paweł II, gdy 13 maja 1982 roku o ósmej rano spotkał się z Łucją.
OD ANIOŁA STRÓŻA: Papież rozmawiał z nią przez 25 minut. Karmelitanka wręczyła mu list, w którym napisała, że proroctwo z objawień jest już bliskie wypełnienia. Jan Paweł II doświadczył na sobie siły zła, przed którym ocaliła go Matka Boża. Przegrało ono na Placu Świętego Piotra, nie dało jednak za wygraną. Nad światem wisiała groźba wojny atomowej, która mogła przynieść zniszczenie całych kontynentów. Jak to zatrzymać? Łucja znała sposób i znał go papież. Maryja pragnęła, aby Ojciec Święty w jedności z biskupami świata ofiarował Jej Niepokalanemu Sercu Rosję i wszystkie narody zamieszkujące ziemię.
Jan Paweł II uczyni to po niezbędnych przygotowaniach dwa lata później, 25 marca 1984 roku, w uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, uklęknie na Placu Świętego Piotra przed przywiezioną z Fatimy figurką Matki Bożej i odmówił akt zawierzenia. Najświętsza Maryja Panna dotrzymała słowa. Nie doszło do katastrofy wojny atomowej, a kilka lat później narody zniewolone przez komunizm odzyskały wolność. Co więcej, dokonało się to bez przemocy i przelewu krwi. A wszystko zaczęło się od ojczyzny Jana Pawła II.
 - Kiedy nastąpi beatyfikacja Hiacynty i Franciszka? - zapytała Łucja na koniec rozmowy.
 - Może jeszcze za naszych czasów - odpowiedział papież. - Módl się córko, żeby to się dokonało jeszcze za naszych czasów. 
Wizerunek błogosławionej
Hiacynty
Wizerunek błogosławionego
Franciszka
OD ANIOŁA STRÓŻA: Ten radosny dzień nastąpił 13 maja 2000 roku. Jan Paweł II odwiedził wówczas Fatimę po raz ostatni i wyniósł na ołtarze(w obecności Łucji oczywiście) Hiacyntę i Franciszka. Były to najmłodsze dzieci beatyfikowane jako wyznawcy(a więc nie męczennicy) w historii Kościoła. Papież postawił je za wzór innym dzieciom, mówiąc: "Matka Boża bardzo was potrzebuje, aby pocieszać Jezusa, który jest smutny z powodu wyrządzonych Mu zniewag; potrzebuje waszych modlitw i ofiar za grzeszników. Proście swoich rodziców i wychowawców, aby oddali was do szkoły Matki Bożej, aby nauczyła was być takimi jak pastuszkowie, którzy starali się czynić wszystko, czego Ona od nich żądała". Sam Ojciec Święty postępował podobnie, jak pastuszkowie z Fatimy. Nie tylko modlił się, ale ofiarował różne umartwienia. Na przykład na wycieczkach, nawet przy wielkim upale, nie prosił o picie - pił dopiero wtedy, kiedy ktoś mu to zaproponował. Podobnie w czasie posiłków troszczył się o to, by inni mogli się najeść, natomiast sam jadł niewiele. Znosił z pogodą przykre przygody. Kiedyś, przy wsiadaniu do samochodu, pewien biskup przytrzasnął mu rękę drzwiami. Mimo okropnego bólu papież odprawił potem Mszę świętą. Czasami całą noc spędzał w kaplicy. A kiedy był już bardzo chory, ofiarował Bogu swoje cierpienia - podobnie jak Franciszek i Hiacynta, którzy ostatnie miesiące życia bardzo chorowali. Hiacyncie ukazała się wtedy Matka Boża i zapytała, czy chciałaby ofiarować jeszcze więcej za nawrócenie grzeszników. Dzielna dziewczynka zgodziła się. Z rodzinnego domu, gdzie czuła się bezpiecznie, przewieziono ją do szpitala, gdzie cierpiała nie tylko z powodu choroby, ale też z powodu oddalenia od bliskich. Tam oddała duszę Najwyższemu.
Siostra Łucja żyła 98 lat. Zmarła 13 lutego 2005 roku - na półtora miesiąca przed odejściem Jana Pawła II do domu Ojca. Witała go razem ze swoimi kuzynami w niebie"("Pamiętnik papieskiego anioła" P. Zuchniewicza, str. 72 - 77).
Tym przydługawym fragmentem książki Pawła Zuchniewicza, na podstawie której napisano scenariusz spotkań adwentowych w 2011 roku, witam Was w ten wyjątkowy dzień. Sto lat po pierwszym objawieniu Matki Boskiej w niepozornej portugalskiej wiosce Fatimie trójce prostych pastuszków, wzrok katolików ponownie kieruje się w to miejsce. W miejscu przestronnych łąk postawiono sanktuarium, jedno z najbardziej rozpoznawalnych na świecie. Tam, gdzie dzieci wypasały w samotności owce, dzisiaj zgromadziły się tysiące wiernych. W internecie można było wyczytać informację, że dzisiaj ma wybuchnąć kolejna wojna światowa, wszak pełen tekst Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej miałby nie zostać w pełni upubliczniony. Oni jednak zgromadzili się w zupełnie innym celu - dokładnie w setną rocznicę objawień papież Franciszek przybył w dwudniowej pielgrzymce do Fatimy, zaś jej kulminacyjnym punktem było ogłoszenie Franciszka i Hiacynty Marto świętymi. Tym samym tytuł najmłodszych świętych kościoła katolickiego, którzy zmarli jako wyznawcy, a nie męczennicy, przypadł właśnie nim.
Piękna to była uroczystość, transmitowana przez TVP1. Nie pamiętam jak to było w maju 2000 roku, wszak nie miałam wtedy jeszcze 10 lat, tym razem jednak wszystko przeżyłam do głębi. Szczególnie kiedy zobaczyłam to morze ludzi, na placu, prawie tak, jak prawie rok temu na Krakowskich Błoniach, czy też Kampusie Miłosierdzia. I flagi! Wśród setek powiewających w powietrzu flag pojawiły się też te biało - czerwone. Bo przecież Hiacynta i Franciszek poprzez kanonizację stali się świętymi czczonymi na całym świecie. Również jedno z wezwać podczas Modlitwy Wiernych odczytane było w naszym języku. Opłacało się zrobić sobie "wagary" od próby scholi i Oratorium, aby obejrzeć tak niecodzienną Mszę świętą.
Z reguły wizerunki kanonizowanych są tymi, które powstały z okazji beatyfikacji danej osoby, w przypadku pastuszków z Fatimy postarano się jednak o nowe obrazki. Nie wiem dlaczego, ale poprzednie bardziej mi się podobały - były jakby radośniejsze
Przyglądałam się też twarzy samego papieża Franciszka i coś mi mówiło, że autentycznie cieszy się wraz z wiernymi z tej uroczystości. Nam, katolikom, natomiast pozostaje się modlić o wyniesienie na ołtarze trzeciego świadka objawień w Fatimie, siostry Łucji. Bo to, że jest święta to wiemy - wszak Matka Boża ukazuje się tylko wybranym, czyli uświęconym łaską. Teraz tylko potrzeba, aby tą świętość oficjalnie uznać.
Zaś w naszej parafii rozpoczynają się Nabożeństwa Fatimskie, które odbywają się od maja do października w każdy 13 dzień miesiąca. Za każdym razem przygotowuje je inna wspólnota(zresztą tak jak środową nowennę do Matki Bożej Wspomożenia Wiernych). Bardzo mi się podobają takie nabożeństwa, chociaż u nas odbywają się jeszcze wewnątrz świątyni. Ale za kilka lat, kto wie...

piątek, 12 maja 2017

"Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze jak tu - tylko we Lwowie!"

"I bogacz, i dziad,
tu są za pan brat.
I każdy ma uśmiech na twarzy.
A panny to ma
słodziutkie ten gród,

Jak sok, czekolada i miód"

- To co Lolek, jutro znowu jedziesz na uczelnię do Krakowa? - zagadał mnie w ubiegłą niedzielę ksiądz proboszcz po skończonej Mszy świętej.
- Właściwie to jutro jadę z grupą do Lwowa w ramach wyjazdu studyjnego...
- Wow, wspaniale! A wiesz, że byłem tam już kilka lat temu? Bardzo piękne i ciekawe miasto. Na pewno ci się spodoba...
Po takiej reklamie nabrałam jeszcze większej chęci do odwiedzenia jednego z miast, które utraciliśmy na rzecz terenów zachodnich. Została w nim jednak spora część naszych rodaków, pielęgnujących język i kulturę kraju swoich przodków. Dzieci chodzą do polskiej szkoły, gdzie uczą się z identycznych podręczników jak ich polscy koledzy, w świątyniach odbywają się Msze święte w naszym języku, na tabliczkach informujących o dojściu do zabytków widać napisy w języku polskim. No i cmentarz słynnych Orląt Lwowskich wraz z cmentarzem Łyczakowskim, gdzie na nagrobkach odnajdziemy wiele polskich nazwisk.
Panorama miasta widziana z Kopca Unii Lubelskiej
Wiecie skąd się w ogóle wzięła nazwa "Lwów"? Wedle legendy założycielem miasta miał być książę ruski Daniel. Na cześć swojego ukochanego syna, któremu nadano imię Lew, nazwał go właśnie Lwowem. W 1272 roku zostało ono mianowane, właśnie przez Lwa, stolicą Księstwa Halickiego. Kilkadziesiąt lat później miasto zostało lokowane na prawie magdeburskim przez króla Kazimierza Wielkiego. Za panowania tego wspaniałego władcy nastąpił największy rozkwit miasta. Dzięki nadaniu mu monarszych przywilejów, szybko stało się centrum polskiego handlu z krajami wschodnimi. To właśnie we Lwowie krzyżowały się szlaki prowadzące z Europy Zachodniej do Mołdawii oraz włoskich kolonii ulokowanych nad Morzem Czarnym. Dokonywano transakcji takich materiałów, jak sukno, jedwab, futro, korzenie, czy też precozje(posrebrzane lub cynowe sztućce).  Do zajęciu miasta przez Polaków w 1340 rokiem był miastem typowo ruskim. Na przestrzeni wieków wszystkie nacje zamieszkujące je stopili się w jedno, we lwowian. Jednocześnie żyli w tolerancyjnej, multi wyznaniowej wspólnocie. Na początku XVI wieku w mieście znajdowało się 11 cerkwi ruskich, dwie świątynie ormiańskie oraz dwa kościoły katolickie. Kiedy w czasach Chmienickiego oblegający miejskie mury Kozacy domagali się wydania im Żydów, lwowianie odmówili. 
Miasto nabrało cech  renesansowych po pożarze w 1527 roku. Wystawiano wspaniałe budowle, które projektowali włoscy i niemieccy architekci. Na początku XVII wieku do Lwowa dotarli księża jezuici, którzy otwarli w nim kolegium, w późniejszym czasie przemianowany na Akademię. W tym samym czasie miasto zasłynęło jako ważna twierdza, skutecznie chroniąca południowo - wschodnią granicę Rzeczpospolitej. Ważnym momentem w historii miasta było złożenie ślubów przez wracającego z wygnania króla Jana Kazimierza, w których oddał polską Koronę pod opiekę Matki Bożej.
Po pierwszym rozbiorze Polski Lwów znalazł się w zaborze austriackim. Ponieważ Kraków uzyskał status tzw. "wolnego miasta", Lwów uzyskał statut stolicy Galicji. Działał w nim uniwersytet, polskie biblioteki i wydawnictwo im. Ossolińskich.
Wiek XX przyniósł miastu krwawe walki między Ukraińcami, a Polakami. Narody, które niegdyś żyły w zgodzie, teraz walczyły o jedno miasto. W czasie tych walk szczególnym męstwem oznaczyli się młodzi chłopcy, tzw. Orlęta Lwowskie, którzy w walce o Małą Ojczyznę, chwycili za broń. Wielu z nich poległo, a ich szczątki spoczywają na cmentarzu Orląt Lwowskich.
W okresie międzywojennym Lwów rozkwitł, rozwinęła się lwowska szkoła matematyczna. W całym kraju popularna była "Lwowska Fala".
Pierwsza okupacja sowiecka przyniosła Polakom znaczne straty, zwłaszcza wśród tutejszej inteligencji. Dwa lata później nastąpiła okupacja niemiecka, którą rozpoczęła kaźń polskich profesorów. Następnie miasto zostało przyłączone do Generalnego Gubernatorstwa. Po zakończeniu wojny oraz przesiedleniu większości Polaków i wyniszczeniu Żydów, stało się miastem ukraińskim i stolicą grekokatolików. W 1998 roku Lwów został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO).
Cmentarz Orląt Lwowskich
Co warto zwiedzić we Lwowie? Mnie osobiście oczarował Cmentarz Łyczakowski oraz Orląt Lwowskich. Zresztą zobaczyć te historyczne miejsca to było takim moim cichuteńkim marzeniem, gdzieś od czwartej klasy szkoły podstawowej. Już nawet wiem o czym będzie kolejna moja książka... Poza tym nie da się nie zachwycić tymi wszystkimi pięknymi cerkiewkami i innymi świątyniami prawosławnymi i greckokatolickimi, które znajdują się prawie na każdej ulicy(prawie jak kościoły w Krakowie). Mnie oczarował okazały archikatedralny sobór św. Jura górujący nad miastem(który w ogóle nie był w planie wycieczki, ale przeczytawszy opis w książce, o której Wam ostatnio pisałam, posta postanowiłam go zobaczyć). Co jeszcze? Na pewno majestatyczny gmach Uniwersytetu Lwowskiego i opery, galerię obrazów z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich. W mieście znajdziemy też wiele kościołów rzymskokatolickich, w tym wspomnianą wcześniej katedrę, w której Jan Kazimierz złożył swoje śluby. Na uwagę zasługuje też katedra ormiańska. Prześliczny jest też rynek, z pchlimi targami, na których sprzedawane są niekiedy istne perełki. Ale jak u nas ludzie chodzą po ulicy i żebrzą, tak tam sprzedają różne rzeczy(głównie rękodzieło), a nawet kanapki ze smalcem i kiszonym ogórkiem.
Sobór św. Jury
Na koniec kilka spraw organizacyjnych. Do Lwowa najlepiej pojechać... pociągiem. Kiedy jedziemy autobusem odprawa trwa nawet i 8 godzin. W przypadku pociągu jest to raptem 10 minut. Podróż pociągiem z Przemyśla do Lwowa trwa niewiele ponad godzinę. Oczywiście granicę przekraczamy na paszport(wreszcie mi się na coś przydał). Nie potrzebujemy wizy. Wraz z przekroczeniem granicy przesuwamy czas o godzinę do przodu. Na Ukrainie jako waluta obowiązują hrywny (1 hrywna = ok 16 groszy). Bez problemu można się porozumieć w języku angielskim, rosyjskim, a nawet polskim. Do zwiedzania miasta za pierwszym razem najlepiej wynająć kogoś, kto je zna. Myśmy nie skorzystali z tej opcji i błądziliśmy między uliczkami. A to niestety odbiło się na czasie w jakim oprowadzaliśmy grupę. Z Ukrainy do Polski można przewieźć 60 litrów alkoholu lub 40 sztuk papierosów. Nie ma ograniczeń co do słodyczy. Na Ukrainie mają bardzo dobrą chałwę, sławne są też ciastka "Zefirki". W naszej grupie furorę zrobiły grzanki o smaku galarety z octem.
Przed cerkwią, o której opowiadałam...
Ogólnie wyjazd uważam za udany. Dla nas, studentów ostatniego roku studiów licencjackich z turystyki pielgrzymkowej był też częścią końcowego egzaminu. Każdy z nas miał przygotować informacje o wybranym obiekcie. Chciałam o cmentarzu Orląt Lwowskich, koleżanka jednak mnie ubiegła. Wzięłam więc cerkiew Przeobrazenską. Powiedziałam tak jak umiałam. Co prawda przerwano mi wpół słowa, ale jakoś to przeżyję. I wiecie co... Chciałabym jeszcze kiedyś odwiedzić to miasto. Bo jest naprawdę cudowne. Po głowie chodzi mi tylko ta zwrotka znanej piosenki:
"Niech inni se jadą, gdzie chcą
do Wiednia, Paryża, Londynu.
A ja się ze Lwowa nie ruszę za próg,
tak mamciu, tak skaż mnie Bóg"

I na koniec jeszcze kilka spontanicznych ujęć tego przecudnego miejsca...

niedziela, 7 maja 2017

Historia pewnej zapomnianej książki

Na początek gratuluję Grażynie Marii za poprawne rozwiązanie mojej krzyżówki, odgadnięcie hasła oraz  wyłapanie błędu. Za takie coś musi być nagroda, więc proszę Cię Kochana o wysłanie mi bądź poprzez formularz kontaktowy znajdujący się po lewej stronie panelu bocznego bloga, bądź na adres lolek90dg@gmail.com swojego adresu, na którą mogę nadać przesyłkę, co uczynię z prawdziwą przyjemnością. Wcześniej jednak w ramach zajęć z organizacji pielgrzymek udam się do Lwowa, zahaczając po drodze o Przemyśl. 
Spakowany plecak leży już w przedpokoju. Zastanawiam się, po co mi walizka na cztery dni. Zawsze byłam minimalistką w tym względzie. Bielizna na każdy dzień, środki czystości, paszport, coś do spania, plastykowy kubek do picia, czapka z daszkiem, wiatrówka, jakiś ręcznik, rozsuwany polar, a nawet różaniec święty - wiadomo, to u mnie niezbędna konieczność. Poza tym wzięłam koszulkę na zmianę, bluzkę z długim rękawem, dodatkowe spodnie, koszulę i klapki. W tym roku dołączył także niepozorny sprzęt fotograficzny, bowiem fotografia stała się moją pasją. Tak samo jak układanie Kostki Rubika(ech, moja ulubiona matematyczka może być szczęśliwa, że po jakiś 16 latach przekonałam się do tego nietypowego prezentu urodzinowego od niej), która oczywiście też znalazła miejsce w moim niewielkim bagażu. No i książki... Ostatni tom "Nędzników" Victora Hugo(może wreszcie skończę czytać tą powieść), "Syzyfowe prace" Żeromskiego oraz pewna książka, o której istnieniu zupełnie zapomniałam.
Kilka lat temu, robiąc zakupy w osiedlowej "Biedronce"(a robię je naprawdę od wielkiego dzwonu), rzuciła mi się książka ze znanego wydawnictwa "Kluszczyński". Dotyczyła Kresów, a konkretniej Lwowa. Znałam to miasto z opowieści, kiedyś nawet była organizowana podczas jakiegoś turnusu rehabilitacyjnego wycieczka do niego, jednak ani ja, ani moja mama nie miałyśmy paszportów. Ale przecież zachwycać się czymś można także czytając o tym oraz oglądając zdjęcia. Spojrzałam na cenę, która wydawała mi się śmieszna - zaledwie 10 złotych. A ponieważ wcześniej przeczytałam pozycję wydawnictwa dotyczącą naszych rodzimych Parków Narodowych, postanowiłam zakupić i tą. Odtąd stała sobie na półce, pomiędzy innymi dużymi książkami, po trochu zapomniana przez właścicielkę... I pewnie jeszcze długo nie wiedziałabym o jej istnieniu, gdyby nie obowiązkowa wycieczka do Lwowa dla mojego roku wraz z wcieleniem się w rolę przewodników. Powoli zaczęliśmy szukać informacji na temat zwiedzanych przez nas obiektów. Nie lubię opierać się tylko na internecie, jakoś wolę książki, które zawsze można ze sobą wziąć i się nimi "ratować". I wtedy przypomniałam sobie o zakupionej kilka lat wcześniej książce... Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że dotyczy ona właśnie Lwowa! Wzięłam ją do ręki i błyskawicznie znalazłam to, co jest mi potrzebne. Ponownie zachwyciły mnie informacje poparte wspaniałymi zdjęciami. Automatycznie zdecydowałam, że książka jedzie ze mną, choćby nie wiem co! A przy okazji w drodze do Lwowa poczytam sobie o tym magicznym miejscu.

