Jak już większość z Was wie, jedno z moich zainteresowań dotyczy legendarnego statku "Titanic". Zainteresowałam się nim w 3 klasie szkoły podstawowej, kiedy TVP 1 wyemitowało dwuodcinkowy film(jednak nie ten z Kate Winset i Leonardo di Caprio) i tak mi zostało. Z czasem zaczęłam poszerzać swoje informacje na temat parowca. Prawdziwą gratką było dla mnie 100 - numerowe pismo "Titanic", które nie tylko pozwalało na złożenie drewnianego modelu statku(który dumnie prezentuje się na meblach), ale też w bardzo ciekawy sposób przedstawiało jego historię oraz ciekawostki z nim związane. Starałam się też oglądać filmy dokumentalne na temat parowca(prym tutaj wiodły te, które puszczano na "National Geografic"). Z chwilą, kiedy zostaliśmy podłączeni do internetu to właśnie on stał się dla mnie prawdziwą skarbnicą wiedzy na ten temat.
Nigdzie jednak nie znalazłam informacji na temat ewentualnych pasażerów pochodzących z ziem polskich. Wiadomo, że w 1912 roku nasz kraj znajdował się jeszcze pod zaborami, wielu zaś Polaków emigrowało nie tylko na zachód Europy, ale też do tak bardzo odległej Ameryki. Mogę się pochwalić, że wśród takich osób, które odwiedziły Amerykę był też dziadek mojego dziadka od strony mamy(mój prapradziadek?). Popłynął jakimś parowcem z Gdańska, ale nie mógł się odnaleźć w tamtym świecie i wrócił do swoich, na znajdującą się pod zaborem rosyjskim Kielecczyznę. Równie dobrze jakiś Polak mógł udać się w tamtych czasach do Wielkiej Brytanii, a tam wsiąść na "Titanica" w celu wyemigrowania do "lepszego" świata.
Do czasu. Jakiś czas temu ponownie wpisałam frazę "Polacy na Titanicu" w wyszukiwarkę i kliknęłam ENTER. Ku mojemu zdumieniu, a za razem radości, wreszcie coś mi wyskoczyło na ten temat. Badacze doszukali się na liście pasażerów kilka polsko brzmiących nazwisk, co daje podstawy przypuszczać, że na statku znajdowali się jednak nasi rodacy. To są jednak tylko przypuszczenia, gdyż przewoźnik nie odnotował na liście pasażerów, zwłaszcza tych z trzeciej klasy, ich narodowości. Pewność jest co do jednej pasażerki płynącej trzecią klasą, która okazała się prababką znanej polskiej piosenkarki, Anny Marii Jopek i dwójki pasażerów drugiej klasy: Żyda polskiego pochodzenia(a może Polak żydowskiego pochodzenia?), Berka Trombickiego(chociaż tutaj jest pewna rozbieżność, bo kilka portali podaje też, że płynął trzecią klasą), który przez wiele lat pracował w Londynie oraz Józefa Montwiłła, księdza z Suwalszczyzny, który w Ameryce miał objąć funkcję proboszcza w jednej z tamtejszych parafii. Temu pierwszemu udało się ocalić, drugi natomiast znalazł się na liście ofiar...
Na Titanicu był ksiądz z Suwalszczyzny. Wiózł rękopisy z Sejn
Podobno spowiadał i uspokajał przerażonych współpasażerów do końca. W nowojorskim Brooklynie, w nowej parafii, miał zacząć nowe życie, już bez carskich prześladowań. W kwietniu 1912 roku największy parowy statek pasażerski na świecie zatonął wraz z 1500 pasażerami, ciała księdza nigdy nie odnaleziono. Cztery miesiące wcześniej ks. Józef Montwiłł skończył 27 lat
W umieszczonej w internecie encyklopedii Titanica można znaleźć informacje, ile za swój bilet zapłacił każdy pasażer Titanica i jaką klasą płynął. Stąd wiemy więc, że Józef Montwiłł zapłacił 13 funtów, płynął drugą klasą, wsiadł w Southampton. Tyle że nie każdy w nazwisku Montvila Fr. Juzoas - a pod takim właśnie nazwiskiem na liście pokładowej duchowny figurował - rozpozna 27-letniego absolwenta Seminarium Duchownego w Sejnach i wikariusza w Lipsku koło Augustowa.
