Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 14 maja 2017

Ta ostatnia niedziela...

Był z nami przez ostatnie trzy miesiące. Właśnie tyle trwa praktyka w zakonie salezjański, jaki wybrał jako drogę swojego powołania. Wspomagał nie tylko swoją obecnością, ale też dobrym słowem. Ileż ciekawych kazań padło z jego ust. Ileż przebytych rozmów odbyliśmy po sobotnich oratoriach, czy też czwartkowych spotkaniach. Wszak byliśmy w podobnym wieku - dwa lata różnicy to tyle co nic. Może dlatego tak dobrze żeśmy się dogadywali? Jak równy z równym. Jeżeli będzie takim samym księdzem salezjaninem jak diakonem, to już dzisiaj gratuluję tej parafii, do której trafi po święceniach kapłańskich. A święcenia ma już za dwa tygodnie, we Wrocławiu, ponieważ tam znajduje się główny ośrodek inspektorii wrocławskiej, pod który należymy. W czwartek odjeżdża, aby jeszcze przed tym wydarzeniem odbyć rekolekcje w zamknięciu i odosobnieniu.
Dzisiaj miał swoje ostatnie kazania podczas niedzielnych Mszy świętych. Mówił o odwadze, o tym, że nie powinniśmy się poddawać w dążeniu do spełnienia wyznaczonych sobie celów. Wspominał swoje pierwsze dni w naszej parafii, gdzie otuchy dodawały mu nawet uśmiechy obcych ludzi posyłane mu przez zupełnie obcych ludzi. Ale nie był sam, miał wikariusza, który pochodził z tej samej parafii co on. Cóż za zbieg okoliczności - dwóch księży z tej samej niewielkiej miejscowości trafia do tej samej, zupełnie odległej placówki duszpasterskiej. Po skończonej Mszy świętej razem ze scholą poszłam na zakrystię pożegnać go jako wspólnota scholowa. Co prawda dostałam po uszach za to, że nie chcę się żegnać na osobności(czym znowu nagrabiłam sobie u niektórych osób), ale prawda była taka, że wieczorem przygotowaliśmy ognisko pożegnalne. Schola oczywiście też była na nie zaproszona, a że nie wszyscy skorzystali z zaproszenia... No cóż, ich strata.
Jako Oratorium przygotowaliśmy dla diakona mały upominek - zdjęcia ze wspólnie spędzonych chwil oprawione w antyramie z podpisami nas wszystkich z tyłu. Chyba się ucieszył, bo żartował, że powiesi to sobie nad łóżkiem. No i oczywiście zaprosił nas na swoje prymicje w naszej parafii. Niestety, akurat w tym samym czasie mamy wyjazd na Oratoriadę do Poznania. Ale podobno będzie u nas wtedy cały tydzień i zahaczy o Boże Ciało. Więc strata trochę się zrekompensuje. Poza tym i tak jadę na jego święcenia, więc na pewno się spotkamy.

Ognisko i zabawa na nim była przednia. Pieczone kiełbaski, tańce(nawet diakon z nami wywijał), szczere rozmowy, gra w piłkę nożną i słynne chorągiewki - kto nie przyszedł niech żałuje. Każdy był sobie równy, bez tak modnego w aktualnych czasach wywyższania się i poniżania innych. Brakowało mi tylko śpiewów takich jak rok temu podczas parafialnego świętowanie święceń diakonatu jednego z naszych parafian. No, ale to pewnie dlatego, że nie było księdza F. Trochę dziwił mnie też fakt, że członkowie scholi którzy przyszli, trochę się od innych izolowali... Zresztą, jeżeli ktoś po sześciu latach chodzenia z kimś do jednej klasy nie powie mu nawet zwykłego "cześć", to coś tu jest nie tak... Ja bym na pewno nie potrafiła tak postąpić. A przynajmniej nie na dłuższą metę. A może po tylu latach życia na tym świecie już nie powinnam się temu dziwić. W każdym razie w ostatnim czasie bardziej czuję się związana z Oratorium, niż ze scholą, do której należę o wiele dłużej. I naprawdę przykro mi jest z tego powodu, że jest to ostatnia niedziela z diakonem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz