Z większością współczesnych konkursów jest tak, że organizator zastrzega sobie, że nadsyłane prace nie mogą być nigdzie indziej publikowane. Na szczęście potem można je pokazać na światło dzienne bez konsekwencji.
Poniższy tekst został napisany na 40 lecie istnienia "Huty Katowice", które przypadło w kwietniu 2012 roku. Z tej okazji Muzeum Miejskie ogłosiło konkurs literacki pt. "Jak budowano Hutę Katowice". Domyślacie się już, co było dalej, prawda? Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia znalazłam w skrzynce internetowej wiadomość, że znalazłam się w gronie nagrodzonych laureatów i że zapraszają mnie na rozdanie nagród tego i tego dnia o tej i o tej godzinie. Ponieważ była to sobota, bez problemu mogłam na nie iść. Dostałam wtedy dwie książki o mieście, w którym mieszkam. Żałuję, że zdjęcia z uroczystości poszły w eter wraz ze zmianą dysku twardego(teraz jestem mądrzejsza, bo zapisuję je na zewnętrznym dysku, a co ważniejsze po prostu wywołuję), na szczęście praca pozostała na poczcie w folderze wysłane. Dlatego dzisiaj się nią z Wami mogę podzielić:
"Jak Borówka pomagał w budowie Huty Katowice
Borówka, poczciwy chłop z małej, kieleckiej wioski, której próżno szukać na mapach, siedział w przedziale pociągu relacji Kielce – Wrocław. Na kolanach trzymał miedzianą klatkę z oswojonym skowronkiem, który co rano wyśpiewywał piękne melodie, chwalące wstający dzień. Na ramieniu przewieszony miał plecak, pamiętający jeszcze czasy II wojny światowej, gdzie przechowywał swoje ubrania. Pod nogami natomiast trzymał kosz, do którego matusia nakładła mu jajek, kiełbasy, kilka butelek swojskiego mleka, trochę sera, kilka butelek wódki oraz własno wypieczony bochen chleba – był to dowód podziękowania pracodawcom za zatrudnienie jej syna przy budowie największego przedsięwzięcia 70 lat XX wieku, czyli Huty Katowice. Ale komu dokładnie ma wręczyć ten kosz, tego Borówka nie wiedział.
Pociąg wolno toczył się przed siebie. Borówka głęboko wdychał powietrze, które przesycone było smogiem oraz dymem z kominów miejscowych kopalń i hut.
- Czy tak będzie wyglądało moje miejsce pracy – westchnął Borówka nie wiadomo czy sam do siebie, czy do współtowarzyszy podróży. Przeleciał grubymi palcami po prętach klatki ze skowronkiem. Ptaszek spojrzał na właściciela, ale nie wydobył z siebie ani jednego dźwięku.
- Głodny jesteś, hę? – szepnął do małego przyjaciela. Sięgnął potężną dłonią do kieszeni wytartego już surduta poczym wyciągnął z niej garść zboża i delikatnie wsypał ptaszkowi do klatki. Skowronek sfrunął z pałeczki na podłoże swojego mieszkanka i z zapałem dziobał złociste ziarna. Borówka wyjrzał przez okno.
Kominy, kominy i jeszcze raz kominy – tak wyglądał krajobraz widziany przez chłopa. Od czasu do czasu przed oczami przeleciał mu jeszcze budynek dworca, na którym zatrzymywał się pociąg. Nie podobało mu się to. Wychował się przecież na łonie przyrody i jeszcze kilka miesięcy temu nie wyobrażał sobie, że istnieje inny świat, niż kilka wiosek oraz niewielkie miasteczko, do którego jeździł z rodzicami wozem drabiniastym. Czym będzie jeździł w tym nowym życiu? Czy dadzą mu konika oraz niewielkie pólko, na którym będzie mógł uprawiać ziemniaki i zboże? Tego Borówka nie mógł zgadnąć. Oczami wyobraźni widział jednak siebie, jak po dniu ciężkiej pracy wychodzi z pługiem na pole.
Ostry zgrzyt pociągowych kół o szynę obudził chłopa z marzeń. Wyjrzał przez okno. Pociąg powoli wjeżdżał na jakąś stację kolejową. Borówka, mimo że skończył tylko szkołę podstawową, przeczytał tabliczkę znajdującą się na budynku dworca kolejowego – „Dąbrowa Górnicza”. Naraz chłopina podniósł się na równe nogi, zarzucił plecak na ramię, w jedną rękę chwycił kosz z prowiantem, w drugą klatkę ze skowronkiem, aż biedny ptaszek o pręty się potłukł i wio, zmierza w stronę wyjścia.
Na peronie uderzyło go powietrze przesycone wonią dymów z okolicznych kominów. Chłop gwałtownie odchrząknął zalegającą w płucach wydzielinę, usiadł na skraju krawężnika i zaczął myśleć co dalej. Był zupełnie sam w obcym mieście. Pociąg pojechał już w dalszą drogę, a przecież i na bilet nie miał już pieniędzy. Jedyną jego pociechą był mały skowronek, co zaczął mu świergotać najpiękniejsze pieśni. Borówka uśmiechnął się pod nosem.
- Poradzimy sobie, zobaczysz – powiedział napełniając denko od słoika wodą z kałuży i wkładając je do klatki. Sam też wstał, otrzepał się z pyłu i kurzu i poszedł przed siebie.
Kwietniowe słońce nie dawało wystarczającego ciepła. Borówka szczelniej otulił się płaszczem i mocniej wcisnął kapelusz na głowę. Żal mu było też ptaszka, który kulił się w swoim więzieniu. Szedł jednak dalej w przekonaniu, że im mniej się będzie zatrzymywał, tym szybciej dojdzie do celu. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach względnej ciszy, wszedł na główną ulicę miasta. Panował tam niewyobrażalny szum i zgiełk, ludzie krzyczeli, samochody trąbiły, tramwaje dzwoniły. Dla Borówki, który wychował się wręcz w ciszy, była to prawdziwa udręka. Bezradnie rozglądał się dookoła, ale nigdzie nie widział placu budowy. Podszedł więc do stojącego na chodniku mężczyzny.
- Huta – zaczął nieśmiało. – Gdzie budują hutę?
Mężczyzna popatrzył na chłopa jak na wroga. Z kpiną odrzekł:
- Paczcie! Paczcie! Hutę chce budować, a nawet nie ma sznurówek w butach!
Istotnie, chłop zawiązane swoje buty miał nie sznurówkami, ale nitkami wyciągniętymi z worka na ziemniaki. Przechodnie natrętnie przyglądali się intruzowi. Tylko jeden podszedł jak gdyby nigdy nic do chłopa, przyjacielsko poklepał po ramieniu i rzekł:
- Bracie, ty do siedziby zarządu? Czekajże, idę akurat w tamtą stronę, to cię podprowadzę.
Miejscowy był gadatliwy i dobrze ubrany. Wypytał się Borówkę o wszystko, zwłaszcza kiedy dowiedział się, że pochodzi z tej samej wsi, co jego pra pra pradziadek. Borówka poznał, że nieznajomy jest dobrym człowiekiem, dlatego przed rozstaniem wyjął z koszyka jedną butelkę wódki i wręczył przyjaznemu mężczyźnie.
Z pewną obawą wszedł na teren „Huty Bankowej” noszącej wtenczas nazwę „Huty im. F. Dzierżyńskiego”. Trochę dziwne mu to było, ponieważ zawsze słyszał, że inwestycja ma nosić nazwę „Huta Katowice”. A jeszcze dziwniejsze wydawało mu się to, że przed jednymi z drzwi widniał napis: „Zarząd Huty Centrum”.
- Ki pieron – pomyślał sobie Borówka. – Przecie to miała być Huta Katowice, a nie Centrum.
Zostawił jednak plecak oraz klatkę z skowronkiem na zewnątrz i nieśmiało wszedł do środka. Za biurkiem siedział tęgi jegomość z okularami na nosie i czytał gazetę.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł wstydliwie Borówka kłaniając się kapeluszem.
- To zakład pracy, a nie ambona – warknął pracodawca. – Słucham, o co chodzi?
- O to – chłop położył przed grubasem zabrudzony fragment gazety, mówiący o budowie potężnej Huty Katowice. – Gdzie to jest? Chciałbym się tam nająć do roboty.
- Ta, do roboty. Co umie, jakie doświadczenie zawodowe, jakie szkoły pokończył, ha?
Borówka podrapał się po głowie. Miał 22 lata, był silny, krzepki, roboty się nie bał, w końcu na wsi każdemu pomagał w pracach polowych. Ale mimo to nie miał ani szkół, ani budowlanego doświadczenia. Pracodawca zobaczył jego zakłopotanie.
- Ta, ta – stękał. – No, zobaczymy, zobaczymy do czego się bratku nadajesz. Ta, w sobotę ruszamy z pracą. Ze wsi?
- A jakże.
- Ta, ta. To pewnie łopatą umie machać. Przyjdzie jutro, to sporządzimy jakąś umowę. Ta… Ma gdzie spać?