Dorota Łangowska z wykształcenia jest ekonomistą i logistykiem, ale jej drugą pasją jest historia rodzinnej Suwalszczyzny, a właściwie pogranicza suwalsko-litewskiego. I to właśnie zbierając informacje o swojej rodzinie, natrafiła na ślad księdza Józefa Montwiłła. Na tyle ją zafascynował, że danych na jego temat zaczęła szukać, gdzie się tylko da. I znalazła całkiem dużo. Historia księdza jest dramatyczna.
Rozmowa o podróży ks. Montwiłła:
Monika Żmijewska: Co ma wspólnego pani rodzinna historia z księdzem Montwiłłem?
Dorota Łangowska: Nie tak dawno dowiedziałam się, że moja rodzina pochodzi z Lubowa - po litewsku: Liubavas - miejscowości niegdyś leżącej w polskich granicach. Miałam mało informacji - po drugiej wojnie światowej granica podzieliła rodzinę. Mój ojciec bardzo wcześnie został sierotą, bo w wieku 7 lat, toteż i wiedza o dalszej rodzinie była dość szczątkowa. Niedawno jeden z kuzynów sporządził drzewo genealogiczne, zaczęłam je analizować. I tak to się zaczęło. Przy okazji szukania informacji o Lubowie okazało się, że tam właśnie trafił, trochę jakby na zesłanie, ksiądz Montwiłł. O Lubowie sprzed stu lat napisał ks. Jemielity w Roczniku Augustowsko-Suwalskim w 2007 roku, gdy opisywał konflikt na tle narodowościowym - skądinąd to też nadaje się na scenariusz filmowy. Dowiedziałam się, że Montwiłł był jedną z ofiar katastrofy Titanica. Bardzo mnie to zaintrygowało. Spisywałam wszystko, co mi wpadło w ręce. Tu parę zdań, tam parę. W polskich źródłach o księdzu jest bardzo mało, to dosłownie szczątkowe informacje. Trochę informacji znalazłam w internecie. Gdzieś trafiłam na rozmowę kuzynki księdza - w języku angielskim, więcej było informacji w języku litewskim. To różne źródła, niestety nie takie, by pozwoliły na napisanie artykułu naukowego. Ale na tyle intrygujące, że naprawdę szkoda, by ta historia księdza przepadła. Im bardziej się w to wszystko zagłębiałam, tym bardziej przejmujące to wszystko się wydawało. Film Jamesa Camerona... cóż, dobrze się go ogląda, ale gdy sobie wyobrazimy, jaka tam musiała być panika, że ci wszyscy ludzie tam byli... To prawdziwa tragedia.
Czy wiadomo, jak wyglądały ostatnie chwile księdza Montwiłła?
- Ci, którzy przeżyli, mówili, że ks. Józef Montwiłł do końca troszczył się o innych, słuchał spowiedzi, udzielał ostatnich sakramentów. Uspokajał przerażonych pasażerów w języku polskim, rosyjskim i niemieckim. Pozostał w okrętowej bibliotece. Kiedy statek zderzył się z górą lodową i widmo tragedii było nieuchronne, ksiądz Montwiłl odmówił zejścia do szalup ratunkowych - tak jak dwaj inni księża katoliccy, którzy byli na pokładzie: ksiądz Thomas Byles (54 lata) z Anglii oraz benedyktyn Joseph Peruschtz (41 lat) z Bawarii. Wokół nich skupili się przerażeni ludzie. Wszyscy trzej duchowni nieśli ostatnią posługę tym, którzy nie mieli szans uratowania się i sobie nawzajem - byli duchową szalupą ratunkową. I wszyscy trzej księża zginęli wraz z ponad 1500 innymi pasażerami w odmętach lodowatego oceanu. Wśród 730 uratowanych były osoby, które w szalupach zajęły miejsca proponowane wcześniej księżom.
