Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 28 lutego 2017

Podzielmy się naszym podatkiem

Jest taki żart, że w życiu są pewne dwie rzeczy: śmierć i podatki. Nie lubimy ich płacić, oj nie, zwłaszcza że uszczuplają nasze niejednokrotnie ciężko zarobione pieniądze. Ale z podatków wypłacane są pensje osób pracujących w tzw. "budżetówce", budowanych jest wiele instytucji użyteczności publicznej. Od wielu lat istnieje jednak możliwość przekazania 1% z płaconego przez siebie podatku na dowolny cel. Bardzo popularnym celem jest wpłata chociaż kilkudziesięciu groszy na konto w fundacji osoby potrzebującej środków finansowych na swoje leczenie bądź rehabilitację. Dlaczego to takie ważne, aby była to fundacja? Ponieważ mamy wtedy zagwarantowane, że pieniądze te zostaną prawidłowo spożytkowane. Bo to nie jest tak, że za nasze pieniądze ktoś jeździ sobie na zagraniczne wycieczki, czy też jada w ekskluzywnych restauracjach. Nawet nie kupują za nie ubrań, jak myśli sobie część niewtajemniczonego społeczeństwa. Pieniądze te idą na niezbędną, najczęściej prywatną rehabilitację(nie ukrywajmy, nasze państwo pod tym względem nie rozpieszcza potrzebujących osób), dodatkowe zabiegi usprawniające, sprzęt ortopedyczny i rehabilitacyjny, leczenie, turnusy rehabilitacyjne. Jednak aby dostać środki zgromadzone na koncie, najczęściej rodzice, chociaż i sami pełnoletni beneficjenci też, muszą przedstawić faktury, co ważne wystawione na fundacje, potwierdzające że tyle i tyle pieniędzy zostało wydanych, bądź jest potrzebne do danego zabiegu. Myślicie, że to wszystko jest takie proste? Gwarantuję Wam, że jesteście w dużym błędzie.
Osobiście nie mam konta w żadnej fundacji, ponieważ mam przeświadczenie, że jest mnóstwo osób bardziej potrzebujących ode mnie. Nie oznacza to jednak, że nie popieram tej akcji. Wręcz przeciwnie. Żałuję też, że w każdym roku można wskazać tylko jeden podmiot, który chce się wspomóc. Dlatego co roku mój 1% wędruje do kogoś innego. Ostatnio zrobiłam przegląd wśród blogów, na które wchodzę i pozwoliłam sobie skopiować umieszczone na nich apele o 1% podatków. Może ktoś z Was, kto jeszcze nie wie co zrobić ze swoim 1% podatku, zdecyduje się na przekazanie tej kwoty którejś z poniższych osób:
http://dzielnyfranek.blogspot.com/

http://gabrysmilkowski.blogspot.com

http://coukrzysia.blogspot.com/

http://swiatpewnejewy.blogspot.com/

http://anton2001.blog.onet.pl/

https://ignacowka2010.blogspot.com/

http://naratunekadasiowi.blogspot.com/

http://braciapetelczyc.blogspot.com/

http://martaimagda.blog.pl/

http://mojaagi.blog.onet.pl/

http://aftyka.blog.onet.pl/

http://preclowastrona.blox.pl/html

http://walecznyaleks.blogspot.com/

https://www.facebook.com/uratujdominika/
http://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2016/10/paluszek-i-gowka-to-zadna-wymowka.html

A tak w ogóle to czy do Was też zawitało już przedwiośnie? Bo u mnie na Górnym Śląsku od wczoraj pogoda jest tak piękna, że aż chce się wychodzić z domu

niedziela, 26 lutego 2017

Lubię góry

ZIMOWA GÓRSKA CISZA
Ośnieżone szczyty napawają nostalgią,
Skrzypiący pod butami śnieg
sprzyja cichej modlitwie,
Wydobywającej się z moich warg,
wraz z parą z ust przy każdym słowie.
Zaś zimne powietrze przy każdym wdechu
wiąże moje płuca, niczym sznur ręce skazańca.
Zmniejszając siły do dalszej wędrówki.
Ale ja kroczę,
nie poddaję się,
chcę wyjść na samą górę,
Która jest nie pierwszą i nie ostatnią
W moim życiu.

Wędrówki górskie lubiłam od zawsze. Czułam się tam bliżej Boga i natury. W albumach mam zdjęcia, w których jako kilkuletni brzdąc wspinam się na położony nieopodal Wadowic Leskowiec, tą samą górę, na którą w czasach swojego dzieciństwa wchodził sam Karol Wojtyła. Zresztą do dzisiaj lubię ją zdobywać. Potem po piątej klasie zostałam wytypowana przez szkołę do wyjazdu organizowanego przez miasto do Rabki. Tam razem z pełnosprawnymi rówieśnikami zdobywałam okoliczne szczyty. A potem były Bieszczady, Beskidy, Tatry. Moje ograniczenia ruchowe zdawały się nie istnieć. A może inaczej - istniały, ale nie przeszkadzały mi tak bardzo we zdobyciu każdego szczytu. Przez wiele lat jeździłam na zimowe obozy sportowe do Ośrodka Przygotowań Paraolimpijskich w Wiśle. Tam, jednym z punktów treningu, było wbiegnięcie na jeden z okolicznych szczytów Stożek(979 m.n.p.m.) i zbiegnięcie z powrotem do Ośrodka. W sumie około 15 kilometrów w obie strony, co dla ludzi z ograniczoną sprawnością stanowiło nie lada wyczyn. Oczywiście każdy biegł w swoim tempie, coby po drodze nie paść i nie potrzebować pomocy np. GOPR. Dzięki temu wszyscy przebiegli ten odcinek, chociaż potem do końca obozu nie mieliśmy na nic siły.
Wczoraj ponownie zawitałam do Wisły, tym razem nie z klubem sportowym, a z innymi wolontariuszami tegorocznych półkolonii w ramach zapłaty. I znowu przyszło zmierzyć mi się z moim ukochanym Stożkiem, tym razem jednak na spokojnie, bez żadnego pośpiechu. Po dziesięciu latach mogłam na nowo delektować się pięknem Stożka. Chociaż w mieście śnieg już stopniał, góry były pokryte jego obfitą czapą. Czyli czymś, co kocham najbardziej, bo przy każdym kroku słychać ten piękny, charakterystyczny dźwięk. Coś pięknego!
W dodatku towarzystwo było wyborne. Ksiądz ze złamaną ręką(biegał dla zdrowia podczas rekolekcji) i 14 młodzieży, żyjącej bardziej dla innych, niżby dla siebie samych. Było dużo śmiechu i zabawy. Zwłaszcza po  posiłku w jednych z lokalnych karczm. Jeżeli będziecie szukać jakiejś smacznej jadłodajni w Wiśle, to polecam Karczmę Drewutnia. Co prawda trooochę na uboczu(za to blisko słynnej Wisły-Malinki), ale za to ma smaczne jedzenie w miarę przystępnych cenach, co widać na zdjęciach obok. Naprawdę można było się najeść do syta. Cała karczma stylizowana jest na góralską nutę, w naszej izbie paliły się polana w kominku, co zapewniało nam względne ciepło. W dodatku mieliśmy całą salę tylko dla siebie, dzięki czemu po posiłku mogliśmy pograć sobie w "mafię". Wyeliminowanie księdza w pierwszej rundzie było boskie. Za to ja za każdym razem wytrwałam do końca. No, ale czy na prawdę wyglądam na kogoś, kto należałby do mafii: 
Jedyny widoczny dowód na to, że byłam na tej wycieczce
Karczma w całej swojej okazałości
Naprawdę moglibyśmy tak siedzieć do końca świata, ale przyszedł czas na powrót do domu. Zwłaszcza, że ostatni bezpośredni pociąg do naszego miasta był po 17. A przecież musieliśmy jeszcze do niego dojść. Trochę zmęczeni ruszyliśmy przed siebie. Nie wiem co sobie myśleli przechodnie, kiedy widzieli grupkę rozkrzyczanej młodzieży. W każdym razie ciekawie oglądali się za siebie. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na peron, na który wkrótce wtoczył się pociąg do Częstochowy. Grzecznie zapakowaliśmy się do środka i zajęliśmy miejsca. O ile podróż w jedną stronę upłynęła mi pod znakiem czytania:
o tyle w drodze powrotnej nastąpiła pełna integracja grupy i graliśmy np. w tabu, albo w "Jaka to melodia". Tutaj gratulacje dla współpodróżnych, że nas nie wyrzucili na pierwszej lepszej stacji, bo nasze śmiechy i chichy słychać było dosłownie w całym pociągu przez całe 2 godziny podróży. Po przyjeździe na stacje zaś zostałam podwieziona pod dom przez jednych znajomych. Sami z siebie mi to zaproponowali.
To był naprawdę wspaniały dzień. Szkoda, że tak rzadko mamy okazję gdzieś wyjechać jako wspólnota, pobyć razem, zintegrować się. Co prawda na początku kwietnia jest organizowany wyjazd na Misterium Męki Pańskiej do Krakowa, ale i one straciły swój dawny urok. Jeszcze 5 - 6 lat temu takie wyjazdy związane były ze zwiedzaniem miasta, czuło się tą jedność i wspólnotę. A teraz... teraz wszystko jest robione na szybko, byle tylko do McDonalda na hamburgera zdążyć. Wiecie, jako studentkę turystyki i rekreacji oraz turystyki religijnej drażni mnie takie zachowanie. Ale co ja mogę...
Mam też jedno postanowienie - jak zrobi się ciepło robić sobie wypady w góry. Wisła, Ustroń, Skoczów - to jest coś dla mnie!

czwartek, 23 lutego 2017

Raz, dwa, trzy, dziś czytany będziesz Ty!

Dzisiejszy post został zainspirowany innym postem mojej blogowej znajomej Kasi, o >>TYM<<. 
Pewnie niejeden z Was zauważył znaczek "+" przy niektórych linkach do innych blogów. Być może zastanawialiście się o co w tym chodzi. Nie, spokojnie, na nikim nie postawiłam przysłowiowego krzyżyka. Po prostu "+" przy blogu oznacza, że został on w całości przeze mnie przeczytany, a teraz mogę skupić się na współczesnych newsach.
Dziwicie się, dlaczego czytam całe blogi? Zawsze jak poznajemy nowe osoby staramy się jak najlepiej je poznać, dowiedzieć się czegoś o jej życiu, czy też pasjach. Przecież to takie oczywiste, prawda? Dlaczego więc z blogowymi znajomymi nie miałoby być inaczej? Blogi są pełne ciekawych informacji na temat prowadzących je osób. Można się od nich dowiedzieć, co dana osoba lubi robić, jeść, jakie filmy lubi, jakie ma zmartwienia, co ją danego dnia zdenerwowało, a co zaskoczyło. Dzięki blogom można stwierdzić, czy dana osoba jest roszczeniowo, czy przyjaźnie nastawiona do życia. Czy buduje swój światopogląd na własnych doświadczeniach, czy też na tym, czym karmią nas media. Poza tym blogi są jak książki - niektóre czyta się z przyjemnością, a innych czytanie wręcz boli. Ale ja i tak je czytam, bo przecież bloggerzy są różni. Pamiętam, jak czytałam cudze blogi jak jeszcze nie miałam swojego. I tak mi pozostało do dzisiaj.
A poniżej dowód na to, że naprawdę warto czytać cudze blogi od początku do końca. Jakiś czas temu Basia zapytała na swoim blogu o pewnego pana Józka. Tak się złożyło, że kojarzyłam nieco tą postać, ponieważ już w wakacje przewertowałam cały jej wspaniały i pełen radości życia blog. Nieśmiało odpowiedziałam, a wczoraj listonosz zostawił w mojej skrzynce paczkę z tak niezwykłą zawartością:
Anioł Miłości(chociaż ja w pierwszym momencie odczytałam "Anioł Michasiu"), tomik poezji, i coś dla ciała, czyli czekoladki. I jeszcze niezwykłe dedykacje... Basia naprawdę jest wyjątkową osobą. Co ciekawe, pamiętam jej post, w którym opisała projekt, w który zaangażowała jedną ze swoich uczennic, utalentowaną poetycko trzecioklasistki. Na blogu Basi została tylko przedstawiona próbka efektu końcowego. W niepozornym tomiku jest są za to wszystkie wiersze tych dwóch niezwykłych osób. Teraz czeka na przeczytanie. Tak jak obraz na powieszenie. Chociaż w sobotę mamy jechać z księżmi z naszej parafii do Wisły, wezmę sobie więc książeczkę do pociągu. O ile się nie pochoruję, bo wczoraj wieczorem chyba bolały mnie zatoki. Piszę "chyba", bo nigdy nie miałam tego typu problemów, więc mogę się mylić. 
Ja też mam coś dla Basi. Tylko muszę dokupić tusz...
Teraz też czytam jeden z Waszych blogów. Nie chcę zdradzać jaki, ale wiem, że bardzo ciekawy. Nie obawiajcie się - na każdego z Was przyjdzie pora. Tym bardziej, że wróciłam na zajęcia na uczelniach, co też ogranicza mnie czasowo. A przecież jeszcze na bieżąco czytam Wasze posty, staram się je komentować. No i realizowanie pasji i zainteresowań, powiedzmy pozainternetowych. Bo przecież nie tylko życiem w sieci człowiek żyje.

niedziela, 19 lutego 2017

Nikt nie jest nieśmiertelny

Co roku media donosiły o kolejnej rocznicy jej urodzin. Dwa tygodnie temu nie było inaczej. Chociaż w dowodzie osobistym miała wpisany 20 luty, to jednak tradycja i ona sama chciała, aby jej dniem przyjścia na świat był właśnie 6 luty. Dzięki temu wszystkie chyba stacje telewizyjne mówiły o kolejnych urodzinach legendy polskiego filmu. W reportażach pani Danuta Szaflarska przewijała się jako pełna wigoru i życia "babeczka". Widząc staruszkę w tak dobrej formie, mało kto mógł przypuszczać, że dwa tygodnie później odejdzie z tego świata.
102 lata, piękny wiek, prawda? Ludzie żyjący tak długo zdają się być nieśmiertelni. Przecież przekroczyli ten magiczny wiek, 100 lat. Ale przecież oni są zwykłymi ludźmi, tak jak ja i Ty. I oni też będą musieli kiedyś przekroczyć tą magiczną granicę życia i śmierci. Dla pani Danuty ten dzień nadszedł właśnie dzisiaj.
Pamiętam jak trzy lata temu do wieczności odeszła inna wybitna aktorka, Nina Andrycz. Miała 101 lat, dla mnie była prawdziwą rekordzistką, po Irenie Kwiatkowskiej, która zmarła w marcu 2011 roku, półtora roku przed setnymi urodzinami. Ale to jednak widok  pani Szaflarskiej napawał mnie błogim spokojem. Może to zasługa tego, że w młodości była łączniczką w Powstaniu Warszawskim? Tacy ludzie zawsze mi imponowali. A może to przez te zmarszczki, które nadawały staruszce uroku. Bo wiecie, paradoksalnie nawet zmarszczki potrafią być czasami piękne. W dodatku do końca urzekała mnie tą swoją skromnością, pomimo tych wszystkich ról, które zagrała. Zresztą przeczytajcie proszę cytat na zamieszczonym obrazku. Czyż nie jest piękny, mimo swojej prostoty, a za razem prawdziwy?
Teraz pani Danuta będzie cieszyć samego Boga, grając na jego niebiańskiej scenie.

A ja jutro wracam na uczelniane tory - w tym tygodniu na AWF, a za tydzień na Papieski. Jeju, to już ostatni semestr. Nawet nie wiem, kiedy poprzednie minęły. Ten czas tak szybko leci... Jeszcze tylko kilka miesięcy i obrona. Myślicie, że się nie boję? Boję się jak nie wiem co! Ale z drugiej strony, do odważnych świat należy!

sobota, 18 lutego 2017

Matematyka wcale nie musi być passe


Dzisiaj na Oratorium zajęcia wyglądały podobnie. Tylko w trochę łatwiejszej wersji, bo jednak do nas na zajęcia przychodzą trochę młodsze dzieci niż uczestnicy tego teleturnieju. Chociaż dzieciaki tak dobrze radziły sobie z tym zadaniem, że mam wrażenie iż z powyższymi działaniami też poradziliby sobie bez większych problemów. Kto by pomyślał, że jeden z moich ulubionych teleturniejów z dzieciństwa okaże się po latach wspaniałą inspiracją na ciekawe zajęcia z najmłodszymi? Pamiętam jak w 1996(a może 1997?) roku sobotnie wieczory należały do mnie. Najpierw od 18:00 był godzinny blok bajek na "Canale+", a potem... Potem podekscytowany zerówkowicz musiał mieć zmieniony kanał na TVP2, gdzie szły właśnie owe "Szalone liczby". Przez blisko półgodziny w mieszkaniu panowała niesamowita cisza, ja zaś starałam się wraz z dużo starszymi ode mnie "kolegami" rozwiązywać zadania. Rzecz jasna z marnym rezultatem, wszak dopiero poznawałam magiczny świat liczb. Myślicie, że zrażało mnie to, że moja odpowiedź różniła się od prawidłowych? Skąd, przecież dla mnie była to tylko zabawa. Z tym, że potem matematyka była moim ukochanym przedmiotem. Co z tego, że do dzisiaj nie potrafię posługiwać się takim cyrklem, czy też ekierką? Przecież matematyka nie kończy się, ani nie zaczyna, na geometrii. Jest przecież tyle innych działów, do których umiejętności geometryczne nie są niezbędne. A logiczne myślenie zawsze może się przydać.
Planuję jeszcze wprowadzić kilka ciekawych sposobów na polubienie matematyki. Oczywiście w formie zabawy, wszak Oratorium to nie szkoła. No i nie chodzi mi o "wyhodowanie" olimpijczyków, bo prędzej zrażę dzieciaki do tej dziedziny nauki. Ja tylko chcę, żeby nie mieli z nią problemów.
Myślicie, że moja ulubiona matematyczka byłaby ze mnie dumna? Dzisiaj znowu mi się śniła...

piątek, 17 lutego 2017

"Brzydal" - kot z pięknym wnętrzem

Rok temu na forum, na którym się udzielam, pewien użytkownik wrzucił tekst dotyczący pewnego odrażającego kota, który skrywał piękne wnętrze. Nie jestem wzruśna, bardzo ciężko doprowadzić mnie do łez. Ale tamto opowiadanie... tamto opowiadanie sprawiło, że nie przespałam pół nocy. Nazajutrz włączyłam komputer i w wyszukiwarkę wpisałam odpowiednią frazę. W odpowiedzi ujrzałam kilka podstron zawierających dwie bardzo podobne wersje tego tekstu. Dzisiaj, z okazji Światowego Dnia Kota, postanowiłam przedstawić Wam pierwszą z nich. Tylko ostrzegam - jest ono dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach. Jeżeli takich nie posiadacie, to macie właściwie trzy wyjścia:
  1. Zamknąć tą stronę i poczekać na kolejny wpis;
  2. Przewinąć wpis do mojej puenty, znajdującej się na jego końca;
  3. Zaopatrzyć się w kilka paczek chusteczek higienicznych(jeżeli ja już płaczę, to musi coś być na rzeczy)
Decyzja należy do Ciebie!😂

Wszyscy ludzie bali się dotknąć tego kota, wtedy on go wziął na ręce i stało się coś niesamowitego
Wzruszająca historia mężczyzny, który spotkał na swojej drodze pewnego bezpańskiego kota.

"Każdy w naszym bloku wiedział kim był Brzydal. Brzydal był dachowcem mieszkającym w piwnicy.

Brzydal nade wszystko kochał trzy rzeczy: walczyć, wyjadać ze śmietnika oraz, że tak powiem, miłość. Połączenie tych trzech rzeczy oraz życia na ulicy wyryło swoje piętno na Brzydalu.

Po pierwsze miał tylko jedno oko, a tam gdzie powinno być drugie była dziura. Nie miał również jednego ucha po tej samej stronie. Jego lewa noga wyglądała jakby kiedyś doznała poważnego złamania i zrosła się pod nietypowym kątem przez co zawsze wyglądał jakby zaraz miał zawrócić. Jego ogon został zgubiony dawno temu, pozostawiając tylko mały kitek, który był w ciągłym ruchu. Brzydal był koloru szarego i miał pręgi na całym ciele oprócz blizn na głowie.

Za każdym razem, gdy ktoś widział Brzydala, natychmiast stwierdzał: "Co za brzydki kot!". Wszystkim dzieciom w okolicy rodzice zalecili, by nie zbliżały się do niego. Dorośli natomiast przeganiali go, gdy próbował przyjść do ich domu. Robili to albo rzucając w niego kamieniami albo polewając go wodą. Niektórzy nawet zatrzaskiwali mu łapy drzwiami.

Brzydal zawsze reagował w ten sam sposób. Gdy polewano go wodą stał i moknąc czekał, aż dadzą mu spokój. Gdy w niego czymś rzucano, on kładł się na ziemi i prosił o wybaczenie. Gdy zakradał się w pobliże dzieci zawsze miauczał okropnie i skakał na nie, prosząc o chociaż odrobinę uczucia. Jeśli ktoś by go podniósł, natychmiast zacząłby lizać koszulę, kolczyki lub cokolwiek, co mógłby znaleźć.

Pewnego dnia Brzydal postanowił obdarować miłością dwa husky, które mieszkały u sąsiada. Jednak psy nie odwzajemniły jego uczucia, a Brzydal mocno oberwał. Usłyszałem jego przeraźliwy krzyk i postanowiłem zobaczyć co się stało. Niestety gdy dotarłem na miejsce dotarło do mnie, że jego żywot dobiegał końca.

Brzydal leżał w mokrej plamie, jego tylnie łapy były okropnie wygięte, a z przodu zamiast futra była ogromna rana. Podniosłem go i chciałem zanieść do domu, słyszałem jego ziajanie i dyszenie. Widziałem że się męczy. Pomyślałem, że musi go strasznie boleć.

Poczułem coś mokrego na uchu. Brzydal zwijał się z bólu, jednak próbował polizać mnie po uchu. Przytuliłem go mocniej, a on musnął mnie łapką po twarzy, a następnie odwrócił swoje złotawe oko i popatrzył na mnie. Usłyszałem bardzo słaby odgłos mruczenia. Nawet w chwili największego bólu, ten brzydki, pokryty bliznami kot prosił tylko o odrobinę uczucia, być może współczucia.

W tym momencie Brzydal wydał mi się najpiękniejszym, najbardziej kochającym stworzeniem jakie kiedykolwiek widziałem. Nie próbował mnie ugryźć, podrapać, uciec ode mnie lub w jakikolwiek inny sposób walczyć. Patrzył na mnie, wierząc, że go uratuję..

Brzydal zmarł w moich ramionach, zanim doszedłem do domu. Siedziałem z nim jeszcze dłuższą chwilę, myśląc o tym, jak jego zdeformowane, usłane bliznami ciało tak bardzo zniekształciło moją opinię o tym, co naprawdę znaczy mieć czyste serce i kochać prawdziwie i bezgranicznie. Brzydal nauczył mnie więcej na temat dawania i współczucia niż tysiące książek, wykładów lub programów telewizyjnych razem wziętych. Za to zawsze będę mu wdzięczny. Miał masę blizn na zewnątrz, jednak to ja miałem bliznę wewnątrz, a to był moment w którym miałem to pokonać i iść dalej. Dać pełnie siebie tym, na których mi zależy.

Ludzie chcą być bogatsi, odnosić więcej sukcesów, pragną być lubianymi, pięknymi.. Jednak ja zawsze będę próbował być Brzydalem."

Myślicie, że naprawdę "umie" czytać?*
No i obiecana puenta. Nie od dzisiaj wiadomo, że w świadomości wielu ludzi, kot jest zwierzęciem fałszywym, leniwym, bezuczuciowym, brudnym i śmierdzącym. Często kopany przez wściekłych właścicieli, szarpany za ogon i futerko, ciągnięty za ogon, bo przecież głupie bydle i tak nic nie rozumie. Tymczasem ja od trzech lat mam takiego mruczka w swoim mieszkaniu. I mogę powiedzieć jedno - koty to wspaniałe, mądre i uczuciowe stworzenia. Nauczony bez wpadki załatwia się do kuwety, nie niszczy też mebli. Nie jest żadnym rasowcem, który wygrywałby wszystkie pokazy i konkursy. Jest zwyczajnym dachowcem uwielbiającym wygrzewanie się w cieple lipcowego słonka oraz obserwującym z ciekawością ptaki lecące po drugiej stronie szyby. Wie gdzie mieszka i jak otworzyć sobie drzwi(oczywiście kiedy nie są zamknięte na klucz, chociaż skłonna jestem uwierzyć w to, że i tą umiejętność Puśka potrafiłaby opanować😀). Kiedy sobie przypomnę rozpaczliwy ton głosu mojego znajomego jeszcze z czasów gimnazjum, który z nadzieją pyta mi się czy nie przygarnę kocięcia, od razu wiem, że była to dobra decyzja. Raz, ocaliłam maluchowi życie(rodzice J. chcieli się pozbyć maleństwa poprzez utopienie w rzece), dwa - wniósł tyle radości do mojego życie, co niejeden człowiek. To nie prawda, że koty nic nie rozumieją, że są głupie. One są niesamowicie mądre. Tylko my, pozornie inteligentni ludzie, nie do końca potrafimy to dostrzec. Pamiętajmy o tym, nie tylko w dniu święta naszych mruczków.

* Basiu, takiego czytelnika chyba jeszcze nie miałaś

wtorek, 14 lutego 2017

Boża Walentynka

Nie jesteś księciem z bajki,
ani szarmanckim rycerzem.
Nie dasz mi pierścienia z brylantem,
ani najdroższej kolii.
Ale wiem, że mnie kochasz.
Najbardziej, jak tylko można!
Goręcej niż potrafi człowiek!
Dłużej, niż najlepszy kochanek!
A ja?
Czymże mam Ci się Boże odwdzięczyć 
za Twą nieskazitelną miłość?

Powyższym wierszem witam Was w ten zimowy, walentynkowy poranek. Nie wiem jak jest u Was, ale u mnie mimo tego, że śnieg już stopniał, jest bardzo zimno. Na sznurkach na pranie siedzi skulona  para wróbli. Jak byłam jeszcze dzieckiem, wyobrażałam sobie, że zwierzęta żyją tak samo jak my - że w dziuplach lub gniazdach mają tak samo umeblowane mieszkania, że chodzą do pracy i szkoły, że oglądają telewizor. Zaś te, które widać na naszych parapetach są po prostu bezdomne. Oczywiście wiem, że tak nie jest, mimo wszystko czasami przyjemnie jest upersonifikować zwierzęta, nadając im cech ludzkich.

Powyższy wiersz został zainspirowany akcją na facebooku zatytułowaną "Walentynka dla Jezusa". Wciągnęła mnie do niego moja koleżanka z roku na Papieskim. Tak sobie pomyślałam, że tyle osób wyznaje sobie dzisiaj miłość, idzie na kolację, daje laurki. Ale czy ktoś odwdzięczy się za pokłady miłości, jakie wysyła do nas Bóg? Tyle samotnych osób będzie dzisiaj wzdychać, że to święto jest do bani, że to tylko udawanie miłości, że oni są w tym wszystkim najbardziej pokrzywdzeni. Tymczasem nie zdają sobie sprawy z tego, że Bóg darzy nas nieskazitelną i autentyczną miłością, zaś prawie 2000 lat temu otrzymaliśmy najpiękniejszą walentynkę, która przyćmiła wszystkie współczesne walentynki: ten wielki dar samego Boga - to Chrystus, Syn Jego. I cała ludzkość odnowiona i w nim wybawiona! Pamiętajmy o tym, kiedy z zazdrością będziemy spoglądać w stronę zakochanych par! 

Jeszcze na koniec taka mała prywata: pewien uroczy, ciężko chory chłopiec kończy dzisiaj trzeci rok życia. Wielu z nas ma konto na facebooku. Nie proszę o wiele, ale o wejście na poniższy profil i napisanie kilku słów życzeń -> https://www.facebook.com/Krzy%C5%9B-Zieli%C5%84ski-1456413144623564/. To tak niewiele, a za pewne ucieszy Krzysia bardziej, niż niejedna walentynka. Tym bardziej, że, jak widać to po zdjęciach, to słodziak nad słodziaki! A historię chłopca bliżej można poznać czytając jego fanpage oraz bloga -> http://coukrzysia.blogspot.com.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Dzień skupienia u sąsiadów i inne oratoryjne sprawy

Plakat made in Lolek
W naszej diecezji sosnowieckiej są dwie parafie, w których posługują księża salezjanie. Jedna jest u nas, a druga w Sosnowcu. Na co dzień nie utrzymujemy ze sobą kontaktów, ale na wczoraj zostaliśmy zaproszeni na dzień skupienia dla animatorów salezjańskich, które organizowali. Co nieci na ten temat możecie przeczytać tutaj -> http://www.wiadomosci24.pl/artykul/dzien_skupienia_dla_animatorow_salezjanskich_w_sosnowcu_359005.html. Przy okazji wyszło wiele spraw związanych z funkcjonowaniem naszego Oratorium i wyszło, że chcemy je pomalować(będzie jak ulał na 10 lecie funkcjonowania wspólnoty), odnowić, chcemy mieć "swoją" jedną Mszę w miesiącu, jakieś spotkania formacyjne i w ogóle planujemy zorganizowanie podobnego spotkania u nas. Coś też przeburkujemy o organizacji akademii na 2 kwietnia, ale to się zobaczy. W sumie to jesteśmy tak zdeterminowani, że w razie sprzeciwu gotowi jesteśmy przybić kartkę z naszymi postulatami do drzwi kościoła, tudzież Oratorium. A co, taki Luter mógł, to dlaczego my mielibyśmy być gorsi? Czemu mamy wiecznie drzeć koty ze scholą o salkę, skoro po wyremontowaniu piwnicy możemy mieć swoje własne pomieszczenia, jak w starych, dobrych czasach? Bo tak naprawdę wszystko jest do wykonania przy odrobinie silnej woli. No i chęci. Zastanawia mnie tylko jedno - kto z animatorów zostanie w Oratorium, kiedy ksiądz J. zostanie przeniesiony na inną placówkę. Bo ja już dzisiaj słyszę jęki, że to nie będzie to samo. Ok, ale jakby nie patrzeć, to już 3 kierownik Oratorium za mojej kadencji. I jakoś po żadnym nie powiedziałam: "Idę stąd, bo to nie jest ksiądz...". No, ale ja to ja.
Ostatnio zgłosiłam się do zrobienia plakatu informującego o zajęciach w naszym Oratorium. Oczywiście od razu pojawiły się ale co do tego pomysłu, ale w końcu udało mi się przekonać innych, że dam radę. Kombinowałam, myślałam, szkicowałam "na brudno" i w efekcie wyszło mi coś takiego, co widzicie po prawej stronie. Wysłałam projekt na konwersację grupową na facebook, ale na razie nie ma.

piątek, 10 lutego 2017

Całkiem inne poznawanie świata

Pamiętacie taki motyw z szkoły, kiedy przybywszy do jakiegoś muzeum otrzymywało się dużo za duże buty, musiano się uważnie słuchać przynudzającego przewodnika opowiadającego o mało ciekawiących Was rzeczach, a już broń boże czegoś dotykać, bo wtedy popełniało się niesamowity grzech śmiertelny. Wbrew pozorom nie było to znowu tak dawno temu - pamiętam jak w trzeciej klasie liceum(czyli gdzieś z 8 lat temu) byliśmy obejrzeć chałupę, w której miało miejsce okraszone sławą wesele, na którą miał być sam Stanisław Wyspiański. Domek wiekowy, toteż drewniana podłoga skrzypiała niemiłosiernie. Tak się akurat złożyło, że w mojej klasie był typowy wesołek, który specjalnie chodził tak, aby było jak najwięcej hałasu. Przy okazji był miłośnikiem białej broni, a że nad jednym z łóżek wisiała szabelka, to postanowił ją sobie obejrzeć z bliska... I w sumie na tym zakończyło się zwiedzanie chatynki, bo wylecieliśmy z niej z hukiem i wilczym biletem, zaś polonistka zapowiedziała nam, że już z nią nigdy nigdzie nie pojedziemy. I wiecie że nawet dotrzymała słowa? Na szczęście dla nas był to już finisz naszej edukacji, i w sumie niewiele straciliśmy.
Jak wiecie, albo i nie wiecie, bo np. dopiero trafiliście w moje skromne progi, we wrześniu ubiegłego roku zagnało mnie do Londynu. W planach przewidziane było zwiedzenie wielu londyńskich muzeów, takich jak np. British Muzeum, Muzeum Historii Naturalnej, czy też Muzeum Nauki i Techniki. Mając w pamięci zdarzenie sprzed lat trochę sceptycznie do tego wszystkiego podeszłam. No, ale skoro taki jest program, to z drugiej strony szkoda nie skorzystać.
Któż z nas nie słyszał podczas lekcji historii o słynnym kamieniu z Rosetty, który stanowił podstawę do odczytania pisma egipskiego? Albo o legendarnym Kodeksie Hammurabiego ze słynnym "oko za oko, ząb za ząb"(chociaż w oryginale brzmi to o wiele bardziej drastycznie)? A może chcielibyście zobaczyć zwłoki ludzkie, które dzięki odpowiedniemu procesowi balsamowania zachowały się po dzień dzisiejszy? No to zapraszam do British Muzeum, gdzie zobaczycie najważniejsze zabytki starożytności. Nawet ja, która z historią, zwłaszcza tą najdawniejszą, zawsze byłam na bakier(co prawda zawsze miałam 5 na świadectwach, ale nie oszukujmy się, że przez te kilka lat nie zdążyłyśmy się ze sobą zaprzyjaźnić), w niektórych miejscach musiałam przyznać wyższość tego, co było kilka tysięcy lat przed nami. British Muzeum to naprawdę doskonała pozycja dla miłośników starożytności.
Któż nie kojarzy słynnego szkieletu dinozaura, który ożywał podczas filmu "Noc w muzeum"? Po dzień dzisiejszy stoi dumnie w holu Muzeum Historii Naturalnej i cierpliwie pozuje do zdjęć z kolejnymi turystami. Zresztą, żeby tradycji stało się zadość...:
Ale przecież na szkielecie dinozaura, który zrobił karierę naukową, muzeum się nie kończy. Jest to bowiem fantastyczne połączenie wszystkiego, co można określić mianem "przyroda". Chcesz zobaczyć zwierzęta, również te wymarłe w naturalnych rozmiarach? Proszę Cię bardzo, wystarczy wejść do odpowiednio oznaczonego działu.
Mnie bardzo zaskoczyło, na plus, takie coś:
video 
Niezłe, prawda? Jednak muzeum nie opiera się tylko na florze. Można na przykład wjechać schodami ruchomymi do wnętrza Ziemi, poznając poszczególne jej warstwy:
Albo zbadać dogłębnie mechanizm wybuchu wulkanów. Albo przyjrzeć się wszystkim znanym skałom i minerałom jakie występują na ziemi. Dla mnie jednak prawdziwym hitem była symulacja trzęsienia ziemi za pomocą zwyczajnej platformy. Naprawdę, działa nie tylko na ludzką wyobraźnię, ale i na... błędnik!
Z premedytacją polecam to miejsce każdemu, ponieważ Muzeum Historii Naturalnej ma tak szeroką ofertę, że zarówno kilkulatek, jak i kilku dziesięciolatek znajdzie w nim coś dla siebie!
Kolejnym zwiedzonym przez nas brytyjskim muzeum było Muzeum Nauki i Techniki. No, tutaj przeżyłam małe rozczarowanie, bo oczekiwałam czegoś więcej. Aczkolwiek dział poświęcony kosmosowi był niczego sobie...
No i na koniec zostało mi przedstawić Wam Muzeum Viktorii i Alberta, czyli moda i kultury innych nacji... Podobało mi się podzielenie wszystkiego na działy. Dzięki temu można wybrać to, co człowieka naprawdę interesuje. Podobnie jak w przypadku Muzeum Historii Naturalnej(z którego najchętniej wcale bym nie wychodziła), fizycznie nie ma możliwości zwiedzenia go w ciągu kilku godzin. Co mnie najbardziej ciekawi? Judaizm, życie na Syberii, moją uwagę przykuły też meble z XVIII wieku. W sumie dosyć specyficzne mam zainteresowania...
A teraz małe podsumowanko - nikt u wejścia do muzeów nie kazał zakładać nam tych okropnych kapci, nikt nie nakazywał nam zwiedzania w określonej kolejności, nikt nie nadawał tempa. Można było zwiedzać co się chce, kiedy i w dowolnym tempie. Wiele eksponatów można dotknąć, obrócić, zobaczyć ze wszystkich stron. Jedynym ograniczeniem mógł być jedynie język. Przystosowanie do osób niepełnosprawnych też nie jest na najgorszym poziomie, w większości budynków są windy i podjazdy, chociaż do takiego wnętrza Ziemi osoba na wózku już nie wjedzie. Muzea w Londynie są darmowe(przynajmniej trzy ostatnie), można do nich wejść z ulicy. Trzeba jednak nastawić się na odstanie swojego, ponieważ często przebywają w nich dzieciaki w ramach zajęć lekcyjnych. Ale nie dziwię się, bo i ja bym chętnie zamieniła nudne podręczniki na lekcje w terenie... Tylko chyba wtedy minister edukacji ścigałby mnie za ten pomysł listem gończym.

środa, 8 lutego 2017

A może czas wrócić do formy?

Witam Was w przerwie pomiędzy kolejnymi zajęciami, a raczej zaliczeniami! Bardzo się cieszę z Waszej obecności, komentarzy, z kolejnej zawiązanej znajomości z jakimś ciekawym bloggerem, z każdego nowego obserwatora bloga. Zawsze przed napisaniem komentarza z zaproszeniem w moje skromne progi zastanawiam się, czy mój blog spodoba się danej osobie? Przecież ona pisze tak ciekawe zdania, wrzuca tak przepiękne zdjęcia, robi tak ciekawe rzeczy. A ja? Wszak wiodę zwyczajne życie. Chociaż ostatni komentarz napisany przez Basię(nie wiem czemu się dziwię, przecież ja też często myślę o ludziach, którzy prowadzą blogi) sprawił, że nabrałam przekonania co do tego, że codzienność osoby niepełnosprawnej również może budzić zainteresowanie w blogosferze. Wiem za razem, że moje jest trochę bardziej aktywne, niż mogłoby się wydawać. Miło mi też z tego powodu, że podobają Wam się moje wiersze - ja tam zawsze jestem krytyczna wobec siebie i uważam, że mogłyby być lepsze! Ale ja zawsze tak mam - nawet na konkursy wysyłam prace, z których nie do końca jestem zadowolona, a potem okazuje się, że komuś się one podobają. Przyznam się bez bicia, że długo zastanawiałam się, czy opublikować je tutaj. Ale teraz wiem, że to wcale nie był taki zły pomysł.
Ostatnio coraz częściej zastanawiać się, czy nie wrócić do tego, co kiedyś tak bardzo lubiłam, czyli do sportu. Przez blisko 14 lat moje życie toczyło się wokół trenowania lekkiej atletyki, przez jakieś 2 lata łączyłam je z treningami pływania. Najpierw po lekcjach w szkole, a potem po zajęciach na uczelni biegłam na bieżnię lub basen, gdzie odbywały się zajęcia. Z większymi lub mniejszymi sukcesami, ale jednak. Tak naprawdę nie chodzi w tym wszystkim o miejsca, medale, chociaż człowieka cieszyło, kiedy nie wracał z zawodów z pustymi rękami, ale o coś więcej. 
Wiadomo, że w naszym kraju na wiele rzeczy związanych ze zdrowiem trzeba czekać miesiącami. Na rehabilitację również. Ostatnio jak byłam zapisać się do poradni rehabilitacyjnej mieszczącej się przy szpitalu w lutym, tak dostałam termin na sierpień. Limity są nieubłagane, a potrzebujących niestety nie ubywa. Oczywiście pewnym rozwiązaniem byłaby prywatna rehabilitacja, trudno jednak o niej mówić, kiedy ma się dochody poniżej średniej krajowej. Subkonta w żadnej fundacji nie posiadam - zawsze tłumaczę się tym, że jest masa bardziej potrzebujących ode mnie osób. 
Nie od dzisiaj też wiadomo, że najlepszym lekarstwem na mózgowe porażenie dziecięce jest właśnie rehabilitacja, najlepiej stała, a nie odbywająca się średnio raz w miesiącu przez dwa tygodnie. Mam niby w domu rowerek rehabilitacyjny, ale ileż można pedałować w czterech ścianach własnego mieszkania? Dlatego myślę na poważnie o powrocie do sportu, co w jakimś stopniu zrekompensowałoby mi moje rehabilitacyjne braki. Co prawda to nie to samo, a jednak już coś! 
Półtora roku temu zrezygnowałam ze sportu ze względu na podjęcie drugiego kierunku studiów w odległym Krakowie. Naprawdę, plan zajęć miałam tak ułożony, że nie dałabym rady pogodzić tego wszystkiego. Teraz jestem na finiszu studiów, zarówno na AWFie, jak i na Uniwersytecie Papieskim. Są już wstępne plany na przyszły semestr. I muszę powiedzieć, że jeżeli nic się za bardzo nie pozmienia, to w poniedziałki i piątki spokojnie dam radę chodzić na treningi z lekkiej. Sprawdzałam już terminy na stronce klubu - są w te dni, oraz w środy, w godzinach od 18:00 do 20:00. Byłoby to wspaniałe zakończenie dnia.

A teraz mykam zobaczyć co tam u Was nowego. Trzymajcie się cieplutko!

niedziela, 5 lutego 2017

Artykuły na wiadomości24 + ciężkie jest życie amerykańskiego prezydenta - cz. 3(od Benjamina Harrisona do Harry'ego Trumana)

Będąca w toku sesja sprawia, że brakuje mi czasu dosłownie na wszystko, łącznie ze snem. Pocieszam się jednak faktem, że kiedy ją już przejdę to będę do przodu o kilkanaście przedmiotów. A potem? Potem będzie ostatnia prosta. Chociaż zważając na moje poprzednie studia to właśnie na tej ostatniej prostej człowiek może się najbardziej przewrócić. No, ale było - minęło, czas skupić się na teraźniejszości. Ale jest też coś, co mnie martwi - nie wyrobię się na czas z pewnym prezentem... Trudno, nauka ważniejsza, a prezent dostarczę w późniejszym terminie...

Ostatnio postanowiłam działać w sprawie zbiórki pieniędzy na ogród sensoryczny dla Poli i Maxa i napisałam na ten temat krótką wzmiankę na wiadomościach24 http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pomozmy_stworzyc_ogrod_sensoryczny_dla_ciezko_chorych_poli_i_maxa_358669.html. Mam nadzieję, że pomoże to w osiągnięciu zamierzonego celu. Pozwoliłam sobie również napisać coś o półkoloniach zimowych organizowanych przez moją parafię. Powstał z tego taki oto materiał: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/zimowe_polkolonie_salezjanskie_w_dabrowie_gorniczej_2017_358683.html. Pewnie uznacie to za amatorskie teksty. I słusznie, bowiem żaden ze mnie wyszkolony dziennikarz, chociaż w podstawówce i gimnazjum pisywało się to i owo do szkolnych gazetek, a i prowadzi się parafialną gazetkę, więc mogę powiedzieć, że minimum warsztatu dziennikarskiemu już mam.

A żeby nie było nudno, to wrzucam jeszcze sylwetki kolejnych 11 prezydentów Stanów Zjednoczonych. Trochę tego jest, ale spokojnie, ta notka powstawała etapami w szkicach i czekała na "gorsze dni", podczas których najzwyczajniej w świecie nie będę miała czasu na robienie notek. Czyli na sesję, tym bardziej, że nie chciałam też odwlekać jej zbytnio w czasie. Zapraszam na zapoznanie się z prezydentami rządzącymi USA na przełomie XIX i XX wieku.
Benjamin Harrison
Dwudziestym trzecim prezydentem Stanów Zjednoczonych został republikanin, Benjamin Harrison. Harrison miał w planach zbudowanie baz zaopatrzeniowych na wyspach Morza Karaibskiego. W celu osiągnięcia tego celu i wprowadzenia w życiu idei panamerykanizmu, w listopadzie 1889 roku odbyła się w Waszyngtonie konferencja z udziałem państw Ameryki Łacińskiej. Skutkiem tego było powołanie Unii Panamerykańskiej. Kiedy na początku 1891 roku w Chile wybuchła wojna domowa, Stany Zjednoczone zachowały neutralność. Niebawem Departament Stanu odmówił mediacji pomiędzy skłóconymi stronami, co pogorszyło stosunki z opozycją chilijską. Na to Harrison zgodził się na zerwanie stosunków dyplomatycznych. Za czasów jego prezydentury wznowiono starania o aneksję Hawajów. Znajdowały się one pod władzą księżniczki Lidy Lili'uokalani, planującej unieważnić Konstytucję Hawajów. W odwecie koła amerykańskich biznesmenów utworzyły kilkunastoosobowy Klub Aneksjonistyczny. Na początku 1893 roku dokonał zamachu stanu, tytułując się komitetem bezpieczeństwa narodowego i zniósł monarchię, jak także utworzył rząd tymczasowy. Wszystko to było przeprowadzone po uzgodnieniach z posłem amerykańskim na Hawajach, a Stany Zjednoczone przysłały na wyspy swoje wojenne okręty. Królowa zwróciła się o pomoc do Harrisona. 14 lutego 1893 roku Stany Zjednoczone podpisały z tymczasowym rządem Hawajów układ o aneksji wysp. W układzie zakazano imigracji Chińczyków, a królowej i księżniczce przyznano dożywotnią rentę. Decyzja została przedłożona Senatowi, jednak tam zwlekano z podjęciem decyzji, zwłaszcza z uwagi na zbliżające się wybory prezydenckie.
Grover Cleveland
Po zakończeniu prezydentury Benjamina Harrisona, urząd ten ponownie objął Grover Cleveland. Już na początku jego urzędowania w kraju miał miejsce poważny kryzys gospodarczy. Aby temu przeciwdziałać Cleveland postanowił unieważnić ustawę Shermana, która mówiła o zakupie srebra. W zamian za to ofiarował Senatowi możliwość obsadzenia stanowisk państwowych w stanie Indiana. Ustawę tą anulowano w października 1893 roku. Następnie ówczesny sekretarz skarbu wypuścił obligacje, chcąc zachęcić rząd federalny do sprzedaży złota. Ponieważ operacja ta zakończyła się fiaskiem, Cleveland zmuszony był rozważyć propozycję bankiera dotyczącą sprzedaż rządowi złota o wartości 62 milionów dolarów. Morgan przedstawił zaporowe dla prezydenta warunki, które Cleveland w obliczu bankructwa kraju zmuszony był zaakceptować. Prezydent starał się doprowadzić do obniżenia taryf celnych. Ostatecznie ustawa zniosła cło na drewno, wełnę i miedź. Zabiegi te nie poprawiły zbytnio gospodarki amerykańskiej, toteż w 1894 roku wybuchły strajki grup robotniczych(np. marsz bezrobotnych zmierzający do Waszyngtonu). Kiedy 11 maja zaczęli strajkować robotnicy z fabryki w Chicago, Cleveland wysłał wojska federalne. Miało to zapobiec zamieszkom planowanym na 4 lipca. Funkcjonariusze otwierali ogień do robotników bez powodu, co spowodowało kilka ofiar śmiertelnych. W czasie jego rządów po raz pierwszy obchodzono "Labour Day"(amerykańskie święto pracy). We wrześniu 1894 roku zaaprobowano w Kongresie ustawę ustalającą, że święto obchodzone będzie w pierwszy poniedziałek tego miesiąca. Cleveland był pierwszym prezydentem, który mianował ambasadorów. Musiał też stawić czoła rosnącym wpływom Wielkiej Brytanii w Ameryce Łacińskiej. Politycy amerykańscy postrzegali to jako zagrożenie interesów kraju. Kiedy w 1893 roku w Brazylii rozpoczęła się rewolucja, USA zdecydowanie się temu sprzeciwiły. Prezydent skierował wtedy wniosek do Kongresu o rozbudowę floty wojennej, w celu zabezpieczenia szlaków handlowych z krajami Ameryki Łacińskiej. Na wniosek sekretarza stanu, Cleveland wycofał z Senatu układ o aneksji Hawajów, podpisany przez poprzednika, Benjamina Harrisona. Ostatecznie w lipcu 1894 proklamowano republikę, a Stany Zjednoczone uznały Hawaje, a także wsparły rząd Hawajów, w czasie zamieszek w styczniu 1895 roku.
William McKinley
Dwudziestym piątym prezydentem Stanów Zjednoczonych, działającym na przełomie XIX i XX wieku, był republikanin, William McKinley. Po zaprzysiężeniu starał się wprowadzić w życie zapowiedzi o podwyższeniu ceł, poprzez przywrócenie ustawy anulowanej przez Clevelanda. 24 lipca 1897 roku podpisał wprowadzającą najwyższe w historii Stanów Zjednoczonych cła ustawę Dingleya. W sprawie emisji dolara ustalił poziom rezerw złota na 150 milionów dolarów. McKinley był zwolennikiem ekspansji, dlatego zainteresowany był ekspansją Hawajów. Ze względu na panujące na Hawajach tendencje proamerykańskie, w czerwcu 1897 roku podpisano nowy układ o aneksji, zaaprobowany przez komisję senacką 14 lipca. Protest przeciw anektowaniu wysp złożyły grupy robotnicze, plantatorzy trzciny cukrowej ze stanów południowych oraz Japonia(uważała, że przyłączenie Hawajów do Stanów zagraża jej interesom na Oceanie Spokojnym). Japończycy wycofali jednak swój sprzeciw po otrzymaniu 75 tysięcy dolarów odszkodowania. Dyskusja w Kongresie zaczęła się na początku 1898 roku, przerwała je wojna z Hiszpanią. Ponieważ Hawaje były strategicznie ważną bazą floty, McKinley postanowił przedstawić w Senacie rezolucję o aneksji, zamiast układu – do rezolucji była potrzebna jedynie zwykła większość głosów, a nie jak w przypadku układu – większość 2/3. Rezolucja została przyjęta 6 lipca, a następnego dnia zaaprobował ją prezydent. Jeszcze za czasów prezydentury Clevelanda, na Kubie wybuchło antyhiszpańskie powstanie. Kongres uznał rewolucjonistów za stronę walczącą i zlecił wsparcie rządu amerykańskiego. Prasa skutecznie pobudzała nastroje antyhiszpańskie wśród opinii publicznej. Początkowo niechętny wojnie z Hiszpanią McKinley, na początku 1898 roku wysłał na Kubę pancernik "Maine", który 16 lutego zatonął w wyniku niewyjaśnionej eksplozji. Wkrótce wybuchła wojna. Flota amerykańska odniosła zwycięstwo w Zatoce Manilskiej, w pobliżu Santiago, a także zajęła Manilę. Ze względu na dominację morską Stanów Zjednoczonych, na początku października 1898 roku w Paryżu rozpoczęto rozmowy pokojowe. USA reprezentowane były przez pięcioosobową komisję. Stronie hiszpańskiej zależało na zaanektowanie Kuby przez USA, ponieważ w ten sposób przejęły by jej niemały dług. Amerykanie natomiast opowiadali się za niepodległością Kuby, ponieważ McKinleya'owi bardziej zależało na Filipinach. Podczas negocjacji prezydent zaproponował 20 milionów dolarów odstępnego za państwo. Ostatecznie podpisano traktat pokojowy, w którym Hiszpania zrzeka się Kuby, Filipin, Portoryko i Guam na rzecz Stanów Zjednoczonych. W lutym 1899 roku traktat został przegłosowany. Po jego ratyfikacji Stany Zjednoczone rozpoczęły okupację Filipin i stłumiły ruch niepodległościowy, zaś na Kubie założyły bazę wojskową Guantanamo.
Theodore Roosevelt
Kolejnym zasiadającym na stołku prezydenckim został Theodore Roosevelt Junior. Obejmując posadę zapewniał, że będzie kontynuował politykę McKinleya. Na początku jego kadencji formowały się ruchy robotnicze żądające od pracodawców praw pracowniczych. Cały kraj zalała fala strajków i protestów przeciwko niesprawiedliwości społecznej i wyzyskowi ludzi pracy przez kapitalistyczny establishment. W celu uspokojenia nastrojów, Roosevelt starał się przekonać reprezentantów kapitału do pewnych ustępstw na rzecz strajkujących, jednocześnie zapewniając ich o swoim poparciu. W 1903 roku powołał Departament Handlu i pracy, do którego należało m.in. Biuro Korporacji. Jego zadaniem było prześwietlanie wielkich firm pod kątem ich postępowania zgodnie z prawem. W trosce o ochronę środowiska i budowę parków krajobrazowych, wprowadził również ustawę powołującą komisję Biura Leśnictwa. Wkrótce podpisał ustawę imigracyjną, w myśl której deportować można było także anarchiści. W drugiej kadencji podpisał m.in. ustawę "Pure Food and Drug Act", która regulowała standardy jakości leków i produktów spożywczych. Pracując w Departamencie Sił Morskich dążył do rozbudowy floty wojennej, a podczas prezydentury jeszcze bardziej się w to zaangażował. Dzięki jego działaniom w 1904 roku Stany Zjednoczone były na czwartym miejscu pośród największych flot świata, a w 1907 roku wylansował się na drugim. Jako zwolennik Boskiego Przeznaczenia, starał się o wyłączność na Kanał Panamski. Niestety, wskutek powstania niepodległościowego w Panamie jego budowa znacząco się opóźniła(otwarto go dopiero 15 sierpnia 1914 roku). Roosevelt podjął także decyzję o wycofaniu wojsk z Kuby(z wyłączeniem bazy Guantanamo). Kubańczycy protestowali przeciwko poprawce Platta. Dawała ona Amerykanom prawo do interwencji zbrojnej, jednak pod naciskiem władz w Waszyngtonie, rząd kubański przyjął poprawkę jako aneks do Konstytucji. Ówczesna polityka USA nazywana była polityką "grubej pałki", czego przykładem była sytuacja w Wenezueli(podczas starć w tym kraju ucierpieli obywatele takich państw europejskich, jak Anglia, Włochy i Niemcy). Prezydent wygłosił wtedy przemowę, nazywaną „Rooseveltowskim uzupełnieniem doktryny Monroe’a”, wedle której, kraje charakteryzujące się „systematyczną złą wolą i nieudolnością prowadzącą do rozluźnienia więzów z cywilizowanym społeczeństwem”, mogą się spodziewać interwencji zbrojnej USA. Uzupełnienie to umożliwiło krajowi wprowadzić protektorat amerykański na Dominikanie, Haiti i w Nikaragui. Podczas wojny rosyjsko-japońskiej Stany Zjednoczone zachowały neutralność. Kiedy obie strony konfliktu zmęczone były działaniami wojennymi, Roosevelt wystąpił z propozycją mediacji. Konferencja pokojowa odbyła się w Portsmouth. Dwa miesiące wcześniej sekretarz wojny spotkał się z premierem w Japonii, gdzie ustalił warunki przyszłego pokoju Japonii z Rosją. Chociaż rzad japoński żądał wysokich odszkodowań, dzięki mediacjom Roosevelta Japonia zrezygnowała z roszczeń finansowych, a Rosja zapewniła, że nie będzie ingerować w interesy Japonii w Korei, Mandżurii i na półwyspie Liaotung, a dodatkowo odstąpiła Japonii połowę wyspy Sachalin. Za swoją działalność Roosevelt otrzymał w 1906 roku Pokojową Nagrodę Nobla jako "współtwórca różnych traktatów pokojowych".
William Taft
Na dwudziestego siódmego prezydenta USA wybrano kandydata republikana, Williama Tafta. Już sama kampania wyborcza nie przypadła mu do gustu. Ośmielił się ją nawet określić jako „jedne z najmniej przyjemnych czterech miesięcy swojego życia”. W czasie swoich rządów pozostał wierny programowi Roosevelta. Ponieważ był legalistą, nie raz zdarzało mu się krytykować posunięcia swojego poprzednika, którego administracja, w celu osiągnięcia swoich zamierzeń, znacząco naciągała obowiązujące prawo. Poprzez swoją polityczną nieudolność, niespodziewanie poparł akt Payne’a-Aldricha(przewidujący pozostawienie wysokich taryf celnych). Zraził sobie tym samym wielu członków własnej partii. Co prawda próbował naprawił swój błąd, poprzez obniżenie ceł handlowych z Kanadą, lecz sąsiedni kraj odrzucił tą propozycję. Dodatkowo oliwy do ognia dolało nominowanie na sekretarza spraw wewnętrznych osoby źle postrzeganej przez jego partię. Silna krytyka wewnątrz partii spowodowała, że został przyćmiony ogromny wysiłek włożony przez Tafta w walkę z trustami, poprawę polityki podatkowej państwa, jak także w reformę poczty i kolei.
Thomas Woodrow Wilson
Kolejną głową państwa amerykańskiego został demokrata - Thomas Woodrow Wilson. Na samym początku swojej prezydentury doprowadził do uchwalenia przez Kongres trzech ważnych ustaw(Underwood Act - przewidywała obniżenie stawek celnych, Federal Reserve Act - pozwalała na bardziej elastyczne gospodarowanie skarbem państwa, Federal Trade Commission - jej zadaniem było zwalczanie nieuczciwych praktyk w biznesie. Jego program "New Freedom" dawał obywatelom prawo do swobodnego zrzeszania się oraz do strajku. W 1913 roku wziął udział w pierwszej oficjalnej prezydenckiej konferencji prasowej w historii Stanów Zjednoczonych, zaś rok później, 4 sierpnia, ogłosił neutralność USA w I wojnie światowej. W toczącej się w 1916 roku kampanii wyborczej obiecywał jej utrzymanie. W tym samym czasie jego administracja zakazała zatrudnienia dzieci, jak również ograniczyła czas pracy robotników kolejowych do ośmiu godzin dziennie. Niestety, już w następnym roku Wilson stwierdził, że Ameryka nie może pozostać neutralna w obliczu wojny. W kwietniu poprosił Kongres o wypowiedzenie wojny Niemcom. Przyłączenie się USA do działań wojennych przeważyło losy wojny na korzyść ententy. W styczniu 1918 roku prezydent przedstawił przed Kongresem cele, które kraj chce osiągnąć w tej wojnie("14 punktów Wilsona", które stały się podstawą traktatu wersalskiego). W znaczący sposób przyczynił się do założenia Ligi Narodów, za co otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Po podpisaniu przez Niemcy kapitulacji wyjechał na sześć miesięcy do Paryża, gdzie pracować na rzecz zapewnienia światu stałego pokoju. Następnie zaprezentował traktat wersalski przed Kongresem(po wyborach w 1918 roku demokraci utracili większość i Kongres go odrzucił). W następnym roku, 2 października Wilson doznał rozległego wylewu krwi do mózgu, który skutkował lewostronnym paraliżem. Żona Wilsona zataiła fakt choroby męża, tłumacząc jego nieobecność zwykłym zmęczeniem. To ona podczas siedmiomiesięcznej nieobecności prezydenta uczestniczyła w posiedzeniach rządu i przejmowała adresowaną do niego korespondencję, co zrodziło plotki o jego rzekomej śmierci.
Warren Harding
Dwudziestym dziewiątym prezydentem USA został przedstawiciel republikanów, Warren Harding. Jego prezydentura trwała zaledwie dwa lata. Zanim jeszcze został wybrany na ten urząd, miał powiedzieć: "Ameryka nie potrzebuje heroizmu, ale uzdrowienia; nie cudownych rozwiązań, ale normalności; nie rewolucji, ale odnowienia; nie agitacji, ale rozsądzenia; nie chirurgicznych cięć, ale łagodności.". Te słowa były zbyt trudne do zrozumienia dla przeciętnego obywatela, dlatego potrzebował silnego poparcia, co zresztą udało mu się osiągnąć. Był pierwszym prezydentem, któremu udało się pokonać przeciwników sporą ilością głosów(aż 60,3%). Był też zwolennikiem powrotu do izolacjonizmu co oznaczało koniec uczestniczenia USA w "kierowaniu sprawami świata". Wkrótce Kongres z łatwością uzyskał podpisy prezydenta pod kolejnymi ustawami(zniesiono m.in. ograniczenia wprowadzone na czas wojny, wprowadzono wysokie taryfy celne, ograniczono imigrację oraz uchwalono nowy budżet). Załamany i w kompletnej depresji Harding wybrał się w podróż po Stanach, podczas której zmarł na zawał serca.
John Calvin Coolidge
Po niespodziewanej śmierci Warrena Hardinga fotel prezydenta przypadł wiceprezydentowi w jego rządzie - Johnowi Calvinowi Coolidge. Był jedynym jak dotąd prezydentem zaprzysiężonym przez swojego ojca, notariusza publicznego - też Johna Coolidge'a. Coolidge należał do konserwatystów, toteż popierał działalność wielkiego kapitału przez co przyczynił się do hossy gospodarczej kraju. Cieszył się wielką popularnością, amerykańscy obywatele uważali go za wcielenie zapobiegliwości, rozwagi oraz uczciwości w dziesięcioleciu, gdzie korupcja stała się powszechnym zjawiskiem. Sprzeciwiał się żądaniom wysuwanym przez weteranów wojennych, drobnych farmerów, górników oraz pracowników przemysłów włókienniczego. Sprawy polityki zagranicznej pozostawił swoim sekretarzom stanu. Jemu samemu zależało jedynie do ograniczenia napływu imigrantów, dlatego w 1924 roku podpisał ustawę zmniejszającą kwoty imigracyjne. Był pierwszym prezydentem USA, którego przemówienie inauguracyjne transmitowane było przez radio, który gościł indyjskiego Swamiego, a za razem ostatnim, któremu udało się zamknąć budżet bez deficytu w każdym roku swojej prezydentury.
Herbert Clark Hoover
Na trzydziestego pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych wybrano kolejnego przedstawiciela partii republikańskiej - Herberta Clarka Hoovera. Jeszcze zanim do tego doszło, był znany jako gorliwy działacz humanitarny, pomagający także Polsce przez wiele dobrych lat po odzyskaniu przez nią niepodległości. W ramach wdzięczności jednemu z warszawskich rond nadano jego imię. Otrzymał tytuł doktora medycyny Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz doktoraty honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Na jego kadencję przypadł wybuch Wielkiego Kryzysu, trwającego aż do jej końca. Hoover próbował podjąć pewne kroki, mające na celu ograniczenie represji(np. podniesienie ceł), jednak ustawa ta spowodowała jeszcze większy paraliż handlowy i pogłębienie kryzysu. W listopadzie 1932 roku bezskutecznie ubiegał się o pozostanie prezydentem na drugą kadencję.
Franklin Denalo Roosevelt
Demokrata Franklin Denalo Roosevelt był najdłużej zasiadającym na swoim urzędzie prezydentem w historii USA - zasiadał na swoim stołku aż 12 lat! Obejmując prezydenturę za swój główny cel przyjął walkę z kryzysem za pomocą programu "Nowego Ładu". Okazał się on co prawda umiarkowanym sukcesem, ale przywrócił też społeczeństwu wiarę we własne siły. Owocowało to powstaniem wielu nowych inwestycji w zakresie aktywizacji społeczeństwa, jak też ubezpieczeń. Liczne źle przygotowane ustawy zostały unieważnione przez Sąd Najwyższy. Na początku drugiej kadencji Roosevelt podjął najbardziej kontrowersyjną decyzję - próbę dokonania reformy Sądu Najwyższego USA(ustawa ta została odrzucona przez rząd). Umiejętnie współpracował z mediami prowadził nieformalne rozmowy w trakcie spotkań z dziennikarzami w Białym Domu i wygłaszając słynne radiowe przemówienia do Amerykanów. Dzięki temu zyskał w oczach opinii publicznej, jednak tuż przed wybuchem II wojny światowej sytuacja zaczęła ulegać zmianie. Sam Roosevelt stał się obiektem krytyki ze strony lewicy oraz prawicy. Populiści domagali się, by prezydent posunął się dalej w swoich reformach i pozbawił wszystkie osoby posiadające więcej niż 5 tys. dolarów wszelkich nadwyżek finansowych i rozdał je ubogim. Ważniejszą sprawą dokonaną za jego prezydentury było zniesienie prohibicji. Popierając w pełni stanowisko swojej partii, w grudniu 1933 roku podpisał ustawę, która zezwalała na sprzedaż alkoholi. Przy okazji wyboru Roosevelta na prezydenta zawiązano po raz pierwszy koalicję składającą się z intelektualistów, robotników, farmerów oraz Murzynów. Miała ona być tradycyjnym elektorem demokratów. Wykazywał bierność w kwestiach rasowych. Na arenie międzynarodowej podjął aktywną politykę. U progu swojej prezydentury uznał rząd radziecki i nawiązał z nim stosunki dyplomatyczne. Na decyzję wpłynęły przyczyny ekonomiczne, jak również perspektywa osłabienia pozycji Japonii. W marcu 1934 roku obiecał Filipinom przyznanie w 1946 roku niepodległości. Było to elementem nowej polityki USA wobec małych krajów, polegającej na zerwaniu z imperializmem, a w zamian oferującej współpracę. Szczególnym przejawem tych zmian miała być tzw. „polityka dobrego sąsiedztwa”. Odnosiła się ona do krajów zachodniej półkuli, a zwłaszcza państw Ameryki Łacińskiej. Przyjmowała ona za główną zasadę nieinwertowanie USA w wewnętrzne sprawy tych krajów oraz wycofanie wojsk amerykańskich z ich terenu. Po 1935 polityka „nieinterwencji” okazała się bardzo niebezpieczna, gdyż miejsce USA w wielu krajach Ameryki próbowały zająć Niemcy. Był rzecznikiem ścisłej współpracy ze Stalinem, do którego czuł sympatię. Był również uczestnikiem spotkań wielkiej trójki w Teheranie i w Jałcie.
Harry Truman
Po dwunastoletnich rządach Roosevelta jego następcą został ówczesny wiceprezydent Harry Truman. Chociaż miał pojęcie o sprawach zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, nie był na bieżąco informowany o wielu decyzjach zmierzających do zakończenia wojny. Po objęciu swojego urzędu poprosił członków administracji Roosevelta o pozostania na swoich stanowiskach, zaznaczając że jest gotowy słuchać ich rad. Nie mianował też swojego wiceprezydenta, zrobił to dopiero podczas swojej drugiej kadencji. Jedną z jego pierwszych decyzji było zezwolenie na użycie w dniach 6 i 9 sierpnia bomby atomowej. Był gorącym zwolennikiem powstania ONZ, zaś pierwszym reprezentantem kraju w organizacji mianował wdowę po swoim poprzedniku - Eleanor Roosevelt. Gorąco popierał też utworzenie NATO. Przypisuje mu się autorstwo "doktryny Trumana" popierającej państwa przeciwstawiające się dominacji lub wejścia w strefę wpływów ZSRR. Stało się ona formalną przyczyną tzw. zimnej wojny.

czwartek, 2 lutego 2017

"Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi"

Drugiego lutego w Kościele Katolickim obchodzone jest święto Ofiarowania Pańskiego, znane dawniej pod nazwą święta Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Związane jest ono z żydowską tradycją oddania najstarszego syna Najwyższemu w Świątyni Jerozolimskiej, lub jakiejś innej(kiedy rodzina mieszkała np. w Egipcie), po dokonaniu się u kobiety procesu oczyszczenia po porodzie(zwykle trwającego właśnie 40 dni). Tego dnia, podczas Mszy świętej, odczytywany jest fragment Ewangelii według św. Łukasza, opowiadający o tym jak sędziwy człowiek imieniem Symeon rozpoznał w zaledwie miesięcznym niemowlęciu zapowiadanego przez proroków Mesjasza, nazywając go światłem na oświecenie pogan. Zawsze, kiedy słyszę tego typu fragmenty, zastanawiam się, co w takich chwilach czuli Józef z Maryją. Przecież oni znali prawdę, zmuszeni byli jednak ją ukrywać.
Mogłoby nam się wydawać, że porównanie małego Jezusa do światła na oświecenie pogan doskonale odzwierciedla święto Matki Boskiej Gromnicznej, przypadający tego samego dnia. Tymczasem zwyczaj ten przejęliśmy od pogan, dla których zapalona świeca była symbolem walki ze złymi mocami(np. podczas burzy stawiano ją w oknach, aby odpędzała pioruny). Chrześcijaństwo nadało poświęconej gromnicy nieco inny charakter: poświęconą i zapaloną przynosiło się do domu, aby ogień Najwyższego czuwał nad domownikami, zapalano ją podczas chrztów, komunii świętych i pogrzebów, wkładano w ręce osoby umierającej, aby "szła za światłem", oświetlała zaciemniony pokój, w którym leżał nieboszczyk. Ciekawostką jest, że święto to znane jest w Polsce i kilku ościennych krajach, gdzie indziej się go nie praktykuje. Trochę więcej o nim informacji znajdziecie w krótkim artykule, który napisałam na portalu wiadomości24: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/uroczystosc_matki_boskiej_gromnicznej_pamiatka_poganska_358709.html
Trzymając dzisiaj taką prawdziwą gromnicę w kościele wywołałam niemałą sensację. Z bólem serca muszę przyznać, że te tradycyjne, grube świece zostały wyparte przez zwykłe, chude świeczuszki. Może jestem zbyt staroświecka na swój wiek, ale jakoś do pewnych tradycji, czy też obyczajów jestem jakoś szczególnie przywiązana. Przed Mszą świętą mieliśmy spotkanie animatorów w parafialnym oratorium i wszyscy dziwili się, że idę dzisiaj na nabożeństwo. Tymczasem ja uważam, że wiara jest dla wszystkich, nie tylko dla przysłowiowych "starych babć". I że należy ją formować od najmłodszych lat, nie tylko poprzez służbę w oratorium, ale przede wszystkim przez szczere uczestnictwo we Mszach świętych. No, ale przecież każdy z nas ma wolną wolę oraz sumienie, które powinno nam podpowiadać co mamy czynić. A potem, zgodnie z prastarą tradycją, przyniosłam zapaloną świecę do domu, chociaż był to niemały wyczyn. W pewnych miejscach są niesamowite przeciągi, a i dłonie nie zawsze chcą mnie słuchać. Zawsze w takich sytuacjach wyobrażałam sobie moich rodziców, niosących zapalone gromnice przez kilka kilometrów po "łysych polach", bądź gęstych lasach. Traf chciał, że zarówno mama, jak i tata wychowali się na wsiach, a wręcz przyczółkach, w których nie było kościoła, zaś zarówno parafia, jak i szkoła oddalona była od nich o kilka kilometrów, które musieli pokonać na nogach. Bez bieżącej wody, bez elektryczności, w biednych, rozpadających się chatynkach, pamiętających jeszcze lata, kiedy Polska była pod zaborami. Za to z głęboką wiarą religijną. Tata do dzisiaj wspomina, jak wychodził z domu o czwartej rano, żeby zdążyć na roraty na 7 rano. Cóż to więc jest te moje kilkaset metrów?
I tak na koniec wiersz mojego autorstwa napisany gdzieś w połowie liceum: 
Ty chronisz nas przed burzą.
Ty oświetlasz ostatnią drogę konającym.
Ty wprowadzasz ochrzczonych w świat wiary.
I wznosisz modlitwy szeptane przy zimnych już trupach.
Oświetlasz drogę dzieci przystępujących do Stołu Pańskiego.
Chociaż niedostrzegana, wiara nie miały by sensy bez Ciebie.
Jesteś z chrześcijanami od początku do końca,
Od urodzenia - do śmierci.
Niczym alfa i omega naszego życia.
Niech Twój ciepły ogień nigdy nie gaśnie,
Niczym Boży ogień miłości, względem każdego z nas.
Gromnico - cicha Boża pomocnico już tutaj, na ziemi.