Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 19 września 2014

Czasami nie wszystko idzie po naszej myśli oraz inne szkolne sprawy

Od początku spodziewałam się problemów. Kiedy na drugim semestrze studiów magisterskich zmienili nam nauczyciela języka angielskiego, przeczuwałam kłopoty. Dlaczego? Otóż panią mgr R. poznałam już na studiach licencjackich z zarządzania. Już na początku nie podobał mi się pomysł z narzuconym językiem angielskim. Ja osobiście od pierwszej klasy szkoły podstawowej miałam niemiecki, i to na całkiem niezłym poziomie, pomimo tego, że zarówno szkoła podstawowa, jak i gimnazjum miały statut szkoły specjalnej. Język angielski doszedł mi dopiero w liceum, dlatego nawet na maturze zdawałam niemiecki. Tymczasem składam papiery na AWFie i dowiaduję się, że podstawowym językiem jest angielski, a niemiecki to ja co najwyżej mogę sobie wybrać jako drugi. Po testach językowych zostałam przydzielona do najniższej grupy, jednak pani R. ubzdurało sobie wyrównać nas z poziomem zaawansowanym. I nie obchodziło jej to, że większość z nas miała w szkole średniej tylko 3 godziny angielskiego w tygodniu(szczerze powiedziawszy nawet przy pięciu godzinach trudno by nam było nadrobić tyle, co nasi koledzy robili od pierwszej klasy szkoły podstawowej), a niektórzy nie mieli go wcale - musieliśmy umieć cały materiał perfekt. Już wtedy miała do mnie ale, ponieważ pisałam sprawdziany na laptopie(a nóż widelec zrobię sobie gotowiec) oraz że niewyraźnie mówię(bo przecież "w języku najważniejsza jest wymowa"). Skutkiem tego większość zadań zaliczałam po kilka razy. To nic, że często musiałam poświęcić inne zajęcia - angielski był przecież ważniejszy. Na koniec zawsze miałam jednak to 3, ale tylko dlatego, że nie było egzaminu. Kiedy składałam papiery na studia magisterskie dowiedziałam się, że na koniec 3 semestru przewidziany jest egzamin z języka. Zrobiło mi się słabo. Ale pojawiło się też światełko w tunelu - grupę najmniej zaawansowaną(czyli moją) przejęła cudowna pani B-K. Po pierwszych zajęciach nauczycielka podeszła do mnie i zapytała jak bym chciała zaliczyć materiał. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że za pomocą komputera. Tym sposobem pierwszy semestr zaliczyłam na, uwaga, uwaga, 4. Tak dobrej oceny z angielskiego nie miałam od czasów liceum. W drugim semestrze moja nadzieja zgasła - z powodu zmian godzinowych naszą grupę przejęła moja "ukochana" pani R. Zaczęło się oblewanie moich prac klasowych(z tekstem "To nie możliwe, abyś tak dobrze napisała. Pewnie miałaś gotowca, dlatego daję ci 2!"), nierozumienie co do niej mówię("Przestań bełkotać jak po kilku piwach. Nic cię nie rozumiem. 2!") oraz ogólne zniechęcanie nie tylko do nauki, ale i do studiów("Ja nie wiem jak taka ofiara losu jak ty mogła studiować i nawet mieć pozytywne oceny"). W końcu na drugi semestr, mimo protestów grupy, wystawiła mi niedostateczny. Próbowałam ją poprawić w trzecim, jednak bez skutku. W dodatku 3 semestr kończył się egzaminem. R. powiedziała mi otwarcie, że nie dopuści mnie do niego, ponieważ nie chce jej się skupiać na egzaminie nad tym co mówię. Zaproponowałam jej, żeby w takim razie przygotowała dla mnie pisemną wersję egzaminu, w odpowiedzi usłyszałam, że nie chce jej się przygotowywać dla mnie kartek z pytaniami. Podeszłam co prawda do testu po 2 semestrze(udało mi się zaliczyć wszystkie kartkówki na pozytywne oceny), ale po oddaniu części pisemnej napisanego z trudem własnoręcznie nauczycielka stwierdziła, że nie chce jej się egzaminować mnie z części ustnej, dlatego daje mi 2. Nie sprawdziła nawet mojego testu, aby zobaczyć że coś umiem, twierdząc, że nie jest grafologiem, aby odczytywać moje gryzmoły(a jak chciałam pisać komputerowo spotkałam się ze sprzeciwem). Ręce mi opadły. Tym sposobem nie dość, że mam nie zaliczone dwa semestry(2 i 3), to jeszcze uniemożliwiło mi to zdanie egzaminu magisterskiego. Teraz czekam już tylko na pismo z uczelni, że skreślili mnie z listy studentów. Zła jestem jak nie wiem co, a to jeszcze bardziej nasila mój refluks przełykowo-żołądkowy. Ja wszystko rozumiem, ale żeby uniemożliwienie zaliczenia studentowi semestru z powodu wady wymowy i to bez sprawdzania jego pracy pisemnej, uważam za lekki nietakt. Zwłaszcza, kiedy się zna ograniczenia tego studenta i ich przyczynę. Ech, są ludzie i ufoludki. Spróbuję w semestrze letnim wznowić studia. Ale chyba zdecyduję się na tryb zaoczny. Materiał mam w sumie przyswojony, muszę tylko go zaliczyć. Szkoda tylko, że moja obrona przesunie się przynajmniej na semestr zimowy 2016 roku.

Od października czeka mnie nie małe wyzwanie - szczęśliwym zbiegiem losu zostałam studentką I roku turystyki religijnej na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Jak do tego doszło napiszę w innym poście, bo to naprawdę długa historia. W każdym razie zawarłam mały układ z Duchem Świętym, a tym samym tak zachwyciłam swoim pomysłem komisję, że zapewnili mnie, że uczelnia zrobi wszystko, abym go zrealizowała. Mam małego pietra, ponieważ zaplanowałam sobie dojeżdżać na zajęcia busem z mojej miejscowości(ostatnio została otworzona nowa linia, dzięki czemu nie muszę jeździć do Katowic co zaoszczędzi mi jakieś dwie godziny dziennie), ale skoro Wolą Bożą było, aby przyjęli mnie na te studia, to może i szczęśliwie je ukończę. Zajęcia mamy na Franciszkańskiej, tuż obok kurii, więc może i papież będzie nade mną czuwał? Najwyżej się zajadę, ale cóż, mała strata.

Ponadto postanowiłam podnieść swoje kwalifikacje o tytuł technika rachunkowości oraz technika administracji. Swoją drogą obydwa kierunki będę robiła zupełnie przypadkowo. Zarówno w szkole policealnej Żak, jak i w Progresie zapisałam się na kierunek sekretarka. Już miałam nawet płacić czesne. Jednak w Progresie od razu namówili mnie na bezpłatny kierunek administracja, który był zbliżony do sekretarki. Zgodziłam się, ponieważ liczyłam na to, że w Żaku ruszy moja upragniona sekretarka. Kilka dni temu zadzwoniła do mnie pani z Żaka z informacją, że nie uzbierała się odpowiednia ilość osób i kierunek nie rusza. Zaprosiła mnie jednak do sekretariatu, abym wybrała sobie inną specjalizację. Po krótkim namyśle zdecydowałam się na rachunkowość(administracja miała identyczne przedmioty jak w Progresie). Trochę się obawiałam, że zjazdy będą na siebie zachodzić, jednak w tym semestrze ułożyły się tak idealnie, że wzajemnie się wymieniają. Pierwszy zjazd z rachunkowości mam już w tą niedzielę. Zajęcia dla mojej grupy zaczynają się o godzinie 10, więc spokojnie sobie podejdę na nogach na miejsce, gdzie będą się odbywać. Nawet ostatnio poszłam zobaczyć gdzie to jest, aby potem nie błądzić. Jestem ciekawa czy sobie poradzę, ale skoro studia nie sprawiały mi większych kłopotów(nie licząc nieszczęsnego angielskiego), to myślę, że i tutaj dam sobie radę. A uprawnienia do pracy w sekretariacie i tak sobie zrobię. Już nawet wypaczyłam zawodowy kurs kwalifikacyjny, na który może się kiedyś skuszę...

1 komentarz:

  1. Ja na szczęście angielski mam od podstawówki i teraz w technikum jestem na poziomie zaawansowanym i nie mam kłopotów z materiałem. Ale wiem Lolku o czym piszesz, bo w gimnazjum doszedł mi niemiecki i naprawdę po tych trzech latach nie zdecydowałabym się na wyższy poziom nauczania. Poza tym nauczycielka niemieckiego w naszym technikum też chciała, aby wszyscy mówili perfekt i dlatego po tygodniu przeniosłam się na francuski, z którym mam spokój(przynajmniej na razie). Mam nadzieję, że wkrótce uda Ci się pokonać tą zołzę(inne określenie nie przychodzi mi do głowy) i zdasz egzamin magisterski. A co do podnoszenia kwalifikacji, to ja prawdopodobnie po skończeniu technikum będę miała obydwa tytuły. O ile zdecyduję się podejść do egzaminów semestralnych.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń