Tak jak obiecałam, wrzucam dzisiaj artykuł sprzed 14 lat o tragedii jaka wydarzyła się 1 września w Biesłanie. Tekst napisany przez Wacława Radzywinowicza, który ukazał się w grudniu 2005 roku w "Wysokich obcasach" nie jest "łatwy". Oprócz szerokiego zabarwienia emocyjnego jest dla mnie trochę dziwny stylistyczny. I to niekoniecznie w miejscach wypowiedzi, ale też narracyjnych. Mimo wszystko wolałam go nie ulepszać, a jedynie w dwóch miejscach w "[ ]" dodałam swoje sugestię wyrazów. Chcę Was też prosić o jedno - nie oceniajcie postępowania dyrektorki biesłańskiej szkoły, bo prawdopodobnie nikt z nas nie znalazł się nigdy w takiej sytuacji jak ona przez te 3 dni. Wydać opinię jest bardzo łatwo, jednak równie łatwo jest sprawić, aby była ona krzywdząca. Tym bardziej, że nikt nie wie, jak zachowałby się w takiej sytuacji...
Lidja Calijewa, dyrektorka szkoły w Biesłanie
Biesłan wiedział, że tragedii dzieci jest winna właśnie ona. Bo przeżyła. To ona wychodziła z sali gimnastycznej na rozmowy z terrorystami. Ktoś widział, że piła z nimi herbatę. Ktoś widział, że jadła snickersa. Chodziłem w Biesłanie od drzwi do drzwi, szukając tego, kto widział. Trafiłem tylko na tych, którzy słyszeli.
Co to jest szczęście, Lidjo Aleksandrowna?
- Szczęście to nie ideał niedościgniony. Z poezji czy traktatów filozoficznych. Szczęście pełne, dojrzałe, spokojne ma swój wymiar. Miejsce i czas, w których zastygło jak w kropli bursztynu.
Nie ma miejsca wśród żywych
Czas to pierwszy dzień września 2004 r. Siódma rano. Kiedy tu szła mimo swych 72 lat wyprostowana, postawna, z włosami starannie zaczesanymi w ogromny, kruczoczarny kok, każdy, kto ją mijał, przystawał i z szacunkiem witał: - Z prazdnikom was, Lidia Aleksandrowna. Wszyscy tu tak się do niej zwracali - z najwyższym szacunkiem po imieniu i otczestwie.
A ona im odpowiadała: - Dziękuję, Asłan. - Dziękuję, Susanna. Tobie też życzę wszystkiego najlepszego.
Ona tu wychowała prawie wszystkich. I ona jedna tu miała prawo mówić do wszystkich na ty. Kiedy dwa dni później padała na kolana przed prezydentem Auszewem, błagając o ratunek, nie zwróciła się do niego, jak należało: "Rusłanie Sułtanowiczu, niech pan nam pomoże", tylko "Rusłanie, pomóż". Auszew nie pozwolił jej uklęknąć. Objął i obiecał: "Zrobię co w mojej mocy, matko".
I nawet herszt terrorystów zwany "Pułkownikiem" lub "Alim", który bez namysłu rozkazał strzelać do każdego, kto go zirytował, do niej zwracał się z szacunkiem: "Matko".
Ale to było potem. A my o chwili, w której zastygło szczęście. 1 września 2004 r. Lidja Aleksandrowna Calijewa o siódmej rano przed wszystkimi szła na święto. Nie tylko to, które w Rosji z początkiem każdego roku szkolnego obchodzi się jako Dien' Znanii(Dzień Wiedzy). Także na swoje osobiste. Dziś rozpoczynała 53. rok pracy i drugie ćwierćwiecze dyrektorowania w szkole nr 1 w Biesłanie.
Starannie przygotowywała uroczystość. Wymyśliła galowe mundurki dla wszystkich uczniów. - Nie, nie takie jak mieliśmy w komunizmie. Podobne do tych, w jakich dzieci przychodziły na uroczystości szkolne jeszcze przed rewolucją. Chłopcy w granatowych mundurkach, dziewczęta w granatowych sukienkach i białych fartuszkach. Z ogromnymi kokardami.
W pustym jeszcze budynku przeszła długim korytarzem na piętrze do pokoju nauczycielskiego. Podskoczyła kilka razy przed wejściem jak dziewczynka grająca w klasy. Tu latem naprawiali podłogę. Zrobili porządnie. Deski pod nogami ani drgnęły. Nie spodobał jej się obrus na jednym ze stolików w pokoju nauczycielskim. Zabrała go do gabinetu, przeprasowała.
I teraz już wszystko gotowe. Można usiąść za biurkiem, zanim zaczną się schodzić nauczyciele, pomyśleć o latach pracy, przez które wychowała połowę mieszkańców Biesłanu, które dały jej tytuł Zasłużonego Nauczyciela Federacji Rosyjskiej i - jako jedynej kobiecie - Zasłużonego Obywatela Miasta.
- Przypomniało mi się: "Trwaj, chwilo" - wspomina Lidja. Trwaj, bo niedługo ranna, półnaga, ogłuchła od wybuchów, ciężko poparzona będzie pełznąć przez kałuże krwi, kup. Skalp dziewczynki z ogromną kokardą. A potem na ścianach jej zrujnowanej szkoły pojawią się te napisy: "Lida - zdrajca", "Lida, nie ma dla ciebie miejsca wśród żywych". Tak tu teraz na nią mówią. Nie, jak przywykła, "Lidja Aleksandrowna" czy choćby "Lidja", tylko pogardliwie "Lida".
Panorama dla snajpera
- Winna! Powierzyliśmy jej swoje dzieci. Nie ustrzegła ich. A sama przeżyła. Ona, jej nauczyciele się uratowali. A nie mieli prawa przeżyć, jeśli zginęły dzieci! - wybuchając gniewem, wyrokuje Ełła Kisajewa. Jej, jak przyznaje, tamte dni wyryły się w pamięci kolejnymi obrazami.
Obraz pierwszy. Cała jej czwórka wychodzi z domu jej rodziców przy ul. Kominternu. Jej ulubieniec, 16-letni siostrzeniec Ałan, którego nazywała Totuszką, bo przypominał niedźwiadka z kreskówki, przewiesił granatową marynarkę przez ramię. Upał był od rana. 13-latek Asłan, brat Totuszki, i ich ojciec Rusłan wzięli między siebie niosącą wielki bukiet Zarimę, córkę Ełły, która miała zacząć naukę w szóstej klasie. Odchodzili wysocy, zgrabni, mocni.
Minął ich wóz milicyjny odjeżdżający od pobliskiej komendy. Mężczyzna w mundurze siedzący na tylnym siedzeniu spojrzał na nich, potem na Ełłę i z zasmuconą miną pokręcił głową.
- Coś mnie tknęło. Na naszej ulicy zawsze rano stał milicyjny patrol. A teraz go nie było. I jeszcze ci odjechali. Czyżby coś się stało? Chciałam powiedzieć o tym moim. Spojrzałam, ale ich już nie było - Ełła, zamknąwszy oczy, przygląda się zapamiętanemu obrazowi ulicy, łąki dzielącej ulicę od torów kolejowych i piętrowego budynku szkoły za nimi. - Nikogo nie widać - powtarza.
Zawróciła do zielonej budki z piwem przytulonej do płotu domu rodziców. To był ich rodzinny interes. Prowadziły go z Emmą, matką Ałana i Asłana. Ale gospodarzem był tu Totuszka.
- Miał dopiero 16 lat, ale mężczyźni, nasi klienci, szanowali go i lubili. Nawet bar nazywali Totuszką. Nie lubiłam tego, bo nadawanie czemuś ludzkiego imienia nie przynosi człowiekowi szczęścia. To on przyjmował zamówienia, przynosił piwo. Z każdym gościem potrafił poważnie porozmawiać. Traktowali go jak równego sobie mężczyznę. Powtarzali, że Ałan będzie wielkim człowiekiem - przypomina Ełła.
Spieszyła się. Apel niedługo się skończy. Zmęczonym upałem mężczyznom będzie się chciało pić. Totuszka stanie za barem, pewnie jak zawsze w święta zagra klientom na harmonii.
Kiedy wynosiła przed budkę skrzynkę z pustymi butelkami, zobaczyła kolejny obraz, który na zawsze wrył jej się w pamięć. Pod szkołą biegało czterech mężczyzn w kominiarkach, polowych mundurach z automatami. Siekali powietrze długimi seriami. - Od razu zrozumiałam, że to na poważnie. U nas całe lato mówili, że przyjdą terroryści.
