Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 29 kwietnia 2018

714. Aż strach się cieszyć...

Kilka dni temu gruchnęła wiadomość, że najniższa renta socjalna z powodu całkowitej niezdolności do pracy(co już jest czystą fikcją, bo tak naprawdę o przydatności do pracy na danym stanowisku decyduje lekarz medycyny pracy, a nie komisja, czyli można teoretycznie pracować) została zrównana z najniższą rentą  minimalną i od czerwca ma już wynosić 1029,80 złotych brutto. Był to jeden z postulatów rodziców dorosłych osób minimalnych, którzy od kilku dni walczą pod sejmem o zwiększenie rent socjalnych, zasiłku pielęgnacyjnego(który od wielu lat niezmiennie wynosi 153 złote, ale za to nie jest to opodatkowana kwota) oraz o przyznanie dodatku 500+ na rehabilitację w przypadku osób z orzeczonym znacznym stopniem rehabilitacyjnym. Na razie wywalczono tylko ten jeden postulat, co z innymi - nie wiadomo.
W sumie powinnam się cieszyć z takie rozwiązanie, tak jak co roku cieszyłam się z minimalnej waloryzacji renty. Nie jest łatwo utrzymać się z niewielkimi funduszami, kiedy po zapłaceniu rachunków, wykupieniu lekarstw w aptece oraz odciągnięciu 100 złotych na rachunek oszczędnościowy zostaje człowiekowi 250 - 300 złotych na miesiąc. Ale da się za to wyżyć. Nie muszę codziennie kupować świeżego chleba, ani gotować nowego obiadu. Nie muszę co chwilę chodzić do kina, czy do galerii handlowej. Przejazdy komunikacją miejską mam na szczęście darmowe. Więc jakoś udaje mi się przeżyć od wypłaty do wypłaty. A nawet czasami zaoszczędzić na powiedzmy parafialny wyjazd, czy nawet jakąś wycieczkę zagraniczną. 
Ja jednak nie potrafię się cieszyć z tej nagłej podwyżki. Może gdyby była ona w marcu przyszłego roku to bardziej by do mnie dotarła? Bardziej bym się cieszyła? Cały czas zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest przysłowiowy haczyk. Przecież taka podwyżka to niesamowite obciążenie budżetu narodowego. Bo w końcu tej podwyżki nie dostanie tylko jedna osoba, tylko około jakieś 280,0 tysięcy osób w całym kraju... 
A może ta podwyżka będzie dotyczyła tylko ludzi z całkowitą niezdolnością do pracy oraz znaczną niepełnosprawnością, ale tego nigdzie się nie mówi, żeby nie wywołać kolejnej niepotrzebnej awantury. Wtedy mój przypadek już nie będzie się kwalifikować do tej podwyżki. Bo o ile mam orzeczoną przez ZUS całkowitą niezdolność do pracy o tyle komisja orzekająca o niepełnosprawności przyznała mi stopień umiarkowany... Czyli już bym nie miała na nią szans. 
No nic, dożyjemy zobaczymy jak to będzie. I wtedy jakby co zaczniemy się już cieszyć z czystym sumieniem.

piątek, 27 kwietnia 2018

713. Wspomnienie o Hannie Chrzanowskiej w przededniu jej beatyfikacji

Witajcie. Bardzo się cieszę, że wśród Was znalazło się tylu miłośników piękna otaczającego nas świata, no i samego Krakowa. Cieszę się też, że mogłam Was zabrać chociaż w wirtualny spacer po tak pięknym mieście, jakim jest królewski Kraków, chociaż wybitnym fotografem to ja nie jestem. Widzę też, że wielu z Was podziela mój zachwyt nad tym miastem.
A teraz, będąc jeszcze w krakowskich klimatach, chciałabym Wam przedstawić sylwetkę pewnej pielęgniarki żyjącej w ubiegłym wieku. Ot, takiej zwyczajnej pielęgniarki, jedną z setek tysięcy, taką jaką widzimy w naszych szpitalach i przychodniach. Oj, a może nie takiej zwyczajnej? Przecież nie każda pielęgniarka zostaje oficjalnie uznana za błogosławioną Kościoła Katolickiego, czyż nie? Pytacie czymże się wyróżniła spośród tych wspomnianych setek tysięcy(oj, a może milionów, wszak na przestrzeni wieków trochę ich by się zebrało), że lada dzień zostanie wniesiona na ołtarze? Oczywiście, że Wam na to odpowiem...
Ostatnio coraz częściej słyszymy o wznoszeniu do chwały świętych i błogosławionych takich zwyczajnych, zwykłych ludzi. To co kiedyś zarezerwowane było dla księży, męczenników za wiarę i kaznodziejów, dziś jest dostępne dla każdego, kto żyje w zgodzie z Prawem Bożym. A to zaś wskazuje na to, że powołany do świętości jest każdy z nas. Ktoś pewnie powie, że aby zostać wzniesiony na ołtarze trzeba wykazać się niebywałą heroicznością cnót, czy też oddać życie za wiarę. Tymczasem niedawno została ustanowiona przez papieża trzecia droga do świętości - dar życia. Skomplikowanie brzmi? Być może, ale chodzi w niej m.in. o to, że "godni specjalnego uznania i czci są ci chrześcijanie, którzy podążając śladami Pana Jezusa i jego nauczania, zaoferowali się dobrowolnie i szczerze swoje życie innym i do śmierci wytrwali w tym postanowieniu(...) Oczywiste jest, że heroiczne oddanie życia, podyktowane i wspierane przez miłość, wyraża prawdziwe, pełne i wzorowe naśladowanie Chrystusa i z tego powodu zasługuje na podziw, jaki wspólnota wiernych ma zwyczaj wyrażać dla tych, którzy z własnej woli przyjęli męczeństwo krwi i w sposób heroiczny praktykowali cnoty chrześcijańskie"*. W dalszym ciągu do ustanowienia kogoś beatyfikowanym, a następnie świętym, w dalszym ciągu potrzebny jest niewytłumaczalny medycznie cud za pośrednictwem kandydata na ołtarze.
O Hannie Chrzanowskiej usłyszałam dopiero miesiąc temu podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej dla młodzieży w ramach XVI Forum Młodych. Nabożeństwo odbywało się w kościele św. Mikołaja, gdzie znajdują się doczesne szczątki skromnej pielęgniarki, która całe swoje życie poświęciła innym.
Hanna urodziła się w 1902 roku w Warszawie. Ojciec rodziny był profesorem filologii i historykiem literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, matka zaś była córką znanej w Warszawie rodziny przemysłowców. Hanna miała też starszego o dwa lata brata. Jej dom rodzinny był okazałą rezydencją, która po I wojnie światowej stała się siedzibą ambasady włoskiej. Wypełniony był pięknymi przedmiotami, miał własną oranżerię, a odbywające się w nim bale zostały uwiecznione przez niejednego malarza. Pomimo tego, że rodzice Hanny byli ateistami, dziewczynka została ochrzczona, a po latach przystąpiła do pierwszej Komunii świętej. Dzieciństwo przyszłej błogosławionej opierało się na domowym nauczaniu, okresowych wyjazdach z babcią do położonego we Francji Arcachon oraz sanatoryjnych kuracjach w Zakopanym. W 1910 roku Chrzanowscy przenoszą się do Krakowa, gdzie Hania kontynuowała naukę w tamtejszych szkołach. W 1920 roku ukończyła egzaminem maturalnym z wyróżnieniem gimnazjum sióstr urszulanek. 
Trzeba tutaj wspomnieć, że pomimo znacznej zamożności rodzina nie pozostawała obojętna na los potrzebujących i słynęła z filantropii. Być może dlatego od młodych lat Hanna była wyczulona na potrzeby innych osób. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów polonistycznych na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, wraz z szkolną koleżanką podjęła pracę w sekcji Komitetu Ochrony Polski, kwestując na rzecz ubogich. Prawdopodobnie było to głównym czynnikiem podjęcia decyzji o zawodzie pielęgniarki. Wkrótce nadarzyła się ku temu okazja - w Krakowie pojawił się Amerykański Czerwony Krzyż, który organizował kursy dla pielęgniarek. W jednym z nich uczestniczyła Hanna, a następnie podjęła pracę w Klinice Chirurgicznej, co udało jej się przez dwa lata z nauką na Uniwersytecie. W międzyczasie doznała urazu lewej ręki, która zakończyła się operacją chirurgiczną.
Wkrótce Hanna zrezygnowała ze studiów i zaangażowała się w pracę w ambulatorium Pań Ekonomek. W latach 1922 - 1924 uczyła się w Warszawskiej Szkole Pielęgniarstwa. Dyrektorka szkoły była tak zadowolona z jej wyników w nauce, że po zakończeniu nauki wysłała ją w styczniu 1925 roku na roczne studia pielęgniarstwa społecznego w ramach stypendium Rockefellera do Paryża. Po powrocie do kraju Hanna objęła posadę instruktorki pielęgniarstwa społecznego w dopiero co powstałej Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek w Krakowie. Następnie wysłano ją na kolejne stypendium do Belgii, gdzie poznawała zasady pracy higienistki szkolnej.
Po ponownym powrocie do kraju poświęciła się pracy pedagogicznej, przekazując nowym zastępom pielęgniarek swoją wiedzę. Pełniła też różne funkcje w powstałym w 1925 roku Polskim Stowarzyszeniem Pielęgniarek Zawodowych oraz brała aktywny udział w pracą nad ustawą o pielęgniarstwie. Wkrótce z powodu problemów zdrowotnych poświęciła się działalności publicystycznej obejmując w latach 1929 - 1939 roku stanowisko redaktora naczelnego pisma "Pielęgniarka Polska", a także zamieszczając w nim wiele napisanych przez siebie artykułów. Po II wojnie światowej nie wróciła już do tej funkcji. W latach 30 próbowała na krótko powrócić do pracy w charakterze asystentki dyrektorki Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa, ale wkrótce z powodu pogarszającego się stanu zdrowia musiała z niej zrezygnować.
Wraz z wybuchem II wojny światowej wróciła do Krakowa, gdzie włączyła się w pracy w Obywatelskim Komitecie Pomocy Społecznej pod przewodnictwem arcybiskupa Adama Sapiehy, a następnie działała w konspiracji. Jako kierownik działu opieki domowej uczestniczyła w pracach Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Sekcji Pomocy Wysiedlonym, a następnie jako przewodnicząca w Sekcji Opieki nad Przesiedlonymi i Uchodźcami. Współpracowała też z Patronatem Opieki nad Więźniami w Krakowie.
Po wyzwoleniu Krakowa pracowała przez 3 miesiące jako przewodnicząca Sekcji Pomocy Przesiedleńcom, gdzie udzielała pomocy powracającym z Rzeszy przymusowym robotnikom i repatriantom. 1 kwietnia tego samego roku uczestniczyła w przygotowaniu do reaktywacji Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek, która przekształciła się w trzyletnią Szkołę Pielęgniarsko-Położniczą.
Latem 1946 roku udała się wraz z koleżankami na roczne stypendium UNRRA do USA, gdzie zapoznały się z działaniem tamtejszego pielęgniarstwa domowego. Następnie prowadziła na terenie całej Polski kursy dokształcające dla pielęgniarek oraz wykładała metodykę nauczania w szkole Instruktorek w Warszawie. Pracowała okresowo w Zarządzie Głównym Polskiego Towarzystwa Pielęgniarskiego, a następnie w Komisji Historycznej i jako zastępca rzecznika dobra służby zdrowia przy Okręgowej Komisji Kontroli Zawodowej w Krakowie. Od połowy lat 50 organizowała okresowe konferencje oraz coroczne, prowadzone przez kapłana, rekolekcje dla pielęgniarek. W tym samym okresie organizowała wyjazdy na Jasną Górę, które stały się nieoficjalnymi zjazdami służby zdrowia.
Wraz z początkiem roku szkolnego 1957/1958 Chrzanowską przeniesiono do Kobierzyna, aby objąć tam stanowisko dyrektorki Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego. Po roku jednak rozwiązano ją, a Chrzanowska wróciła do Krakowa. Wkrótce przeszła na wcześniejszą emeryturę.
Jednak będąc już na emeryturze prowadziła bardzo aktywny styl życia. Była m.in. pomysłodawczynią tzw. pielęgniarstwa parafialnego(przekonywała proboszczów do rozszerzenia opieki nad chorymi, a siostry zakonne do współpracy). Wprowadziła nowy rodzaj niesionej pomocy polegający na tym, że pielęgniarka przychodziła do jego domu i się nim opiekowała. Z jej inicjatywy zrodził się zwyczaj zanoszenia potraw wigilijnych z kuchni prowadzonej przez siostry prezentki i sporządzania paczek świątecznych dla ubogich chorych oraz wręczanie im symbolicznych prezentów imieninowych. W 1960 roku w Wielkim Poście wraz z ówczesnym biskupem krakowskim, Karolem Wojtyłą, domy 35 chorych. Dzięki niej wprowadzono Msze święte odprawiane w domach osób chorych oraz zorganizowano w 1964 roku rekolekcje w Trzebini, chciała także wybudować dom, w którym chorzy mogliby przyjechać na pewien czas na odpoczynek albo zorganizowane wczasy. Kiedy pytano ją skąd czerpie inspiracje do dalszej pracy, odpowiadała że wszystko zawdzięcza codziennej Mszy świętej oraz korzystaniu z sakramentu Eucharystii.
Piękną działalność Hanny Chrzanowskiej przerwała choroba nowotworowa, na którą zapadła w 1966 roku. W czasie jej trwania przeszła operację chirurgiczną oraz serię radioterapii. 12 lutego 1973 roku na spotkaniu Dyrektorów Diecezjalnych Duszpasterstwa Dobroczynności wygłosiła swój ostatni referat zatytułowany "Apostolstwo świeckie w opiece nad chorymi". Dwa miesiące później, będąc już obłożnie chorą, przyjęła z rąk ks. Franciszka Macharskiego, sakrament namaszczenia chorych. Kilka dni później, 28 kwietnia, straciła przytomność, a następnego dnia, około godziny 4:00 otworzyło się dla niej Niebo.
Trumnę z ciałem Chrzanowskiej przeniesiono do kościoła sióstr karmelitanek bosych, znajdujących się po drugiej stronie ulicy Łobzowskiej, naprzeciwko kamienicy, gdzie mieszkała. 2 maja odbyły się uroczystości pogrzebowe, którym przewodniczył kardynał Karol Wojtyła. Wzięła w niej udział liczna grupa duchowieństwa, wiernych oraz pielęgniarek. Podczas Mszy żałobnej kardynał Wojtyła porównał jej życie do wcielenia chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze, a zwłaszcza do słów "Błogosławieni miłosierni". Początkowo Hanna Chrzanowska została pochowana w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Rakowickim, jednak 6 kwietnia 2016 roku odbyła się ekshumacja jej szczątków, po czym w krakowskim Instytucie Medycyny Sądowej zostały przeprowadzone odpowiednie badania. Nazajutrz, w obecności kardynała Franciszka Macharskiego, złożono je po uroczystej Mszy świętej do krypty znajdującej się pod ołtarzem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w kościele świętego Mikołaja.
Jutro, w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie podczas uroczystej Mszy świętej ta cicha, skromna krakowska zakonnica zostanie włączona w poczet błogosławionych. W Niebie naprawdę znajdzie się miejsce dla każdego z nas!

* Za Listem apostolskim w formie <<motu proprio>> o ofiarowaniu życia

środa, 25 kwietnia 2018

712. Spacerując po Krakowie cieszę się otaczającą mnie wiosną...

Wczoraj, jak zresztą w każdy wtorek w ostatnim czasie, udałam się do Krakowa. 90 minut niemieckiego zleciało bardzo szybko i wkrótce można było wyjść z zajęć. Do odjazdu busu miałam jeszcze chwilę czasu, postanowiłam więc trochę pokręcić się po trasie pomiędzy rynkiem, a dworcem autobusowym. Gotowi na wędrówkę? A więc zaczynamy!
Dorożki już czekają na swoich pasażerów

Dzieci w swojej szczerej radości cieszyły się puszczanymi bańkami mydlanymi - piękny jak dla mnie widok!
Złoty mim bawił przypadkowych przechodniów
Żak krakowski od lat zastanawia się czy iść na wykłady czy może sobie je odpuścić...
Sobieski pokonuje Turka
Ludzie przemierzają alejkami plantów, nie zawsze zauważając, że to już wiosna
A pan Matejko obserwuje to wszystko, jakby się zastanawiał, jaki nowy obraz namalować...
Czyż otaczający nas świat nie jest cudowny? Tylko czy my potrafimy to dostrzec? Może czasami warto zwolnić i zachwycić się, tym co nas otacza :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

711. "Kto nie czyta przeżywa tylko jedno życie, czytający przeżyje ich więcej"...

Książki... Czymże byłby bez nich nasz świat? Niekiedy zaczytujemy się nimi garściami, innym razem wylewamy łzy nad znienawidzoną lekturą szkolną. Dla jednych są przyjemnością, dla innych drogą przez mękę. Nie znam osoby, która w swoim życiu nie przeczytałaby ani jednej książki, ani domu, w którym nie byłoby ani jednej pozycji książkowej.
I pomyśleć, że kiedyś posiadanie książki, a nawet sama umiejętność czytania, były zarezerwowane dla nielicznych. I nie mówię tutaj o średniowieczu, ale o XIX wieku. Niewielu z nas pamięta, że obowiązek szkolny wszedł w życie dopiero w dwudziestoleciu międzywojennym. Wcześniej wiele dzieci, zwłaszcza mieszkających na wsi, nie było posyłanych do szkoły. I to nie koniecznie dlatego, że nie było na to pieniędzy(chociaż to była główna przesłanka, trzeba tutaj pamiętać, że kiedyś, również w latach 20 i 30 XX wieku, nauka była odpłatna), ale też nie chcieli, aby ich dziecko było germanizowane, czy też rusyfikowane. I chociaż w zaborze pruskim wprowadzono obowiązek szkolny, to Polacy na wszelkie sposoby starali się go ominąć.
Dzisiaj już nie mamy takiego problemu. Uczymy się w większości w języku polskim, a półki księgarń wręcz uginają się od coraz to nowszych pozycji literackich. A jeśli nie mamy funduszy na książki(nie da się ukryć, że wzrost podatku sprzed lat zrobił swoje), to od czego mamy biblioteki? Znajdują się one w niemal każdym mieście i w wielu wsiach(najczęściej ulokowane w znajdujących się w nich szkołach). Nawet jeżeli nie są one specjalnie wyposażone, to zawsze znajdzie się w nich coś ciekawego. Poza tym, najczęściej raz w roku, wiele bibliotek robi wśród swoich czytelników ankietę książek, które powinny się w nich znaleźć, a następnie wybiera kilka z nich i zakupuje. Muszę przyznać, że osobiście bardzo lubię wypożyczać książki z biblioteki, bo dzięki temu mam okazję przeczytać interesującą mnie pozycję, a i zaoszczędzę kilka groszy w portfelu.
Osobiście myślę, że mogę zaliczyć się do moli książkowych. Prawie zawsze przeczytane lektury (przyznam się bez bicia, że poddałam się przy "Ani z Zielonego Wzgórza" oraz sienkiewiczowskim "Potopie", ale po latach nadrobiłam te zaległości). Nie ukrywam, że kocham, a zresztą zawsze kochałam czytać książki, zaś moje półki wręcz uginają się od ich ilości. Wiele z nich zdobyłam w konkursach i na koniec roku szkolnego, inne dostałam od innych czy wręcz ocaliłam przed wyrzuceniem do kosza przez innych. Ale żeby nie było - ja te książki też czytam. Nie ważne jaki gatunek, wszystko przyjmę. A jednocześnie czytam książki wypożyczone z biblioteki. Mam też kilku ulubionych autorów: Jan Dobraczyński, Paweł Zuchniewicz, Jodi Picoult, Katarzyna Grochola, Nicolas Sparks, Steve Berry, ale właściwie nie to jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze są odczucia, jakie wywołuje we mnie dana książka, czy utożsamiam się z jej bohaterami, czy odwołuję moje życie do ich życia, czy są zgodne z moimi poza książkowymi zainteresowaniami? Nie każda książka jest łatwa, ale także na poważne tematy trzeba mieć w życiu czas.
Na blogu wielokrotnie pisałam i zapewne będę pisać o książkach, wszak to część mojego życia. I to dosyć pozytywna część. Jeżeli mam być szczera, to nawet wolę przeczytać książkę, niż gapić się w telewizor, czy też bezsensownie surfować po internecie.
I na koniec piętnaście faktów o mnie związanych z czytelnictwem. O ile pamiętam, to kilka lat temu krążył po internecie taki właśnie łańcuszek tworzony przez bloggerów. I chociaż nie zostałam do niego wytypowana, to myślę, że wpisuje się w dzisiejszy post.

1. Kto jako pierwszy nakłonił cię/namówił do czytania? A może zostałeś/-aś do tego zmuszona? - czytać nauczyłam się w wieku niecałych pięciu lat podglądając zajęcia przedszkolne moich kolegów - zerówkowiczów. Wydało to się przez przypadek, a efekt był taki, że rok wcześniej wylądowałam w zerówce.
2. Ostatnia książka, z której pamiętasz więcej niż trzech bohaterów to... - Ups, pamiętam większość bohaterów z przeczytanych przeze mnie książek, a ostatnie takie przeze mnie przeczytane to wspomniane już wcześniej "Dziewicza podróż", "Żałoba", "I miłość była w getcie"
3. Myślisz, że my sami wybieramy książki, które chcemy przeczytać czy to raczej one "wybierają" nas? - myślę, że odpowiedź leży gdzieś po środku tego stwierdzenia :)
4. Gdzie najczęściej czytasz? - Kiedyś był to autobus do Katowic, a teraz w domowym zaciszu
5. Jakiego książkowego zakupu najbardziej żałujesz? - Chyba żadnego. Co ciekawsze, interesującą mnie rzecz wolę sprawdzić w książce, encyklopedii, słowniku, niż w Internecie;
6. Opisz zakładkę, której obecnie używasz. - obecnie używam zakładki, którą otrzymałam od Agai
7. Dlaczego czytasz? - Bo to jest mój sposób na ciekawe spędzenie wolnego czasu.
8. Książka twojego dzieciństwa. - na zakończenie czwartej klasy dostałam "Małą księżniczkę" Frances Hodgson Burnett. Przeczytałam ją nie wiem ile razy i za każdym razem odkrywałam ją na nowo.
9. Twoje okładkowe zauroczenie. - Jakoś specjalnie nie zwracam uwagi na okładkę. Za to zdarza mi się przeczytać opis książki.
10. Jakie trzy książki zabrałbyś/-abyś na bezludną wyspę? - Tylko trzy? Przecież to zamach na moje życie...
11. Znienawidzona książka, po którą nigdy nie sięgniesz i na samą myśl o niej... - "Marketing" Kotlera. Może w oryginale jest rewelacyjny, ale w tłumaczeniu ilość błędów stylistycznych i składniowych mnie powaliła 
12. Jak obchodzisz się z książkami? Pilnujesz, by kartki nie były zagięte i popisane? Czy może notujesz sobie coś na marginesach, zaginasz rogi w ciekawych momentach,  itd.? - Zasadniczo dbam o nie, chociaż zdarza się, że przez moją atetozę kartki są trochę poprzedzierane...
13. Dwie książki, o których kupnie marzysz dniami i nocami. - "Lalki z getta" Evy Weaver oraz "Ben Hur" Lewisa Wallce
14. Książka, której nigdy nie zapomnisz. - Na pewno "Chłopiec w pasiastej piżamie" opowiadająca o niemożliwej wręcz przyjaźni syna komendanta obozu koncentracyjnego z przebywającym w nim żydowskim rówieśnikiem.
15. Otwórz książkę (którą obecnie czytasz) na chybił trafił i wpisz tutaj zdanie, na które spojrzysz. - "Dziwne, ale kiedy wszedł do centrali, gotowy, by przynajmniej udawać, że wierzy, iż mają jeszcze szansę, głowę wypełniała mu tylko jedna myśl. O synku. Skończył dziesięć lat. I wychowa się bez ojca. Kocham cię, Cotton"(Steve Berry, "Tajemnica grobowca")

niedziela, 22 kwietnia 2018

710. Mądry Polak po szkodzie

Ostatnio miałam taką ciekawą sytuację. Siedziałam właśnie nad kartami pracy z języka angielskiego. Jakoś tak wyszło, że wypełniałam je piórem. Ogólnie dosyć późno nauczyłam się go obsługiwać. Kiedy wszyscy moi koledzy i koleżanki z 1 klasy uczyli się kaligrafować piórami ze stalówką, ja tak jak w przedszkolu bazgrałam w dalszym ciągu ołówkami, które z powodu mojego nacisku ręki namiętnie łamałam. Na długopis przeszłam gdzieś w czwartej klasie. Twardy dzióbek z równomiernym rozkładem znajdującego się we wkładzie atramentu(?) bardzo mi odpowiadał, chociaż zużywałam go szybciej niż moi rówieśnicy. Ale uwaga, miałam w posiadaniu dwa pióra firmy parker: jeden dostałam za wygrany konkurs matematyczny w moim mieście, drugi na zakończenie liceum za świadectwo z wyróżnieniem podczas gali dla najlepszych absolwentów(czyli tych, którzy otrzymali czerwony pasek na świadectwie) szkół średnich w auli Urzędu Miejskiego.
Piórem nauczyłam się pisać kilka lat temu, bardziej z ciekawości niż konieczności. Dwa wspomniane pióra traktowałam jako pamiątki i szkoda mi ich było zniszczyć. Miałam jednak jeszcze jeden, na naboje, schowany gdzieś w głębi szuflady. Co on tam robił? Nie mam pojęcia.
Pewnego dnia kupiłam 4 naboje i założyłam jeden z nich do pióra. Nieśmiało przyłożyłam stalówkę do papieru i zaczęłam pisać. I wiecie, że się udało? Spod stalówki wychodziły w miarę zgrabne literki. Mistrzem kaligrafii to ja nigdy nie będę bez względu na to, czym będę pisać, ale da się odczytać to co piszę. Wiadomo też, że nie wypełnię piórem np. indeksu na studia, bo rozmazany atrament(tusz ?) nie wygląda zbyt estetycznie, jednak do wypełniania skserowanych stron do nauki języka obcego na swój użytek jest on idealny.
Wypełniałam sobie kolejną kartę pracy, ale musiałam na chwilę odłożyć pióro na blat stoły. Traf chciał, że pióro, z powodu swojego walcowatego(powiedzmy, bo do walca to mu bardzo daleko) kształtu skulało się w dół na dywan. A że nie było zabezpieczone zatyczką to kilka kropel atramentu skapło się na jasny dywan. Granatowe kropki na białym tle nie wyglądały zbyt estetycznie i rzucały się w oczy. Nie miałam czasu na szukaniu na internecie rozwiązania, zresztą komputer i tak był wyłączony, a uruchomienie go i wyszukanie informacji mówiących o tym, jak usunąć tusz z dywanu to strata kolejnych cennych minut. Na zakup nowego dywanu funduszy chwilowo brak. 
Postanowiłam więc działać intuicyjnie. Wzięłam kilka listków papierowego ręczniku, zmoczyłam wodą i kilka razy przejechałam po niezaschniętych jeszcze plamkach. Ku mojemu zadowoleniu granatowe kropeczki prawie znikły. Prawie, bo został ledwie dostrzegalny błękitny ślad. Ale umówmy się: wolę to, niż granatowe kropki. A pióro muszę zatykać, nawet kiedy będę odkładała je na chwilę. Wiadomo - strzeżonego Pan Bóg strzeże. A za razem mądry Polak po szkodzie. A że potrzeba matką wynalazków, to teraz wiem, że spokojnie można potraktować taką świeżą plamę z atramentu wodą. I z czystym sumieniem mogę to polecić innym.

czwartek, 19 kwietnia 2018

709. Powstanie skazane na niepowodzenie, które stało się symbolem ludzkiego bohaterstwa

Doktór i Bóg
Kiedy chorzy umierają Doktór przyciska czoło
do pół roku do chrapiącego miasta
i mówi Bóg tak chciał

Ale tego ranka
Doktór płacze i buntuje się Obiecałeś krzyczy
ona miała żyć przynajmniej do jego powrotu
i jeszcze trochę w odzyskanym domu jego miłości
dlaczego poskąpiłeś jałmużny cusu
odrobiny powietrza jej biednym płucom

Tam w górze Bóg
nie gniewa się na zbuntowanego Doktora
Tylko poprzez ciebie tłumaczy
poprzez twoje dotknięcie i noc bezsenną
mogę czynić cuda
i przecież staliśmy się obydwaj
te dwa ostatnie miesiąca to chyba my

I obaj
Doktór i Bóg
płaczą nad młodą kobietą
dla której wyczerpali możliwość cudu.

Wiktor Woroszylski

Ostrzegam, że dzisiaj będzie długo, więc wersja tego postu jest tylko dla wytrwałych!

Pamiętam jak na początku mojej licealnej kariery nasza klasa pojechała na wycieczkę do Warszawy. Właściwie to był spontan - szkolny katecheta wkroczył do sali, w której mieliśmy lekcje z pytaniem, czy nie chcielibyśmy pojechać jutro na wycieczkę do stolicy, bo są wolne miejsca. W planach było zwiedzanie Sejmu i Senatu, Belwederu, a także spacer po stolicy. Wszyscy od razu zadzwonili do rodziców z pytaniem, czy mogą. Wszyscy, oprócz mnie. Ale i tak zapisałam się w ciemno. Rodzice co prawda nie spełniali każdej mojej zachcianki, ale na takie rzeczy pieniędzy mi nie żałowali. Tym bardziej, że to lekcja WOSu dużo lepsza od najlepszego podręcznika szkolnego. I tym sposobem po raz drugi w życiu odwiedziłam stolicę naszego kraju - Warszawę.
Podczas zwiedzania miasta w oczy rzucił mi się niewielki fragment muru. Jakoś tak od razu skojarzył mi się ze słynnym filmem Romana Polańskiego "Pianista" opowiadającym o życiu wybitnego polskiego pianisty żydowskiego pochodzenia, Władysława Szpilmana w okresie II wojny światowej. Jako Żyd został skierowany wraz z rodziną do wyznaczonej dla takich jak oni dzielnicy w Warszawie, czyli getta. I chociaż cała jego najbliższa rodzina została wywieziona w wagonach do obozu koncentracyjnego w Treblince jemu samemu udało się dzięki pomocy innych osób uniknąć wywózki, zbiec z getta przed jego likwidacją, a następnie przetrwać do końca wojny po aryjskiej stronie muru. 
W pewnym momencie filmu, przebywającego po aryjskiej stronie Władysława, budzi huk wybuchającej bomby. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za murem z cegieł, ludność żydowska postanowiła, że tym razem nie odda się dobrowolnie w ręce wroga. Ponieważ od jakiegoś czasu mówiło się o likwidacji getta, 19 kwietnia 1943 roku stawili zbrojny opór w obronie przed kolejną akcją pacyfikacyjną i chwycili za broń.
Dopiero na początku 1942 roku ludność żydowska zaczęła rozważać czynny opór. Do ruchu oporu zaczęli wstępować głównie młodzi ludzie, którzy nie mieli poparcia istniejących w getcie organizacji podziemnych. Konspiratorzy próbowali wpoić swoim podopiecznym, że Żydzi muszą skończyć ze swoją bierną postawą i próbować zmieniać otaczającą ich rzeczywistość, a w konsekwencji los narodu żydowskiego. Jednak młodych Żydów chcących zmienić mentalność swojego narodu było bardzo niewielu - tylko kilkaset osób spośród prawie 400 tysięcy zamkniętych w warszawskim getcie. 28 lipca, kiedy trwała masowa deportacja Żydów z getta, organizacje takie jak Dror he'Chaluc, Haszomer Hacair oraz ha'Noar Hacyjoni połączyły się w jedną - Żydowską Organizację Bojową(ŻOB). Nikt jednak nie wierzył w to, że Niemcy pozbędą się całego ich narodu, dlatego nikt nie zdecydował się na to, aby walczyć, kiedy kilka dni wcześniej zaczęto wywozić ich rodaków w wagonach bydlęcych. Nieliczni zwolennicy walk zbrojnych z okupantem drukowali  zachęcających ludzi, aby nie dali się doprowadzić na Umschlagplatz. Na niewiele się to zdało, ludzi się bowiem zasadą, że liczy się opór woli, a nie bohaterskie poświęcenie i walką wręcz. Aż w końcu w getcie pojawił się człowiek, który tchnął w żydowską społeczność nowego ducha - Mordechaj "Aniołek" Anielewicz.
Mordechaj Anielewicz(źródło zdjęcia)
Marian, bo tak mówiono do Mordechaja, zaledwie 24 letni chłopak z Powiśla, wrócił do getta we wrześniu 1942 roku. Wcześniej przebywał w gettach żydowskich w Sosnowcu oraz w Będzinie, gdzie szukał sposobu na przedostanie się na Węgry. Kiedy dowiedział się o wywózce jego rodaków z getta w stolicy, postanowił do niej wrócić. Dzień po zakończeniu akcji dotarł na miejsce, gdzie zastał pogrążonych w apatii członków ŻOBu żałujących, że nie zaatakowali Niemców podczas masowych wysiedleń. Anielewicz nie miał takich dylematów. Postanowił skonsolidować organizację i przygotować ją do walki zbrojnej, która miała wybuchnąć podczas kolejnej akcji wysiedleńczej. 
Pod koniec października ŻOB postawił sobie dwa podstawowe cele: obronę getta oraz karanie kolaborantów, funkcjonariuszy policji żydowskiej i prowokatorów. Na dowódcę organizacji wybrano Mordechaja.
Na początku grudnia ŻOB wysłał swój statut, prośbę o broń oraz instruktorów do Komendy Głównej AK. Anielewicz był przekonany, że likwidacja getta może nastąpić w każdej chwili. W ten sposób dowództwo AK dowiedziało się, że w getcie działa organizacja zbrojna, która dzieli się na 6-osobowe oddziały wyposażone w broń palną, siekiery, noże, kwasy i substancje palne, oraz że szykuje się ona do walki nie chcąc biernie czekać na swoją zagładę. Do czasu rozpoczęcia się akcji planowano zwalczać policję żydowską, Radę Żydowską i straż fabryczną. Generał Stefan Rowecki "Grot", dowódca AK, przekazał im kilka pistoletów, poza tym sama AK nie dysponowała wystarczającą ilością broni.
18 grudnia 1943 roku o godzinie 7:30 rano Niemcy wkroczyli do getta. Jego mieszkańcy byli przekonani, że zaczęła się ostateczna likwidacja pozostałych przy życiu kilkudziesięciu ludzi, którzy w nim się znajdowali. Ci, którym to się udało, zdołali się ukryć. Jednak członkowie ŻOBu, pomimo zaskoczenia, wyszli na ulice. Wkrótce dołączyli do grupy Żydów prowadzonych na Umschlagplatz, skąd mieli zostać wywiezieni do Treblinki. Pod ubraniem mieli ukryte skromne zasobny broni palnej. W pewnym momencie Aniołek dał znak, na który jego towarzysze wyciągnęli broń i granaty, po czym zaatakowali Niemców. Rozpoczęła się walka, podczas której padły ofiary zarówno po stronie Niemców i Żydów. Sam Anielewicz cudem przeżył. Mimo strat odniesiono też pewien sukces - maszerującym na Umschlagplatz Żydom udało się uciec. Ponadto żołnierze ŻOBu organizowali zasadzki, budowali kryjówki oraz przejścia między domami. Dzięki temu Niemcy wywieźli z getta jedynie 6 tysięcy ludzi, czyli połowę tego, co planowano. Ponadto doświadczenia ze styczniowych walk wykorzystano potem w czasie samego powstania. Szybko uzupełniono brakujące zapasy broni, którą kupili od Polaków, dodatkowo Armia Krajowa dostarczyła 50 pistoletów, granaty i materiały wybuchowe. Teraz każdy żołnierz, który brał udział w powstaniu w getcie, posiadał pistolet i granat.
Po styczniowej próbie wysiedlenia aż do 19 kwietnia panował w getcie względny spokój. Właściciele zakładów zbrojeniowych, którzy zatrudniali Żydów, zamierzali przenieść je wraz z pracownikami poza Warszawę. 18 kwietnia dotarły do getta informacje, że Niemcy koncentrują swoje oddziały. Tymczasem w samym getcie Żydzi świętowali pamiątkę Paschy, która przypadała tego dnia. Wieczorem odbyły się tzw. pierwsze kolacje sederowe. Po całym getcie krążyły pogłoski, jakoby rabin z ulicy Kupieckiej wyszykował wytworny świąteczny stół nakryty świąteczną, elegancką zastawą i pięknymi białymi obrusami. Gdy dotarła do niego wieść o planowanej akcji, przeniósł wszystko do schronu i tam się odbył uroczysty seder. Jak było naprawdę - tego nikt nie wie. 
W nocy niewiele osób spało. W pogotowiu czekały 22 oddziały ŻOBu. Liczyły one od 10 do 12 osób w wieku 15-20 lat. Kiedy jedni mieszkańcy getta szykowali sobie schronienia w zamienionych na bunkry piwnicach, a inni próbowali przedostać się na polską stronę muru, żołnierze ŻOBu czekali na rozpoczęcie powstania, czekali na walkę, która z góry skazana była na niepowodzenie. Mimo tego postanowili ją podjąć i walczyć o honor swojego narodu.
19 kwietnia o godzinie 5 rano dwie niemieckie kolumny żołnierzy, które składały się z oddziałów Waffen SS, policji oraz Wehrmachtu wkroczyły na teren getta centralnego. Zostały wkrótce zaatakowane. Niespodziewane strzały i granaty spowodowały popłoch wśród Niemców, którzy zaczęli się wycofywać, pozostawiając zabitych i rannych. Po tym wydarzeniu dowództwo nad oddziałami niemieckimi przejął inny dowództwa i po trzygodzinnej przerwie w walkach Niemcy powrócili do getta. Rozpoczęła się systematyczne likwidowanie oporu, zgodne z zasadami walk ulicznych. Niemcy działali w grupach, trzymali się blisko domów i wznosili barykady zza których prowadzili ostrzał. Żydzi jednak nie ustępowali. Dopiero wieczorem Niemcy zaczęli się wycofywać. Getto wyglądało jak wymarłe. Aż trudno uwierzyć w to, że poza walczącymi powstańcami przebywało w nim kilkadziesiąt tysięcy ludzi ukrytych w piwnicach i bunkrach. 
Następnego dnia Niemcy odcięli w getcie wszelkie media. Od godziny 5 rano rozpoczęto ostrzał z karabinów maszynowych oraz dział. Do akcji wkroczyli saperzy i broń ciężka. Wybuchały nie gaszone przez nikogo pożary. Powstańcy ukrywali się na górnych piętrach domów, gdzie czekali na atak wroga. Ten uderzył w kilka miejsca naraz, w tym w rejon, gdzie mieszkali i pracowali Żydzi zatrudnieni w fabrykach zbrojeniowych. Ta część getta była oddzielona od reszty, toteż walczący tam powstańcy byli całkowicie odcięci od swych towarzyszy. Walczący przenosili się z jednego bunkra do drugiego, ostrzeliwując nieustannie wroga. Drugi dzień walk zakończył się ponownie jak pierwszy - Niemcom nie udało się nawet zbliżyć do likwidacji getta. 
Trzeciego dnia powstańcy musieli zmienić taktykę - nie czekano już na atak Niemców, a zastawiano na nich zasadzki. Atakowano, kiedy Niemcy zbliżali się do rozpoznawalnych bunkrów, nie byli jednak w stanie ostatecznie ich pokonać. Dowódca Niemców zmienił taktykę walki, która okazała się skuteczna. Od tego dnia Niemcy zaczęli podpalać i wysadzać w powietrze żydowskie domy. Liczono na to, że powstańcy wyjdą z kryjówek i podejmą otwartą walkę na ulicach, a wtedy nie będą mieli żadnych szans. Chociaż powstańcy musieli wycofać się z zajmowanych przez trzy dni pozycji, to nie zrezygnowali z dalszej walki. Bez większych strat przeszli na tereny zajmowane przez inne oddziały. Walka powoli przenosiła się do centralnego regionu getta. Ogień największe żniwo zebrał wśród tych osób, które nie brały udziału w walkach. W płonących ubraniach wyskakiwali z okien. Ci z nich, którzy nie ponieśli śmierci przy upadku, byli natychmiast zabijani przez Niemców.
Ogień trawił dawną dzielnicę żydowską przez cały czwarty dzień powstania. Piątego dnia Niemcy byli pewni, że udało im się zdławić wszelki opór ze strony powstańców. Byli przekonani, że powstanie wkrótce się zakończy. Podzielono getto na 24 sektory i do każdego z nich wysłano oddziały, które miały przeczesywać dom po domu w poszukiwaniu ukrywających się w nich ludzi. Mylono się - w spalonej dzielnicy powstańcy dalej ukrywali się w bunkrach, których było ponad 600. Kiedy Niemcy zbliżały się do któregoś z nich, padały strzały. Determinacja narodu żydowskiego zaskoczyła wszystkich. Powstanie nie zakończyło się 26 kwietnia, jak przewidywano, ale przerodziło się w bohaterski opór, chociaż z góry pozbawiony szans na powodzenie.
Symboliczny koniec powstania datowany jest na 8 maja, kiedy Niemcy rankiem otoczyli bunkier przy ulicy Miłej. Dzień wcześniej dowiedziano się, że znajduje się w nim dowództwo ŻOB-u, w tym Mordechaj Anielewicz. Kiedy do bunkra wkroczyli Niemcy, bardzo wielu ze znajdujących się w nim ludzi popełniło samobójstwo. Innych zatruł gaz wpuszczony przez okupanta do bunkra. Niewielkiej garstce udało się ukryć gdzie indziej, przeczekała akcję Niemców, a następnie wydostała się na zewnątrz. Po likwidacji bunkra dowódcy powstania, opór w getcie trwał jeszcze tydzień. Dopiero 16 maja uznano, że dawna żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć, a symbolem tego miało być zburzenie Synagogi Wielkiej. Nie do końca to było prawdą. W niektórych bunkrach Żydzi ukrywali się do października, a nawet do stycznia następnego roku. Zaś pięć lat po wybuchu powstania Izrael ogłosił swoją niepodległość.
Po latach powstanie w getcie warszawskim zostało nieco przyćmione przez powstanie warszawskie, które wielu historyków uważa za najbardziej znaczące w tym okresie. Ja jednak spotkałam się z opinią, że gdyby nie powstanie w getcie, to kto wie, czy wybuchło by to drugie... Wszak to Żydzi pierwsi chwycili za broń, pierwsi podjęli walkę z okupantem. Pokazali że można, chociaż środki bojowe mieli bardzo ubogie.
Dzisiaj w Warszawie uczczono pamięć tych, którzy wtedy chwycili za broń. Były przemówienia, były wspomnienia. Na placu pojawiła się garstka osób, na których oczach rozegrała się ta tragedia. Garstka, która z roku się kurczy. Za parę lat zniknie. Nie pozwólmy jednak bezpowrotnie zniknąć ich wspomnieniu. I jeszcze jeden gest, który mnie wzruszył - tak jak cała Warszawa staje 1 sierpnia o godzinie 17:00 i w trwającej ciszy słychać syreny, tak samo dzisiaj w samo południe stolica stanęła, aby oddać cześć bohaterom tamtych dni...

niedziela, 15 kwietnia 2018

708. Niezwykła historia księdza z Suwalszczyzny z tragicznym finałem w tle

Jak już większość z Was wie, jedno z moich zainteresowań dotyczy legendarnego statku "Titanic". Zainteresowałam się nim w 3 klasie szkoły podstawowej, kiedy TVP 1 wyemitowało dwuodcinkowy film(jednak nie ten z Kate Winset i Leonardo di Caprio) i tak mi zostało. Z czasem zaczęłam poszerzać swoje informacje na temat parowca. Prawdziwą gratką było dla mnie 100 - numerowe pismo "Titanic", które nie tylko pozwalało na złożenie drewnianego modelu statku(który dumnie prezentuje się na meblach), ale też w bardzo ciekawy sposób przedstawiało jego historię oraz ciekawostki z nim związane. Starałam się też oglądać filmy dokumentalne na temat parowca(prym tutaj wiodły te, które puszczano na "National Geografic"). Z chwilą, kiedy zostaliśmy podłączeni do internetu to właśnie on stał się dla mnie prawdziwą skarbnicą wiedzy na ten temat.
Nigdzie jednak nie znalazłam informacji na temat ewentualnych pasażerów pochodzących z ziem polskich. Wiadomo, że w 1912 roku nasz kraj znajdował się jeszcze pod zaborami, wielu zaś Polaków emigrowało nie tylko na zachód Europy, ale też do tak bardzo odległej Ameryki. Mogę się pochwalić, że wśród takich osób, które odwiedziły Amerykę był też dziadek mojego dziadka od strony mamy(mój prapradziadek?). Popłynął jakimś parowcem z Gdańska, ale nie mógł się odnaleźć w tamtym świecie i wrócił do swoich, na znajdującą się pod zaborem rosyjskim Kielecczyznę. Równie dobrze jakiś Polak mógł udać się w tamtych czasach do Wielkiej Brytanii, a tam wsiąść na "Titanica" w celu wyemigrowania do "lepszego" świata. 
Do czasu. Jakiś czas temu ponownie wpisałam frazę "Polacy na Titanicu" w wyszukiwarkę i kliknęłam ENTER. Ku mojemu zdumieniu, a za razem radości, wreszcie coś mi wyskoczyło na ten temat. Badacze doszukali się na liście pasażerów kilka polsko brzmiących nazwisk, co daje podstawy przypuszczać, że na statku znajdowali się jednak nasi rodacy. To są jednak tylko przypuszczenia, gdyż przewoźnik nie odnotował na liście pasażerów, zwłaszcza tych z trzeciej klasy, ich narodowości. Pewność jest co do jednej pasażerki płynącej trzecią klasą, która okazała się prababką znanej polskiej piosenkarki, Anny Marii Jopek i dwójki pasażerów drugiej klasy: Żyda polskiego pochodzenia(a może Polak żydowskiego pochodzenia?), Berka Trombickiego(chociaż tutaj jest pewna rozbieżność, bo kilka portali podaje też, że płynął trzecią klasą), który przez wiele lat pracował w Londynie oraz Józefa Montwiłła, księdza z Suwalszczyzny, który w Ameryce miał objąć funkcję proboszcza w jednej z tamtejszych parafii. Temu pierwszemu udało się ocalić, drugi natomiast znalazł się na liście ofiar...

Na Titanicu był ksiądz z Suwalszczyzny. Wiózł rękopisy z Sejn
Podobno spowiadał i uspokajał przerażonych współpasażerów do końca. W nowojorskim Brooklynie, w nowej parafii, miał zacząć nowe życie, już bez carskich prześladowań. W kwietniu 1912 roku największy parowy statek pasażerski na świecie zatonął wraz z 1500 pasażerami, ciała księdza nigdy nie odnaleziono. Cztery miesiące wcześniej ks. Józef Montwiłł skończył 27 lat
W umieszczonej w internecie encyklopedii Titanica można znaleźć informacje, ile za swój bilet zapłacił każdy pasażer Titanica i jaką klasą płynął. Stąd wiemy więc, że Józef Montwiłł zapłacił 13 funtów, płynął drugą klasą, wsiadł w Southampton. Tyle że nie każdy w nazwisku Montvila Fr. Juzoas - a pod takim właśnie nazwiskiem na liście pokładowej duchowny figurował - rozpozna 27-letniego absolwenta Seminarium Duchownego w Sejnach i wikariusza w Lipsku koło Augustowa.
Dorota Łangowska z wykształcenia jest ekonomistą i logistykiem, ale jej drugą pasją jest historia rodzinnej Suwalszczyzny, a właściwie pogranicza suwalsko-litewskiego. I to właśnie zbierając informacje o swojej rodzinie, natrafiła na ślad księdza Józefa Montwiłła. Na tyle ją zafascynował, że danych na jego temat zaczęła szukać, gdzie się tylko da. I znalazła całkiem dużo. Historia księdza jest dramatyczna.

Rozmowa o podróży ks. Montwiłła:
Monika Żmijewska: Co ma wspólnego pani rodzinna historia z księdzem Montwiłłem?
Dorota Łangowska: Nie tak dawno dowiedziałam się, że moja rodzina pochodzi z Lubowa - po litewsku: Liubavas - miejscowości niegdyś leżącej w polskich granicach. Miałam mało informacji - po drugiej wojnie światowej granica podzieliła rodzinę. Mój ojciec bardzo wcześnie został sierotą, bo w wieku 7 lat, toteż i wiedza o dalszej rodzinie była dość szczątkowa. Niedawno jeden z kuzynów sporządził drzewo genealogiczne, zaczęłam je analizować. I tak to się zaczęło. Przy okazji szukania informacji o Lubowie okazało się, że tam właśnie trafił, trochę jakby na zesłanie, ksiądz Montwiłł. O Lubowie sprzed stu lat napisał ks. Jemielity w Roczniku Augustowsko-Suwalskim w 2007 roku, gdy opisywał konflikt na tle narodowościowym - skądinąd to też nadaje się na scenariusz filmowy. Dowiedziałam się, że Montwiłł był jedną z ofiar katastrofy Titanica. Bardzo mnie to zaintrygowało. Spisywałam wszystko, co mi wpadło w ręce. Tu parę zdań, tam parę. W polskich źródłach o księdzu jest bardzo mało, to dosłownie szczątkowe informacje. Trochę informacji znalazłam w internecie. Gdzieś trafiłam na rozmowę kuzynki księdza - w języku angielskim, więcej było informacji w języku litewskim. To różne źródła, niestety nie takie, by pozwoliły na napisanie artykułu naukowego. Ale na tyle intrygujące, że naprawdę szkoda, by ta historia księdza przepadła. Im bardziej się w to wszystko zagłębiałam, tym bardziej przejmujące to wszystko się wydawało. Film Jamesa Camerona... cóż, dobrze się go ogląda, ale gdy sobie wyobrazimy, jaka tam musiała być panika, że ci wszyscy ludzie tam byli... To prawdziwa tragedia.

Czy wiadomo, jak wyglądały ostatnie chwile księdza Montwiłła?
- Ci, którzy przeżyli, mówili, że ks. Józef Montwiłł do końca troszczył się o innych, słuchał spowiedzi, udzielał ostatnich sakramentów. Uspokajał przerażonych pasażerów w języku polskim, rosyjskim i niemieckim. Pozostał w okrętowej bibliotece. Kiedy statek zderzył się z górą lodową i widmo tragedii było nieuchronne, ksiądz Montwiłl odmówił zejścia do szalup ratunkowych - tak jak dwaj inni księża katoliccy, którzy byli na pokładzie: ksiądz Thomas Byles (54 lata) z Anglii oraz benedyktyn Joseph Peruschtz (41 lat) z Bawarii. Wokół nich skupili się przerażeni ludzie. Wszyscy trzej duchowni nieśli ostatnią posługę tym, którzy nie mieli szans uratowania się i sobie nawzajem - byli duchową szalupą ratunkową. I wszyscy trzej księża zginęli wraz z ponad 1500 innymi pasażerami w odmętach lodowatego oceanu. Wśród 730 uratowanych były osoby, które w szalupach zajęły miejsca proponowane wcześniej księżom.
Nikt się nie spodziewał tej tragedii - luksusowy najnowocześniejszy statek miał być absolutnie bezpieczny. Na pokładzie panowała odświętna atmosfera. Właśnie minęła Wielkanoc. Statek płynął spokojnie czwarty dzień. Niedziela 14 kwietnia 1912 roku była pierwszą po Zmartwychwstaniu. Ksiądz Montwiłł pomagał we mszy odprawionej przez ks. Bylesa. Świadkowie dobrze zapamiętali słowa, które kapłan wypowiedział wówczas podczas swojego ostatniego kazania - duchowny mówił o groźbie stania się duchowym wrakiem w czasach pokusy i nawoływał do korzystania z szalup ratunkowych w postaci modlitwy i sakramentów. Kilka godzin później doszło do tragedii.

Dlaczego ks. Montwiłł w ogóle wybrał się w tę podróż?
- Musiał opuścić Suwalszczyznę. Był młodym księdzem, gdy wsiadł na statek, minęły ledwie cztery lata od ukończenia Seminarium Duchownego w Sejnach, wyświęcenia (22 marca 1908 roku w Warszawie) i rozpoczęcia pracy jako wikariusz w parafii Lipsk koło Augustowa. Ale szybko wszedł w zatarg z władzami carskimi. Ci, którzy go znali, mówili, że charakteryzował się wrażliwością i uduchowieniem. Pomagał ludziom, był bardzo aktywny. W tajemnicy posługiwał ukraińskim katolikom - unitom. A to było zabronione przez władze carskie, które próbowały zmusić katolików obrządku wschodniego do przyłączenia się do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego. Ks. Józef Montwiłł za ochrzczenie dziecka i wysłuchanie spowiedzi miał sprawę karną. Sąd uznał go za wroga polityki prowadzonej przez imperium carskie. Miał być pozbawiony obowiązków wikariusza i święceń kapłańskich. Dlatego diecezja sejneńska, oczekując na zmianę surowego wyroku, przeniosła młodego wikariusza właśnie do Lubowa - gdzie w sto lat po tym natrafiłam na jego ślady. W nowej parafii był, niestety, konflikt na tle narodowościowym, o którym wspomniałam wyżej. Młody wikariusz zaczął głosić po litewsku. Uczył też dzieci katechizmu w języku litewskim. Wraz z kolegami założył towarzystwo odnowienia narodowego Litwy. A to były czasy, gdy w szkolnictwie i administracji obowiązywał język rosyjski. W świątyniach natomiast oprócz łaciny używano języka polskiego i litewskiego. Wkrótce władze carskie wydały zakaz odprawiania mszy, głoszenia i grzebania zmarłych. Duchowny był śledzony. Dlatego też zdecydował się wyjechać.

Jechał w ciemno?
- W USA miał na niego czekać brat Piotr, który do Stanów Zjednoczonych wyemigrował w grudniu 1907 roku. Piotr działał na rzecz społeczności litewskiej zamieszkałej w tzw. Małej Litwie na Brooklynie. Dowiedział się, że władze carskie prześladują Józefa. Zwrócił się więc do franciszkańskiego kościoła na Brooklynie z sugestią zaproszenia Józefa do Ameryki. Pod koniec 1911 roku Józef był gotowy do ucieczki. Kartkę z taką informacją Piotr otrzymał w styczniu 1912 roku. Można jedynie domyślać się, że uciekał przez Berlin, a później wypłynął z portu w Hamburgu. Krótko przebywał w Londynie. Chciał jak najszybciej wypłynąć do Stanów Zjednoczonych. Na pokład Titanica wszedł w środę, 10 kwietnia 1912 roku, w Southampton. Docelowym miejscem jego podróży było Worcester Massachusetts w Stanach Zjednoczonych. Tam chciał wydać rękopisy z zapisem pieśni z Suwalszczyzny. Niestety, zatonęły wraz z nim.

Udało się pani ustalić dokładnie, co to były za teksty?
- Z różnych źródeł wynika tylko, że dotyczyły blisko 600 rękopisów z ludowymi pieśniami i melodiami litewskimi z terenu Suwalszczyzny. Zebrali je klerycy z Seminarium Duchownego w Sejnach. Ponieważ cenzura carska uniemożliwiała ich opublikowanie, ksiądz postanowił je przewieźć do USA i tam opublikować. Warto dodać, że ksiądz pracował dla katolickiej gazety w Sejnach. Pisał kazania dla wydawnictwa Vadovas. Był też utalentowanym rysownikiem. Wykorzystywał artystyczne uzdolnienia do sporządzania ilustracji i winiet wielu religijnych gazet i książek opublikowanych potajemnie w Wilnie.

Czy wiadomo coś więcej o jego rodzinie?
- Zbierając informacje z różnych źródeł, udało mi się ustalić, że ksiądz Montwiłł urodził się w Gudine pod Mariampolem. Jego rodzice - Kazys i Magdalena, z domu Karaleviciutes - byli rolnikami. Po dwóch latach od narodzin Józefa, czyli w 1887 roku, w trójkę przeprowadzili się do małej wioski Nendriskiai, gdzie kupili farmę. Tam urodziły się pozostałe dzieci: Piotr, Kazys, Pius, Andrzej, Emilia, Elżbieta i Izabella. Później przeprowadzili się do Mariampola, gdzie Józef ukończył gimnazjum. Według sąsiada Alva Sidaraviciene dom rodziców kapłana był bardzo elegancki. Ogromny ogród obsadzony był rzadkimi drzewami. Na podwórku można było zobaczyć m.in. bażanty i pawie. Kiedy ksiądz Józef Montwiłł zginął, jego rodzice i dziadkowie otrzymali odszkodowanie w wysokości 130 funtów od Titanic Relief Fund. Po II wojnie światowej losy rodziny były dramatyczne. Siostra Elżbieta zaraz po wojnie była deportowana do Krasnojarska - zmarła tam w 1956 roku. Z wygnania na Syberii udało się wrócić bratu księdza - Andrzejowi. Rodzina nie mogła odzyskać zabudowań i ziemi. Jeden z krewnych powiedział, że dom dziadków został brutalnie zbezczeszczony w czasach sowieckich. W końcu bratu Andrzejowi udało się otrzymać odszkodowanie za przejętą ziemię. Wszystkie środki przeznaczył na medal, który złożony jest w bazylice w Mariampolu. Najmłodsza siostra Izabella wyszła za mąż za Janasa Steponaitisa i mieszkała aż do śmierci w 1987 w Brooklynie. Piotr - ten brat księdza, który chciał go ściągnąć do USA - nie mógł pogodzić się z tragiczną śmiercią Józefa. W roku 1977 z własnych pieniędzy wydał 1000 egzemplarzy książki pt. "Kiedy przeszłość wraca", która upamiętniała pamięć brata. Całe życie był orędownikiem odzyskania przez Litwę niepodległości. Prowadził parady litewskie w Nowym Jorku. Marzył o wolnej Litwie. Zmarł w wieku 97 lat.

Czy postać ks. Józefa Montwiłła jest zapomniana?
- Nie do końca. Ks. Józef Montwiłł uznawany jest za jednego z animatorów litewskiego odrodzenia narodowego na obszarze diecezji sejneńskiej, obejmującej ziemię augustowską oraz Suwalszczyznę. W 1992 roku wierni zaapelowali nawet o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. Zabrakło jednak dowodów. Na Litwie w tym roku ukazała się książka o trzech rodakach, którzy uczestniczyli w katastrofie Titanica - w tym również księdzu Montwille - "Titaniko Lietuvai", którą napisały Gerda Butkuviene i Vaida Lowell. Wątków ciekawych związanych z Titanikiem jest więcej - skądinąd parowcem Birma, który pierwszy odebrał sygnał SOS nadany z pokładu Titanica, dowodził Litwin, kapitan Stulpinas. Wszyscy słyszeliśmy o Carpathii, która wypłynęła z Nowego Jorku trzy godziny przed Birmą. Były jednak nieporozumienia z odczytaniem fachowych współrzędnych. Ale to już inna historia.

Może dzięki czytelnikom uda się doprecyzować i rozszerzyć wiedzę o księdzu Józefie Montwille? Napisz: monika.zmijewska@bialystok.gazeta.pl

sobota, 14 kwietnia 2018

707. Jak to dobrze, że ten dzień dobiegł do końca

Dzisiejszy dzień szczególnie dał mi w kość. W sumie dawno nie czułam się tak wyładowana z życiowej energii jak teraz. Za dużo dzieci na zajęciach w Oratorium, a za mało animatorów. Bo jednak 4 to trochę za mało na ponad 30. W dodatku dzisiaj przyszły dziewczynki, które nie pałają do siebie miłością i cały dzień sobie dogryzały.
Zajęcia w DMie zaczynają się o 10:00. Pierwsze pół godziny to czas na gry i zabawy, typu bilard, ping-pong, piłkarzyki, w razie konieczności jest to też pomoc w nauce. Ponieważ o 10:00 animatorów było zaledwie 2, poszłam pilnować dzieciaków z w salce z ping-pongiem(K. była w salce z piłkarzykami i krzywym stołem do bilarda). Z lekcjami daliśmy sobie spokój z powodu braku kadry. 
Od samego rana zaczęły się kłótnie i sprzeczki przez te dwie dziewczynki, o których napisałam na samym początku. Wiadomo, w ping-ponga chcieli grać wszyscy w tym samym czasie. A przy stole mogą stać maksymalnie cztery osoby. Więc zaczęła się kłótnia. W końcu zadecydowałam, że po 10 minutach będzie zmiana i nawet komisyjnie nastawiłam czasomierz w komórce(coby nie było, że kogoś faworyzuję). 10 minut minęło, G. niechętnie, bo niechętnie, ustąpiła miejsca K, a sama poszła do sali z piłkarzykami i bilardem. Zresztą z tego co słyszałam, to tam też robiła spore zamieszanie...
Po grach i zabawach poszliśmy na górę na salkę konferencyjną, gdzie pomodliliśmy się o dobry dzień oraz przeprowadziliśmy z dzieciakami kilka zabaw integracyjnych. Po drodze złapał nas ksiądz T. i dał nam pieniądze "od księdza Oskara" na bułki słodkie. I pomyśleć, że kiedyś na Oratorium nie było posiłków, a dzieci i tak przychodziły na zajęcia.
O 11:00 wyszliśmy z dzieciakami na dwór i to aż na półtora godziny. Wiecie, myśleliśmy, że jak się  wyszaleją na świeżym powietrzu to będą i grzeczniejsi i będą mieli większy apetyt. Ale o ile przez godzinę jeszcze jakoś się bawili, a raczej grali w piłkę nożną oraz we flagi, o tyle pozostałe półgodziny to już było jęczenie pt: "A kiedy wrócimy do Domu...". Tłumaczenie, że siedzimy na dworze do 12:30, bo tak jest w planie dnia na niewiele się zdało. Nie chcemy im też ulegać ot tak, bo nauczą się nami manipulować i tak już będzie. Nagle też wszystkim zachciało się do ubikacji(a mamy do dyspozycji jedną ubikację na wszystkie dzieciaki) i co chwilę ktoś wchodził do budynku z jedną z nas, bo przecież dzieciaki nie mogą chodzić same po budynku. W tym samym czasie nasze dwie dziewczynki zaczęły sobie dokuczać w dosyć niesmaczny sposób, aż zagroziłam im banem na chodzenie na Oratorium(i tutaj wychodzi wpływ czytanych przeze mnie książek - w "Świadectwie prawdy" ci co pobłądzili w swoim życiu dostawali tzw. ban na przynależność do wspólnoty amiszów).
Na szczęście wkrótce na zegarku pojawiła się 12:30 i z czystym sercem mogliśmy wrócić do budynku. Od razu udaliśmy się na jadalnię, gdzie czekały na nas pyszne bułeczki. Odśpiewaliśmy "Pobłogosław Panie z wysokiego nieba" i mogliśmy zasiąść do stołu. I tak siadając jedna z dziewczynek zahaczyła o stojący na brzegu stołu kubek z piciem, które wylało się na siedzącą obok niej koleżankę. Znowu polały się łezki, bo przecież trochę wody na spodniach to koniec świata... Jednak nic nie przebije G., który tak szedł z piciem w kubku, że wylał je na... ścianę. Mam nadzieję, że księża naprawdę nie jadają w tamtej części jadalni, bo proboszcz gotów jest zbanować sobotnie Oratorium na wieki wieków.
Po posiłku przewidziana była konferencja prowadzona przez K. Wbrew naszym zamierzeniom dzieciaki wcale nie były grzeczne ani spokojne i mimo próśb oraz perspektywy pytań z nagrodami w postaci cukierków nie potrafili usiedzieć spokojnie na tyłku przez te 20 minut. Kochani, jeszcze jedna uwaga, to nie jest tak, że my na wykładzie mamy mówić na dowolny temat. Temat jest z góry narzucony i jeżeli ma on dotyczyć sióstr salezjanek, to mamy się go trzymać, a nie nagle mówić o świętym Franciszku z Asyżu czy też Janie Pawle II jak mi sugerowaliście (chociaż o błogosławionej Laurze Vicuni wspomnieliśmy, wszak była wychowanką sióstr salezjanek). To trochę tak, jakby nauczyciel matematyki w dziale poświęconym geometrii zaczął nagle omawiać ułamki. Wbrew pozorom my też jesteśmy rozliczani z tego, co zrobiliśmy z dziećmi i czy trzymamy się odgórnie ułożonego planu.
Z powodu zachowania dziatwy praca w grupach przesunęła się o kilkanaście minut, na same zajęcia plastyczne zostało mi poniżej 10 minut, z czego jeszcze musiałam uciszać delikwentów. A że mój głos jest jaki jest, to trochę mi to zajęło. W końcu zmodyfikowałam mój pierwotny zamiar i dzieci miały owszem narysować kwiatka bądź gwiazdkę, ale prawie każde z nich musiało napisać w środku coś miłego dla sióstr, zaś przedszkolaki, które jeszcze nie potrafią pisać, musiały pięknie pokolorować swoją pracę. Zachętą było to, że ich prace otrzymają siostry salezjanki z naszej inspektorii. Znowu zaczęły się kwęki, że ten nie umie rysować, a tamten w ogóle nie zna tych sióstr i nie wie co ma napisać, zaś jeszcze inny zabrał nożyczki i nie chce oddać, a przecież kazałam im powycinać ich rysunki... Naprawdę, wyjątkowo czekałam, aż wybije godzina 14:00 i wszyscy pójdą do domu. Ale zadanie wykonali, chociaż czarne serce nie za bardzo do mnie przemawia.
Myślicie, że wszyscy po zakończonych zajęciach chcieli wracać do domu? Gdzie tam, przecież lepsza jest gra na X-BOXie. I dlatego nie byłam za tym, aby go kupować do Oratorium. Bo oto przez kolejnych 30 minut wyganialiśmy dzieci do domu. Potem jeszcze szybkie ogarnięcie budynku i sami mogliśmy wracać. 
W sumie byłam tak zmęczona, że tylko przygrzałam sobie obiad, nakarmiłam kota i padłam do łóżka. Na szczęście za tydzień jest wolne, to trochę sobie odpocznę...

piątek, 13 kwietnia 2018

706. Wypad do Biblioteki Śląskiej, podczas którego spotkałam wiosnę

Postanowiłam wybrać się dzisiaj do Biblioteki Śląskiej. Zanim jeszcze wypożyczę kilka pozycji dotyczących Sługi Bożego prymasa Stefana Wyszyńskiego(a to planuję zrobić w maju), postanowiłam przeczytać kilka innych pozycji. Tym razem mój wybór padł na takie książki jak: "Tajemnica grobowca" Steva Berry'a(jak dobrze pójdzie to na weekend majowy wypożyczę kolejne 2 tomy z całej serii), "Dziewiczą podróż" Geoffrey'a Marcusa(no bo wiecie, już w niedzielę minie 106 lat od zatonięcia legendarnego "Titanica"), "Czarnobylską modlitwę. Kronikę przeszłości" Swietłany Aleksijewicz(rocznica katastrofy elektrowni w Czarnobylu też się zbliża), "I była miłość w getcie" Marka Edelmana(tak samo jak wybuchu powstania w getcie warszawskim) oraz "Żałobę" będącą pracą zbiorową. W międzyczasie czytam "Zimowy wiatr na twojej twarzy" Carli Montero oraz "Historię Polski" - to już z mojej prywatnej, domowej biblioteczki. Tak więc Kochani, na nudę nie mogę narzekać, tym bardziej, że w domu też zawsze znajdzie się coś do zrobienia. Dlatego nigdy nie rozumiem osób, które nieustannie narzekają na panującą w ich życiu nudę i monotonię. A może po prostu dotąd byli tylko biernymi odbiorcami zorganizowanego czasu wolnego i w razie czego nie potrafią go sobie sami zorganizować? Sama nie wiem. Owszem, czasami i ja nudzę się, ale w sumie szybko znajduję sobie jakieś ciekawe(albo i nie) zajęcie.
Ten wypad do stolicy mojego województwa pozwolił mi też trochę podpatrzeć pierwsze oznaki wiosny. I chociaż po drodze dopadła mnie ulewa, to udało mi się sfotografować cudownie ukwiecone drzewo. Ogólnie to miałam w planach wysiąść w centrum mojego miasta i wrócić domu przez park, no ale ta ulewa pokrzyżowała mi plany. Żeby nie było -  bardziej się bałam, że zamoknie mi aparat fotograficzny niż, że ja sama zmoknę. A oto drzewo, które mnie zachwyciło:
Myślicie, że sezon wiosenny można już oficjalnie uznać za otwarty?

czwartek, 12 kwietnia 2018

705. A pomysłów na pracę w grupie brak...

W sobotę kolejne spotkanie z dzieciakami w ramach cotygodniowych zajęć w Oratorium. Bez księdza Oskara, ponieważ jedzie na dni skupienia, a następnie do rodziców. Oficjalnie będzie z nami ksiądz T., jednak już o 10:30 idzie do kościoła na próbę dzieci pierwszokomunijnych. A że formalnie dzieciaki nie mogą przebywać na zajęciach bez opieki osoby pełnoletnich, zaś jedyną osobą, która ma ukończone 18 lat i będzie tego dnia w Oratorium jestem ja, to mi przypada w udziale nadzorować całą gromadę urwisów. No brawo! I pomyśleć, że jeszcze rok temu x. J. wołał w takich sytuacjach kogoś ze wspólnoty "Ś.", pomimo tego, że miał mnie pod ręką... Jeszcze w niedzielę po Mszy świętej zgłosiłam, że nie będzie mnie w sobotę na próbie, bo przecież się nie rozdwoję.
Na sobotę oprócz pilnowania dzieci na zajęciach dostałam jeszcze jedno bojowe zadanie mam wymyślić coś na pracę w grupach. Praca w grupach to nic innego jak wszelkiego rodzaju zajęcia plastyczno - techniczne, które są stałym elementem każdego spotkania. Dobrze jest, jeżeli pokrywają się one z tematem dnia. A tematem sobotnich zajęć są siostry salezjanki. Problem w tym, że trudno jest wymyślić coś naprawdę wow, co łączyło by się tak stricte z nimi.
Ogólnie to mam zamysł, aby zrobić coś w rodzaju >>tego<< pomysłu(nota bene ostatnio Alis też podrzuciła mi ten pomysł, chociaż już wcześniej na niego trafiłam, ale i tak dzięki Kochana), z tym że zamiast przypadkowych zdań, dzieciaki musiałyby napisać jakąś cechę, którą uważają do niezbędną do bycia siostrą salezjanką. A ponieważ siostry salezjanki są takimi Bożymi kwiatami, to cechy te będą wypisane na kwiatach. Ewentualnie, szczególnie chłopcy, będą mogli zrobić to na gwiazdkach. Tłumaczenie? Bardzo proste: siostry salezjanki są jak gwiazdy na ciemnym niebie - rozjaśniają one ludziom drogę do Boga.
Myślicie, że dobry pomysł na 30 minut pracy? Dzieciaki musiałyby same narysować sobie kwiat, bądź gwiazdkę, wyciąć ją z papieru, napisać, pozaginać. Myślę, że miskę uda mi się zdobyć z Domu Młodzieżowego, muszę jeszcze napisać w tej sprawie SMSa do Boskiego Oskiego. Bo jak nie, to będę musiała przytachać ją z własnego domu. Na szczęście nie waży ona nie wiadomo ile... Mam też nadzieję, że dzieciaki nie skończą zadania zbyt wcześnie. 
A może Wy macie jakiś ciekawy pomysł, który nadawałby się do pracy w grupach z dzieciakami i wpisywałby się w tematykę "siostry salezjanki"?
Jedno jest pewne - po przeczytaniu bloga >>Olgi<< biorę się za czytanie blogów, na których opisywane są ciekawe sposoby na spędzenie kreatywnego czasu z swoim dzieckiem.

środa, 11 kwietnia 2018

704. Post z wczoraj, który nie został opublikowany na czas

Co prawda rocznica katastrofy smoleńskiej była wczoraj, jednak nie udało mi się opublikować z tej okazji notatki z powodu nagłego braku internetu. Notatka była jednak napisana, pozwoliłam wiec ją sobie skopiować do edytora tekstowego i opublikować w najbliższym czasie. Tak wiec z jednodniowym opóźnieniem prezentuje Wam notatkę dotyczącą 8 rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem.

Róże - symbol
Biegłam sobie wśród miejskich ulic,
niosąc w ręku bukiet biało - czerwonych róż.
I nagle potknęłam się i przewróciłam,
spojrzałam na zegarek - była 8:54.
Z obolałej rany ciekła mi krew,
a w tle rozległa się głośna syrena.
Gdzieś w odległym Smoleńsku rozbił się samolot,
Prezydent Polski nie żyje - grzmiał głos w radiu,
a może w telewizorze - sama tego nie wiem.
Ale wiedziałam jedno - nic ich już nie uratuje,
zginęły tak, jak Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej
z 95 osobami na pokładzie samolotu,
którzy lecieli, aby oddać hołd ofiarom okrutnej zbrodni w Katyniu.

Nie wiem, czy powyższy monolog można nazwać wierszem. W każdym razie powstał w tamtych dniach, kiedy Polska opłakiwała tragiczną śmierć Prezydenta Polski - Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 osób lecących na pokładzie prezydenckiego Tupolewa. Dla wielu z nas było to nieprawdopodobne wydarzenie - przecież Prezydenci nie giną w katastrofach lotniczych. A dlaczego nie? Przecież to tacy sami ludzie jak każdy z nas.

Katastrofa smoleńska wstrząsnęła mną chyba nawet bardziej, niż śmierć papieża Jana Pawła II. Może dlatego, że nikt jej nie mógł przewidzieć. No bo do śmierci Jana Pawła II mogliśmy się przygotować, wszyscy widzieliśmy, że jest już starszym i schorowanym człowiekiem i raczej długo już nie pożyje na tym świecie... A tutaj mieliśmy tyle osób w sile wieku, przed niektórymi z nich było wręcz całe życie. Życie, które zostało zabrane w jednym momencie. Czy to był błąd pilota, czy też osoby siedzącej w prowizorycznej radiostacji - nie mnie to oceniać. Jednak pod wpływem tych kilku dni żałoby narodowej i ogólnego wyciszenia powstało kilka wierszy opisujących wewnętrzny nastrój, czy też przeżycia, zaledwie 20 letniej kobiety. Jeden z nich, zatytułowany "Lasek katyński" przedstawiłam Wam w >>tym<< poście. Dzisiaj odważyłam się na drugi. Czy pokażę Wam resztę? Trudno mi powiedzieć.

Mogłoby się wydawać, że dzisiejsza rocznica sprowadzi na Wawel tłumy ludzi chcących oddać cześć Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i jego małżonce, Marii. Nic bardziej mylnego. Może i rano była jakaś Msza święta, ale po południu wszystko ucichło, zaś przepływ turystów był taki sam jak zawsze. 

Za to z tego co widziałam, to ludzie dopisali na Placu Piłsudskiego w Warszawie, gdzie po ośmiu latach doczekano się odsłonięcia pomnika pamięci ofiar katastrofy. Ot, taki paradoks, w wielu miastach naszego kraju, a nawet za granicą, jest pełno takich miejsc ich pamięci, zaś stolica kraju tak jakby chciała zapomnieć o tym, co się stało 8 lat temu, jakby chciała nie słyszeć, nie pamiętać słów zacytowanych za Mickiewiczem przez rodzinę jednej z ofiar. Słów, których doniosłość odbiła się echem od warszawskich blokowisk: "Jeżeli zapomnę o nich, Ty Boże na niebie, zapomnij o mnie". A więc pamiętajmy tak długo, jak tylko się da...

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

703. Nie mogę narzekać!

Powoli zaczynam kompletować dokumenty potrzebne mi do wyjazdu z dzieciakami na wakacyjny wypoczynek w ramach wychowawcy kolonijnego. Cieszy mnie, że ludzie patrzą na mnie przez pryzmat mojego doświadczenia, a lata pracy w Oratorium zrobiły swoje, a nie niepełnosprawności(żeby było jasne - nigdy w takich sprawach nie zatajam swoich ograniczeń). Cztery turnusy, pierwszy zaczyna się już następnego dnia po zakończeniu roku szkolnego i jest w górskiej Milówce, wsi rozsławionej przez słynnych braci Golców. Będzie trwał 10 dni. Trochę martwi mnie to, że jednym dniem zahaczy o parafialne półkolonie, ale trudno. Potem mam jakieś 2 tygodnie przerwy(a raczej tydzień, bo od razu po kolonii wskakuję na te całe półkolonie parafialne) i znowu wyjeżdżam tym razem z inną firmą(tą samą co rok temu) na trzy turnusy. Gdzie? Tego jeszcze nie wiem.
W gruncie rzeczy większość papierów już mam, do jednej firmy muszę tylko dosłać umowę o pracę(zapomniałam jej wydrukować i wysłać z pozostałymi papierami - brawo ja!), do drugiej muszę zeskanować wszystkie potrzebne druczki i wysłać internetowo.
Wśród potrzebnych zaświadczeń u jednych i u drugich wymagane jest zaświadczenie o stanie zdrowia od lekarza medycyny pracy lub książeczka sanepidowska. Pierwszej firmie wystarczy, jak wezmę jedno albo drugie ze sobą na bazę, ale druga wymaga już skanu jednego bądź drugiego. I tu się zaczynam zastanawiać, co lepiej jest wyrobić. Bo cena jest zbliżona(wizyta u lekarza medycyny pracy kosztuje około 75 - 85 złotych, natomiast badanie sanepidowskie to koszt rzędu 60-100 złotych). Wiadomo, książeczka sanepidowska ma że tak powiem szerszy zasięg, ale jeżeli nie zmieniła się w mojej rejonowej przychodni lekarka medycyny pracy to wiem, że też bez problemu dostanę to zaświadczenie.
Rok temu poszłam do niej na miękkich nogach. Tyle się nasłuchałam, a raczej naczytałam o problemach, jakie robią lekarze medycyny pracy osobom mojego pokroju, które idą do nich po zaświadczenie potrzebne do podjęcia studiów, więc dlaczego ze mną ma być inaczej? Tym bardziej, że to już jest poważna, odpowiedzialna praca. W zanadrzu miałam argument, że przez lata działam w Oratorium i pracuję tam z dziećmi, a jednak to nie to samo, co wyjazd na kolonie, prawda? 
A tym czasem po wejściu do gabinetu i wyjaśnieniu całej sytuacji, a także wymienieniu jednostek chorobowych(no niestety, już na pierwszy rzut oka widać, że ze mną jest coś nie tak) usłyszałam:
 - Jasne, że wystawię Pani to zaświadczenie. Ja dobrze wiem, że wy, niepełnosprawni w większości dążycie do tego, aby osiągnąć zamierzony sobie cel...
No wiecie, zawsze sądziłam że mam szczęście do ludzi(no dobrze, nie zawsze, ale powiedzmy że w jakiś 98%), ale tym razem aż odebrało mi mowę. Ucieszona odebrałam zaświadczenie i włożyłam je do teczki z dokumentami. Teraz już nic mi nie mogli zrobić. Przynajmniej teoretycznie, bo praktyka jest całkiem inna. Aha, brak zaświadczenia skutkuje tym, że nie dość, że nie jedzie się jako wychowawca na kolonie, to jeszcze ponosi się koszty związane z zastępstwem, więc nie jest to takie hop siup! Więc może teraz będzie podobnie. 
W każdym razie daję sobie czas do końca tygodnia. Najwyżej będę rzucać monetą. Wszak to też jest jakaś metoda, prawda?

