Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 16 sierpnia 2026

2406. Tak sobie oglądam w deszczowe dni...

Jakiś czas temu na youtubie zaczęto zamieszcza archiwalne odcinki "Świata według Kiepskich" oraz "Rodziny zastępczej". Obydwa seriale komediowe zaczęły być emitowane około 1999 roku, ja jednak dobrze pamiętam, jak oglądałam ich powtórki w wakacyjjne poranki 2000 roku. Ech, jeszcze mam przed oczami, jak razem z kuzynkami siedzimy na wersalce u babci w saloniku i oglądamy odcinek z radiowęzłem, czy też z Klątwą Tutenchama, złotym jajkiem lub rewią mody. A potem odtwarzaliśmy je w naszych dziecięcych zabawach.
Ale wcześniej, na początku wakacji, musiały iść powtórki "Rodziny zastępczej". Skąd takie przypuszczenie? Tak mi się podobała jedna scena, że próbowałam ją odtworzyć za pomocą lalek, które potem wzięłam na wieś i zostały tam już na wieki wieków. Co ciekawe, nie siedziałam całymi dniami przed telewizorem, a tylko rano i wieczorem oglądałam to, co mnie interesowało. To były czasy...
Teraz w wolnych chwilach, najczęściej przypadających na deszczowe dni, podczas których trudno jest się gdzieś ruszyć, włączam sobie jakiś stary odcinek któregoś ze wspomnianych seriali. Łatwiej jest w przypadku "Rodziny zastępczej", bo tam odcinki wrzucane są po kolei. "Świat według Kiepskich" wrzucany jest losowo, chociaż udało mi się już znaleźć kilka takich, które zostały wyemitowane w latach 1999 - 2001. Mówcie sobie co chcecie, ale w mojej opinii, tamte były najlepsze. Chociaż kilka późniejszych też było dobrych. Oglądam, ale z perspektywy lat trochę inaczej je odbieram. Patrzę na nie z innej, dojrzalszej perspektywy. To, co kiedyś cieszyło, teraz zastanawia i wzbudza zastanowienie. Są jednak i takie sceny, które chyba już zawsze będą wywoływać uśmiech na moich ustach. Ponadczasowe skecze i gagi sytuacyjne. Wtedy, te 26 lat temu prawdopodobnie ich nie rozumiałam. Teraz znam podtekst, wiem o co w nich chodzi i co wyśmiewają.
A może tylko mi się wydaje, że wiem? Może tylko odbieram świat w swoim krzywym zwierciadle i tak też rozumiem to, co widzę na ekranie monitora. Może to co widzę jest czymś w rodzaju matrixa, świata widzianego tylko przeze mnie samą. Mimo wszystko, miło jest czasami się odmóżdżyć i obejrzeć coś na pozór bez sensu, a jednak mającego swój podtekst...

sobota, 15 sierpnia 2026

2405. Matka Teresa Kierocińska, Czcigodna Sługa Boża z Sosnowca

Są takie osoby, które w poruszający i niezwykły sposób wpisują się w historię jakiegoś miasta, czy też obszaru. Jedną z takich postaci, która od ponad 100 lat związana jest z historią Zagłębia Dąbrowskiego, a konkretniej Sosnowca, jest Czcigodna Sługa Boża i Zgromadzenie, którego jest Współzałożycielką. Przez blisko 25 lat kierowała Zgromadzeniem Karmelitanek Dzieciątka Jezus, założonym przez ojca Anzelma od św. Andrzeja Corsini. 
Janina, bo tak brzmiało jej świeckie imię, przyszła na świat 14 czerwca 1885 roku w rodzinie Antoniego i Antoniny. Źródłem jej utrzymania były dochody z młynów wiatrakowych oraz praca w gospodarstwie rolnym. Ze związku Antoniego i Antoniny przyszło na świat dziesięcioro dzieci, z których czwórka zmarła po urodzeniu. Janina była siódmym ich dzieckiem, a zarazem ostatnim, które przeżyło. 21 czerwca została ochrzczona w kolegiacie pw. Michała Archanioła i Nawiedzenia NMP w Wieluniu.
Dziewczynka zdobyła dobre wykształcenie. W latach 1892 - 1894 uczęszczała do prywatnej szkoły elementarnej mieszczącej się przy ul. Gaszyńskiej. Swoją edukację kontynuowała w latach 1894 - 1900 na pensji prowadzonej przez panią Pelagię Zasadzińską. Aby zdobyć zawód w latach 1901 - 1903 uczęszczała na kurs haftu i szycia, które zorganizowano w pracowni Pelagii i Marii Pawelskich.
Według opowieści matki Teresy, pierwsze myśli o powołaniu zakonnym pojawiły się u niej po przyjęciu I Komunii Świętej. Miało to miejsce 9 czerwca 1895 roku w uroczystość Trójcy Przenajświętszej. W związku z zakończeniem edukacji w 1903 roku, Kierocińska postanowiła zrealizować swoje pragnienie oddania się na wyłączną służbę Jezusowi. Jej ojciec stanowczo się temu sprzeciwiał, toteż bez wiedzy rodziców opuściła rodzinny dom i wyjechała do Warszawy, gdzie rozpoczęła kandydaturę w Zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytki). Jednocześnie pracowała w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Z czasem, na wyraźne życzenie ojca, wróciła do rodzinnego domu. Nie zaniechała jednak marzeń podjęcia życia w zakonie lub zgromadzeniu zakonnym. W 1907 roku starała się o przyjęcie do Zakonu Sióstr Bernardynek, które miały swój klasztor w Wieluniu. Spotkała się z odmową z ich strony. W latach 1907 oraz 1909 Janina Kierocińska, prawdopodobnie szukając możliwości wstąpienia do zakonu i znalezienia zatrudnienia, na krótko odwiedziła Kraków. Podczas drugiej wizyty udała się z pielgrzymką do położonej nieopodal Czernej, gdzie pierwszy raz spotkała ojca Anzelma Gądka, który zgodził się być jej kierownikiem duchowym.
W 1910 roku Kierocińska opuściła rodzinny dom w Wieluniu i na stałe przeniosła się do Krakowa. Na pewien czas wynajęła mieszkanie u Anieli Zawadzkiej będącej karmelitańską tercjarką oraz podjęła pracę w prowadzonej przez nią szkole haftu.
Kierując się radami i opiniami ojca Anzelma, Janina Kierocińska wstąpiła do III zakonu karmelitańskiego, funkcjonującego przy klasztorze karmelitów bosych w Krakowie. 14 maja 1911 r wedle ówczesnego zwyczaju zakonu świeckiego miały miejsce jej obłóczyny, w trakcie których przyjęła imię św. Teresy od Jezusa, z kolei 6 października złożyła tercjarską profesję. W 1913 roku Janina kolejny już raz chciała wstąpić do zakonu, tym razem do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego (duchaczki). Ostatecznie zaniechała tego kroku, napotykając kolejny raz na sprzeciw ojca.
W czasie I wojny światowej pracowała w zakładzie dla starszych i niepełnosprawnych prowadzonym przez siostry albertynki, początkowo opiekując się chorymi, a potem jako furtianka. W 1917 lub w 1918 roku Janina ponownie zgłosiła się do zakonu, tym razem do zgromadzenia karmelitanek bosych w Krakowie. Jej prośba spotkała się z odmową, tym razem ze strony samych sióstr. Po zakończeniu wojny Janina Kierocińska pozostała w Krakowie. W dalszym ciągu mieszkała w wynajmowanym mieszkaniu, zajmowała się haftem i krawiectwem. W maju 1921 roku zmarł jej ojciec. Po jego śmierci matka Janiny, Antonina, udzieliła jej swojego błogosławieństwa i wyraziła zgodę na wstąpienie córki do zakonu.
W 1921 roku ojciec Anzelm Gądek rozpoczął tworzenie nowego karmelitańskiego zgromadzenia zakonnego o charakterze apostolskim. Myśl o założeniu tego typu wspólnoty wzorowanej na istniejących na Zachodzie Europy zgromadzeniach nurtowała go od pewnego czasu. Jego plany i zamierzenia napotkały na sprzyjające okoliczności zewnętrzne. Biskup Władysłsaw Krynicki poinformował ojca Gądka, że ks. Franciszek Raczyński z diecezji kieleckiej poszukuje osób do pracy w kierowanym przez siebie Sielecko - Sosnowieckim Towarzystwie Dobroczynności. Zatrudnienie sióstr w Towarzystwie dawało solidne podstawy materialne nowo powstającemu zgromadzeniu.
We wspomnianym roku ojciec Anzelm otrzymał pozwolenie ordynariusza diecezji kieleckiej, biskupa Augustyna Łosińskiego, aby powstało nowe zgromadzenie. Funkcja jego pierwszej przełożonej przypadła właśnie Janinie Kierocińskiej. 31 grudnia 1921 roku zgromadzenie karmelitańskie rozpoczęło swoją działalność. Tego samego dnia w krakowskim klasztorze sióstr karmelitanek bosych odbyły się obłóczyny Janiny Kieracińskiej, która przyjęła imię Teresy od św. Józefa oraz Wandy Karynowskiej, która przyjęła imię Józefa od św. Teresy. Do postulatu przyjęto też cztery kandydatki. Jeszcze tego samego dnia cała wspólnota sióstr wyjechała do Sosnowca. Siostry zamieszkały w barakach Towarzystwa Dobroczynności, zaś na drugi dzień rozpoczęły pracę w instytucjach stowarzyszenia. Nazwę nowopowstałemu zgromadzeniu nadano dopiero we wrześniu. Brzmiała ona: Zgromadzenie Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus. Matka Teresa Kierocińska pracowała w Towarzystwie Dobroczynności do lipca 1922 roku. Nadzorowała ona działalność kuchni Polsko - Amerykańskiego Komitetu Pomocy Dzieciom, prowadziła dokumentację i kierowała pracami magazynów Towarzystwa. Szybko okazało się, że duża ilość obowiązków podjętych przez siostry utrudniała im zachowanie zakonnej reguły i dyscypliny. Za zgodą ojca Gądka i po uzgodnieniu z biskupem kieleckim Augustynem Łosińskim, siostra Kieirocińska podjęła decyzję o rezygnacji z pracy w Towarzystwie.
Wspólnota sióstr karmelitanek znajdowała się w trudnej sytuacji. Siostry nie posiadały bowiem własnego domu, a mieszkały w wynajmowanych mieszkaniach. 6 stycznia 1924 roku w Sosnowcu w domu przy ul. Naftowej matka Teresa Kierocińska wraz z innymi siostrami złożyła na ręce Anzelma Gądka swoją pierwszą profesję (czyli śluby zakonne). W tym samym czasie siostry zdobywały środki poprzez organizację kursów haftu i szycia oraz opiekę nad chorymi. Jesienią 1924 roku matka Teresa w imieniu całego zgromadzenia zakupiła dom w Sosnowcu przy ul.. Wiejskiej, a 14 września siostry wprowadziły się do niego. W stuletniej historii sióstr karmelitanek Dzieciątka Jezus dom ten odegrał bardzo ważną rolę.
W okresie międzywojennym matka Teresa Kieracińska została dwukrotnie wybrana na urząd przełożonej generalnej Zgromadzenia. Jednym z jej obowiązków było kierowanie pracami nad regulacją statusu prawnego zgromadzenia. Dzięki jej staraniom udało się w 1933 roku uzyskać zatwierdzenie konstytucji zgromadzenia, rok później dekret Stolicy Apostolskiej zatwierdzający dotychczasowe akty prawne zgromadzenia i zezwalający na śluby wieczyste wymienionych sióstr, zaś w 1936 roku agregację zgromadzenia do zakonu karmelitów bosych. Wyjątkowo trudny dla matki Teresy był okres do zatwierdzenia konstytucji zgromadzenia w 1933 roku. Do tego wydarzenia losy Zgromadzenia były niepewne, a jego dalsze lossy stały pod znakiem zapytania. Wypełniając obowiązki przełożonej generalnej karmelitanek, Matka Teresa koordynowała prace nad powstaniem i fundacją nowych placówek zakonnych oraz tworzeniem i działalnością kolejnych instytucji opiekuńczo-wychowawczych w Sosnowcu, m.in. pracownię haftu i szycia, ochronkę dla dzieci, freblówkę, koedukacyjną 4-klasową szkołę powszechną, która została poszerzona do sześciu klas oraz przedszkole im. świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.
3 października 1934 roku matka Teresa złożyła śluby wieczyste. Uroczystość miała miejsce w kaplicy domu zakonnego w Sosnowcu. Śluby te przyjął ojciec Gądek. W trakcie tej samej uroczystości na ręce matki Teresy swoje śluby złożyły cztery inne siostry zakonne.
Matka Teresa Kierocińska miała zakończyć swoją drugą kadencję jako przełożona zgromadzenia w 1944 roku. Wobec wojny i okupacji niemieckiej biskup częstochowski podjął decyzję o przedłużeniu mandatu dla władz zakonnych do chwili ustania nadzwyczajnej sytuacji wojny i okupacji. Pomimo obaw o dalsze losy Zgromadzenia matka Teresa pozostała wraz z innymi siostrami w Sosnowcu. Niewielka wspólnota zakonna zamieszkująca klasztor stała się w okresie okupacji niemieckiej punktem pomocy dla doświadczonych wojną i okupacyjną rzeczywistością ludzi. W pomieszczeniach klasztoru znajdowały schronienie osoby wysiedlone przez Niemców. Ze względu na znaczną ilość osób zgłaszających się o pomoc materialną, siostry latem 1940 roku zorganizowały i uruchomiły jadłodajnię dla biednych. Duże ilości żywności pojawiające się w klasztorze stały się przyczyną plotek. Krążyły nawet podejrzenia, że matka Teresa podpisała volkslistę. W 1942 roku niemieccy urzędnicy przybyli do klasztoru i namawiali wszystkie siostry do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. Matka Teresa wraz z innymi siostrami zdecydowanie odmówiły, powołując się na swoją polskość. Proboszcz parafii Świętej Trójcy w Będzinie, jako spowiednik sióstr, w tym trudnym okresie odwiedzał sosnowiecki klasztor. Podsumowując rolę przełożonej i jej starania o klasztor przyznał: "Matka Generalna w tych czasach wykazała nadzwyczajny hart ducha. Zgromadzenie zakonne, pomimo trudnych warunków, żyło i pracowało zupełnie normalnie. Reguła zachowywana była z największą dokładnością, modlitwa trwała bez przerwy, adoracja błagalna o pokój dla świata i o ratunek dla nieszczęśliwego Narodu Polskiego. Zupełnie normalnie przyjmowane były nowe kandydatki, odbywał się nowicjat, obłóczyny, profesja, zupełnie jak w dobrych czasach. Same biedne nie odmawiały pomocy ubogim i głodnym. Matka Generalna powiedziała:: >>nikt głodny od naszej furty odejść nie może<<".
Kieracińska współpracowała z polskim ruchem oporu. Dzięki jej pomocy w klasztorze sosnowieckim byli ukrywani członkowie organizacji konspiracyjnych oraz oddziałów partyzanckich. Byli to chorzy i ranni, którym siostry udzielały pomocy pielęgniarskiej oraz ci, którzy musieli ukrywać się i czekać na przerzucenie ich na inny teren. Siostry przygotowywały dla żołnierzy paczki z żywnością, odzieżą i lekami, 
Sytuacja okupacyjna wymusiła założenie sierocińca. Do klasztoru coraz częściej trafiały dzieci, którzy stracili rodziców w czasie wojny. Pierwszym z takich dzieci była przyniesiona we wrześniu 1943 roku żydowska dziewczynka. Pod koniec wojny siostry miały pod swoją opieką 12 niemowląt i większą grupkę starszych dzieci. Ten dom dziecka funkcjonował w Sosnowcu do lat 60 XX wieku. Dzięki odwadze i otwartości matki Teresy, klasztor stał się schronieniem dla prześladowanych przez Niemców Żydów. Nie jest znana historia wszystkich ocalonych Jedynie matka Teresa wiedziała ile osób narodowości żydowskiej ukrywało się w placówkach prowadzonych przez siostry. Schronienie w klasztorach znajdowały zarówno dzieci, jak i dorośli. Świadectwa uratowanych osób przyczyniły się do przyznanie siostrze na początku lat 90. XX wieku tytułu "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata".
W czasie niemieckiej okupacji matka Teresa przywiązywała wielką wagę do umacniania nadziei na szczęśliwe zakończenie wojny. Zachęcała inne siostry do modlitwy oraz umartwiania. Modlitwy, posty i czuwania przed Najświętszym sakramentem ofiarowywano szczególnie w intencji osób znajdujących się w niebezpieczeństwie. W okresie okupacji upowszechniło się nabożeństwo do Najświętszego Oblicza Pana Jezusa. To Matka Kierocińska rozpowszechniła wizerunek tego Oblicza i modlitwy ku jego czci. Kaplica w sosnowieckim klasztorze była dla Polaków szczególnym miejscem modlitwy o wolność Ojczyzny oraz o szybkie zakończenie wojny. 
Okupacja niemiecka niezwykle ciężko doświadczyła całą rodzinę Kierocińskich. Matka Teresa z wielkim bólem przeżywała kolejne ciosy spadające na jej krewnych. W 1939 roku jej brat Stanisław został rozstrzelany przez Niemców, zaś jej rodzinę wygnano z rodzinnego domu. Rok później zmarła jej matka. Matka Teresa nie mogła przybyć na jej pogrzeb, ponieważ niemiecka władza nie wydały dokumentów uprawniających do przekroczenia granicy. W kolejnych latach kilkoro członków jej rodziny znalazło się w obozach koncentracyjnych.
Po zakończeniu II wojny światowej matka Teresa pozostała w Sosnowcu. Organizowała działalność placówek Zgromadzenia w nowych warunkach społeczno-politycznych. Kolejna kapituła generalna karmelitanek Dzieciątka Jezus miała się odbyć 20 lipca 1946 roku. Życzeniem biskupa T. Kubiny było, aby matka Teresa ustąpiła z funkcji przełożonej generalnej i nie kandydowała na następną kadencję. Siostra jednak zmarła kilka dni wcześniej. Na początku lipca karmelitanka ciężko zachorowała na ropne zapalenie otrzewnej. Ze względu na jej ciężki stan medycy odstąpili od operacji. Zmarła w sosnowieckim klasztorze w opinii świętości 12 lipca 1946 roku.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się 15 lipca. Przewodniczył im biskup pomocniczy diecezji częstochowskiej, Stanisław Czajka. Na prośbę ordynariusza diecezji biskupa Kubiny uroczystą Mszę św. żałobną odprawiono w kościele Wniebowzięcia NMP w Sosnowcu, po czym duży kondukt żałobny z ciałem zmarłej przeszedł przez całe miasto na cmentarz przy Alei Józefa Mireckiego.
Ciało matki Teresy spoczywało na cmentarzu parafialnym w Sosnowcu do 1982 roku, kiedy to dokonało ekshumacji doczesnych szczątków zmarłej, aby złożyć je w sarkofagu znajdującym się w kaplicy macierzystego zgromadzenia. Po wybudowaniu kościoła pw. Najświętszego Oblicza Pana Jezusa w Sosnowcu w 2005 roku doczesne szczątki Służebnicy Bożej zostały złożone w nowym sarkofagu znajdującym się w tymże kościele. 3 maja 2013 roku w Watykaknie promulgowano dekret o heroiiczności jej cnót. Od tej pory przysługuje jej tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

czwartek, 13 sierpnia 2026

2403. "Poczta serc" - prekursor "Marzycielskiej poczty"

Przez wiele, wiele lat w naszym kkraju działał niezwykły projekt noszący nazwę "Marzycielska Poczta". Jego ideą było wysyłanie zgłoszonym dzieciom, zmagającym się z ciężkimi chorobami, kartek ze słowami otuchy. W zamyśle były kartki, ale zdarzało się, że ludzie wysyłali też drobne upominki, mające na celu umilenie dzieciom czasu  spędxzonego w szpitalach i na różnych terapiach. W akcji brrały udział nie tylko indywidualne osoby, ale też cale firmy, zakłady pracy, a nawet szkooły. Wszystko po to, aby pokazać ciężko chorym dzieciom, że nie są same w tej walce. Projekt niestety upadł w okolicach pandemii. Szkoda, bo na pewno sprawił uśmiech na ustach niejednego podopiecznego.
W ostatni weekend po raz kolejny obejrzałam film, który być może był inspiracją do stworzenia wspomnianego projektu - "Poczta serc". Przedstawia on historię ośmioletniego chłopca imieniem Craig. Kiedy ten wesoły i pełen życia malec, na co dzień zapalony piłkarz, zaczyna słabnąć i gorzej się czuć, rodzice zabierają go do szpitala. Po wielu badaniach  lekarze wykrywają w mózgu chłopca guza - potworniaka. Zaczyna się walka o zdrowie, ale też życie Craiga. Pewnego dnia chłopiec otrzymuje kartkę z życzeniami od kolegów z klubu sportowego. Mama, widząc ile radości przysporzyła ona choremu dziecku, prosi krewnych, znajomych, a z czasem i obcych ludzi, o przesyłanie Craigowi podobnych kartek. Z czasem ich liczba przewyższa wszelkie wyobrażenia, a na horyzoncie pojawia się nawet wizja pobicia rekordu Guinnesa. Jak wpłynie to na zdrowie chłopca i na relacje między członkami rodzin?
Film w przystępny sposób pokazuje nie tylko rodzinną walkę ze śmiertelną chorobą młodszego dziecka, ale też to, jak ona wpływa na więzy między jej członkami i na kondycję całej rodziny. Mamy tutaj przebywające cały czas w szpitalu cierpiące dziecko, zmęczonych rodziców szukających różnych dróg ratunku, ale też sfrustrowanego starszego brata, który odszedł na dalszy plan. A jednak film pokazuje, że wzajemnej miłości połączonej z wyrozumiałością nic nie jest w stanie zniszczyć, nawet choroba. 
Historia Craiga oparta jest na autentycznej historii. Istnieją jednak różne wersje co do dalszych losów chłopca, który był pierwowzorem. Według jednej, podanej na końcu filmu, Craige przeżył. Według innej - zmarł. Jednak, jakkolwiek nie zakończyłaby się ta historia, jej pozytywną stroną jest powstanie podobnych inicjatyw w różnych częściach świata.

poniedziałek, 6 lipca 2026

2402. Osiem lat temu Stany Zjednoczone świętowały z nami odzyskanie przez Polskę niepodległości, czas świętować z nimi ich rocznicę tego wydarzenia

Obraz Johna Trumbulla, "Deklaracja niepodległości", przedstawiający pięcioosobowy komitet, który przygotował "Deklarację niepodległości" i prezentuje ją Kongresowi
4 lipca 1776 r. przedstawiciele 13 brytyjskich kolonii w Ameryce podpisali Deklarację niepodległości.

Ogłoszenie Deklaracji niepodległości miało podłoże przede wszystkim gospodarcze i polityczne. Nakładane przez Londyn nowe podatki, wzrost uprawnień urzędników mianowanych przez monarchę oraz brak przedstawicielstwa kolonii w brytyjskim parlamencie sprawiały, że antybrytyjskie nastroje zaczęły przybierać na sile. Mimo to wielu mieszkańców kolonii nadal czuło się mocno związanych z brytyjską monarchią – przez język i kulturę.

Współcześni szacowali, że społeczeństwo dzieliło się w 1/3 na zwolenników proklamowania niepodległości, w 1/3 na jej przeciwników oraz w 1/3 na niezdecydowanych. Dlatego podjęta przez tych pierwszych decyzja o wypowiedzeniu posłuszeństwa Londynowi wiązała się z koniecznością przeciągnięcia na swoją stronę przynajmniej części dwóch pozostałych grup i znalezienia wsparcia dla swoich starań za granicą. To ostatnie zadanie nie było specjalnie trudne, bo rywalizująca z Wielką Brytanią Francja chętnie stanęła po stronie zbuntowanych kolonistów.

„Zjednoczone Kolonie są, i zgodnie z prawem powinny być, wolnymi i niepodległymi stanami.”

Konflikt narastał już na długo przed przyjęciem Deklaracji. W maju 1773 r. parlament brytyjski, chcąc ratować finanse Kompanii Wschodnioindyjskiej, przyznał jej monopol w sprowadzaniu herbaty do Ameryki, co wymuszało na odbiorcach uiszczanie wysokiego cła. W odpowiedzi grupa przebranych za Indian kolonistów 16 grudnia 1773 r. wdarła się na statki stojące w bostońskim porcie i wyrzuciła ładunek do wody. W reakcji na to „bostońskie picie herbaty (Boston Tea Party) parlament brytyjski uchwalił w 1774 r. ustawy wymierzone przede wszystkim w Massachusetts i Boston, nazywane przez kolonistów „przymusowymi” i „nieznośnymi”. Ograniczały władzę lokalnych samorządów, a port w Bostonie został zamknięty dla handlu. Dochodziło do protestów, lecz rosnąca liczba brytyjskich żołnierzy brutalnie je tłumiła. W odpowiedzi na kryzys dwukrotnie zebrał się Kongres Kontynentalny, w którym ostatecznie uczestniczyli reprezentanci wszystkich kolonii. Ruch polityczny wymierzony w politykę Londynu nabierał na sile.

Rewolucja wybuchła 19 kwietnia 1775 r., gdy brytyjskie oddziały ruszyły z Bostonu, by przejąć zapasy broni i amunicji milicji kolonialnej w Concord. Doszło wówczas do starć, a na czele Armii Kontynentalnej stanął George Washington, plantator z Mount Vernon, który wiele lat wcześniej dosłużył się stopnia pułkownika w milicji. Początkowo wydawało się, że pospolite ruszenie amerykańskich kolonistów nie ma większych szans w starciu z regularną armią. Do zduszenia oporu rebeliantów Londyn wykorzystywał m.in. flotę, która próbowała zablokować główne porty. Takie działania nie przyniosły jednak rozstrzygnięcia. Washington unikał walnej bitwy i dążył do prowadzenia wojny na wycieńczenie do czasu, aż do konfliktu przyłączy się rywal Wielkiej Brytanii – Francja. Tak też się stało, co przechyliło szalę zwycięstwa na stronę Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie 3 września 1783 r. podpisano traktat paryski, w którym Wielka Brytania uznała istnienie suwerennych i niepodległych Stanów Zjednoczonych.

W początkowej fazie konfliktu ogromne znaczenie miało uchwalenie przez Kongres Deklaracji niepodległości. Miała ona uzasadnić rebelię przeciw prawowitej władzy. Był to gest skierowany zarówno wobec Brytyjczyków, jak i tej części amerykańskiego społeczeństwa, która pozostała lojalna wobec monarchii lub wciąż nie mogła zdecydować, po której stronie konfliktu stanąć. Nie bez znaczenia był również odbiór dokumentu za granicą. „Był to akt państwowy, obliczony na posiadanie mocy w ramach prawa międzynarodowego. Deklaracja wyjaśniała, o co walczą koloniści. Była próbą ustalenia, że przyczynę rewolucji stanowiło podporządkowanie przez króla swych poddanych arbitralnej władzy, sprowadzającej ich do stanu niewolnictwa” – pisała Jill Lepore w książce „My, naród. Nowa historia Stanów Zjednoczonych” (przeł. Jan Szkudliński).

Już 7 czerwca 1776 r. delegat Wirginii Richard Henry Lee przedłożył projekt uchwały głoszącej, że „Zjednoczone Kolonie są, i zgodnie z prawem powinny być, wolnymi i niepodległymi stanami”. Głosowanie nad rezolucją odłożono, a Kongres powołał Komitet Pięciu, którego zadaniem było sporządzenie projektu deklaracji. Jego członkami zostali: Benjamin Franklin z Pensylwanii, John Adams z Massachusetts, Roger Sherman z Connecticut, Robert R. Livingston z Nowego Jorku i Thomas Jefferson z Wirginii. To temu ostatniemu przypadło zadanie ułożenia tekstu.