Chłopina bezradnie zaprzeczył ruchem głowy i ramion. Grubas wziął do ręki pióro i zaczął coś notować na kartce. Po chwili wręczył kwitek chłopu.
- Ta, z tym pojedzie linią tramwajową do końca. Tam pójdzie do dużego, niebieskiego budynku, będzie go widać z zajezdni. Tam są mieszkania pracowników. Tam dadzą pokój.
Borówka przejął kartkę i uradowany spojrzał na zwierzchnika.
- A to prawda, że towarzysz Leonid Breżniew też będzie z nami pracował? – szepnął nieśmiało Borówka. Tłuścioch popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Co wy też mówicie? Co to za propaganda?
- Toć to tutaj pisze – chłop pokazał swoim palcem fragment z gazety mówiący, że Leonid Breżniew zostaje Pierwszym Pracownikiem w przedsiębiorstwie. Pracodawca roześmiał się serdecznie.
- Jaka ta ludność jest prosta i wierzy we wszystko – pomyślał patrząc na młodego chłopaka, trzymającego w rękach kosz. Wiedział co w nim jest – smakołyki przysyłane przez rodzinę w ramach wdzięczności za przyjęcie osobnika do pracy. Chwilę później kosz obfitości wylądował na jego biurku.
- To od mojej matusi. Za przyjęcie do pracy.
- A jakbym cię nie przyjął, to nie dałbyś mi go?
Borówka wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę drzwi. Gdy przekraczał próg usłyszał jeszcze:
- A jak cię zwią?
- Borówka.
Po chwili wsiadł do tramwaju, który miał go zawieść do „Ziemi Obiecanej”.
Widoki z tramwaju przewijały się Borówce szybciej, niż te z pociągu. Mimo to chłopina podziwiał misternie rzeźbione kamieniczki, kościoły Matki Boskiej Anielskiej i świętego Antoniego oraz gmachy budynków użyteczności publicznej. W kilkadziesiąt minut zobaczył ładną część miasta.
Naraz pojazd wjechał na kłębowisko torów, gdzie stały już inne tramwaje. Borówka wziął cały swój dobytek i wyszedł z wagonu. Jego oczom ukazał się olbrzymi plac budowy z maszynami, jakich jeszcze nie widział na oczy. Zgodnie z informacjami uzyskanymi od pracodawcy, poszedł w stronę hoteli robotniczych. Przy drzwiach jednego z nich stał dozorca ubrany w niebieski unifon, który kończył palić papierosa.
- Dzień dobry – odezwał się uprzejmie chłopina. – Podobno mam tutaj dostać jakieś lokum…
- Zaświadczenie z biura jest?
Borówka wyciągnął z kieszeni kartkę, którą otrzymał od pracodawcy. Dozorca wyjął z kieszeni pęk kluczy i podał jeden z nich nowemu pracownikowi.
- Szesnastka. Pierwsze piętro. Toalety i łazienki na korytarzu. Obiad od 13 do 16. Talony na stole – informował zdawkowo mężczyzna administrujący budynek. Borówka zabrał swoje tobołki i poszedł szukać swojego mieszkania. Trochę dziwiło go, że nikt nie zapisał sobie jego danych, ale widocznie tak ma być.
Pokój był malutki i skromny. Borówka postawił klatkę z skowronkiem na parapecie okna jednocześnie wyglądając przez nie. Nie widział jednak nic innego, niż ogromny plac budowy pokrywający najbliższą okolicę. Ani skrawka zieleni, ani kawałka gleby nadającej się pod uprawę. Ciężko westchnął i usiadł na krześle wchodzącym w skład wyposażenia mieszkania. Na stole leżała gazeta, wydrukowana chyba w zakładowej drukarni. Borówka wziął ją do ręki i zaczął czytać:
- „We wrześniu 1971 roku Prezydium Rządu oraz PZPR podjęło decyzję o zaczęciu prac przygotowawczych do budowy wiodącego, a zarazem największego surowcowego zakładu hutniczego Polski Ludowej. Będzie to część wielkiego planu, którego głównym celem będzie uporządkowanie ogólnopolskiego sektora hutnictwa stali. Miesiąc później, 22 października na stanowisko dyrektora zakładu powołany został Kazimierz Budzyński, zyskując tym samym pierwszy pracowniczy numer ewidencyjny. Natomiast honorowym Pierwszym Pracownikiem został Leonid Breżniew. Rozpoczęcie prac budowlanych „Huty Katowice” planowane jest na przełom kwietnia i maja 1972 roku…”.
- I co mi oni mówią, że Breżniew nie będzie z nami pracował – zirytował się Borówka rzucając kawałek papieru na ziemię. Sam wziął jeden talonik leżący na stole i poszedł na zakładową stołówkę.
Wiele razy, będąc jeszcze na wsi, słyszał, że na tą budowę przybędą ludzie z różnych stron Polski. Ale słysząc mieszankę językową podczas obiadu na stołówce, wyobrażał sobie, że jest na biblijnej wieży Babel. Słyszał i dialekt kaszubski, i góralski, i niemiecki. O śląskim, który przeważał wśród robotników wolał nie myśleć. Borówka zastanawiał się jedząc gęsty krupnik, jak oni
dogadają się podczas pracy. Chyba za pomocą znaków i gestów.
Przez pierwsze dni nie miał nic do roboty, toteż rozpakował się, urządził swój pokój, a wieczorami chodził na zwiedzanie miasta. Do soboty zwiedził ładną okolicę, wiedział gdzie są sklepy, przystanki, bary, kościół, skwer z zielenią i drzewami doskonale nadający się na miejsce do wypoczynku po ciężkiej pracy. Krajobraz za oknem też stopniowo się zmieniał. Z dnia na dzień pojawiały się dźwigi, ciężarówki, betoniarki i inne maszyny przydatne podczas budowy. Zwłaszcza na takiej, której powierzchnia liczy 2500 hektarów.
W sobotę z samego rana wszystkich mieszkańców hotelu robotniczego zbudziła ogłuszająca syrena. Przestraszony skowronek zatłukł się o pręty klatki. Borówka też skoczył w górę jak oparzony. Podbiegł do okna, przez które widział cały plac budowy. Powoli zbierali się na nim pracownicy, ubrani w niebieskie kombinezony i żółte kaski znajdujące się na wyposażeniu pokojowych szaf. Borówka szybko się omył i włożył służbowe ubranie. W biegu chwycił bochenek chleba i po chwili znajdował się wraz z innymi na placu.
Kwietniowe słońce oświetlało przyszły plac budowy. Stało na nim rzędami kilka tysięcy ludzi – przedstawicieli państwowych, dyrektorów budowy, robotników, a także zwykłych śmiertelników pragnących zobaczyć rozpoczęcie budowy największej inwestycji Polski Ludowej. Wszyscy
kotłowali się jak mrówki w mrowisku, ponieważ chcieli stać jak najbliżej ogromnego podium, gdzie zaplanowane były przemówienie najwyższych urzędników państwowych. Pierwszy wyszedł towarzysz Edward Gierek.
- Towarzysze – zaczął swoją przemowę – dzisiaj jest wielki dzień dla obywateli Polaków. Dzień 15 kwietnia 1972 roku na zawsze wpisze się do historii polskiego budownictwa. Zaczynamy budowę ogromnego przedsięwzięcia XX wieku - „Huty Katowice”…
Borówka nie słuchał I KC Polskiego Związku Partii Robotniczej. Bardziej obawiał się o ptaszka zamkniętego w klatce, który nie dostał dzisiaj jeszcze nic do jedzenia.
Ale chłop nie mógł iść do pokoju. Dostał łopatę i taczki, a jakiś niewysoki mężczyzna kazał mu kopać pod fundamenty. Zresztą jak grupie innych chłopów niemających żadnego wykształcenia. Krzepki chłopak zwinnie machał łopatą. Zresztą nic innego nie robił od 3 roku życia, więc kopanie w ziemi miał właściwie we krwi i mięśniach. Cały dzień spędził na powietrzu, a wiosenne słońce opalało mu twarz. Nie poszedł nawet na obiad, na który przysługiwała mu przerwa. Starał się bowiem pracować tak, jak gdyby był na roli w rodzinnej wsi. Tam też pracowało się bez przerwy nieraz od świtu do zmierzchu. Nie czuł głodu, ale satysfakcję z tego, że robi coś pożytecznego. Coś, z czego będą cieszyły się kolejne pokolenia.
Do pokoju wrócił wczesnym wieczorem. Od razu podszedł do swojego skrzydlatego przyjaciela i wsypał mu garść ziaren. Uradowany ptaszek niemal od razu wszystko wydziobał. Borówka natomiast zdjął swoją roboczą odzież i położył się do łóżka. Po chwili spał jak kłoda.
Dni mijały niemal tak samo. Rano pobudka, śniadanie dla siebie i skowronka i marsz do pracy. O 13 obiad, chwila przerwy i znowu poczciwy chłop chwytał za łopatę, kilof i taczkę, czasem pomógł również przenosić różne materiały na plac budowy. O 15 kończył pracę i mógł wracać na pokój. On jednak wolał iść do leżącego nieopodal lasu, by choć przez chwilę pobyć w samotni i ciszy. Na budowie panował jednak o wiele za duży, jak dla niego, hałas. Robił tak bez względu na pogodę. Do domu wracał gdy na dworze szarzało. Jesienną porą przynosił ze sobą grzyby zawinięte w koszulę. Następnie robił sobie kolację, szedł pod prysznic i kładł się spać. Raz w miesiącu, po wypłacie, szedł na pocztę, aby przesłać część pieniędzy rodzicom. W pracy go szanowali, ponieważ i punktualny był, i słowny, i jedzeniem się dzielił.
Chociaż jego życie zbytnio się nie zmieniało, to krajobraz za oknem bardzo. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc wielki gmach huty stali wznosił się do góry. Najpierw nieznacznie, potem już bardziej widocznie. Kilka razy dziennie pociągi dowoziły podciągniętą linią kolejową surowce i materiały niezbędne do budowy. Często Borówka zawodził swoją głowę do góry, aby w popołudniowym słońcu pooglądać żurawie poruszające swoimi ramionami to w jedną, to w drugą stronę. Patrzył na nie mając w pamięci skupiska bocianów na łące, poruszających w podobny sposób głowami z za dużymi dziobami.
Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany przez Borówkę czas Bożego Narodzenia. Pracownicy „Huty Katowice” mogli wtedy pojechać na kilka dni do swoich bliskich. Borówka wraz ze swoim skowronkiem również wsiadł do pociągu i pojechał do rodzinnego domu. Witali go w nim tak, jakby co najmniej wrócił z frontu. Szczególnie matka, dla której był prawdziwą podporą.
- No, jakże tam idzie ta wasza budowa? – wypytywała od progu.
- Jakoś idzie… Wolno, ale do przodu.
- A dużo was tam pracuje?
- Mamuś, jest nas tylu, ile drzew we wsi.
- Oj, to pewnie i z wypłatą kiepsko.
- Nie, nawet, że nie. Pieniądze są wypłacane o czasie.
- Marniuchno wyglądasz synku. Źle was tam karmią?
- Mama, jedzenie pyszne, ale oczywiście nie to, co w domu. Takiego barszczu jak ty gotujesz mamo to nie ma nigdzie indziej na świecie.
- A jak z mieszkaniem?
- Wygodne. Kaloryfery grzeją jak w najlepszym piecu. Mama, nie martw się. Z głodu nie umrę, z zimna nie zamarznę. Pensja całkiem przyzwoita. Jak wam prześlę jakąś sumę, to jeszcze wiela mi zostanie. Da się przeżyć. Robota raczej łatwa, jak zwykle macham łopatą i jeżdżę taczkami. Będzie dobrze. Musi być. No, mamo, uśmiechnij się wreszcie.
Czas świąt szybko zleciał. Chcąc, nie chcąc Borówka musiał wracać do Dąbrowy Górniczej. Droga wydała mu się dużo krótsza, niż ta, którą jechał za pierwszym razem. Siedział w przedziale ze świadomością, że zobaczy rodziców dopiero za rok. W pewnym momencie przytulił się do klatki i zasnął.
Przez następny rok nic znaczącego nie działo się w życiu Borówki. Dalej wykonywał proste prace niewymagające zbytnio myślenia. Za to po powrocie z przerwy bożonarodzeniowej pracodawcy, widząc że chłop jest silny, obrotny i szybko się uczy, wysłał go na szkolenie w zakresie murarstwa, a następnie spawania. Były to takie prezenty od firmy za to, że budowa Huty została odznaczona Orderem Sztandaru Pracy I klasy. Borówka bardzo cieszył się na tą propozycję, ponieważ od razu wykalkulował, że od tej pory będzie dostawał trochę lepszą pensję. Przecież taki murarz czy spawacz to jest ktoś.
Kursy Borówka ukończył wręcz wzorowo. Na nowym stanowisku rozpoczął pracę po kolejnych świętach Bożego Narodzenia, w 1975 roku, po prawie trzyletnim stażu tragarza. W pracy wyróżniał się punktualnością, precyzją oraz dokładnością. Wśród pracowników krążyła nawet anegdota, że „Jeżeli ktoś włamie się na teren budowy, to będzie na pewno Borówka, który przed snem sprawdzi czy ściana na pewno się nie przewali”. Był to oczywiście żart, ponieważ chłop, tak jak współpracownicy, o określonej godzinie schodził z placu budowy i nie pojawiał się na nim aż do następnego dnia.
W tym samym roku ruszył pierwszy wydział zakładu, mechaniczno-konstrukcyjny. Społeczeństwo cieszyło się, ponieważ oznaczało to nowe miejsca pracy dla wielu mieszkańców Zagłębia i nie tylko. Przedsiębiorstwo zatrudniło nową bazę pracowników. Wśród nich była pewna kobieta, która podczas obiadu siadała obok zamyślonego Borówki. Zazwyczaj nic do siebie nie mówili, nawet nie zwracali na siebie uwagi. Ot, pracownik obok jak każdy inny. A że innej płci? Przecież w dzisiejszych czasach każdemu wolno pracować.
Minął kolejny rok. Pracownicy Huty Katowice cieszyli się, że praca tak szybko posuwa się na przód, ale nie tylko. W zakładzie było wyjątkowo mało wypadków. Borówka odczuł to na własnej skórze – tylko raz nieznacznie skaleczył się w rękę. W dodatku skaleczenie okazało się na tyle niewielkie, że obyło się bez szpitala. Chłop dostał tydzień zwolnienia, a po 7 dniach wrócił do pracy jak nowo narodzony.
W maju 1976 roku zakład czekało ważne wydarzenie – utworzono Kombinat Metalurgiczny Huty Katowice oraz włączenie w jego skład rodzimej Huty im. F. Dzierżyńskiego, w której niegdyś był zarząd tej pierwszej, oraz Zakładów Koksowniczych im. Powstańców Śląskich w Zdzieszowicach. Tak się akurat złożyło, że Borówka wizytował obydwa zakłady jako specjalista od spraw spawawczych. Sprawdził sprzęt posiadany przez zakłady, przetestował pracowników. Nic nie stawało na przeszkodzie, aby połączyć się w jedność. Impreza z tego powodu była mocno zakrapiana. Chłop miał jednak mocną głowę, i mimo sporej ilości alkoholu oraz późnej godziny położenia się do łóżka, nazajutrz wstał bez bólu głowy. Za to pozostali biesiadnicy wzięli sobie dwa dni chorobowego z powodu nieustannej migreny.
Nadeszło kolejne lato. Borówka, zdając sobie sprawę, że rodzice nie są już pierwszej młodości, postanowił wziąć dwa tygodnie urlopu i pomóc im w sianokosach. Pracodawca nie miał nic przeciwko temu, tym bardziej, że akurat ten pracownik całą robotę wykonywał idealnie. Co więcej, dał Borówce dodatkowe pieniądze, aby coś kupił rodzicom. Uradowany chłop na drugi dzień wsiadł do pociągu i pojechał w rodzinne strony.
Przez dwa tygodnie był w swoim żywiole – kosił, układał snopki, zawoził zboże do młyna, przywoził mąkę, rąbał drwa, nosił wodę ze studni. Nawet spotkał się z kolegami w karczmie na piwie, aby opowiedzieć im o życiu w wielkim mieście. Podjadł też sobie trochę swojskiego jadła. Matka, dowiedziawszy się z telegramu, że syn przyjeżdża do domu, zabiła świniaka, z którego wyrobili przepyszne kiełbasy. Mleka krowiego też nie żałowała swojemu synowi, który na co dzień był z dala od domu. Ostatniego dnia, kiedy siedział sobie na progu chałupki, w której się wychował i popijał ciepłe jeszcze mleko z blaszanego garnuszka, podeszła do niego matka.
- Synku – jęknęła. – A ty masz tam jakąś kobietę na oku?
- Może i mam – odrzekł Borówka rumieniąc się mocno..
- Oj, nawet nie wiesz jak się moje serce raduje. A powiedzże mi, jak ją zowią?
- Nie wiem.
- Nie wiesz? To może warto się dowiedzieć? Wiesz, my z ojcem już nie pierwszej młodości. A chcielibyśmy jeszcze wnuki pobawić.
Borówka uśmiechnął się łagodnie i przytulił głowę do matczynej piersi. Czuł bicie jej serca oraz dłonie, którymi głaskała jego kędzierzawe włosy.
Na Śląsk wrócił wraz z początkiem września. Sam, ponieważ w czasie tego dwutygodniowego pobytu u rodziców skowronek odszedł z tego świata. Było mu smutno, nikt już nie umilał mu wieczorów swoim świergotem i trelami. Z tego powodu w przerwach od pracy chodził smutny i rozkojarzony. Doszło do tego, że podczas obiadu z powodu rozkojarzenia spadła mu łyżka na podłogę. On jednak tego jakby nie zauważył. Ocknął się dopiero, kiedy siedząca obok niego kobieta podniosła ją i podała mu.
- Proszę, upadła panu.
Borówka przełknął ślinę. Tyle razy chciał do niej zagadać, ale nie wiedział jak. A tu po prostu wystarczyło upuścić łyżkę i poczekać, aż ona ją podniesie.
- Dziękuję. I przepraszam za fatygę.
- Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Chodzi pan na mszę do Antoniego na 11, prawda? – dodała szeptem, bo wśród pracowników zakładów państwowych było to szykanowane – Często pana tam widzę.
- Yhm – mruknął Borówka, gryząc kolejnego pieroga z serem. Uważnie się jej przyjrzał. Ładna była. Miała piękne, długie, kruczoczarne włosy, duże ciemne oczy, owalną szczupłą twarz i ciepłą barwę głosu. Spojrzał też na jej palce, nie miała obrączki.
- Co robi pani dzisiaj wieczorem? – zapytał prosto z mostu, chociaż bał się odpowiedzi.
- Wie pan co? Chyba mam wolne.
- To zapraszam panią na spacer. Przepraszam, a jak właściwie ma pani na imię?
- Barbara.
- A ja Szczepan. Szczepan Borówka. To co, o 18 przy poczcie? Znam całkiem przyjazną kawiarenkę w centrum miasta. Dają tam wyśmienitą kawę i ciastka. Zaręczam.
- Dobrze. O 18 pod pocztą.
Właściwie całą jesień spędzali ze sobą. Basia okazała się wyśmienitą kucharką, praczką, a nawet stylistką. Kiedy w ostatnim dniu września uruchomiono rozruch walcowni półwyrobów, pomogła Borówce kupić garnitur. W ramach wdzięczności Szczepan zaprosił ją na bal pracowników wydany z tej okazji. Jednocześnie okazało się, że Barbara jest również wspaniałą tancerką, a także damą do towarzystwa potrafiącą odnaleźć się w każdym towarzystwie i sytuacji. Kiedy Borówka tańczył z nią ostatni taniec postanowił: albo ta, albo żadna. Nie umiał jej jednak tego powiedzieć, więc ich znajomość ograniczała się tylko do chodzenia na spacery lub na wspólne obiady gotowane przez Basię. Nic więcej.
Grudzień 1976 był bardzo ważnym miesiącem w historii Huty – rozpoczęły pracę maszyny do wyrobu surówki i wytopy stali. 2 grudnia Borówka musiał wstać bardzo wcześnie, ponieważ miał nadzorować rozpalenie wielkiego pieca nr 1. Pod koniec listopada został wysłany na specjalistyczny kurs umożliwiający podjęcie się tego zadania. Trochę mu było to nie na rękę, ponieważ oznaczało to trzy dni bez Basi. Ale jednocześnie chciał pokazać, że niewykształcony chłop też wiele może. I pokazał stojąc na honorowym miejscu na hali, gdzie rozpalano olbrzymi piec. Gorąco mu było, a on nie wiedział, czy to od żaru pieca, czy od emocji. Nie spał tej nocy, musiał być na hali, ponieważ 21 godzin później, 3 grudnia, spuszczono pierwsze 30 ton surówki. Biedny Borówka nie mógł sobie tego wyobrazić, wiedział jedynie, że to bardzo dużo. Największe emocje opadły. Chłop poszedł więc do pokoju, położył się do łóżka w garniturze i zasnął.
Kolejny przypływ emocji chłopina przeżył sześć dni później, kiedy nastąpił rozruch stalowni, a także rozpoczęto rozgrzewać konwertor tlenowy. Był on potrzebny do wytopu stali, z której można było potem wytopić np. szyny. Chodziły nawet słuchy, że planowane jest podprowadzenie szyn tramwajowych pod samą bramę zakładu. Tej nocy Borówka także nie spał. Musiał nadzorować pracę potężnych maszyn, którym wytopienie stali zajęło 12 godzin. Borówka pamiętał, jak kiedyś, jeszcze w domu rodzinnym, tyle czasu poświęcał na spanie. A teraz? Teraz potrafi całą dobę nie zmrużyć oka. Ale niebawem będzie mógł to wszystko sobie odrobić, na święta planował bowiem pojechać do domu. Chciał nawet zabrać ze sobą Basię, ale ukochana stwierdziła, że chyba nie jest na to jeszcze gotowa.
Całe siedem dni urlopu tęsknił. Ale jakby się go ktoś zapytał za czym tęskni to raczej nie umiałby odpowiedzieć na to pytanie. Tęsknił za pracą, za dymem, a przede wszystkim za Basią. Dlatego ucieszył się niezmiennie, kiedy zobaczył wybrankę swojego serca na peronie. Bez namysłu padli sobie w ramionach i witali się tak, jakby nie widzieli się przynajmniej rok.
Na terenie zakładu zastał maszyny układające torowisko, po którym tramwaje miałyby podjeżdżać pod samą bramę zakładu. Borówka zacierał ręce z radości. Jego tok rozumowania był bardzo prosty – są szyny, maszyny produkują stal, nic się nie zepsuło, jest robota, na koniec miesiąca będzie wypłata. Gdyby któreś ogniwo tego łańcucha zostało przerwane, pociągnęło by za sobą inne. Dlatego Borówka bardzo gorliwie doglądał produkcji surówki w piecach i wytopu stali w konwertorach. Wiedział, że to albo jego chleb, albo głód.
Coraz bardziej zaprzyjaźniał się też z Basią. Chodzili wszędzie razem, wszystko razem robili, zaczęli nawet starać się o zamianę swoich dwóch malutkich pokoików na jeden większy. Wszystko przerwało otwarcie kolejnego fragmentu linii tramwajowej prowadzącej z miasta pod bramy zakładu. Była akurat zima, padało, a wszyscy pracownicy zgromadzili się na tej podniosłej uroczystości. Młodzi nie poddawali się jednak w dążeniu do upragnionego celu.
- Nic się nie martw Basieńko – westchnął Borówka. – Jak będzie trzeba, zbuduję nam dom tymi, o, rękami. Budowałem przecież naszą „Hutę Katowice”, co więc dla mnie postawić nam chatkę?
- Taką jak miała Baba Jaga? – zaśmiała się Barbara.
- Choćby i taką.
Okazało się to jednak zbyteczne, ponieważ już w maju dostali upragnione gniazdko. Czuli się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.
W tym roku Borówka nie mógł iść na urlop. Pracy było dużo, musiał pilnować swoich podwykonawców, a i w nowym domu chciał trochę remontu zrobić. Dodatkowo przygotowywano uruchomienie walcowni średniej, co oznaczało rozpoczęcie właściwej produkcji stali. W tej sytuacji musiał być dyspozycyjny, a gdzie oni go będą szukać po kielecczyźnie jak coś nie wyjdzie? Żal mu było rodziców, obiecał im przecież zimą, że przyjedzie, ale co on mógł począć? Nic!
Drugi piec uruchomiono 26 września. Wszyscy mieli nadzieję, że stanie się tak jak z pierwszym, czyli nie będzie większych problemów z produkcją. Niestety, już w kilka dni później okazało się, że brakuje surowców na składzie. Biedny Borówka tak się tym wszystkim przejął, że zaniemógł na kilka dni. Schudł, zmizerniał, stracił ochotę na życie. Na szczęście w tych chwilach wspierała go Basia, bez przerwy zapewniając chłopa o swojej miłości do niego.
Po kilku dniach Borówka powrócił do pracy. Tym razem włączył się w „proste” prace przy montażu drugiego już pieca. Wreszcie był w swoim żywiole, ponieważ operowanie spawarką było czynnością, którą wręcz kochał. Mógłby to robić cały dzień. Jednocześnie martwił się tym, że znowu nie zobaczy rodziców, ponieważ na święta planowane jest uruchomienie piece. Wiadomo, nie wypada nie być.
To były najsmutniejsze święta w życiu Borówki. Chociaż spędził je z Basią, czuł, że brakuje mu rodziców. Tęsknił za nimi, a obecność podczas uruchamiania pieca i pierwszego spustu surówki uważał za zbędny szczegół.
Długo nie wyczytał. Na początku lutego poprosił o tygodniowy urlop. Ale bardziej od zobaczenia rodziców zależało mu na zasięgnięciu porady u matki, co do swoich kłopotów sercowych.
- No bo mamo, to jest tak – zaczął pewnego wieczoru. – Jest taka Basia, święta kobieta, dobra, miła, uczynna. Chciałbym się z nią pobrać, ale przecież nie mogę was tutaj zostawić.
- Kochasz ją? – zapytała staruszka.
- Jak pierwszy raz ją ujrzałem poczułem, że to ona. Że czekałem tylko na nią.
- Synku. Zapamiętaj to co ci powiem raz na zawsze. To serce, nie rozum, zawsze podpowiada co masz robić. Jeżeli się go posłuchasz, to każda twoja decyzja będzie dobra. To, że poznałeś wybrankę swojego serca w pracy nie może być przypadkiem. A o nas się nie martw. Poradzimy sobie. Tylko obiecaj mi, że jeszcze zobaczę wnuki.
Oboje roześmiali się serdecznie. Ale Borówka usłyszawszy słowa matki postanowił, że musi dokończyć dwie najważniejsze budowle swojego życia: Hutę Katowice oraz miłość, która zrodziła się właśnie na jej terenie."