Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 31 października 2017

605. Cóż żeś ludności zrobił Marcinie Lutrze?

W średniowieczu powszechnie stosowaną praktyką była sprzedaż odpustów za pieniądze co bogatszym członkom społeczeństwa. Proceder ten został zaakceptowany w 1516 roku przez ówczesnego papieża, Leona X. Pochodzący z nich dochód przeznaczany był w dużej mierze na budowę kościoła św. Piotra w Rzymie, a także na spłatę długu zaciągniętego na zakup paliuszy dla kolejnych arcybiskupów. Handel odpustami opierał się głównie na założeniu, że Jezus Chrystus oraz święci w czasie swojego ziemskiego życia zrobili więcej dobrego, niżby było im potrzebne do zbawienia. Nadmiar dobrych uczynków mógł więc służyć innym do otrzymania życia wiecznego, natomiast papież miał możliwość udzielania łaski z tego skarbca. Z powodu otrzymania odpustu za pieniądze, odpuszczenie kar za grzechy dalekie było od uczucia prawdziwej pokuty i żalu.
W sprzedaży odpustów szczególnie wyróżniał się dominikanin Johann Tetzel, który obficie handlował listami odpustowymi. To właśnie przeciwko takim praktykom, a nie samym odpustom, sprzeciwił się augustianin, Marcin Luter. Napisał 95 tez, które wzywały do ich zaprzestania. Do dzisiaj sprawą sporną pozostaje to, czy Luter rzeczywiście przybił je 31 października 1517 roku do drzwi jednego z kościołów w Wittenberdze, jak uczą na lekcjach historii, czy też przedstawił je w liście jako temat akademickiej dyskusji teologicznej. Faktem jest, że ta data oficjalnie uważana jest za powstanie nowego odłamu chrześcijaństwa - luteranizmu.
Religia ta opiera się na czterech podstawowych filarach: tylko Pismo, tylko Chrystus, tylko wiara oraz tylko łaska. Najważniejszą z nich jest zasada "tylko Chrystus", która oznacza, że tylko Jezus Chrystus, Syn Boga Ojca, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, dzięki działaniu Ducha Świętego został zrodzony z Maryi Panny i jest jedynym pośrednikiem między człowiekiem a Bogiem, jedynym Zbawicielem i ratunkiem dla grzesznika, który zbawienie przyjmuje z darowanej łaski, bez własnej zasługi przez wiarę w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Pana. Wiara się ze słuchania Słowa Bożego zawartego w Prawie i Ewangelii. Nauka o usprawiedliwieniu w Kościele luterańskim podkreśla, że nie zbawiają uczynki, a jedynie wiara w dzieło Chrystusa, które dokonało się na krzyżu na Golgocie. Usprawiedliwiony w ten sposób człowiek aż do swojej śmierci pozostaje grzesznikiem z powodu zepsucia swojej natury. Jednak ze względu na otrzymaną w darze sprawiedliwość Chrystusa jest za razem sprawiedliwy(jest za razem sprawiedliwym i grzesznikiem). Dobre uczynki pokazują, czy wiara danego wiernego jest prawdziwa, bowiem człowiek czyni dobrze nie po to, aby być zbawionym, ale na wzór Jezusa Chrystusa. Luteranie odrzucają dogmaty ustanowione przez sobory i papieży z wyjątkiem czterech pierwszych soborów powszechnych(tylko Pismo Święte jest dla nich źródłem objawienia), jak również papieża jako Głowy Kościoła(funkcję tą przejmuje Jezus Chrystus). Dla zbawienia duszy najważniejszy jest wewnętrzny akt wiary, która jest ufnością wobec Boga i posłuszeństwem jego woli, zaś wiara w zbawienie wynika z łaski uświęcającej danej człowiekowi za darmo przez Boga w Jezusie Chrystusie. W religii uznawane są tylko trzy podstawowe starokościelne symbole Kościoła chrześcijańskiego, takie jak wyznanie apostolskie nicejsko-konstantynopolitańskie oraz atanazjańskie. Do ksiąg symbolicznych zalicza się niezmienione Augsburskie wyznanie wiary, Obrona tego Wyznania, Artykuły Szmalkaldzkie, dwa Katechizmy księdza doktora Marcina Lutra oraz Formuła zgody. Ich pobożność opiera się przede wszystkim na posłuszeństwie wobec Słowa Bożego, szczerej modlitwie, przykładnym życiu rodzinnym oraz sumiennym wykonywaniu powierzonych im obowiązków. Według luteranizmu sakramenty są "znakami i świadectwami woli Bożej". Z siedmiu uznawane są tylko Chrzest oraz Komunia Święta udzielana pod dwoma postaciami. Obecność Syna Bożego w Eucharystii nazywana jest konsubstancjacją, czyli współistnieniem(w sakramencie obecne jest jednocześnie ciało Chrystusa i chleb eucharystyczny, jak także krew Chrystusa i wino eucharystyczna). Praktykowana jest spowiedź ogólna, jednak uznają też tą indywidualną. Duchownych(biskupa, księży i diakonów, nie obowiązuje celibat. Osoby te organizują obrzędy i przewodniczą im. Uznawane jest kapłaństwo powszechne ochrzczonych. Matka Boża otaczana jest szacunkiem, odchodzi się jednak od oddawania jej czci. Odrzucany jest także kult świętych, można ich wspominać i naśladować, natomiast wolno im modlić się tylko do Trójjedynego Boga.
Ponieważ był to okres intensywnego popularyzowania się druku, tezy w ciągu zaledwie dwóch tygodni znane były w całym kraju, po miesiącu - w Europie, zaś po roku dotarły do samej Jerozolimy. Wkrótce podział kościoła wywołał wiele opłakanych skutków. Powstałe w wyniku wytworzenia się nowej religii różnice teologiczne bywały instrumentalnie wykorzystywane przez politykę. To zaś prowadziło do wojen religijnych pustoszących Europę, przynosząc kolejne podziały, nietolerancję, deportację, aż w końcu śmierć. Chrześcijaństwo zostało podzielone na katolików i protestantów, a bolesne skutki tego podziału odczuwalne były np. w rodzinach mieszanych.
Dzisiaj na świecie żyje ok. 74 wyznawców luteranizmu, z czego 71 tysięcy w Polsce. Należą oni do Kościoła Ewangelicko - Augsburskiego w Rzeczpospolitej Polskiej. Największe skupisko protestantów w naszym kraju znajdziemy na Śląsku Cieszyńskim. Poza tym Polska podzielona jest na sześć diecezji protestanckich: warszawską cieszyńską, katowicką, wrocławską, pomorsko-wielkopolską oraz mazurską. Polski Kościół Ewangelicko - Augsburski ordynuje kobiety na diakonów, ale nie na księży.

poniedziałek, 30 października 2017

604. Wielka afera z powodu sikorki

Obudziło mnie dzisiaj kocie
 - Khi! Khi! Khi!
Niechętnie otworzyłam oczy. Puśka siedziała na szafie i z góry obserwowała coś za oknem. Często tak robi, więc nie wzruszyło mnie to zupełnie. Zamknęłam na chwilę oczy w nadziei, że przez kilka minut jeszcze sobie pokimam. I wtedy do moich uszów dobiegło złowieszcze:
 - Sssssssssssssss!
O nie, Puśka nie syczy bez znaczącego powodu. Nie zważając na ziąb panujący w mieszkaniu i chcąc nie chcąc wyskoczyłam z łóżka zobaczyć, co tak rozzłościło moją kotkę. Patrzę przez okno, a tam na suszarce sikorka jak malowana. Dawno nie miałam tak sympatycznego gościa w moich skromnych progach. Aż żałuję, że nie zdążyłam jej uchwycić na fotografii, bo ptaszek ledwo zobaczył mnie w oknie, a przekrzywił główeczkę, zatrzepotał skrzydełkami i odleciał. A kotka jak to kotka, jeszcze przez chwilę siedziała na szafie zastanawiając się, co ma robić. W końcu zeszła z wyżyn i z gracją pomaszerowała do kuchni, domagając się swoich frykasów, czyli papu z puszki. 
W sumie bardzo ciekawy początek tego dziwnego dnia - około 16.00 zaczął się sypać z nieba śnieg. Mam nadzieję, że to tylko tak straszy i Wszystkich Świętych będzie w miarę znośne. Oby...

niedziela, 29 października 2017

603. Czasami lepiej być honorowym dziadem

W piątek jako Oratorium obstawiamy oprawę muzyczną młodzieżowej Mszy Świętej. Kurczątka, będzie jak za starych, dobrych czasów. No prawie, bo jednak skład z wyjątkiem mnie się zmienił. No i tu jest pies pogrzebany - jako stara ekipa Oratorium potrafiliśmy sobie poradzić sami w takiej sytuacji - kto umiał, ten grał na instrumentach, w ostateczności przeczesywaliśmy internet w poszukiwaniu podkładu. Chociaż wiedzieliśmy, że schola ma większość potrzebnych nam podkładów, to nigdy, przenigdy nie poprosiliśmy ich o żaden z nich - mieliśmy swój honor, którego broniliśmy jak lwy. A jaka była satysfakcja, kiedy udało nam się coś ciekawego znaleźć. Wiedzieliśmy, że nikt nam nie zarzuci niezaradności(chociaż mojej własnej mamy bym o to nie podejrzewała, ale innych ze scholi już tak). Tak samo było, kiedy przygotowywałam jasełka w mojej byłej szkole - chociaż wiedziałam, że schola ma podkłady do rewelacyjnych pastorałek, wolałam przeczesać całą sieć internetową w celu ich znalezienia. I wiecie, że mi się to udało? Mojego szczęścia nie było końca. Jedyne o co poprosiłam scholę to o podkłady naszych kolęd na oratoryjny quiz "Jaka to kolęda" - coby było dzieciakom łatwiej zgadnąć. Ale ile mnie to kosztowało przezwyciężenia mojego oporu... No nie lubię prosić się i tyle...
Jak już pisałam w poprzednim poście - w piątek mieliśmy próbę śpiewu. Chociaż bardziej pasuje tutaj to, że próbowaliśmy ją mieć, bo jakoś nam nie szła. W każdym razie mieliśmy dobre intencje. A że W. znowu odbijało i bardziej rozwalała wszystko - to się pominie. Razem z K. zaczęłyśmy się zastanawiać nad repertuarem. Jakieś tam miałam i jej podrzuciłam, ale... I wtedy odezwała się P. P. śpiewała kiedyś w scholi. Ale już nie śpiewa. Bo nie odpowiada jej sposób prowadzenia. Ok, niech jej będzie, jednak czasami zastanawiam się, jak to jest, że ludzie odchodzą po kilku miesiącach śpiewania, bo kilka razy nie miały nic do przeczytania czy też nie dostały na Mszy mikrofonu. Paradoksalnie śpiewam w scholi od dekady, przed pierwszym śpiewaniem na Mszy chodziłam kilka miesięcy na próby(a teraz każdy jest od razu przyjmowany ze wszystkimi przywilejami), na pierwszy występ czekałam rok, na pierwsze wystąpienie podczas akademii przygotowanej przez scholę- dwa lata, na pierwszą Modlitwę Wiernych - 5 lat, na pierwsze przeczytanie komentarza wstępnego - 10. Uwierzcie mi, że chyba nikt inny nie musiał tyle czekać. Ale może gdyby tak było, to nabrałby większej pokory do swojej funkcji... W każdym razie ta dziewczyna wyszła z propozycją poproszenia scholi o podkłady. Myśl może i dobra, ale ja dość sceptycznie do niej podchodzę. Rozumiem, że wiele razy prosiła panią B. o podkład do tej i tej pieśni, no ale... Może czas stać się samodzielnym? Tym bardziej, że obczaiłam, gdzie można załatwić płytę z podkładami z dawnego repertuaru scholi (ciekawe czy jeszcze go pamiętają), trochę mam na płytach(wszak sama je zgrywałam i zanosiłam scholi, żeby było). 
Kurcze, życie mnie nauczyło, że czasem trzeba samemu sobie z pewnymi rzeczami poradzić, niż liczyć na czyjąś pomoc. Wiem, że od pani B. dostalibyśmy te podkłady, ale może warto samemu je poszukać. A może nawet znajdzie się jakąś ciekawszą wersję. Moja mama często mi powtarzała, że w życiu lepiej być honorowym dziadem, niż człowiekiem idącym na łatwiznę. I chyba po trochu miała rację. A mnie udało się znaleźć potrzebny podkład na internecie, więc przy odrobinie dobrych chęci do wszystkiego można samemu dojść...

P.S. Żeby nie było - nie jestem perfekcjonistką i osobiście uważam, że daleko mi do takiej osoby. Ale jeśli jest szansa samodzielnego znalezienia czegoś, to szkoda iść na łatwiznę, prawda?

sobota, 28 października 2017

602. Piątka Poznańska - wersja dla dzieci

Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz, do tego przeraźliwie zimny wiatr - tak od dwóch dni wygląda moja miejska rzeczywistość. Myślałam, że po wczorajszym całodniowym oberwaniu chmury dzisiaj będzie w miarę dobrze. Nie liczyłam na słoneczną pogodę, ale mogłoby chociaż nie padać. Dlatego rano przeżyłam lekką deprechę, kiedy znowu zobaczyłam krople deszczu rozbijające się o parapet. A przecież mieliśmy iść z dzieciakami na spacer do pobliskiego parku! Przy takiej pogodzie nici z naszych planów. Wystarczy, że ksiądz znowu "umiera". Ale nie ma co się dziwić, że znowu chodzi zakichany, skoro w pokoju ma niewiele cieplej niż na zewnątrz, a dogrzewanie pomieszczenia elektryczną farelką niewiele daje. Z drugiej strony chcąc ogrzać górne pomieszczenia musieli by ogrzać cały, wcale niemały budynek, a to im się nie kalkuluje. Zwłaszcza, kiedy dochodzą do tego koszty utrzymania kościoła. 
Do Oratorium przybiegłam trochę przed czasem. Ksiądz Boski akurat kombinował jak podłączyć komputer do miksera muzycznego. W tle leciały przeboje z repertuaru "Arki Noego". Oj przypomniały się stare, dobre czasy, przypomniały. Pomimo tego, że kapłan wyglądał jakby go z krzyża zdjęli(potem mi powiedział, że tak go w nocy głowa w potylicy bolała, że nie mógł spać, a nie miał nic na jej ból, zaś nie chciał budzić pozostałych księży) trochę pogadaliśmy na temat gór występujących w Starym i Nowym Testamencie. Tak to już jest, kiedy jeden górołaz zejdzie się z drugim górołazem. Podobno jako animatorzy mamy mieć nawet jakiś wypad w górskie tereny. Ktoś coś mówił o Tatrach, ale mi się marzą Bieszczady. Byłam w nich tylko raz i wciąż marze, aby tam wrócić. Może kiedyś...
Dzieci powoli zaczęły się schodzić. Wczoraj na próbie muzycznej(w piątek jako Oratorium obstawiamy pierwszopiątkową Mszę świętą w kwestii śpiewu) rozentuzjowany Boski zapewniał nas, że tak dużo dzieci pytało go w szkole o Oratorium, że nie ma bata, aby nie było na nim tłumów. Jednak dzisiaj humor trochę mu zrzedł - dochodziła 10, a dzieci jak na lekarstwo. W sumie przyszło ich 11, a na końcu zajęć było 12. 
W tym roku postawiliśmy na hasła przewodnie każdych zajęć. A ponieważ jeszcze nie przerabialiśmy tematu o Poznańskiej Piątce(wstyd jak z Dąbrowy do Poznania, a nawet do Drezna) to postanowiliśmy to nadrobić. Zajęcia rozpoczęliśmy tradycyjnie od modlitwy i śpiewów. Co niektórzy ujawnili nawet swoje talenty w dziedzinie grania na gitarze(a tak się zarzekali, że nie potrafią uderzać w struny), ja zaś miałam skromne zadanie przerzucania slajdów z tekstem piosenek z laptopa. Dzieci pięknie się angażowały zarówno w śpiew, jak i w pokazywanie. To lubię. Następnie K. przybliżyła im życiorysy poszczególnych błogosławionych Oratorian.
Dzieciaki musiały uważnie słuchać, ponieważ po wykładzie było to, co tygryski lubią najbardziej, czyli quiz z wiedzy o Błogosławionej Piątce Poznańskiej. Była moc!
Po przedwcześnie skończonym quizie ksiądz przeprowadził integracyjną zabawę, która przyprawiała wszystkich o salwy śmiechu. Polegała ona na tym, że ksiądz najpierw pokazywał każdemu uczestnikowi kartę do gry, uczestnik musiał zapamiętać jej kolor. Następnie ksiądz wyciągał kolejne karty ze stosu i mówił kolory. Ci, na których wylosowanych kartach był wylosowany kolor, mógł się przesiąść na krzesło obok. Jeśli to krzesło było zajęte, to siadał tej osobie na kolanach, blokując ją tym samym(tzn. nie mogła zmienić miejsca, kiedy wypadł jej kolor dopóty, dopóki siedząca na nich osoba bądź osoby nie zmieniły miejsca). Gra toczy się do czasu, aż pierwsza osoba powróci na miejsce, na którym pierwotnie siedziała. Wyobraźcie sobie ten jęk zawodu dzieci, które nie mogły zmienić swoich miejsc, bo ktoś na nich siedział. Coś pięknego. Potem potańczyliśmy i rysowaliśmy nasze marzenia związane z Oratorium z motywem Piątki Poznańskiej. Tutaj motywowałam mojego pupilka H. do pracy, bo coś mi się obijał marudząc, że nie wie co narysować. Stawiałam mu za wzór do naśladowania księdza, który też coś tworzył na swojej kartce. Po 12:30 zeszliśmy na stołówkę na posiłek. Dzisiaj - bułki z dżemem, które dzieci szamały aż miło. W ostatnim punkcie programu mieliśmy zejść do piwnicy na gry i zabawy, ale ktoś(chociaż wszyscy wiedzą kto) zwędził z salki farelkę. Boski Oski nie chciał ryzykować zdrowia dzieciaków(a podejrzewam, że i swojego), więc zmienił plany i wróciliśmy do salki konferencyjnej, aby obejrzeć fragment filmu "Dzieciak rządzi".
W sumie dawno się tak nie uśmiałam(aż ksiądz się oglądał). Ostatni raz chyba przy "Zwierzogrodzie", na którego podstawie oparliśmy zeszłoroczne półkolonie letnie. A z drugiej strony pokazywała problem pojawienia się młodszego rodzeństwa, któremu rodzice siłą rzeczy poświęcają więcej czasu. Doszło do tego, że po powrocie z różańca włączyłam sobie dalszą część na komputerze. W dalszym ciągu zaśmiewałam się do łez, a zakończenia zupełnie się nie spodziewałam. Tak, dzieciak rządził i wyrządził.
A dzisiaj śpimy o godzinę dłużej. Mam nadzieję, że nikogo nie dopadnie bezsenność, bo wiecie, to w końcu 60 cennych minut. Śpijcie więc dobrze.

piątek, 27 października 2017

601. Z zapartym tchem

Tak właśnie przeczytałam liczącą niewiele ponad 110 stron książkę autorstwa salezjanina Leona Musielaka - "Bohaterska Piątka". Jak już niejednokrotnie pisałam na blogu, ten rok w społeczności salezjańskiej poświęcony jest Edwardowi Kaźmierskiemu, Edwardowi Klinikowi, Franciszkowi Kęsemu, Czesławowi Jóźwiakowi oraz Jarogniewowi Wojciechowskiemu - piątce wychowankom poznańskiego Oratorium, którzy zostali skazani w czasie II wojny światowej na śmierć za rzekomą działalność polityczną. Egzekucja została wykonana w drezdeńskim więzieniu, a obecny podczas niej ksiądz do końca swoich dni świadczył o świętości chłopców, których przyszło mu wyspowiadać chwilę przed ich śmiercią. Po latach cała piątka została razem beatyfikowana w gronie 108 męczenników II wojny światowej przez papieża Jana Pawła II.
Chociaż historię chłopaków z ulicy Wronieckiej znam dosyć dobrze, wszak cały rok był im poświęcony, nic nie stało na przeszkodzie, abym mogła sobie kupić jakąś książkę z nimi związaną. Już w Poznaniu miałam upatrzoną "Bohaterską Piątkę", jakoś jednak nie miałam okazji, aby ją kupić, tak samo we Wrocławiu. Pora ta nastała dopiero wczoraj na 21. Międzynarodowych Targach w Krakowie. Książka wylądowała na stoliku przy łóżku, a dzisiaj z niecierpliwością zaczęłam ją czytać. I przeczytałam ją całą. Zresztą trudno się temu dziwić, zważając na fakt, że została napisana przez jednego z księży pracujących z tymi chłopcami, który bardzo dobrze ich znał. Bo ksiądz Leon Musielak pracował z młodzieżą poznańskiego Oratorium w okresie międzywojennym. W książce Poznań z tamtych lat ożywa, samo zaś Oratorium tętni życiem. Wśród prawie 180 chłopców przychodzi do niego tych pięciu, których historia po latach da przydomek "Błogosławionej Piątki Poznańskiej". Na oczach czytelnika wybucha wojna. Chłopcy zaś zostają aresztowani przez gestapo i więzieni, najpierw w poznańskim Forcie VII, a następnie w niemieckich więzieniach, gdzie zostali zgilotynowani. Wcześniej jednak napisali wzruszające listy do rodziny, których treść została zamieszczona w książce. Na kartkach wznowionego wydania książki znajdziemy też modlitwy do Błogosławionej Piątki Poznańskiej oraz biografię nieżyjącego już autora. Całość dopełniają fotografie Oratorian.
Jestem zadowolona z tego zakupu, ponieważ dzięki niemu jeszcze bardziej poszerzyłam swoją wiedzę o Błogosławionych Oratorianach. A to może mi się przydać, zważając że jutrzejsze zajęcia w Oratorium będą właśnie nim poświęcone.

