Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 27 lipca 2017

Dziękuję Wam za te trzy lata

Trzy lata temu zamieściłam na blogu pierwszy wpis. Był on dosyć lakoniczny i skupiał się głównie na przedstawieniu mojej osoby. A potem były następne i następne. W końcu zrobiło się ich 560. 560 postów opisujących moje codzienne życie wraz z troskami i radościami. Z czasem przybywało mi też czytelników. Taka dziwna rzecz, to nie jest mój pierwszy blog. Kiedyś starałam się, aby moimi czytelnikami byli ludzie podobni do mnie, czyli niepełnosprawni. Wśród nas panuje taka dziwna opinia, że nikt tak nie zrozumie MPDziaka jak drugi MPDziak. Jednak z czasem, właśnie dzięki blogowi, przekonałam się, jak bardzo błędna jest to opinia. Kiedy komuś w jakiś sposób się wiedzie, czy chociażby pisze o świecie w superlatywach, to od razu jest brany na muszce. Jednym przeszkadzało, że zaprosiłam znajomych na Sylwestra, innym że dostałam blogowe wyróżnienie od wspólnego znajomego. Poza tym czytać na okrągło, że cały świat jest przeciwko niepełnosprawnym... Oczywiście nie wszyscy niepełnosprawni tacy są, zresztą odwiedzam blogi wspaniałych mam dzieci niepełnosprawnych i samych niepełnosprawnych, którzy cieszą się dosłownie wszystkim, ale niestety i na tych pierwszych się natchnęłam.  Nie, to nie dla mnie. Nie oznacza to jednak, że żyję tylko mrzonkami, w swoim życiu staram się kierować racjonalizmem, a nie marudzeniem i narzekaniem, jaki ten świat jest zły... Zaczęłam powoli wychodzić poza krąg osób niepełnosprawnych. Zagadnęłam do jednej, drugiej, trzeciej osoby, pozostawiłam na siebie namiary.
Jednych zapraszałam do siebie osobiście, inni trafiali przez przypadek bądź za pośrednictwem kogoś. Ile dzisiaj mam stałych czytelników? Trudno mi powiedzieć. Mnie jednak cieszy każdy nowy czytelnik, każda nowa osoba, która dodaje blog do obserwujących(a mam takich userów już 27). Radochę sprawia mi także porządek i dyscyplina, jakie panują w komentarzach. Te o zabarwieniu negatywnym stanowią malutki odsetek wszystkich. Dzielicie się radami, opiniujecie, wspieracie, dopingujecie. Jakiż to jest kontrast z poprzednim blogiem, w którym niektórzy komentatorzy próbowali mną manipulować. Co prawda mam twardą osobowość, a jednak to męczące prowadzić bezsensowną dyskusję z kimś, kto ma kolosalnie inne poglądy jak Ty. Wręcz powiedziałabym, że jest to swoista walka z wiatrakami(swoją drogą mam nadzieję, że teoria o tym, że na Sądzie Ostatecznym będziemy sądzeni wedle naszego sumienia, a nie wyznawanej wiary jest słuszna, bo biedne dziewczę żyje w przekonaniu, że wszyscy co nie stosują się do Słów zawartych w Piśmie Świętym pójdą na wieczne potępienie, zaś jedyną słuszną religią, która w 100% realizuje te Słowa jest ta, którą wyznaje, czyli Baptyzm)
Dziękuję Wam za wszystkie pozostawione komentarze pod postami. Z przyjemnością przedstawiam Wam "Wielką Piątkę", czyli ludzi, którzy najczęściej mnie komentują: Barbara Wójcik, Małgosia X, INNA MAMA, Łucja - Maria oraz Iva. W ogóle to gratuluję Lusi dostania się w ostatnich dniach do tej elity. Z wieloma z Was moja znajomość wykracza poza kręgi internetu. Basia Wójcik, Gosia, Marzenka Dmowska - osoby te zdecydowały się obdarzyć mnie nie tylko zaufaniem, ale też pięknymi pamiątkami.
Tematyka bloga jest różnoraka. Znajdziecie tu opis mojej codzienności, ciekawe artykuły z internetu oraz prasy, nawiązanie do bieżących wydarzeń w świecie oraz próbkę mojej poezji. Staram się pisać ciekawie, czasami wstawię jakieś zdjęcia. 
Na koniec jestem ciekawa jednego: co Wam się najbardziej podoba w moim blogu? Może coś sprawia, że z ciekawością tu wchodzicie? Albo macie jakąś ulubioną tematykę? Podzielcie się tym w komentarzach.

A tak poza tematem to przypominam o prowadzonej zbiórce pieniędzy na stworzenie ogrodu sensorycznego dla ciężko chorych Maxia i Poli, o których pisałam >>TUTAJ<<. Więcej informacji znajdziecie klikając w drugi bannerek od góry po lewej stronie bloga. Pierwszy bannerek, który pojawił się stosunkowo niedawno, poświęcony jest zbiórce na rzecz Dominika, o którym pisałam >>TUTAJ<<. Co prawda ostatnia głośna afera z fałszywą zbiórką na operację nieistniejącego Antosia raczej nie sprzyja tego typu akcją, ja jednak zapewniam Was, że obydwie zbiórki są jak najbardziej prawdziwe, jak i pojawiające się w nich dzieciaki.

środa, 26 lipca 2017

Aby nauka nie poszła na marne...

Dostałam wczoraj telefon z szkoły policealnej, do której uczęszczałam równolegle z chodzeniem na studia. Prosili o przybycie i odebranie zaległych dokumentów. Trochę się zdziwiłam, ponieważ owszem zakończyłam studium, lecz brakowało mi odbytych praktyk... Nie czarujmy się - moi zdrowi koledzy mieli problem ze znalezieniem miejsca praktyki, a co dopiero ja... Bo człowiek chciałby ją odbyć, nawet bardzo, a tutaj ze wszystkich stron słyszy się krótkie "Nie". Pożegnałam się więc z perspektywą odebrania zaświadczenia o wynikach końcowego egzaminu państwowego, a nawet świadectwa ukończenia szkoły. Tym bardziej zaintrygował mnie ten telefon. Gdyby jeszcze w szkole było oryginalne świadectwo stwierdzające posiadanie przeze mnie wykształcenia średniego, ale przecież zostawiłam im tylko "zgodną z oryginałem" kopię... Zupełnie zdezorientowana umówiłam się na dzisiaj, musiałam jeszcze przemyśleć co chcę powiedzieć i jak się tłumaczyć z braku tych przeklętych praktyk!
Do szkoły szłam z sercem w gardle. Oczami wyobraźni widziałam już wojnę, jaka wybucha w sekretariacie. Tym czasem zaraz po otworzeniu drzwi sekretarka powitała mnie promiennym uśmiechem. Zza filaru wyjrzała też pani dyrektor:
 - No proszę! Kto to się u nas pojawił! Karolina!
Zrobiło mi się niesamowicie miło, że jeszcze mnie pamięta. Grzecznie się z nią przywitałam i usiadłam na krześle. Ku mojemu zaskoczeniu sekretarka wyciągnęła z segregatora moje świadectwo ukończenia technika administracji oraz zaświadczenie z okręgowej komisji egzaminacyjnej o zdaniu egzaminu potwierdzającego moje kwalifikacje.
Także Kochani od dzisiaj już na oficjalnie mogę się Wam przedstawić jako technik administracji. A wracając do świadectwa to wydaje mi się, że oceny mam w miarę przyzwoite:
 To potwierdzające kwalifikacje też niczego sobie(zwłaszcza 89% z praktycznej części egzaminu)
Pozwoliłam sobie ocenzurować pewne dane...
Szczęście mnie rozpiera, że pomimo natłoku obowiązków podołałam temu wyzwaniu.

wtorek, 25 lipca 2017

Pozorna odpowiedzialność

Pamiętam taką sytuację z wycieczki do Paryża, kiedy w pewnym momencie zorientowałam się, że nie mam przy sobie dowodu osobistego. Tzn. wiedziałam, że miałam go, kiedy przekraczaliśmy granicę w Niemczech oraz w Francji(to był akurat okres wzmożonego napływu uchodźców i sprawdzali dosłownie każdego), ale potem sobie nie przypominałam, abym go widziała. Oblał mnie zimny pot, a po głowie kołatała mi się wizja wyrabiania w konsulacie zastępczych dokumentów. Nie wyobrażałam sobie podróżowania po obcym kraju bez dowodu tożsamości. Jakąż odczułam ulgę, kiedy po powrocie do pokoju dowód znalazł się w zapinanej kieszonce swetra, który nosiłam dzień wcześniej. 
Program planowanego MGS-u we Wrocławiu przewiduje, że jednym z punktów spotkania jest wyjazd do miejsca śmierci błogosławionej Piątki Poznańskiej, Drezna. Za razem, jak nam wiadomo z lekcji geografii lub historii, Drezno leży w Niemczech. Będziemy musieli przekroczyć granicę. I chociaż na niej prawdopodobnie nie będziemy sprawdzani, to dowód osobowy czy też paszport należy mieć. To jest jasne, jednak nie dla wszystkich.
Nie wszyscy z członków naszego Oratorium mają paszporty, dowody posiada jeszcze mniej osób. W sumie gdyby teraz złożyli wniosek o jedno albo o drugie(wszyscy już się łapią na tymczasowy dowód osobisty), to prawdopodobnie na koniec sierpnia już by je otrzymali. Ale po co, przecież "Mamy jedną, wielką wspólnotę europejską, więc nic się nie stanie, jeżeli nie będę mieć paszportu/dowodu osobistego, a poza tym nikt nas przecież nie będzie sprawdzał. Szkoda kasy i zachodu...". Przyznam szczerze, że zmroziło mnie, kiedy przeczytałam to na facebooku. Co prawda tuż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej ludzie myśleli, że zostaną zniesione granice do tego stopnia, że będziemy mogli tak podróżować, jednak przez te 13 lat chyba poznaliśmy już specyfikę podróżowania po krajach związkowych. A tak dla ścisłości to jeszcze do grudnia 2007 roku przy przekraczaniu granic musieliśmy okazywać dowód tożsamości. Próbowałam przemówić dzieciakom do rozsądku, że tak czy owak muszą mieć jakiś dowód tożsamości na wypadek ewentualnej kontroli, bo jak już taka będzie, to nie ma zlituj się. Zostałam wyśmiana. Bo jedna dziewczyna ostatnio była na koloniach w Bułgarii i nikt im nie sprawdzał dokumentów. I to ona namawiała tych co nie mają dokumentów do jazdy "na gapę". Tylko zapomniała, że wyjazd wyjazdowi nierówny...
Dziwi mnie takie zachowanie. Niby uważają się za osoby dorosłe(chociaż nie mają jeszcze 18 lat) i odpowiedzialne, ba, planują nawet jak to po ukończeniu szkoły średniej będą jeździć z dziećmi na kolonie, ale swoim postępowaniem zaprzeczają temu. Według mnie osoba odpowiedzialna to taka, która nie myśli powierzchownie, a analizuje scenariusze swojego postępowania wraz z konsekwencjami. A życie na zasadzie "jakoś to będzie" zdecydowanie temu zaprzecza. Nie wiem, ale ja w wieku tych 17 lat potrafiłam już przewidzieć konsekwencje mojego postępowania. Ale z drugiej stronie trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy, skoro w domu nie są ustalane żadne zasady i dziecko może sobie bez konsekwencji wracać nawet pod rankiem do niego(i pomyśleć, że w ich wieku musiałam negocjować każdy późniejszy powrót do domu np. z osiemnastki kogoś z klasy oraz tłumaczyć się, dlaczego spóźniłam się z treningu)... A może to po prostu takie czasy nastały, a ja już jestem takim dinozaurem, że tego nie rozumiem.
Natomiast pod poprzednim postem zamieściłam próbkę mojej poezji o naszych ścieżkach chwały. Mam nadzieję, że Wam się spodoba...

