Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 24 września 2016

Kochany, lecą z drzewa jak wtedy kasztany...

Kocham tą piosenkę w wykonaniu pani Ireny Santor. W ogóle lubię wszystkie piosenki pani Ireny, która jest dla mnie mistrzynią polskiej sceny. Jej cło haryzmat i przepiękna barwa głosu sprawiła, że mogę jej piosenek słuchać na okrągło. A powyższa piosenka dosłownie skradła moje serce. Aż mi wstyd, że kaleczę ją fałszując jej słowa od czasu do czasu pod nosem. Doskonale opisuje ona moje dzisiejsze przedpołudnie.
Po wakacyjnej przerwie wróciłam do wolontariatu podczas sobotnich zajęć w naszym parafialnym Oratorium. Oczywiście na tyle, na ile będzie mi na to pozwalał czas, wszak mam jeszcze szkołę policealną, a i perspektywa napisania pracy licencjackiej i magisterskiej(do kompletu brakuje tylko doktoranckiej) czai się w perspektywie. Bo z pogodzeniem Oratorium i prób scholi dam sobie radę, nawet bez klonowania. Trochę denerwuje mnie tylko fakt, że nie mamy jakiegoś większego planu działania, a plan dnia poznajemy dopiero przed samymi zajęciami. Ale do tego powinnam się już przyzwyczaić.
Dzisiaj, jako że mamy już jakby nie patrzeć jesień, na tapetę poszło robienie zwierzątek i ludzików z owoców jesieni, a co za tym idzie musieliśmy iść z nimi do miejskiego parku. No bo kasztany, żołędzie i jarzębina same do Domu Młodzieżowego nie przyjdą.
Zajęcia zaczynają się o godzinie 10:00. Dzisiaj przyszło 9 dzieci. Pamiętam czasy, kiedy było ich i 20, a nawet i więcej. No cóż, czasy się zmieniają, dzieciaki nie są już takie chętne jak kiedyś. A może po prostu brakuje nam reklamy? Na początek modlitwa, wszak byliśmy w świętym miejscu, potem szybkie śpiewanie na rozruszanie, a następnie napisanie regulaminu spotkań(szybcy jesteśmy - dopiero na trzecich zajęciach na to wpadliśmy). A potem? Potem dzieciaki poubierały swoje kurtki i jak błyskawice wybiegły z budynku. Na prawdę, byli szybsi od nas, animatorów. A przecież to my jesteśmy za nie odpowiedzialni!
Na szczęście park miejski mamy tuż za płotem. Myli się jednak ten, kto sądzi, że dzieciaki szybko znalazły materiały potrzebne do wykonania ludzików i zwierzątek. Dopiero po dłuższym poszukiwaniu znaleźliśmy i dąb, i kasztanowiec, i nawet kalinę z jarzębiną. Tutaj pojawił się kolejny problem - o ile żołędzie już leżały spokojnie na ziemi, a jarzębina i kalina dała się łatwo zerwać, o tyle kasztany wisiały wysoko, o wiele za wysoko dla rączek najwyżej 10-cioletnich dzieci. Na szczęście był z nami ksiądz, który za pomocą swojego wzrostu oraz kijów i patyków strącał kasztany schowane w zielonych skorupkach. Ileż było przy tym krzyku i radości, kiedy dzieciaki biegły za kolejnymi toczącymi się kolczastymi kulkami niczym za piłką. Zasady były proste - kto pierwszy złapie kasztana, tego on będzie. A potem była zabawa z rozbijaniem skorupek, wszak kasztany trzeba wyciągnąć. Czułam się, jakbym miała te 16 lat mniej. A przecież pojutrze kończę 26 :).
Po godzinie wróciliśmy do Oratorium. Najpierw dzieciaki poszły do łazienki umyć łapki, wszak sok z kasztanów potrafi nieźle brudzić(zastanawiam się, jak usunąć czarne kropki z moich jasnych spodni, powstałych wskutek rozbijania łupinek), a następnie pobiegły do góry, gdzie już były przygotowane stoliki i wykałaczki. Nie wiem czy wiecie, ale mając wykałaczkę można spokojnie robić nimi dziurki. Bo ja do dzisiaj nie wiedziałam. Cóż, człowiek uczy się całe życie :). Przez godzinę była taka cisza w Oratorium, że aż ksiądz proboszcz przyszedł zobaczyć, czy zajęcia na pewno się odbywają :-D. Tymczasem spod rąk dzieci wychodziły kolejne ludziki, koniki, żyrafki i pieski, a nawet kosmici. Istny zwierzyniec. A i ja coś od siebie dorzuciłam - żyrafkę. A co - kto z kim przystaje, takim się staje. Dzieciaki były bardzo zaangażowane, nawet chłopiec z ADHD, który zawsze jest nie do ujarzmienia, przez cały czas w skupieniu wykonywał swoje prace.
I tak wspaniała scena została przerwana przez przerwę na posiłek. Menu na dzisiaj - bułki z nutellą(czyli coś nie dla mnie) oraz z dżemem morelowym i jagodowy(to już prędzej), do tego herbata. Skromnie, jak to w Oratorium. Po posiłku pomoc w lekcjach(zazwyczaj pomagam w mojej ukochanej matematyce - dziś tłumaczyłam dzielenie z resztą :D) oraz zabawy wolne. To ostatnie trochę nie wyszło, ponieważ dziewczynki zaczęły się w pewnym momencie kłócić i dokazywać. Nawet zastanawialiśmy się na spotkaniu podsumowującym, w jaki sposób przeciwdziałać takim sytuacjom w przyszłości.
W sumie to nie żałuję, że poszłam tam na te 4 godziny, bo był to naprawdę wartościowy czas. Trochę pobyłam wśród ludzi, trochę pomogłam przy dzieciach, trochę popracowałam manualnie. I nawet dostałam zadanie znalezienie jakiejś ciekawej zabawy ruchowej na przyszły tydzień. Zastanawiam się nad "ruszańcami" z tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, czyli utworami "Siewców Lednicy". Tylko czy dam radę im wytłumaczyć ruchy?

4 komentarze:

  1. my to już całkiem starzy jesteśmy, a kasztany zbieramy każdej jesieni i rożne cudaki z nich robimy. Trudno się dziwić więc dzieciakom,że tak się zaangażowały :) A Tobie dzielna Kobieto, wszystkiego co najpiękniejsze z okazji urodzin!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzenia, a na kasztanowe ludki nigdy nie jest za późno :)

      Usuń
  2. Wspaniała jesteś, że tyle czasu spędzasz z dzieciaczkami,żeby im pokazać jaki piękny jest świat :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się staram, chociaż nie zawsze mi to wychodzi.

      Usuń