Ja zaś już kombinuję jak nabyć inną książkę z tej samej serii, która dotyczy Wilna. Wszak w przyszłym roku szykuje się nam do niego wycieczka. Co prawda nakład tej pozycji(jak zresztą i samego Lwowa) został już wyczerpany, ale może w jakimś antykwariacie znajdę ją...

sobota, 6 maja 2017

A taki związek małżeński chciałby tworzyć niejeden z nas

Dzisiaj w naszej miejskiej bazylice już po raz drugi spotkali się małżeństwa z całej diecezji, świętujące w tym roku Srebrne i Złote Jubileusze powiedzenia sobie sakramentalnego "Tak". Piękne to dzieło przetrwania w tak długim pożyciu małżeńskim, w zdrowiu i w chorobie, w szczęśliwych i trudnych chwilach. Bo taki powinien być sakrament małżeństwa. Tym czasem coraz częściej jestem świadkiem takiej sytuacji, w której narzeczeni chodzą ze sobą x lat, tyle samo ze sobą mieszkają, natomiast rozstają się po dwóch tygodniach od zawarcia związku. I pomyśleć, że kiedyś zdarzało się, że panna poznawała swojego wybrańca tuż przed ślubem. Nie mieli czasu na bliższe poznanie się, a jednak mimo wszystko ich związki były trwałe. Naprawdę nie wiem od czego to zależy... Czy od współczesnej techniki i od tego, że ludzie zamiast spędzać więcej czasu  z współmałżonkiem, to zamieniają to na telewizję i komputer? Kiedyś słyszałam też opinię, że niepełnosprawne dziecko powoduje rozpad związku małżeństwa. Tymczasem znam wiele rodzin, w tym także i moją, które pomimo kalectwa w niej występującego, są szczęśliwe. 25 i 50 lecie trwania związku małżeńskiego, to naprawdę okazja godna świętowania z honorami, w tym z błogosławieństwem samego biskupa. Jakiś czas temu znalazłam jednak artykuł, który mówił o małżonkach, którzy przeżyli razem 67 lat w szczęściu i zgodzie. I nie opuścili siebie aż do śmierci w dosłownym tego zwrotu znaczeniu:
"I, że cię nie opuszczę aż do śmierci". Ta historia wydarzyła się naprawdę.
Nie mogli żyć bez siebie, więc odeszli razem. Państwo Janikowie to najstarsze małżeństwo w Moszczenicy Wyżnej (gmina Stary Sącz). Przeżyli razem 67 lat. Byli ze sobą na dobre i na złe, a jedno nie opuściło drugiego aż do śmierci. Brzmi jak scenariusz romantycznego filmu, ale historia pani Teresy i Władysława zdarzyła się naprawdę.
Pani Teresa i pan Władysław zawarli ślub kościelny 18.02.1950 roku, a rok później, w lipcu, wzięli ślub cywilny. W 2015 roku świętowali Diamentowe Gody. Para została udekorowana medalami: "Za długoletnie pożycie małżeńskie" nadanymi przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
Państwo Janikowie - obydwoje z Moszczenicy - wychowali ośmioro dzieci, byli dziadkami dwanaściorga wnuków. Doczekali się czternaściorga prawnuków.
Nawet śmierć nie była w stanie ich rozłączyć - oboje zmarli tego samego dnia, niemal do końca trzymając się w ramionach. Przysięgali sobie miłość, wierność i że się nie opuszczą aż do śmierci. Dotrzymali wszystkich tych przyrzeczeń... Pierwsza zmarła pani Teresa (88 lat). Pan Władysław (92 lata) odszedł 15 minut po śmierci swojej żony. Jak mówiła śp. pani Teresa: "Te lata mijają, jakby ktoś otworzył i zamknął drzwi". 23.02.2017 roku zamknęli je razem."


