Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

piątek, 6 lutego 2015

Czasami trzeba na coś poczekać, aby to bardziej docenić

Pamiętam jak kilka lat temu w naszej parafii wprowadzono półkolonie zarówno letnie jak i zimowe. To była nowość, wprowadzona przez nieodżałowanego księdza T., a kontynuowana przez kolejnych wikarych, kiedy tenże pojechał na dalsze studia do Rzymu/Jerozolimy(niepotrzebne skreślić). Czym nasze półkolonie różniły się od tych prowadzonych przez kluby osiedlowe, szkoły i inne instytucje państwowe? Na pewno nie ceną, bo kiedy u nas dzieci musiały płacić kilkadziesiąt złotych(+/- 40), za pobyt na przykład w Miejskim Ośrodku Pracy Twórczej, albo chociaż w rodzimej szkole, nic nie płacili. Ba, nie mieliśmy nawet wykwalifikowanej kadry, tylko animatorów(dopiero od kilku lat osoby, które ukończyły 18 rok życia, w tym ja, idą na kurs wychowawcy kolonijnego). Ale za to wypoczynek prowadzony był w duchu nie tylko chrześcijańskim, ale też salezjańskim. O tym pierwszym chyba nie muszę pisać, o drugim wspomnę kiedy indziej. Poza tym zawsze, a przynajmniej prawie zawsze, półkolonie obracały się wokół jakiegoś filmu, przekazującego ważne wartości. Następnie odbywały się prace plastyczne oraz ruchowe w grupach oraz wyjścia do różnych miejsc. Całość kończyła wspólna modlitwa, piosenki i tańce salezjańskie.

Pierwsze półkolonie wakacyjne jakoś przegapiliśmy, na drugich zakwalifikowano mnie jako... uczestnika. W wieku 18 lat musiałam wykonywać jakieś zadania dla 12 latków. I z takimi osobami byłam w grupie. W dodatku nasz animator był ode mnie młodszy. No, ale od czegoś trzeba zacząć :).
Potem były półkolonie letnie, na które zostałam zapisana przez przypadek. I kolejna patowa sytuacja - ja wybierająca się na studia w grupie dzieci z ostatnich klas podstawówki. A wszyscy moi znajomi byli już animatorkami. Postanowiłam że będą to moje ostatnie półkolonie, bo jednak potrzebuję czegoś innego. W swoim postanowieniu wytrwałam... półtora roku. A wszystko przez następcę księdza T., księdza W., który przejął "w spadku" duchową opiekę nad Oratorium. To głównie dzięki niemu wstąpiłam do tej, hmm..., organizacji(?), która ukształtowała nie tylko mój umysł, ale przede wszystkim duszę. Podczas jakiegoś spotkania padło pytanie co dotychczas robiłam na półkoloniach. Moja odpowiedź była prosta - nic. "No to teraz będziesz coś robić". Hmm, co robiłam na pierwszych półkoloniach? Jeszcze przed ich rozpoczęciem pomagałam w przygotowaniach obiektu(do dziś pamiętam jak po egzaminie z badań marketingowych zmieniłam ubranie i najpierw pobiegłam myć sokowirówkę, a następnie na nabożeństwo czerwcowe). A potem zawsze coś ktoś potrzebował, czasami trzeba było popilnować dzieci, innym razem przynieść tacę z kanapkami. Wciągnęło mnie to. Cały następny rok udzielałam się w zajęciach oratoryjnych dla dzieci, ale już podczas półkolonii zimowych "awansowałam" - przydzielono mnie do grupy, gdzie obserwowałam co się dzieje. Niby nic, a jednak coś. Byliśmy wtedy w szkole podstawowej, którą ksiądz wynajął na ten czas, a zajęcia obracały się wokół bajki "Auta". Powoli spełniały się moje marzenia. Na kolejnych, "Tintinowskich*", byłam już młodszym animatorem. Akurat zaliczyłam studia licencjackie, było świetnie. Kolejne zimowe półkolonie to już powrót do Oratorium z filmem "Toy Story 3". Śmiać mi się chciało, bo w piątek zakończyliśmy oglądanie filmu, a w sobotę leciał cały w telewizji. Znowu byłam pomocnikach przy najstarszej grupie urwisów. Ostatnie półkolonie pod dowództwem księdza J. to wakacyjne pod znakiem "Ralpha Demolki". Ale po nich nastąpił przełom, dzięki temu, że miałam ukończony wspomniany kurs wychowawcy, mogłam zostać pełnoprawnym wychowawcom grupy. I tak też się stało.
W tym roku też wzięłam udział w półkoloniach zimowych, których motywem przewodnim był film "Kraina lodu". Swoją drogą jest to świetna bajka muzyczna. Według mnie najlepsza od czasu filmu "Mój brat niedźwiedź". Dlatego tak bardzo zależało mi na zaliczeniu egzaminów w zerowym terminie, a zaliczenia przedmiotów z tego tygodnia przełożyłam na następny. Na szczęście tak się da, zwłaszcza kiedy się uczy. 
wychowawcy i animatorzy oraz dziękujący nam ksiądz
Co prawda w tym roku byłam tylko animatorem, lecz dla mnie to ogromna satysfakcja. Dlaczego? Przede wszystkim mogę pokazać, że osoby niepełnosprawne też wiele mogą wiele zdziałać. Przecież nawet zdobycie przeze mnie uprawnień nie było takie proste, jak w przypadku zdrowych osób - egzamin końcowy zupełnie nie był dla mnie przystosowany(w końcu to czego nie zapisałam to dopowiedziałam) a na koniec usłyszałam od prowadzącej, że w ogóle nie wie, czy może mi wystawić te papiery. Boszszsz... nie mogła się zastanowić nad tym na początku kursu, zwłaszcza, że wiedziała że będzie miała osobę niepełnosprawną? Przynajmniej nie denerwowałabym się tak czekając na decyzję, pozytywną zresztą, kuratorium oświaty. Dzieci, poprzez obcowania ze mną, uczą się okazywać szacunek osobom z ograniczeniami, słuchania, analizowania. To cechy przydatne na całe życie.
Dzieci zadowolone, a to jest najważniejsze!
* motywem przewodnim była bajka "Przygody Tintina

2 komentarze:

  1. Lolek, czy mi się wydaje, czy Ty tam byłaś najmniejsza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami nie liczy się wzrost, ale zaangażowanie

      Usuń