sobota, 7 kwietnia 2018

702. Okres dekuriona w Oratoriach też jest potrzebny

Jako, że ostatnio podczas sobotnich spotkaniach z dziećmi skupiamy się na snach świętego Jana Bosko, postanowiłam podzielić się z innymi animatorami książką "Sny księdza Bosko". Dostałam ją na pamiątkę pasowania na animatora, o czym świadczy krótka dedykacja na jej początku. Kiedy teraźniejsi animatorzy przeczytali ją, byli po trochu zdziwieni, a po trochu zaskoczeni. Bo oni nigdy nie byli dekurionami, tylko od razu zostali animatorami. No i zaczęło się, że to nie fair, że Lolek był dekurionem i został uroczyście pasowany na animatora i w dodatku dostał taką fajną książkę, bo ich to ominęło. Ale gdyby musieli przejść okres dekuriona, to pewnie znowu jojczeli by, że to nie fair, że oni nic nie robią, tylko się przyglądają. Tak źle i tak niedobrze. Zwłaszcza, że współczesna młodzież raczej nie lubi czekać i wszystko chce mieć od razu. Czy to jest dobre? Nie zawsze...
Jestem wychowanką "starego" systemu stawania się salezjańskim animatorem, który wprowadził jeszcze pierwszy opiekun naszego Oratorium, ksiądz T., kontynuował zaś jego następca, ksiądz W. To właśnie za księdza W. zostałam uroczyście włączona w poczet salezjańskich animatorów parafialnych. Zbliżony był in formułą do przygotowania do pełnienia funkcji ministranta - najpierw przychodziło się tylko przyglądać pracy innych animatorów, potem pod ich okiem wykonywało proste czynności. W międzyczasie oczywiście chodziliśmy na Msze święte, nabożeństwa oraz spotkania formacyjne, tak przygotowanie praktyczne szło w parze z przygotowaniem duchowym. Okres dekuriona, bo tak on się tradycyjnie nazywa, trwał minimum 6 miesięcy i kończył się egzaminem m.in. z wiedzy na temat życia św. Jana Bosko i samej działalności takich Oratoriów, potem była rozmowa indywidualna stwierdzająca naszą dojrzałość do pełnienia tej funkcji, aż w końcu uroczysta przysięga tuż przed końcem roku szkolnego, tak abyśmy mogli już podczas półkolonii letnich być pełnoprawnymi animatorami. Bo podczas zimowych byliśmy tylko obserwatorami. Oczywiście można było przyjść np. w kwietniu i powiedzieć, że chce się być animatorem, ale trzeba było mieć świadomość tego, że egzamin i pasowanie będzie się miało dopiero w czerwcu przyszłego roku.
Okres bycia dekurionem był więc długi, ale doskonale przygotowywał do pełnienia funkcji animatora. Ten, kto nie miał predyspozycji do bycia nim po prostu się wykruszał. Nie pociągało to jednak za sobą żadnych konsekwencji, wszak był tylko tak jakby na okresie próbnym. Natomiast ci, którzy wytrwali do końca i zdali egzaminy... Ci należeli do prawdziwych zapaleńców. Nie bez powodu nazywano nas "Armią Bożych Pomocników". Ci, którzy już mogli, to robili sobie kursy wychowawcy kolonijnego. Ja jeszcze dodatkowo zrobiłam sobie kurs animatora czasu wolnego.
Rewelacyjna sprawa taki całodzienny kurs i naprawdę można się nauczyć wiele ciekawych rzeczy , a także zdobyć umiejętności, o które trudno na co dzień. Oczywiście ze względu na moje problemy ruchowe nie wszystkie jestem w stanie wykorzystać w praktyce, ale warto wiedzieć, że jest coś takiego. Kurs wychowawcy kolonijnego też zrobiłam najszybciej jak się dało, chociaż nie obyło się bez przygód(organizator aż dzwonił w mojej sprawie do kuratorium - nigdy dotąd nie miał tak oryginalnego kursanta). 
Każdy był tam za każdym i z powodzeniem godziliśmy powierzone nam funkcje z codziennymi obowiązkami(wszak jeszcze uczyliśmy się), nawet wtedy kiedy prowadziliśmy Oratorium w tygodniu. Przygotowaliśmy też dekurionów do bycia animatorami.
Wszystko zmieniło się w 2014 roku, kiedy funkcję opiekuna Oratorium przejął ks. J. Co z tego, że obronił magistra w samej Jerozolimie, skoro nie miał bladego pojęcia o prowadzeniu tego typu placówki. Pamiętam, jak we wrześniu przyszliśmy do niego całą ekipą z propozycją kontynuowania zaczętego już wcześniej dzieła - stanowczo odmówił. Potem jeszcze kilka razy zaoferowaliśmy naszą pomoc - bez rezultatu. W końcu każdy poszedł swoją drogą. Po półtora roku x. J. zachciało się jednak Oratorium. Widział, że dzieci na półkoloniach dobrze się bawią, postanowił kontynuować to także w ciągu roku. Z tym, że zaprosił do prowadzenia zająć kilkoro bierzmowanych spoza naszej parafii... Nie no, ja tam do tego wieku nic nie mam. Ale szkoda, że ich w żaden sposób nie przygotował do tej funkcji, tylko weszli z marszu. Ponieważ miałam wtedy szkołę policealną w weekendy, to byłam z nimi od czasu do czasu. Ale ich zachowanie mówiło samo za siebie(np. wyzywanie się przy dzieciach od najgorszych, przeświadczenie o tym, że jest się najlepszym, bo ksiądz mi powierzył tą funkcję itp.). Zero pokory, zero dyscypliny, zero współpracy. A ksiądz zdawał się nie zauważać problemu. Przecież miał współpracowników, którzy odwalali całą robotę, a to co już sobą reprezentowali zeszło na dalszy plan. Okres dekuriona został pominięty(a szkoda, bo wielu z nich  nie potrafi nawet powiedzieć kim był św. Jan Bosko oprócz tego, że był księdzem), a o spotkaniach formacyjnych lepiej nie wspominać.
Wraz ze zmianą warty na posterunku zmieniły się też pewne zasady - powrócił okres bycia dekurionem, który przypada najwcześniej na 7 klasę szkoły podstawowej. Pierwsi dekurioni przychodzą już na zajęcia. Ja tam się cieszę, jednak pozostali wydaje mi się, że patrzą na nich z góry. No bo ich pominął ten okres i od razu byli animatorami. Dlatego traktują nowych jako popychadło. Wkurza mnie to, bo mnie nikt w tym okresie nie traktował jako człowieka typowo gorszej kategorii. Chciałam interweniować w tej sprawie podczas spotkania po Oratorium - bezskutecznie. I jeszcze te kpiące komentarze... Rozumiem, że to była trochę inna sytuacja, ale Kochani, bez przesady. Mam nadzieję, że G., N i M nie zrażą się ich zachowaniem i będą w dalszym ciągu do nas przychodzili, bo się nadają bardziej niż niejeden z aktualnych animatorów. Zresztą pamiętam doskonale, jak G. przychodził na zajęcia jako dziecko w czasach, kiedy większość z aktualnych animatorów nie wiedziała jeszcze czym jest Oratorium...

piątek, 6 kwietnia 2018

701. Zatrzymani w czasoprzestrzeni

Jestem mały chrześcijanin.
Mam być dobry i łagodny,
Szczery, prosty i pogodny.
W każdym czynie swym cierpliwy,
W każdym słowie swym uczciwy.
Bo Bóg patrzy i się dowie
Co ja myślę i co robię.
Szkolna rymowanka amiszów*

Lekcje języka angielskiego w klasie II i III liceum były dla mnie koszmarem. O ile w I klasie moja inność, a raczej wymowa, nie stanowiły problemów dla anglistki, o tyle od II klasy zmieniła się naszej grupie nauczycielka, która może i była dobrą nauczycielką na poziomie zaawansowanym, ale na niższym to już średnio. Od tego czasu lekcje były dla mnie na zasadzie "byle przetrwać i mieć spokój"(zresztą potem na studiach miałam podobne podejście). I tak zamierzałam zdawać maturę z niemieckiego, więc motywacji do nauki jako takiej nie miałam. Nie muszę mówić, że lekcje nie były dla mnie przyjemnością, ale przecież musiałam na nie chodzić. 
Jedyna ciekawa lekcja, jaką udało jej się u nas przeprowadzić, była zarazem ostatnią lekcją języka angielskiego na poziomie szkoły średniej. Stopnie już były wystawione, nikt z grupy nie wybrał angielskiego na maturze, nie wszyscy też przyszli na zajęcia - zatem panował pełen luzik. I zamiast oklepanego materiału z podręcznika anglistka skserowała nam artykuł o Amiszach z jakiegoś czasopisma. Sam odłam religijny kojarzyłam z jakiegoś odcinka "Rozmów w toku" z czasów, kiedy podejmowano jeszcze ciekawe tematy(bo potem zmieniło się to diametralnie), ale jakoś specjalnie nie zgłębiałam się w ten temat. Dopiero ten krótki artykulik sprawił, że dowiedziałam się co nieco o ich surowym życiu, a nawet zaczęłam ich podziwiać za to, że wśród dzisiejszej techniki potrafią prowadzić życie, jak w XVIII/XIX wieku.
Amisze to społeczność żyjąca w odizolowanych od świata zewnętrznego wspólnotach. Ich życie zorganizowane jest wedle nakazów niepisanego zbioru zasad zwanego Ordnung. Reguluje on wszelkie aspekty życia codziennego, w tym techniki jakiej można używać, czy też kobiece fryzury i kolor materiału na ubrania. Mężczyźni do czasu ślubu golą zarost twarzy, zaś żonaci zapuszczają długie brody. Nie praktykuje się małżeństw spoza wspólnoty, gdyż grozi to wykluczeniem z niej. Zbiorowość nie akceptuje nowoczesnej techniki. Nie korzystają z elektryczności, samochodów, telewizji, fotografii i innych dobrodziejstw współczesności, chociaż dopuszcza się posiadanie jednego aparatu telefonicznego i drobnych maszyn rolniczych. Zajmują się rolnictwem oraz rzemiosłami z nim związanymi. Amisze stawiają swoje zasady ponad oficjalnym prawem, z powodu czego niejednokrotnie do konfliktów pomiędzy wspólnotami, a rządem amerykańskim. Nie uznają ubezpieczeń społecznych twierdząc, że wspólnota jest ubezpieczeniem zapewniającym ochronę i opiekę nad chorymi czy też starymi. Ostatecznie zostali zwolnieni z obowiązku ubezpieczeniowego, zaś dla członków wspólnoty, którzy muszą ponieść koszty leczenia, organizuje się specjalne fundusze na ten cel. Nie pobierają też zasiłku dla bezrobotnych, ani żadnej innej formy opieki społecznej od państwa. Nie posyłają też swoich dzieci do szkół publicznych ani na uczelnie wyższe.
Trochę zawile to wszystko brzmi? Być może, ale skończyłam właśnie czytać książkę, która w ciekawy sposób porusza te niezbyt łatwe sprawy.
Bardzo lubię powieści autorstwa Jodi Picoult, która wspaniale opisuje problemy współczesnego świata. Sięgnięcie po kolejną z nich jest tylko kwestią czasu. Po "Bez mojej zgody", "Kruchej jak lód" oraz "W imię miłości" przyszedł czas na "Świadectwo prawdy". Akcja powieści rozgrywa się u schyłku XX wieku w Pensylwanii. Na jednej z tamtejszych ferm prowadzonych przez Amiszów znaleziono zwłoki noworodka. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że tej makabrycznej zbrodni dokonała córka właściciela posiadłości - osiemnastoletnia Katie Fisher. Wszyscy wiedzą, że prosta dziewczyna, żyjąca regułami obowiązującymi wewnątrz społeczności, w której się wychowała nie poradzi sobie w amerykańskim sądzie. Obrony Katie podejmuje się jej daleka krewna z wielkiego miasta, adwokatka Ellie Hathaway. Jako kurator nastolatki zmuszona jest przeprowadzić się na daleką od wszelkich wygód prowincji. Tam nie tylko poznaje surowy standard życia Amiszów, ale też próbuje wyjaśnić, co tak naprawdę stało się w nocy poprzedzającej odkrycie zwłok dziecka.
Jodi Picoult jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Jak w każdą swoją książkę, także i w tą, włożyła ogrom serca i... pracy. Bo to autorka, która solidnie przygotowuje się do każdej swojej powieści, czytając odpowiednią literaturę faktu. Dzięki temu jej dzieła są takie życiowe i realistyczne. Naprawdę, bardzo przyjemnie się je czyta. "Świadectwo prawdy" pozwoliło mi też lepiej poznać i zrozumieć religię Amiszów, a nawet niejako wczuć się w ich rolę. Nie mogę już się doczekać kolejnej jej książki, którą będę miała okazję przeczytać.
A wracając jeszcze do jedynej rodziny Amiszów mieszkających w naszym kraju, to polecam bardzo ciekawy film dokumentalny, który jest jej poświęcony, można go obejrzeć >>tutaj<<. I chociaż ich życie nie jest aż tak surowe, jak życie ortodoksyjnych Amiszów zza Oceanu, to jednak zachowali wiele zwyczajów swojej społeczności.

* źródło: Jodi Picoult, "Świadectwo prawdy"