Rzuciła skrzynkę. Pobiegła w kierunku szkoły. Przez ulicę, przez łąkę. Zatrzymał ją ogłuszający ryk lokomotywy tuż nad głową. Najpierw wściekły, wygrażający jej z okienka maszynista. Potem cysterna, platforma z jakąś maszyną, znowu cysterna. Ile tych wagonów? - 24, liczy na przesuwającym się przed zamkniętymi oczyma obrazie.
Kiedy przejeżdżały ostatnie, schwytali ją sąsiedzi. - Dokąd, wariatko? Tam strzelają!
- Tam dzieci - próbowała się wyrwać.
Wagony przejechały. Na dachu szkoły i w oknach na piętrze zobaczyła celujących w nią ludzi w kominiarkach. A przecież stąd nie powinna ich była widzieć. Tu były wysokie topole gęstymi koronami zasłaniające szkołę od strony torów. Tak, ale te drzewa ścięli niedawno, i to jakoś dziwnie, bo pnie sterczą akurat do wysokości okien na piętrze.
- Ktoś zawczasu przygotował snajperom pole odstrzału! - zrozumiała.
Jeśli wyjdę stąd żywy, zabiję cię
- Na podwórku przed salą gimnastyczną, gdzie zaraz miał się zacząć apel, podbiegła do mnie Zarima Kisajewa. Podała bukiet. Z tymi kwiatami szłam do mikrofonu, kiedy ktoś popchnął mnie z tyłu. Kto śmiał dyrektorkę w takiej chwili [popchnąć?]. Zła odwróciłam się. Człowiek w masce, w czarnym kombinezonie, z karabinem. "Szybko do sali! Już" warknął - przypomina sobie Lidja.
Strzały, krzyk dzieci gnanych przez wąskie drzwi i okna do wewnątrz. Ścisnęli wszystkich. Dzieci, rodziców. Kazali siadać na podłodze i być cicho.
Ale jak uspokoić maluchy? Nie wiadomo, czemu w tym dniu nie pracowało pobliskie przedszkole. Matki, które nie mogły zostawić tam dzieci, zwabione muzyką na boisku podeszły pod szkołę i wpadły z nimi w pułapkę. W zatłoczonej, w ponad 30-stopniowym upale coraz bardziej dusznej sali dzieci darły się wniebogłosy.
Rusłan, ojciec Totuszki, nie usiadł, jak mu kazali. Potężny, absolutnie spokojny uspokajał dzieci: - Wszystko będzie dobrze, nie płaczcie.
Stojący za nim człowiek w masce kocim ruchem zdjął z ramienia automat i z odległości dwóch kroków wystrzelił w kark. Na moment zrobiło się cicho. Totuszka oderwał wzrok od znieruchomiałego ciała, podniósł oczy na zabójcę. Cała sala usłyszała, jak powiedział: - Zrobiłeś to, bo był silny. Bałeś się go. Ja też jestem silny. Jeśli wyjdę stąd żywy, zabiję cię.
- Jeśli wyjdziesz - wzruszył ramionami tamten.
- Siedziałam ze starszymi uczniami pod ścianą naprzeciw wejścia. Terroryści kazali zostawić wolną przestrzeń. Taką szeroką na dwa kroki ścieżkę, żeby bez przeszkód przechodzić. Na tę ścieżkę pod moje nogi zawlekli ciało Rusłana. Na twarz rzucili jakiś łach. Spod niego wyciekła krew - wzdryga się Lidja.
A resztę do piachu
- Dyrektor! - drobny chłopak w masce sam się spłoszył, kiedy wezwana jego okrzykiem zerwała się na nogi mocna, wyższa od niego prawie o głowę. . - Do sztabu! - powiedział już ciszej.
Sztab był w pokoju nauczycielskim. - Jak tak można? Chlew tu zrobiliście. Przecież to szkoła - nie wytrzymała, kiedy zobaczyła połamane meble, bezładnie porozrzucane worki, plecaki, skrzynki.
- Nie ucz mnie, matko. Ja w szkole zawsze miałem tylko dwójki - przerwał jej dowódca, łysy, brodaty mężczyzna około czterdziestki, którego inni nazywali "Pułkownikiem" albo "Alim". Widać było, że go ubawił jej belferski wybuch. On jedyny nie miał maski na twarzy.
Kazał jej obejrzeć wiadomości w telewizji. Powiedzieli o napadzie na jej szkołę. Że terroryści nie mają żądań i że trzymają 345 zakładników.
- Jak to 345? Samych uczniów mam 887. A z niektórymi przyszły całe rodziny! W sali jest ponad 1200 ludzi! - próbowała się kłócić z lektorem, ale ten opowiadał już o nowej inicjatywie Rosji z ONZ.
- Sama widzisz. Nikomu nie jesteście potrzebni! A skoro tak mówią, to niech tak będzie. Zostawimy was 345, a reszta do piachu. Przynajmniej raz wyjdzie na to, że Ruscy powiedzieli prawdę - biesił się.
"Góra" nie pozwoliła iść
Ełła i Emma szalały ze strachu o dzieci. Na plac przed domem kultury przyszły z plakatem: "W szkole jest 1200 zakładników". Próbowały rozwinąć go przed kamerami telewizyjnymi, "żeby świat poznał prawdę". Ale reporterzy rosyjscy wyłączali kamery. Tłumaczyli, że służby specjalne zakazały im przekazywać informacje o tym, ilu ludzi jest w sali gimnastycznej.
Tylko jakiś korespondent z Francji porozmawiał z Ełłą. Ona błagała władze, żeby nie dopuściły do szturmu, zaczęły negocjacje z terrorystami.
Tak naprawdę "negocjacje" prowadziła tylko Calijewa. "Pułkownik" pod wieczór przysłał po nią dwóch brodaczy z granatnikami. Zaprowadzili znowu do pokoju nauczycielskiego. - Mają was w nosie, matko. Nikt z władz się z nami nie kontaktuje. My chcemy, żeby Moskwa wycofała wojska z Czeczeni i wypuściła z więzień naszych braci - dyktował jej warunki, jakby była jakimś ważnym politykiem - Chcemy, żeby tu na rozmowy z nami przyszli Dzasochow[Aleksandr, prezydent Północnej Osetii, w której znajduje się Biesłan], Ziazikow[Murat, prezydent sąsiadującej z Osetią Inguszetii], Asłachanow[Asłanbek, Czeczen, doradca prezydenta Putina] i doktor Roszal[Leonid, pediatra, który brał udział w negocjacjach z terrorystami trzymającymi zakładników na moskiewskiej Dubrowce jesienią 2002 r.] - "Pułkownik" kazał jej zadzwonić do Dzasochowa, przekazać warunki, opowiedzieć, co się dzieje w szkole.
- Nie znam jego telefonu - przestraszyła się.
- To znajdź! - warknął.
- I wtedy popełniłam błąd. Powiedziałam mu, że u nas uczą się dzieci Tajmuraza Mamsurowa, przewodniczącego parlamentu Północnej Osetii. Selim i Zerimka powinni być w sali. I to pewnie z mamą. Ci z granatnikami poprowadzili mnie z powrotem. W sali zaczęłam wołać: "Łarisa! Łarisa Mamsurowa!". Ale jej nie było. Podniosły się dzieci. Selim szedł ze mną boso po szkle, którym usypana była podłoga korytarza. Podyktował numer telefonu. "Pułkownik" podał mi swoją komórkę. "Tajmuraz - krzyknęłam po osetyjsku - szafam! Szafam!(giniemy). Dzieci moje przepadają. Nie wolno im wychodzić do toalety. W tym upale nie dostają wody. Mocz piją. Oni, ci, którzy tu nas trzymają, chcą rozmawiać z Dzasochowem. Ratujcie dzieci.
Mansurow powiedział: "Zajmujemy się wami".
Nie wiedziała, że w czasie tej rozmowy siedział obok Dzasochowa. Wystarczyłoby, żeby podał mu słuchawkę. Może zaczęłyby się rozmowy. Ale było tylko "zajmujemy się". Prezydent tłumaczył potem, że to "góra" nie pozwoliła mu iść do szkoły. A Manmsurowa "góra" pouczyła, że ma "ukryć swoje ojcowskie emocje". I ukrył.
- Nie wiem, dlaczego tak postąpiłam. Nie pomyślałam, że narażam Selima i Zerimę na niebezpieczeństwo. Może emocje, rozpacz. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby im coś się stało. Ale "Pułkownik" odesłał dzieci Mamsurowa do sali. Oboje, choć zostali ranni, przeżyli.
Przeżyło też 26 kobiet z dziećmi przy piersi, które ze szkoły wyprowadził Rusłan Auszew, były prezydent sąsiadującej z Osetią Inguszetii odznaczony za odwagę na wojnie w Afganistanie gwiazdą Bohatera ZSRR. On nie przestraszył się ani terrorystów, ani srogiego zakazu "góry". Zadzwonił do "Pułkownika". Powiedział mu: "Tu Auszew. Idę". Wszedł do szkoły, przekonał terrorystów żeby wypuścił matki z niemowlętami.
Ale Auszew to nie "góra", to były prezydent już kilka lat temu odsunięty przez Kreml od władzy za zbytnią samodzielność.
Lidjo Aleksandrowna, nas zabiją?
W sali gimnastycznej było coraz duszniej. I coraz silniejszy smród. "Pułkownik" rozwścieczony, że telewizja kłamie, a "góra" nie chce z nim rozmawiać, jeszcze pierwszego dnia zabronił zakładnikom wychodzić do toalety. Dzieci załatwiały się pod siebie albo sikały do jednego z trzech wiader ustawionych w sali. Niektóre męczone pragnieniem moczyły w tych wiadrach koszulki, a potem wyciskały sobie ciecz do ust.
Tarkan Sabanow, po którym Lidja 25 lat temu przejęła dyrektorowanie szkołą, wycieńczony upałem i pragnieniem leżał na deskach podłogi tuż pod bombą zawieszoną na koszu do koszykówki.
Przyszedł do niego "Pułkownik". - Ty, ojcze, możesz stąd iść. Nam się nie przydasz - zaproponował.
- Tu zacząłem życie. Tu je skończę - uroczyście odmówił stary nauczyciel. Nie przeżył szturmu. Prawdopodobnie zabiła go bomba, która wisiała mu nad głową przez trzy dni dramatu w szkole.
- Siedziałam pod ścianą. Naprzeciw, po drugiej stronie przejścia i kałuży zaschniętej krwi, mur dziecięcych twarzy. Ogromne, rozpalone przerażeniem, upałem, gorączką oczy. "Lidjo Aleksandrowna, nas zabiją? Umrzemy? Lidjo Aleksandrowna, tak chce się wody". Kiedy pilnował nas drab z ogromną brodą, o nic nie prosiłam. Zawsze odpowiadał, że o wodę mamy się zwracać do Putina. Kiedy przychodził tamten mały, który w pierwszym dniu zaprowadził mnie do "Pułkownika", podnosiłam rękę jak uczennica i czekałam, aż mnie zauważy. "Słucham" - pytał. "Dzieci chcą pić" - mówiłam po cichu. Czasem pozwalał maluchom podejść do kranu w łazience. Chyba mu się podobało, że dyrektorka wielkiej szkoły traktuje go jak grzeczna uczennica.
- Ludzie mają do mnie pretensje, że byłam taka grzeczna, że nie traktowałam tych bestii tak, jak na to zasłużyli. Może mają rację. Mnie nikt nie uczył, jak się zachowywać, kiedy uzbrojona banda powiesi nad głowami twoich dzieci bomby. Nikt nie uczył, jak prowadzić negocjacje w imieniu ogromnego państwa. Sama pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli ja, moi nauczyciele nie będziemy drażnić terrorystów. Byle tylko nie strzelali do dzieci. Co robiłam źle? - pyta.
Putin nad łóżkiem
Kiedy się ocknęła, pomyślała, że już po wszystkim. Tak tu cicho. Nie rozumiała, że ogłuszył ją wybuch. Zobaczyła, że pod ścianą siedzi nauczycielka Zarima Biegsajewa. Bez ruchu, a pod nią rośnie czerwona kałuża. Spróbowała podpełznąć do rannej. Przeszkadzał jej kawał mięsa majtający się przy prawej łydce. Obok leżała dziecięca marynarka, owinęła nią nogę. Kiedy usiadła, zrozumiała, że ma na sobie tylko rękaw kostiumu. Resztę zdmuchnęła z niej eksplozja. Żar podpalił syntetyczne majtki i stanik. Tworzywo wtopiło się w skórę.
Podniosły ją silne ręce. Zobaczyła nad sobą twarz Aleksandra Michajłowa, nauczyciela techniki, kilku starszych uczniów, był chyba z nimi Totuszka. Wynieśli ją przez wielką wyrwę w ścianie za szkolne garaże. Tam Michajow nabrał w wielkie dłonie wody z kranu i dał jej pić. Pierwszy raz od trzech dni. Pobiegł szukać innych rannych. Chwilę potem zginął.
Kiedy się ocknęła drugi raz, leżała na łóżku szpitalnym, a nad nią stał Putin. W czarnej marynarce, czarnym golfie. Głaskał ją po ręce i powtarzał: - Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
- Dziękował?
- Mówił jeszcze jakieś słowa, ale nie usłyszałam. Po wybuchu popękały mi bębenki, zostało tylko 10 proc. słuchu - usprawiedliwia się Lidja.
Paznokcie
Ełła szybko znalazła Zarimę - w szpitalu. Kiedy stanęła na progu sali, mała przywitała ją: - Mamo, jaka dobra jest woda!
Synów Emmy nie było w szpitalu.
- Ja nigdy wcześniej nie widziałam martwych ludzi. No, starców w trumnach. Ale nigdy się specjalnie nie przyglądałam. A tu, na podwórzu, rzędy ciał. Niektóre czarne, spalone. Inne bez głów, rąk. Idziesz, patrzysz, twój, nie twój - Emma wspomina kostnicę w Władykaukazie, dokąd zwożono ciała ofiar.
Totuszkę znalazła szybko. W czystych spodniach, koszulce nawet nierozpiętej. Nawet jego białe skarpetki były czyste. Tylko w dole brzucha mała dziurka od kuli. On przeżył szturm, wybiegł z sali. Potem wrócił szukać brata, ratować rannych. Kuli z jego ciała nie wyjęli. Nie wiadomo, z czyjej broni ją wystrzelono - terrorysty czy jednego ze szturmujących.
Asłana szukała długo, chodząc między rzędami ciał. - Coś mnie tknęło, że to on. Stałam nad nim godzinę. Nie mogłam odejść. Spalony, czarny. Bez prawej ręki. Wzięłam do ręki lewą dłoń, rozprostowałam spalone palce. Obejrzałam paznokcie. Te same, które znam od 13 lat. Już wiedziałam, że młodszy syn też [nie żyje] - Emma opowiada monotonnym głosem.
Eksperci powiedzieli, że się pomyliła. Że to ciało dorosłego, wysokiego mężczyzny. Po miesiącu przyszło potwierdzenie z Rostowa nad Donem, z laboratorium identyfikacji poległych. Przeczucie Emmy nie zawiodło.
Worek fałszywych dolarów
Kiedy Emma na cmentarzu przy drodze do Władykaukazu chowała młodszego syna obok męża i Totuszki, Lidja w szpitalu w Moskwie czekała na trzecią operację rozerwanej wybuchem nogi.
- Powiedzieli mi, że to będzie za cztery tygodnie, że rany muszą się podgoić. Nie chciałam czekać. Chciałam jechać na cmentarz moich dzieci. Pokłonić się każdej matce. Popłakać z każdą. Przeprosić, że nie ocaliłam. Zapytać, czy czegoś nie trzeba. Wypisałam się ze szpitala. Nie wiedziałam, co się u nas dzieje - kręci głową Lidja.
A Biesłan huczał od plotek, Biesłan wiedział, że tragedii dzieci jest winna właśnie ona. Bo przeżyła. Zginął co trzeci pracownik szkoły, ale wszyscy pozostali są winni.
To ona trzy razy w ciągu trzech dni wychodziła z sali gimnastycznej na rozmowy z terrorystami. Ktoś widział, że piła z nimi herbatę. Ktoś widział, że jadła snickersa.
Chodziłem w Biesłanie od drzwi do drzwi, szukając tego, kto widział. Trafiłem tylko na tych, którzy słyszeli.
Wszyscy zapewniali, że Lidja była w zmowie z tamtymi. Że po rewizji w jej mieszkaniu agenci FSB wynieśli stamtąd worek z 40 tys. fałszywych dolarów.
- Terroryści wcale nie przyjechali do szkoły z tą masą broni, materiałów wybuchowych 1 września rano. I wcale nie było ich 32, jak mówią nam oficjalnie, tylko co najmniej 50. Część z nich była na miejscu już wcześniej. A wpuściła ich tam Lida - zapewnia Ałan, brat Ełły i Emmy. Jak prawie wszyscy wierzy, że ludzie "Pułkownika" byli w szkole całe lato, udając robotników prowadzących remont.
