Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 31 stycznia 2017

"Święty Janie Bosko, prowadź nas do Boga, pokaż nam jego dzieciom, swoją drogę do Ojca"

Parafii z reguły się nie wybiera. A raczej inaczej - to parafia wybiera poszczególne ulice, czy też wsie, których mieszkańcy będą do niej należeć. Można oczywiście należeć do jednej parafii, a uczęszczać na nabożeństwa do innej. Tak na przykład robi wielu parafian mojej parafii z mojej ulicy - do sąsiedniego kościoła parafialnego mają bliżej niż do naszego. Z jeszcze inną sytuacją mamy do czynienia, kiedy po wsiach rozsiane są tzw. kościoły filiowe czy też kaplice, których macierzysta parafia znajduje się w znacznej odległości od najdalszych miejscowości. Najczęściej księża odprawiają wtedy jedną, dwie niedzielne Msze święte w głównym kościele, a w pozostałych miejscowościach jest po jednej Mszy świętej. Gorzej sytuacja wygląda w tygodniu, zwłaszcza w pierwszy piątek miesiąca.
Każda parafia ma swoje wezwanie, bądź patrona. Wybiera się go nawet wcześniej, niż dokonywana jest uroczysta konsekracja, czyli oficjalne oddanie do użytku, świątyni. Jak wiecie, moja parafia nosi wezwanie Nawrócenia św. Pawła Apostoła. Ale w mojej parafii posługę pełnią księża salezjanie, zakon założony przez św. Jana Bosko z Turynu. Dzisiaj, w rocznicę jego śmierci, przypada liturgiczne wspomnienie wielkiego przyjaciela dzieci i młodzieży. 
Cieszę się, że jestem w tej parafii, a nie innej. Po tylu latach nie wyobrażam sobie przynależeć gdzieś indziej. Mam tutaj swoje miejsce, gdzie siedzę, mam księży, którzy głoszeniem Słowa Bożego przybliżają nas do Bram Niebieskich, a także wysłuchają i doradzą w trapiących nas problemach(i to nie koniecznie w konfesjonale, ale nawet w Domu Młodzieżowym na kawie), mam w końcu Oratorium, w którym nie tylko działam, ale też znalazłam wiele przyjaznych mi dusz. Nasz kościół, chociaż niewielki i raczej skromny, stał się dla mnie ostoją w trudnych chwilach, zaś oratoryjna kaplica azylem przed nieprzyjaznym światem.
Dzieło świętego Jana Bosko trwa nadal. Po półkoloniach wiele dzieci nas się pytało, czy mogą przychodzić na nasze sobotnie Oratorium pomimo tego, że nie są z naszej parafii. Wiecie jak rosły nasze animatorskie serca z radości! Tym bardziej, że kierując się nauczaniem św. Jana Bosko, nasze drzwi są otwarte dla każdego bez wyjątku, nawet dla trudnej młodzieży.
Kiedyś święty Dominik Savio zapytał księdza Bosko co trzeba robić, aby zostać świętym. W odpowiedzi usłyszał, że świętość nie polega na robieniu rzeczy niezwykłych, ale na wykonywaniu z radością rzeczy zwyczajnych. I tego się trzymamy w naszej posłudze.
A tak zupełnie na koniec dzisiejszego dnia pozwolę sobie przytoczyć wiersz, który napisałam na peregrynację relikwii Jana Bosko w mojej parafii(czerwiec 2013):

Chociaż żyłeś na tej ziemi ponad sto lat temu,
dałeś podwaliny nowemu zgromadzeniu.
Wszak wszyscy zło w twych chłopcach widzieli
nie rozumieli twych planów, pomagać nie chcieli!
Jedynie prosty wiejski chłopina, Pinardii mu na imię było.
podarował ci szopę, by chłopcom dobrze się żyło.
Od czegoś musiałeś zacząć, salezjan też przybywało,
twoje życiowe dzieło po świecie się rozprzestrzeniało.
Dzisiaj salezjanie są wszędzie, z młodzieżą ofiarnie pracują,
dzieciom wymyślają zabawy, hart ducha przekazują.
Liczne Oratoria, księża z dziećmi w kinie,
niech twe imię, o księże, po wiek wieków słynie.

niedziela, 29 stycznia 2017

"I będzie jak dawniej, przestańmy się spieszyć, zacznijmy od nowa, od tych małych rzeczy"(S. Grzeszczak, "Małe rzeczy")

Msza święta o godzinie 11:00 uroczyście zakończyła tegoroczne zimowe półkolonie zorganizowane przez naszą parafię. To już taka nasza tradycja - najpierw pięć lub sześć dni pracy z dziećmi, a na koniec podziękowanie za wszystko Najwyższemu. Bo tak naprawdę, półkolonie spędziliśmy, w bezpiecznej, spokojnej atmosferze. Nic nikomu się nie stało, najmłodsi chyba też byli zadowoleni, zwłaszcza ze wczorajszej wycieczki do Bajkowego świata w Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku Białej. Dzieciaki z wypiekami na twarzy dowiadywały się jak powstawały takie produkcje jak "Reksio", "Bolek i Lolek" czy też "Porwanie Baltazara Gąbki". Zaś pytań było bez liku. Wbrew pozorom kolejne pokolenia wychowują się na nich. Tak, to był doskonały pomysł, aby tam pojechać. Gorąco polecam i tym dużym i tym małym. 
Jakoś tak podczas Mszy świętej przypomniały mi się moje pierwsze półkolonie, które miały miejsce pięć lat temu, na których powierzono mi pracę z dziećmi. Co prawda pomagałam już pół roku wcześniej przy organizacji półkolonie, były to jednak prace techniczne. Teraz miałam pójść krok na przód. Dużo wspólnego miały one z tegorocznymi półkoloniami - to samo miejsce(podstawówka leżąca w obrębie parafii), podobna ekipa, termin(chociaż wtedy były o tydzień później), nawet wtedy też raz nie byłam na zajęciach z powodu egzaminu na AWF. Tylko dzieci były inne, niektóre dużo młodsze, niektóre z tamtych półkolonii sami byli animatorami na tegorocznych. Wtedy też miałam najstarszą grupę, teraz zaś najmłodszą. Mimo to z łezką w oku wracam pamięcią do tamtych cudownych chwil, kiedy z pomocy technicznej awansowałam na animatora. A na pamiątkę tamtych chwil pozostał filmik obrazujący te 5 cudowne dni:
Z sentymentem wracam też do półkolonii zimowych w 2014 roku, kiedy debiutowałam w roli pełnoprawnego wychowawcy grupy. Wcześniej oczywiście zrobiłam sobie oficjalny kurs wychowawcy kolonijnego, żeby w papierach wszystko było w porządku. Akurat tak się złożyło, że ferie zimowe w moim województwie oraz przerwa semestralna na uczelni wypadała w tym samym czasie. Tym razem nie byliśmy ulokowani w żadnym zewnętrznym budynku, tylko w naszym parafialnym Oratorium, przez co nie byliśmy nawet zgłoszeni do kuratorium. Nie przeszkadzało nam to jednak w wesołej zabawie z Krudami przez całe 5 dni. Ponownie miałam najstarszą grupę, a do pomocy 3 młodszych animatorów. Przyznam szczerze, że z dziećmi z klas 5 - 6 pracuje się w specyficzny sposób. Niestety, im człowiek jest starszy, tym z reguły mniej mu się chce, szczególnie bawić i wykonywać prace plastyczne. No, ale cóż, na niektóre sprawy nie mamy wpływu. Trzeba brać co jest. Dla mnie te półkolonie były też szczególne dlatego, że pierwszy raz w życiu czytałam wezwania modlitwy wiernych podczas finału podchodów w rodzimym sanktuarium. I znowu łezka kręci się w moim oku, kiedy oglądam pamiątkowy filmik z tamtych chwil.
Tegoroczne półkolonie zostawiły we mnie same piękne wspomnienia. Zresztą sama tematyka sprzyjała temu. Cały program kręcił się wokół bajki "W głowie się nie mieści".
Emocje posiada każdy z nas. Niestety, we współczesnym świecie coraz trudniej jest nam je okazać. Częściej denerwujemy się, złościmy, niż jesteśmy szczęśliwi. A to przecież radosne wspomnienia są fundamentami szczęśliwego życia. Z dzieciakami z klas 1-3 szkoły podstawowej prowadziliśmy żywe rozmowy na temat zarówno tych dobrych chwil w naszym życiu, jak i złych. Zastanawialiśmy się jak radzić sobie z negatywnymi emocjami, a nawet robiliśmy "mapę myśli" na ten temat! Wbrew obawom księdza najmłodsi doskonale sobie z tym poradzili. Zaś wbrew moim obawom moja wada wymowy nie przeszkadzała najmłodszym w zrozumieniu co do nich mówię. Ponadto mieliśmy wyjścia na basen i na tańce w Hali Sportowej, starsza grupa wyszła też na zajęcia w bibliotece miejskiej oraz w PKZecie. Staraliśmy się, aby program był urozmaicony, a za razem dopasowany do wieku i możliwości naszych podopiecznych. Zaś patrząc dzisiaj na zadowolone mordki dzieciaków biorących udział w naszym przedsięwzięciu możemy przypuszczać, że tak właśnie było. Zresztą sami zobaczcie(i znowu wyszłam na zdjęciach poniżej krytyki😕):

My, animatorzy też zostaliśmy wyróżnieni - na Mszy św. każdy z nas odebrał podziękowanie(czyli dyplom - najlepszy wizualnie od lat), wieczorem mamy pizzę w Domu Młodzieżowym, zaś w lutym jedziemy na jeden dzień w góry na koszt firmy😃.
A po Mszy św. o 11:00 zostałam na Sumę odpustową o 12:30. Dzięki temu, że część scholi(schola wyjątkowo śpiewała o 12:30) była na zakończeniu zimowiska, udało mi się dopchać do mikrofonu. Co prawda przez pierwsze 10 minut nie działał, ale na Liturgii Słowa coś poruszano na stykach i wszystko zaskoczyło. Kurczaczki, szaleję - jak w zeszłym roku stałam przy mikrofonie stałam tylko raz, tak w tym roku już 2 razy. W dodatku wystartowałam w procesji z darami niosąc kwiaty. Toż to prawdziwy raj! A może święty Paweł Apostoł maczał w tym palce? Tylko szkoda, że na koniec prąd poszedł w całym kościele, ale przynajmniej było śmiesznie. I mimo święta kameralnie, mniej oficjalnie. Lubię takie momenty, może nie tyle, że mam mikrofon, ale dlatego, że niektórzy ludzie zmieniają się w swoim zachowaniu, sposobie bycia diametralnie, co ważne, in plus! Oby ich było więcej, naprawdę o niczym innym nie marzę!

piątek, 27 stycznia 2017

POLIN - muzeum, które warto zobaczyć

Chciałam do niego pojechać od dnia otwarcia tego niezwykłego miejsca, które miało miejsce 19 kwietnia 2013 roku - dokładnie w dniu 70 rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. W zeszłym roku zostało nagrodzone prestiżową nagrodą European Museum of the Year Award 2016. Oznaczało to, że zostało uznane przez krytyczne jury za najlepsze muzeum w Europie. Mowa tutaj o Muzeum Historii Żydów Polskich - POLIN w Warszawie. Tak jak pisałam kilka miesięcy temu, judaizm jest jednym z moich zainteresowań. Chciałam nawet napisać na temat wadowickich Żydów pracę licencjacką, niestety nie ma promotora, który chciał się podjąć tego wyzwania. Nie przeszkadza mi to jednak w rozwijaniu wiedzy na ten temat. Książki i artykuły nie zawsze bywają wystarczające w tej kwestii, czasami trzeba coś zobaczyć na własne oczy, aby zrozumieć. A POLIN powinien być obowiązkowym punktem wizyty każdego, kto chociaż trochę interesuje się tym tematem i nie tylko. Notatka miała pojawić się dużo wcześniej, w ostateczności jednak stwierdziłam, że dzisiejszy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu dużo bardziej temu sprzyja.
We wrześniu ubiegłego roku pojawiła się okazja, aby zwiedzić muzeum POLIN. W Pałacu Kultury i Nauki ostatnie dni odbywała się wystawa związana ze statkiem "Titanic". Interesuję się historią tego statku, nie tylko tą fikcyjną, wymyśloną przez Camerona(chociaż to jest enta wersja filmowej historii związanej z tym legendarnym parowcem), ale przede wszystkim faktami. Na mojej półce stoi dumny model słynnego transatlantyku, zaś do historii mojej podstawówki przeszłam jako piątoklasistka, która z zapałem opowiada uczniom placówki(podstawówka + gimnazjum) o wydarzeniach sprzed 90 lat(akurat była rocznica zatonięcia). Jeszcze do dzisiaj gdzieś mam notatki pomocnicze zrobione nie za pomocą wiadomości znalezionych w Internecie(którego posiadanie w domach było jeszcze marzeniem ściętej głowy), ale książek i programów telewizyjnych. Teraz mogłam zobaczyć wszystko na własne oczy, a nawet dotknąć góry lodowej! A że zbliżały się kolejne urodziny był pretekst, aby wybrać się do stolicy. O wrażeniach ze zwiedzania wystawy pisałam >>TU<<.
Nie chciałam jednak ograniczać się do wystawy "Titanica". Od razu pomyślałam o Muzeum Historii Żydów Polskich. Nawet termin mojej podróży nie był przypadkowy - w czwartki wstęp do muzeum jest wolny. Po zwiedzeniu wystawy związanej z "Titanikiem" udałam się do informacji turystycznej po mapę miasta. A potem wybrałam się w długi, długi marsz aż na ulicę Anielewicza. Ciekawostką jest, że Mordechaj Anielewicz*, jej patron, brał udział w powstaniu w getcie warszawskim jako jeden z jego przywódców, podczas którego poniósł śmierć w wieku zaledwie 24 lat. Po drodze minęłam m.in. przepiękny Ogród Saski, aż żałowałam, że nie mogę się w nim zatrzymać na dłużej. Mimo pośpiechu udało mi się cyknąć kilka fotek:
Z pozdrowieniami dla miłośniczki ogrodnictwa - Basi
A staruszkowie spokojnie kroczą po ścieżkach swojego życia...
Wreszcie całkowicie zmoczona(po drodze lunął deszcz) dotarłam na mieście. Sam zewnętrzny wygląd muzeum wzbudza mieszane uczucia:
 
Na szczęście nie zawsze wygląd zewnętrzny odpowiada temu, co można zobaczyć w środku. A środek zawiera prawdziwą perełkę informacyjną. Na początek pozwolę sobie wyjaśnić znaczenie słowa "POLIN" - na wikipedii przeczytamy, że w języku hebrajskim oznacza ona "Polskę". Jednak wchodząc na wystawę dowiemy się, że słowo "polin" można przetłumaczyć także jako "tutaj będziesz leżał". I to tłumaczenie będzie wydawało nam się bardziej odpowiednie. Bo chociaż znacząca część narodu żydowskiego wyginęła wskutek holokaustu bądź wyjechała z naszego kraju, to jednak pozostawili tutaj liczne pamiątkę, a także swoją bogatą historię. Aby to wszystko nie uległo zatraceniu, utworzono to muzeum, pozwalające na przetrwanie. Innymi słowy - tak jak przychodzi się na groby bliskich szanując pamięć o nich, tak samo przychodząc do tego muzeum nie zatracimy pamięci o historii i kulturze żydowskiej.
Aby wejść na wystawę musimy zostawić nasze rzeczy w szatni, po czym albo udajemy się do kas po zakup biletu, albo(w przypadku czwartków) otrzymujemy go za darmo przy wejściu. Na wystawę schodzimy w dół po schodach, bądź zjeżdżamy windą(budynek jest doskonale dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych). Na początku znajdziemy multimedialne tablice, które wprowadzą nas w żydowskie tajemnice - to właśnie na nich znalazłam tłumaczenie słowa "POLIN".
W pierwszej sali poznajemy historię rabina imieniem Izaak, który podróżował po naszym kraju i państwach ościennych. Jest on legendarnym założycielem nacji żydowskiej w wielu z nich.
Łagodny głos lektora odczytuje poszczególne fragmenty na ogromnej ściennej tablicy, zaś znajdująca się niżej interaktywna mapa podświetla informacje, o których aktualnie jest mowa. A wszystko jest w języku polskim i angielskim.
 
Widzicie zapaloną lampkę? O tym miejscu właśnie opowiada lektor
Czytany tekst jest też podświetlany
Zaintrygował mnie umieszczony na przeciwległej ścianie zwój zrobiony na wzór zwoju Tory. Opowiadał on historię proroka Mojżesza:
  

W licznych gablotkach można zobaczyć przedmioty związane z codziennym życiem Żydów:
Ich religią...
 
Zwyczajami...
 
Zaś ściany są prawdziwym arcydziełem opowiadającym o historii tego narodu na ziemiach polskich i nie tylko!
Rzeczy codziennego użytku
Pisma związane ze sprawami żydowskimi
 
 
I coś co mnie urzekło - rekonstrukcja bożnicy.
W internecie piszą, że aby zwiedzić całe muzeum potrzeba od 2 do 3 godzin, je jednak miałam trochę mniej czasu. Tak bardzo żałuję, że nie mogłam zwiedzić całego, niestety pociąg nie mógł na mnie czekać, a i musiałam doliczyć sobie czas dojścia na dworzec centralny. Na szczęście szczyt Pałacu Kultury i Nauki widać było z daleka - przynajmniej wiedziałam, że idę we właściwym kierunku. Samo muzeum - bajka! Widać, że poczciwe muzea, które znam jeszcze z czasów mojej szkoły, gdzie chodziło się w filcowych, dużo za dużych kapciach odchodzą w zapomnienie, zastępowane są zaś za muzea, w których można wszystkiego dotknąć, posłuchać głosu lektora, zobaczyć animację. Widać, że nauka idzie na przód, zaś coraz więcej muzeów stara się sprostać wymogom techniki. A i do ludzi bardziej dociera taki sposób przekazu - widziałam staruszków, którzy ze wzruszeniem oglądali zwój z historią Mojżesza, czy też dotykało interaktywnych ekranów. Ośmielę się nawet sądzić, że za kilka lat wizyta w tym muzeum będzie tak samo obowiązkowa, jak wizyta w Auschwitz. Tylko, że mniej drastyczna dla młodego człowieka. Wiem też jedno - jeszcze raz muszę się tam wybrać, aby wszystko na spokojnie zobaczyć. I Was też, w miarę możliwości, gorąco do tego zachęcam. A jako "wabik" niech podziała poniższy filmik:

* Bardzo dobrą biografię i opis działalności Anielewicza znajdziemy w książce "Armia Izaaka. Walka i opór polskich Żydów" Matthewa Brzezinskiego

środa, 25 stycznia 2017

Wierzę w świętych obcowanie

W moim kościele parafialnym nad ołtarzem góruje wizerunek jego patrona - św. Paweł Apostoł a dookoła widnieją zwoje z wypisanymi fragmentami z jego Listów Apostolskich. Zawsze kiedy znajduję się w świątyni mój wzrok mimowolnie podąża ku górze. Konkretniej to parafia nosi wezwanie Nawrócenia św. Pawła Apostoła, którego wspominamy dzisiaj w liturgii Kościoła Katolickiego. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy odpusty przypadały dokładnie w dniu patrona parafii. Od kilku jednak lat uroczysta suma została przeniesiona na najbliższą niedzielę poprzedzającą ten dzień, bądź następującą po nim(w tym roku wypada w przyszłą niedzielę, już dzwonili, czy dam radę zostać na 12:30 - Mszę wcześniej jest oficjalne zakończenie zimowiska dla dzieci i też wypada być).
W tak szczególnym dla mnie dniu(bądź co bądź w jakimś stopniu identyfikuję się z parafią, do której należę), przyszło mi zdobyć zaliczenie z "Miejsc religijnych na trasach rejsów morskich". Dwa dni temu na meilu pojawiła się nagle informacja, że profesor zaprasza dzisiaj na zaliczenie. Z jednej strony byłam zła, bo wszystko, łącznie z przedmiotem jest na ostatnią chwilę robione, a z drugiej wiedziałam, że jak dzisiaj nie pojadę, to mogę mieć problem z zaliczeniem przedmiotu (wykładowca przyjeżdża do nas specjalnie z Gdyni). Sprawę komplikował fakt mojego wychowawstwa na półkoloniach parafialnych, gdzie oficjalnie figuruję w papierach jako pełnoprawny wychowawca. No i jeszcze dzisiaj mieliśmy zaplanowane wyjście na basen(zawsze robimy tak, że na jednego wychowawcę/animatora przypada kilka dzieci, które pilnuje, a skoro mnie miało nie być, to i liczba pływających opiekunów się zmniejszyła). Nie wiedziałam jak to wszystko rozwiązać, dlatego pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do kierownika wypoczynku - kazał się nie przejmować i zaangażował proboszcza jako mojego zastępcę na ten dzień. Trochę mnie to uspokoiło. Pozostała jeszcze kwestia nauczenia się materiału. A raczej znalezienia sobie odpowiedzi na pytanie, które wykładowca wysłał nam z powiadomieniem o terminie zaliczenia. Moje dotyczyło pobytu św. Pawła w Jerozolimie. Początkowo zrzedła mi mina, bo konkretnie nie wiedziałam jak się za to zabrać. Poczytałam sobie jednak co nieco na ten temat w Internecie, uzupełniłam informacjami z Pisma Świętego i jakoś udało mi się opracować to zagadnienie. Pozostała jeszcze tylko kwestia zaprezentowania go w odpowiednim czasie, jednak krótka modlitwa o dar męstwa do Ducha Świętego oraz o pomoc do samego św. Pawła nieco złagodziła sytuację. Tak naprawdę zdążyłam powiedzieć wstęp do całego wystąpienia, ograniczający się do przybycia św. Pawła Apostoła na Sobór Apostolski w 49 roku oraz uwięzienie go podczas pobytu w Jerozolimie 9 lat później(oczywiście wszystko ujęłam w piękne, zwięzłe zdania), kiedy wykładowca mi podziękował, twierdząc, że widzi że wiem o co chodzi i wpisał mi 5 do indeksu. Kurczaczek, dziwnie się czuję, bo jednak zaczęłam od ogólników, i jakoś nie do końca uważam, że zasłużyłam na tą ocenę(pewnie gdybym powiedziała to co chcę powiedzieć i dostała też 5, to miałabym odczucie, że jest to w pełni zasłużona nota). Ale ok., w sumie to jedna z łatwiejszych 5 jakie zdobyłam. Wierzę równocześnie w to, że patron dzisiejszego dnia, św. Paweł, pomógł mi przejść przez to wszystko. Potem mieliśmy ten sam przedmiot, tylko z dziekanem naszego wydziału. Tym razem opowiadał nam o Turcji, ze szczególnym naciskiem na największe jego miasto - Stambuł. Trochę mi się przysypiało na tych zajęciach, umówmy się jednak, że emocję poprzednich zajęć zaczęły ze mnie schodzić. W kryzysowych chwilach podziwiałam znajdujący się za oknem Wawel(a przy okazji widząc w każdej przechodzącej kobiecie Basię, Gosię lub Łucję - dziewczyny, tak jak napisałam u Basi cieszę się, że studia są na finiszu, bo w takiej sytuacji byłyby poważnie zagrożone😀). Powinnam jeszcze iść na niemiecki, ale byłam już kompletnie padnięta. Dobrze, że miałam niewykorzystaną "losówkę", szkoda żeby się zmarnowała, prawda?

wtorek, 24 stycznia 2017

Ciężkie jest życie amerykańskiego prezydenta - cz. 2(od Zacharego Taylora do Stephena Clevelanda)

Dzisiaj postanowiłam kontynuować treść posta napisanego w dniu 21 stycznia 2017 roku, a który dotyczył najważniejszych dokonań pierwszych 11 prezydentów Stanów Zjednoczonych. A ponieważ sprawowanie tego urzędu nie skończyło się na Jamesie Polku, to przed nami sylwetki kolejnych 11 amerykańskich mocarzy(a wśród nich mój ulubiony Abraham Lincoln):
Zachary Taylor
Dwunastym prezydentem Ameryki był kandydat ugrupowania wigów - Zachary Taylor. Z powodu niedzieli został zaprzysiężony na ten urząd w dniu 5 marca 1849 roku(zawsze odbywało się to 4 marca, dlatego przez jeden dzień p.o. prezydenta był przewodniczący Senatu - David Rice Atchison). Musiał się zmierzyć z wieloma problemami, m.in. niewolnictwem. Na północy nasiliły się ruchy abolicjonistyczne, zaś na południu istniało niebezpieczeństwo buntu niewolnictwa. Taylor uregulował więc status Nowego Meksyku i Kalifornii, które zostały przyłączone do Stanów w 1850 roku. Obawiając się opowiedzenia się nowych stanów przeciw niewolnictwu, a tym samym zakłócenia dotychczasowej równowagi, prezydent ogłosił "Kompromis 1850 roku", który zastępował Kompromis Missouri(nowo przyjęte stany miały same decydować o wprowadzeniu lub zakazaniu niewolnictwa, jednak stany południowe miały mieć zagwarantowane utrzymanie statusu quo). Ponadto polityka prowadzona przez Taylora dążyła do zapewnienia Staną Zjednoczonym możliwości korzystania z trasy wodnej w Ameryce Środkowej, m.in. dzięki zawarciu traktatów handlowych z Nikaraguą, Gwatemalą i Hondurasem.
Millard Fillmore
Po szesnastu miesiącach urzędowania Taylora władzę w państwie objął inny przedstawiciel wigów - Millard Fillmore. Zaraz po objęciu urzędu zaaprobował „Kompromis 1850 roku”. Ponadto nowy prezydent zadbał o rozbudowę infrastruktury na Zachodzie, która zgrała się w czasie z szalejącą w Kalifornii gorączką złota. Wspierał też ustawy pocztowe obniżające opłaty, co wpłynęło pozytywnie na rozwój handlu. W drugiej połowie XIX wieku w Stanach Zjednoczonych wzrosło zainteresowanie Japonią(amerykańskie statki parowe wymagały uzupełnień węgla, kutry rybackie były znoszone przez prąd do Azji wschodniej, a także dlatego że szukano nowych rynków w tamtych rejonach). Fillmore był jak najbardziej za wysłaniem oficjalnej misji handlowej. Już w styczniu 1851 roku zgodził się na wysłanie floty do Japonii, po to, aby zawrzeć korzystny układ handlowy, uzyskać dostęp do minimum jednego portu dla statków handlowych oraz otrzymać zgodę na udzielanie pomocy rozbitkom amerykańskim i zaopatrywanie statków. Okręty dotarły na miejsce dwa lata później 8 lipca, zaś ekspedycja pod groźbą wojny wymusiła akceptację dla nieporównywalnych propozycji amerykańskich. Prezydent zawarł też traktaty handlowe z Kostaryką, Brazylią i Peru, poprawił stosunki z Meksykiem, kontynuował rozmowy z Nikaraguą w sprawie budowy kanału. Był przeciwny prowadzonym na Kubie ekspedycjom(m.in. w kwietniu 1852 roku odmówił podpisania trójstronnego porozumienia zainicjowanego przez Hiszpanię pomiędzy USA, Francją, a Anglią, które dotyczyło właśnie Kuby).
Franklin Piece
Na czternastego prezydenta wybrano wywodzącego się ze zgrupowania demokratów Franklina Pierce. Niemal od razu po objęcia prezydentury zajął się za rozwój infrastruktury(planował m.in. budowę transkontynentalnej trasy kolejowej mającej przebiegać na południu lub na północy kraju), postanowił też założyć kolejne dwa stany: Nebraskę i Kansas, co doprowadziło do licznych antagonizmów. W zakresie polityki zagranicznej Pierce musiał sobie poradzić z konfliktem z Wielką Brytanią dotyczące połowu ryb wokół Kanady. Negocjacje zakończyły się podpisaniem traktatu, który umożliwiał wolny połów ryb zarówno statków amerykańskich, jak i kanadyjskich, a dodatkowo umożliwiono wzajemną żeglugę na Rzece Świętego Wawrzyńca i jeziorze Michigan oraz obniżono cła protekcyjne. Pierce był zainteresowany też kupnem Kuby oraz Hawajów, do czego niestety nie doszło. Za czasu jego prezydentury wszedł również w życie Traktat z Kanagawy, który dotyczył stosunków handlowych i morskich z Japonią.
James Buchanan
Po czteroletniej kadencji Franklina Pierce, na piętnastego prezydenta wybrano Jamesa Buchanana - również demokratę. Największym wyzwaniem przed którym przyszło mu stanąć był problem niewolnictwa, który coraz bardziej dzielił stany północne od południowych. Ponieważ sympatyzował z ruchami proniewolniczymi wolał nie podejmować żadnych działał w tych kwestiach, zostawiając decyzję Sądowi Najwyższemu. Innym ważnym krokiem podczas piastowania przez niego urzędu była kwestia starającego się o przyjęcie do Unii terytorium stanu Utah. W 1857 roku zamieszkujący je mormoni, złożyli wizytę Buchananowi i zaprezentowali mu liczne skargi. W odpowiedzi prezydent mianował nowego gubernatora - Alfreda Cumminga, który zastąpił mormońskiego lidera Brighama Younga. Poskutkowało to walkami między zwolennikami jednego, a zwolennikami drugiego. Prezydent wysłał do Utah negocjatora, któremu udało się zażegnać konflikt. W zakresie polityki zagranicznej zainicjował rokowania w sprawie renegocjacji układu Claytona-Bulwera, pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią, które zakończyły się połowicznym sukcesem(Senat amerykański nie zgodził się na przekazanie Islas de la Bahia Hondurasowi, przez co rozmowy zostały zerwane). Podobnie jak jego poprzednicy, Buchanan zainteresowany był kupnem Kuby, jednak Kongres nie podzielał tego zainteresowania. Za jego prezydentury ratyfikowano układy handlowe z Japonią.
Abraham Lincoln
Na szesnastego prezydenta wybrano republikanina Abrahama Lincolna. W swoim przemówieniu inauguracyjnym zapowiedział, że będzie dążył do zachowania jedności kraju, a jednocześnie apelował do Konfederacji, aby powróciła do Unii. Oficjalnie nie wypowiadał się na temat niewolnictwa. Powołał rząd złożony z dawnych wigów oraz demokratów. Już na początku urzędowania zaproponowano mu zjednoczenie kraju za pomocą wojny z jednym z europejskich mocarstw, on jednak odrzucił tą propozycję. 12 kwietnia 1861 roku wojska konfederackie zaatakowały Fort Sumter znajdujący się w Karolinie Południowej i dwa dni później zajęły go, co jest uważane za początek wojny secesyjnej. Wkrótce Lincoln nakazał wojskom federalnym odzyskania zajętych fortów, a także wprowadził blokadę morską wobec statków Południa. Spowodowało to sprzeciw Anglii i Francji, które broniły swoich interesów handlowych. Także większość pozostałych europejskich stolic ogłosiła neutralność wobec walczących stron. Pod koniec 1862 roku Sąd Najwyższy orzekł, że wprowadzenie blokady było prawne i skutkowało stanem wojny domowej w kraju. W tym samym czasie prezydent był ostro krytykowany przez przeciwników wojny i Południowców. Podkreślał wówczas, że jego głównym celem nie jest walka z niewolnictwem, lecz walka o utrzymanie jedności kraju. Po powstrzymaniu działań ofensywnych w Północnej i Południowej Karolinie oraz Georgii, prezydent poruszył kwestię niewolnictwa w kontekście wojny. Nie chciał robić tego wcześniej, żeby nie rozdrażnić stanów przygranicznych, zachowujących niewolnictwo, ale nie dokonujących secesji. 22 lipca 1862 roku Lincoln przedstawił na posiedzeniu gabinetu wniosek o proklamacji zniesienia niewolnictwa, który został oficjalnie ogłoszony 22 września tegoż roku. Dekret prezydenta mówił, że wszyscy czarnoskórzy niewolnicy ze stanów walczących przeciw Unii będą wolni od 1 stycznia 1863 roku. Ponadto Lincoln osobiście angażował się w sprawy wojskowe i strategiczne.
Andrew Johnson
Po niespodziewanym zakończeniu kadencji przez Abrahama Lincolna, na jego następcę wybrano demokratę, Andrewa Johnsona. Nowy prezydent tuż po objęciu urzędu zdecydował się na kontynuację polityki swojego poprzednika. Nie zmienił też składu rządu. Powołał też sąd wojskowy mający sądzić zamachowców. Stopniowo znosił restrykcję wobec stanów południowych i ogłaszać amnestię dla buntowników, co nie spodobało się radykalnemu skrzydłu republikanów, a tym samym utworzyła się silna opozycja wobec prezydenta. Sytuację Johnsona dodatkowo pogorszyło weto wobec XIV poprawki do Konstytucji. Po wyborach do Kongresu w 1866, umocnieni radykalni republikanie, wysunęli propozycje wojskowej okupacji Południa, pozbawienia białych mieszkańców praw obywatelskich i całkowite uwolnienie czarnoskórych niewolników. Rok później radykałowie przegłosowali ustawę, wprowadzającą stan wojenny na terenach Konfederacji. Zawierała ona klauzulę pozbawiającą Johnsona stanowiska naczelnego dowódcy sił zbrojnych. Jednocześnie uchwalono ustawę, która zakazywała prezydentowi odwołania członka rządu, bez zgody Senatu. W sprawach zagranicznych Johnson zdawał się na zdanie sekretarza stanu, Williama Sewarda. Chciał uzyskać m.in. dostęp do Indii Zachodnich, toteż starał się o nabycie Wysp Dziewiczych, Hawajów oraz Santo Domingo. Po zakończeniu wojny secesyjnej z jego inicjatywy rozpoczęto też negocjacje w sprawie zakupu od Rosji Alaski. Chociaż układ podpisano 30 marca 1867, to prezydent zatwierdził go dopiero 28 maja, zaś Izba Reprezentantów zdecydowała się na wyłożenie wymaganej sumy przeszło rok później - 18 maja 1868 roku. Za czasów Johnsona nawiązano również stosunki dyplomatyczne z Chinami. Na mocy poprawki do układu z Tiensin z 1858 roku Stany Zjednoczone miały nie ingerować w integralność terytorialną  Chin, jak także oba kraje miały respektować prawa obywateli do zmiany przynależności państwowej.
Ulysses Grant
Podczas obejmowania urzędu prezydenta Ulysses Grant podkreślił, że chce jak najszybciej wprowadzić XV poprawkę do Konstytucji, która umożliwiałaby głosowanie czarnoskórym mieszkańców, odbudować zniszczonego wojną Południa oraz spłacić dług wojenny(wynosił on 400 milionów dolarów). Niestety, gabinet Granta był jednym z najbardziej skorumpowanych i niekompletnych w historii kraju. Powołani przez niego ludzie nie mieli odpowiednich kwalifikacji i otrzymali stanowiska głównie dzięki znajomości z Grantem. Głównym problemem pierwszej kadencji prezydenta była odbudowa Południa. Postawa prezydenta zmierzała do przyznania czarnoskórym mieszkańcom praw wyborczych oraz swobód obywatelskich. Spowodowało to ostre protesty, bunty i rozpoczęcie działalności Ku Klux Klanu. Wobec tego Grant wprowadził stan wojenny wszędzie tam, gdzie wymagała tego sytuacja. Usilnie zabiegał o zakup albo aneksję Santo Domingo, a także Dominikany, do czego jednak nie doszło. Pod koniec pierwszej kadencji Granta na Kubie wybuchła wojna dziesięcioletnia przeciw Hiszpanii. Amerykanie solidaryzowali się z ruchem wyzwoleńczym i domagali się wsparcia militarnego od rządu. Prezydent postanowił jednak ogłosić neutralność USA(miało to być odwetem za podobne działanie Hiszpanii wobec Konfederacji, w czasie wojny secesyjnej. Wkrótce zmienił jednak zdanie, co było krytykowane przez społeczeństwo. Grand podjął też kroki zmierzające do aneksji Hawajów - wznowił negocjacje, które w jego imieniu prowadził Hamilton Fish. Udało mu się m.in. podpisać układ handlowy, z klauzulą zapewniającą, że wyspy nie zostaną przekazane żadnego innemu mocarstwu. Kiedy w Europie toczyła się wojna francusko-pruska, w Ameryce dominowały nastroje propruskie. Chociaż Otto von Bismarck liczył na wsparcie Stanów Zjednoczonych, Fish zapewniał o neutralności kraju wobec stron walczących. Mimo tego prawo amerykańskie zezwalało na handel bronią prywatnym firmom, przez co znacznie się one wzbogaciły. Co więcej, po zwycięstwie Prus amerykański prezydent szybko uznał system republikański wprowadzony we Francji, a jednocześnie odmawiał Francji stanowiska mediatora z Prusami. Wkrótce na jaw wyszedł skandal nazywany "Whiskey Ring" - producenci alkoholu i urzędnicy Departamentu Skarbu otrzymywali nielegalne zyski z nieopodatkowanego alkoholu, które następnie częściowo zatrzymywali, a resztę przekazywali na fundusze Partii Republikańskiej. Chociaż Grant został informowany o sytuacji, jednak nie podjął żadnych kroków. Sprawa wyszła na jaw za pośrednictwem sekretarza skarbu Benjamina Bristowa, który oświadczył, że szef grupy Whiskey Ring, John McDonald wręczył łapówkę sekretarzowi prezydenta Oriville’owi Babcockowi, aby wstrzymać dochodzenie. Pomimo że Babcock został oskarżony i skazany, Grant nadal utrzymywał, że jest on niewinny.
Rutherford Hayes
Dziewiętnasty prezydent Ameryki, republikanin Rutherford Hayes, dowiedział się dzień przed terminem objęcia urzędu, czyli 3 marca 1877 roku. Jeszcze tego samego dnia wieczorem w Białym Domu złożył swoją przysięgę. Chcąc ograniczyć system łupów politycznych, 22 czerwca wydał zakaz by pracownicy administracji państwowej angażowali się w kampanie wyborcze czy uczestniczyli w zjazdach partii politycznych. Zaraz po objęciu prezydentury, Hayes wycofał wojska z Południa(doprowadziło do objęcia tam władzy przez demokratów i dyskryminacji rasowej czarnoskórych mieszkańców przez Ku Klux Klan, dodatkowo demokraci blokowali w Kongresie ustawy, zakazujące dyskryminacji rasowej na Południu).  W połowie 1877 roku prezydent stanął przed problemem masowych strajków pracowników kolei. Wobec próśb gubernatorów stanów wysłał do nich wojsko, żeby opanować protestujące tłumy. Zaostrzyło to tylko demonstracje, ponieważ opinia publiczna stała po stronie kolejarzy.  Wydarzenie to zapoczątkowało powstanie organizacji związkowych w Stanach Zjednoczonych(np. Międzynarodowego Związku Robotniczego). W sferze polityki zagranicznej Hayes zabiegał, aby mający powstać kanał międzyoceaniczny w Panamie, był pod wyłączną kontrolą Stanów Zjednoczonych. Jego budowę rozpoczął Francuz nazwiskiem Lesseps, który zwrócił się do rządu amerykańskiego o pomoc finansową. Hayes zaprotestował by kanał miał być kontrolowany przez jakiekolwiek państwo europejskie. Za kadencji dziewiętnastego amerykańskiego prezydenta do kraju przybyło wielu Chińczyków. Przyczyniło się to do licznych protestów i antyimigracyjnych nastrojów, zwłaszcza w zachodniej części kraju. Na prezydenta wywierano presję, aby podjął politykę zmierzającą do zmniejszenia napływu Chińczyków. Kongres powołał specjalną komisję, która opracowała raport. Na jego podstawie przyjęto antychińską ustawę „Fifteen Passenger Bill”(mówiącą, że statki amerykańskie mogą zabrać na swój pokład najwyżej 15 obywateli chińskich). Hayes zawetował ją i wysłał do Chin specjalną delegację. Celem misji było opracowanie nowej polityki imigracyjnej obu państw. Wynegocjowane porozumienie zezwalało na ograniczanie migracji chińskiej siły roboczej do USA, jednocześnie zakazując obywatelom Stanów Zjednoczonych eksportować do Chin opium.
James Garfield
James Garfield był jednym z najkrócej urzędujących prezydentów Stanów Zjednoczonych. Zaprzysiężono go na to stanowisko 4 marca 1881 roku, natomiast 19 września tego samego roku zginął zastrzelony przez zamachowca na dworcu kolejowym w Waszyngtonie. Dokonał tego niejaki Charles Guiteau, który wcześniej bezskutecznie zabiegał u prezydenta o stanowisko konsula we Francji. Prezydentura Garfielda była krótka, nie zdążył więc podjąć wielu inicjatyw. Kiedy w maju Clara Barton założyła Amerykański Czerwony Krzyż i zaproponowała by prezydent został jego przewodniczącym, ten odmówił twierdząc, że funkcja ta należy się wyłącznie założycielce. W czasie prezydentury Garfielda wyszedł na jaw skandal korupcyjny, dotyczący Departamentu Poczty. Dziennik "New York Times" ujawnił, że zawarł on kontakty na 4 miliony dolarów z politykami Partii Republikańskiej z zachodniego wybrzeża, w celu szybkiego dostarczenia tam poczty. Zdarzało się, że poczta była tam dostarczana tylko trzy razy w roku. Prezydent zdążył zażądać szybkiego ujawnienia i ukarania winnych, co przyczyniło się do reformy administracji państwowej.
Chester Arthur
Po przedwczesnym odejściu Jamesa Garfielda na jego miejsce wybrano republikanina Chestera Arthura. Zaraz po objęciu urzędu, zmienił skład całego swojego rządu, zachowując jedynie sekretarza wojny. Skandal w Departamencie Poczty, ujawniony za poprzedniej prezydentury, spowodował postawienia przed sądem wysokich urzędników. Tylko ci najniżsi rangą zostali skazani, nawet kiedy chodziło o względnie niegroźne przestępstwa. Doprowadziło to do reformy służby publicznej. Dokonała się ona dzięki tzw. ustawie Pendletona podpisanej przez Arthura na początku 1863 roku. Powoływała ona Komisję Służby Cywilnej, mającej nadzorować 10% pracowników administracji, sprawdzać kompetencje kandydatów do stanowisk państwowych i karać za nadużycia. Podczas jego prezydentury rząd miał spore nadwyżki w budżecie państwa. Arthur chciał wydatkować je na obniżenie podatków, spotkał się jednak z odrzuceniem tego projektu przez Kongres(suma summarum nadwyżkę spożytkowano na modernizację portów). W 1883 roku rozpoczęto rozbudowę floty wojennej, która trwała cztery lata. Rok po inicjatywie prezydenta powołano Akademię Marynarki Wojennej. Na czas kadencji Arthura przypadło zainteresowanie kolonizacji Afryki. Pomimo sprzeciwu wielu europejskich państw, Stany Zjednoczone uznawały działalność powołanego przez króla Belgii, Leopolda II, Międzynarodowego Towarzystwa Afrykańskiego, zajmującego się kolonizacją Konga i zawieraniem umów handlowych z miejscowymi wodzami plemiennymi. Arthur uważał, że zabezpieczy to interesy jego kraju. Działanie to doprowadziło do akceptacji Towarzystwa również przez kraje europejskie, chociaż obawiano się, że Kongo zostanie zawłaszczone w dużej mierze przez Stany Zjednoczone.
Stephen Grover Cleveland
Dwudziestym drugim prezydentem Ameryki wybrano demokratę, Stephena Grovera Clevelanda. Była to pierwsza część jego prezydentury. Od początku uważał, że główny kurs ustawodawczy powinien wyznaczać Kongres. Co ciekawe, on sam nie miał z nim dobrych stosunków, np. nie zgadzał się z jego ustawami i stosował wobec nich prawo weta. Usiłował zreformować administrację państwową poprzez wymianę ludzi w niej zatrudnionych. Starał się utrzymać pozycję Stanów Zjednoczonych na Hawajach(m.in. poprzez odnowę układu o wzajemności, który zawierał klauzurę dotyczącą portu Pearl Harbor). Na krótko przed objęciem prezydentury przez Clevelanda. w Berlinie miała miejsce konferencja dotycząca kolonizacji Konga. Udział USA wzbudził sprzeciw grup izolacjonistycznych, dlatego Cleveland jako prezydent nie przedłożył Senatowi sprawozdania z konferencji. Za jego pierwszej kadencji Francja podarowała Stanom Statuę Wolności, którą odsłonięto w 1888 roku. Kiedy w latach 1885 - 1889 dokonano reorganizacji i usprawnienia Departamentu Sił Morskich, prezydent zlecił budowę dużej ilości okrętów. Ich zadaniem miała być ekspansja terytorialna lub ochrona własnych statków handlowych.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Coś o odpowiedzialności za innych

Tydzień temu Polaków wstrząsnęła wiadomość o utonięciu 12-letniego Rafała na basenie, zaś jego rówieśnik, Dominik, w wyniku podtopienia, a przez to niedotlenienia mózgu, został wprowadzony w stan śpiączki farmaceutycznej. Chłopiec wraz z grupką innych dzieci przebywał na zimowisku zorganizowanym przez Urząd Gminy dla dzieci z biedniejszych rodzin. Szczęśliwy wypoczynek zakończył się tragedią dwóch rodzin i traumą kilkudziesięciu dzieci, na których oczach doszło do niej. Zaś ustalenia śledczych są przerażające - na obiekcie nie było żadnego ratownika, a jedynie osoba pełniąca jego obowiązki(której też nie było na miejscu). Dziwi, tym bardziej, że grupa nie weszła sobie ot tak, z ulicy, ale wcześniej była zgłoszona w ośrodku.
Pewnie nie zabierałabym głosu w tej sprawie, gdy nie dwa ważne fakty: znajomość obiektu oraz to, że sama jestem związana w jakimś stopniu z opieką nad "cudzymi" dziećmi.
Po pierwsze. Przez kilka ładnych lat trenowałam lekką atletykę w katowickim oddziale Stowarzyszenia Sportu i Rehabilitacji Niepełnosprawnych "START". W starych, dobrych czasach(czytaj okres gimnazjum + początek szkoły średniej) każdego roku jeździliśmy do Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Wiśle, należącego do centralnego Stowarzyszenia mieszczącego się w Warszawie. Tego samego, w którym doszło do tragedii. Wszyscy pływacy narzekali wtedy na brak warunków do trenowania. Bo o ile my, lekkoatleci mieliśmy wymarzone warunki do uprawiania swojej dyscypliny sportowej, o tyle oni musieli się zadowolić niewielkim basenem rekreacyjnym. Po godzinach korzystaliśmy z niego wszyscy. I wiecie co, nie przypominam sobie(a pamięć mam dobrą), abym kiedykolwiek widziała tam kogoś, kto przypominałby mi ratownika. Nie licząc naszych trenerów, rzecz jasna, którzy zdając sobie sprawę ze specyfiki pracy z dziećmi i młodzieżą niepełnosprawną porobiła wszelkie bardziej lub mniej potrzebne kursy. Ale przecież nie każda grupa odwiedzająca pływalnię będzie miała aż tak wykwalifikowaną kadrę! I tutaj nie można mieć do niej za to pretensji, bowiem zapewnienie ratownika na obiekcie pływackim należy do obowiązków właściciela tegoż obiektu! Zaś wykwalifikowany(!!!) ratownik powinien bez przerwy znajdować się na terenie pływalni. Nie za ścianą z szyby, nie w jakiejś przylegającej do pomieszczenia z basenem, ale przy basenie. Inaczej nie ma szans na w miarę szybkie zareagowanie na to, co się dzieje w wodzie. I nie chodzi tutaj tylko o pilnowanie grupek dziecięcych, ale nawet dorosłych. Tak naprawdę nawet doskonały pływak może się utopić - wystarczy, że zachłyśnie się wodą, czy nawet złapie go skurcz. Tak więc pamiętajmy, że jeżeli nie ma ratownika na terytorium basenu, lepiej zrezygnować z radosnego pluskania się w wodzie.
Ostatnie zdanie w szczególności odnosi się do dorosłych, zwłaszcza opiekunów i wychowawców dzieci i młodzieży. Sama się do nich zaliczam, więc doskonale wiem jaka to jest odpowiedzialność sprawować nad nimi opiekę. Tym bardziej, że z roku na rok zauważam, że maluchy są coraz bardziej przemądrzałe, coraz więcej wygadane i coraz częściej chcą postawić na swoim. Ale to są tylko dzieci i nikt nie ma obowiązku wymagać od nich strategicznego myślenia, które będzie uwzględniała skutki ich czynów. Od tego jesteśmy my, dorośli. Bardzo często jest to trudne, bardzo często możemy być zmęczeni ciągłym zwracaniem uwagi temu czy tamtemu. Ale nie zaprzestawajmy, np. widząc brak ratownika na basenie nie pozwalajmy wchodzić do niego dzieciom tylko po to, aby się wyszalały i były trochę grzeczniejsze. Ja wiem, że tak jest najprościej, sama niekiedy na sobotnim Oratorium mam wszystkiego dosyć i najchętniej zrobiłabym wszystko, aby pozbyć się niektórych gagatków. Najprościej nie zawsze idzie jednak w parze z bezpieczeństwem. Pamiętajmy o tym, nie tylko podczas pracy z dziećmi, ale w ogóle.
Dzisiaj odbył się pogrzeb Rafałka, przed którym przecież było całe życie. Nie chcę tutaj oceniać zachowania organizatorów zimowiska, wychowawców przebywających z dziećmi, czy też zarządu obiektu, w którym wydarzyła się tragedia - tym niech zajmą się osoby bardziej kompetentne, np. prokuratorzy. Chcę tylko przestrzec przed wieloma niebezpieczeństwami, które czekają na nas, a których możemy uniknąć zachowując pewien rozsądek i roztropność.

niedziela, 22 stycznia 2017

"Rozmawiaj z rodzicami, z osobami starszymi, ale zwłaszcza rozmawiaj z dziadkami. Jasne?"*

Pamiętam jak dziś ten wieczór, kiedy po całym dniu zwiedzania najpierw Kalisza, a następnie Lichenia udaliśmy się w tym drugim na spoczynek. Tak się złożyło, że przyszło mi dzielić pokój z pewną sympatyczną staruszką. Nawet za bardzo nie wiem, czy rozumiała to co mówię. Nieważne, ważne jest to, że ja rozumiałam, co ona mówi. A mówiła bardzo ciekawe historię z jej życia. Jedna szczególnie mnie wzruszyła, a za razem utkwiła w mojej pamięci. Zdarzyła się w czasie II wojny światowej, kiedy rodzice kilkunastoletniej Wirki(tak wołano na tą kobietę), już nie żyli ona sama zaś ukrywała się po wsiach u tak zwanych "dobrych ludzi". Czasami zostawała u nich na jedną noc, czasami na cały miesiąc. Pewnego razu udało jej się zatrzymać u pewnej rodziny na dłużej. Była to jedna z zubożałych dawnych rodzin szlacheckich, która jednak mieszkała jeszcze w swoim dworze. Młoda Wirka tak się zżyła z właścicielami, że mówiła do nich "mamo", "tato". Zresztą tak wydawało się być bezpiecznie. Pewnej nocy, kiedy wszyscy już spali, do środka wkroczyli oficerowie armii rosyjskiej. Szukali ukrywających się jeńców, a może czegoś jeszcze - staruszka po tylu latach już tego nie pamiętała. Pamiętała jednak jak właściciel posiadłość, zanim żołnierze wkroczyli do izb, kazał wszystkim się schronić w piwnicy na tyle dworu, jedynym murowanym pomieszczeniu. Był to ostatni raz, kiedy widzieli go żywego. Potem, siedząc już w ciasnej piwnicy, słyszeli już tylko serię strzałów. Kilka chwil po tym zdarzeniu oprawcy podpalili posiadłość. Nikt, kto tego nie przeżył nie jest sobie w stanie wyobrazić, co czuje osoba, znajdująca się w samym środku ogniowego piekła. Zewsząd dochodził gryzący dym i niesamowity smród, było duszno i nie dało się oddychać. W tak koszmarnych warunkach spędzili dwa dni. Ich strach był tak silny, że nikt, nawet małe dzieci, nie odważyły się pisnąć ani słowa. Na trzeci dzień wyszli z ukrycia. Okazało się, że stracili wszystko wraz ze zwierzętami, ale ocaleli to co najcenniejsze - własne życie.
Albo taki pan Henio. Pan Henio podczas drugiej wojny światowej walczył w Legionach. Zawsze w święta państwowe, czy też kościelne, zjawiał się na Mszy świętej w galowym mundurze. A potem, w drodze powrotnej do domu, opowiadał nam o tym jak jego oddział "skopał Ruskom tyłek". Ciekawe były te jego opowieści, dużo bardziej pasjonujące niż to, o czym uczyliśmy się na lekcjach historii.
W moim rodzinnym bloku mieszkała też pewna pani Halinka. Pani Halinka nosiła grube okulary oraz spódnice w kratę. Wychowała szóstkę dzieci. Przyjechała z Syberii, gdzie zesłano jej rodzinę w XIX wieku, tuż po zakończeniu wojny. Do Polski przybyła dosłownie z jedną torbą, w której spakowany był cały jej dobytek. Tutaj zamieszkała, ukończyła studia pedagogiczne, z czasem założyła rodzinę, potem przeprowadzili się z mężem do Zagłębia Dąbrowskiego. Kiedy mama wychodziła załatwić coś na mieście, zostawiała mnie właśnie u niej. Zawsze zadziwiała mnie opowieściami o trudach życia na dalekiej Syberii, a za razem o pięknie tamtejszego krajobrazu. Do dzisiaj pamiętam, chociaż minęło już ponad dwadzieścia lat od chwili, kiedy ją usłyszałam, historię o dziadku pani Halinki, który pracował w jednej z tamtejszych kopalni. W pewnym momencie wzrok mu się pogorszył tak, że orientował się już praktycznie tylko za pomocą słuchu w dodatku cierpiał na coś w rodzaju pylicy. Przeczuwał zbliżający się koniec. Miał jednak jedno marzenie - wyspowiadać się przed śmiercią. Niestety, w okolicy nie było katolickiej świątyni. Ba, tam gdzie oni mieszkali nie było nawet Polaków. Pewnego razu, pracując w kopalni, usłyszał polską mowę, która w dodatku wypowiadała słowa modlitwy. Poszedł za jego dźwiękiem. W końcu w słabym świetle dostrzegł jakąś postać. Od słowa do słowa doszedł do tego, że jest to polski ksiądz katolicki, który tak jak on został zesłany na Syberię. Niemal od razu się wyspowiadał. Tego samego dnia dziadek pani Halinki odszedł do wieczności. Parę godzin wcześniej zdążył jednak pojednać się z Najwyższym.
Albo taki pan Wojtek, który przeszedł w dzieciństwie przez piekło rozgrywające się w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Na wspomnienie "małych Żydziądek" idących na jego oczach "do kąpieli", z której nigdy nie wracali zawsze się wzdrygał. Albo takie jedzenie, na które składał się spleśniały czarny chleb, który i tak wszyscy sobie wyrywali z rąk. Do końca życia dbał o to, aby ani odrobinka tego podstawowego produktu się nie zmarnowała.
Chyba każdy z nas pamięta też wspomnienia papieża Jana Pawła II podczas kolejnych pielgrzymek do ojczyzny. Czy to o rodzinnych Wadowicach i dzieciństwie które w nich spędził, czy to o czasach studenckich na Uniwersytecie Jagiellońskim, czy o wojennej zawierusze, aż w końcu o swoim powołaniu kapłańskim - w każdej z opowieści można było znaleźć jakąś ciekawostkę. A my słuchaliśmy tych opowieści nie jak wierni kapłana, ale jak wnuczki swoich dziadków. Ileż w nich było przekazu historycznego? Ile ciekawych sytuacji.
Wspomniane przeze mnie postacie niestety już nie żyją. Przekazali jednak pewną historię, która miała miejsce w przeszłości. To co najbardziej z niej zapamiętali. Wiem, że w dzisiejszej dobie globalizacji takie wspomnienia z przeszłości mogą okazać się dla młodych po prostu nudne, ja jednak zachęcam każdego z Was, aby czasami oderwać się od dobrodziejstw współczesnej techniki i najzwyczajniej w świecie porozmawiać z nimi. Bo tak naprawdę "jeśli chcesz być nadzieją przyszłości musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci."**, a "jeśli zaś dziadkowie są już niebie, czy będziecie rozmawiać z osobami starszymi? Będziecie zadawać im pytania? Pytajcie ich, bo oni są mądrością narodu"***. 

W piątek podano termin kolejnych Światowych Dni Młodzieży, które tym razem odbędą się w znajdującej się po drugiej kuli ziemskiej Panamie. Młodzież spotka się z papieżem i wzajemnie ze sobą od 22 do 27 stycznia 2019 roku. Wiecie, że planuję tam się udać bez względu na wszystko, nawet na małą wiarę osób studiujących i wykładających na mojej uczelni(nota bene katolickiej). Mam nadzieję, że mi się to uda(już zbieram pieniądze, nawet Gosia wie w jaki "szalony" sposób hi, hi, hi!, nauka angielskiego też idzie pełną parą, planuję też od września zacząć uczyć się hiszpańskiego, wszak to urzędowy język Panamy). Tak więc możemy oficjalnie odliczać dwa lata, które dzielą młodzież od tego wspaniałego wydarzenia.

*, **, *** - cytaty pochodzą z przemówienia, jakie wygłosił papież Franciszek do wolontariuszy podczas spotkania na zakończenie XXXI Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w "Tauron Arena" 31 lipca 2016 roku