Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 22 sierpnia 2017

To nasze sierpniowe pielgrzymowanie

W sierpniu, przez ostatnie dwa lata, starałam się uczestniczyć w Pieszych Zagłębiowskich pielgrzymkach na Jasną Górę. Tak naprawdę już dawno chciałam w czymś takim uczestniczyć, jednak nigdy nie byłam pewna, czy dam radę. Co prawda to tylko 2,5 dnia drogi, ja jednak nigdy nie wiedziałam, czy w ogóle dam radę przejść na nogach te ponad 80 kilometrów. Wiem, że to może wydawać się śmieszne, jednak zważając na moje problemy neurologiczne, sprawa nabiera innego obrotu. Aż w końcu postanowiłam zaryzykować i zapisać się na 24 PP, która odbyła się w 2015 roku. Trochę mi się raźniej zrobiło, kiedy okazało się, że idzie w niej również małżonka administratora parafialnej stronki internetowej, na którą nie raz i nie dwa coś skrobnęłam wraz z synem. A na którymś z postojów podeszła do mnie nawet polonistka z liceum, mówiąc z zachwytem, jaka to ja jestem dzielna, że wybrałam się w taką drogę. A przy okazji trochę wychwaliła mnie przez panią G., jaka to ja byłam mądra i zdolna(dla równowagi pani G. zaczęła wychwalać moje artykuły pisane na stronkę). Ku mojemu zaskoczeniu pokonałam całą drogę bez większych trudności. A kiedy dochodziłam do celu czułam się, jakbym zdobyła najwyższy szczyt świata. Zresztą całe wędrowanie odnotowałam >>TUTAJ<<. W zeszłym roku po raz drugi wyruszyłam w pieszą pielgrzymkę na Jasną Górą. Tym razem pani G. z K. nie zdecydowali się wyruszyć, za to w drodze towarzyszyła mi rodzina parafialnego kościelnego. Wspomnienia z tego okresu znajdują się >>TUTAJ<<.
W tym roku docelowo też miałam zamiar udać się na pielgrzymkę do Częstochowy. Okazja ku temu piękna - 300 - lecie koronacji cudownego obrazu Najświętszej Panienki. Traf jednak chciał, że w tym samym czasie odbywa się Salezjańskie Spotkanie Młodzieży(MGS) we Wrocławiu, połączone z wyjazdem do Drezna w 75 rocznicę męczeńskiej śmierci Salezjańskiej Piątki. Jedna i druga rocznica bliska mojemu sercu. Gdyby ten MGS był te trzy dni później, to udałoby mi się połączyć jedno z drugim. A tak? Z bólem serca wybrałam jednak MGS. Tym bardziej, że wyjazd do Drezna kosztuje zaledwie... 15 złotych. Oczywiście żałuję, że nie pójdę do Częstochowy, tak samo, jak w przeciwnym wypadku żałowałabym, że nie pojechałam na MGS.
Ale, chociaż nie idę na Jasną Górę, dzięki pewnej czytanej przeze mnie aktualnie książce czuję, jakbym tam się udawała osobiście. I to nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Twórczość Dobraczyńskiego jest mi szczególnie bliska, zaś "Spotkania Jasnogórskie" są idealną lekturą na ten sierpniowy czas. 
Po raz kolejny Jan Dobraczyński zabiera nas w niezwykłą podróż, tym razem przed oblicze najsłynniejszego polskiego wizerunku maryjnego - Czarnej Madonny. Czytelnik zmierza na Jasną Górę wraz z takimi osobliwościami jam np. królowa Jadwiga, Mikołaj Kopernik, Jan III Sobieski, Wojciech Męciński, Kazimierz Puławski, Józef Piłsudski, Maksymilian Maria Kolbe, czy wreszcie Jan Paweł II. Każda z osób wymienionych w książce w jakiś sposób była połączona z jasnogórskim obrazem, każda zanosiła w większej lub mniejszej pielgrzymce do niego jakieś prośby. Pozwala to odkryć, że pielgrzymowanie do Cudownego Obrazu nie jest znakiem naszych czasów, ale zostało ukształtowane przez wielowiekową tradycję.
Jeden rozdział przemówił do mnie w szczególny sposób. Zatytułowany jest "Świątkarz". Opowiada historię malarza Łukasza, któremu przyszło odrestaurowanie zniszczonego przez husytów(do których i on się zaliczał) obrazu. Nie było to proste - każda próba nałożenia na zniszczone drewno farby kończyła się niepowodzeniem. W końcu Łukasz wpadł na pewien pomysł - postanowił po prostu przemalować obraz i płótno umieścić w ramię. Pierwotnie namalował obliczę Matki Boskiej bez rys, widząc jednak, że wizerunek jest zniekształcony, domalował mu blizny. Mógł otrzymać za tą rekonstrukcję wielkie bogactwo i sławę, tym czasem on po skończonej robocie wyszedł niepostrzeżenie z pracowni i już do niej nie wrócił...
Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Zawsze podziwiałam Jana Dobraczyńskiego za jego charakterystyczną lekkość pióra i obrazowość opisywanych przez siebie postaci i sytuacji. I tym razem nie zawiodłam się pod tym względem...

sobota, 19 sierpnia 2017

Czasami krytyka obraca się przeciwko nam

 - Mam ochotę obić tej głupiej starej babie jej krzywą gębę - siedzieliśmy w większości animatorów w salce gościnnej Oratorium i czekaliśmy, aż ksiądz Oskar do nas dojdzie. W końcu MGS już tuż tuż.
 - Której? - D. sięgnął po kubek z napojem.
 - Już ci pokazuję - zręczne palce nastolatki operowały smartfonem. - O ta!
 - Co ona ci zrobiła?
 - Jak byliśmy na święceniach księdza Oskara, to nie podobał jej się mój strój. I jeszcze jej skrzekliwy głos...
Tak, pamiętam tamtą sytuację. Pamiętam jak W. się spóźniła na wyjazd i w czym przyszła - miniówka + bluzka nawet nie na ramiączkach, ale na sznurkach. Bo było gorąco. Do tego dość wyzywający makijaż. Na to wspomniana pani, o dość skrzekliwym głosie(ale tego chyba się nie przeskoczy), skomentowała:
 - Wielkie nieba! Ona chyba nie ma zamiaru tak iść do kościoła...
Komentarz ten dobiegł do uszu młodej pannicy:
- Jak nie, jak tak - prychnęła W. dumnie unosząc swoją głowę. Na szczęście jechaliśmy oddzielnymi samochodami, bo jeszcze wybuchłaby kolejna wojna światowa.
Sama byłam zniesmaczona ubiorem W. na tą uroczystość. Osobiście nigdy nie odważyłabym się na taki strój w takim miejscu. Są sytuacje, kiedy można się ubrać całkiem na luzie, ale są i takie, kiedy wymaga się od nas pewnej etykiety. Szkoda, że tak mało współczesnej młodzieży to rozumie i potrafi się do tego zastosować. A kiedy zostanie im zwrócona uwaga, to jeszcze mają o to pretensję. Starsze pokolenie ma to do tego, że lubi komentować i doradzać. Tylko czasami my, młodzi, nie potrafimy tego docenić, z pokorą przyjąć ich słowa.
Inna sprawa natomiast, że osoba nie z naszej parafii komentuje tak dużo rzeczy związanych ze wspólnotą. Tu jej się komentarz starszej pani nie podoba, to znowu nowy proboszcz bo coś jej tam powiedział. Jak jej się u nas nie podoba, to zawsze może wracać do siebie. Powinniśmy być przykładem dla dzieci, a tym czasem... Szkoda słów. Chyba, że to ja już jestem za stara, aby zrozumieć współczesną młodzież.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Czteropak dzisiejszej daty

15 sierpnia to taki dziwny dzień...
15 sierpnia przypada liturgiczne wspomnienie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zgodnie z tradycją katolicką Matka Boża była jedną z trzech osób(obok starotestamentowego Eliasza i Henocha), która nie umarła, lecz zasnęła, zaś po tym miała być wzięta przez Anioły z duszą i ciałem do Nieba. Nie jest to jednak równoznaczne z rozstrzygnięciem kwestii odwiecznego problemu, czy Maryja umarła, czy też zasnęła. Jest to najpóźniej ogłoszony ze wszystkich dogmatów dotyczących Matki Bożej - został przedstawiony światu dopiero 1 listopada 1950 roku przez papieża Piusa XII. Spośród odłamów chrześcijaństwa wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny jest uznawane tylko przez kościół katolicki. Od wielu lat, jeżeli nie wieków, tego dnia rzesze wiernych pielgrzymują na Jasną Górę oraz do Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie odbywają się inscenizacje Zaśnięcia Maryi Panny oraz jej Wniebowzięcia. W tym roku chciałam nawet jechać do Kalwarii, aby znowu uczestniczyć w tej pięknej uroczystości, pokonała mnie jednak własna słabość... Z drugiej jednak strony, patrząc od strony anomalii pogodowych, jakie miały miejsce w ubiegły weekend, może dobrze i bezpieczniej, że nie pojechałam...? Bardzo ciekawie do tego nawiązał w jednym ze swych kazań biskup Lozanny, św. Amadeusz: "Oblubienica obsypana tak niezwykłymi dobrami, Matka jedynego Oblubieńca, słodka i urzekająca wdziękiem, niby źródło ogrodów duchowych, studnia wód żywych i ożywiających, które spływają z Bożego Libanu, zsyłała z góry Synaj na wszystkie narody bliskie i dalekie strumienie pokoju i potoki łask niebieskich. Gdy zatem Królowa dziewic pośród radości aniołów, wesela archaniołów, okrzyków niebian została wzięta do nieba przez Boga i swojego Syna, Króla królów, wtedy spełniło się proroctwo psalmisty, który mówił do Pana: "Królowa stoi po Twojej prawicy, w szacie wzorzystej i złotogłowiu"."

W polskiej tradycji dodatkowo święto Wniebowzięcia Matki Boskiej łączy się ze wspomnieniem Matki Bożej Zielnej, a co za tym idzie, że święceniem ziół leczniczych.
Procesja Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny(źródło: http://kalwaria.eu)

15 sierpnia 1534 roku Ignacy Loyola miał powołać do życia Towarzystwo Jezusowe, czyli po prostu zakon jezuitów, z którego wywodzi się papież Franciszek. Oprócz Jorge Mario Bergoglio do zakonu należeli m.in. św. Franciszek Ksawery(zresztą był jednym z jego założycieli), Jakub Wujek(znany z tzw. "Biblii Wujka", czyli przekładu Pisma Świętego na język polski), Piotr Skarga(wybitny kaznodzieja), Jan Woronicz(Prymas Królestwa Polskiego z przełomu XVIII i XIX wieku), święty Andrzej Bobola, czy też patron polskiej młodzieży - św. Stanisław Kostka.
15 sierpnia to także rocznica jednej z najważniejszych i najbardziej znaczących bitew w historii naszego kraju - Bitwy Warszawskiej, nazywana także Cudem nad Wisłą. Trudno mi w kilku słowach napisać coś na ten temat - poczekam z tym może do okrągłej, setnej rocznicy tego wydarzenia(mam nadzieję, że blog będzie jeszcze wtedy istniał 😊). Jedno jest pewne - gdyby nie geniusz strategiczny Józefa Piłsudskiego, być może druga wojna światowa wybuchłaby już w 1920 roku, bądź też powtórzyłaby się historia sprzed kilkunastu lat, kiedy kraj był jeszcze pod zaborami? Dzięki temu i ofiarności wielu żołnierzy, którzy zginęli na polu bitwy, jeszcze przez kilkanaście lat cieszyliśmy się wolną ojczyzną...
Jerzy Kossak - "Cud nad Wisłą"
Aktualnie 15 sierpnia obchodzimy także Dzień Wojska Polskiego, który jest świętem wszystkich sił zbrojnych naszego kraju. Dzień ten został ustanowiony w 1923 roku na pamiątkę wspomnianej wcześniej Bitwy Warszawskiej i obchodzony był do 1947 roku. Następnie został on przeniesiony na dzień 12 października, kiedy przypada rocznica bitwy pod Lenino(brała w niej udział dewiza  im. Tadeusza Kościuszki). Do swojej pierwotnej daty Dzień Wojska Polskiego został przywrócony w 1992 roku. Najbardziej widowiskowe obchody, z udziałem władz państwowych, mają miejsce w Warszawie. Widowiskową paradę wojskową transmituje nawet telewizja, aby jak najwięcej osób mogło ją zobaczyć. Są przemówienia, gratulacje i odznaczenia dla wyróżniających się żołnierzy różnych szczebli i profesji. Podkreślany jest profesjonalizm i zaangażowanie naszych wojsk w sprawy pokojowe na świecie. W tym roku dodatkowo odznaczono dowódcę wojsk lądowych USA w Europie - generała broni Bena Hodgesa.
Żołnierzom polskim
Niełatwa jest Wasza służba,
w obronie ukochanego kraju,
nierzadko w słonecznej spiekocie
i w ciężkim kasku na głowie,
z karabinem w dłoni.
Albo w największych mrozach,
kiedy cholewki ślizgają się w czasie biegu po bruku.
Wypatrywanie wrogów, pilnowanie granic,
liczne misje pokojowe.
I pokryte bliznami ciało 
zamiast pięknych zdjęć z młodości.
Mogliście być dyrektorami wielkich fabryk,
albo sławnymi lekarzami.
Ale wybraliście anonimowość
i walkę w razie potrzeby o wolność naszej ojczyzny.
I za to będziemy Wam wdzięczni po wsze czasy... 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Dzięki Jadzi gotowa jestem polubić awiza z poczty, czyli zabawa PODAJ DALEJ po raz drugi :)

Od ponad dwóch miesięcy podarki od naszej Marzenki otrzymane w ramach blogowej zabawy PODAJ DALEJ cieszą moje oczy i z dumą zajmują przyznane im miejsce w moim niewielkim mieszkanku. Ale równocześnie zgłosiłam się do tej samej zabawy organizowanej na blogu Jadzi. Jako że byłam w regulaminowym gronie dwóch pierwszych osób, które to uczyniły, po pewnym czasie upewniłam się, że załapałam się też na podarek od tej wspaniałej, umiejącej zrobić coś z niczego, kobiety. Pozostało mi tylko czekać na paczkę.
Dzisiaj rano wracając z zakupów znalazłam w skrzynce na listy awizo z piątku. Trochę mnie to zdziwiło, ponieważ w piątek siedziałam raczej cały dzień w domu... Ponieważ jeszcze przed wyjściem na zakupy dostałam telefon z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w sprawie ankiety ewaluacyjnej, która jeszcze do nich nie dotarła(gdyby byli tacy punktualni co do wypłacania świadczeń, to byłoby dobrze) myślałam, że to po prostu ponaglenie co do tego. Jakież było moje zaskoczenie, a za razem radość, kiedy po chwili pani w okienku wróciła nie z kopertą, ale paczką. Nie, to nie mogło być ponaglenie. Za to buzia jeszcze bardziej mi się uśmiechnęła, kiedy zobaczyłam nadawcę - Jadzia 😄. A przy okazji nadałam ten nieszczęsny list z wypełnioną ankietą ewaluacyjną.
Do domu wracałam jak na skrzydłach. Tajemnicą Poliszynela zostaje skąd Jadzia zdobyła mój adres, ale umówmy się, że ma jakiś tajemny nadajnik GPS😁. Zaraz po doniesieniu przesyłki do domu położyłam ją na stole i zaczęłam szukać odpowiedniego narzędzia do rozparcelowania oklejoną taśmą klejącą przesyłkę.
Samego momentu otworzenia paczki nie uchwyciłam, zresztą trudno by mi było tego dokonać. Za to, kiedy już uniosłam górną część pudełka moim oczom ukazał się taki oto widok:
Drżącymi rękami zaczęłam wyjmować kolejne cuda, przygotowane dla mnie przez Jadzię. Czego tam nie było(chociaż zdjęcia nie oddają piękna tego wszystkiego)...
Nawet nad morzem nie znalazłam tak wspaniałych pamiątek:
Cudowny albumik na niewielkie zdjęcia z trzema herbatkami w środku:
 
Notesik - na pewno się przyda po tym jak mój dotychczasowy zeszycik z adresami bliskich mi osób został przez przypadek w ferworze pospiesznego pakowania się pozostawiony w pokoju...
Kolejny albumik z kieszonkami:

Książka "Amandine" autorstwa Marleny de Blasi - strzał w 10. Czytam wszystko, łącznie z encyklopediami z 1937 roku(już słyszę Wasz śmiech, kiedy to czytacie, ale naprawdę tak jest - właśnie przerabiam hasła na literę "O"), więc bardzo się ucieszyłam z kolejnej pozycji, która zasili moją domową biblioteczkę. Tym bardziej, że treść zapowiada się ciekawie.
Książeczki z sentencjami na życie zawsze są u mnie mile widziane :)
 Jak ja podziwiam ludzi, którzy potrafią tak pięknie tworzyć pomimo braku rąk:
I na koniec coś dla ciała, czyli wspomniane wcześniej herbatki owocowe oraz czekolada do picia:
Rewelacyjna przesyłka od wspaniałej Osoby. Zresztą większość z Was pewnie zna Jadzię, a kto jej jeszcze nie zna, to musi koniecznie wpaść do Niej na bloga -> http://jadwiga-sercemtworzone.blogspot.com i ją poznać. Ręczę, że od razu ją polubicie. Ja zaś po raz drugi ogłaszam u siebie nabór na dalszy ciąg zabawy PODAJ DALEJ. Zgłoszenia przyjmuję do końca września, a ponieważ ostatnim razem nikt się nie zgłosił, teraz szansę mają 3 osoby.
---------------------------------------------------------------------
Zostałam namówiona na pewną ciekawą akcję, której bohaterem jest niezwykle ciepła, empatyczna, zawsze chętna do pomocy i nie szczędząca ciepłych słów wsparcia osoba. Z reguły nie biorę udziału w tego typu sprawach, ponieważ nie mam jakiegoś tam talentu, teraz jednak nie trzeba mnie było specjalnie ku temu namawiać. Nie chcę pisać o co dokładnie chodzi. Powiem tylko tyle, że z powodu szybkiego męczenia się moich rąk podczas prac manualnych, podzieliłam całą pracę na etapy. Dzisiaj narysowałam pierwszą część - może to nie jest sztuka wysokich lotów, ale na pewno z serca. Mam nadzieję, że efekt końcowy będzie zadowalający dla obu stron. Wierzę, że dobro powraca, a względem tej osoby powróci ze zdwojoną siłą💪

sobota, 12 sierpnia 2017

A ja bym chciała, aby ludzie mieli mentalność osób z Zespołem Downa

Podczas kolonii starałam się spędzać z moimi podopiecznymi jak najwięcej czasu nad morzem. Chciałam aby nie tylko się dojodowali, ale też dali upust swojej energii oraz emocjom. Trudno to zrobić w ośrodkowym pokoju, dużo łatwiej taplając się w morskich falach pod okiem ratownika, czy chociażby z zapałem grając w piłkę siatkową. Poza tym siedzenie w pokojach sprzyjało powstawaniu konfliktów i waśni pomiędzy jego mieszkańcami, którzy niekiedy jeszcze podczas wyprawy nad morze, dogryzali sobie wzajemnie.
Pewnego wieczoru, wracając już z plaży, zaczepiła mnie jedna kobieta, prosząc abym wytłumaczyła chłopcom co to znaczy mieć Zespół Downa. Przyznam szczerze, że po pierwszym dniu, kiedy szłam na czele grupy, która mi się rozłaziła zmieniłam taktykę i szłam na jej końcu, zawierając wcześniej z nią umowę, że wszyscy czekają na mnie przed przejściami przez ulicę, pod groźbą publicznej nagany na porannym lub wieczornym apelu(a 3 nagany = wydaleniem z kolonii, więc się pilnowali). Nie słyszałam więc, jak idący w pierwszych parach dzieciaki zaczęły sobie dogryzać stwierdzeniem "chyba masz Downa"😨. Kolejny raz ręce wraz z brodą mi opadły z bezsilności. Bo przypuszczam, że żaden rodzic nie chciałby, aby jego dziecko urodziło się dotknięte tą wadą. Po powrocie do ośrodka udaliśmy się na świetlicę w celu odbycia kolejnej już pogadanki(a swoją drogą to na tego typu wyjazdach powinien być doświadczony psycholog, który potrafi rozmawiać z dziećmi z problemami, bo my, wychowawcy, często po prostu nie wiemy jak takie rozmowy prowadzić). Niektórzy oponowali, bo przecież oni nie brali udziału w tej potyczce słownej. Nie ze mną jednak te numery - obowiązywała zasada jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, a poza tym każdemu przydałaby się taka pogadanka. Siedzieliśmy więc sobie na krzesełkach w kółeczku, rozmowa na początku się nie kleiła. Ponieważ przez całe przedszkole, a potem większość podstawówki i całe gimnazjum uczyłam się w placówce specjalnej, miałam styczność z dziećmi dotkniętymi tym schorzeniem. I muszę przyznać, że są to najbardziej przyjaźnie nastawieni do innych ludzie z niepełnosprawnością, jakich spotkałam na swojej drodze. Owszem, może nie grzeszą inteligencją, ale nadrabiają to czymś, czego brakuje wielu z nas - wrażliwością na drugiego człowieka, empatią, bezgranicznym zaufaniem wobec nowo poznanych osób, brakiem negatywnych zamiarów swojego postępowania, czy wręcz pewnego rodzaju naiwnością... Pomyślcie, ile mniej byłoby zła na tym świecie, gdyby ludzie wysuwali na przód właśnie te cechy charakteru? Ile uniknęlibyśmy wojen i konfliktów? I tak też przedstawiłam ich moim tymczasowym podopiecznym jednocześnie, trochę dyplomatycznie, pouczając ich że nazywając siebie wzajemnie osobami dotkniętymi tym syndromem, obrażając ludzi dotkniętych Zespołem Downa, którzy z całą pewnością świadomie by nikogo nie wyzywali. Może trochę drastycznie, ale naprawdę życzę każdemu z nich i przy okazji z nas, nie tego żeby został dotknięty tą niepełnosprawnością, ale właśnie mentalności, otwartości i relacji z drugą osobom tych właśnie osób... Nie wiem na ile się zdała moja pogadanka, czy zrozumieli to co do nich mówiłam, w każdym razie starałam się jak mogłam.
Urodziny Łukasza na jednym z turnusów rehabilitacyjnych
Choroba nie wybiera, pojawia się nawet w rodzinach popularnych gwiazd. Nie wiem czy wiecie, ale syn znanego piosenkarza Tadeusza Woźniaka, Filip, też jest dotknięty tą niepełnosprawnością. Jakiś czas temu pan Tadeusz napisał tekst piosenki i nagrał do niej teledysk właśnie z Filipem. Nie wstydził się choroby dziecka pomimo swojej popularności. A teledysk naprawdę przemawia do człowieka. Zresztą sami zobaczcie:

wtorek, 8 sierpnia 2017

Praca nie dla każdego...

Kilka lat temu z myślą o naszych parafialnych półkoloniach zrobiłam sobie kurs wychowawcy kolonijnego. W tym roku, głównie z myślą o ŚDM w Panamie, postanowiłam wykorzystać ten papierek i zgłosiłam swoją kandydaturę do Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Dostałam się! W sumie CV miałam całkiem dobre - kilkuletni staż na corocznych półkoloniach letnich i zimowych w parafii, nie mniejszy podczas sobotnich zajęć z dziećmi. W połowie maja dostałam sugerowane miejsce i termin - Jastrzębia Góra, w dniach od 28 lipca do 9 sierpnia. Wobec tego, jak już pewnie zauważyliście, nie było mnie przez dziesięć dni. Przez ten czas pełniłam funkcję wychowawcy dla dzieci z Gliwic oraz Częstochowy wytypowane przez MOPS-y, OPS-y oraz CPZety, czyli z przeszłością, rozbitych i zastępczych rodzin, z problemami społecznymi i patologicznymi.
Pamiętam, jak sama jeździłam na tego typu wypoczynku w czasach, kiedy pracowała tylko mama - szkoła zgłaszała mnie wtedy do MOPSu za osiągnięcia naukowe i jechałam na dwutygodniowy aktywny wypoczynek. Zresztą większość kolonistów za moich czasów miało świadectwo z czerwonym paskiem. Teraz dzieciaki licytowały się kto ile klas powtarzał, albo ile miał jedynek z tego a tego przedmiotu... Ale takim dzieciom też należy się jakiś przyzwoity wypoczynek, czyż nie?
Prawie a cała moja grupa
Osobiście otrzymałam grupę chłopców w wieku 10 - 12 lat. Oczywiście nie wiedziałam czy sobie w ogóle poradzę, bo jednak to taki dziwny, no i w dodatku głupi wiek. Ale z drugiej strony kto nie ryzykuje ten nie pije przysłowiowego piwa. I wiecie co - moje obawy były bezpodstawne! Co prawda miałam jakieś tam małe zgrzyty z podopiecznymi(trudno ich nie mieć, kiedy jedna osoba mówi nie, a druga upiera się przy tak), co prawda przeżyłam kilkugodzinny pobyt z podopiecznym w szpitalu na chirurgii(dobra rada dyżurującego lekarza-chirurga - zaopatrzyć się w zestaw plastrów tzw. stripy, które w wielu przypadkach z powodzeniem zastępują szwy) oraz pozorną kradzież(oczywiście, gdyby się miało porządek w szafie, to aparat fotograficzny by nie zaginął), zaś większość z chłopców najchętniej nie wychodziłaby z pokoju, chyba że do pobliskiego sklepu po "niezbędne" produkty spożywcze w postaci znienawidzonych przeze mnie chipsów i coli, ale ogólnie jakoś dogadywaliśmy się. Chodziliśmy nad morze i na boiska, chłopaki pluskali się w morskich falach i budowali zamku z piasku, spacerowaliśmy po promenadzie, zwiedziliśmy Hel i Puck, płynęliśmy statkiem. Trochę może pogoda nie do końca nam dopisała, ale jakoś to przeżyliśmy. Przeraża mnie trochę brak umiejętności gospodarowania pieniędzmi przez dzieciaki, tylko tego chyba nie da się przeskoczyć w 10 dni.
Ogólnie nie narzekam, bo było całkiem nieźle, jak na mój pierwszy raz. Chociaż była taka przykra sytuacja, kiedy bazowa dowiedziała się, że jedna z wychowawczyń jest niepełnosprawna i za wszelką cenę chciała mnie odesłać do domu😡. Nosz... kolejne wstrętne, że tak powiem babsko, które bazuje na stereotypach, że niepełnosprawnych to najlepiej zamknąć w domach i nie pokazywać społeczeństwu. Chyba gdybym się zupełnie ku temu nie nadawała, to nie dostałabym papierka. Na szczęście kierowniczka się za mną wstawiła i głównie dzięki niej nikt się mnie nie pozbył. Tym bardziej, że widziała że dzieci mnie lubią i się mnie słuchają. No i najmniej było na mnie skarg od właścicieli obiektu oraz uwag samej kierowniczki. Natomiast po raz kolejny okazało się, że papierologia bierze górę nad wszystkim - to nic, że nie realizowaliśmy programu - papier wszystko przyjmie(to chyba bolączka wszystkich nauczycieli - mogą czegoś nie zrobić, ale taki, a taki temat musi być w dzienniku). 
Fajne doświadczenie, chociaż uważam, że do tej pracy trzeba mieć podejście do dzieci, zwłaszcza tych z trudniejszych rodzin. Trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Osobiście nie uważam, że sprostałam temu w 100%, starałam się jednak jak mogłam... A na pewno nie krzyczałam na nie bez przerwy, bo to nie tędy droga. No i trzeba zdawać sobie sprawę z ciążącej na nas odpowiedzialności za innych. To też nie jest dla wszystkich jasne, zwłaszcza że funkcja wychowawcy kolonijnego, to praca 24  godziny na dobę.  Wdzięczność dzieci za poniesiony trud jednak będzie niewymierną zapłatą za naszą pracę...