poniedziałek, 24 lipca 2017

Każdy ma swoje ścieżki chwały

Nasze ścieżki chwały
Życie przysparza nam przeszkód,
przez które wciąż się musimy przedzierać.
I walczyć,
walczyć z przeciwnościami losu
z naszymi własnymi słabościami
niekiedy z samym sobą.
A każde zwycięstwo cieszy niezwykle,
pozwalając iść po naszych ścieżkach chwały.
Nie każdy je rozumie,
ale każdy je posiada... 

Właśnie skończyłam czytać powieść "Ścieżki chwały" napisanej na kanwie prawdziwych wydarzeń sprzed ponad 90 lat. Pewien Anglik, George Mallory, od wczesnego dzieciństwa przejawia talent do wspinaczek wysokogórskich. Po latach zostaje wybrany jako członek wyprawy, której celem jest zdobycie jako pierwszym ludziom w historii, Mont Everestu. Piękna opowieść o ludzkiej odwadze, miłości do gór, poświęceniu, dylematach. I chociaż finał całej akcji jest niezbyt optymistyczny, to jednak książka daje czytelnikowi nadzieję, że każdy z nas ma szansę kroczyć swoimi ścieżkami chwały.
Dla jednych będą one stumilowym kamieniem, dla innych czymś z pozoru mało znaczącym. A co ja mogę zaliczyć do moich ścieżek chwały? Pierwsze co mogłoby się wysunąć na myśl, to 9 kolejnych świadectw z paskiem, liczne wygrane w różnych konkursach, czy też obronienie z wynikiem bardzo dobrym tytułu licencjata z zarządzania w fizjoterapii i sporcie osób niepełnosprawnych... Jasne, to jest ważne, ale są rzeczy, te niematerialne, które mogę zaliczyć do swoich ścieżek chwały. To posiadana wiedza, przyjaźnie, działalność w Oratorium, a chyba do największej z nich mogę zaliczyć mój zeszłoroczny wolontariat podczas zeszłorocznych Światowych Dni Młodzieży. Szczególnie cieszy mnie przyjęcie w poczet wolontariuszy posługujących już tam, w Krakowie. Powiem szczerze, że nie ukrywałam mojej niepełnosprawności i wynikających z niej ograniczeń, a jednak komisja rekrutacyjna uznała, że mogę im się tam przydać. Na szczególne wyróżnienie zasługują tutaj teamliderki(zupełnie nie wiem jak to się pisze), z którymi najbliżej współpracowałam - zawsze służyły radą i dobrym słowem. Papież Franciszek - człowiek, którego nie da się nie kochać! Już samo spojrzenie na jego pogodną, wciąż młodą duchem twarz, powoduje że człowiek czuje obecność Najwyższego. Zaś jego nauczanie to nie nudne katechezy, ale obrazowe dialogi z wiernymi. Lepszego wyboru kardynałowie nie mogli dokonać. Od tamtego czasu stałam się jakby śmielsza, pewniejsza siebie. To też mogę zaliczyć do moich ścieżek chwały.
I pojechał na lotnisko, z którego odleciał do Watykanu(nie zdążyłam na spotkanie z wolontariuszami w Tauron Arenie, ale "złapałam" Franciszka pod nią)
Kiedyś czytałam, że niepełnosprawni w reportażach telewizyjnych są przedstawiani jako bohaterowie, tak też na swoich blogach formują wpisy. Ale tak naprawdę każdy z nas jest bohaterem - bohaterem swojego własnego życia z mniej lub bardziej widocznymi ścieżkami chwały.

niedziela, 23 lipca 2017

"Księża są jak kwiaty - czasami trzeba je przesadzić, aby dalej kwitły"

Powyższe słowa wypowiedziane kiedyś przez księdza arcybiskupa Józefa Michalika przyświecają tegorocznemu odejściu każdego z księży posługujących na naszej parafii. Tak mi się one spodobały, że poleciłam koleżance z Oratorium, aby zapisała je na wszystkich z trzech kartek, które przygotowała na tą okazję nasza wspaniała Gosia. Mam nadzieję, że są idealnym dopełnieniem piękna, jakie stworzyła za pomocą swoich rąk.
Kartki robią furorę. Dzisiaj na Mszy świętej nie śpiewała schola, tylko parafialny zespół młodzieżowy. Usiadłam więc w ławkach na dolnym poziomie. Koszulkę z karteczką w środku trzymałam na siedzeniu przy sobie. Akurat obok mnie siedziała kobieta, która prowadzi scholę i chór. Widząc, że coś mam, wyciągnęła w moją stronę dłoń...
- Mogę zobaczyć - szepnęła. Jako, że mam problem z odmawianiem komuś czegoś, wyjęłam z koszulki Gosiną kartkę i podałam jej ją. Przez chwilę patrzyły z siedzącą obok niej mamą innej scholanki jak na ósmy cud świata. - Chyba sama tego nie zrobiłaś...
No oczywiście, że nie. Od razu wyjaśniłam, że trzy karteczki wykonała dla mnie jedna z moich znajomych.
- Z naszej parafii?
Odpowiedziałam, że nie, ale wolałam się nie chwalić, że znam Gosię z Internetu, a już na pewno nie im.
- Dużo zapłaciłaś?
Masz ci babo placek! Że też wszystko musi się kręcić wokół pieniędzy. Dyplomatycznie odpowiedziałam, że za niektóre rzeczy płaci się niekoniecznie w sposób materialny. Po chwili ciszy usłyszałam
- Bardzo ładne. I jeszcze to imienne pożegnanie. Księdzu proboszczowi na pewno się spodoba...
Nagle poczułam, jak ktoś klepie mnie po barku. Odwróciłam się i zobaczyłam trzy starsze kobiety.
 - Możemy zobaczyć? - spytała jedna z nich rzucając okiem na trzymaną przeze mnie kartkę. Podałam jej ją.
 - To od scholi? - dodała druga.
 - Nie - zaprzeczyłam. - Od Oratorium.
 - Wspaniały pomysł - wzdychały staruszki. - Śliczna kartka! Proboszcz będzie miał wspaniałą pamiątkę od naszych dzieciaków...
Tuż przed Mszą świętą przedstawicielka scholi została wysłana na drugą stronę kościoła jako oficjalna delegacja wspólnoty żegnająca księdza. Nagle ni stąd ni zowąd usłyszałam.
 - Lolek, ty może też idź z tą kartką tam gdzie są inni.
Niepewnie spojrzałam w stronę, gdzie prezes Akcji Katolickich ustawiał osoby wręczające kwiaty proboszczowi na odchodne. Co prawda dwa tygodnie temu na bezczelnego wbiłam się z dzieciakami, aby pożegnać księdza Jacka, jednak wtedy w kościele z okazji zakończenia półkolonii było tyle animatorów, że jakby ktoś nas chciał przegonić, to prędzej on sam dostąpiłby tego zaszczytu. Dzisiaj byłam sama...
 - Ale przecież Oratorium zawsze jest wyłączone z oficjalnych delegacji - bąknęłam niepewnie. - A poza tym pan P. jeszcze mnie przegoni...
 - Nie ma miotły(ale ma aparat fotograficzny - przemknęło mi przez myśl, moja bogata wyobraźnia bywa nieobliczalna - a oberwanie takim czymś jest bolesne. Chociaż z drugiej strony - szkoda aparatu). No nie bój się i idź...
 - Będzie na panią...
 - Dobrze!
No i cóż było robić - dołączyłam do oficjalnych delegacji czy tego chciałam z panem P., czy też nie. Nawet zbytnio nie marudził na mój widok. Jeszcze siedząc w ławce zbierałam zachwyty od pozostałych: Jakież to cudowne... Piękna kartka... Te kwiaty wyglądają jak prawdziwe...
Po odczytaniu oficjalnych podziękowań przez przedstawicielkę AK, ruszyliśmy: ja z karteczką, reszta z kwiatami.
- To od Oratorium - bąknęłam znalazłszy się przy proboszczu. - W podziękowaniu za wszystko.
I jakoś tak smutno mi się zrobiło. Bo był to wspaniały gospodarz! Takiego kierownika parafii życzyłabym wszystkim wiernym! Przez rok zrobił w parafii więcej rzeczy niż jego poprzednicy przez dwanaście lat. Aby to zrozumieć cofnijmy się jednak o te 12 lat wstecz. W sierpniu 2005 roku odchodzi od nas ksiądz, który dołożył wszelkich starań, aby parafianie mogli spotykać się z Najwyższym w dużo godniejszym miejscu niż ciasna kaplica w zaadaptowanym na ten cel magazynie. Przez 10 lat jego urzędowania przez 12 miesięcy w roku(nie przypominam sobie, aby szedł kiedyś na jakiś dłuższy urlop z własnej woli) stanęła świątynia oraz tzw. Dom Młodzieżowy. Kościół wyposażono w podstawowe sprzęty. W październiku 2005 roku świątynia została uroczyście poświęcona... Ale zapomniano ją oddać oficjalnie do użytku. To trochę tak, jakby zapomniano oddać szkołę do użytku - gdyby w takiej szkole coś nie daj Boże się stało, była by afera na całą Polskę... Zresztą podejrzewam, że tutaj Basia jako dyrektorka może dużo powiedzieć. Dopiero teraz ksiądz Jan załatwił wszystkie formalności z tym związane. Dodatkowo wyburzył niepotrzebną starą kaplicę, czym zyskał miejsce na parking dla samochodów(dotąd właściwie wszystkie stały poza bramą kościelną, wyjątek stanowiły samochody tzw. VIP-ów, które wjeżdżały na kamienisty plac), położył na placu kościelnym kilkaset metrów kwadratowych kostki, zamontował tablice z adresem na bramie kościelnej oraz bramie przy Domu Młodzieżowym(niekiedy listonoszowie nieobyci w terenie nie potrafili trafić w to ostatnie), tablicę z rozkładem Mszy św., uporządkował podziemia kościoła, zakupił kielich na Ciało Chrystusa pod dwoma postaciami, zamontował ogrzewanie, dołożył się do Daru dzieci pierwszokomunijnych i zakupił  wzmacniacz do nagłośnienia, spłacił zadłużenia i raty jeszcze sprzed kilku lat, nam, członkom Oratorium, pokrywał koszty dojazdu na Oratotoriady oraz dofinansowywał pobyt na Szkole Animatora Salezjańskiego, dokładał też coś do kosztów zorganizowania parafialnych półkolonii... I nigdy nie "wołał" od wiernych o pieniądze(chociaż jest u nas tradycja, że pieniądze z tacy w 3 niedzielę miesiąca idą na spłatę rat i zobowiązań kościelnych). Co więcej, kiedy był u mnie na kolędzie i chciałam mu dać kopertę, odmówił jej przyjęcia. Zawsze uśmiechnięty, chętny do pomocy, służący dobrą radą. Nie dało się go nie lubić! I gdyby nie zawiść niektórych parafian być może posługiwałby nam na lata i jeszcze bardziej rozbudował parafię. A tak nie wytrzymał presji i napisał list do inspektora z prośbą o przeniesienie na inną placówkę. Zostawił za sobą dobre wspomnienia oraz 2500 zł długu za prace wokół kościoła, który będzie musiał uregulować jego następca. Ale cóż to jest te 2500 złotych wobec kilkudziesięciu tysięcy złotych długu, które przywitały go po przybyciu do nas?
Wiem, że idzie nowe, być może lepsze, ale to mnie wcale, a wcale nie pociesza...

piątek, 21 lipca 2017

Była Oratoriada z błogosławionymi Oratorianami, teraz może czas na MGS?

Chociaż od wyjątkowej, bo połączonej z obchodami 75-rocznicy śmierci błogosławionej Salezjańskiej Piątki, Oratoriady w Poznaniu minął już ponad miesiąc, wspomnienia z nią związane pozostają w dalszym ciągu żywe. Zresztą patrząc na poniższy filmik trudno się temu dziwić(nawet ja załapałam się na parę ujęć)...
Po raz kolejny młodzież salezjańska udowodniła, że można się dobrze bawić bez alkoholu i innych dziwnych używek. Bo i bez tego można być szczęśliwym i pełnym pogody ducha. Do dzisiaj zastanawiam się co myśleli sobie przypadkowi przechodnie, których mijaliśmy w marszu radości. A może po prostu są przyzwyczajeni już do tego typu akcji?
Chociaż oficjalne obchody związane z rocznicą śmierci błogosławionych Oratorian obchodziliśmy w czerwcu, inspektoria, pod którą wszak należy Poznań, nie zapomniała o faktycznej dacie ich męczeńskiej śmierci, która wypada 24 sierpnia, dokładnie we wspomnienie Maryi Wspomożycielki Wiernych. Na ten wyjątkowy czas zaplanowano kolejne spotkanie inspektorialnej młodzieży salezjańskiej - MGS w stolicy Dolnego Śląska, Wrocławia.
Ojej, bez przerwy męczę Was tymi naszymi salezjańskimi zjazdami i dziwnymi ich nazwami. Co to jest MGS? Według strony Salezjańskiego Portalu Młodzieżowego MGS to nic innego niż Salezjański Ruch Młodzieżowy gromadzący młodzież salezjańską z całego świata, która mimo odległości geograficznych ma wspólne odniesienie jakim jest duchowość salezjańska. MGS daje okazję do tworzenia rozmaitych inicjatyw na skalę światową, krajową, czy też lokalną. Chodzi tu o realizację salezjańskiej duchowości młodzieżowej w codziennym życiu. To wreszcie potrzeba tworzenia wspólnoty wśród młodych w Polsce i na świecie. Warto podkreślić, że Salezjański Ruch Młodzieżowy wyrósł nie jako inicjatywa Salezjanów czy Salezjanek, lecz powstał z potrzeby serc młodych ludzi. Obecnie MGS skupia w sobie wiele rozmaitych grup, która w różnym stopniu realizują charyzmat salezjański.
Tyle teorii, nie pytajcie mnie o praktykę, bo tak naprawdę pierwszy raz w swoim życiu jadę na takie coś.  Na razie cieszę się, że w ogóle jedziemy, bo przy niespodziewanej zmianie wszystkich naszych księży na parafii(w tą niedzielę żegnamy księdza proboszcza - już ryczę jak bóbr!) niczego nie byliśmy pewni. Na półkoloniach ksiądz Oskar obiecał, że z nami pojedzie, więc chyba jest to dalej aktualne...
W każdym razie ostatnio pojawił się plan spotkania, a zapowiada się on naprawdę nieźle:
Kurcze, jeszcze nigdy nie byłam w Dreźnie(aż sobie chyba obejrzę film "Drezno w ogniu"), ani na ślubach wieczystych. Dobrze więc by było pojechać, ale czy na pewno nam się uda? Czas pokaże...

czwartek, 20 lipca 2017

Ornitologicznie

Ostatnio zauważyłam, że w blogosferze zakrólował ptasi temat. Patrycja całego swojego bloga poświęciła tym niezwykłym stworzeniom! Podobnie Agatka, która hoduje m.in. kury i kaczki, czym dzieli się ze swoimi czytelnikami. U Basi w budynku gospodarczym wylęgły się jaskółki. Dzielny Wojtek odwiedził Papugarnię. Ewelina w drodze do Dukli zobaczyła bociany. W końcu Terenia, którą czytam od niedawna, postanowiła pokazać wszystkim cudowną kolekcję ptasich figurek swojego męża.
Ulegając ptasiej modzie postanowiłam dzisiaj wziąć ze sobą aparat fotograficzny. Akurat wybierałam się na pocztę, aby dosłać do Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego ostatnie dokumenty potrzebne do przyszłotygodniowego wyjazdu z dzieciakami na kolonie, a także zrzeczenia się praw autorskich do mojego świadectwa dotyczącego zeszłorocznych Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, które wysłałam do organizatorów. Tak się składa, że najkrótsza trasa wiedzie przez park. A skoro park, to powinny być w nim też ptaki.
Co prawda jakiejś niezawodnej liczby ptaków nie znalazłam, udało mi się jednak pstryknąć kilka fotek.








Mam nadzieję, że w ten skromny sposób blogowa moda jest kontynuowana. Tym bardziej, że ptaki to dosyć płochliwe stworzenia. Dlatego zdecydowanie wolę je oglądać w książkach, albo w formie przedstawionej przez Terenię - przynajmniej wiem, że mi wtedy nie uciekną!
Wiecie, że właśnie sobie uświadomiłam, że równo rok temu przyjęłam w swoje skromne progi dwóch młodych pielgrzymów z Włoch, którzy przyjechali do Polski na Światowe Dni Młodzieży? Jednocześnie był to znak rozpoczęcia się tego wydarzenia na szczeblu diecezjalnym. Kilka dni później młodzież całego świata spotkała się z papą Francesco w Krakowie. A ja mam dalej wrażenie, że to wszystko działo się zaledwie kilka dni temu!

wtorek, 18 lipca 2017

Toniemy zawsze po cichu

Jeszcze tylko półtora tygodnia i wyjeżdżam z grupą nieznanych sobie dzieci na dziesięć dni nad morze. Do tego czasu siedzę w domowym zaciszu i odpoczywam. Dni upływają monotonnym rytmem. Ale mnie jakoś nie nudzi ta jednostajność - zawsze potrafiłam sobie znaleźć coś do zrobienia. Ranki spędzam na nadrabianiu czytelniczych zaległości. Herbata, wygodny fotel i ja z książką - cóż więcej trzeba do szczęścia. W ciągu roku miałam tak mało czasu na przeczytanie jakiejś książki, która nie byłaby związana z kierunkami studiów bądź którąś z prac dyplomowych. W ogóle dziękuję za tyle ciepłych słów pod postem poświęconym opóźnieniu w obronieniu przeze mnie prac licencjackiej i magisterskiej. Podtrzymaliście mnie nimi na duchu, a jednocześnie zmobilizowaliście do dalszych działań! Jesteście kochani!
Pogoda na razie nas nie rozpieszcza, przynajmniej na Śląsku. Nie, nie pada, ale ciemne chmury na horyzoncie nie zachęcają na udanie się nad miejski zalew. Lubię tam chodzić. Co prawda stronię od kąpieli w tego typu miejscach, nie pogardzę jednak kocykiem, cieniem i książką. Ile pozycji w ten sposób w przeszłości przeczytałam? Ile wzruszeń wywołanych fabułą książki widziały tamtejsze drzewa? Trudno powiedzieć.
Jeziora to bardzo przyjemny sposób na spędzenie wolnego czasu, ale też niemi świadkowie wielu tragedii. Co roku na różnego rodzaju zbiornikach wodnych życie traci masa ludzi. W przypadku jednych dzieje się tak z powodu brawury i ludzkiej głupoty, w przypadku innych - braku ludzkiej wyobraźni. Na początku tego roku całą Polską wstrząsnął przypadek utonięcia na basenie 12-latka przebywającego na zimowym wypoczynku. Siedem lat temu na wspomnianym przeze mnie miejskim jeziorze utonął mój nastoletni sąsiad. Był świeżo po maturze, miał całe życie przed sobą. Wcale nie był pijany czy coś w tym rodzaju - w pewnym momencie złapał go skurcz, a przebywający z nim koledzy wzięli to za głupi żart. Wezwali pomoc dopiero wtedy, gdy Adrian przez dłuższy czas nie pojawiał się na powierzchni wody.
Takich przykładów można mnożyć i mnożyć. Przerażające jest jednak to, że wielu z tych tragedii można było zapobiec. Gdyby ktoś w miarę szybko zareagował na nietypowe zachowanie tonących tuż obok osób, być może ofiar utonięcia byłoby mniej. Co powinno w szczególności zwrócić naszą uwagę? Ostatnio na onecie pojawił się przydatny artykuł odpowiadający na to pytanie. Nie będę ukrywać, że osobiście uważam, iż powinien przeczytać go każdy, kto wybiera się nie tylko nad zbiornik wodny, ale też na miejski basen, gdzie czuwają ratownicy.

Zbliżają się wakacje, a wraz z nimi coroczny problem nierozważnego korzystania z publicznych kąpielisk. Mimo alarmujących danych policji i regularnych ostrzeżeń płynących w stronę wybierających się nad wodę Polaków, każdego roku kilkuset z nich ginie wskutek utonięcia. Wśród nich są osoby nieletnie – dzieci i młodzież, którzy tracą życie z powodu nieuwagi rodziców lub własnej brawury. To tragedie, których można uniknąć.

Niebezpieczny wypoczynek
Według statystyk Komendy Głównej Policji w tym roku w Polsce utonęło 80 osób. To stan na dzisiaj (od kwietnia), a szczyt sezonu masowych wyjazdów nad wodę dopiero przed nami. Choć ubiegły rok okazał się dla amatorów publicznych kąpieli bardziej łaskawy niż lata poprzednie, utonięć i tak zanotowano blisko 200. Co roku ofiarami wodnego żywiołu jest kilkadziesiąt nieletnich. Tylko w 2013 roku utonęło ich 77.
Do wypadków dochodzi najczęściej w wodach naturalnych. Co ciekawe, morze – jako największy i przez wielu uważany za najmniej przewidywalny zbiornik wodny – plasuje się na końcu tego zestawienia. W rankingu najbardziej ryzykownych z uwagi na utonięcie miejsc przodują rzeki i jeziora, w dalszej kolejności stawy i zalewy.
Ale popularne cele wakacyjnego plażowania to nie jedyne miejsca, które grożą utonięciem. Kilka miesięcy temu w mediach głośno było o tragedii, do jakiej doszło w Tychach, gdzie 6-latek utonął w oczku wodnym – zbiorniku o głębokości "zaledwie" 1,5 metra. Na początku roku 12-letni uczestnik zimowiska zmarł wskutek utonięcia na krytym basenie, a miesiąc temu ciało 2-latka znaleziono w ogrodzonym stawie w pobliżu parku i placu zabaw.
Okoliczności wypadków są typowe. To kąpiel w miejscu niestrzeżonym (choć zazwyczaj niezabronionym) i/lub nieostrożność podczas przebywania nad wodą. W przypadku dzieci także lekkomyślność lub brak czujności rodziców, którzy w tłumie domorosłych pływaków tracą dziecko z oczu lub ignorują regulamin kąpieliska, wprowadzając je do wody mimo wyraźnego zakazu kąpieli.
Tak było choćby w przypadku dwóch dziewczynek, które w ubiegłe lato przebywały ze swoimi rodzicami na wakacjach nad morzem. 7-latkę, która miała wejść do wody ze swoim ojcem "tylko na chwilę", fala porwała, gdy opiekun na moment odwrócił wzrok. 11-latka na brzegu bawiła się ze swoim bratem, a w wodzie zniknęła, gdy wypoczywający nieopodal rodzice skupili uwagę na chłopcu. Ciała obu dziewczynek kilkanaście godzin później znaleziono na pobliskich plażach.
Brawura dotyczy głównie nastolatków, wypoczywających nad wodą w towarzystwie przyjaciół, bez nadzoru osób dorosłych. Jak wynika z raportu Światowej Organizacji Zdrowia "Global accelerated action for the health of adolescents (AA-HA!)", w grupie wiekowej 10-19 utonięcia plasują się na piątym miejscu najczęstszych przyczyn zgonów. To dane globalne, zwracające uwagę także na ogromny problem śmierci nieletnich wskutek chorób biegunkowych i infekcji dolnych dróg oddechowych – schorzeń, które w Polsce są, według ekspertów, rzadszymi powodami śmierci dzieci niż wypadki komunikacyjne i właśnie utonięcia.

Cicha tragedia
Przyczyną większości wodnych tragedii jest lekceważenie zasad korzystania z publicznych kąpielisk. Ich regulaminy są powszechnie dostępne, ale niewielu plażowiczów zapoznaje się z nimi po wejściu na teren kąpielisk. To dlatego ich właściciele mają obowiązek w widoczny sposób oznaczyć najważniejsze informacje dotyczące stanu okolicznych wód i reguł korzystania z nich. W praktyce zajmują się tym dyżurni ratownicy, którzy na maszcie wywieszają kolorowe flagi, informujące o dozwoleniu kąpieli (flaga biała) bądź zakazie zbliżania się do zbiornika wodnego (flaga czerwona).
Ta druga pojawia się w uzasadnionych, wywołanych warunkami atmosferycznymi przypadkach. Najczęściej, gdy występują wysokie (ponad 70 cm) fale, silne prądy wsteczne lub ograniczona (do 50 m) widoczność, przy niskiej (poniżej 14 stopni) temperaturze wody, silnym wietrze (ponad 5 stopni w skali Beauforta) i prędkości nurtu przekraczającej 1 m/s. W oczywisty sposób także podczas wyładowań atmosferycznych, prowadzonej akcji ratunkowej oraz skażeniu wód.
Dla większości uczestników wypoczynku nad wodą czerwona flaga jest dostatecznym sygnałem, by nie zbliżać się do wody i zachować szczególną ostrożność w czasie wypoczynku. Niestety, każdego roku na kąpieliskach wszelkiego typu zdarzają się przypadki całkowitego zlekceważenia panujących reguł. Pewność siebie, przecenianie własnych umiejętności i bagatelizowanie "możliwości" wody prowadzą najczęściej do tragedii.
Problemem jest też brak należytej uwagi poświęcanej bawiącym się na plaży lub w wodzie dzieciom. Dziecięca kąpiel w morzu, jeziorze czy rzece kojarzy się najczęściej z radosną, żywiołową zabawą. W takiej sytuacji łatwo przegapić prawdziwe zagrożenie. Obserwując bawiące się i krzyczące dzieci, dorośli, często zajęci rozmową, zbyt późno zauważają nagły spokój i nie słyszą ciszy, która zapadła.
Tymczasem zarówno dziecko, jak i dorosły toną po cichu. Kojarzone z brawurowymi, filmowymi akcjami ratunkowymi sytuacje machania rękami nad wodą czy dramatycznego wołania o pomoc to mit. Kilkanaście sekund, jakie zazwyczaj wystarczy, by tonące dziecko zniknęło pod wodą, to zbyt mało, by rodzic zauważył, że dzieje się coś niepokojącego. To dlatego wiele przypadków utonięć najmłodszych plażowiczów ma miejsce w zasięgu kilkunastu metrów od ich opiekunów, często obserwujących ich, ale niepotrafiących rozpoznać sytuacji, mylących ją z zabawą i "popisami" pociechy.
Jak więc rozpoznać, że dziecko tonie? Choć trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo reakcje w takich sytuacjach są bardzo indywidualne, niektóre zachowania z dużym prawdopodobieństwem świadczą o wypadku, a z pewnością powinny zaniepokoić. To przede wszystkim pionowa pozycja ciała (nogi nie pracują, ręce wykonują przypadkowe, chaotyczne ruchy), zanurzona w zbyt dużym stopniu głowa dziecka, często przechylona do tyłu, z szeroko otwartymi ustami, nieobecny wzrok lub zamknięte oczy i włosy opadające na twarz, nawet zakrywające oczy. Często jednak dziecko (szczególnie bardzo małe) po prostu bezgłośnie i bezszelestnie znika pod wodą. Reakcja na wypadek musi być więc natychmiastowa. Im szybciej zostanie on zauważony i zgłoszony, tym większa szansa na skuteczną pomoc.
W razie jakiegokolwiek zagrożenia należy natychmiast udać się po ratownika bądź zadzwonić pod numer ratunkowy: 601 100 100.

Potrzeba czujności
Przestrzeganie regulaminu kąpieliska i bezwzględne stosowanie się do wskazówek ratowników jest więc z punktu widzenia bezpiecznego wypoczynku nad wodą kluczowe. Wybierając się na plażę, należy nie tylko samodzielnie zwracać uwagę na zmieniające się warunki atmosferyczne oraz oznaczenia bezpieczeństwa na terenie kąpieliska, ale także nauczyć odczytywania takich sygnałów dzieci. Wskazanie różnic w kolorach flag i boi, wyjaśnienie ich funkcji oraz znaczenia, zapoznanie z miejscem i charakterem pracy ratowników wodnych to niezbędne informacje, które można przekazać już dziecku w wieku przedszkolnym. Zawsze należy też uczulić pociechę, że woda to żywioł i nawet gdy wygląda niepozornie, może być niebezpieczna i nie wolno pod żadnym pozorem zbliżać się do niej bez rodzica.
Podczas kąpieli nie można spuszczać dziecka z oka ani na moment. Często, sugerując się widokiem gładkiej tafli wody, rodzice pozwalają dziecku "pochlapać się" w wodzie. Tymczasem lekki wiatr może wiać od strony lądu, nie powodując fal, a jednocześnie tworząc w wodzie groźne prądy wsteczne. Gdy dziecko zostanie przez nie porwane, rodzic może nie zdążyć podbiec i złapać pociechy nawet będąc w pobliżu. Dlatego przebywającego w wodzie dziecka nie można wyłącznie obserwować z brzegu, a zawsze asekurować je, stojąc tyłem do wody, by w razie potrzeby "złapać" je swoim ciężarem. Nie należy też "ufać" dmuchanym zabawkom typu materace, koła ratunkowe, rękawki czy pontony – nie służą one wypływaniu na głęboką wodę i nie chronią przed wypadkiem.
Dlatego tak ważne jest, by obserwować dziecko zarówno podczas wypoczynku nad wodą, jak i po powrocie do domu. Wyruszając z nim nad rzekę, jezioro czy morze należy zachować czujność i rozwagę, by odprężający wypoczynek nie został przerwany niepotrzebnym stresem lub w najgorszym razie – tragicznym wypadkiem.

niedziela, 16 lipca 2017

Film dający nadzieję na lepszy los

Już dawno chciałam obejrzeć ten film. Kiedy po zarejestrowaniu się na portalu filmweb i ocenieniu odpowiedniej ilości obejrzanych filmów zerknęłam na zakładkę rekomendacje, to właśnie ten tytuł wyskoczył mi na pierwszym miejscu - "Wielki Mike". Zaznaczyłam jako "do obejrzenia" i cierpliwie czekałam, aż na którymś z pięciu odbieranych przez mój odbiornik telewizyjny kanałów, zdecydują się go puścić. Mogłam oczywiście włączyć go sobie na cda, ale jakoś podświadomie wiedziałam, że odbiór na 24' ekranie będzie dla mnie dużo bardziej atrakcyjniejszy niż na 14 lub 19' monitorze komputerowym.
Dosyć często wchodzę na filmwebie na zakładkę "Chcę zobaczyć" aby sprawdzić, czy w najbliższym czasie któryś ze znajdujących się tam filmów nie leci w telewizji. Co prawda w większości przypadków okazuje się, że owszem, lecą, ale na którejś ze stacji, których nie ma w moim pakiecie "AZAR". Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłam, że "Wielki Mike" idzie nie tylko w najbliższą sobotę(tzn. wczoraj), ale nawet na posiadanym przeze mnie TVNie. Nie, takiej okazji nie mogłam przegapić.
Film przedstawia historię czarnoskórego nastolatka Michaela(Quinton Aaron), który przez swoje potężne gabaryty nazywany jest przez wszystkich Wielkim Mike. Odebrany w dzieciństwie samotnie wychowującej go matce narkomance, tuła się po rodzinach zastępczych. Ojca nigdy nie poznał, po latach dowiedział się, że zginął w tragicznych okolicznościach. Jeden z jego opiekunów zapisuje go, pomimo niskiego ilorazu inteligencji, do prestiżowej, katolickiej szkoły, gdzie Mike poznaje pochodzącego z bogatej rodziny S.J.(w tej roli genialny Jae Head). Tak się akurat składa, że jakiś czas później jadąca samochodem rodzina S.J.-a zauważa Mika idącego brzegiem ulicy z reklamówką. Zainteresowana losem chłopaka mama S.J.-a, Leigh(rolę tą powierzono Sandrze Bullock), postanawia wysiąść i porozmawiać z milczącym przechodniem. Szybko zdobywa jego zaufanie, a także zabiera do swojego domu, który w końcu staje się też domem Mika. Z czasem wraz z mężem Seanem(Tim McGraw) stają się prawnymi opiekunami Michaela i dają mu to, czego nigdy dotąd w życiu nie zaznał - miłość i poczucie bezpieczeństwa. Obdarzony podstawowymi potrzebami chłopak nie tylko nadrabia zaległości w szkole i dostaje się na studia na prestiżową uczelnię, ale też staje się gwiazdą futbolu amerykańskiego. Dzięki obcej rodzinie dochodzi do etapu, do którego nigdy by nie doszedł, gdyby nie wyrwał się z otoczenia, w którym dorastał i gdyby nie zdecydował się na zamieszkanie z Tuohy(naprawdę nie wiem jak odmienić to nazwisko).
Ktoś by mógł powiedzieć, że jest to tylko pięknie napisany scenariusz filmowy. Tym czasem został on zainspirowany prawdziwą historią amerykańskiego czarnoskórego chłopaka, Michaela Oher'a, który dzięki dobroci zamożnej rodziny odmienił całkowicie swoje dotychczasowe życie. Zamiast stoczyć się na dno w ubogiej dzielnicy, ukończył collage i do dzisiaj jest jedną z najważniejszych gwiazd futbolu amerykańskiego. Porusza też bardzo ważny jak dla mnie temat, który jak na razie zaliczany jest do tematu tabu, czyli adopcji tzw. ludzi gorszej kategorii. Nie oszukujmy się, niewiele osób jest chętnych do adopcji niepełnosprawnych, czarnoskórych dzieci, czy też tych, którzy mieli rodziców alkoholików, narkomanów, wychowywały się w nieciekawej okolicy, czy też są np. zakażone wirusem HIV. Ale to też dzieci, które zasługują na taki sam pokład miłości, jak każde inne dziecko. A czasami mogą z nich wyrosnąć prawdziwe perełki dające radość i powód do dumy swoim adopcyjnym rodzicom. Właśnie tak, jak tytułowy Wielki Mike, którego tytuł tłumaczę sobie na dwa sposoby: wielki z powodu swojej postury i Wielki z powodu tego, co osiągnął.
Film mogę polecić każdemu, wszak jestem wybredna i nie każdemu daję 10/10 gwiazdek. Ale "Wielki Mike" w moich oczach z całą pewnością na to zasługuje.

czwartek, 13 lipca 2017

Praca odtwórcza jest zdecydowanie nie dla mnie...

Kiedy pierwsza partia moich kolegów z AWFu i Papieskiego cieszy się z uzyskania tytułu magistra lub licencjata, ja jeszcze muszę poczekać z tym do września. 
Pracę magisterską na AWFie złożyłam jeszcze przed długim, majowym weekendem. Poprzedzona wymianą setek meili z promotorem, dopracowana w każdym szczególiku, przepuszczona przez antyplagiat, który stwierdził, że jeszcze nigdy nic podobnego nie trafiło do jego zasobów, a nawet sprawdzona pod każdym językowym względem przez polonistę, trafiła w ostatni piątek kwietnia do gabinetu promotora. I leży tak do dzisiaj. Właściwie mam już wszystko zaliczone. Wszystko z wyjątkiem praktyk, które z czystą premedytacją przeniosłam sobie na wakacje. Bynajmniej nie z lenistwa, a już na pewno nie z tego, jakie rozumiemy w powszednim tego słowa znaczeniu. Prawda jest taka, że studiowałam na dwóch uczelniach w miejscowości oddalonej od miasta mojego zamieszkania o ponad 80 km(na bilecie jest nabite 84 km i 740 m). I że codziennie pokonywałam tą odległość razy dwa. Gdybym chciała odbyć praktyki w czasie roku akademickiego, musiałabym:
  1. się sklonować(ale to chyba jest na razie niewykonalne z medycznego punktu widzenia)
  2. na cztery tygodnie zrezygnować z uczęszczania na zajęciach na uczelniach x 2(praktyka trwa 160 godzin, co daje cztery razy po 40 godzin tygodniowo, a nawet w przypadku bardzo skrupulatnych pracodawców dłużej, wszak wedle prawa przysługuje mi skrócony do 35 godzin tydzień pracy)
  3. znaleźć sobie praktykę w Krakowie i latać ją zrealizować w trakcie niewielu przerw między zajęciami.
Jak widać, żadne z powyższych rozwiązań raczej nie wchodziło w grę. Na szczęście po rozmowie z uczelnianym opiekunem praktyk okazało się, że można je bez konsekwencji odbyć do końca września. Tzn. jedyną konsekwencją będzie opóźnienie obrony, ale to już da się przeżyć. Ważne, że wszystko inne jest zaliczone. I że praca napisana i złożona. Super mi się ją pisało - zgodnie z sugestiami mojego promotora teorię, czyli pierwszą część ograniczyłam do minimum(chyba nawet nie jest to 30 stron), a skupiłam się na tym co ważniejsze, czyli praktyce.
Trochę gorzej idzie mi z pracą licencjacką. Temat przyjemny i jak najbardziej podchodzący pod moje zainteresowania(pozwólcie, że ujawnię go dopiero po wszystkim, bo wiecie - antyplagiat wynajdzie wszystko i wszędzie). Niby mniejszy zakres i nie trzeba przeprowadzać żadnych badań, a jednak kiedy w czerwcu oddałam ją do sprawdzeniu promotorowi stwierdził, że miał zupełnie inną koncepcję tych zaledwie 30 stron... Poza tym niektóre zdania są mało logiczne. I w ogóle co innego miał w niej na myśli... Cóż było robić, mam czas do września, aby poprawić to, co mam nie tak(czyli na oko 70% pracy). Nie ukrywam, że praca odtwórcza nigdy nie była moją mocną stroną i z reguły wolę coś sama napisać, niż na siłę przekładać z autorskiego na mój, ale skoro trzeba...
W związku z tym podjechałam dzisiaj do Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Na internetowym katalogu znalazłam książkę, która może mi się przydać w pisaniu pracy - "Rekolekcje Rabczańskie ks. Karola Wojtyły". Już kiedyś byłam tam zapisana, konkretniej wtedy, kiedy pisałam magisterkę na katowickim AWF, po drodze udało mi się gdzieś posiać kartę. Musiałam więc wyrobić sobie nową. Na szczęście po wyjaśnieniu sytuacji nie było z tym problemu. A przy okazji wypożyczyłam sobie jeszcze, chyba pod wpływem jednego z komentarzy Małgosi, "Spotkania Jasnogórskie" Dobraczyńskiego(a twórczość Dobraczyńskiego wręcz uwielbiam!) oraz "Trzecią tajemnicę" Steve Berry'ego.