Wzruszające, prawda? Któż z nas po przeczytaniu powyższego artykułu nie zapragnął przeżyć tak długiego związku ze swoim małżonkiem?

piątek, 5 maja 2017

Majowo z krzyżówką religijną

Nadszedł maj, a wraz z nim nieco dłuższe dni. Dla mnie maj dodatkowo oznacza smarkanie, kasłanie i prychanie z powodu alergii. Dlatego, może to głupio zabrzmi, ale kocham wszelkie załamania pogodowe uwalniające atmosferę z wszelkich pyłków, które powodują moje rozbicie i obniżenie się koncentracji. Wszelkie deszcze są dla mnie dużo lepsze od wszystkich innych farmaceutycznych wspomagaczy.
Od kilku dni żyję wyjazdem do Lwowa, który mam w ramach studiów. To już w poniedziałek, a ja ciągle mam poczucie zbyt szybko uciekającego czasu. A jeszcze przed wczoraj ksiądz proboszcz pokazywał mi swoje zdjęcia z czasów, kiedy on sam pracował na tamtejszej parafii. Zamieszania z organizacją było co niemiara, a o ich powodach pisałam w jednym ze wcześniejszych postów. Na szczęście wszystko poszło na plus dla mnie. Mam oprowadzać po dwóch obiektach i czuję pewną tremę. Wszak Lwów to nie moje Wadowice, o których mogę opowiadać godzinami. Ale taka już jest dola przewodnika. I nie piszcie mi, że to najfajniejszy zawód świata, bo tak jak właściwie w każdym innym trzeba się naharować za kilku.
Wracajmy jednak do rzeczywistości. Jutro sobota, więc dzień dla dzieciaków z naszego parafialnego Oratorium. W planach mamy podchody, które mam przygotować. A poza tym obiecałam scholi krzyżówkę i dotrzymałam słowa. A teraz dzielę się efektem moich wysiłków z Wami. Myślicie, że bardzo jest trudna?
Rozwiąż krzyżówkę. Litery z ponumerowanych kratek wpisane w odpowiednie miejsca poniżej ułożą hasło, mój ulubiony cytat z Pisma Świętego.




A na tego czytacza mojego bloga, który odważy się rozwiązać krzyżówkę i pierwszy odgadnie hasło czeka drobna nagroda :)

środa, 3 maja 2017

Chyba mu się u nas podobało...

3 maja 1791 roku. Jakże ważna data dla nas, Polaków, i właściwie dla całej Europy. Otóż tego dnia uchwalono pierwszą w Europie i drugą na świecie Konstytucję, regulującą ustrój chylącej się ku upadkowi Rzeczpospolitej Polski. I chociaż nie uchroniło to kraju przed ostatecznym jego podziałem pomiędzy trzech okupantów, którego dokonano cztery lata później, to trzeba przyznać, że odegrało dużą rolę w historii naszego kraju.
Ale państwowe święto rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja splata się z kościelnym wspomnieniem Maryi, jako Królowej Polski. Ciekawostką jest to, że Matka Boska sama wyraziła chęć posiadania tego tytułu. 14 sierpnia 1608 roku objawiła się pewnemu włoskiemu misjonarzowi pytając: A czemu mnie Królową Polski nie zowiesz? Ja to królestwo wielce umiłowałam i wielkie rzeczy dlań zamierzam, ponieważ osobliwą miłością ku Mnie pałają jego synowie. Drugie widzenie nastąpiło dwa lata później w wawelskiej katedrze, a następne w 1617 roku. Trzy wieki później, 25 listopada 1908 roku papież Pius X wydał dekret, w którym zezwolił na obchodzenie święta Najświętszej Maryi Panny jako Królowej Korony Polskiej. Jednocześnie ustanowił jej liturgiczne święto dla archidiecezji lwowskiej i diecezji przemyskiej, które wyznaczył na pierwszą niedzielę maja. W 1914 roku wspomnienie Matki Boskiej Królowej Polski zostało przeniesione na 2 maja, zaś 12 października 1923 roku jako święto ustanowiono dzień 3 maja, co zostało do dzisiaj.
Jako, że dzisiaj jest środa, to w Watykanie odbyła się tradycyjna Audiencja Generalna pod przewodnictwem papieża Franciszka. Jakież było moje zdumienie, kiedy nawiązał w niej do naszego narodowego święta jakim jest kościele wspomnienie Matki Boskiej Królowej Polski. I jeszcze to jego "Wiwat Polonia" na koniec. Tak, musiało mu się bardzo podobać w lipcu w naszym kraju...