Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 23 kwietnia 2026

2346. Widać w Niebie też potrzebują dobrych ludzi...

Był taki polityk, który w niesieniu pomocy nie zwracał uwagi na poglądy polityczne, ale potrafił wyciągnąć rękę do każdego potrzebującego. Chociaż mieszkał dosłownie za miedzą, nie znałam go osobiście. Ale podglądałam jego profil na facebooku i podziwiałam go za niesienie pomocy innym. Dąbrowę od Sosnowca łączy kilka dróg. Dzisiaj jedną z nich, może jak co dzień, jechał nan rowerze poseł Lewicy - Łukasz Litewka. Niestety, była to jego ostatnia przejażdżka. Szok, niedowierzanie, zwłaszcza, że to się stało za przysłowiowym zakrętem. I że umarł ktoś w moim wieku. Bo cóż to jest rok różnicy w naszym wieku?
Myślę, że na chwilę można zejść z dziwnego podziału na Prawicę, Lewicę, czy też Centrum. Dziś warto być ponad podziałami, jak uczył tego Łukasz. Tablica na facebooku zaroiła się od jego czarno-białych zdjęć wstawianych przez znajomych. Wielu z nich znało go osobiście, wielu z nich pomógł. Widać w Niebie też potrzebują dobrych ludzi...

niedziela, 19 kwietnia 2026

2345. Zbawienne numerki na życie

Prawdopodobnie dzisiejszego wpisu by nie było, gdyby nie to, że poniższy artykuł opracowałam już jakiś czas temu i tylko czekał na wciśnięcie odpowiedniego przycisku. Wydaje mi się, że kolejna rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim jest idealną ku temu okaą. Zapraszam Was do przeczytania niezwykle ciekawej opowieści o tym, w jak niezwykły sposób kilkoro, a dokładniej 6 pielęgniarek wydostało się z piekła getta.

"Numerek na życie" dostało tylko sześć pielęgniarek z getta. Usłyszały jedno pytanie

na podstawie tekstu  Pauliny Wieczorek

Mieszkały w najpiękniejszym gmachu warszawskiego getta. Były młode, niektóre z nich nie miały nawet 14 lat. Uczyły się, jak odbierać poród i co powiedzieć komuś, kto za chwilę umrze. Później celowo łamały pacjentom ręce i nogi, aby uchronić ich przed rychłą śmiercią. Kiedy same stanęły w jej obliczu, miały tylko jedną szansę, by przeżyć. Był nią najlepszy stopień na świadectwie. "Numerek na życie" przyszłe pielęgniarki dostawały za odpowiedź na jedno pytanie.
"Numerek na życie" dostało tylko sześć pielęgniarek z getta. Usłyszały tylko jedne pytanie. Na zdj. Szpital na Czystem w Warszawie, 1939 r. (Anka Grupińska, Bogna Burska, Żydzi Warszawy, Warszawa, Żydowski Instytut Historyczny, 2003, p. 121)
  • Szkoła Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych w czasie wojny działała przy ul. Mariańskiej, w samym sercu warszawskiego getta.
  • "Uczennice, przeważnie zawsze głodne, musiały chodzić na drugi koniec miasta, żeby pielęgnować chorych na tyfus; nie miały do dyspozycji ani bielizny, ani łazienek" - wspominała ówczesna dyrektorka placówki Luba Blum - Bielicka.
  • Po rozpoczęciu akcji eksterminacyjnej ludności żydowskiej pielęgniarkom darowano życie. Uznano je za "niezbędne do zwalczania zarazy".
  • 18 stycznia 1943 r. oglądały jak Niemcy bestialsko mordują pacjentów, którymi się opiekowały. Wśród ofiar były także noworodki.
  • Z 350 pielęgniarek, które ukończyły szkołę, wojnę przeżyły zaledwie 42.
Trudno było uwierzyć, że to getto. Budynek był solidny, piętrowy, w środku niemal sterylnie czysty, wypełnione wspaniałymi młodymi dziewczętami, które o siódmej rano zbiegały z piętra, gdzie mieścił się internat, do sali wykładowej na parterze, aby z wypiekami na twarzy słuchać o tym, jak pielęgnować pacjentów.

Serce warszawskiego getta
Był listopad 1940 roku, a one mieszkały i uczyły się przy ul. Mariańskiej, w samym środku odizolowanej od reszty miasta "dzielnicy żydowskiej". Pielęgnowanie pacjentów, nawet tych z chorobami zakaźnymi i wenerycznymi, było najlepszym, co mogło je spotkać. Wiedziały, że w tym trudnym czasie, to utopia. Że pod ich opiekę będą trafiać głównie ranni. Że gdy uda im się wrócić do zdrowia, to i tak wkrótce zostaną rozstrzelani albo wywiezieni.
Szkoła Pielęgniarstwa przy Szpitalu Starozakonnych miała działać w zupełnie innym miejscu. Powstała w 1923 roku na osiedlu Czyste w Woli (dlatego mówiono o niej "szkoła na Czystem"). Nazwa "Czyste" doskonale oddawała jeden z priorytetów kształcenia w niej: bycie wzorem higieny, czyli najlepszego środka chroniącego przed chorobami, zwłaszcza tymi zakaźnymi. To wówczas nieoczywiste zalecenie było jednym z wielu nowatorskich rozwiązań, jakie szkoła chciała wdrożyć.

Serce warszawskiego getta
Inną nowoczesnością było powierzenie kierowania szkołą zagranicznym ekspertkom. Do Polski oddelegowano dwie dyplomowane pielęgniarki, Amerykanki żydowskiego pochodzenia: Ruth Hoffman i Amelię Greenwald. Greenwald została pierwszą dyrektorką placówki. Była to pielęgniarka z ogromnym doświadczeniem - uczyła się w Nowym Orleanie, Baltimore i Nowym Jorku, pomagała w tworzeniu szpitala na Florydzie, podczas I wojny światowej służyła w Amerykańskim Korpusie Ekspedycyjny, a potem we Francji, w Verdun i Savoy. Do Warszawy wkroczyła pewnym krokiem z programem nauczania New York State University pod pachą, gotowa uczyć młode dziewczęta pielęgniarstwa na światowym poziomie.
Pod jej pieczą Szkoła Pielęgniarstwa rozkwitła i szybko stała się jedną z najnowocześniejszych placówek tego typu w kraju, rozpoznawalną nawet za granicą. Wykładali tu najlepsi lekarze Szpitala Starozakonnego, pomagały cztery pielęgniarki z Anglii. Wysokie standardy kształcenia szybko zaowocowały. Absolwentki szkoły trafiły do najlepszych szpitali, szkół i przychodni w kraju. Te najzdolniejsze wysyłano za granicę, aby się doszkoliły. W najlepszych czasach w szkole uczyło się nawet 120 dziewcząt.
Kiedy możliwości lokalowe stały się niewystarczające, tuż obok szpitala zakupiono plac pod budowę nowego gmachu placówki. Wtedy wybuchła wojna.

Pielęgniarki były "przeważnie zawsze głodne"
Wraz z wybuchem wojny wszystko się skomplikowało. Trwała epidemia tyfusu, brakowało wody, prądu, gazu, żywności, leków, mimo to szpital ciągle działał. Funkcjonowała też szkoła, bo pielęgniarki były potrzebne bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej: opatrywały rannych, doglądały chorych po zabiegach, odbierały porody, uczyły higieny. Dziewczęta na praktyki jeździły po całej Warszawie, zdobywając doświadczenie, którego pozazdrościłby im niejeden "zakaźnik" czy specjalista medycyny ratunkowej. Największym wyzwaniem była praca w "punktach dla uchodźców" i poradniach, do których trafiały dzieci z chorobą głodową.
"Uczennice, przeważnie zawsze głodne, musiały chodzić na drugi koniec miasta, aby pielęgnować chorych na tyfus; nie miały do dyspozycji ani bielizny, ani łazienek. Jedyne, co chroniło pielęgniarki przed zarażeniem, to wzorowo zorganizowana sala przyjęć. Chorzy byli strasznie zaniedbani, zawszeni, brudni, w łachmanach. Parokrotnie ich więc kąpano, golono na całym ciele, oglądano przy reflektorach, przebierano i dopiero potem kierowano na oddział" - pisała w swoich wspomnieniach ówczesna dyrektorka szkoły, żona działacza Bundu i powstańca w getcie warszawskim Abraszy Bluma - Luba Blum - Bielicka.
Na nową siedzibę szkoły wybrano budynek Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Mariańskiej 1. Stał w samym centrum nowo utworzonego getta. Placówka pod nazwą Żydowska Szkoła Pielęgniarek działała tam półtora roku. Było to też jedyne miejsce, w którym mogła szkolić się ludność żydowska. Przedstawiciele władz niemieckich nie zaglądali do tej szkoły, chociaż wprowadzono limity przyjęć - z 300 kandydatek wybrano 32 uczennice, "które najbardziej nadawały się do zawodu ze względu na zdrowie, wykształcenie i referencje".

"Niezbędne do zwalczania zarazy"
W lecie 1942 roku szkołę przeniesiono do budynku przy ul. Stawki, tuż obok tzw. placu przeładunkowego, skąd Żydów wywożono m.in. do obozu zagłady w Treblince. 22 lipca rozpoczęła się akcja eksterminacyjna ludności żydowskiej. Na pielięgniarki przyszła kolej 6 sierpnia. Stanęły w swoich mundurach wśród 40 tys. innych Żydów. Decyzją inicjatorów akcji zostały jednak zwolnione, ponieważ uznano je za "niezbędne do zwalczania zarazy".
"Z nami razem był wtedy sędziwy inż. Weisblatt. Próbowałam tłumaczyć, że jest on prezesem naszego zarządu, w odpowiedzi dostałam pałką po głowie. Pobili do krwi staruszka, krew mu ciekła po skroniach, zawlekli go razem ze skazańcami na Umschlagplatz" - wspominała Luba Blum-Bielecka. Kobieta była mocno zaangażowana w ratowanie rodaków przed wywózką. Mówiono o niej "pielęgniarka o kostycznych zasadach zakonnicy". Miała jednak wielkie serce, a jeśli była bezkompromisowa to tylko wobec okupantów. Świadkowie opowiadali, że nawet namawiała swoich podopiecznych do łamania pacjentom rąk lub nóg, aby w ten sposób ocalić ich przed zagładą (chorzy i kalecy byli w tamtym czasie pomijani przez Niemców). Udało im się też uratować od śmierci wiele dzieci, przemycając je do przyszpitalnego ambulatorium dla nagłych wypadków.
Blum-Bielecka uratowała też wielokrotnie swoje podopieczne od pewnej śmierci. Pierwszy raz niemal w ostatniej chwili, gdy czekały na wejście do wagonu pociągu, który miał je zawieźć na "roboty": "Wpuszczali wszystkich, ogłoszenia wzywały do dobrowolnego zgłaszania się na roboty, a naprawdę na śmierć. Tym, którzy sami przychodzili, dawali na drogę dwa chleby i 1 kg marmolady. Zastałam tam dzieci, moją siostrę, również pielęgniarkę i 12 uczennic ze szpitala dr Braude - Hellerowej. Okazało się, że zezwolenie niemieckie na uruchomienie Domu Pielęgniarek (Schwesternheim) było jednocześnie gwarancją życia dla tych pielęgniarek. Dzieci nie wchodziły, naturalnie, w rachubę. Wyprowadziłam zwycięsko z Umschlagplatzu niedobitki naszej szkoły. Ten pochód pielęgniarek pośród tysięcy skazańców, obłąkanych z rozpaczy, z wyczerpania, z głodu, o spieczonych ustach i nieprzytomnych oczach, był jedynym w swoim rodzaju marszem do życia. Wiedziałam, że za chwilę mogą załadować moje dwoje dzieci do wagonów śmierci".

"Kartki za życie" za odpowiedź na pytanie egzaminacyjne
Luba Blum-Bielicka wręczała też słynne "numerki na życie", o których w książce "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall wspomniał Marek Edelman. Według jednej z relacji kobieta dostała zaledwie sześć karteczek z pieczątkami niemieckimi, które chroniły przed wywózką. Musiała je rozdysponować wśród swoich uczennic, których było 60. Luba nie chciała i nie mogła wybierać spośród nich, dlatego zdecydowała, że dostaną je te, które uzyskają najwyższy stopień z egzaminu i najlepiej odpowiedzą na pytanie: "Jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca?".
Sama Blum - Bielecka wspominała o "kartkach na życie" w opublikowanym w "Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego" (nr 40, z 1961 r.) artykule, podając inną ich liczbę - 20*.
Kiedy zlikwidowano szpital przy ul. Stawki, część personelu została przeniesiona do nowego, otwartego przez Niemców szpitala dla żydowskich ratowników. Był wrzesień 1942 r. Udało im się przetrwać jesień i początek zimy.

Brutalny mord na pacjentach
18 stycznia 1943 r. Niemcy wtargnęli do placówki i bestialsko wymordowali pacjentów, nie oszczędzając w tym dzieci. Te wydarzenia zostały opisane przez Blum-Bielicką w następujący sposób: "18 stycznia 1943 r. udałam się do szpitala o godz. 6 rano. Zastępowałam siostrę przełożoną, panią Fryd. Nigdy nie wiadomo było, ile tego dnia pielęgniarek przyjdzie do pracy. Niektóre bowiem chorowały na skutek głodu i wycieńczenia, inne usiłowały się wydostać na >>aryjską stronę<<. Urzędowałam w kancelarii szpitala, przez telefon dowiedziałam się o kolejnej >>akcji<<, nie miałam już złudzeń. Żydowska Organizacja Bojowa w getcie spodziewała się >>akcji<< o tydzień wcześniej. Wróciłam na Franciszkańską po uczennice i swoje dzieci. Ulokowałam chorych w schronach, w które szpital był zaopatrzony. Nawet położnice uciekły do schronu. Niemowląt nie można było ukryć, byłyśmy przekonane, że hitlerowcy nie tkną noworodków. Jakże byłyśmy naiwne! >>Akcja<< trwała cały dzień. Lekarz niemiecki w wojskowym mundurze spytał, ilu jest chorych zakaźnych. Kiedy usłyszał, że w szpitalu jest 400, zawołał: >>Mein Gott, ich kann doch nicht so viel Alkohol trinken!<<. Okazało się, że polecono mu zabić chorych zakaźnych i ciężko rannych w łóżkach, a za każdego miał dostać litr alkoholu. Martwił się więc ten przedstawiciel >>Herrenvolku<<, że nie potrafi spożyć tak wielkiej ilości alkoholu. (...) Po odejściu SS-manów w łóżkach leżały trupy z wyciągami chirurgicznymi i z szynami. Uratował się jakiś chłopiec (był trupio blady), hitlerowcy wzięli go za zmarłego. Noworodki leżały w krwawych kałużach, w pięknych białych łóżeczkach. Tego dnia postanowiłam szukać ratunku po >>stronie aryjskiej<<. Nie chciałam już nigdy wrócić do getta".
Z 350 pielęgniarek, które ukończyły szkołę, wojnę przeżyły 42. Wśród nich była Luba Blum-Bielicka. Gdy wojna dobiegła końca, kierowała żydowskim domem dziecka w Otwocku, a jej podopieczną była m.in. Hanna Krall. W 1949 r. ponownie została dyrektorką Szkoły pielęgniarstwa nr 3 przy ul. Kasprzaka w Warszawie. Zmarła w 1973 roku.

źródło: https://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,numerek-na-zycie-dostalo-tylko-szesc-pielegniarek-z-getta--uslyszaly-jedno-pytanie,artykul,16983736.html?2290=&utm_campaign=cb

* prawdopodobnie chodzi tutaj o inną sytuację - dzięki swoim kontaktom Blum-Bielicka kilkukrotnie zdobywała dla swoich bliskich pieczątki

U mnie w miarę stabilnie...
Na koniec dziękuję tym wszystkim, którzy zostawili tyle ciepłych słów pod poprzednim wpisem. Szczerze powiedziawszy - nie spodziewałam się tak pozytywnego odzewu. Nie wiem jednak kiedy i czy w ogóle wrócę do pisania w miarę regularnego. Jasne, blog jest ciekawą formą pamiętnika, no ale...

Dziękuję też Natalii (chyba nawet podejrzewam kto to jest), Jadzi oraz Agai za przemiłe kartki świąteczne. I znowu jest mi niezwykle głupio, że nawaliłam pod tym względem...

sobota, 4 kwietnia 2026

2344. Przepraszam...

Myślę, że winna Wam jestem przeprosiny. Przeprosiny za nieobecność, za milczenie na Waszych blogach, może też za to, że niektórych z Was może zawiodłam nie pozostawiając śladu pod wpisami. To nie tak, że, kolokwialnie pisząc, olewam Was, czy mam Was gdzieś. Ostatnio dostałam kilka meili, które by tak sugerowały. I zrobiło mi się przykro. Za bardzo nie wiem jak się wytłumaczyć. Chciałabym napisać tak bardzo popularną wymówkę, że "nie mam czasu". Ale wtedy czułabym się nie fair, że dla jednych go mam, a dla innych nie. Prawda jest taka, że aktualnie żyję trochę na raty: jak jest źle, to leżę bez sił, jak dobrze, staram się nadrobić wiele rzeczy, co znowu nie jest takie proste. Mogłabym jak kiedyś poświęcać swój wolny czas i po nocach komentować Wasze blogi, ale ostatnio zostawiam kilka komentarzy mam dosyć. Chyba skończyły się czasy, kiedy chciałam każdemu dogodzić, aby czuł się doceniony. Kiedy poświęcałam na to całe godziny. Teraz po odwiedzeniu i skomentowaniu kilku blogów mam fizycznie dosyć. Tym bardziej, że pisanie komentarzy też u mnie trwa. Wiem, że wielu moich czytelników tego nie zrozumie. I chyba nawet jest mi to obojętne. Już obojętne. 
Ech, chciałabym Was też przeprosić za to, że nie wysłałam ani jednej kartki z życzeniami. Za dużo szpitala w ostatnich tygodniach, a za mało wolnego czasu, takiego tylko dla siebie. Plany były ambitne, rzeczywistość jednak mnie pokonała. Jest mi potwornie z tego powodu wstyd wobec tych, których naprawdę lubię i którym chciałam zrobić małą przyjemność w skrzynce pocztowej. Niedyspozycja mnie pokonała... Małym promyczkiem radości jest dla mnie to, że udało mi się zrobić trzy skromne kartki dla ulubionych kapłanów. 
Nawet zastanawiam się nad zaprzestaniem prowadzenia bloga i w ogóle bloggowania, skoro nie mam czasu na tą sferę życia. Może tak by było lepiej... Bo człowiek chciałby wszystkich zadowolić, ale wie, że to nie ma sensu...
A żeby nie było tak smętnie, to zejdźmy na aktualny temat, czyli święta zmartwychwstania Pańskiego.

Gdyby nie...

Gdyby nie Wielki Czwartek,
i blask Wieczernika dyskretny,
Nie było by Eucharystii.
Czy kapłan byłby potrzebny?
Gdyby nie Wielki Piątek,
wprost na Golgotę wiodący.
Nie byłoby Drogi Krzyżowej,
Bóg nie byłby umierający.
Gdyby nie Wielka Sobota,
w biel szat przyodziana.
Jezus by wciąż leżał w grobie,
nie byłoby zmartwychwstania.
Gdyby nie niedzielny ranek,
uderzeń dzwonów brzmiący.
Nie poznałbyś Bożej Miłości,
Miłości jak ogień gorącej.
Gdyby Go Judasz nie wydał,
a Piotr nie zaparł nad ranem.
Nie było by dusz odkupienia,
zamknięte by były Nieba Bramy.

Z okazji tych najważniejszych świąt Wielkiej Nocy życzę Wam i Waszym najbliższym: radości, która nieustannie świeci blaskiem bijącym z grobu zmartwychwstałego Pana, miłości na wzór tej płynącej z Serca Pana Jezusa nadziei, z jaką Dobry Łotr zwrócił się do Pana w ostatnim swoim tchnieniu, wiary setnika pod Krzyżem oraz odwagi trzech niewiast w głoszeniu Prawdy, nie tylko na najbliższe dni, ale na cały najbliższy rok!

czwartek, 2 kwietnia 2026

2343. Kiedy autyzm jest problemem

Z perspektywy kilku lat pracy z dziećmi widzę, jak dużym wyzwaniem jest funkcjonowanie dzieci będących w spektrum autyzmu w codziennym życiu. Kiedy chodziłam do szkoły, istniało już pojęcie autyzmu, ale nic ponadto. Innymi słowy - albo miało się owy autyzm, albo nie. Ale i świadomość tamtejszych ludzi co do istoty tego problemu była dużo mniejsza. Skutek tego był taki, że do szkoły uczęszczało kilkoro autystyków, którzy przedstawiali wzorzec tego schorzenia, i masa dziwnych przypadków, którzy w dzisiejszym świecie otrzymaliby pewnie diagnozę, że są w spektrum.
Czy praca z dzieciakami będącymi w spektrum jest trudna? I tak, i nie. Tak - ponieważ postawiona jest diagnoza, sporządzony plan działania, wiadomo z czym się człowiek ma zmierzyć. Nie, ponieważ jedno spektrum drugiemu nierówne, a i są takie dzieciaki, które nie są prowadzone, co ma dla nich katastrofalne skutki. Problem ten został poruszony w dniu 3 kwietnia 2020 przez dziennikarza Onetu, Pawła Pawlika, w ramach kampanii "WybieramyPrawdę".

W szkole było już kilka przypadków samookaleczeń, także wśród najmłodszych uczniów. Siedmiolatek, który robi sobie krzywdę, albo macha nożem, strasząc przy  tym, że zrobi ją komuś dorosłemu - to są naprawdę trudne sytuacje. A problemy tych dzieciaków są bardzo duże: brak akceptacji wśród rówieśników, brak miłości, nieodwzajemnione uczucia, niezrozumienie przez rodziców. I najważniejszy problem - brak przyjaciela.
***
- Wystarczy wziąć pinezkę i skaleczyć się trochę, żeby odwrócić uwagę od faktycznego problemu - mówi Izabela Bubalik, wicedyrektorka Szkoły Podstawowej nr 2 w Bytomiu. - Czasem widać, że coś jest nie tak po zabandażowanej ręce, innym razem coś wychodzi na jaw dopiero w rozmowie z pedagogiem. Często jest to wołanie dziecka o pomoc. Czeka ono na to, żeby ktoś z zewnątrz przyjrzał się temu, co dzieje się w domu i spróbował to uporządkować. To nie są zwykłe dzieci, to są dzieci niezwykłe. Cudowne, ale trudne.

"Wiele osób się mnie boi"
Wojtek wybucha najczęściej wtedy, gdy ktoś się z niego śmieje. Ewentualnie zarzuca mu coś, czego nie zrobił. A na pewno nie specjalnie. Właśnie uczęszcza do piątej klasy szkoły podstawowej i ma zdiagnozowany Zespół Aspergera.
- W szkole zyskałem wielu wrogów. Uważali, że jestem inny i nie ma po co się ze mną kolegować. Jeden chłopak przekupił mojego kolegę, żeby się ze mną nie bawił - opowiada Wojciech.
- Zwracaliśmy uwagę, że Wojtek jest inny w zabawie - tłumaczy jego mama. - Ma inne podejście niż pozostałe dzieci. Nadaje na innym poziomie: dogaduje się z dorosłymi, natomiast z rówieśnikami ma duży problem. Specjaliści nie zwracali na to uwagi. Słyszałam tylko: "jest bardzo inteligentny, czym się pani przejmuje. Dla większości specjalistów problem pojawia się dopiero, gdy dziecko jest z deficytami.
Jak podkreśla kobieta, bardzo trudne jest już samo uzyskanie odpowiednej diagnozy: - Najpierw szuka się winy w sobie. Skoro wszyscy mówią, że jest niewychowany, to może faktycznie źle go wychowujemy? Odkąd zrozumiałam pewne mechanizmy, jest mi o niebo prościej.
Chłopiec zmienił szkołę i teraz uczy się w SPS nr 2 w Bytomiu.
- Wiemy już, że nie jesteśmy patologicznymi rodzicami, którzy źle wychowują swoje dzieci - żartuje gorzko mama, tłumacząc: w szkole masowej z jednej strony było wytykanie palcami, z drugiej uśmiechy... ale za plecami można było usłyszeć: "nie mogę się z tobą bawić, bo mama mi zabroniła", "uważaj, to choroba, możesz się zarazić".
W rozmowę włącza się też Wojtek: - W pierwszej klasie biłem się bez powodu. Wszystko się zmieniło, gdy zmieniłem szkołę. Jak się zachowuję okropnie, bo jestem strasznie wściekły, to nauczyciel osobiście mnie odprowadza do pedagoga. Koledzy są wtedy ode mnie odizolowani, żebym nic im nie zrobił. Wiele osób się mnie wtedy boi, bo jestem agresywny.
Jego mama przyznała też, że był też inny problem: - Nikt nie rozumiał, że syn może mieć wiedzę na poziomie klasy ósmej, będąc w drugiej. Wojtek ma niesamowitą pamięć, pamięta szczegóły z książek, które czyta. Robi porównania, których my nigdy byśmy nie zobaczyli. Na lekcjach się nudził, więc wychodziło na to, że jest niegrzeczny. U dzieci ze spektrum autyzmu typowe są problemy z napięciem mięśniowym, więc Wojtek ma ogromne problemy grafomotoryczne. Nauczyciele nieprzygotowani w tym zakresie rozumieją zero-jedynkowo. Myślą: "jest inteligentny, to potrafi ładnie napisać".

"Myślałam, że będę go przytulać i kochać, a wtedy wszystko minie"
Anna co chwila uchyla drzwi do mieszkania i nasłuchuje. Czeka, aż syn Kacper wróci ze szkoły. Niedawno nauczył się przekręcać klucz w zamku. Wielu rodziców ze szkoły chłopca patrzy na nią z zazdrością. Tylko niewielu z nich ma aż tak samodzielne dzieci.
Anna Bajon pokazuje trzeci z kolei album. Każde zdjęcie jest starannie opisane: na jednym dwuletni Kacperek na rękach mamy, na innym jego trzecie urodziny, na jeszcze innym - Kacper w wózku. W końcu Kacper wraca ze szkoły. Wita się z mamą i idzie wyprowadzić psa. To taki ich rytuał.
- Wtedy jeszcze nie wiedziałam - mówi kobieta, pokazując zdjęcia ze spaceru. Z fotografii uśmiecha się ładny chłopiec o wielkich oczach.
Kacper w tym roku skończył 15 lat. Na pierwszy rzut oka niewiele różni się od swoich rówieśników. Jest wyrośnięty i dobrze ubrany. Jednak wielu rzeczy w życiu nie przeskoczy i nikt nie wie, dlaczego. Przykładowo zna litery, ale nie umie ich poskładać.
 - Od początku lubił być przy ludziach, ale się nimi zupełnie nie interesował. Bardzo długo reagował płaczem niemowlęcym. Miałam nadzieję, że to moja nieumiejętność powoduje, że tak się dzieje. Myślałam, że będę go przytulać i kochać, a wtedy wszystko minie - wspomina Anna.
- Mojego syna znam od drugiego roku życia. Adoptowałam go jako zdrowego - przyznaje. Po latach dowiedziała się, że prawdopodobnie wszystkie dzieci w ośrodku adopcyjnym zmagały się z jakąś niepełnosprawnością.
- Rodzeństwo syna również było obciążone i mam podstawy, by twierdzić, że ośrodek miał tego świadomość. Nigdy tam nie wróciłam. Żal mam nie o to, jaki Kacper jest, tylko że przez 1,5 roku był bez rehabilitacji, bo nikt nam nie powiedział, że może jej potrzebować.
Ograniczenia wynikające ze spektrum autyzmu nakładają się u niego na niepełnosprawność intelektualną oraz FAS. Mama Kacpra piła, kiedy była z nim w ciąży.
Anna i Kacper musieli nauczyć się siebie wzajemnie. Chociaż początki nie były łatwe. Kobieta wspomina, że ciężko było dziesięć lat temu, gdy walczyła z nowotworem, a w międzyczasie rozpadło się jej małżeństwo.
Anna pracuje jako redaktor oficjalnego portalu kościoła katolickiego w Polsce. Była w grupie, która powoływała witrynę do życia pod koniec lat dziewięćdziesiątych. System pracy pozwala jej na poświęcenie synowi tylu czasu i uwagi, ile on wymaga. Kacper bardzo gwałtownie reaguje na otoczenie, lęk u niego wywołują przelatujące ptaki, a zbyt głośne i wysokie dźwięki doprowadzają go do paniki (u dzieci w spektrum autyzmu to znak, że coś jest nie tak, że czują dyskomfort).
- Jedną z pierwszych osób, jakie zajęły się Kacprem, była pedagog z Gliwic. Po roku czy dwóch pracy z synem powiedziała mi tak: wszyscy się boicie, co będzie z dziećmi, jak umrzecie. A najważniejsze dla nich jest to, że kiedy po waszej śmierci trafią do ośrodka pomocy, to będą potrafiły coś koło siebie zrobić i będą lubiane - mówi Anna. - Tamta rozmowa była najważniejszą w moim życiu. Wszystko co robimy, ma na celu to, żeby nasze dzieci były szczęśliwe, społecznie akceptowane i radziły sobie w kontaktach z innymi.
Tu są dzieci niezwykłe. Cudowne, ale trudne
- Nasza szkoła jest specjalistyczna, a nie specjalna. To pierwsza obawa rodziców, którą musimy rozwiać - wyjaśnia Izabela Bubalik, wicedyrektorka SPS nr 2 w Bytomiu. - To nie są zwykłe dzieci, to są dzieci niezwykłe. Cudowne, ale trudne. Takie dzieci w szkole masowej słyszą od nauczyciela: "musisz się ogarnąć, bo jesteś już w piątej klasie". Tymczasem fakt, że ktoś jest w piątej klasie, nie znaczy, że "wyrósł" z Zespołu Aspergera. Każdy jest inny, do każdego trzeba osobnego klucza. To są dzieci, które w tłumie rówieśników na pierwszy rzut oka się nie wyróżniają. Natomiast w sytuacjach trudnych często reagują w sposób nieakceptowalny społecznie. Potrafią uderzyć, wyzwać od najgorszych. Często dzieci kierują agresję na siebie. W szkole było już kilka przypadków samookaleczeń.
Nauczycielka w swojej pracy zawodowej ma do czynienia z autyzmem od ponad 20 lat i chociaż świadomość w tej sprawie rośnie, to wciąż wiele osób, od których zależy los dziecka, ma niewystarczającą wiedzę i prezentuje zbyt małe zaangażowanie. Szczególnie lekarzy pediatrzy. Rodzice słyszą: "Proszę się nie martwić, on z tego wyrośnie". Tymczasem wczesna diagnoza jest niezwykle ważna. Autyzm można zdiagnozować już u półrocznego dziecka. Trzeba tylko mieć wiedzę, przeszkolenie.
- Z drugiej strony mamy w szkole dzieci, które na 100 proc. nie są autystykami. Często stawia się diagnozę "autyzm", kiedy nie wiadomo, jaką diagnozę postawić - przyznaje Izabela - Rodzic, który widzi niepokojące zachowania u  swojego dziecka idzie do poradni, a następnie do psychiatry. Tam w zależności od tego, na jakiego lekarza trafi, a często są to panowie od wypisywania recept, dość szybko słyszy diagnozę. Jeśli psychiatra wypisze zaświadczenie, to poradnia psychologiczno - pedagogiczna musi iść w tym kierunku. Niby dziecko ma pomoc, wsparcie, ale czy o to chodzi? - zastanawia się.
Dziewczyna w spektrum
Autyzm występuje cztery razy częściej u mężczyzn, niż u kobiet. Przynajmniej w teorii. Dla przykładu w bytomskiej szkole większość klas jest męskich. Uczy się tam zaledwie kilka dziewczynek.
- Jestem jedną z wielu przegapionych przez diagnostów - mówi Ewa Furgał, autorka bloga "Dziewczyna w spektrum" i projektu "ZAwodowe ZAprzyjaźnienie się" dla niepracujących kobiet z Zespołem Aspergera - Diagnozę dostałam cztery lata temu. Miałam 36 lat. Wcześniej przekonywano mnie, że dziewczyny tego raczej nie mają. Poza tym miałam przecież pracę, byłam w związku. Dla kobiet w spektrum autyzmu to charakterystyczne, że często odkrywamy już jako dorosłe osoby to, co przegapiło otoczenie w naszym dzieciństwie - tłumaczy.
Ewa uważa, że spora liczba specjalistów ma problemy z "przestawieniem" swojego myślenia na nowe tory i zgłębiania rzeczywistego obrazu spektrum autyzmu.
Przykładowo: diagności często "odsyłają" dziewczyny, bo odpowiedziały uśmiechem na uśmiech, albo nawiązały kontakt wzrokowy. To zdaniem znakomitej części specjalistów świadczy o tym, że nie ma mowy o spektrum. Tymczasem kobiety potrafią lepiej odczytywać oczekiwania społeczne (potwierdza to coraz więcej badań), a sztuka polega na tym, żeby diagności mieli większą wrażliwość na różnicę płci i wieku.
- Jako młoda dziewczyna dość bezkrytycznie podchodziłam do opinii specjalistów. Miałam kłopoty, które były różnie diagnozowane, jako zaburzenia depresyjne i lękowe. Dostałam też diagnozę schizoidalnego zaburzenia osobowości, w którą przez wiele lat wierzyłam. Dopiero po wielu latach, gdy cały czas byłam w leczeniu psychiatrycznym, a kolejne terapie nie działały, zaczęłam przyglądać się tej diagnozie. Zrozumiałam, że była błędna - wspomina.
Przez lata odpowiedzią na towarzyszące jej poczucie odmienności była sfera związana z płcią.
- Całą swoją młodość przeżyłam w przekonaniu, że nie pasuję, że jestem inna. Miałam dysforię płciową, czyli ogromny dyskomfort związany z tym, że moje ciało ma cechy płciowe - to również zjawisko występujące u dziewczyn w spektrum autyzmu. Potem, kiedy doszłam do wniosku, że podobają mi się dziewczyny, kiedy w końcu sama się z tym pogodziłam i zaczęłam ujawniać, a było to dopiero na studiach, przekonałam się, że to "ujawnienie się" jako lesbijka nie rozwiązuje moich problemów życiowych. Ciągle źle się czułam w towarzystwie, które bawi się w klubach, chodzi na imprezy, spędza czas w grupach. Poczułam, że to nie jest moje stado. Wtedy chyba miałam największy kryzys życiowy. Na studiach zaczęłam leczyć depresję, trafiłam do psychiatryka po próbie samobójczej. Dzięki diagnozie zrozumiałam, że z niektórymi rzeczami nie ma co walczyć, bo taka po prostu jestem. Nie wszystko da się "zterapeutyzować". Próby terapii tego, co nie jest do zmiany, to forma przemocy. To jest takie normalizowanie na siłę, np. żeby nawiązać kontakt wzrokowy, socjalizować się, nie bujać się, żeby pozbywać się takich zachowań, które otoczenie uznaje za dziwne - wyznaje.
Nikt nie choruje na autyzm
Spektrum autyzmu nie jest chorobą, którą się leczy, ale stanem. Taką jakby cechą charakteru. Dlatego nie sposób spotkać dwie osoby będące w spektrum, których "zestaw dodatkowy" byłby identyczny. Autyzm dotyczy wszystkich: dzieci, nastolatków, osób w średnim i dojrzałym wieku. Nie ma znaczenia miejsce zamieszkania, czy też kolor skóry. Nie wiadomo też, skąd się bierze.
Co wiemy o autyzmie? Zdecydowanie za mało. Autyzm opisywany jest jako spektrum, ponieważ zawiera wiele różnych "składowych". Takich, co uniemożliwiają samodzielne życie, takich jak sprężone niepełnosprawności: ruchowe, intelektualne, zaburzenia mowy, albo takie jak wybiórczość pokarmowa, kłopoty z rozumieniem otaczającego świata i emocji innych ludzi. Z tymi ostatnimi zachowaniami jesteśmy oswajani przez popkulturę, np. dzięki lubianym serialom takim, jak "The Good Doctor", postaci Sheldona z "The Big Bang Theory", czy netfliksowej produkcji "Atypowy".
- Autyzm nie jest chorobą. Nikt nie choruje na autyzm. To nie jest choroba, którą się leczy. To po prostu inny sposób funkcjonowania. Z drugiej strony cierpienia wokół autyzmu jest mnóstwo. Prawie każda osoba autystyczna dostaje coś "w pakiecie": epilepsję, depresję, nadwrażliwość na bodźce: dźwięki, zapachy, bodźce wizualne. Cierpienie, które pojawia się w związku z autyzmem, to również te wynikające z braku akceptacji przez społeczeństwo - twierdzi psycholog Katarzyna Niemiotko z Regionalnego Ośrodka Metodyczno - Edukacyjnego Metis w Katowicach.
Autyzmu w żadnym wypadku nie należy wiązać z niepełnosprawnością intelektualną. Ewa Furgał na łamach "Krytyki Politycznej" zaznacza, że w naukowej literaturze coraz częściej można spotkać się z określeniem "stany ze spektrum autyzmu" (ASC - autism spectrum condition). Ta nazwa wskazuje, że autyzm jest jedną z ludzkich charakterystyk, a nie odstępstwem od normy. Specjaliści jak mantrę powtarzają: jeśli poznałeś osobę w spektrum autyzmu, to znasz jedną osobę w spektrum autyzmu. Każda kolejna będzie inna.
Nie tylko dzieci, ale też dorośli funkcjonujący w spektrum autyzmu mają poważny problem z radzeniem sobie z nadmiarem bodźców. Są to najczęściej osoby, które w miarę "normalnie" funkcjonują w społeczeństwie: uczą się, pracują, mają szczęśliwe rodziny, ale czasem nadmiar bodźców rodzi w nich niepożądane zachowania lub powoduje, że unikają takich miejsc jak galeria handlowa, lotnisko lub tłoczna restauracja.
Autyzm ma około 5 mln ludzi w Unii Europejskiej
Dane z Autism Europe wskazuje, że około 5 mln osób w Unii Europejskiej ma autyzm. Także portal polskiautyzm.pl wskazuje, że liczba osób z diagnozą spektrum autyzmu znacznie wzrasta. Przyjmuje się, że to 1 na 100 dzieci. Jednak takich osób może być znacznie więcej, także wśród dorosłych. Wszystko dlatego, że o zespole Aspergera zaczęto mówić w Polsce dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Prawdopodobnie jest wśród nas sporo osób, które nigdy nie miały szansy na diagnozę. Tymczasem im później jest ona postawiona tym koszt dostosowywania się do neurotypowego świata dla osób w spektrum i ich rodzin jest większy i trudniejszy.
Niestety, w naszym kraju brakuje nie tylko wiedzy na temat spektrum autyzmu, ale też zwykłej empatii i zrozumienia. W listopadzie 2019 roku media poinformowały o karygodnym zachowaniu przedszkolanki z Głogowa na Dolnym Śląsku. Kobieta miała znęcać się w sposób fizyczny i psychiczny nad 6-letnim dzieckiem zmagającym się z zespołem Aspergera. Nie dając rady z opieką nad chłopcem miała go zmuszać krzykiem do robienia przysiady ponad jego możliwości. W tej samej placówce, ale kilka miesięcy wcześniej, inna przedszkolanka przywiązywała innego chłopca do krzesła i zaklejała mu usta taśmą.

źródło: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/to-nie-jest-choroba-ktora-sie-leczy/zl6cq2v