Natomiast wracając z biblioteki byłam świadkiem dziwnego zdarzenia - środek dnia, stoimy cierpliwie z innymi przechodniami na pasach, czekamy aż światła zmienią kolor i umożliwią nam przejście na drugą stronę. Kiedy to nastąpiło weszliśmy na zebrę. I wtedy nagle na drugim pasie zobaczyliśmy rozpędzone, luksusowe auto, które pędziło przed siebie. Nie zważając na czerwone światło, które widniało już przez jakiś czas, przemknęło tuż przed naszymi nosami. Za lekko opuszczonymi oknami mignęła nam sylwetka młodego chłopaka, wiecie, taki typ fura, skóra i komóra. Tym razem udało mu się nikogo nie potrącić, ale na prawdę, wystarczyło aby kilku z nas zrobiło parę kroków dalej... Albo jakieś dziecko przebiegało przez ulicę... Tym bardziej, że jechał środkowym pasem i nie od razu było go widać. Niektórym naprawdę czasami brakuje wyobraźni...

poniedziałek, 10 lipca 2017

No i co ja na to poradzę, że mi się podoba hymn następnych ŚDM?

Znalazłam,
Odsłuchałam,
Zakochałam się w nim:
video
Tydzień temu cały świat poznał hymn, który będzie towarzyszył obchodom XXIV Światowych Dni Młodzieży w Panamie. Co prawda pora na naszej półkuli ziemskiej była dosyć abstrakcyjna(środek nocy z poniedziałku na wtorek), na szczęście już we wtorkowy poranek można było go odsłuchać na youtube. I chociaż nie mam zwyczaju z samego rana surfować po sieci internetowej, tego dnia jednak zrobiłam wyjątek. Szybko znalazłam interesujący mnie klip muzyczno - filmowy i zaniemówiłam z wrażenia. Po roku samodzielnej nauki języka hiszpańskiego(który jest oficjalnym językiem w Panamie) coś tam rozumiem(np. refrenem hymnu są słowa Maryi Panny, będące jednocześnie hasłem spotkania: ''Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego"(Łk. 1. 38), jednak najważniejszy dla mnie w tym wszystkim sam wydźwięk. A trzeba przyznać, że melodia ma w sobie to coś, co powoduje, że wpada w ucho. Zaś w połączeniu z tak "miękkim" językiem, jakim jest hiszpański, sprawia że mogę go słuchać i słuchać bez końca.
Wczoraj pożegnaliśmy księdza Jacka. Chociaż prezes Akcji Katolickiej tradycyjnie pominął członków Oratorium w kwestii delegacji grup parafialnych(chociaż ksiądz był opiekunem głównie naszej grupy!), to wspólnie z dwoma dzieciakami na bezczelnego wpakowaliśmy się do procesji. Trochę to dla mnie dziwne(to ciągłe pomijanie nas), wszak prowadzenie Oratoriów jest jednym z głównych celów zakonu salezjanów, ale powinnam już się przyzwyczaić, że są równi, równiejsi i ci, którzy są długo, długo za nimi. I to w miejscu, w którym na pozór nie powinno być podziałów. Przecież w oczach Boga jesteśmy wszyscy równi sobie). I chociaż delegaci innych grup syczeli na nasz widok, szłam z M.(tym samym, który miał kłopoty z matematyką) niosącym pudełko z czekoladkami oraz H. trzymającą pożegnalną karteczkę aż pod sam ołtarz. Nie wydaje mi się, abym popełniła grzech śmiertelny, a księdzu pewnie zrobiło się miło.
"Księża są jak kwiaty - trzeba je czasem przesadzić, aby kwitły..."
- bardzo mi się podoba ta myśl i dlatego znalazła się na każdej z
pożegnalnych kartek 😊
A teraz wracam do czytanej książki - "Stan podgorączkowy" Grażyny Bąkiewicz. Nie wymaga zbytniego myślenia, więc pomaga się odprężyć po ubiegłym tygodniu, który jednak był trochę stresujący, a za razem przed tym, co mnie czeka. Chociaż myślałam, że będzie ciut lepsza... A może wyrosłam już z "naiwnego" świata? Sama nie wiem...

sobota, 8 lipca 2017

Przezwyciężyć własny strach

Siedzę przed czystą kartką i zastanawiam się co jutro powiedzieć na Mszy świętej podczas oficjalnego pożegnania księdza Jacka w imieniu Oratorium. Co prawda pozostałe grupy parafialne żegnają księdza wspólnie, jednak o nas tradycyjnie zapomniano. Chociaż to Oratoria i wychowanie młodzieży są głównym programem działania zakonu salezjanów... Kartka dla księdza, a raczej cudeńko wyczarowane przez Gosieńkę, leży wypisane, podczas wycieczki wybraliśmy dwójkę dzieci, które pójdą z nami, tylko to przemówienie, które jutro będzie trzeba wygłosić... A tutaj słowa nijak się nie kleją, zdania nie układają. Ja jednak się nie poddam, to nie w moim stylu. Zresztą już dzisiaj pokazałam, że potrafię walczyć do końca.
W ostatni dzień półkolonii zazwyczaj jeździmy z dzieciakami na jakąś wycieczkę za miasto. Chociaż zazwyczaj z wyprzedzeniem wiemy gdzie jest ona planowana, tym razem do ostatniego dnia wszyscy trzymani byli w niepewności. W końcu wczoraj podczas spotkania na zakończenie dnia, ksiądz zdradził nam cel dzisiejszej podróży - gospodarstwo agroturystyczne(w sumie racja, coraz częściej spotykam się z sytuacją, że miejskie dzieci nie odróżniają konia od krowy, a założę się, że za kilka lat i wiejskie dzieci mogą mieć z tym problem...), a potem, potem "się zobaczy".
Zgodnie z zapowiedzią pojechaliśmy najpierw do zapowiedzianego gospodarstwa agroturystycznego, gdzie dzieciaki mogły zajrzeć do chatki sprzed 100 lat, pokarmić kózki suchym chlebem, a nawet wydoić sztuczną krowę(w sumie niegłupi pomysł - zaoszczędzono Mućce, czy też innej Krasuli niepotrzebnego stresu, a dzieciaki nie miały szansy zderzenia się z jej kopytem) i z "uzyskanego" mleka zrobić masło(kto kiedyś robił mleko ze swojskiego mleka ten wie, o co chodzi w cudzysłowu). 
Grupowe zdjęcie przed skansenem
Po kilku godzinach ruszyliśmy do drugiego punktu naszej wyprawy, czyli tajemniczo brzmiącego "się ozobaczy". Tym "zobaczy się" okazał się park linowy niedaleko gospodarstwa agroturystycznego. Swoją drogą to zawszę mijaliśmy go, kiedy wraz z klubem sportowym jechaliśmy na letni obóz. Ale jakoś nigdy w nim nie byliśmy. W ogóle nigdy jeszcze nie byłam w takim miejscu. Co prawda kiedyś, jak byliśmy na obozie w okolicach Dębicy w podkarpackim było takie wyjście, Karolinka jednak musiała dzień wcześniej się rozchorować i zostać na ośrodku. Jednak co się upiecze, to nie uciecze. 
Wstęp na trasy linowe mieli zapewniony wszyscy - dzieciaki na Juniora, animatorzy i wychowawcy na standard. No chyba, że ktoś zadeklarował strach przed wysokością. Najpierw szkolenie - myślałam, że pójdzie gorzej z przepinaniem karabinków od uprzęży zabezpieczających, a tu bez większych problemów dałam sobie z tym radę. Tak samo z uprzężą umożliwiającą zjazdy. Jeszcze tylko kask na łebek i można było ruszać w drogę.
Najpierw jednak trzeba było wejść do pierwszego podestu po czymś w rodzaju ścianki wspinaczkowej, do której w dodatku musieliśmy się samemu przypiąć w celu zabezpieczenia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że odstępy pomiędzy wypustkami były za duże na moje nogi. Postanowiłam się wycofać - zresztą i tak miałam iść na końcu. Wycofałam się z rozgrywki, ale nie z całej gry. 
Podeszłam do instruktora z zapytaniem, czy mogę iść trasą dla dzieci, ponieważ nie mogę wdrapać się na standard. Ze względu na moje niewielkie gabaryty(no dobra, trasa była dla osób do 150 cm wysokości, a ja przekroczyłam tą granicę o 4 cm, ale cóż to jest), przystał na moją prośbę. Gdzieś po paru minutach usłyszałam wołanie z góry:
 - A gdzie jest P.!(no tak, cztery Karoliny to już tłok, więc prościej było wszystkim wołać po nazwisku)
 - Idzie łatwiejszą trasą! - odwrzasnął ktoś z dołu.
 - Aha!
Po otrzymaniu zezwolenia ruszyłam przed siebie. Najpierw musiałam wejść na górę po drabinie - może w zwolnionym tempie, ale w końcu mi się to udało. Dopiero potem rozpoczęła się przygoda. Wszelkie przejścia pomiędzy drzewami były przewieszone na luźno zwisających linach, bujało więc niemiłosiernie. Ja zaś od urodzenia mam uszkodzony błędnik, a przez to zaburzenia w utrzymaniu równowagi. Wyzwanie więc dla mnie niesamowite. Chociaż tylko z dwoma przeszkodami miałam problem - z jednej zleciałam, na szczęście uprzęż mnie uratowała i pokonałam ją na swój sposób, a w drugiej nie zdążyłam chwycić się po zjeździe linki i wskutek tego znalazłam się na środku linki zjazdowej bez możliwości nabrania samodzielnego rozpędu do ponownego przejechania trasy. Co prawda wiedziałam jak sobie poradzić w takiej sytuacji, jednak dziewczynki z półkolonii były szybsze i zaczęły krzyczeć:
 - Ratunku! Karolina się powiesiła!
Z odsieczą przyszedł mi ksiądz Oskar - ponieważ zjazd znajdował się w niewysokiej odległości od ziemi, złapał mnie za nogi i nadał mi pędu. Uff... udało się. Jeszcze tylko dwie przeszkody i byłam na końcu trasy, gdzie powitano mnie brawami.
Kiedy znalazłam się już na ziemi podszedł do mnie kleryk Bartek, który też jest u nas wychowawcą i stwierdził, że w pewnym momencie, widząc strach w moich oczach, myślał, że zrezygnuję z dojścia do końca i zawołam instruktora, aby mnie ściągnął na dół. Ja jednak przezwyciężyłam swój strach i próbowałam dojść do końca. Może niektóre przeszkody pokonałam na moich warunkach, ale jednak.
A potem spojrzeliśmy oboje w górę na trasę, która dla większości ludzi jest banalna, jednak dla mnie okazała się prawdziwym wyzwaniem i walką z samą sobą.

czwartek, 6 lipca 2017

Szanujmy siebie wzajemnie

Mam jeszcze w pamięci wybuch oburzenia u co niektórych osób, kiedy po skończonej próbie scholi nikt im nie dziękuje za obecność i w ogóle. Pamiętam też "wykład" na temat podstawowych zwrotów grzecznościowych, które powinniśmy stosować "zawsze i wszędzie". Skutek jest taki, że owszem, wszyscy stosują te podstawowe słowa, ale część niestety tylko w stosunku do scholi.
Dzisiejszego wieczoru zorganizowaliśmy, jako Oratorium, wspólnotowe ognisko pożegnalne dla księdza Jacka. Zaprosiliśmy na nie młodzieżowy zespół oraz, z mieszanymi uczuciami, scholę. Z jednej strony schola była najmniej związana z księdzem Jackiem, ale z drugiej chyba czułabym tzw. "świąd duszy", gdybym nie wysłała do prowadzącej scholę SMSa z zaproszeniem.
O umówionej godzinie pojawiliśmy się całą naszą wspólnotą, dołączyło do nas kilka zapowiedzianych osób z zespołu, zaczęliśmy się witać i rozmawiać. Nagle patrzymy - idą trzy gwiazdy estrady, czyli parafialnej scholi. Przeszły obok nas i ani "me", ani "be", ani nawet "kukuryku". Skierowały się na najdalszą ławkę, usiadły na niej i zaczęły trajkotać między sobą w najlepsze, od czasu do czasu patrząc na nas z wyższością. Po drodze porwały ze stołu kilka paczek przekąsek oraz butelek z colą. Proponowaliśmy im aby z nami zagrały w nogę, siatkówkę albo flagi - odpowiedziały, że nie interesują ich takie rozrywki. Może tańce? Zapomnij - przecież to takie dziecinne... Za to do jedzenia były pierwsze. Przez całe spotkanie nie odezwały się do nikogo poza sobą ani słowem, nie uczestniczyły w żadnej zabawie. Nawet wyszły, nie mówiąc nic nikomu. Już nie mówię o "naszych" oratoryjnych pożegnaniach, gdzie rzucamy się sobie w objęcia, ale żeby prostego "dziękuję", ani nawet "cześć" nie powiedzieć? Po prostu wzięły swoje manatki i ruszyły w stronę wyjścia. Ale żeby nie było - podczas prób scholi znają cały repertuar zwrotów grzecznościowych. Czyli co, my jesteśmy gorsi, bo nie schola(tzn. ja też należę do scholi, teraz jednak byłam jako Oratorium)?
 - I dlatego nie chodzę już na próby scholi. - skwitowała to zachowanie Patka, patrząc ze zdziwieniem na takie zachowanie. - Wyobrażasz sobie Lolku coś takiego kilka lat temu?
Nie, nie wyobrażam sobie tego. Chyba że moja wyobraźnia nie jest zbyt bujna. Ale z drugiej strony, skoro prowadząca scholę utrzymuje jej członków w przekonaniu, że jesteśmy najlepsi, to czemu ja się dziwię takiemu zachowaniu. Po co się witać, żegnać, dziękować? To tylko my z Patrycjami(one też śpiewają w scholi) jesteśmy takie głupie, bo znamy słowa "cześć", "na razie", "dziękuje", "proszę", i wiele innych i jeszcze umiemy się nimi posługiwać. Tylko zastanawiam się co by było, gdyby ktoś w stosunku do scholi był nieżyczliwy. I tutaj też brakuje mi wyobraźni... 
I na koniec bardzo Was proszę - używajcie zwrotów grzecznościowych, bo one mogą dużo zdziałać :)
Takie tam rodzinne - oratoryjne zdjęcie

wtorek, 4 lipca 2017

Taką fizykę to ja rozumiem

Ależ emocji dostarczył nam dzisiejszy dzień. Do Miejskiej Biblioteki Publicznej zawitał niejaki Pan Korek, który w bezstresowy sposób wprowadził najmłodszych w świat fizyki. Nie żadne nudne regułki zamieszczone w szkolnych podręcznikach, ale fascynujące eksperymenty z 10 wynalazkami, które zmieniły świat. Spotkanie to było otwarte, toteż zgromadziło uczestników innych miejskich półkolonii.
Z Oliwką czekamy na pokaz...
Pokaz trochę się opóźnił, ale opłacało się czekać. Chociaż wszystko było przygotowane pod najmłodszych, to i ja oglądałam wszystkie pokazy i eksperymenty z zapartym tchem. Och, czego tam nie było: prądnica, rurka, żarówka, próżnia, taczka, silnik odrzutowy, tłoczeń, mikrofon, śruba archimedesa i nie pamiętam co jeszcze. Wszystko było opatrzone krótką historią danego wynalazku oraz eksperymentem z jego wykorzystaniem. A coby eksperymenty nie były nudne, to brały w nich udział same dzieci. No może z wyjątkiem ostatniego z wykorzystaniem gaśnicy z CO2(o szczegóły nie pytajcie, ale powiem jedno - było ekscytująco. I trochę zimno...). Dzieciaki szczęśliwe, z całą pewnością wynieśli z zajęć o wiele więcej niż z suchych lekcji fizyki. Oczywiście wiem i pamiętam jak w szkole robiło się jakieś proste doświadczenia, ale można je policzyć na palcach. Dlatego jestem jak najbardziej za tego typu pokazami oraz zajęciami w miejscach typu Centrum Nauki Kopernik. Wiem, że bilety do niego nie są tanie, ale zdobyta tam wiedza zostanie na lata.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Prorocze podziękowanie

Kiedy w zeszłym roku kończyliśmy nasze letnie półkolonie, wywiązał się pomysł, aby ułożyć jakieś hasło, które byłoby podziękowaniem bibliotece za udzieloną nam gościnę. Dotychczas organizowaliśmy je albo w Domu Młodzieżowym, albo w szkole podstawowej podlegającej pod parafię. Niestety, pierwsze nie spełnia wymogów bezpieczeństwa, a w szkole akurat trwał remont. Wybawieniem okazała się tutaj Miejska Biblioteka, która pomimo tego, że nie podlega pod naszą parafię, przygarnęła nas za darmo. Wypadało jej jakoś za to podziękować. Tak jakoś naprędce przyszedł mi na myśl następujący dwuwiersz:
 - Dziękujemy! Dziękujemy! Za rok znowu tu przyjdziemy!
I chociaż po pierwszych dwóch słowach ksiądz machnął ręką twierdząc, że to zbyt banalne(po pierwsze po drugim "Dziękujemy" musiałam zrobić przerwę, aby przełknąć ślinę, a po drugie, to było jeszcze przed Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie, a wtedy dało się "o wiele" mniej, niż teraz), ale w końcu okrzyk się przyjął. Trochę rozbawiona kierowniczka biblioteki zapewniła nas, że w przyszłe wakacje też możemy do nich przyjść.
Nie wiem, co spowodowało taki stan sytuacji, ale tegoroczne półkolonie wakacyjne spędzamy ponownie w bibliotece. I co ciekawe - ponownie jestem w tej samej sali co przed rokiem. I ponownie jak wtedy mam najmłodszą grupę. Jacy oni są kochani i zaangażowani w to, co się dzieje dookoła. Z żalem muszę przyznać, że u wielu dzieciaków ta cecha zanika wraz z wiekiem.
Tak wygląda praca w grupach
Dwunastka dzieci to idealna liczba jak na tego typu grupę. Chociaż dzisiaj było ich jedenaścioro. Pierwszy dzień to głównie zabawy integrujące zbiorowość, wymyślanie okrzyku i nazwy grupy, ułożenie regulaminu. Wcześniej jednak wszyscy spotkaliśmy się na bibliotecznej auli, aby zacząć ten dzień modlitwą i obejrzeć pierwszy fragment bajki będącej motywem przewodnim całych półkolonii. Aktualnie postawiliśmy na animowaną bajkę "Balerina".
Trudno mi coś o niej powiedzieć po pierwszych 18 minutach, więc się wstrzymam ze wszelkimi opiniami. Jak na razie mi się podoba.
Półkolonie dla dzieci kończą się o godzinie 15:00 na Orliku przy wspomnianej wcześniej szkole podstawowej. Wszak sport i ruch to zdrowie. A w zdrowym ciele, zdrowy duch! Ale to tylko dla dzieci, bo my, wychowawcy i animatorzy jeszcze spotykamy się na krótkie podsumowanie oraz wymienienie mocnych i słabych stron danego dnia. W drodze powrotnej jeszcze zahaczyłam o osiedlowy bazarek, wszak lodówka sama się nie napełni :).
W domu uzupełniłam sobie "Dziennik zajęć", co zalicza się do obowiązków wychowawcy kolonijnego. Co prawda nie spodziewamy się jutro najazdu z kuratorium, ja jednak wolę być z dokumentacją na bieżąco. Podczas zajęć nie zawsze jest to możliwe, chociaż mam do pomocy aż czterech animatorów. Ale ja się cieszę - wszak na przełomie lipca i sierpnia jadę na kolonie z PTTK jako wychowawca i tam nie będzie żadnego zmiłuj się.