Nikt się nie spodziewał tej tragedii - luksusowy najnowocześniejszy statek miał być absolutnie bezpieczny. Na pokładzie panowała odświętna atmosfera. Właśnie minęła Wielkanoc. Statek płynął spokojnie czwarty dzień. Niedziela 14 kwietnia 1912 roku była pierwszą po Zmartwychwstaniu. Ksiądz Montwiłł pomagał we mszy odprawionej przez ks. Bylesa. Świadkowie dobrze zapamiętali słowa, które kapłan wypowiedział wówczas podczas swojego ostatniego kazania - duchowny mówił o groźbie stania się duchowym wrakiem w czasach pokusy i nawoływał do korzystania z szalup ratunkowych w postaci modlitwy i sakramentów. Kilka godzin później doszło do tragedii.
Dlaczego ks. Montwiłł w ogóle wybrał się w tę podróż?
- Musiał opuścić Suwalszczyznę. Był młodym księdzem, gdy wsiadł na statek, minęły ledwie cztery lata od ukończenia Seminarium Duchownego w Sejnach, wyświęcenia (22 marca 1908 roku w Warszawie) i rozpoczęcia pracy jako wikariusz w parafii Lipsk koło Augustowa. Ale szybko wszedł w zatarg z władzami carskimi. Ci, którzy go znali, mówili, że charakteryzował się wrażliwością i uduchowieniem. Pomagał ludziom, był bardzo aktywny. W tajemnicy posługiwał ukraińskim katolikom - unitom. A to było zabronione przez władze carskie, które próbowały zmusić katolików obrządku wschodniego do przyłączenia się do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Ks. Józef Montwiłł za ochrzczenie dziecka i wysłuchanie spowiedzi miał sprawę karną. Sąd uznał go za wroga polityki prowadzonej przez imperium carskie. Miał być pozbawiony obowiązków wikariusza i święceń kapłańskich. Dlatego diecezja sejneńska, oczekując na zmianę surowego wyroku, przeniosła młodego wikariusza właśnie do Lubowa - gdzie w sto lat po tym natrafiłam na jego ślady. W nowej parafii był, niestety, konflikt na tle narodowościowym, o którym wspomniałam wyżej. Młody wikariusz zaczął głosić po litewsku. Uczył też dzieci katechizmu w języku litewskim. Wraz z kolegami założył towarzystwo odnowienia narodowego Litwy. A to były czasy, gdy w szkolnictwie i administracji obowiązywał język rosyjski. W świątyniach natomiast oprócz łaciny używano języka polskiego i litewskiego. Wkrótce władze carskie wydały zakaz odprawiania mszy, głoszenia i grzebania zmarłych. Duchowny był śledzony. Dlatego też zdecydował się wyjechać.
Jechał w ciemno?
- W USA miał na niego czekać brat Piotr, który do Stanów Zjednoczonych wyemigrował w grudniu 1907 roku. Piotr działał na rzecz społeczności litewskiej zamieszkałej w tzw. Małej Litwie na Brooklynie. Dowiedział się, że władze carskie prześladują Józefa. Zwrócił się więc do franciszkańskiego kościoła na Brooklynie z sugestią zaproszenia Józefa do Ameryki. Pod koniec 1911 roku Józef był gotowy do ucieczki. Kartkę z taką informacją Piotr otrzymał w styczniu 1912 roku. Można jedynie domyślać się, że uciekał przez Berlin, a później wypłynął z portu w Hamburgu. Krótko przebywał w Londynie. Chciał jak najszybciej wypłynąć do Stanów Zjednoczonych. Na pokład Titanica wszedł w środę, 10 kwietnia 1912 roku, w Southampton. Docelowym miejscem jego podróży było Worcester Massachusetts w Stanach Zjednoczonych. Tam chciał wydać rękopisy z zapisem pieśni z Suwalszczyzny. Niestety, zatonęły wraz z nim.
Udało się pani ustalić dokładnie, co to były za teksty?
- Z różnych źródeł wynika tylko, że dotyczyły blisko 600 rękopisów z ludowymi pieśniami i melodiami litewskimi z terenu Suwalszczyzny. Zebrali je klerycy z Seminarium Duchownego w Sejnach. Ponieważ cenzura carska uniemożliwiała ich opublikowanie, ksiądz postanowił je przewieźć do USA i tam opublikować. Warto dodać, że ksiądz pracował dla katolickiej gazety w Sejnach. Pisał kazania dla wydawnictwa Vadovas. Był też utalentowanym rysownikiem. Wykorzystywał artystyczne uzdolnienia do sporządzania ilustracji i winiet wielu religijnych gazet i książek opublikowanych potajemnie w Wilnie.
Czy wiadomo coś więcej o jego rodzinie?
- Zbierając informacje z różnych źródeł, udało mi się ustalić, że ksiądz Montwiłł urodził się w Gudine pod Mariampolem. Jego rodzice - Kazys i Magdalena, z domu Karaleviciutes - byli rolnikami. Po dwóch latach od narodzin Józefa, czyli w 1887 roku, w trójkę przeprowadzili się do małej wioski Nendriskiai, gdzie kupili farmę. Tam urodziły się pozostałe dzieci: Piotr, Kazys, Pius, Andrzej, Emilia, Elżbieta i Izabella. Później przeprowadzili się do Mariampola, gdzie Józef ukończył gimnazjum. Według sąsiada Alva Sidaraviciene dom rodziców kapłana był bardzo elegancki. Ogromny ogród obsadzony był rzadkimi drzewami. Na podwórku można było zobaczyć m.in. bażanty i pawie. Kiedy ksiądz Józef Montwiłł zginął, jego rodzice i dziadkowie otrzymali odszkodowanie w wysokości 130 funtów od Titanic Relief Fund. Po II wojnie światowej losy rodziny były dramatyczne. Siostra Elżbieta zaraz po wojnie była deportowana do Krasnojarska - zmarła tam w 1956 roku. Z wygnania na Syberii udało się wrócić bratu księdza - Andrzejowi. Rodzina nie mogła odzyskać zabudowań i ziemi. Jeden z krewnych powiedział, że dom dziadków został brutalnie zbezczeszczony w czasach sowieckich. W końcu bratu Andrzejowi udało się otrzymać odszkodowanie za przejętą ziemię. Wszystkie środki przeznaczył na medal, który złożony jest w bazylice w Mariampolu. Najmłodsza siostra Izabella wyszła za mąż za Janasa Steponaitisa i mieszkała aż do śmierci w 1987 w Brooklynie. Piotr - ten brat księdza, który chciał go ściągnąć do USA - nie mógł pogodzić się z tragiczną śmiercią Józefa. W roku 1977 z własnych pieniędzy wydał 1000 egzemplarzy książki pt. "Kiedy przeszłość wraca", która upamiętniała pamięć brata. Całe życie był orędownikiem odzyskania przez Litwę niepodległości. Prowadził parady litewskie w Nowym Jorku. Marzył o wolnej Litwie. Zmarł w wieku 97 lat.
Czy postać ks. Józefa Montwiłła jest zapomniana?
- Nie do końca. Ks. Józef Montwiłł uznawany jest za jednego z animatorów litewskiego odrodzenia narodowego na obszarze diecezji sejneńskiej, obejmującej ziemię augustowską oraz Suwalszczyznę. W 1992 roku wierni zaapelowali nawet o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Zabrakło jednak dowodów. Na Litwie w tym roku ukazała się książka o trzech rodakach, którzy uczestniczyli w katastrofie Titanica - w tym również księdzu Montwille - "Titaniko Lietuvai", którą napisały Gerda Butkuviene i Vaida Lowell. Wątków ciekawych związanych z Titanikiem jest więcej - skądinąd parowcem Birma, który pierwszy odebrał sygnał SOS nadany z pokładu Titanica, dowodził Litwin, kapitan Stulpinas. Wszyscy słyszeliśmy o Carpathii, która wypłynęła z Nowego Jorku trzy godziny przed Birmą. Były jednak nieporozumienia z odczytaniem fachowych współrzędnych. Ale to już inna historia.
Może dzięki czytelnikom uda się doprecyzować i rozszerzyć wiedzę o księdzu Józefie Montwille? Napisz: monika.zmijewska@bialystok.gazeta.pl