Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 17 października 2016

No i stało się - zrozumieli mnie!

Przed każdym moim publicznym występem odczuwam pewną tremę. "Nic dziwnego, ja też" - pomyśli każdy z Was. Jednak podłoże mojego stresu jest trochę bardziej złożone. Porażenie mózgowe spowodowało u mnie upośledzenie aparatu mowy. Wypowiadane przeze mnie wyrazy nie zawsze są zrozumiałe, szczególnie przez obce i nieosłuchane ze mną osoby, bo przy rozmowie ze znajomymi najczęściej ten problem nie istnieje. Oczywiście staram się mówić jak najbardziej wyraźnie, jednak stres bardzo często robi swoje. Mięśnie twarzy sztywnieją, oddech staje się jakby płytszy, język drętwieje, następuje wzmożone wydzielanie śliny. Spróbujcie w takich warunkach coś powiedzieć. Trudne, prawda?
A mimo to nie rezygnuję z porozumiewania się w sposób werbalnych. Wczoraj na przykład miałam do przeczytania rozważanie na temat Trzeciej Tajemnicy Chwalebnej różańca świętego: „Trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego” (Dz 1, 14). Tę scenę dzisiaj znowu mamy przed oczyma jako w pełni aktualną rzeczywistość (…). Wszyscy razem, pasterze i wierni, mamy na modlitwie oczy utkwione w Najświętszej Dziewicy, posłusznej animatorce pierwszego ośrodka wspólnoty chrześcijańskiej, którego przeznaczeniem było rozniecenie światła Ewangelii aż po krańce ziemi i aż do finalnego zamknięcia historii.". Początkowa euforia z powodu otrzymania tekstu została wkrótce zastąpiona przez zwyczajny w świecie strach i myśl: a jeśli jednak mi nie pójdzie? Zatnę się, zabraknie mi tchu? Wszak w kościele będzie trochę ludzi, trochę dzieci. Czy na pewno mnie zrozumieją? A im bliżej było godziny "0", tym większa gula rosła w moim gardle. W dodatku jeszcze nie do końca wydobrzałam z przeziębienia. Minuty wyjątkowo przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie nadszedł mój moment. Chwilę wcześniej, odbierając przekazywany mi mikrofon, zrobiłam mały "karambol", ale to już kolejny mój standard. Na szczęście kartki z tekstem daleko nie poleciały - inna sprawa, że obrały sobie kierunek na ławki, a nie na posadzkę przed nimi. Dzięki rodzicom dzieciaków sytuacja została błyskawicznie opanowana, a ja zaczęłam swój popis. Taaa... zacięłam się tylko w trzech miejscach, co mogę uznać za sukces. Wbrew pozorom ten tekst nie jest prosty, ale przy odrobinie dobrych chęci można go ogarnąć. Resztę wieczoru pozostawiam bez komentarza... Kiedy wychodziłam na koniec z zakrystii usłyszałam, jak administrator strony internetowej parafii do której należę mówi do mamy jednej z moich scholowych koleżanek:
- Ty, słuchaj, ta wasza Karolina nieźle się wyrobiła w czytaniu. Bez problemu rozumiałem co mówi na rozważaniu różańcowym...
- Wiesz, Lolka idzie zrozumieć, jeżeli tylko się chce. Chociaż ja ją zawsze rozumiem...
Znaczy się wszystko poszło dobrze. A swoją drogą kto to widział obgadywać kogoś tuż za plecami. Chociaż pewnie nawet nie wiedzieli, że już wyszłam.
Zaś dzisiaj wygłaszałam na polityce turystycznej i rekreacyjnej na temat euroregionu. Tutaj akurat sama zgłosiłam się do tego zadania, ponieważ nie było ku temu chętnych. A brak referatu = wejściówka na zajęciach z danego tematu. Wejściówka była, ponieważ drugiego referenta zabrakło. Ale przynajmniej nie z tematu euroregionów. Zaskoczyła mnie postawa wykładowcy, który tuż przed moim wystąpieniem poprosił wszystkich o spokój i uwagę, ponieważ koleżanka ma problem z wymową. No i jeszcze trochę jestem przeziębiona, co też wpływa na głos. Prawda jest taka, że to, czego nie dopowiedziałam, moi koledzy i koleżanki mogli sobie wyczytać z prezentacji. Nie jestem zwolenniczką wklejania do nich wszystkiego jak leci, ale najważniejsze informacje z pewnością się na niej znalazły. No i z twarzy innych było widać, że są zaciekawieni. A przynajmniej dobrze to udawali. W kryzysowych momentach kierowałam wzrok na moje kumpele. Z D. doszłyśmy do tego, że porozumiewamy się bez słów. Dzięki nim nie uciekłam z sali przed końcem referatu. Na koniec zostałam nagrodzona brawami. Zaś po zajęciach wszyscy zgodnie uznali, że było wspaniale. Nie powiem, trochę podbudowali tym moją samoocenę, która jest jaka jest. A przede wszystkim udowodnili, że da się mnie zrozumieć. A i ja powoli zaczynam w to wierzyć...

5 komentarzy:

  1. super pewnie dla chcącego nic trudnego :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo :))) Rozumiem Cię bo wprawdzie w z innych powodów, ale też strasznie się zawsze bałam wystąpień publicznych, a i teraz kiedy wiele się zmieniło i mniej się boję ludzi, to jednak gula w gardle jest zawsze... Obgadywać za plecami to chyba zawsze będą, plus taki że chwalili a nie krytykowali ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A z tym plusem się zgadzam, bo to pierwsza pochwała tego typu od dłuższego czasu :)

      Usuń
  3. dokładnie wiem o czym piszesz Karolinko:) poprzez doświadczenia mojego brata, wiem że to nie lada wyzwanie, ale wiem też że można, jeżeli są chęci z obu stron :)
    Na dzień dzisiejszy mój brat sam załatwia swoje sprawy w urzędach, i innych placówakch, rozmawiam z obcymi - choć w jego mowie nic się nie poprawiło - po prostu uwierzył w siebie i ludzi :)
    bardzo się cieszę - powodzenia w kolejnych wystąpieniach :)

    OdpowiedzUsuń