Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 23 lutego 2015

O pewnym "drogim" panie i zakładach prawie bukmacherskich z nim związanych

Z czym kojarzy Wam się przełom lutego i marca? Bo mnie osobiście z galą Nagród Akademii Filmowej zwanej po prostu Oscarami. Chociaż, jeżeli już sięgnąć do historii tego prestiżowego wyróżnienia, pierwsza ceremonia miała miejsce 16 maja 1929 roku, dwa lata po ufundowaniu samej nagrody. Potem ceremonie wręczenia statuetek miały miejsce nawet w listopadzie. Dopiero z czasem termin został oznaczony jako luty/marzec. Oscary uważane są za najbardziej prestiżowe nagrody w dziedzinie filmografii w różnych kategoriach. I chociaż nastawione są głównie na uhonorowanie amerykańskich produkcji, ustanowiono również osobną kategorię, jaką jest film nieanglojęzyczny. Oczywiście można też zostać nominowanym w tak ogólnych kategoriach jak reżyser, najlepsi aktorzy, muzyka itp. 

Co przedstawia Oscar? Dużo osób zadaje sobie to pytanie, bowiem na szklanym ekranie nie zawsze dobrze go widać. Jest to figurka wysoka na ok. 35 cm o wadze niecałych 4 kilogramów. Przedstawia rycerza stojącego na rolce filmu posiadającej pięć szprych. Symbolizują one poszczególne grupy zawodowe reprezentowane w Akademii: aktorów, scenarzystów, reżyserów, producentów oraz techników. Została zaprojektowana w 1928 roku, obecnie odlewane są przez jedną z chicagowskich fabryk. Ciekawa jest geneza powstania nazwy Oscar, statuetka oficjalnie nazywa się Academy Award of Merit, jednak od 1939 roku używa się potocznego określenia Oscar. Jedna z genez podaje, że pewna bibliotekarka zobaczywszy statuetkę stwierdziła, że przypomina jej wuja Oscara. Pomysł ten został pochwycony przez dziennikarza Sydneya Skolsky'ego, który zaczął używać nazwy w swoich artykułach. Inna wersja mówi, że imię Oscar statuetka zawdzięcza aktorce Bette Davis.
W tym prestiżowym konkursie znajdziemy wiele polskich akcentów. Pierwszym polskim zdobywcą Oscara był autor muzyki do filmu "Fantazja". Było to w 1941 roku. Od tej pory Polacy 9 razy stawali na czerwonym dywanie w Hollywood, aby wyjść z gali z drogocenną figurą. Największy sukces według mnie odniósł znany polski reżyser, Andrzej Wajda, który w 2000 roku odebrał Oscara ze całokształt twórczości. Jest to nie lada zaszczyt, że ktoś tam w odległej Ameryce doceniono reżysera z Polski. Osobiście nie pamiętam tego wydarzenia, wszak miałam ledwie 9 lat. Za to utrwaliła mi się rozmowa telewizyjna z innym polskim laureatem Nagrody Akademii Filmowej w dziedzinie muzyki z 2005 roku, Janem Kaczmarkiem. Co prawda skomponował on ścieżkę dźwiękową do angielskiej produkcji "Marzyciel", co nie zmienia faktu, że byłam dumna z tego, że to właśnie jest Polak. Potem było trzymanie kciuków za kolejnych naszych nominatów - filmy typowo wojenne - "Katyń" Andrzeja Wajdy oraz "W ciemności" Agnieszki Holland. Filmy dobre, jednak nie tak dobre, aby wrócić z za Oceanu ze statuetką.

W tym roku ku mojemu zaskoczeniu do nagrody nominowano aż trzy polskie filmy: fabularny "Idę" oraz dwa krótkometrażowe dokumentalne: "Naszą klątwę" i "Joannę". O pierwszym z nich ostatnio było głośno - "Ida" Pawła Pasikowskiego co chwilę dostawała jakąś nagrodę w filmowym świecie. Zresztą "Nasza klątwa", film nakręcony amatorsko przez rodziców małego Leosia chorującego na Klątwę Ondyny, też zbierała pochwały. Na pozór najbardziej nieznany był mi film "Joanna". Ba, pomyliłam go nawet z innym o tym samym tytule. Poszperałam jednak w sieci i doszłam do tego, że film jest o znanej bloggerce, Joannie Sałydze. Obejrzałam na szybko dwa pierwsze filmy, żeby mieć co do nich rozeznanie. "Joanny" niestety nie mogłam nigdzie znaleźć.

Wczoraj, zgodnie ze zwyczajem, po Mszy świętej obstawialiśmy laureatów tegorocznej Gali Oskarowej. Co do "Idy" wszyscy byliśmy jednomyślni(ach, ten patriotyzm), dopiero przy innych kategoriach mieliśmy odmienne zdania. Jakiś czas temu byłam na filmie "Teoria względności" opowiadającym o słynnym naukowcu Stephena Hawkinga. Sam film jakoś mi nie podszedł, ale gra głównego bohatera, Eddiego Redmaynea już tak. Dlatego obstawiłam, że dostanie statuetkę w swojej kategorii. Do żeńskiej laureatki wytypowałam Rosemund Pike, do filmu anglojęzycznego "Birdman"(jak to dobrze, że dałam się namówić w momencie chandry na wyjście do kina), również reżysera i scenariusz do tego filmu nominowałam do nagrody. Jako najlepszy film długometrażowy obsadziłam "Wielką szóstkę"(niech żyją półkolonie).

Dzisiaj w radiu od rana huczeli o triumfie "Idy". Tak, tak, patriotyzm się kłania. A o reszcie cichosza. Musiałam uzbroić się w cierpliwość do czasu, aż wrócę do domu i usiądę przed monitorem. A że mój obecny tryb życia jest jaki jest, moja ciekawość została zaspokojona dopiero wieczorem. No i co? Okazało się, że sporo moich nominacji się sprawdziło. To się nazywa mieć nosa. A może po prostu mam gust?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz