Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Częstochowa - zagospodarowanie czasu po Mszy Świętej

Po Mszy postanowiłam troszkę pokręcić się po terenie klasztoru. Najpierw jednak poszłam "przywitać się" z gospodynią tego miejsca. To było dla mnie oczywiste, tak jak witam się z domownikami, u których jestem w gościach, tak samo powinnam się przywitać z Czarną Madonną. Kilka chwil minęło, zanim mogłam uklęknąć na posadzce i na kolanach obejść ołtarz z cudownym wizerunkiem. Czas i liczba wiernych, którzy przez lata wykonywali ten gest sprawiły, że posadzka pokryła się wyżłobieniem od kolan. Potem chcąc wydostać się z klasztoru poszłam na górny poziom klasztoru, gdzie znajduje się słynna Golgota Jasnogórska namalowana przez Jerzego Dudę - Gracza. Za każdym razem, kiedy patrzę na każdą jej stację, odkrywam szczegół, którego wcześniej "nie było". To tak, jakby ktoś coś domalowywał. Chociaż tak naprawdę jest to najlepsza oznaka tego, że nie zawsze umiemy być wystarczająco spostrzegawczy. W życiu codziennym jest podobnie - patrzymy na coś nie zawsze dostrzegając to. Jednocześnie za każdym razem Golgotę Jasnogórską, a raczej jej przesłanie, można interpretować na inny sposób. Być może dlatego tak bardzo do mnie przemawia? Następnie znalazłam się w Sali Rycerskiej, w której znajduje się wystawa gobelinów przedstawiających pielgrzymki Jana Pawła II do różnych sanktuariów Maryjnych. Nie wiem dlaczego, ale automatycznie skojarzyło mi się to z dolnym poziomem Centrum Jana Pawła II, gdzie w środkowej sali znajdują się wielkie obrazy o podobnej tematyce. A może to tylko moje zboczenie zawodowe(chociaż bardziej poprawnie brzmi studenckie)? Gobeliny naprawdę mnie urzekły kunsztem wykonania, chociaż niektóre słabo było widać. 
Z Sali Rycerskiej udało mi się wreszcie znaleźć wyjście z klasztoru - brawo ja! Już myślałam, że przyjdzie mi w nim spędzić resztę życia hi, hi, hi. Wychodząc z klasztoru i skręcając na prawo ujrzałam wejście do słynnego skarbca jasnogórskiego. Ponieważ jeszcze nigdy tam nie byłam(bo albo był remont, albo brak czasu, albo program wycieczki tego nie przewidywał), postanowiłam za wszelką cenę zobaczyć co skrywa w środku. Dlatego skierowałam kroki właśnie w jego kierunku. Po drodze minęłam tablicę upamiętniającą katastrofę prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. 
Kiedy weszłam do budynku, w którym znajduje się skarbiec okazało się, że jego zwiedzanie jest za darmo. Tego się nie spodziewałam. Jednak zanim wejdzie się do samego skarbca, mija się salę Augustyna Kordeckiego, wielkiego przeora klasztoru, Jest to typowa sala konferencyjna, jednak i na jej ścianach można zobaczyć ciekawe obrazy. Następnie weszłam do skarbca i... Aaa! Czego tam nie ma? Pamiątki po oblężeniu Jasnej Góry(to mnie najbardziej zachwyciło), makiety klasztoru, naczynia liturgiczne, ornaty, wota, pamiątki przekazywane przez prywatne osoby, są gabloty poświęcone ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem, które były związane z klasztorem paulinów, PRL-owi, powstaniu "Solidarności", księdzu Jerzemu Popiełuszce... Długo, długo by jeszcze wymieniać. W każdym razie wyszłam z niego oczarowana wspaniałościami, jakie się w nim znajdują. Żałuję, że nie wstąpiłam do otwartego w zeszłym roku muzeum Jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry, ale na to zabrakło mi już czasu. Może następnym razem?
Schodząc z Jasnej Góry minęłam urzekającą wystawę na wałach, przedstawiającą Światowe Dni Młodzieży w Częstochowie utrwalone w kadrach. Pod każdym zdjęciem widniał akt zawierzenia młodzieży Matce Boskiej, każdy w innym języku. Spojrzałam jeszcze w dół wzgórza i zaczęłam się zastanawiać jak ci wszyscy młodzi ludzie pomieścili się tutaj te 25 lat temu? Przecież nie ma tam nie wiadomo ile wolnego miejsca. Ale z drugiej strony... Widać Bóg znalazł jakiś na to sposób. Jak będzie za trzy miesiące? Zobaczymy.
I tutaj kończy się moja niedzielna wyprawa do oddalonej o 70 km. Częstochowy. Całkowicie samodzielna. Wracając o mało nie uciekł mi pociąg do Gliwic. Zdążyłam do niego w ostatniej chwili. Tutaj podziękowania dla konduktorów, którzy zauważyli, że biegnę i wstrzymali zamykanie drzwi od pociągu. Co prawda nie miałam biletu, ale miałam możliwość kupienia go w pociągu :). Za oknami przesuwały się kolejne krajobrazy, pociąg miarowo stukał do taktu, a ja spokojnie pochłaniałam kolejne strony "Potopu". Po godzinie wysiadłam na znajomej stacji. Poradziłam sobie ze wszystkim bez większych problemów. Chyba muszę częściej gdzieś wypadać.

1 komentarz: