Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 26 marca 2016

"Byłem tu już wiele razy, ale takich tłumów jeszcze nie widziałem, to chyba rekordowa frekwencja"

Od kilku, a dokładnie trzech lat, staram się jeździć na Kalwarię Zebrzydowską, aby uczestniczyć w tamtejszym Misterium Męki Pańskiej. Pierwszy raz uczestniczyłam w nim w 2011 roku, tuż przed beatyfikacją papieża Jana Pawła II. Zostaliśmy wtedy zaproszeni całą rodziną na święta oraz uroczystości beatyfikacyjne do znajomych mieszkających w Wadowicach. Był to tydzień przed majówką, pogoda przepiękna, a i sama uroczystość zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Potem pojechałam w 2014 roku - tym razem tylko na Wielki Czwartek i Wielki Piątek(wracałam do domu tuż po zakończeniu Drogi Krzyżowej, bo i u mnie w parafii miałam do przeczytania tekst na naszej wieczornej Drodze Krzyżowej, jakoś się dało). Rok temu zostałam też zaproszona do znajomych w Wadowicach na święta i ponownie brałam udział w Misterium. 
W tym roku decyzję o wyjeździe podjęłam spontanicznie. Zawiedziona pewną sytuacją postanowiłam jednak nie zmarnować tych świąt, a przynajmniej Triduum Paschalnego(chociaż wyszły z tego tylko dwa dni). Dlatego w środę wieczorem wrzuciłam kilka rzeczy do plecaka, a w czwartkowy poranek ruszyłam w drogę. Drogę wiodącą przez Kraków, ale tak naprawdę z niego jest lepiej dojechać niż przez Wadowice. 
Na dworcu w Kalwarii znalazłam się tuż przed południem. Kiedy zmierzałam pod górę w pewnym momencie dzwony w kościele w rynku zaczęły wygrywać melodię na "Anioł Pański". Chwilkę mi zeszło, zanim wpadłam na to, że to to, ale w końcu skojarzyłam fakty. Po drodze postanowiłam wstąpić do jednej zaprzyjaźnionej pani, zapytać się o nocleg. Nie było z tym najmniejszych problemów. Dobrze jest mieć w świecie bratnie dusze.
Uroczystości Wielkiego Czwartku rozpoczęły o 13:00 "Gorzkie Żale". Po nich wysłuchaliśmy fragmentu Ewangelii opowiadającego o Ostatniej Wieczerzy, po której zobaczyliśmy owe wydarzenia na własne oczy. Podobnie jak w poprzednich latach na podeście przed klasztorem pojawił się podest, na którym odgrywano biblijne sceny. Był więc i stół z potrawami, i dwunastu apostołów, i ustanowienie Eucharystii, i umycie nóg uczniom. A potem Judasz poszedł po żołnierzy rzymskich, zaś Jezus z pozostałymi naśladowcami udał w swoją przedostatnią drogę. Po drodze byliśmy świadkami pożegnania Pana Jezusa z uczniami, pożegnania z Matką, modlitwy w Ogrodzie Oliwnym, zdrady Judasza, pojmania Pana Jezusa, wieczornego sądu u Annasza i Kajfasza oraz zaparcia się Piotra. Przy każdej, powiedzmy stacji(bo nie wiem jak to inaczej nazwać), wysłuchaliśmy nauki poświęconej jednemu z siedmiu grzechów głównych. Pozwoliły one wiernym uświadomić sobie, że grzechy często nie są popełniane wprost, ale z reguły pośrednio, przez co z reguły nawet nie jesteśmy ich świadomi. Za każdym razem została odegrana też odpowiednia scena rodzajowa. Akurat udało mi się iść przy linie otaczającej cały pochód, dzięki czemu wszystko doskonale widziałam. O godzinie 19:30 udałam się do Bazyliki na Mszę świętą Wieczerzy Pańskiej. 
Następnego dnia wstałam dość wcześnie, bo już o 5:10. Dlaczego tak wcześnie? Otóż o 6:00 miał się rozpocząć poranny sąd nad Jezusem. A przecież musiałam jeszcze na niego dojść na miejsce, gdzie poprzedniego dnia zakończyliśmy wędrówkę. Dotarłam tuż przed rozpoczęciem Misterium. Udało mi się zdobyć bardzo dobre miejsce na obejrzenie wszystkiego. A potem ponownie dopchałam się do sznura, który "odprowadził" Pana Jezusa do Piłata, gdzie został skazany na śmierć. Przed 9:00 na balkonie pojawił się kardynał Stanisław Dziwisz, który wygłosił do wiernych kilka słów.
 - Byłem tu już wiele razy, ale takich tłumów jeszcze nie widziałem, to chyba rekordowa frekwencja - skomentował(w 2011 roku przywitał się z nami w podobnych słowach. A propos frekwencji, to w wieczornych Wiadomościach mówiono, że szacunkowo przybyło około 150 000 pielgrzymów. Nieźle, prawda? Ale i pogoda była w miarę dobra jak na marzec. A przynajmniej nie padał śnieg jak rok temu. Nawiązał też do rodziny, że to najważniejsza jednostka w życiu każdego z nas i to od rodziców dzieci czerpią wzorce wykorzystywane w dalszym życiu. Na koniec zaapelował do polityków o to, aby przestali toczyć ze sobą wszelkie spory(jakby na Misterium był cały rząd). Następnie wyprowadzono ubiczowanego Syna Bożego z pretorium i ruszyliśmy przez kolejnych 10 stacji Drogi Krzyżowej. Dlaczego 10 skoro w tradycji jest ich 14? Dobre pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu uznałam, że tak ma być :). Przy każdej stacji rozważany był, jak przystało na Rok Miłosierdzia Bożego, jeden uczynek miłosierdzia względem duszy lub ciała. Znowu udało mi się wejść do środka sznura, przez co nie tylko lepiej mi się szło(choćby dlatego, że miałam czego się trzymać), ale i wszystko doskonale widziałam. A najlepiej "ucieczkę" kardynała Dziwisza hi, hi, hi! Dobra, uznajmy że musiał wracać do Krakowa. Dzięki trzymania się powroza bez problemu pokonałam Górę Trzeciego Upadku. A przy okazji przekonałam się o wyższości zwykłych adidasów nad gumiakami. Kiedy ci co mieli gumiaki ślizgali się po błocie, ja spokojnie szłam sobie w adidasach, bez ani jednego upadku. I niech mi ktoś teraz powie, że adidasy nie są najlepszymi butami na świecie!
Całość zwieńczyła południowa liturgia. Nie grały organy, nie biły dzwony. I tylko od czasu do czasu jakiś ptaszek ukryty w drzewach zaświergotał. Na kazaniu po raz kolejny została podkreślona rola Bożego Miłosierdzia względem każdego z nas. Ważne jest, abyśmy o tym pamiętali nie tylko w tym szczególnym roku, ale przez całe życie. Po uroczystej procesji przeniesienia monstrancji z Najświętszym Sakramentem do ciemnicy wróciłam do siebie do domu. Wcześniej jednak zajrzałam do kobiety, u której spałam i pożegnałam się, życząc jej Wesołych Świąt. Ona zaś zapewniła mnie, że progi jej domu będą zawsze dla mnie otwarte...

2 komentarze:

  1. To musi być niezwykłe przeżycie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak niezwykłe, że żadne słowa nie są w stanie tego opisać. Po prostu trzeba tam być i samemu to zobaczyć, a tym samym przeżyć.

      Usuń