Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 26 października 2026

2456. I tak minął Tydzień Misyjny

Mogłoby się wydawać, że w zakręconym tygodniu, w którym zostały mi właściwie dwa spokojne dni, nie dam rady zrealizować z bierzmowanymi tematu poświęconemu byciu misjonarzem. Taką inspiracją ku temu był temat tegorocznego Dnia Papieskiego - "Św. Jan Paweł II. Uczeń - Misjonarz" oraz trwający od 18 do 25 października Tydzień Misyjny. Nawiązując do roli i nauczania Jana Pawła II zastanawialiśmy się co to w ogóle oznacza być misjonarzem i dlaczego misjonarz został zrównany z uczniem. Z kolei posługę misjonarzy omawialiśmy na przykładzie bohatera książki i filmu "Misja" - Rodriga Mendozy, św. Carla Acutisa oraz świeckiej misjonarki, Służebnicy Pańskiej Heleny Kmieć. Udało mi się też pokazać im współczesną pracę misjonarską w Afryce dzięki temu, że jeden z moich poprzednich wikarych został tam właśnie wysłany na misję.
Był czas na obejrzenie fragmentu filmu "Misja", a następnie zastanowienie się, na jakie niebezpieczeństwa narażeni byli kiedyś misjonarze. Dla kontrastu młodzież zapoznała się z historią Sługi Bożej Heleny Kmieć, która przecież zaledwie dekadę temu zginęła podczas pobytu w Boliwii.
Młodzież miała się też zastanowić w jaki sposób ona sama mogłaby być misjonarzami we współczesnym świecie. Jako przykład posłużył mi świety Carlo Acutis, który był misjonarzem w najbardziej przystępny dla siebie sposób - za pośrednictwem komputera i internetu.
Próbowałam im uświdomić, że misjonarz nie musi wyjeżdżać do obcych krajów, aby głosić naukę o Jezusie. Może to robić w swoim własnym środowisku, a nawet nie wychodząc z domu. Nie trzeba też ku temu wielkich czynów. Czasami wystarczy powiedzieć, że właśnie się idzie do kościoła, stanąć w czyjejś obronie (także tej związanej z hejtem), uśmiechnąć się do najbardziej nielubianej osoby. Najpiękniejsza Ewangelia to nie ta zapisana na kartkach, nawet złotymi literami, ale głoszona własnym życiem.
I tak na koniec samego tygodnia pozwoliłam sobie na obejrzenie całego filmu "Misja", już na spokojnie i bez żadnej presji czasowej. Nie wiem czy wiecie, ale w tym roku mija 40 lat od jego nakręcenia. Film widziałam już wielokrotnie, mam go nawet na płycie DVD. Za każdym razem odkrywam w nim także coś nowego i wzruszam się na nowo. Duża w tym zasługa aktora Roberta de Niro, który wcielał się w główną rolę Rodriga Mendozy, który wyjeżdża (a właściwie to wypływa) do Ameryki Południowej, aby ewangelizować tamtejszych tubylców.

niedziela, 25 października 2026

2455. Na wolontariacie nie można się nudzić...

Ten tydzień można określić jednym prostym słowem - "wolontariat". Zaczął mi się on jeszcze w poprzednią sobotę od wolontariatu podczas "Strefy Młodych", następnie była "Gala Człowieka Nowej Kultury", stacjonarna forma sympozjum "Lectio Magistralis Internationalis", aż w końcu wszystko skończyło się wolontariatem podczas dwunastej już edycji "Biegu Nocnych Marków" nawiązujących do obchodów Halloween. No, ja tego święta nie obchodzę, wolę Wszystkich Świętych, ale z drugiej strony uważam, że każdy pretekst jest dobry, aby się poruszać w każdym wieku.
Początkowo miałam zupełnie inne plany na ten weekend, dlatego nie zapisywałam się ani na wolontariat, ani na sam bieg. Plany jednak uległy zmianie i zrobiła mi się wolna sobota. Było już za późno na zapisy na bieg, spróbowałam zaryzykować i zgłosiłam się na wolontariat. W zasadzie nic nie traciłam, a mogłam tylko zyskać. Ku mojej radości tydzień temu przyszła odpowiedź potwierdzająca mój udział w wolontariacie wraz z konkretnymi informacjami. Wiecie, że zostałam przydzielona do biura zawodów, że będę pracowała od tej do tej godziny, że moim bezpośrednim przełożonym na tych kilka godzin będzie ta i ta osoba, że do moich obowiązków będzie należało to i to. Czyli od razu wiem co do mnie należy. Zresztą, to już któraś edycja biegu, przy której pomagam, więc za dużych niespodzianek tutaj nie ma.
Dyżur na wolontariacie ludzi przydzielonych do biura zawodów rozpoczynał się o godzinie 11:30. No, ale musieliśmy poznać zakres naszych obowiązków i w ogóle. Niby przez tyle lat regulamin niewiele się zmienił, jednak zawsze warto przypomnieć sobie to i owo. A nowi wolontariusze i tak musieli dowiedzieć się, co mają robić. Zresztą takie szkolenie trwa dosłownie chwileczkę.
Znacznie dłużej, bo od 12:00 do 18:00 trwa wydawanie numerków startowych dzieciom startującym w swoich krótkich biegach (do 800 metrów), biegaczom na 5 km, na 10 km oraz startującym w kategorii NW. Najgorzej było przed samymi startami, kiedy następywała kulumacja zawodników chcących tu i teraz, w tym momencie dostać swój numerek z chipem oraz reklamóweczkę z upominkami. Ale to tak nie działa. Trzeba znaleźć osobnika na liście, zweryfikować jego tożsamość, poprosić o podpis... Większość z nich zna swój numer startowy, ale są też tacy, którzy nie mają zielonego pojęcia co to za liczba. Szukają się na listach. A czas leci. Tymczasem bieg na 10 kilometrów startował o 16:00, na 5 kilometrów - o 18:00, z kolei nording walking pięć minut później. Chyba tylko dwie osoby się spóźniły (a do tego była jeszcze masa nieodebranych pakietów, ale to już jest standard) na swój bieg i dołączyły, za wiedzą i zgodą organizatorów, do reszty już po starcie. A więc nie było źle.
Taką tradycją biegów MK Teamu są nagrody za najbardziej kreatywne przebranie. Na trasie nie zabrakło więc dyń, duchów, czarownic, a nawet... zakonnic. Niestety nie zostałam do końca i nie wiem, kto wygrał nagrody, ale musiało być ciekawie. Na szczęście nikt już nie biegł z "siekierą lub nożem wbitymi w czaszkę". Bo i takie rzeczy się zdarzały. Mam tylko nadzieję, że obyło się bez żadnych wypadków, bo jednak było już ciemno i łatwo było się wywalić. Zresztą ja w taki sposób w zeszłorocznym biegu wyrżnęłam jak długa. Zdarza się, zdarza.
Miałam szczęście, że mogłam sobie wyjść z biura szybciej, niż się spodziewałam, czyli tuż po jego zamknięciu. Dla kogoś, kto dojeżdża komunikacją miejską to jest naprawdę duże udogodnienie. Przynajmniej w teori, bo w praaktyce trochę się to pochrzaniło. Ale wszystko opanowałam. 
W grudniu jest bieg mikołajkowy. A może oprócz wolontariatu jeszcze wziąć w nim udział jako zawodnik?

2454. Cierpliwość, ważna cnota

W życiu każdego człowieka zmagającego się z jakimś schorzeniem przewlekłym przychodzi taki moment, że powinien pojawić się u lekarza specjalisty, chociażby po to, aby zobaczył, że ów człowiek jeszcze żyje i całkiem nieźle się ma. Tak było w moim przypadku - w związku z mózgowym porażeniem dziecięcym i kończącego mi się okresu przyznania renty musiałam udać się do lekarza neurologa, aby wypisał mi odpowiednie dokumenty. Ogólnie pierwszy termin wizyty miałam we wrześniu, ale lekarki nie było i musiał być przesunięty. Nie do końca było mi to na rękę, lecz skoro nie było innego wyjścia, to trzeba było to przyjąć.
Nie wiem, jak jest w przypadku innych miast, szpitali, a może i samych specjalistów, ale u nas najpierw umawianym jest się na dany dzień, danego dnia rano zgłasza się do rejestracji, gdzie otrzymuje się numerek i z tym numerkiem czeka się na swoją kolej pod gabinetem. Czyli tak właściwie człowiek nie wie, o której wejdzie, chociaż numerek "6" napawał optymizmem. Przynajmniej w teorii. A zatem zaczęło się wielkie oczekiwanie od godziny 8:00 (bo o tej odebrałam wspomniany numerek w rejestracji). Na szczęście wzięłam ze sobą "Braci Aszkenazy" Izraela Joszuy Singera. Dzięki temu udało mi się przeczytać sporą ich część, a więc nie był to czas stracony.
Neurolog przyszła z oddziału o godzinie 11:00, a więc nawet wcześniej, niż powiedziano w rejestracji. Ja natomiast do środka weszłam przed 13:00. Aż boję się pomyśleć, o której weszła kobieta mająca numerek 19. Co do wizyty to raczaj była standardowa. Rozmowa, badanie, wypisanie papierów, wypisanie zaświadczenia, bo przecież musiałam wziąć wolne w pracy. Dostałam też skierowanie na rehabilitację. Lekarka zastanawiała się też, czy nie przydałoby mi się zrobić tomografii komputerowej głowy, jednak nie ma mowy, abym wyleżała bez ruchu 15 minut. Miałam to badanie w wieku 16 lat, niestety, nikt wtedy nie pomyślał o narkozie i wyszło jak wyszło. A raczej wcale nie wyszło. Chociaż sprawdzałam i jest opcja uśpienia dla dorosłych. Co prawda za opłatą, ale jeżeli to jedyny sposób, aby zrobić mi to badanie, to może warto wyłożyć te pieniądze? Dostałam też od pani lekarz radę, aby w przypadku otrzymania renty na dwa lata odwoływać się do wojewódzkiej komisji. Bo to też jest trochę śmieszne, tu mam napisane "pacjent nierokujący poprawy", a tu dostaję rentę na dwa, trzy lata. Już nie chodzi o pieniądze, bo mam je zawieszone, ale o sam fakt. Mózgowego porażenia dziecięcego się nie wyleczy, a ograniczenia z nim związane są trwałe. I oni doskonale o tym wiedzą. Więc o co chodzi?
Przy okazji poszłam zarejestrować się na rehabilitację. Wyszedł mi kwiecień przyszłego roku. Jakoś mnie to już nie dziwi. Tylko boję się, że zapomnę, albo coś. Ogólnie to myślę też nad turnusem rehabilitacyjnym. Nie wiem tylko, czy bawić się z dofinansowaniami, bo naprawdę, mała szansa, że coś dostanę. Wiecie jak to jest - "kwalifikuje się, ale środki zostały rozdzielone pomiędzy bardziej potrzebujących". Może po prostu samemu wszystko ogarnąć, jak zwykle zresztą. No nic, na razie czekam na tą komisję o rentę, a potem będę myśleć, co dalej.

sobota, 24 października 2026

2453. Sympozjum wokół relacji

Od kilku lat Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego organizuje międzynarodowe sympozja zatytułowane "Lectio Magistralis Internationalis". Jego ideą jest zgromadzenie wybitnych naukowców z różnych Uniwersytetów na świecie i dyskusja na różne tematy pokazująca jak różne mogą być ich ujęcica. Dotychczas większość edycji odbywała się on-line. Jeżeli tylko pozwalał mi czas, brałam w nich udział w czasie rzeczywistym, jeżeli nie, to po prostu odsłuchiwałam sobie całości (tudzież w częściach) w dogodnej dla mnie porze. 
Tym razem miała to być 25 już edycja sympozjum, toteż zaplanowano, że z tej okazji odbędzie się ono w formie hybrydowej - część osób spotka się stacjonarnie w Katowicach, a część będzie w nim brało udział zdalnie za pośrednictwem platformy zoom. A skoro sympozjum było stacjonarne, to oczywiste było, że będą potrzebowali ludzi do pomocy organizacji. Tutaj inicjatywą wykazała się Wisia, moja znajoma studiująca teologię, która pewnego razu napisała do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym pomóc. Czemu nie? Wystarczyło tylko trochę pokombinować z godzinami w szkole i można było wyrwać się na dwa dni do ciut innego świata. Przez to pierwszego dnia trafiłam w dobrze znane mi mury Wydziału Teologicznego, a drugiego - do przepięknej Willi Goldsteinów. 
Tematem 25 edycji sympozjum były relacje. Relacje rozumiane w różny sposób, co znalazło odzwierciedlenie w wygłaszanych 10-minutowych referatach. Wśród nich można było usłyszeć takie, które dotyczą relacji w rodzinie, w kościele, wśród rówieśników i na przestrzeni uczeń - nauczyciel. Jednak mnie, jako miłośnika matematyki, najbardziej zainteresował wątek dotyczący relacji od strony matematycznej. Referaty były co prawda w trzech językach (polskim, angielskim oraz włoskim), organizatorzy zapewnili symultatyczne tłumaczenia dostępne na zoomie. Chociaż zostałam przydzielona do recepcji, to jednak znalazłam czas, aby na chwilę iść na salę, na której trwało spotkanie. 
We wtorek z kolei miała promocja książki zawierająca zaprezentowane i niezaprezentowane wystąpienia. Przy okazji część autorów wypowiedziała się na temat jej treści. 
Ogólnie muszę jakoś namierzyć e-book, bo książka właśnie w tym formacie została wydana. Głównie dlatego, że nie na wszystkich wykładach byłam i nie wszystkie obcojęzyczne referaty zrozumiałam ze słuchu. Poza tym myślę, że mogę znaleźć w niej wiele inspiracji i wykorzystać w codziennej pracy z uczniami i podopiecznymi. Wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. Zwłaszcza, że mogłam jeszcze raz spotkać się z moimi dobrymi znajomymi ze studiów. No i cieszę się, że Wisia w ogóle o mnie pomyślała i zaproponowała mi tą współpracę. Dobrze jest mieć takich znajomych, naprawdę.

piątek, 23 października 2026

2452. "Błyskawiczny związek"

Kilka dni temu na fb napisał do mnie na prywatnej wiadomości pewien mężczyzna. Trochę dziwnie mi się z nim rozmawiało. Na początku jeszcze było jako tako, chociaż czułam, że gościu się za bardzo gubi w tym, co pisze. Raz pisał, że poszukuje siostry, drugim razem, że ją znalazł i na zajutrz idzie się z nią spotkać (w tej samej rozmowie). Niby wierzy i modli się do Boga, ale do kościoła nie chodzi. Jednak jak mu napisałam, że ja chodzę, nawet w tygodniu, to mi odpisał, że będzie chodził dla mnie i ze mną (dla mnie, nie dla Boga). Z rodzicami też dla mnie kręcił. Jednak najbardziej mnie rozwaliło to, że po kilkudziesięciu minutach pisania wyznał mi, że pisze pod zmienionym imieniem i nazwiskiem, bo wiele znajmych osób mu dokuczało. 
Trochę się do niego zraziłam. Na niekorzyść kolesia działało też to, że ciągle pisał, nie dając mi szansy na żadną odpowiedź zwrotną. Pisałam mu, żeby zwolnił, bo ja nie dam rady tak szybko pisać. Odpisał, że ok., ale dalej tak robił. Nalegał na wymianę numerów telefonu. Szczerze powiedziawszy, to trochę mnie tym zraził do siebie. Odpisałam mu, że raczej nie wymieniam się numerami z dopiero co poznanymi ludźmi. Raz tak zrobiłam i potem czytałam pretensję o to, że nie odbieram telefonów od "zakochanego". A ja po prostu albo miałam zajęcia na uczelni, albo w Oratorium, albo po prostu już spałam. A tu ktoś, kto całe dnie spędzał w domu rządał, aby być na każdy jego telefon... Zagwarantuje mi ktoś, że teraz nie będzie tak samo? 
Inna sprawa - obiecanki. Może nie cacanki, ale... Czego to mi ten mój nowy znajomy nie naobiecywał. Problem polega na jednym - pieniądze i bogactwo nie są dla mnie priorytetem. No, chyba że mówimy o bogactwie wewnętrznym. Ale tego nie kupi się za żadne pieniądze, tylko wypracuje wewnętrzną pracą. A tu pan mi obiecuje wieczystą adorację i spełnianie wszystkich zachcianek. Czy o to chodzi w związku? Może niektóre kobiety tego oczekują, ale nie ja. Bo adoracja to nie to samo, co wzajemne zrozumienie i szacunek. A na tym chciałabym zbudować związek. Ciągłe zasypywanie prezentami, drogie rzeczy są fajne i miłe, ale czy o to chodzi w byciu razem? To, czy ktoś jest wierzący, czy nie też nie jest dla mnie priorytetem, wolę, aby żyć w zgodzie z własnym sumieniem, niż na pokaz. A tutaj wszystko wskazuje na to, że tak by było. W dodatku nie wiem w ilu sprawach jeszcze by oszukał. Jasne, że ja też w pierwszym zdaniu nie piszę o mojej niepełnosprawności, ale w pierwszej rozmowie staram się o tym przynajmniej wspomnieć. Bo myślę, że to jest ważne. I uczciwe. Do seksu na pierwszych spotkaniach też mnie nie ciągnie. To odpowiedzialna decyzja, a nie sposób na zaspokojenie swojego popędu seksualnego.
Nasza znajomość skończyła się tak gwałtownie, jak się zaczęła. Napisałam mu prawdę, że nie takiego typa człowieka szukam. W odpowiedzi przeczytałam, że w takim razie pewnie nigdy nikogo nie znajdę. No to nie znajdę, i trudno. Nie każdy musi mieć męża i żonę. A że mam trochę inne priorytety niż dzisiejszy świat... Może naprawdę do niego nie pasuję?