czwartek, 26 października 2017

600. W krainie książkowych czarów

A jednak pojechałam na 21. Międzynarodowe Targi Książki do Krakowa. Kiedy jakieś dwa tygodnie temu czytałam informacje na temat biletów wstępu na wystawę, jedyna opcja, jaka była to płatność za niego za pośrednictwem konta internetowego. Nie mam takiegoż, toteż odpadało. A tak zależało mi na pojechaniu na to wydarzenie, no bo książka o ŚDMie, i w ogóle książki, czyli całe moje życie. Bo jak to już kiedyś pisałam - bez telewizora czy nawet komputera umiałabym żyć, ale bez książek - niekoniecznie. W sumie to byłoby ciężko.
Wczoraj w pojawiła mi się reklama internetowa Targów. Tak jakoś przypadkowo w nią weszłam i rzuciłam oko na dół strony. A tam - Panie i Panowie - jak byk pisze, że jest możliwość kupna biletów na miejscu. Co więcej, emeryci i renciści, po okazaniu legitymacji, mają wstęp wolny. Czasami warto jest czytać wszystko bardzo dokładnie przeczytać, bo dzięki temu można chociażby zaoszczędzić kilka złotych. Chciało mi się wrzeszczeć z radości, ale po 22 to już chyba nie wypada, prawda? Sąsiedzi jeszcze by Straż Miejską wezwali.
Jedni w barku trzymają trunki, a ja trzymam kłotecka
Dzisiaj wstałam skoro świt. Pięć razy pogłaskałam Pusię, która ostatnio znalazła sobie nowe miejsce do niuchania(swoją drogą orientuje się ktoś, dlaczego kot "musi dotknąć" każde nowe miejsce? Oznacza tak teren, czy co?), wcisnęłam się w niebieską koszulę, schrupałam kanapkę z jajeczkiem, zarzuciłam plecak na plecy(ten niebieski, z ŚDM-u) i w drogę do Krakowa. Busa miałam o 9:50, ale tradycyjnie się spóźnił. A żeby było śmieszniej i ciekawiej - stracił moc po kilkuset metrach. Ja tam na mechanice się nie znam, ale zwrot "nie ma mocy" brzmiał dla mnie strasznie. Na szczęście dojechaliśmy jakoś do Olkusza, a tam czekał już na nas podstawiony inny bus. Mogłoby się wydawać, że dalsza droga minie nam bezproblemowo. Jednak w Białym Kościele chwilę przed nami zderzyły się dwa samochody i zakorkowały obydwa pasy drogi. Na szczęście nikomu nic strasznego się raczej nie stało, jednak droga była mało przejezdna, a i policja jeszcze nie dotarła, aby kierować ruchem(w sumie dopiero pod Krakowem minęliśmy Straż Pożarną). Kierowcy sami się przepuszczali co kilka pojazdów w przeciwną stronę. Do Krakowa dojechaliśmy z przygodami. Teraz pozostało tylko znalezienie hali targowej. Kurcze, w tamte rejony miasta nigdy się nie zapuszczałam. Niby wiem, gdzie jest M1, ale dalej szłam na intuicję. Bez jakiejś nawigacji w telefonie, jedynie z zarysem mapy w głowie. I wiecie, że doszłam? W pewnym momencie moim oczom ukazał się ogromny prostokąt(w rozumieniu, że każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem, bo tak naprawdę mógł to być kwadrat), zaś bilbordy nie pozostawiały wątpliwości, że to właśnie tam odbywają się Targi.
Na halę były cztery wejścia - jedno dla grup zorganizowanych(czyli nie dla mnie), dwa dla VIPów(jeszcze się do nich nie zaliczam), no i jedno dla zwykłych śmiertelników, czyli właściwe dla mnie. Przed wejściem na teren hali sprawdzano zawartość bagaży, a kiedy stwierdzono że ich zawartość jest bezpieczna, puszczano dalej.

W kasie nie zdążyłam wytłumaczyć o co mi chodzi z biletem - kasjerka popatrzała na trzymaną przeze mnie legitymację emeryta-rencisty i z uśmiechem wręczyła mi bilet na darmowy wstęp na teren targów. Za bramkami inna dziewczyna przedarła go, a ja mogłam iść dalej.
Mój pierwszy punkt to stoisko Wydawnictwa św. Stanisława C22. Trochę musiałam go poszukać, zwłaszcza że wlazłam nie do tej sali co trzeba👍. Na szczęście dosyć szybko się odnalazłam. Ze wzruszeniem spojrzałam na niepozorny stosik niebieskich książeczek znajdujących się na stoliku oraz stojących na półce. Dziś rano wyszły z drukarni, pachniały jeszcze nowością.
Chociaż w meilu, jaki przyszedł do mnie kilka dni wcześniej zapewniano, że na stoisku będzie ktoś z projektu, stały na nim tylko przedstawicielki wydawnictwa. Trochę dziwnie mi się zrobiło, kiedy kazały mi odłożyć książkę na miejsce, chociaż inni mogli oglądać ją do woli(pewnie bały się, że potargam, opluję, albo coś innego z nią zrobię), coś niecoś udało mi się jednak w niej podejrzeć. I powiem, że już po tych kilku kartkach zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Nawet nie przejęłam się zbytnio tym, że niezbyt pozwolono mi się nacieszyć tą pozycją - przyjdzie czas, że i ona zagości na mojej półce. Prapremiera, jak to pięknie brzmi...
Ale przecież bez sensu byłoby stać cały czas na jednym stoisku, kiedy wokół człowieka tyleee książek. Z zainteresowaniem chodziłam po całej hali, ciesząc oczy okładkami. Co roku na Targach jest inny zagraniczny gość honorowy. W tym roku była to Francja.
Taką książkę raczej bym zrozumiała z moim poziomem A2 z francuskiego
A tu coś bardziej ambitnego
Książki były prezentowane w różnoraki sposób. Niektóre tak:
Inne w ten sposób:
Z tego co widziałam, to biografia przedwcześnie zmarłej aktorki, Anny Przybylskiej cieszyła się niemałym zainteresowaniem
Ten sposób też jest ciekawy...
A jeszcze inne tak. Tak w ogóle zobaczcie kogo spotkałam na tych Targach. Poznajecie tych chłopaków?
Na Targach pojawiło się też liczne grono wydawnictw mieszczących się przy szkołach wyższych(to tylko niektóre z nich).
Takie Targi to także okazja do spotkań z autorami książek, z wydawcami i prężne z nimi rozmowy przy kawie i ciastku.
Ci Panowie w ciekawy sposób zachęcali najmłodszych do zapoznania się z oferowanym przez nich asortymentem.
Zaś ten Pan w góralskim kapeluszu w niezwykły sposób opowiadał legendy związane z Krakowem.
Na Targach Książki można było też zobaczyć komiksy, gry planszowe, czy nawet puzzle i wiele innych pobocznych rzeczy.
Z dedykacją dla naszej Jadzi, która na pewno bardzo cieszyłaby się z takiej ilości puzzli
I na koniec jeszcze taka anegdotka: w którymś momencie podeszłam do stoiska z grami planszowymi i zaczęłam im się przyglądać. Widząc to przedstawicielka zaczęła do mnie zagadywać jak do dziecka i opowiadać o nowościach w tej dziedzinie. Na ladzie były wystawione dwie gry w które można było zagrać. Zaczęła mi je przedstawiać. Jedna z nich była o pszczółkach i polegała na dodawaniu w zakresie 100. Stwierdziła, że w sumie mogłaby w nią ze mną zagrać, ale nie wie, czy uczyłam się już dodawania. Pilnowałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo tutaj wszystkie świadectwa szkolne z celującym z matematyki, w dodatku na maturalnym maks punktów z rozszerzenia z tego przedmiotu, więc co jak co, ale dodawać chyba umiem. Ja wiem, że trochę wyglądam na przygłupa, ale pozory mylą. Z uśmiechem na twarzy i jak największym spokojem powiedziałam dziewczynie, że akurat ukończyłam studia, więc matematykę raczej jako tako umiem. Widać było, że się zmieszała, zaczęła mnie przepraszać. Spoko, przecież nic takiego się nie stało. Mam do siebie dystans, a w sumie może jej uświadomiłam, że pozory mylą. Kto to wie...

Z samych zaś Targów przywiozłam książkę o Poznańskiej Piątce. Jakaś pamiątka musi być, a za egzemplarz zapłaciłam 15 złotych. W czerwcu w Poznaniu ta sama książka kosztowała 25 złotych, w salezjańskiej księgarni internetowej widziałam ją za niecałe 20 + koszty wysyłki. Teraz zaoszczędziłam trochę. Zastanawiałam się nawet, czy nie kupić książki dla dzieci, w której w ciekawy sposób przedstawiono życiorys św. Jana Bosko. W sumie skoro kontynuujemy dzieło księdza z Turynu, to można by przedstawić im w przystępny sposób jego biografię. Ciekawa jestem co o nim wiedzą. Bo ja przez długi czas nic nie wiedziałam. Ale za dwa tygodnie są kolejne Targi, tym razem tuż za miedzą, bo w Katowicach, można więc się wybrać i jej poszukać. A nóż widelec się znajdzie...

środa, 25 października 2017

599. Wiara w siebie czyni cuda

W niedzielę po Mszy świętej jak zwykle poszłam przebrać się na górę z oficjalnego scholowego stroju. I jak zwykle zajęło mi to najwięcej spośród wszystkich czasu. Co prawda po drodze przywitałam się z Boskim Oskim, który tego dnia został przechrzczony na księdza Rysia, ale przecież powiedzenie "Cześć księże", nawet w moim wykonaniu, nie trwa wieki. Jednak ogarnięcie zapinanej na plecach alby już tak. Zawszę można szarpać i w ten sposób rozpiąć uparty suwak, ale to przecież nie jest metoda. Wiedziałam jednak, że na dole jest jeszcze osoba prowadząca scholę i w razie potrzeby mi pomoże. Tak też się stało. Podziękowałam i wychodząc z salki rzuciłam jeszcze:
 - Do zobaczenia w środę (wszak dzisiaj mieliśmy, jako schola, przygotować cotygodniową nowennę do Maryi Wspomożycielki Wiernych o czym poinformowano nas jeszcze na kościele).
 - Zaczekaj momencik - usłyszałam w odpowiedzi. Kobieta wieszała swoją albę na wieszaku, po czym wzięła swoją torebkę i wyszła z pomieszczenia. Powoli schodziłyśmy schodami w dół. - Będziesz na nowennie?
 - Tak, raczej tak...
 - Mogłabyś przygotować komentarz wstępny do Mszy świętej? Znajdziesz go na mateuszu*.
Orzesz... Z wrażenia stanęłam na półpiętrze. Trochę niepewnie na nią popatrzyłam, zastanawiając się, czy na pewno dobrze słyszę. Niby uszy miałam umyte, ale... Dotychczas nie wychylałam się poza kilka wezwań modlitwy wiernych, które  miałam kilka razy w ciągu całej mojej kilkuletniej scholowej kariery, a tu mi nagle proponuje takie coś. Co prawda z dwa razy czytałam nawet Pierwsze Czytanie, jednak to nie było podczas Mszy świętej z udziałem scholi. W dodatku zwykle miałam coś do przeczytania faktycznie raz na jakiś czas, a teraz to już druga nowenna pod rząd, a po drodze było jeszcze przecież rozważanie podczas różańca świętego. Z emocji się zgodziłam.
A potem pojawiły się wątpliwości. No bo gdzie ja z taką wadą wymowy pcham się przed ołtarz. Lepiej stać w mroku, za wszystkimi w scholi. Tak jest bezpieczniej. Tylko, że taka druga okazja może się już nie powtórzyć. Rzuciłam okiem na tekst raz, drugi, trzeci. W sumie niewiele traciłam - w najgorszym razie mogłam na dłuższy czas pożegnać się nawet z modlitwą wiernych. 
Od rana stresowałam się przed wieczornym czytaniem. Tysiące myśli bombardowały moją głowę. W pewnym momencie miałam ochotę wykonać nawet telefon i zrezygnować z czytania. Ale z drugiej strony - jak upadać, to z honorem. A taka rezygnacja to po prostu podchodziłaby pod ucieczkę.  Poza tym zobowiązałam się do czegoś. To by było nie fair w stosunku do niektórych osób, gdybym zrezygnowała w ostatniej chwili. Poszłam. Przed nowenną zahaczyłam o różaniec święty. Łagodny głos Boskiego trochę mnie uspokoił. Facet minął się z powołaniem - z powodzeniem mógłby podkładać głosy pozytywnym bohaterom bajek. Czasami zastanawiam się, czy w wachlarzu jego uczuć jest złość. I jak brzmi głos wkurzonego księdza. Tak daleko jednak moja wyobraźnia nie sięga.
Z każdą chwilą godzina "0" była coraz bliżej. Kątem oka zobaczyłam panią od scholi, która krzątała się koło sprzętu muzycznego.
 - Świetnie że jesteś - usłyszałam jej szept.
 - Nie śpiewamy?
 - Widzisz Lolku, będzie nas prawdopodobnie tylko trójka: ja, ty i pani U. 
 - A reszta?
 - Nie przyjdzie. Chodź na dół, siądziemy sobie w tych ławkach pod obrazem Jezusa Miłosiernego. Masz swój tekst?
 - Pewnie.
 - Super.
Zeszłyśmy powoli na dół i zajęłyśmy miejsca w pierwszych ławkach. Po chwili dołączyły do nas pani U. i pani A., za której tatę była dzisiaj Msza święta, a która miała zaśpiewać podczas niej psalm oraz sekwencję Alleluja. Trochę czekaliśmy, aż księża wyjdą z zakrystii i udadzą się pod obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, aby odczytać prośby i podziękowania przyniesione przez wiernych. Następnie zabrzmiała pieśń na wejście, a ja wyskoczyłam z ławki i podeszłam pod ołtarz. Po drodze jeszcze usłyszałam ostatnie wskazówki:
 - Czytaj wszystko wolno. Nikt cię nie goni. Wiem, że potrafisz ładnie przeczytać tekst. Aha, i obniż sobie mikrofon przy ambonce, bo jest za wysoko. Dasz radę...
Jasne, że dam - powtarzałam sobie w duchu stojąc u stóp ołtarza. Tyle razy dawałam, to czemu teraz ma być inaczej? Co chwilę odwracałam się, licząc na znak, że mogę już startować. W końcu dostałam "zielone światło" i to nie tylko od scholi, ale też od kościelnego. Podeszłam spokojnie do ambonki (z przejęcia zapomniałam się ukłonić), obniżyłam sobie mikrofon i zaczęłam czytać:
 - Współczesny świat próbuje manipulować Ewangelią, opacznie interpretując jej przesłanie: Skoro do wolności wyswobodził nas Chrystus, skoro żyjemy dzięki łasce, to czy obowiązują nas jeszcze przykazania? Przecież wszystko i tak będzie nam wybaczone... Chrystus nas ostrzega: Pan sług z dzisiejszej Ewangelii ociąga się z powrotem do domu, jednak nie znaczy to, że mogą robić, co chcą. Jezus nie znosi Prawa, nie niweluje przykazań, lecz w sobie samym je wypełnia. Tylko pozostając w relacji z Nim możemy rzeczywiście żyć według zamysłu Bożego, zgodnie z przykazaniami. Nie próbujmy wypełniać Jego nauki o własnych siłach, tak jakbyśmy nie otrzymali Ducha Świętego.
Oczywiście czytałam na "moich zasadach", tzn. wolno, niejednokrotnie dzieląc wyrazy na sylaby, robiąc co dwa-trzy wyrazy wdech. Może to się wydawać dziwne, ale moja wada wymowy właśnie tego wymaga. Jestem świadoma swoich ograniczeń, ale przez to mogę tak czytać coś publicznie na głos, aby było to jak najbardziej zrozumiałe. W sumie nie wiem, ile ludzi mnie zrozumiało, ważne że Ten na górze zawsze zrozumie co paplam.
Dobrnąwszy do końca rzuciłam okiem w stronę, gdzie siedziała reszta. Uśmiech na ich twarzy mówił sam za siebie - dałam radę i było dobrze. Zresztą jak wróciłam do ławki, pani B. mnie objęła serdecznie i szepnęła do ucha, że wspaniale wyszło. A na koniec Mszy świętej, kiedy wychodziliśmy już z świątyni, zaproponowała mi, żebym przygotowała komentarz też na kolejną nowennę - a ta już 8 listopada. Wcześniej jednak zaczepiła mnie jakaś starsza kobieta, gorąco dziękując mi za tak piękne przeczytanie komentarza wstępnego. O-la-li, tylko problem w tym, że ja mam do tego czytania 1982677 zastrzeżeń i uwag, co do tego, co można w tym wszystkim poprawić.

P.S. 1. Mimo wszystko komentarz na 8 listopada przygotuję. Kto wie ile jeszcze będzie trwać moja dobra passa w tym względzie
P.S. 2. Jutro na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie prapremiera ogromnie ważnej dla mnie książki. Na razie nie zdradzę szczegółów, żeby nie było, że się przechwalam czymś i popadam w samozachwyt. Jeżeli jednak ktoś z moich czytelników wybiera się na nie (same Targi trwają cztery dni), to myślę, że warto zwrócić uwagę na stoisko 22C. Wydawnictwa św. Stanisława, a tam na pewną książkę w niebieskiej oprawie zatytułowaną "Młodość - projekt życia". Zapewniam, że warto ją nabyć 😁
P.S. 3. Ostatnio zostałam złośliwie nazwana "super hero". Tylko co ja poradzę na to, że po dzisiejszym tak się czuję. Chociaż nie, bardziej mi odpowiada "Super Hero". Ale takich dni jest naprawdę niewiele - takich, gdzie mogę o sobie powiedzieć - jestem Mistrzem.
P.S. 4. - Wiem, że niektórym trudno w to uwierzyć, ale ja nie siedzę cały dzień przed komputerem.

wtorek, 24 października 2017

598. Fenomenalne możliwości naszego umysłu

Od jakiegoś czasu z zainteresowaniem oglądam polsatowski program "The Brain. Genialny umysł". Bardzo trudno znaleźć mi w telewizji coś, co naprawdę mnie wciągnie, toteż telewizor najczęściej stoi u mnie i sprawuje funkcję ozdobną. Częściej chodzi u mnie radio. A filmy oglądam on-line. Ewentualnie idę do kina, albo Oratorium.
Na "The Brain" trafiłam całkowicie przypadkiem. Akurat wróciłam z wycieczki do Czech. Jaki Czesi mają język wszyscy chyba kojarzą. Turyści określają go jako dziecinny😄. Po kilku dniach chciałam usłyszeć coś swojskiego. Jakoś tak automatycznie włączyłam telewizor. Na jedynce nic nie było, na dwójce i regionalnej tak samo. "Na Wspólnej" średnio mnie interesowało. Został więc tylko "Polsat". Bez entuzjazmu włączyłam kanał. Na ekranie pojawił się obraz sympatycznego kilkuletniego chłopczyka, który bezbłędnie rozpoznał po konturach miasta portowe, z lotniskami oraz stolice państw. "Dobry jest" przemknęło mi przez myśl. Zasiadłam przed telewizorem i po prostu z wypiekami na twarzy obejrzałam cały odcinek, gorąco kibicując każdemu jego uczestnikowi. Och, gdyby można było przyznać pięć równorzędnych nagród... 
Od tego momentu w każdy wtorek wieczorem(bo wtedy jest premiera nowego odcinka) zasiadam przed telewizorem z niecierpliwością czekając na to, czym zachwycą mnie kolejni uczestnicy programu. Bo ich zdolności są fenomenalne, wręcz rzadko spotykane. Wykazują się wiedzą z przeróżnych dziedzin wiedzy, od przedmiotów ścisłych, poprzez humanistyczne, aż na językowych kończąc. Niektórzy mają absolutny wzrok, inni słuch, a jeszcze inni mają wspaniałe zdolności ruchowe. Z przyjemnością oglądam ludzi, którzy w ciekawy sposób potrafią rozwijać i wykorzystywać swoje pasje, zainteresowania, a przede wszystkim - umiejętności. I nawet, kiedy nie do końca udaje im się wykonać zadanie, to i tak szczerze podziwiam ich za to, co potrafią wykonać.
Z każdym odcinkiem przekonuję się, że możliwości ludzkiego umysłu są nieograniczone. Wystarczy tylko odpowiednio go wyćwiczyć w odpowiedniej dziedzinie. Co ważne, nie wystarczy tylko doprowadzić go do odpowiedniego poziomu w określonej dziedzinie, ale należy go ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Zaczęłam się nawet interesować jednym z ważniejszych organów w naszym organizmie. Bardzo dużo ciekawostek na temat ludzkiego umysłu znajduje się w czasopiśmie "Świat wiedzy", które namiętnie czytam. W najbliższym czasie planuję nabyć książkę Sama Keana "Dziwne przypadki ludzkiego umysłu", aby jeszcze bardziej zgłębić swoją wiedzę na ten temat. Podejrzewam, że biblioteka jeszcze nie nabyła tej pozycji, poszukam po księgarniach. Czasami są bardzo korzystne rabaty.
Zresztą o fenomenalnych możliwościach ludzkiego umysłu mogłam się przekonać nie raz. Poprzez niedotlenienie okołoporodowe niektóre obszary mojego mózgu po prostu obumarły, inne zaś, np. móżdżek, zostały bezpowrotnie uszkodzone. Jednak nasz mózg jest plastyczny, a przez to zdrowe jego obszary potrafią przejąć funkcję tych uszkodzonych. Dzięki temu, zarówno ja, jak i wielu moich niepełnosprawnych znajomych w miarę sprawnie funkcjonujemy w środowisku, dzięki temu moja koleżanka(ta sama, o której pisałam >>tutaj<<) zdała dzisiaj kolokwium z języka greckiego. Czasami potrzeba na to wielu lat żmudnych i pozornie bezsensownych ćwiczeń. Ale czy uczestnicy polsatowskiego programu też przez lata nie trenowali, aby dość do takiego poziomu?
Tylko w tym wszystkim jest jeden problem - dzisiaj był ostatni odcinek tej serii programu. I co ja będę robiła we wtorkowe długie, zimowe wieczory😪?

Ja zaś z nerwów znowu nie będę mogła spać...

poniedziałek, 23 października 2017

597. Odszukane w czeluściach internetu

Z większością współczesnych konkursów jest tak, że organizator zastrzega sobie, że nadsyłane prace nie mogą być nigdzie indziej publikowane. Na szczęście potem można je pokazać na światło dzienne bez konsekwencji. 
Poniższy tekst został napisany na 40 lecie istnienia "Huty Katowice", które przypadło w kwietniu 2012 roku. Z tej okazji Muzeum Miejskie ogłosiło konkurs literacki pt. "Jak budowano Hutę Katowice". Domyślacie się już, co było dalej, prawda? Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pewnego dnia znalazłam w skrzynce internetowej wiadomość, że znalazłam się w gronie nagrodzonych laureatów i że zapraszają mnie na rozdanie nagród tego i tego dnia o tej i o tej godzinie. Ponieważ była to sobota, bez problemu mogłam na nie iść. Dostałam wtedy dwie książki o mieście, w którym mieszkam. Żałuję, że zdjęcia z uroczystości poszły w eter wraz ze zmianą dysku twardego(teraz jestem mądrzejsza, bo zapisuję je na zewnętrznym dysku, a co ważniejsze po prostu wywołuję), na szczęście praca pozostała na poczcie w folderze wysłane. Dlatego dzisiaj się nią z Wami mogę podzielić:

"Jak Borówka pomagał w budowie Huty Katowice

Borówka, poczciwy chłop z małej, kieleckiej wioski, której próżno szukać na mapach, siedział w przedziale pociągu relacji Kielce – Wrocław. Na kolanach trzymał miedzianą klatkę z oswojonym skowronkiem, który co rano wyśpiewywał piękne melodie, chwalące wstający dzień. Na ramieniu przewieszony miał plecak, pamiętający jeszcze czasy II wojny światowej, gdzie przechowywał swoje ubrania. Pod nogami natomiast trzymał kosz, do którego matusia nakładła mu jajek, kiełbasy, kilka butelek swojskiego mleka, trochę sera, kilka butelek wódki oraz własno wypieczony bochen chleba – był to dowód podziękowania pracodawcom za zatrudnienie jej syna przy budowie największego przedsięwzięcia 70 lat XX wieku, czyli Huty Katowice. Ale komu dokładnie ma wręczyć ten kosz, tego Borówka nie wiedział.
Pociąg wolno toczył się przed siebie. Borówka głęboko wdychał powietrze, które przesycone było smogiem oraz dymem z kominów miejscowych kopalń i hut.
 - Czy tak będzie wyglądało moje miejsce pracy – westchnął Borówka nie wiadomo czy sam do siebie, czy do współtowarzyszy podróży. Przeleciał grubymi palcami po prętach klatki ze skowronkiem. Ptaszek spojrzał na właściciela, ale nie wydobył z siebie ani jednego dźwięku.
 - Głodny jesteś, hę? – szepnął do małego przyjaciela. Sięgnął potężną dłonią do kieszeni wytartego już surduta poczym wyciągnął z niej garść zboża i delikatnie wsypał ptaszkowi do klatki. Skowronek sfrunął z pałeczki na podłoże swojego mieszkanka i z zapałem dziobał złociste ziarna. Borówka wyjrzał przez okno.
    Kominy, kominy i jeszcze raz kominy – tak wyglądał krajobraz widziany przez chłopa. Od czasu do czasu przed oczami przeleciał mu jeszcze budynek dworca, na którym zatrzymywał się pociąg. Nie podobało mu się to. Wychował się przecież na łonie przyrody i jeszcze kilka miesięcy temu nie wyobrażał sobie, że istnieje inny świat, niż kilka wiosek oraz niewielkie miasteczko, do którego jeździł z rodzicami wozem drabiniastym. Czym będzie jeździł w tym nowym życiu? Czy dadzą mu konika oraz niewielkie pólko, na którym będzie mógł uprawiać ziemniaki i zboże? Tego Borówka nie mógł zgadnąć. Oczami wyobraźni widział jednak siebie, jak po dniu ciężkiej pracy wychodzi z pługiem na pole.
    Ostry zgrzyt pociągowych kół o szynę obudził chłopa z marzeń. Wyjrzał przez okno. Pociąg powoli wjeżdżał na jakąś stację kolejową. Borówka, mimo że skończył tylko szkołę podstawową, przeczytał tabliczkę znajdującą się na budynku dworca kolejowego – „Dąbrowa Górnicza”. Naraz chłopina podniósł się na równe nogi, zarzucił plecak na ramię, w jedną rękę chwycił kosz z prowiantem, w drugą klatkę ze skowronkiem, aż biedny ptaszek o pręty się potłukł i wio, zmierza w stronę wyjścia.
    Na peronie uderzyło go powietrze przesycone wonią dymów z okolicznych kominów. Chłop gwałtownie odchrząknął zalegającą w płucach wydzielinę, usiadł na skraju krawężnika i zaczął myśleć co dalej. Był zupełnie sam w obcym mieście. Pociąg pojechał już w dalszą drogę, a przecież i na bilet nie miał już pieniędzy. Jedyną jego pociechą był mały skowronek, co zaczął mu świergotać najpiękniejsze pieśni. Borówka uśmiechnął się pod nosem.
 - Poradzimy sobie, zobaczysz – powiedział napełniając denko od słoika wodą z kałuży i wkładając je do klatki. Sam też wstał, otrzepał się z pyłu i kurzu i poszedł przed siebie.
    Kwietniowe słońce nie dawało wystarczającego ciepła. Borówka szczelniej otulił się płaszczem i mocniej wcisnął kapelusz na głowę. Żal mu było też ptaszka, który kulił się w swoim więzieniu. Szedł jednak dalej w przekonaniu, że im mniej się będzie zatrzymywał, tym szybciej dojdzie do celu. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach względnej ciszy, wszedł na główną ulicę miasta. Panował tam niewyobrażalny szum i zgiełk, ludzie krzyczeli, samochody trąbiły, tramwaje dzwoniły. Dla Borówki, który wychował się wręcz w ciszy, była to prawdziwa udręka. Bezradnie rozglądał się dookoła, ale nigdzie nie widział placu budowy. Podszedł więc do stojącego na chodniku mężczyzny.
 - Huta – zaczął nieśmiało. – Gdzie budują hutę?
Mężczyzna popatrzył na chłopa jak na wroga. Z kpiną odrzekł:
 - Paczcie! Paczcie! Hutę chce budować, a nawet nie ma sznurówek w butach!
Istotnie, chłop zawiązane swoje buty miał nie sznurówkami, ale nitkami wyciągniętymi z worka na ziemniaki. Przechodnie natrętnie przyglądali się intruzowi. Tylko jeden podszedł jak gdyby nigdy nic do chłopa, przyjacielsko poklepał po ramieniu i rzekł:
 - Bracie, ty do siedziby zarządu? Czekajże, idę akurat w tamtą stronę, to cię podprowadzę.
Miejscowy był gadatliwy i dobrze ubrany. Wypytał się Borówkę o wszystko, zwłaszcza kiedy dowiedział się, że pochodzi z tej samej wsi, co jego pra pra pradziadek. Borówka poznał, że nieznajomy jest dobrym człowiekiem, dlatego przed rozstaniem wyjął z koszyka jedną butelkę wódki i wręczył przyjaznemu mężczyźnie.
Z pewną obawą wszedł na teren „Huty Bankowej” noszącej wtenczas nazwę „Huty im. F. Dzierżyńskiego”. Trochę dziwne mu to było, ponieważ zawsze słyszał, że inwestycja ma nosić nazwę „Huta Katowice”. A jeszcze dziwniejsze wydawało mu się to, że przed jednymi z drzwi widniał napis: „Zarząd Huty Centrum”.
 - Ki pieron – pomyślał sobie Borówka. – Przecie to miała być Huta Katowice, a nie Centrum.
Zostawił jednak plecak oraz klatkę z skowronkiem na zewnątrz i nieśmiało wszedł do środka. Za biurkiem siedział tęgi jegomość z okularami na nosie i czytał gazetę.
 - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł wstydliwie Borówka kłaniając się kapeluszem.
 - To zakład pracy, a nie ambona – warknął pracodawca. – Słucham, o co chodzi?
 - O to – chłop położył przed grubasem zabrudzony fragment gazety, mówiący o budowie potężnej Huty Katowice. – Gdzie to jest? Chciałbym się tam nająć do roboty.
 - Ta, do roboty. Co umie, jakie doświadczenie zawodowe, jakie szkoły pokończył, ha?
    Borówka podrapał się po głowie. Miał 22 lata, był silny, krzepki, roboty się nie bał, w końcu na wsi każdemu pomagał w pracach polowych. Ale mimo to nie miał ani szkół, ani budowlanego doświadczenia. Pracodawca zobaczył jego zakłopotanie.
 - Ta, ta – stękał. – No, zobaczymy, zobaczymy do czego się bratku nadajesz. Ta, w sobotę ruszamy z pracą. Ze wsi?
 - A jakże.
 - Ta, ta. To pewnie łopatą umie machać. Przyjdzie jutro, to sporządzimy jakąś umowę. Ta… Ma gdzie spać?
Chłopina bezradnie zaprzeczył ruchem głowy i ramion. Grubas wziął do ręki pióro i zaczął coś notować na kartce. Po chwili wręczył kwitek chłopu.
 - Ta, z tym pojedzie linią tramwajową do końca. Tam pójdzie do dużego, niebieskiego budynku, będzie go widać z zajezdni. Tam są mieszkania pracowników. Tam dadzą pokój.
Borówka przejął kartkę i uradowany spojrzał na zwierzchnika.
 - A to prawda, że towarzysz Leonid Breżniew też będzie z nami pracował? – szepnął nieśmiało Borówka. Tłuścioch popatrzył na niego ze zdziwieniem.
 - Co wy też mówicie? Co to za propaganda?
 - Toć to tutaj pisze – chłop pokazał swoim palcem fragment z gazety mówiący, że Leonid Breżniew zostaje Pierwszym Pracownikiem w przedsiębiorstwie. Pracodawca roześmiał się serdecznie.
 - Jaka ta ludność jest prosta i wierzy we wszystko – pomyślał patrząc na młodego chłopaka, trzymającego w rękach kosz. Wiedział co w nim jest – smakołyki przysyłane przez rodzinę w ramach wdzięczności za przyjęcie osobnika do pracy. Chwilę później kosz obfitości wylądował na jego biurku.
 - To od mojej matusi. Za przyjęcie do pracy.
 - A jakbym cię nie przyjął, to nie dałbyś mi go?
Borówka wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę drzwi. Gdy przekraczał próg usłyszał jeszcze:
 - A jak cię zwią?   
 - Borówka.
Po chwili wsiadł do tramwaju, który miał go zawieść do „Ziemi Obiecanej”.
    Widoki z tramwaju przewijały się Borówce szybciej, niż te z pociągu. Mimo to chłopina podziwiał misternie rzeźbione kamieniczki, kościoły Matki Boskiej Anielskiej i świętego Antoniego oraz gmachy budynków użyteczności publicznej. W kilkadziesiąt minut zobaczył ładną część miasta.
    Naraz pojazd wjechał na kłębowisko torów, gdzie stały już inne tramwaje. Borówka wziął cały swój dobytek i wyszedł z wagonu. Jego oczom ukazał się olbrzymi plac budowy z maszynami, jakich jeszcze nie widział na oczy. Zgodnie z informacjami uzyskanymi od pracodawcy, poszedł w stronę hoteli robotniczych. Przy drzwiach jednego z nich stał dozorca ubrany w niebieski unifon, który kończył palić papierosa.
 - Dzień dobry – odezwał się uprzejmie chłopina. – Podobno mam tutaj dostać jakieś lokum…
 - Zaświadczenie z biura jest?
Borówka wyciągnął z kieszeni kartkę, którą otrzymał od pracodawcy. Dozorca wyjął z kieszeni pęk kluczy i podał  jeden z nich nowemu pracownikowi.
 - Szesnastka. Pierwsze piętro. Toalety i łazienki na korytarzu. Obiad od 13 do 16. Talony na stole – informował zdawkowo mężczyzna administrujący budynek. Borówka zabrał swoje tobołki i poszedł szukać swojego mieszkania. Trochę dziwiło go, że nikt nie zapisał sobie jego danych, ale widocznie tak ma być.
    Pokój był malutki i skromny. Borówka postawił klatkę z skowronkiem na parapecie okna jednocześnie wyglądając przez nie. Nie widział jednak nic innego, niż ogromny plac budowy pokrywający najbliższą okolicę. Ani skrawka zieleni, ani kawałka gleby nadającej się pod uprawę. Ciężko westchnął i usiadł na krześle wchodzącym w skład wyposażenia mieszkania. Na stole leżała gazeta, wydrukowana chyba w zakładowej drukarni. Borówka wziął ją do ręki i zaczął czytać:
 - „We wrześniu 1971 roku Prezydium Rządu oraz PZPR podjęło decyzję o zaczęciu prac przygotowawczych do budowy wiodącego, a zarazem największego surowcowego zakładu hutniczego Polski Ludowej. Będzie to część wielkiego planu, którego głównym celem będzie uporządkowanie ogólnopolskiego sektora hutnictwa stali. Miesiąc później, 22 października na stanowisko dyrektora zakładu powołany został Kazimierz Budzyński, zyskując tym samym pierwszy pracowniczy numer ewidencyjny. Natomiast honorowym Pierwszym Pracownikiem został Leonid Breżniew. Rozpoczęcie prac budowlanych „Huty Katowice” planowane jest na przełom kwietnia i maja 1972 roku…”.
 - I co mi oni mówią, że Breżniew nie będzie z nami pracował – zirytował się Borówka rzucając kawałek papieru na ziemię. Sam wziął jeden talonik leżący na stole i poszedł na zakładową stołówkę.
    Wiele razy, będąc jeszcze na wsi, słyszał, że na tą budowę przybędą ludzie z różnych stron Polski. Ale słysząc mieszankę językową podczas obiadu na stołówce, wyobrażał sobie, że jest na biblijnej wieży Babel. Słyszał i dialekt kaszubski, i góralski, i niemiecki. O śląskim, który przeważał wśród robotników wolał nie myśleć. Borówka zastanawiał się jedząc gęsty krupnik, jak oni
dogadają się podczas pracy. Chyba za pomocą znaków i gestów.
    Przez pierwsze dni nie miał nic do roboty, toteż rozpakował się, urządził swój pokój, a wieczorami chodził na zwiedzanie miasta. Do soboty zwiedził ładną okolicę, wiedział gdzie są sklepy, przystanki, bary, kościół, skwer z zielenią i drzewami doskonale nadający się na miejsce do wypoczynku po ciężkiej pracy. Krajobraz za oknem też stopniowo się zmieniał. Z dnia na dzień pojawiały się dźwigi, ciężarówki, betoniarki i inne maszyny przydatne podczas budowy. Zwłaszcza na takiej, której powierzchnia liczy 2500 hektarów.
    W sobotę z samego rana wszystkich mieszkańców hotelu robotniczego zbudziła ogłuszająca syrena. Przestraszony skowronek zatłukł się o pręty klatki. Borówka też skoczył w górę jak oparzony. Podbiegł do okna, przez które widział cały plac budowy. Powoli zbierali się na nim pracownicy, ubrani w niebieskie kombinezony i żółte kaski znajdujące się na wyposażeniu pokojowych szaf. Borówka szybko się omył i włożył służbowe ubranie. W biegu chwycił bochenek chleba i po chwili znajdował się wraz z innymi na placu.
    Kwietniowe słońce oświetlało przyszły plac budowy. Stało na nim rzędami kilka tysięcy ludzi – przedstawicieli państwowych, dyrektorów budowy, robotników, a także zwykłych śmiertelników pragnących zobaczyć rozpoczęcie budowy największej inwestycji Polski Ludowej. Wszyscy
kotłowali się jak mrówki w mrowisku, ponieważ chcieli stać jak najbliżej ogromnego podium, gdzie zaplanowane były przemówienie najwyższych urzędników państwowych. Pierwszy wyszedł towarzysz Edward Gierek.
 - Towarzysze – zaczął swoją przemowę – dzisiaj jest wielki dzień dla obywateli Polaków. Dzień 15 kwietnia 1972 roku na zawsze wpisze się do historii polskiego budownictwa. Zaczynamy budowę ogromnego przedsięwzięcia XX wieku - „Huty Katowice”…
Borówka nie słuchał I KC Polskiego Związku Partii Robotniczej. Bardziej obawiał się o ptaszka zamkniętego w klatce, który nie dostał dzisiaj jeszcze nic do jedzenia.
    Ale chłop nie mógł iść do pokoju. Dostał łopatę i taczki, a jakiś niewysoki mężczyzna kazał mu kopać pod fundamenty. Zresztą jak grupie innych chłopów niemających żadnego wykształcenia. Krzepki chłopak zwinnie machał łopatą. Zresztą nic innego nie robił od 3 roku życia, więc kopanie w ziemi miał właściwie we krwi i mięśniach. Cały dzień spędził na powietrzu, a wiosenne słońce opalało mu twarz. Nie poszedł nawet na obiad, na który przysługiwała mu przerwa. Starał się bowiem pracować tak, jak gdyby był na roli w rodzinnej wsi. Tam też pracowało się bez przerwy nieraz od świtu do zmierzchu. Nie czuł głodu, ale satysfakcję z tego, że robi coś pożytecznego. Coś, z czego będą cieszyły się kolejne pokolenia.
    Do pokoju wrócił wczesnym wieczorem. Od razu podszedł do swojego skrzydlatego przyjaciela i wsypał mu garść ziaren. Uradowany ptaszek niemal od razu wszystko wydziobał. Borówka natomiast zdjął swoją roboczą odzież i położył się do łóżka. Po chwili spał jak kłoda.
    Dni mijały niemal tak samo. Rano pobudka, śniadanie dla siebie i skowronka i marsz do pracy. O 13 obiad, chwila przerwy i znowu poczciwy chłop chwytał za łopatę, kilof i taczkę, czasem pomógł również przenosić różne materiały na plac budowy. O 15 kończył pracę i mógł wracać na pokój. On jednak wolał iść do leżącego nieopodal lasu, by choć przez chwilę pobyć w samotni i ciszy. Na budowie panował jednak o wiele za duży, jak dla niego, hałas. Robił tak bez względu na pogodę. Do domu wracał gdy na dworze szarzało. Jesienną porą przynosił ze sobą grzyby zawinięte w koszulę. Następnie robił sobie kolację, szedł pod prysznic i kładł się spać. Raz w miesiącu, po wypłacie, szedł na pocztę, aby przesłać część pieniędzy rodzicom. W pracy go szanowali, ponieważ i punktualny był, i słowny, i jedzeniem się dzielił.
    Chociaż jego życie zbytnio się nie zmieniało, to krajobraz za oknem bardzo. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc wielki gmach huty stali wznosił się do góry. Najpierw nieznacznie, potem już bardziej widocznie. Kilka razy dziennie pociągi dowoziły podciągniętą linią kolejową surowce i materiały niezbędne do budowy. Często Borówka zawodził swoją głowę do góry, aby w popołudniowym słońcu pooglądać żurawie poruszające swoimi ramionami to w jedną, to w drugą stronę. Patrzył na nie mając w pamięci skupiska bocianów na łące, poruszających w podobny sposób głowami z za dużymi dziobami.
    Wreszcie nadszedł długo wyczekiwany przez Borówkę czas Bożego Narodzenia. Pracownicy „Huty Katowice” mogli wtedy pojechać na kilka dni do swoich bliskich. Borówka wraz ze swoim skowronkiem również wsiadł do pociągu i pojechał do rodzinnego domu. Witali go w nim tak, jakby co najmniej wrócił z frontu. Szczególnie matka, dla której był prawdziwą podporą.
 - No, jakże tam idzie ta wasza budowa? – wypytywała od progu.
 - Jakoś idzie… Wolno, ale do przodu.
 - A dużo was tam pracuje?
 - Mamuś, jest nas tylu, ile drzew we wsi.
 - Oj, to pewnie i z wypłatą kiepsko.
 - Nie, nawet, że nie. Pieniądze są wypłacane o czasie.
 - Marniuchno wyglądasz synku. Źle was tam karmią?
 - Mama, jedzenie pyszne, ale oczywiście nie to, co w domu. Takiego barszczu jak ty gotujesz mamo to nie ma nigdzie indziej na świecie.
 - A jak z mieszkaniem?
 - Wygodne. Kaloryfery grzeją jak w najlepszym piecu. Mama, nie martw się. Z głodu nie umrę, z zimna nie zamarznę. Pensja całkiem przyzwoita. Jak wam prześlę jakąś sumę, to jeszcze wiela mi zostanie. Da się przeżyć. Robota raczej łatwa, jak zwykle macham łopatą i jeżdżę taczkami. Będzie dobrze. Musi być. No, mamo, uśmiechnij się wreszcie.
    Czas świąt szybko zleciał. Chcąc, nie chcąc Borówka musiał wracać do Dąbrowy Górniczej. Droga wydała mu się dużo krótsza, niż ta, którą jechał za pierwszym razem. Siedział w przedziale ze świadomością, że zobaczy rodziców dopiero za rok. W pewnym momencie przytulił się do klatki i zasnął.
    Przez następny rok nic znaczącego nie działo się w życiu Borówki. Dalej wykonywał proste prace niewymagające zbytnio myślenia. Za to po powrocie z przerwy bożonarodzeniowej pracodawcy, widząc że chłop jest silny, obrotny i szybko się uczy, wysłał go na szkolenie w zakresie murarstwa, a następnie spawania. Były to takie prezenty od firmy za to, że budowa Huty została odznaczona Orderem Sztandaru Pracy I klasy. Borówka bardzo cieszył się na tą propozycję, ponieważ od razu wykalkulował, że od tej pory będzie dostawał trochę lepszą pensję. Przecież taki murarz czy spawacz to jest ktoś.
    Kursy Borówka ukończył wręcz wzorowo. Na nowym stanowisku rozpoczął pracę po kolejnych świętach Bożego Narodzenia, w 1975 roku, po prawie trzyletnim stażu tragarza. W pracy wyróżniał się punktualnością, precyzją oraz dokładnością. Wśród pracowników krążyła nawet anegdota, że „Jeżeli ktoś włamie się na teren budowy, to będzie na pewno Borówka, który przed snem sprawdzi czy ściana na pewno się nie przewali”. Był to oczywiście żart, ponieważ chłop, tak jak współpracownicy, o określonej godzinie schodził z placu budowy i nie pojawiał się na nim aż do następnego dnia.
    W tym samym roku ruszył pierwszy wydział zakładu, mechaniczno-konstrukcyjny. Społeczeństwo cieszyło się, ponieważ oznaczało to nowe miejsca pracy dla wielu mieszkańców Zagłębia i nie tylko. Przedsiębiorstwo zatrudniło nową bazę pracowników. Wśród nich była pewna kobieta, która podczas obiadu siadała obok zamyślonego Borówki. Zazwyczaj nic do siebie nie mówili, nawet nie zwracali na siebie uwagi. Ot, pracownik obok jak każdy inny. A że innej płci? Przecież w dzisiejszych czasach każdemu wolno pracować.
    Minął kolejny rok. Pracownicy Huty Katowice cieszyli się, że praca tak szybko posuwa się na przód, ale nie tylko. W zakładzie było wyjątkowo mało wypadków. Borówka odczuł to na własnej skórze – tylko raz nieznacznie skaleczył się w rękę. W dodatku skaleczenie okazało się na tyle niewielkie, że obyło się bez szpitala. Chłop dostał tydzień zwolnienia, a po 7 dniach wrócił do pracy jak nowo narodzony.
    W maju 1976 roku zakład czekało ważne wydarzenie – utworzono Kombinat Metalurgiczny Huty Katowice oraz włączenie w jego skład rodzimej Huty im. F. Dzierżyńskiego, w której niegdyś był zarząd tej pierwszej, oraz Zakładów Koksowniczych im. Powstańców Śląskich w Zdzieszowicach. Tak się akurat złożyło, że Borówka wizytował obydwa zakłady jako specjalista od spraw spawawczych. Sprawdził sprzęt posiadany przez zakłady, przetestował pracowników. Nic nie stawało na przeszkodzie, aby połączyć się w jedność. Impreza z tego powodu była mocno zakrapiana. Chłop miał jednak mocną głowę, i mimo sporej ilości alkoholu oraz późnej godziny położenia się do łóżka, nazajutrz wstał bez bólu głowy. Za to pozostali biesiadnicy wzięli sobie dwa dni chorobowego z powodu nieustannej migreny.
    Nadeszło kolejne lato. Borówka, zdając sobie sprawę, że rodzice nie są już pierwszej młodości, postanowił wziąć dwa tygodnie urlopu i pomóc im w sianokosach. Pracodawca nie miał nic przeciwko temu, tym bardziej, że akurat ten pracownik całą robotę wykonywał idealnie. Co więcej, dał Borówce dodatkowe pieniądze, aby coś kupił rodzicom. Uradowany chłop na drugi dzień wsiadł do pociągu i pojechał w rodzinne strony.
    Przez dwa tygodnie był w swoim żywiole – kosił, układał snopki, zawoził zboże do młyna, przywoził mąkę, rąbał drwa, nosił wodę ze studni. Nawet spotkał się z kolegami w karczmie na piwie, aby opowiedzieć im o życiu w wielkim mieście. Podjadł też sobie trochę swojskiego jadła. Matka, dowiedziawszy się z telegramu, że syn przyjeżdża do domu, zabiła świniaka, z którego wyrobili przepyszne kiełbasy. Mleka krowiego też nie żałowała swojemu synowi, który na co dzień był z dala od domu. Ostatniego dnia, kiedy siedział sobie na progu chałupki, w której się wychował i popijał ciepłe jeszcze mleko z blaszanego garnuszka, podeszła do niego matka.
 - Synku – jęknęła. – A ty masz tam jakąś kobietę na oku?
 - Może i mam – odrzekł Borówka rumieniąc się mocno..
 - Oj, nawet nie wiesz jak się moje serce raduje. A powiedzże mi, jak ją zowią?
 - Nie wiem.
 - Nie wiesz? To może warto się dowiedzieć? Wiesz, my z ojcem już nie pierwszej młodości. A chcielibyśmy jeszcze wnuki pobawić.
Borówka uśmiechnął się łagodnie i przytulił głowę do matczynej piersi. Czuł bicie jej serca oraz dłonie, którymi głaskała jego kędzierzawe włosy.
    Na Śląsk wrócił wraz z początkiem września. Sam, ponieważ w czasie tego dwutygodniowego pobytu u rodziców skowronek odszedł z tego świata. Było mu smutno, nikt już nie umilał mu wieczorów swoim świergotem i trelami. Z tego powodu w przerwach od pracy chodził smutny i rozkojarzony. Doszło do tego, że podczas obiadu z powodu rozkojarzenia spadła mu łyżka na podłogę. On jednak tego jakby nie zauważył. Ocknął się dopiero, kiedy siedząca obok niego kobieta podniosła ją i podała mu.
 - Proszę, upadła panu.
Borówka przełknął ślinę. Tyle razy chciał do niej zagadać, ale nie wiedział jak. A tu po prostu wystarczyło upuścić łyżkę i poczekać, aż ona ją podniesie.
 - Dziękuję. I przepraszam za fatygę.
 - Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie. Chodzi pan na mszę do Antoniego na 11, prawda? – dodała szeptem, bo wśród pracowników zakładów państwowych było to szykanowane – Często pana tam widzę.
 - Yhm – mruknął Borówka, gryząc kolejnego pieroga z serem. Uważnie się jej przyjrzał. Ładna była. Miała piękne, długie, kruczoczarne włosy, duże ciemne oczy, owalną szczupłą twarz i ciepłą barwę głosu. Spojrzał też na jej palce, nie miała obrączki.
 - Co robi pani dzisiaj wieczorem? – zapytał prosto z mostu, chociaż bał się odpowiedzi.
 - Wie pan co? Chyba mam wolne.
 - To zapraszam panią na spacer. Przepraszam, a jak właściwie ma pani na imię?
 - Barbara.
 - A ja Szczepan. Szczepan Borówka. To co, o 18 przy poczcie? Znam całkiem przyjazną kawiarenkę w centrum miasta. Dają tam wyśmienitą kawę i ciastka. Zaręczam.
 - Dobrze. O 18 pod pocztą.
    Właściwie całą jesień spędzali ze sobą. Basia okazała się wyśmienitą kucharką, praczką, a nawet stylistką. Kiedy w ostatnim dniu września uruchomiono rozruch walcowni półwyrobów, pomogła Borówce kupić garnitur. W ramach wdzięczności Szczepan zaprosił ją na bal pracowników wydany z tej okazji. Jednocześnie okazało się, że Barbara jest również wspaniałą tancerką, a także damą do towarzystwa potrafiącą odnaleźć się w każdym towarzystwie i sytuacji. Kiedy Borówka tańczył z nią ostatni taniec postanowił: albo ta, albo żadna. Nie umiał jej jednak tego powiedzieć, więc ich znajomość ograniczała się tylko do chodzenia na spacery lub na wspólne obiady gotowane przez Basię. Nic więcej.
    Grudzień 1976 był bardzo ważnym miesiącem w historii Huty – rozpoczęły pracę maszyny do wyrobu surówki i wytopy stali. 2 grudnia Borówka musiał wstać bardzo wcześnie, ponieważ miał nadzorować rozpalenie wielkiego pieca nr 1. Pod koniec listopada został wysłany na specjalistyczny kurs umożliwiający podjęcie się tego zadania. Trochę mu było to nie na rękę, ponieważ oznaczało to trzy dni bez Basi. Ale jednocześnie chciał pokazać, że niewykształcony chłop też wiele może. I pokazał stojąc na honorowym miejscu na hali, gdzie rozpalano olbrzymi piec. Gorąco mu było, a on nie wiedział, czy to od żaru pieca, czy od emocji. Nie spał tej nocy, musiał być na hali, ponieważ 21 godzin później, 3 grudnia, spuszczono pierwsze 30 ton surówki. Biedny Borówka nie mógł sobie tego wyobrazić, wiedział jedynie, że to bardzo dużo. Największe emocje opadły. Chłop poszedł więc do pokoju, położył się do łóżka w garniturze i zasnął.
    Kolejny przypływ emocji chłopina przeżył sześć dni później, kiedy nastąpił rozruch stalowni, a także rozpoczęto rozgrzewać konwertor tlenowy. Był on potrzebny do wytopu stali, z której można było potem wytopić np. szyny. Chodziły nawet słuchy, że planowane jest podprowadzenie szyn tramwajowych pod samą bramę zakładu. Tej nocy Borówka także nie spał. Musiał nadzorować pracę potężnych maszyn, którym wytopienie stali zajęło 12 godzin. Borówka pamiętał, jak kiedyś, jeszcze w domu rodzinnym, tyle czasu poświęcał na spanie. A teraz? Teraz potrafi całą dobę nie zmrużyć oka. Ale niebawem będzie mógł to wszystko sobie odrobić, na święta planował bowiem pojechać do domu. Chciał nawet zabrać ze sobą Basię, ale ukochana stwierdziła, że chyba nie jest na to jeszcze gotowa.
    Całe siedem dni urlopu tęsknił. Ale jakby się go ktoś zapytał za czym tęskni to raczej nie umiałby odpowiedzieć na to pytanie. Tęsknił za pracą, za dymem, a przede wszystkim za Basią. Dlatego ucieszył się niezmiennie, kiedy zobaczył wybrankę swojego serca na peronie. Bez namysłu padli sobie w ramionach i witali się tak, jakby nie widzieli się przynajmniej rok.
    Na terenie zakładu zastał maszyny układające torowisko, po którym tramwaje miałyby podjeżdżać pod samą bramę zakładu. Borówka zacierał ręce z radości. Jego tok rozumowania był bardzo prosty – są szyny, maszyny produkują stal, nic się nie zepsuło, jest robota, na koniec miesiąca będzie wypłata. Gdyby któreś ogniwo tego łańcucha zostało przerwane, pociągnęło by za sobą inne. Dlatego Borówka bardzo gorliwie doglądał produkcji surówki w piecach i wytopu stali w konwertorach. Wiedział, że to albo jego chleb, albo głód.
    Coraz bardziej zaprzyjaźniał się też z Basią. Chodzili wszędzie razem, wszystko razem robili, zaczęli nawet starać się o zamianę swoich dwóch malutkich pokoików na jeden większy. Wszystko przerwało otwarcie kolejnego fragmentu linii tramwajowej prowadzącej z miasta pod bramy zakładu. Była akurat zima, padało, a wszyscy pracownicy zgromadzili się na tej podniosłej uroczystości. Młodzi nie poddawali się jednak w dążeniu do upragnionego celu.
 - Nic się nie martw Basieńko – westchnął Borówka. – Jak będzie trzeba, zbuduję nam dom tymi, o, rękami. Budowałem przecież naszą „Hutę Katowice”, co więc dla mnie postawić nam chatkę?
 - Taką jak miała Baba Jaga? – zaśmiała się Barbara.
 - Choćby i taką.
Okazało się to jednak zbyteczne, ponieważ już w maju dostali upragnione gniazdko. Czuli się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.
W tym roku Borówka nie mógł iść na urlop. Pracy było dużo, musiał pilnować swoich podwykonawców, a i w nowym domu chciał trochę remontu zrobić. Dodatkowo przygotowywano uruchomienie walcowni średniej, co oznaczało rozpoczęcie właściwej produkcji stali. W tej sytuacji musiał być dyspozycyjny, a gdzie oni go będą szukać po kielecczyźnie jak coś nie wyjdzie? Żal mu było rodziców, obiecał im przecież zimą, że przyjedzie, ale co on mógł począć? Nic!
Drugi piec uruchomiono 26 września. Wszyscy mieli nadzieję, że stanie się tak jak z pierwszym, czyli nie będzie większych problemów z produkcją. Niestety, już w kilka dni później okazało się, że brakuje surowców na składzie. Biedny Borówka tak się tym wszystkim przejął, że zaniemógł na kilka dni. Schudł, zmizerniał, stracił ochotę na życie. Na szczęście w tych chwilach wspierała go Basia, bez przerwy zapewniając chłopa o swojej miłości do niego.
Po kilku dniach Borówka powrócił do pracy. Tym razem włączył się w „proste” prace przy montażu drugiego już pieca. Wreszcie był w swoim żywiole, ponieważ operowanie spawarką było czynnością, którą wręcz kochał. Mógłby to robić cały dzień. Jednocześnie martwił się tym, że znowu nie zobaczy rodziców, ponieważ na święta planowane jest uruchomienie piece. Wiadomo, nie wypada nie być.
To były najsmutniejsze święta w życiu Borówki. Chociaż spędził je z Basią, czuł, że brakuje mu rodziców. Tęsknił za nimi, a obecność podczas uruchamiania pieca i pierwszego spustu surówki uważał za zbędny szczegół.
Długo nie wyczytał. Na początku lutego poprosił o tygodniowy urlop. Ale bardziej od zobaczenia rodziców zależało mu na zasięgnięciu porady u matki, co do swoich kłopotów sercowych.
 - No bo mamo, to jest tak – zaczął pewnego wieczoru. – Jest taka Basia, święta kobieta, dobra, miła, uczynna. Chciałbym się z nią pobrać, ale przecież nie mogę was tutaj zostawić.
 - Kochasz ją? – zapytała staruszka.
 - Jak pierwszy raz ją ujrzałem poczułem, że to ona. Że czekałem tylko na nią.
 - Synku. Zapamiętaj to co ci powiem raz na zawsze. To serce, nie rozum, zawsze podpowiada co masz robić. Jeżeli się go posłuchasz, to każda twoja decyzja będzie dobra. To, że poznałeś wybrankę swojego serca w pracy nie może być przypadkiem. A o nas się nie martw. Poradzimy sobie. Tylko obiecaj mi, że jeszcze zobaczę wnuki.
Oboje roześmiali się serdecznie. Ale Borówka usłyszawszy słowa matki postanowił, że musi dokończyć dwie najważniejsze budowle swojego życia: Hutę Katowice oraz miłość, która zrodziła się właśnie na jej terenie."

niedziela, 22 października 2017

596. Bo słowo "może" nie oznacza "musi"

Wiecie co, sprawa z tamtą sytuacją nie dawała mi spokoju. Czułam się wszystkiemu winna. Doszło do tego, że zaczęłam źle sypiać, coraz częściej bolała mnie głowa i brzuch, nie miałam apetytu, a w konsekwencji stałam się bardziej drażliwa. Kilka osób chciało ze mnie wyciągnąć co mnie gryzie, jednak mój problem polega na tym, że nie potrafię zaufać komuś na tyle, aby powierzyć komuś swoje kłopoty. Kilka lat temu takim kimś był ks. W., do którego można było przyjść ze wszystkim nie jak do kapłana, ale jak, nie wiem, starszego kolegi. Wysłuchał, doradził, czasem skrytykował(w pozytywnym tego słowa znaczeniu), czasem zmotywował. Niestety, przeniesiono go na inną parafię, aż za Wrocław. No i od tego czasu muszę sobie dosłownie sama radzić ze wszystkimi problemami i wątpliwościami. Bo to nie może być byle kto - to musi być ten KTOŚ.
Zaczęłam czytać post raz, drugi, trzeci. I nagle otworzyła mi się jakaś szufladka w mózgu. Jeszcze raz rzuciłam okiem na post tamtej dziewczyny i już wiedziałam, co mi się nie zgadza. W tamtym poście napisałam, że "No bo wiecie, rodzice bywają różni, zwłaszcza w stosunku do nas, niepełnosprawnych, bywają nadopiekuńczy. A wtedy całe doświadczenie zdobyte podczas tych sześciu miesięcy może iść wniwecz." No właśnie - może, a nie musi. Tymczasem cała sprawa została przedstawiona tak, jakbym użyła tego drugiego czasownika. Jedno słowo, a zupełnie zmienia sens zdania, prawda? 
Może nie przesądza o niczym. Jeżeli napiszę w notce, że np. "Może pojadę jutro do biblioteki, aby oddać książkę" to tak do końca nie wiadomo, czy spełnię mój zamiar. Bo mogę jechać, ale mogę też nie jechać, mam jakiś wybór prawda? Jednak jak już napiszę "Muszę pojechać jutro do biblioteki, aby oddać książkę" to zdanie nabiera innego wydźwięku, zauważyliście? A już w ogóle w zdaniu "Mogę, ale nie muszę jechać jutro do biblioteki, aby oddać książkę" różnica pomiędzy jednym, a drugim wyrazem jest najbardziej widoczna. 
Tak więc nie "... A wtedy całe doświadczenie zdobyte podczas tych sześciu miesięcy musi iść(ewentualnie: idzie) wniwecz.", a "... A wtedy całe doświadczenie zdobyte podczas tych sześciu miesięcy może iść wniwecz.". Taka mała zmiana, a tak wiele daje.
Żeby nie było, nie piszę tego po to, aby komuś dopiec, czy coś w tym stylu. Chcę Wam tylko pokazać, jak ważne jest czytanie ze zrozumieniem, a także takież pisanie notatek. Jedno przekręcone słowo i cała wypowiedź zmienia sens. Spokojnie, ja też miewam z tym problem, w końcu nie jestem człowiekiem bez wad, prawda? Ale się staram, chociażby kosztem ponownego przeczytania danego tekstu. Jedyne co wtedy tracę, to czas, ale czymże on jest wobec zrozumienia danego tekstu.
Kurcze, jakoś po wyłapaniu tego błędu i przeanalizowaniu go jakoś mi ulżyło i wewnętrznie się uspokoiłam. Nie to, żebym żywiła urazę do tamtej osoby, po prostu czułam się wewnętrznie rozbita. A że tłumione przeze mnie emocję nie miały upustu, odbiło się to na moim samopoczuciu. Musiałam się wygadać, przepraszam że padło właśnie na blog i przy okazji na Was, Kochani moi. Teraz powoli odzyskuję równowagę - już nawet lepiej spałam. Co prawda boję się trochę wchodzić na komentarze do postów, ale i z tego kiedyś "się wyleczę". Te pod dzisiejszym postem awaryjnie wyłączyłam, więc się nie martwcie, że nie ma takiej możliwości. 

sobota, 21 października 2017

595. Niech im się wiedzie na tej nowej drodze życia...

Miło jest patrzeć na młodych ludzi, którzy darzą siebie sympatią i wzajemnym szacunkiem. Z czasem uczucie dojrzewa i zmienia się w coś bardziej poważnego i dojrzałego. Wtedy z całego serca życzy się takim osobom, aby ich uczucie przetrwało. Aż w końcu nadchodzi moment, kiedy człowiek dowiaduje się, że oto tych dwoje jego dobrych znajomych, których zna od wielu ładnych lat, postanawia wejść w święty związek małżeński. Radość sięga wtedy zenitu i z niecierpliwością czeka się dnia, w którym owa dwójka powie sobie sakramentalne "Tak".
Ten dzień nastał właśnie dzisiaj. Jeszcze kilka tygodni wcześniej otrzymaliśmy oficjalne zaproszenie na ślub jako wspólnota Oratorium. Tzn. kilka osób dostało, ale wiadomo jakie były intencje narzeczonych. Z drugiej strony Boski Oski podczas czwartkowego spotkania zapewniał nas, że nikomu nie powinno zabronić się udziału w takiej uroczystości w kościele choćby po to, aby dobrze życzyć młodej parze i pomodlić się o pomyślność jej związku. Przecież przez wiele lat pomagali nam w organizacji półkolonii dla dzieci, to i miło im będzie, jak ktoś z nas się pojawi na uroczystości.
Wiedziałam, że na ślub wybierają się z prezentem siostry A. - wykonany przez nie łabędź z papieru był urzekający(aż chce mi się śmiać, kiedy sobie przypomnę minę brata pana młodego kiedy słuchał, jak ma się obchodzić z prezentem, aby go nie zniszczyć😂). To takie coś od nas - Oratorium. Ale przecież nie przeszkadzało w tym, żeby i tak się udać do kościoła i uczestniczyć w tak pięknej uroczystości, prawda? Sam Boski tak mówił, a księdza trzeba się słuchać. Przynajmniej tego księdza 😊. Poszłam więc sobie chwilę przed rozpoczęciem nabożeństwa, zasiadłam grzecznie na chórze, aby wszystko dobrze widzieć i czekałam, aż najpierw wejdzie do świątyni pan młody, a następnie panna młoda prowadzona przez tatę. Jejciu, jak oni przepięknie razem wyglądali...
Mszę prowadził nasz ksiądz Paweł. W sumie to swego czasu działali w jednej wspólnocie, więc było to do przewidzenia. On także udzielił im samego sakramentu małżeństwa. Kazanie zaś zostało wygłoszone przez księdza Franciszka, który w sierpniu został przeniesiony do innej parafii. O oprawę muzyczną zadbał młodzieżowy zespół, w którym zarówno pan, jak i panna młoda śpiewają.
Po skończonej Mszy świętej wraz z innymi wyszłam z naszego kościoła. Na schodach połączyłam się z siostrami A. i razem poszłyśmy złożyć młodej parze życzenia, które przyjęli z uśmiechami na twarzy. Tak niewiele, a tak wiele. A ja naprawdę z głębi serca im życzę, aby wytrwali w tym związku po kres swoich dni. Bo w dzisiejszym świecie różnie to bywa...