Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 19 maja 2015

Przychodzi Lolek do neurologa

W październiku kończy mi się ważność orzeczenia o niepełnosprawności. Pamiętam, jak cieszyłam się, że na pięć lat mam to wszystko z głowy, a tutaj proszę, ani człowiek się obejrzał, a już musi ponownie stawać na komisji. I jeszcze do tego nie jest pewny, co podczas niej usłyszy. Przecież tyle się słyszy od znajomych, którzy są w o wiele gorszym stanie niż ja. Na razie jednak odrzućmy tak odległe czasy i skupmy się na teraźniejszości.

Na wizytę umówiłam się jeszcze w marcu, o czym pisałam w TYM poście. W sumie byłam pozytywnie zaskoczona, że wyznaczono mi termin już na maj. Doskonale zdaję sobie sprawę z obowiązujących w naszym kraju limitów przyjęć oraz kolejek, więc liczyłam się z tym, że na wizytę przyjdzie mi iść w dobrych porywach koło lipca. To znaczy mój lekarz prowadzący miał wolny termin dopiero na listopad, ale w szpitalu jest jeszcze jeden specjalista, kobieta, która miała wcześniej terminy, więc decyzja była prosta. Tym bardziej, że ten co dotychczas do niego chodziłam był taki... dziwny i od dawna myślałam o zmianie specjalisty.

Dzisiaj wstałam dosyć wcześnie, bo już przed 6. Zależało mi, abym jak najszybciej była w szpitalu, bo przecież jeszcze musiałam jechać do Krakowa na zajęcia. To nie jest tak, że ja idę na łatwiznę i opuszczam zajęcia z powodu wizyty lekarskiej, choć potencjalnie miałabym takie prawo z powodu odległości. Ja jednak rozmawiałam z panią profesor od przedmiotu zowiącego się "Kraków - miasto turystyki pielgrzymkowej" i uprzedziłam, że się spóźnię na zajęcia. Jednak wtedy nie miałam pojęcia, że wchodząc do szpitala punkt 7. zastanę kolejkę ludzi ustawionych do nieczynnej jeszcze kartoteki. W końcu okazało się, że teoretycznie jestem 7 w kolejce do pani doktor. Nie jest źle, jednak praktyka pokazała, że byłam dużo dalej. Bo ten wchodzi bez kolejki, tamten chce tylko o coś zapytać. Tym sposobem do gabinetu weszłam dopiero po 10 - po trzech godzinach czekanie oraz półgodziny przed kolejnym busem do Krakowa. Nieźle. Dobrze, że miałam książkę, nie był to więc czas stracony :). W gabinecie szybki wywiadzik(a jednak z moją mową nie jest tak źle), popukanie młoteczkiem, pomachanie kończynami - standard. Jeszcze tylko wypisanie recepty i skierowania na zabiegi i mogłam umówić się na kolejną wizytę, już na 29 września. Zabiegi umówię w czwartek - dzisiaj zabrakło mi na to czasu.

Na zajęcia z Krakowa się spóźniłam, a nawet latałam po całym rynku w poszukiwaniu grupy. Złapałam ich dopiero pod kościołem św. Mikołaja. Na szczęście profesorka zaliczyła mi obecność, a w drodze na uczelnię opowiedziała o świątyniach, na których zwiedzanie nie zdążyłam.

A jutro zaliczam w praktyce przedmiot Historia Kościoła, podczas którego będę oprowadzała i opowiadała po miejscach związanych ze świętym Bratem Albertem. Broszura i prezentacja multimedialna są przygotowane, teraz tylko żeby mnie trema nie zjadła. Trzymanie kciuków mile widziane :).

2 komentarze:

  1. Dostać się tak szybko do neurologa,to prawdziwy wyczyn! Jestem pewna, że Historia Kościoła już zaliczona :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym neurologiem to po prostu miałam farta :). Historia zaliczona, zagadką jest na ile, ale myślę, że poniżej 4 nie zejdę.

      Usuń