Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

czwartek, 24 września 2015

O "prezentach urodzinowych", których byśmy nie chcieli otrzymać...

Tak jak pisałam w ostatnim poście, przeszło dobę spędziłam na oddziale gastroenterologicznim(co za skomplikowana nazwa :/) w celu wyjaśnienia moich dolegliwości brzusznych trwających od przeszło roku. Coś mi mówiło, że wyjdę ze szpitala z kolejną diagnozą, bo przecież tradycyjnie już muszę dostać jakiś prezent urodzinowy od losu. Żebym jeszcze usłyszała od lekarza, że coś się cofnęło, zaleczyło... Tymczasem coś się pojawia, narasta, pęka, zmienia itp. itd. 

Kiedy wczoraj wstawiłam się u ordynatora oddziału, zostałam zapewniona, że lekarz znajdzie to, co mi dolega. Tradycyjnie już wywołałam "zachwyt" wszystkich dookoła, że "taka mała i chora, a tak doskonale sobie radzi". No tak, już nawet wśród pracowników służby zdrowia jest stereotyp, że niepełnosprawna osoba to ta, która nie potrafi samodzielnie egzystować. Tymczasem Lolek od trzech lat samodzielnie mieszka i  jeszcze sobie nie zrobił krzywdy. Tak też można. O ile oczywiście się chce.

Tak jak obiecano, tak zrobiono. Gastroskopia, kolanoskopia, nic przyjemnego. Na szczęście zważając na moją ogólną sytuację zdrowotną, postanowiono zrobić mi je w narkozie. Może to i lepiej, przynajmniej nic z tego nie pamiętam. USG brzucha to jedyne, czego byłam w pełni świadoma. Tutaj na szczęście nic nowego nie wynikło, czyli zastawka i przetoka są w porządku. Tyle dobrze, bo dopiero cztery lata temu zrobiono mi to wszystko. Też tuż przed urodzinami - tak w ramach prezentu. Zastawka jak zastawka, ale przetoka bardzo ułatwia mi życie, a przede wszystkim sprawiła, że stałam się bardziej samodzielna. Ten kto mnie zna, czyli moi znajomi w realu, bo w świecie wirtualnym nie przekazuję wszystkiego ten wie, o czym piszę. 

Najbardziej pomocne w zdiagnozowaniu moich dolegliwości okazała się kolanoskopia, podczas której specjalista dopatrzył się tzw. błon rzekomych(są to szarożółte tarczki pokrywające błonę śluzową jelita grubego), czyli jedną z przyczyn zapalenia jelita. Już coś zaczęło świtać w głowie lekarzy, ale dla pewności pobrano mi wymaz z... No właśnie, sami sobie dopowiedzcie. W każdym razie na pobranym materiale wyhodowano bakterię Clostridium Difficile. Co ciekawe, nie dawała ona żadnych typowych objawów, czyli nie miałam ani wodnistej biegunki, ani wzdętego brzucha, ani nic o czym czytałam na temat bakterii w Internecie. Prawdopodobnie lekarstwa, które przyjmuję na co dzień zmieniły nieco tor działania tego cholerstwa. Dlatego też lekarz pierwszego kontaktu nie wpadł na to, aby przebadać mnie pod tym kontem. Nie mogę mieć o to niego pretensji, wszak jest lekarzem, a nie jasnowidzem. Zagadką pozostaje również to, w jaki sposób złapałam tą bakterię, może podczas jakiejś wizyty u lekarza, może przez nerwy obniżyła mi się odporność. Tych może jest wiele, ale to tylko gdybanie. Najważniejsze, że wiem na czym stoję, a odpowiednia kuracja powinna pomóc pozbyć się niechcianych gości z organizmu. Teraz przez ok. dwa tygodnie muszę przyjmować antybiotyk i potem zobaczymy co dalej.

P.S. 1. Wbrew moim postanowieniom przeczytałam tylko 25 stron "Katedry Marii Panny w Paryżu" co przypisuję zmęczeniu po badaniach.
P.S. 2. Do szpitala wzięłam laptopa, dzięki czemu nadrobiłam pisanie artykułów na stronę parafialną.
P.S. 3. Podczas przyjmowania do szpitala zostałam zważona i... od poprzedniego roku przytyłam cały kilogram. Zważając na moją niedowagę, a przede wszystkim nietolerancję pokarmową to naprawdę spory sukces!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz