Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 30 czerwca 2017

Po osiemnastu latach ponownie odwiedziłam Gdynię i Gdańsk

Zatrzymać się nad morzem,
zasłuchać w szum jego fal.
odetchnąć powietrzem z jodem,
popatrzeć w nieznaną dal.
Nakarmić zgłodniałą mewę,
skruszoną bułką w kieszeni.
Usiąść, zachwycić się światem,
na jednym z nadmorskich kamieni.

Wycieczka do Gdyni i Gdańska miała być zwieńczeniem naszej trzyletniej przygody na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Pojechaliśmy tam na specjalne zaproszenie jednego z naszych wykładowców, na co dzień duszpasterza ludzi morza. Nie ukrywam, że bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość, wszak ostatni raz byłam w Gdyni i Gdańsku osiemnaście lat temu. Co prawda rok temu cały mój rocznik miał wycieczkę do Trójmiasta, dla mnie jednak zabrakło zrozumienia. Wiecie, że niby jak kaleka to sobie nie poradzi bez opiekuna. Tia... za to teraz nie mieli tego typu zastrzeżeń. Czyżby po wycieczce do Lwowa wyciągnęli odpowiednie wnioski co do tego, że nie należy oceniać ludzi po pozorach? Chciałabym mieć taką  nadzieję...
Zgodnie z umową wyruszyliśmy w naszą podróż pociągiem z Krakowa, który był opóźniony, uwaga, uwaga, ponad 120 minut. Co ciekawe, pierwsza jego stacja była w Krakowie na Dworcu Głównym, ale po drodze udało się maszyniście zgubić w Płaszowie...😁. Dzisiaj się z tego śmieję, ale wtedy targały mną zupełnie inne uczucia. W dodatku przez to opóźnienie nie weszliśmy do Narodowego Muzeum Morskiego w Gdyni. Ale to już siła wyższa. Do Gdyni dotarliśmy po 20. Na dworcu czekał na nas nasz ksiądz, który od razu zabrał nas na opóźniony posiłek do siedziby Duszpasterstwa Ludzi Morza Stella Maris, a następnie zawiózł nas do swojego znajomego na Kaszuby, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg w przytulnym domu rekolekcyjnym.
Nazajutrz po śniadaniu wyjechaliśmy do Gdańska, gdzie na 10 zaplanowane mieliśmy zwiedzanie Narodowego Muzeum Morskiego. Mieści się ono w okazałym budynku naprzeciwko słynnej Stoczni Gdańskiej.
Mieliśmy to szczęście, że po Muzeum oprowadził nas sam jego dyrektor, co nieczęsto się zdarza. Jednocześnie stanął na  wysokości zadania i wiedząc, że będzie mieć grupę studentów turystyki religijnej, przygotował oprowadzanie właśnie pod tym kątem. Bardzo mi się to podobało, ponieważ nie było w nim nic zbędnego i nudnego.
Następnie przeszliśmy na zacumowany tuż obok statek "Słodek", na którym znajduje się interaktywna wystawa poświęcona historii wypraw morskich. Niemałą furorą wśród nas cieszyły się słuchawki rodem z PRL-u, przez które można było usłyszeć wypowiedzi kilku Matek Chrzestnych okrętów.
To właśnie na "Słodku" powstało nasze ostatnie grupowe zdjęcie(wraz z goszczącym nas księdzem, rzecz jasna):
Następnie przeprawiliśmy się promem na drugi brzeg i udali na gdańską starówkę, gdzie mieliśmy chwilkę czasu wolnego. Oczywiście pobiegłam sprawdzić, czy Neptun po 18 latach dalej stoi tam gdzie stał. Tutaj nic się nie zmieniło. No, może oprócz tego, że mnie przybyło lat...
Kiedy byłam w klasie trzeciej, czyli już po wizycie w Gdańsku, poznałam legendę o lwach z gdańskiego ratusza(kto nie zna, zapraszam >>tutaj<< do przeczytania). Och, jakże wtedy żałowałam, że nie zwróciłam na nie uwagi podczas pobytu w tym mieście. Teraz postanowiłam to nadrobić i przekonać się, czy lwy na prawdę patrzą w jedną stronę. I rzeczywiście, kociaki z nadzieją spoglądają w stronę Bramy Złotej.
To właśnie pod Bramą Złotą mieliśmy zbiórkę, po której udaliśmy się na pociąg do Gdyni. Na miejscu zjedliśmy obiad i ponownie mieliśmy czas dla siebie. Tym razem wspólnie z dwiema koleżankami udałyśmy się nad morze. Przyjemnie było usiąść sobie na ciepłej plaży, posłuchać krzyku mew, zapatrzeć się w nieznaną dal.
Aż żal było opuszczać to miejsce, no ale cóż, musieliśmy wracać na nocleg na Kaszuby. A przy okazji profesor wystawił nam oceny. To była najłatwiej zdobyta piątka w całej mojej karierze naukowej. Zaraz po przyjeździe na miejsce pobiegłam sobie nad pobliskie jezioro, aby nacieszyć się przecudnym zachodem słońca.
Kaszuby są urzekające! Zobaczyłam ich fragment i od razu się w nich zakochałam! To nic, że pogryzła mnie chmara komarów. Dla takich widoków warto było. Kiedy tak stałam sobie nad jeziorkiem, jakoś tak żal mi się zrobiło. Tego, że rok temu pozbawiono mnie wyjazdu z grupą do Trójmiasta, i tego że to już ostatnie spędzone z nią chwile, i tego, że nazajutrz już trzeba będzie się pożegnać...
W środę z żalem wsiadałam do pociągu, który po 9 godzinach dowiózł mnie do Katowic. Po drodze minęłam wiele miast. Wśród nich była Bydgoszcz oraz Poznań. Jakoś tak automatycznie pomachałam na tych stacjach do Agaji, Blueberry i Jadzi, których blogi lubię odwiedzać, a nawet przeczytałam Agaji i Jadzi od pierwszego do ostatniego postu(Blueberry zostawiłam sobie na deser). A reszta czasu? Spędziłam go głównie na czytaniu książki, już bardziej fachowej pod kątem egzaminu magisterskiego, ale nie wykluczam, że i na licencjacki ta wiedza może się przydać, na temat ogólnie pojętej turystyki. Jestem raczej człowiekiem nie lubiącym się nudzić, a po co marnować tyle cennego czasu, skoro można go mądrze spożytkować, prawda?

czwartek, 29 czerwca 2017

Budowniczy wiary chrześcijańskiej

Piotr i Paweł. Skała i Mały. Rybak i wytwórca namiotów oraz przedmiotów ze skór. Ukochany uczeń Mistrza i zagorzały prześladowca wyznawców chrześcijaństwa. W ikonografii Piotra pokazuje się z kluczem do Niebios Bram, Pawła zaś z mieczem, którym został ścięty. Dwie zupełnie różne osoby, które w końcu połączyło jedno - wiara w Syna Bożego, a następnie męczeńska śmierć w Rzymie. I znowu widzimy tutaj kontrast - pierwszy został ukrzyżowany jak jego Mistrz, drugi z powodu swojego rzymskiego obywatelstwa ścięty mieczem. Piotr patronuje Bazylice nazwanej jego imieniem w Watykanie, Paweł rzymskiej Bazylice za Murami. Kościół Katolicki od lat czci te dwie postacie w jeden dzień - 29 czerwca. Wedle legendy tego dnia mieli ponieść swoją męczeńską śmierć.
Szymona, bo tak pierwotnie nazywał się święty Piotr, Chrystus powołał przebywając w Kafarnaum nad Jeziorem Galilejskim. Mieszkał wraz z żoną oraz teściową w jednym z tamtejszych domów. W Ewangelii według świętego Marka wiemy, że owa teściowa chorowała. Podczas jednego z pierwszych spotkań z Nauczycielem poprosił Go o uzdrowienie jej, na co Jezus przystał. Ciekawostką jest, że właśnie owo wydarzenie spowodowało, że trzy lata później wypytywany przez kapłanów po aresztowaniu Syna Bożego Piotr zaparł go trzy razy. Szymon był ulubionym uczniem Pana Jezusa. Podczas jednego ze spotkań, jeszcze kiedy był rybakiem, Mesjasz miał mu powiedzieć: "Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił"(Łk. 5, 10), co miało być zachętą do pójścia za nim. Szymon przystał na te słowa. Wreszcie padły inne, jeszcze bardziej znaczące - "Ty jesteś Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie"(Mt. 16, 18-19). Słowa te interpretowane są jako prymat piotrowy, ustanowiony przez Syna Bożego. Inne rozumienie, bardziej dosłowne, tłumaczy te słowa jako zapowiedź powstanie Państwa Watykańskiego - słynna Bazylika św. Piotra na Wzgórzu Watykańskich została wzniesiona właśnie na szczątkach pierwszego papieża. Trzeba pamiętać, że św. Piotr zginął za czasów prześladowań chrześcijan w Rzymie na Wzgórzu Watykańskim przybity do krzyża głową w dół. Po śmierci jeden z jego uczniów miał zabrać ciało i pochować je w swoim grobie w watykańskich katakumbach. Po latach wzniesiono tam Bazylikę. I tutaj kolejna ciekawostka - wszyscy tłumnie podążają do watykańskich podziemi, aby zobaczyć grób Apostoła Narodów. Tym czasem prawdziwe doczesne szczątki spoczywają kilka metrów niżej w obawie przed rozkradzeniem ich przez niesfornych turystów.
Trochę inaczej potoczyły się losy św. Pawła. Urodził się jako Szaweł w Tarsie(aktualnie południowa Turcja) w pobożnej rodzinie żydowskiej, oprócz tego posiadał także obywatelstwo rzymskie. Należał do faryzeuszy, przez co był stanowczym przeciwnikiem Kościoła, jak i samych chrześcijan. Prawdopodobnie był obecny podczas ukamienowania świętego Szczepana. Jednocześnie jako faryzeusz musiał nauczyć się rzemiosła - opanował umiejętność tkania płacht namiotowych oraz wyrabiania rzeczy ze skóry. Około 35 roku wyruszył do Damaszku z nakazem aresztowania wyznawców nowej wiary. Po drodze miała go oślepić wielka światłość, jak też miał usłyszeć głos z Nieba, który mówił: "Szawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?"(Dz. 9, 4). Moment ten uważany jest za nawrócenie mężczyzny. Szaweł po tym zdarzeniu stracił wzrok. Przyjaciele jednak pomogli mu wsiąść na konia i zawieźli do Damaszku. Tam został znaleziony przez mężczyznę o imieniu Ananiasz, który udzielił mu chrztu świętego. Podczas przyjmowania sakramentu Szaweł przyjął podobnie brzmiące imię Paweł. Po tym wydarzeniu przebywał w Damaszku jeszcze trzy lata, po czym udał się do Jerozolimy, aby spotkać się z uczniami Mesjasza. Chcąc naśladować Apostołów odbył trzy duże podróże misyjne, docierając m.in. na tereny Grecji, Cypr oraz wiele miast Azji Mniejszej. Brał też udział w soborze jerozolimskim. Podczas pobytu w Jerozolimie został aresztowany i wraz z innymi więźniami wysłany do Rzymu. Po drodze statek ich rozbił się u wybrzeży Malty. Po opóźnionym przybyciu do Rzymu osadzono go w areszcie domowym. Po jakimś czasie został z niego zwolniony i odwiedził takie miejsca jak Hiszpanię, Kretę, Efez czy Macedonię, głosząc w nich Słowo Boże. Po pożarze Rzymu, o który Neron oskarżył chrześcijan, Paweł został ponownie aresztowany. Wyrok śmierci zapadł na drugiej rozprawie przeciwko niemu. Wedle legendy został on stracony za Bramą Ostyjską, zaś na jego grobie miano postawić Bazylikę św. Pawła Za Murami. Kilka lat temu papież Benedykt XVI miał przyznać, że w jednej z bocznych ścian grobowca w Bazylice odnaleziono doczesne szczątki świętego Pawła.
I na koniec mała ciekawostka związana z grobem św. Piotra. Na jednych z zajęć z Atrakcji krajów śródziemnomorskich prowadzący zadał nam pytanie dotyczące ważnego wydarzenia mającego miejsce co rocznie w dniu 29 czerwca w Watykanie. Tak się złożyło, że dosłownie kilka dni wcześniej skończyłam czytać książkę "Anioły i demony" Browna, w której było to napisane. Otóż 29 czerwca papież wręcza nowym kardynałom paliusze przechowywane w złotej skrzyni schowanej w domniemanym grobie św. Piotra, wypełniając w ten sposób sukcesję apostolską.

niedziela, 25 czerwca 2017

W przyszłym roku szkolnym na pewno będzie lepiej...

Matematyka zawsze była i w dalszym ciągu jest moją pasją. Duża w tym zasługa nauczycieli, zwłaszcza tych przekazujących wiedzę w początkowych latach nauki - nie da się ukryć, że jak ktoś od początku nie załapie o co chodzi w tych wszystkich cyferkach, krzyżykach, kreseczkach i kropeczkach, to będzie miał w dalszych cyklach nauki spore problemy. Nawet w mojej klasie z ogólniaka spotkałam się z osobami, które niezbyt dobrze umiały dodawać(!!!), a co dopiero mówić o reszcie działań? Ale może też po trochu lekceważyli matematykę, byliśmy bowiem ostatnim rocznikiem z nieobowiązkową matematyką na maturze. 
Ja jednak zdecydowałam się zdawać matmę i to na rozszerzeniu. W klasie byłam postrzegana jako szaleniec i ktoś, kto porywa się z motyką na słońce. Matematycy, wprost przeciwnie. Co prawda w klasie pierwszej, a nawet drugiej nie wyobrażam sobie jeszcze jak w ogóle napiszę tą całą maturę, wszak nie jestem w stanie posługiwać się przyborami geometrycznymi, a nawet przez dłuższy czas długopisem. Dyrekcja jednak stanęła na wysokości zadania i regularnie dowiadywała się w kuratorium oświaty, co trzeba zrobić, aby taki dziwoląg jak ja spełnił swoje marzenie. Summa summarum stanęło na tym, że obliczenia piszę na komputerze(jak zresztą całą maturę), a do zadań z geometrii przydzielono mi nauczyciela wspomagającego.
Po odebrania znakomitych wyników z matury, wszyscy wróżyli mi studia z matematyki stosowanej na słynnym AGH. Ja jednak jestem realistką - gdzież mi na matematykę, kiedy w planie studiów jest geometria z egzaminem, której z powodu moich ograniczeń mogę nie zaliczyć. Złożyłam więc papiery na katowicki AWF, na zarządzanie w fizykoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych. Tam też miałam matematykę na drugim semestrze, a szła mi ona tak dobrze, że znalazłam się w gronie osób zwolnionych z egzaminu końcowego. Ponadto starałam się pomagać dzieciakom przychodzącym do Oratorium, kiedy miały kłopot z królową nauk.
Na początku czerwca zostałam wezwana do księdza prowadzącego Oratorium. O umówionej godzinie zjawiłam się w budynku.
 - Super, że jesteś. Jest taka sprawa - zaczął, kiedy weszłam do pokoju wspólnotowego. - M. ma kłopoty z matematyką. Grozi mu jedynka na koniec, a tym samym pozostanie na drugi rok w czwartej klasie. A ty przecież wiesz o co w tym wszystkim chodzi i jeszcze potrafisz to przekazać innym. To co, pomożesz mu? 
Cóż było robić? Jasne, że się zgodziłam, chociaż wewnątrz się we mnie gotowało. Nie byłam wściekła o to, że poproszono mnie o pomoc, ale o to, kiedy to zrobiono. Jedynka na koniec nie wychodzi ot tak sobie, uczeń raczej przez dłuższy czas musi dostawać mierne oceny. Ja zaś nie mam na bieżąco wglądu w oceny dzieciaków, które do nas przychodzą, one też niekiedy nie są chętne do nauki. 
Z drugiej strony stało się i niewiele mogłam na to poradzić. Telefonicznie umówiłam się z mamą M., kiedy młody ma przyjść do Oratorium(jednak wolę neutralny grunt), sama zaś zaczęłam przeglądać internet, aby zobaczyć, czego uczą się teraz czwartoklasiści. W sumie przez te szesnaście lat materiał niewiele się zmienił. Jeszcze tylko przygotowałam dla młodego odpowiednie karty pracy i przez cztery spotkania wałkowałam z nim ostatni materiał(nie było sensu przerabiać z nim na razie całego materiału, żeby nie miał typowej sieczki w głowie). Nie było to łatwe, wszak koncentracja nie jest mocną stroną M., w ostateczności jednak poprawił ocenę na pozytywną. A pewnie było by jeszcze lepiej, gdyby wszystko nie było robione na ostatnią chwilę. No cóż, od przyszłego roku szkolnego trzeba będzie regularnie przerabiać z M. materiał, tak aby na koniec nie miał takich zaległości.

Ja zaś jutro wyjeżdżam na trzy dni nad morze w ramach zajęć z "Morskiej turystyki pielgrzymkowej". Nie wiem dlaczego, ale po głowie chodzi mi ciągle ta piosenka.
Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia za cztery dni!

piątek, 23 czerwca 2017

Bez procesji, za to z pięknym kazaniem na temat Modlitwy Pańskiej w kontekście dzisiejszego Dnia Ojca

Oktawą nazywamy przedział czasu w liturgii, który obejmuje ważną uroczystość wraz z siedmioma następującymi po niej dniami. Wczorajszy dzień zakończył oktawę Bożego Ciała. Nie tak dawno było to święto liturgiczne, nakazane przez kościół, aktualnie jest to już tylko tradycja. Podobnie jak tradycją jest święcenie tego dnia wianków uplecionych ze świeżych ziół, pierwocin wydanych przez przebudzoną po zimie ziemię. Wokół kościołów zaś prowadzone są uroczyste procesje na wzór tych, które mają miejsce w czasie Bożego Ciała.
Niestety, niewyrównany teren wokół naszego kościoła parafialnego spowodował, że we wczorajszych obchodach zakończenia oktawy zabrakło właśnie procesji. Może już za rok będzie to możliwe? Na szczęście tradycja święcenia pierwocin naszej ziemi została zachowana. Co prawda ciężko jest znaleźć w naszym mieście taką łąkę z prawdziwego zdarzenia, jednak zawsze można coś zerwać w parku, skwerze przy blokach, a nawet od sąsiada prowadzącego ogródek bądź działkę. W ostateczności można kupić coś na bazarkach. 
Nie było co prawda procesji wokół kościoła, za to ksiądz proboszcz wygłosił niezwykle piękne kazanie na temat modlitwy Ojcze nasz, co było doskonałym uzupełnieniem usłyszanego przed chwilą fragmentu Ewangelii według św. Mateusza mówiącego o tym, jak Jezus Chrystus przedstawia uczniom słowa Modlitwy Pańskiej. Tyle w nim było wyjaśnień poszczególnych próśb, których my, wierni, nie zawsze rozumiemy:
1. Ojcze nasz, któryś jest w niebie - oczywiste jest, że będziemy się zwracać do naszego Ojca przebywającego w Niebie tak, jakbyśmy się zwracali do naszego ziemskiego taty;
2. Święć się imię Twoje - przypomnijmy sobie ile razy wzywamy Boga Ojca "z automatu", bez zastanowienia? Tym czasem, jako imię osoby najświętszej ze świętych powinno być wymawiane z czcią i należytym szacunkiem;
3. Przyjdź królestwo Twoje - wszyscy wspólnie pragniemy, aby znaleźć się w Królestwie Bożym i żyć w nim przez całą wieczność, ciesząc się obcowaniem z samym Bogiem;
4. Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi - wola Boża dzieje się w niebie i wszyscy święci się z nią zgadzają. Dużo trudniej jest się pogodzić ludziom żyjącym na ziemi ze wszelkimi kataklizmami i chorobami, jakie ich dotykają, jakby zapominali, że wszystko to jest wolą Bożą;
5. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj - w prośbie tej wyrażamy pragnienie, aby nigdy nie zabrakło nam ani tego fizycznego chleba, który codziennie spożywamy, ani chleba eucharystycznego, którym karmimy się w Kościele świętym;
6. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom - grzech oddala każdego z nas od przyjaźni z Najwyższym. Spowiedź święta jest sposobem na pojednanie się z nim. Jeżeli bardzo żałujemy tego, co uczyniliśmy, dostaniemy rozgrzeszenie, czyli oczyścimy się z tych grzechów. Na wzór miłosierdzia Bożego powinniśmy przebaczać tym, którzy zawinili wobec nas;
7. I nie wódź nas na pokuszenie - pokusa jest podstawową metodą walki szatana z siłami dobra. Dzięki wstawiennictwu Boga możemy się jej sprzeciwić nie ulegając jej;
8. Ale nas zbaw od złego -zbawienie, a tym samym życie wieczne w przyjaźni z Najwyższym jest podstawowym pragnieniem każdego chrześcijanina. Prośba ta wyraża się w pragnieniu odciągnięcia nas od grzechu burzącego naszą relację z Bogiem.

Piękne to było kazanie, wiele wnoszące do życia słuchających go wiernych. Ale nasz ksiądz proboszcz słynie z takich mocnych, lecz obrazowych tekstów. Pora też jak najbardziej adekwatna, wszak dzisiaj wypada Dzień Ojca. A przecież hebrajskie określenie Boga - "Abba" w tłumaczeniu oznacza "tatusiu". Będzie mi tego brakowało po jego odejściu z naszej parafii.

niedziela, 18 czerwca 2017

W czasie deszczu dzieci nie muszą się nudzić

Deszcz dudniący za oknem nie zwiastował niczego dobrego. "No to idealna pogoda na parafialny festyn" - przemknęło mi przez myśl, kiedy podnosiłam się rankiem z łóżka. Jeszcze raz spojrzałam w kierunku okna - nie, ewidentnie lało jak z cebra. I nic nie wskazywało na to, aby miało się wypogodzić do godziny 13:00. Z nosa w dalszym ciągu lało mi się niczym z wodospadu Niagara, w dodatku zaczęło mnie pobolewać gardło. Mogłam jeszcze wycofać się z współorganizacji festynu, ale z drugiej strony i tak wszystko było robione na ostatnią chwilę. Więc sumą rzeczy i osób odpowiedzialnych za coś było jak na lekarstwo. Mogliśmy oczywiście zaangażować osoby ze scholi, ksiądz znał jednak moją niechęć do niektórych tamtejszych mam i warunek "albo ona albo ja"(wyjaśnienie -> tutaj, może nie wprost, ale między wierszami można się domyśleć o co chodzi), wolał ograniczyć się do sprawdzonego składu z sobotnich spotkać z dziećmi. Zresztą przy dobieraniu "kadry" na letnie półkolonie kierował się tą samą zasadą.
Ku moim przewidywaniom pogoda niezbyt poprawiła się do czasu rozpoczęcia imprezy. Może nie lało jak z cebra, ale siąpiło... Ku naszemu zaskoczeniu na boisku pojawiło się sporo dzieciaków i to nie tylko tych, którzy chodzą na sobotnie oratorium. Festyn rozpoczęliśmy modlitwą oraz zaśpiewaniem kilku piosenek, ku rozgrzewce. Bo już za chwilę miał się rozpocząć wielobój. Popatrzyłam na zachmurzone niebo w nadziei na chociaż malutką dziurę w chmurach, przez którą prześwitywałby kawałeczek błękitnego nieba. Na próżno. Moja konkurencja na wieloboju była bowiem typowo podwórkowa. Nie wyobrażam sobie bowiem podłogi Domu Młodzieżowego zalanej wodą przenoszoną z jednego naczynia do drugiego za pomocą gąbki. Siłą rzeczy musiałam się wynieść na zewnątrz. Usadowiłam się więc na podjeździe przed budynkiem i czekałam na kolejnych gagatków, od czasu do czasu znikałam w czeluściach Oratorium, aby napełnić miskę wodą. I właśnie w czasie jednej z takich miniwycieczek ktoś się nie bał i biegnąc wpadł na pozostawiony słoik tłukąc go w drobny mak. Tego mi brakowało. Musiałam szybko pozbierać szkło, nie kalecząc się przy tym, i zorganizować sobie jakiś zastępczy pojemnik. Przypomniało mi się, że w piwnicy kiedyś widziałam konewkę do podlewania kwiatów. Od biedy może być... W pewnym momencie z oratorium wyszedł ksiądz proboszcz i widząc, że siedzę na ziemi, krzyknął:
- Karola, dam ci może karimatę, bo się przeziębisz!
Przeziębiona to ja już byłam, a konkurencja i tak dochodziła do końca. Przed 15:00 zakończyliśmy wielobój i udaliśmy się na tyły Domu Młodzieżowego, aby tam uczestniczyć w dalszej części zabawy. A tam, a to siedziałam przy sprzęcie i robiłam za dj, a to z dzieciakami malowałam płot kredą, a to wraz z Wiką prowadziłam tańce(hitem okazało się "Tak, tak Panie" z repertuaru "Siewców Lednicy". Gdzieś w tle chłopcy grali w piłkę nożną. Było głośno i radośnie. Zwłaszcza kiedy nadszedł czas "Tomboli", czyli czymś w rodzaju bingo, ale w łagodniejszej wersji. Każdy tutaj coś wygrał. Na koniec natomiast najlepsi z wieloboju zostali obdarowani nagrodami.
Tak się ciszyliśmy, że pomimo niesprzyjającej pogody tak wiele osób przybyło na festyn. Ale i na nas, animatorów, czekała nagroda - noc filmowa na sali konferencyjnej w Domu Młodzieżowym. Za zgodą księdza proboszcza urządziliśmy sobie maraton filmowy z prawdziwego zdarzenia. Cała sala dla nas, śpiwory, jakieś przekąski i mnóstwo śmiechów i chichów. I chociaż byliśmy tam zmęczeni dniem, że padliśmy po 1, to i tak wspólnie przyznaliśmy, że ta noc na pewno nie była stracona.

piątek, 16 czerwca 2017

Podaj dalej part 1

Plan był bardzo ambitny: iść na wieczorną Mszę świętą połączoną z bierzmowaniem młodzieży, a następnie napisać z tego reportaż do kroniki parafialnej. Pisałam Wam już że kilka lat temu powierzono mi tą funkcję? Problem polega jednak na tym, że w naszej parafii stosunkowo mało się dzieje. Teraz było trochę wydarzeń, bo i oratoriady, i święcenia kapłańskie, i prymicje, ale zasadniczo cisza. A takie bierzmowanie jest jednak wydarzeniem, zwłaszcza że biskup przyjeżdża. Pokonał mnie katar. Dosłownie. Zaczęło się w środę wieczorem, a dzisiaj pokazał swoją moc. Uziemiłam się w domu, tym bardziej, że jutro mamy festyn parafialny, a ja mam tańce i stację na wieloboju. No, ale uzupełniłam kronikę, doczytałam książkę Jodi Picoult - "Krucha jak lód", poczytałam bloga Agaji, znalazłam zaświadczenie o ukończeniu kursu wychowawcy kolonijnego oraz niekaralności potrzebne na półkolonie(ksiądz sam się po nie pofatygował do mojego mieszkania), a przede wszystkim cieszyłam się z przesyłki, jaką dostałam od Marzenki.
Poznałyśmy się właściwie przez przypadek, kiedy nasza Basia wspomniała o mnie w jednym ze swoich postów. Nie wiem dlaczego, ale Marzenka jakoś przypadła mi do gustu. Może poprzez swoją energię życiową i optymizm? A może przez to, że tak samo jak ja uwielbia koty? W każdym razie lubię do niej wpadać. Pewnego razu wspomniała w swoim poście o zabawie nazwanej "Podaj dalej". Zasadniczo chodzi w niej o to, aby stworzyć łańcuszek na blogach, w którym obdarowywane są kolejne osoby. Zasada jest jedna - muszą to być samodzielnie zrobione rzeczy. Na wykonanie zadania ma się 12 miesięcy. Postanowiłam zaryzykować i zgłosiłam się do zabawy. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że Marzenka do zabawy wybrała właśnie mnie. Tym bardziej, że wiem, iż Marzenka potrafi wyczarować prawdziwe cudeńka, pomimo ograniczeń.
W tygodniu zapukała do mnie sąsiadka. W rękach trzymała sporych gabarytów paczkę.
 - Bo listonosz to przyniósł, a pani nie było w domu, więc powiedziałam, że to wezmę i pani oddam. Nie gniewa się pani?
Nie, skąd. Często zdarza się bowiem, że odbiera moje przesyłki. Ech, uroki studiowania w innym województwie. Ale pudełko informujące o butach nic mi nie mówiło. Co jak co, ale obuwia przez Internet nie kupuję. Na szczęście widniała na nim informacja o możliwości zwrotu. Spoko. I wtedy mój wzrok padł na adres naklejony po drugiej stronie pudła, a raczej na nadawcę - Marzenka. Automatycznie się uśmiechnęłam i zaczęłam rozpakowywać przesyłkę.
Uporałam się pudełkiem, wyjęłam jego zawartość, a tam:
Po częściowym pozbyciu się wszelkich amortyzatorów
Taki kubeczek - idealny na panoszące się wszędzie długopisy
Pojemniczek ozdobiony metodą decoupage-
podziwiam ludzi umiejących ją zastosować
Zawsze zachwycały mnie fikuśne jajołki tworzone przez Marzenkę-
teraz mam koteczka wykonanego metodą filcowania na własność!
Naklejki na pewno się przydadzą do pracy z dziećmi :)
Coś dla ciała - czyli zielona herbata i musli
A wszystko to skrywało się w tej pięknej tacce - ozdobionej
metodą decoupage
Marzenko kochana! Nawet nie wiesz jaką wyrządziłaś mi radość, kiedy zobaczyłam zawartość przesyłki. Z każdej rzeczy bije zaangażowanie w jej tworzeniu! Dotykając ich mam wrażenie, że dotykam Cię osobiście. We wszystkich rzeczach widzę twoje pełne miłości oczy i uroczy uśmiech. Jesteś wyjątkową osobą i bardzo się cieszę, że Cię poznałam!
A teraz żeby tradycji stało się zadość potrzebuję osoby, której mogłabym coś ofiarować. Zgłoszenia przyjmuję pod postem do końca miesiąca :). Jeżeli będzie więcej chętnych zrobię losowanie.
No tak, każde miejsce jest dobre do spania...
Zastanawiam się, czy do jutra przejdzie mi ten cały katar. Może chociaż troszkę...

czwartek, 15 czerwca 2017

"Zagrody nasze widzieć wychodzi i jak się jego dzieciom powodzi"

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa jest znana w naszym kraju od mniej więcej 700 lat. Po raz pierwszy została ona odprawiona przez biskupa Nankiera w diecezji krakowskiej. Sto lat później uroczystość ta została uznana za powszechnie obchodzoną we wszystkich kościołach katolickich w Polsce. 
Tego dnia idziemy procesyjnie do czterech ołtarzy, aby wysłuchać czterech Ewangelii napisanych przez czterech Ewangelistów - Łukasza, Mateusza, Marka i Jana. Te cztery Ewangelie symbolizują cztery strony świata, a to znów symbolizuje panowanie Chrystusa nad całym globem ziemskim. Uroczystej procesji wiernych towarzyszy radosny śpiew, bicie dzwonów a także rzucanie kwiatów pod nogi kapłana niosącego monstrancję z Najświętszym Sakramentem.
W tym roku obchody święta Bożego Ciała były jeszcze radośniejsze, ponieważ na uroczystej Sumie modliliśmy się za dwójkę naszych kapłanów - księdza Franciszka w 27 rocznicę przyjęcia przez niego święceń kapłańskich oraz księdza Jacka - w 3 rocznicę święceń kapłańskich. Szkoda tylko, że zabrakło pierwszego z jubilatów, ale wiadomo, zdrowie ważniejsze. Zwłaszcza, kiedy zmaga się z cukrzycą.
Z przyjemnością wysłuchałam pouczającego kazania wygłoszonego przez naszego księdza proboszcza. Zastanawiał się w nim nad istotą Bożego Ciała, czy w dzisiejszym świecie, coraz bardziej oddalającym się od Boga jest sens wychodzić z Chrystusem ukrytym w monstrancji na nasze ulice. Oczywiście, że jest sens. Być może jakiś człowiek, który odszedł od kościoła, popatrzy z okien swojego mieszkania na tłum śpiewających ludzi i postanowi iść za nimi. Ubolewał też nad tym, że tak wielu ludzi w pogoni za pracą i sławą rezygnuje z codziennej modlitwy czy też niedzielnej Mszy świętej. Ale to nie daje zbawienia duszy. Życzył nam jednocześnie, aby to nie było tak, że po tej procesji ten kto będzie miał przyjść w niedzielę na Mszę to przyjdzie, a kto nie, to zostanie w domowym zaciszu, lecz abyśmy dzisiaj naszym przykładem zachęcili tych, którzy zostali w swoich domach z powodu typowego "nie chce mi się" do pójścia za nami. Na drugiej szali dał przykład tych wszystkich osób, którzy chcieli by dzisiaj być tu z nami, ale z powodu choroby czy też wieku zmuszeni są do uczestnictwa duchowego, co najwyżej będą mogli pooglądać naszą procesję z okien swoich mieszkań. Na koniec zaś zwrócił się do najmłodszych uczestników uroczystości, dzieci pierwszokomunijnych, które miały rzucać kwiaty oraz nieść poduszki, czy widziały kiedyś swojego ojca klęczącego na kolanach pogrążonego w modlitwie, albo rodziców w milczeniu adorujących Najświętszy Sakrament? Bo on widział i to nie raz. I to właśnie było jego najważniejszym duchowym seminarium.
Tegoroczna trasa procesji była nieco okrojona. Pamiętam czasy, kiedy obchodziło się całą parafię. W tym roku też był taki pomysł, ale podniosły się głosy, że dzieci się zmęczą. Ręce opadają. Tym sposobem jedynie okrążyliśmy kościół i najbliższe domostwa. Swoją drogą ciekawe, czy na zakończenie oktawy Bożego Ciała będzie procesja wokół Kościoła? Dotąd nie było ku temu warunków, ale aktualny proboszcz uprzątnął nieco teren parafii(m.in. wyburzył starą kaplicę, która dotąd zabierała tylko miejsce, nie była konsekrowana, więc nie było z tym kłopotów). Dożyjemy, zobaczymy. Pogoda nam się udała - pamiętam jak po Pierwszej Komunii Świętej miałam sypać kwiatki, lecz od rana tak padało, że proboszcz skończył wszystko przy pierwszym ołtarzu. Wyjątkowo nie było dzisiaj scholi(tzn. kto chciał ten był), ale czy schola jest w tym wszystkim najważniejsza? Najważniejszy jest Pan Bóg wychodzący tego dnia do swoich ludzi i przemierzający te same ulice co oni. Nie zapominajmy o tym!

środa, 14 czerwca 2017

Być w samym centrum Inferno...

Pamiętam, jak w wieku ośmiu lat pierwszy raz obejrzałam w telewizji film "Płonący wieżowiec". Było to w święta Bożego Narodzenia. W pewnym momencie padło w nim stwierdzenie, że "powyżej siódmego piętra ciężko jest ugasić pożar, a architekci budują coraz wyższe i wyższe budynki". Przez następnych kilka dni długo myślałam nad tym zdaniem, które wywarło na mnie spore wrażenie. Co prawda mieszkałam wtedy w czteropiętrowym bloku(zresztą teraz też mieszkam), ale wyobrażałam sobie, jak płonie stojący tuż obok 13-piętrowy wieżowiec, jak wypadają z okien ludzie(chociaż ku temu wcale nie potrzeba pożaru - blok ma niechlubną nazwę "wieżowca samobójców). Rodzice widząc moje przejęcie wzięli mnie w obroty. Od razu wytłumaczyli mi jakie jest prawdopodobieństwo wybuchu takiego wieżowca oraz na czym polega akcja ratunkowa w takich wypadkach. Wyjaśnili mi też, że przy współczesnej technice bardzo szybko można znaleźć ognisko pożaru(w przypadku filmu był to jakiś magazynek) i zdusić żywioł w zarodku. Najbardziej przeraża mnie w fabule filmu jednak to, że bardzo wielu mieszkańców ukazanego w nim budynku pożar zastał we własnym łóżku, kiedy jeszcze spali. Innych dosięgnął na najwyższym piętrze, gdzie w najlepsze trwała zabawa na cześć otwarcie najwyższego drapacza chmur w mieście. Film miał być przestrogą dla potomnych, że człowiek nie ma szans wygrania z tak niesprawiedliwym żywiołem, jakim jest niekontrolowany ogień...
Zbudził mnie zakręt prowadzący na obwodnicę w Krakowie. Jednocześnie do moich uszów dobiegła muzyka z radia poprzedzająca serwis informacyjny. Trochę się zdziwiłam, że to już siódma rano, wszak bus wyjątkowo szybko pokonał ponad 80-kilometrowy odcinek trasy. Nie zdążyłam jeszcze na dobre otworzyć oczu, kiedy usłyszałam o tragedii, jaka tej nocy wydarzyła się w Londynie. Ponownie przed oczami miałam sceny z filmu, a wyobraźnia podsuwała mi obrazy zrozpaczonych, a przede wystraszonych ludzi wyskakujących w akcie desperacji przez okno. Żywioł przecież zastał ich w miejscu, gdzie powinni czuć się bezpiecznie - we własnym domu. I nie ma tutaj znaczenia czy ktoś jest katolikiem, czy muzułmaninem(nota bene to prawdopodobnie ci pogardzani przez tak wielu z nas wyznawcy islamu uratowali wiele ludzi), wszyscy jesteśmy równi wobec takiej tragedii. Wszyscy tak samo bali się żywiołu. Wszyscy mieszkańcy bloku stanęli twarzą twarz ze śmiercią. Wielu wygrało tą walkę, inni płonęli jak pochodnia. Zresztą tak samo jak sam budynek. Bilans ofiar będzie znany za jakiś czas. W tej tragedii nie ma Boga, Allacha, Jahwe, jest żywioł, którego nic nie zdołało powstrzymać. Przyjdzie czas na wyciągnięcie wniosków i mam nadzieję, że wyciągnięcie jakiś konsekwencji, głównie w odniesieniu do architektów, aby przynajmniej w tych nowoczesnych budynków uniknąć takich sytuacji. Ale czy to możliwe?
Nie potrafię dzisiaj o niczym innym myśleć, po prostu nie potrafię...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ten weekend w Poznaniu należał zdecydowanie do polskiej, salezjańskiej młodzieży

Czekaliśmy na ten dzień cały rok. No, może nie cały, bo od września. Ale to i tak sporo. Przez ten czas dowiadywaliśmy się jak najwięcej o błogosławionych poznańskich Oratorianach. Rzecz to bowiem niesłychana - z jednego oratorium salezjańskiego wyszło aż pięciu młodych mężczyzn, którzy mogą poszczycić się mianem błogosławionych. Rzecz bez precedensu - nigdzie na całym świecie w środowisku salezjańskim nie spotkano się z identyczną sytuacją. Okazja do świętowania była idealna. I chociaż Salezjańska Piątka została stracona na gilotynie 24 sierpnia(paradoksalnie jest to dzień wspomnienia Maryi Wspomożycielki Wiernych, tak bardzo czczonej w tradycji salezjańskiej), zdecydowano iż centralne obchody ich męczeńskiej śmierci odbędą się podczas ostatniej Oratoriady w aktualnym roku formacyjnym, czyli w dniach od 9 do 11 czerwca. Samo spotkanie nie mogło się natomiast odbyć gdzie indziej niż tam, gdzie narodziła się ich świętość, czyli w sercu Wielkopolski - Poznaniu. Dodatkowo zdecydowano się zaprosić na nie wychowanków salezjańskich z całej Polski, a nie jak dotąd, tylko z inspektorii wrocławskiej.
Że też nawet sylwetki Piątki Poznańskiej muszą być wyższe ode mnie
Ponieważ to spotkanie było ogólnopolskie, nie mieliśmy skąd pożyczyć busa na te trzy dni(zawsze użyczała nam zaprzyjaźniona parafia salezjańska, teraz jednak i ona jechała). Na szczęście są jeszcze pociągi. Co prawda podróż z punktu A do punktu B trwała niecałe 6 godzin, jednak zabrana ze sobą książka skutecznie umilała ten czas. A propos czytania, polecam pozycję Ruperta Isaacsona - "Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu". Jest to autobiograficzna powieść mężczyzny, którego syn okazuje się być autystycznym dzieckiem. Ojciec, usłyszawszy gdzieś o skuteczności syberyjskich czarowników w leczeniu zaburzenia, postanawia zabrać syna i żonę w podróż po tajemniczej i dzikiej Syberii. Jednak ten z pozoru szalony pomysł okazuje się być kluczem do wielu zamkniętych dotąd drzwi świata Rowana. Piękna, przepełniona ojcowską miłością opowieść, nie tylko dla osób, które zetknęły się z autystykami, idealna do przeczytania przed Dniem Ojca.
Poznań przywitał nas piękną pogodą. Po opuszczeniu pociągu udaliśmy się na tramwaj, aby dotrzeć do Zespołu Szkół Salezjańskich, gdzie mieliśmy zakwaterowanie oraz odbywała się część imprezy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że pogodny wieczór został zamieniony z salezjańskimi modlitwami wieczornymi. Dzięki temu po przybyciu mogliśmy się zakwaterować w jednej ze sal lekcyjnych(sądząc po wystroju to uczą się w niej dzieci z klas 1-3 sp), a następnie na jadalnię, aby coś zjeść. Następnie udaliśmy się na holl, gdzie miało miejsce wspólne spotkanie połączone z salezjańskim słówkiem wieczornym oraz możliwością skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Sam wystrój sali nawiązywał do bohaterów całego zdarzenia, jak i patronów szkoły:
 
Nazajutrz dzień rozpoczęliśmy porannymi modlitwami, po których w dwóch grupach udaliśmy się na śniadanie. O godzinie 10:00 wyruszyliśmy dwoma autobusami do poznańskiej dzielnicy Winogrady, aby uczestniczyć w centralnych wydarzeniach związanych z upamiętnieniem 75 rocznicy męczeńskiej śmierci piątki poznańskiej. Dla wielu z nas było to również spotkanie z Generałem Salezjanów, księdzem Angelem Artimem. Zanim jednak odbyła się uroczysta Suma, wszyscy zostaliśmy zaproszeni do dolnego kościoła, gdzie w kaplicy z tą naszą salezjańską młodzieńczą radością powitaliśmy naszego gościa. Następnie obejrzeliśmy przedstawienie o przyjaciołach z oratorium oraz film przedstawiający ich sylwetki.

Przed godziną 12 udaliśmy się do górnej części kościoła na wspomnianą Mszę świętą. Wzruszająca była procesja wejścia wszystkich obecnych na tej uroczystości księży.
video
Jeszcze piękniejsze według mnie było to, że w tym wszystkim uczestniczyły rodziny Czesława, Edwardów, Franciszka oraz Jarogniewa. Podczas wygłoszonego kazania ksiądz Generał zwrócił nam wszystkim uwagę na to, że ci chłopcy wcale nie byli za życia "świętymi", że łobuzowali jak każdy z nas. Dopiero w obliczu wojny i wroga pokazali prawdziwą heroiczność swoich czynów. I my też powinniśmy tacy być. Może nie w tym sensie, że mamy czekać na wybuch wojny, ale w czasie naszych codziennych prywatnych "wojenek" - mamy być wierni do końca! Cała Msza święta przebiegała w radosnej atmosferze.
video

Księża z swoim Generałem
Po zakończeniu Mszy świętej odbyła się historyczno - artystyczna część dnia. Na ustawionej na placu kościelnym scenie pojawiły się rockowe grupy, które w mocnym brzmieniu prezentowały utwory patriotyczne polskich poetów.
Równocześnie poszczególne grupy miały możliwość udania się na znajdujące się na obrzeżach miasta forty, w których przez pewien czas przetrzymywani i torturowani byli chłopcy. Ciarki przechodzą człowiekowi po plecach, kiedy chodził po ziemi, na którą spłynęło tyleż niewinnej ludzkiej krwi. Dzisiaj jest tam wystawa poświęcona przyjaciołom z poznańskiego Oratorium.
Po zwiedzeniu fortu VII podjechaliśmy tam, gdzie to wszystko się zaczęło, czyli do salezjańskiego Oratorium na ulicy Woronieckiej. Mury budynku i przylegającej do niego świątyni są niemymi świadkami rozkwitu religijności chłopców. Chodząc po niewielkich salkach z trudem wyobrażaliśmy sobie, jak na raz przebywało w nich nawet 180 chłopców! Gospodarze tego miejsca poczęstowali nas też lokalnym przysmakiem, o którym salezjańska piątka często pisała w listach z więzienia do rodziny - ziemniakami z ogniska z twarożkiem. Pychota!
Wieczorem wróciliśmy do fortu VII, gdzie wysłuchaliśmy słówka wieczornego wygłoszonego przez samego księdza Generała. Ciarki przeszły mi po plecach, kiedy uświadomiłam sobie, że stoję naprzeciwko Niego!
Następny, ostatni już dzień naszego ogólnopolskiego świętowania rozpoczęliśmy poranną modlitwą oraz śniadaniem, po którym udaliśmy się ponownie na Wroniecką, aby w tamtejszym kościele zakończyć nasze spotkanie. Wcześniej jednak udaliśmy się na rynek główny miasta, aby w naszym spontanicznym tańcu oraz marszu radości wyrazić młodzieńczą radość! Przechodnie przystawali, z uśmiechem przypatrywali się jak salezjańska młodzież opanowuje ich miasto.
Msza święta z udziałem księdza Generała była zwieńczeniem naszego świętego. Niezwykłe kazanie nawiązujące do Niedzieli Trójcy Świętej w kontekście piątki salezjańskiej wygłosił nasz inspektor. Możecie je odsłuchać >>Tutaj<<. Na koniec słowo pożegnania skierował do nas sam ksiądz Generał:
Po zakończeniu Mszy świętej udało nam się jeszcze złapać niezwykłego gościa, aby zrobić sobie z nim pamiątkowe selfie:
Chociaż większość mojej ekipy marudzi, że za bardzo oficjalne to wszystko było, mnie bardzo się podobało. A trochę podniosłego charakteru od czasu do czasu nie zaszkodzi...

czwartek, 8 czerwca 2017

Hala Stulecia i Ogród Japoński we Wrocławiu

Im bliżej końca studiów, tym studentom mniej się chce. W sumie to logiczne - na zewnątrz ciepło aż miło, a nam każą siedzieć w dusznej sali na nudnych wykładach. Niejaką odskocznią od wykładowczej i ćwiczeniowej rutyny była wycieczka w ramach zajęć z Organizacji Kongresów. I to nie byle gdzie, ale do Hali Stulecia we Wrocławiu, która w 2006 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Ta ekspansjonistyczna budowla została wzniesiona w latach 1911 - 1913 według projektu niemieckiego architekta - Maxa Berga. Wybudowanie jej związane było z setną rocznicą wydania we Wrocławia odezwy "Do mojego ludu" przez Fryderyka Wilhelma III, wzywającej do oporu przeciwko Napoleonowi Bonaparte. Rocznicę chciano uczcić wielką wystawą, która przedstawiałaby historię oraz gospodarczy dorobek Śląska. Zaplanowano tzw. Wystawę Stulecia, a jej organizację zlecono Karolowi Masnerowi. Miasto przekazało na ten cel tereny parku Szczytnickiego, niedaleko wrocławskiego Ogrodu Zoologicznego.
W momencie powstania hala stanowiła obiekt wyjątkowy, posiadając żelbetowe przekrycie o największej rozpiętości na świecie – większe rozmiary osiągały wówczas tylko nieliczne konstrukcje stalowe. Hala ma 42 m wysokości, a nakrywająca ją kopuła 67 m średnicy. Maksymalna szerokość wnętrza hali wynosi 95 metrów, a dostępna powierzchnia wynosi 14,0 tys. m². Prócz samej centralnej hali w budynku zaplanowano jeszcze 56 innych pomieszczeń wystawienniczych, obszerne okrążające główną salę kuluary, a całość obliczona była na 10 tysięcy osób.
Budowę hali ukończono w grudniu 1912 roku, półtora miesiąca przed zaplanowanym terminem. W trakcie jej budowy wybudowano na otaczających ją terenach liczne inne obiekty wystawowe, w tym Pawilon Czterech Kopuł, obiekty rekreacyjne itp. W hali umieszczono specjalnie dla niej zaprojektowane i wykonane przez znaną firmę Sauer we Frankfurcie nad Odrą organy o 222 rejestrach i 16706 piszczałkach, naówczas największe na świecie.

Po roku 1989 dokonano w hali pewnych przeróbek: trwający tam kilka miesięcy remont generalny w 1997 obejmował takie zmiany jak plastikowe rolety na oknach, tablice ogłoszeniowe, nagłośnienie, przede wszystkim zaś obniżenie o około 1 m poziomu posadzki i wbudowanie przesuwnych trybun oraz rozkładanych boisk. Nowe elementy (białe rolety, intensywnie niebieskie siedziska) wyróżniają się silnie z dostojnej szarości wnętrza. W hali odbywają się większe imprezy targowe, wystawiane bywają także monumentalne przedstawienia operowe, służyła również przez kilka sezonów jako miejsce rozgrywania pojedynków koszykarskiej ekstraligi oraz Suproligi i Euroligi drużyny Śląska Wrocław. 31 maja 1997 w czasie szóstej wizyty w Polsce, Jan Paweł II poprowadził w hali modlitwę ekumeniczną w ramach kongresu eucharystycznego.
 
Po zwiedzeniu Hali Stulecia i dowiedzenia się kilku istotnych informacji na temat organizacji w niej kongresów i konferencji udaliśmy się do znajdującego się tuż obok Ogrodu Japońskiego. Po drodze minęliśmy słynne multimedialne fontanny.
Sam Ogród Japoński powstał w latach 1909 - 1913 wokół stawu Ludwiga Theodora Moritza-Eichborna w obrębie obecnego Parku Szczytnickiego. Był jedynym egzotycznym ogrodem prezentowanym na Wystawie Ogrodniczej w 1913 r. Wystawa ta stanowiła część Wystawy Stulecia.
Ogród ten to połączenie kilku typów ogrodów japońskich: publicznego, wodnego, związanego z ceremonią picia herbaty i kamienistej plaży. Kompozycję ogrodu wyznacza przejście od bramy głównej Sukiya-mon przez most prosty na stawie Yumedono Bashi, rozwidlające się dalej na dwie ścieżki. Jedna ścieżka prowadzi brzegiem stawu od łagodnej żeńskiej kaskady Onna-daki do gwałtownej kaskady męskiej Otoko-daki, a druga przez łukowy most Taiko Bashi do pawilonu herbacianego Azumaya. Zgromadzone w ogrodzie kamienne dekoracje powstały w XVIII i XIX wieku i pochodzą ze zlikwidowanych dawnych ogrodów japońskich.
 W ogrodzie zgromadzono prawie 270 gatunków roślin drzewiastych. Najwyższe piętro tworzą m.in. grupy dębów szypułkowych i  kasztanowce zwyczajne, oraz pojedyncze okazy rodzime i obce, np. jesion wyniosły, perełkowiec japoński, platan klonolistny, miłorząb dwuklapowy, metasekwoja chińska i modrzewnik chiński. W niższej warstwie rosną liczne cisy pospolite,  niektóre ponad stuletnie. Różaneczniki rosną w blisko 250 grupach i reprezentują około 50 gatunków i odmian. Część okazów pochodzi z nasadzeń wykonanych w latach 1909–1913.  Do 2009 roku zgromadzono w ogrodzie 78 gatunków roślin azjatyckich, w tym 38 pochodzących z Japonii, np. styrak japoński i pieris japoński. Drzewa i krzewy poddawane są zabiegom formującym. Część z nich, w tym cis, bukszpan, berberys i tawuła, kształtowane są  niskie „falujące żywopłoty”. Na najniższą warstwę roślinności składa się 46 gatunków bylin, np. długosz królewski, pióropusznik strusi, funkie biała, kosaciec japoński, tatarak zwyczajny i konwalia majowa. W stawie rośnie grążel żółty i grzybienie białe.
Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam do odwiedzenia tego pięknego miejsca:
A jutro ruszamy do długo wyczekiwanego Poznania! Do następnego razu! Aha - cieszcie się otaczającym Was światem!