niedziela, 2 lipca 2017

A tak na wakacje mini kurs co robić z różnymi krwawieniami

Od tygodnia dzieciaki mają wakacje. Czas odpoczynku i regeneracji sił. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubiłam spędzać tego czasu w domu. I to nie koniecznie chodzi o wyjeżdżanie z miasta, bo pochodzę z rodziny, w której się nie przelewało, ale ogólnie o wychodzenie z domu. Komputer i telewizor miałam na co dzień w czasie roku szkolnego, gorzej było z wolnym czasem, który mogłabym wykorzystać na szaleństwa na placu zabaw lub w parku. Przez te dwa miesiące nadrabiałam to na tyle, na ile się dało. Bardzo często łączyło się to z licznymi obtarciami i skaleczeniami, bo kto na przełomie wieków myślał o "bezpiecznych" nawierzchniach. Ale i teraz dzieci i my, dorośli, ulegamy różnym wypadkom, kończącym się krwawieniami. Czy zawsze wiemy jak zatamować różne ich rodzaje? Poniżej przedstawiam Wam kilka sposobów poradzenia sobie z najczęstszymi rodzajami uszkodzeń naczyń krwionośnych:
  1. Krew z nosa - przy niewielkim krwawieniu należy uciskać skrzydełka nosa i pochylić głowę do przodu. Pomoże także zimny okład. Jeśli wypływ krwi nie ustaje, trzeba udać się do laryngologa. Lekarz może założyć spongostan - opatrunek hamujący krwawienie. Gdyby to nie pomogło, specjalista albo umieści gazik głęboko w jamie nosowej(jest to tzw. tamponada przednia), albo przeciągnie go od strony gardła(tamponada tylna, stosowana wyłącznie w warunkach szpitalnych)
  2. Krwiak - tworzy się, gdy na skutek uderzenia dochodzi do uszkodzenia niewielkich naczyń krwionośnych(np. podczas ćwiczeń fizycznych). Wylew krwi do tkanek powoduje powstanie sinej plamy. Najpierw należy schłodzić stłuczone miejsce. Jeśli krwiakowi będzie towarzyszył uciążliwy ból, sportowiec powinien zrobić przerwę w treningu i udać się do lekarza. Może on przepisać maść z heparyną, która przyspieszy wchłanianie krwiaka. W przypadku, gdy uszkodzone zostały ścięgna, mięśnie, stawy albo kości, konieczna będzie jednak interwencja specjalisty.
  3. Rozbity łuk brwiowy - jedną z najczęstszych kontuzji w boksie jest rana tłuczona połączona z pęknięciem skóry w okolicy brwi. Regulamin przewiduje, że walka musi zostać przerwana, kiedy pojawi się tam krew. Lekarz zawodnika próbuje ją wtedy zatamować. Ma na to minutę. Najpierw nanosi maść, która najczęściej zawiera adrenalinę. Dzięki niej obkurczają się naczynia krwionośne. W przenośnej lodówce trzyma się też w pogotowiu kawałek zimnego żelaza albo lód, którym uciska się zranione miejsce. Gdy krwawienie nie ustaje, wówczas można jeszcze założyć klej chirurgiczny. Jeśli jednak konieczne jest szycie rany, walkę należy uznać za zakończoną przez tzw. nokaut techniczny.
  4. Otarcie - kiedyś sądzono, że rany najlepiej goją się na świeżym powietrzu. Dziś tworzy się im wilgotne środowisko, aby nie powstał strup. Najpierw powinno się oczyścić zranione miejsce za pomocą soli fizjologicznej lub letniej wody. Następnie trzeba zdezynfekować ranę i przykryć ją opatrunkiem, na przykład plastrem hydrokoloidowym. Pamiętajmy o szczepieniach - przy otarciach łatwo zarazić się tężcem!
  5. Krwawienie z dziąseł - jest to zwykle reakcja zapalna na obecność bakteryjnego osadu nazębnego. U zdrowych osób nie dochodzi do krwawienia, jeśli tylko zęby są prawidłowo czyszczone. Stomatolog może poinformować, w jakiej kolejności należy myć powierzchnię zębów oraz jakich technik i produktów przy tym używać. Przestrzenie międzyzębne najlepiej jest czyścić nicią dentystyczną lub specjalną szczoteczką.
  6. Rana tłuczona - najczęściej wystarczy tradycyjny opatrunek(np. plaster, bandaż ze sterylnym opatrunkiem z gazy). W przypadku bardzo silnego krwawienia, należy wykonać opatrunek uciskowy, przyciskając do rany wyjętą z folii paczkę chusteczek higienicznych. W przypadku stłuczenia głowy u dziecka należy udać się z nim do szpitala, aby wykluczyć wstrząśnienie mózgu. Bezbolesną alternatywą dla szycia jest specjalny klej chirurgiczny.
Zaś jutro w naszej parafii rozpoczynają się salezjańskie letnie półkolonie dla dzieci ze szkoły podstawowej. Kto wie, być może powyższe porady przydadzą się także i mnie? Tak, tak, ponownie jestem wychowawcą jednej z grup. Jakiej? Dowiem się wieczorem. Co ciekawe, jestem w tej turze jedynym świeckim wychowawcą, co uważam za mały sukces. Poza tym są to ostatnie półkolonie pod wodzą księdza Jacka. A za tydzień, na Mszy świętej na ich zakończenie przyjdzie nam się z nim pożegnać.

sobota, 1 lipca 2017

Niepozorna paczuszka też może zawierać cudeńka

Jakiś czas temu poprosiłam naszą Gosię o pewną przysługę. W związku z potrójną rotacją księży posługujących w naszej parafii(w sąsiednich śmieją się, że św. Paweł tak daje w kość swoim duszpasterzom, że cała trójka ma go dosyć) postanowiliśmy dać im coś na pożegnanie jako Oratorium. Kto zna Gosię ten wie, jak cudowne rzeczy wychodzą spod jej rąk. Z pewną dozą nieśmiałości napisałam do niej meila. Pomimo licznych obowiązków obiecała wyczarować specjalne personalne kartki na tą okazję. Wiedziałam, że stanie na wysokości zadania, jednak tak rewelacyjnego efektu końcowego się nie spodziewałam.
Wczoraj wracając do domu natknęłam się na listonosza.
 - Zostawiłem dla pani paczkę u sąsiadki - usłyszałam. Paczkę? Co prawda spodziewałam się przesyłki od Gosi, ale raczej listu, a nie paczki... Na zaspokojenie ciekawości musiałam jednak zaczekać do wieczora, ponieważ sąsiadka korzystała z pięknej słonecznej pogody i przechadzała się z córeczką po pobliskim parku. Kiedy odzyskałam przesyłkę automatycznie zerknęłam na nadawcę - a jednak Małgosia😁. Tylko coś za duża mi się wydawała ta paczka, jak na trzy kartki. Drżącymi rękami otworzyłam pudełko i aż mnie zamurowało z wrażenia.
Obiecane karteczki, skromne, śliczne i niecodzienne. Naprawdę nie mogę oderwać od nich oczów.
 
 
 
Ale na karteczkach się nie skończyło. Prawdziwe zaskoczenie, a za razem autentyczna niespodzianka spotkała mnie pod nimi. Tego naprawdę się nie spodziewałam...
Na pierwszy ogień poszedł niezwykle ciepły list na prześlicznym papierze, napisany przez Gosię. Jakoś tak ciepło zrobiło mi się na duszy, kiedy czytałam kolejne jego słowa. Małgosia wyjaśniła mi w nim wiele rzeczy, m.in. co przedstawiają przesłane przez nią widokówki.
Albumik z cytatami z "Pieśni słonecznej", znanej też jako utwór "Laudato si", autorstwa św. Franciszka z Asyżu wzbudziła u mnie wspomnienia związane z czasami, kiedy chodziłam do ogólniaka i uczyłam się jej na pamięć(tak skutecznie, że dostałam za wyrecytowanie jej 5, jako nieliczna z klasy). Do dzisiaj pamiętam niektóre jej fragmenty.
 
Ale tego wersu sobie nie przypominam 😁

W paczce, jak już pisałam, znalazłam kilka kartek i obrazków. Wśród nich obrazek Jezusa Miłosiernego i jakże mi bliska Matka Boska Szkaplerzna z jednej z dzielnic Stalowej Woli - Rozwadowa. Dlaczego bliska? Tak się bowiem składa, że latem 2000 roku przyjęłam Szkaplerz Karmelitański, który od tamtego dnia towarzyszy mi w każdym dniu mojego życia. Wspaniały zbieg okoliczności, prawda?
Oprócz tego znalazłam kilka kartek związanych typowo z kościołem parafialnym naszej Gosieńki, czym sprawiła mi niemałą radość, a przy okazji poszerzyła moją kolekcję widokówek. Takich ze Stalowej Woli jeszcze nie miałam.
W paczce był też zamieszczony magnes z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego oraz zawieszka na naszyjnik.
Ale oprócz uczty duchowej znalazło się też coś dla ciała. Jak tak dalej pójdzie to może w końcu wskoczę w prawidłowe wartości wskaźnika BMI 😄.
Nie będę ukrywać, że w pewnym momencie, kiedy tak oglądałam sobie te wszystkie cudeńka zaczęłam się zastanawiać, czy to się dzieje naprawdę, czy może to wszystko tylko mi się śni? Ale nie, to wszystko ma faktyczne miejsce. Gosia to cudowna, empatyczna osoba, taka, której nie da się nie lubić. Tak się cieszę, że ją odnalazłam w tym blogowym świecie i nawiązałam kontakt. I mam nadzieję, że ona też nie żałuje tej znajomości. Naprawdę nie wiem czym jej się za to wszystko odwdzięczę... 
Pomyśleć, że kiedy czekaliśmy w Gdańsku na prom, minął mnie taki, hmm... statek?
Widzicie jego nazwę? W końcu Małgorzata to całkiem fajne imię, prawda?