- Remont robili Sasza, nauczyciel techniki, i Swieta, moja zastępczyni. Pobielili ściany na korytarzach, naprawili podłogę przed pokojem nauczycielskim. Na to wszystko mieliśmy 8 tys. rubli [około 1 tys. zł], które wyżebraliśmy u moich dawnych wychowanków. Czy za takie pieniądze można wynająć brygadę budowlaną? Ja już to wszystko mówiłam sto razy, rozliczałam się. Świadkowie potwierdzają moje słowa. Prokuratura przyznała mi rację - broni się Lidja.
- A ludzie powtarzają swoje - przypominam.
- A co powiedzą na to? - kobieta zrywa się na równe nogi, podciąga sukienkę. Pokazuje głęboką szramę na łydce, oparzony bok. - Czy gdybym była w zmowie z tamtymi, wzięłabym ze sobą do szkoły dwoje własnych wnuków, rodzoną siostrę i jej wnuka? Oni wszyscy zostali ranni. Siostra straciła oko! - krzyczy.
Rasputin epoki Putina
- Musiałabym chyba zwariować, żeby tak postąpić. Ale to nie jaj zwariowałam, tylko te kobiety z Komitetu Matek Biesłanu, które mnie oskarżają. To one dały się opętać szarlatanowi obiecującemu, że lada dzień wskrzesi ich dzieci.
Szarlatan nosi nazwisko Grabowoj, ale dziennikarze rosyjscy często piszą je "Grobowoj"(od "grob" - trumna). Z imieniem nie ma problemu - Griegorij - tak jak tajemniczy mnich Rasputin, który na początku ubiegłego stulecia trząsł dworem Mikołaja II.
Podaje się za wcielenie Chrystusa, Buddy, Mahometa. Zapewnia, że matka niedawno przyznała mu się przez telefon, że był poczęty w sposób niepokalany. Jego współpracownicy urzędujący w luksusowym biurze w centrum Moskwy zapewniają, że zna 50 "technologii wskrzeszania ludzi". Wskrzesił już tysiące zmarłych, w tym marynarzy "Kurska" - całą poległą w roku 2000 załogę atomowego okrętu podwodnego. Nie wrócili do domów, bo ich rodziny nie wierzą jeszcze dosyć mocno w Grabowoja. Podaje się za prezydenta państwa Grigoria. Za trzy lata zamierza zostać prezydentem Rosji. Obiecuje, że natychmiast po objęciu urzędu wyda dekret "unieważniający śmierć".
Matki Biesłanu trafiły do niego niby przypadkowo. Do jednej z nich w samolocie przysiadła się kobieta z książką Grabowoja "Wskrzeszenie umarłych - od teraz to rzecz realna".
Pojechały do niego do Moskwy całą grupą. Obiecał, że wskrzesi dzieci. Każde za 39,5 tys. rubli (około 5 tys. zł).
- Chrystus. Wskrzeszał ludzi. A więc to jest możliwe. Zapowiedział, że wszyscy zmarli zmartwychwstaną. A kiedy to ma się zacząć, jeśli nie po takiej straszliwej tragedii jak nasza. Będę wierzyć mocno, mocno. Może dzięki temu moja córka wróci do mnie. Co mam do stracenia? Wierzę - zapewnia Susanna Dudijewa, która w ataku na szkołę straciła 13-letnią córkę, a teraz jest przewodniczącą Komitetu Matek Biesłanu i jednocześnie szefową miejskiego oddziału partii Grabowoja.
- Ale on wymaga od tych, którzy chcą wskrzesić bliskich, nie tylko absolutnej wiary. Także miłości ogarniającej bez wyjątku wszystkich ludzi.
- A co w takim razie z dyrektorką Calijewą? - pytam.
- Jest winna co najmniej zaniedbania, które doprowadziło do tragedii. Musi ponieść konsekwencje - słyszę.
Najdroższe gatunki mineralnej
- Czy pan zauważył, że tutaj czas zatrzymał się na tamtych trzech wrześniowych dniach? Jakby nie było nic wcześniej ani nic potem - pyta mnie Natalia pracująca w Biesłanie jako psycholog. - One stale przychodzą na ruiny szkoły z butelkami świeżej wody. Wodę noszą codziennie na mogiły. Najdroższe gatunki mineralnej. Najdroższe zabawki: samochodziki, gry, ogromne lalki za dziesiątki tysięcy rubli.
Cała ich uwaga jest skupiona na tych trzech dniach. Z fotograficzną dokładnością zapamiętały i stale analizują każdy szczegół. I nie mogą tego ułożyć w logiczną całość. Tego, że uzbrojona po zęby banda w biały dzień mijała przydrożne posterunki i bez przeszkód wjechała do miasta, że przy szkole akurat tego dnia nie było milicji. Zastępcy prokuratora generalnego powtarzają im, że miotacze ognia, których używali żołnierze szturmujący szkołę, były "nieszkodliwe". A one identyfikowały spalone ciała swoich dzieci. Mówią im, że czołgi strzelały do szkoły dopiero, kiedy nie było w niej żywych zakładników. A one widziały, jak czołg zaraz na początku szturmu z odległości stu metrów strzelał w stołówkę, gdzie część dzieci szukała schronienia. Wciąż pytają, dlaczego władze nie próbowała negocjować, tylko zdecydowała się na szturm.
- Wiedzą, że winni są nie tylko terroryści. Obwiniają Putina, jego współpracowników. Ale tamci są daleko, nieosiągalni. Szukają więc winnych też wśród tych, którzy są pod ręką. Mają dyrektorkę Calijewą - tłumaczy Natalia.
Skłócić Biesłan
- Na murach zniszczonej szkoły ludzie piszą też hasła, które o śmierć dzieci oskarżają Putina, jego współpracowników, prezydenta Dzasochowa. Ale te napisy szybko znikają. Ktoś je zamalowuje. A tych o Lidji nie. Kiedy zblakną, ktoś je starannie odnawia - mówi mi Anna Politkowska, dziennikarka "Nowej Gazety", dzielna kronikarka wieloletniej wojny na Północnym Kaukazie. - To nie przypadek.
- Nauczyciele, którzy przeżyli szturm, założyli fundację. Zebrali sporo pieniędzy, uczciwie rozdawali je rodzinom poległych, które po tragedii wpadły w nędzę. Ministrowie z rządu Północnej Osetii zwołali specjalny wiec krewnych poległych. Poszczuli ich na nauczycieli. Ludzie wsiedli na nauczycieli, że są winni, bo przeżyli. Że wprawdzie robią dobrą robotę, ale ta robota nie jest potrzebna rodzinom ofiar, a pomocą powinna się zająć tylko administracja państwowa - przypomina Politkowska.
- To jakiś absurd?
- O nie. Biesłan nie zapomina. Biesłan pyta, kto ponosi winę za szturm, który zakończył się masakrą, kto pozwolił terrorystom przygotować i przeprowadzić atak. I sporą część winy składają na Putina. Na Kremlu boją się tego. Próbują więc skłócić ofiary, poszczuć jednych na drugich.
- Grabowoj też nie wziął się znikąd. Miał wykłady w Akademii Administracji przy prezydencie Rosji, uczelni przygotowującej urzędników na kluczowe stanowiska państwowe. Należy do prezydenckiej Akademii Bezpieczeństwa. W jego otoczeniu są byli oficerowie służb specjalnych. Jestem przekonana, że Grabowoj w Biesłanie wykonuje specjalne zadanie. Ma pokazać światu, że matki, które rozpaczliwie szukają prawdy o tragedii, są - jak to się u nas mówi - nieadekwatne, gotowe uwierzyć nawet w taką bzdurę jak masowe wskrzeszenie zabitych dzieci - mówi Politkowska.
Tu zostanę do śmierci
1 września tego roku[2005] Lidja Calijewa poszła do swojej szkoły na rocznicową uroczystość żałobną. Kiedy wchodziła do zrujnowanej sali gimnastycznej, ktoś krzyknął: "Idzie!". I zrobiło się cicho. Z tłumu wyskoczyły dwie kobiety w czerni. Jedna z nich, Zalina Gubarowa, wbiła paznokcie w jej ramię. Wywlokły dyrektorkę z sali.
- Zabiły mnie. Zabiły na śmierć. Na co mi takie życie. Taka hańba - żali się Lidja.
- Dlaczego Pani nie wyjedzie z tego miasta, które Panią osądziło i skazało? Przecież tu nie może Pani nawet pokazać na ulicy, wyjść po zakupy?
- Tu zostanę do śmierci. Tylko tak mogę udowodnić, że jestem niewinna.