„Nie można było lepiej trafić. Z wyglądu Jefferson sprawiał wrażenie zaniedbanego farmera. Był wysoki, rudy, niedbały w stroju i zamiłowany w przebywaniu na świeżym powietrzu (uważano go za najlepszego jeźdźca w Wirginii po George’u Washingtonie). Pod tą pospolitą aparycją krył się najbardziej dociekliwy umysł, jaki kiedykolwiek objawił się w Ameryce, umysł o olśniewająco zróżnicowanych talentach (wśród których był dar pisania przejrzyście jasną i atrakcyjną prozą), rozpalony republikańskim entuzjazmem. Był zarówno dzieckiem europejskiego Oświecenia, jak i arystokratycznej Wirginii. W dobrej kancelarii prawniczej nauczył się, jak poprowadzić sprawę, a co najlepsze, od przynajmniej dwóch lat rozważał i badał wszystkie te argumenty. Pod koniec czerwca miał już dla swoich kolegów gotowy szkic deklaracji” – pisał Hugh Brogan w „Historii Stanów Zjednoczonych Ameryki” (przeł. Elżbieta Macauley).

Kongres 2 lipca zaaprobował czerwcową rezolucję, ułożoną i zaprezentowaną przez przedstawiciela Wirginii. Dla wielu historyków i polityków, w tym dla Adamsa, to właśnie ta rezolucja była właściwym aktem zerwania z Wielką Brytanią. Świętem narodowym Ameryki stał się jednak 4 lipca, gdy Kongres przyjął tekst Deklaracji przygotowany na podstawie projektu Jeffersona.

„Nie ma w niej ani jednej myśli ponad to, co było maglowane w Kongresie przez dwa poprzednie lata” – pisał później rozgoryczony Adams, nie mogąc przeboleć sławy zyskanej przez Jeffersona. Ten ostatni stwierdził, że w ułożonym przez niego tekście nie miało być nic nowatorskiego. O samej Deklaracji powiedział: „Nie miała zawierać oryginalnych zasad czy przekonań ani też być kopią jakiegoś wcześniejszego czy konkretnego dzieła. Miała natomiast być wyrazem amerykańskich przekonań”. Po latach Jill Lepore nazwała ten dokument błyskotliwym osiągnięciem retorycznym i aktem niezwykłej odwagi politycznej.

Deklaracja - oprócz wyliczenia niegodziwości króla Jerzego III - zawierała także m.in. sformułowania dotyczące prawa człowieka do wolności i dążenia do szczęścia: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające szczęściu i bezpieczeństwu” - podkreślali przedstawiciele kolonii.

„Niemniej jednak fakt wywalczenia w 1783 r. upragnionej wolności stał się dla znakomitej większości Amerykanów źródłem nowej nadziei i ogromnej dumy z osiągniętych sukcesów.”

Kongres dokonał kilku zmian w tekście przesłanym przez Jeffersona. Najważniejszą było usunięcie krytyki handlu niewolnikami. Jefferson w autobiografii napisał, że stało się to ze względu na Karolinę Południową i Georgię, które chciały kontynuować ten proceder.

Amerykański historyk Carl N. Degler oceniał, że rewolucja amerykańska – w przeciwieństwie do innych rewolucji – nie dopuściła do władzy nowych grup społecznych, gdyż osoby stojące na czele antybrytyjskiej rewolty należały już do kolonialnej elity: John Hancock, przewodniczący Kongresu Kontynentalnego, był dobrze prosperującym bostońskim kupcem, Benjamin Franklin - zamożnym drukarzem, a George Washington - jednym z najzamożniejszych właścicieli ziemskich. „Z drugiej strony - pisał inny amerykański historyk, Howard Zinn - miejscy robotnicy wykwalifikowani, marynarze, jak również drobni farmerzy, zostali włączeni do »ludu« na mocy rewolucyjnej retoryki, dzięki braterstwu broni w czasie służby wojskowej, a także za sprawą rozdawnictwa części gruntów. W ten sposób powstała solidna baza dla narodowego konsensusu - coś, co pomimo wykluczenia, pominięcia i ucisku pewnych grup można było nazwać »Ameryką«” („Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”, przeł. Andrzej Wojtasik).

Rozdawnictwo ziemi i majątków było możliwe m.in. dzięki wywłaszczeniu lojalistów. Historycy szacują, że co piąty spośród około pół miliona zwolenników monarchii opuścił dawne kolonie i wyemigrował do Kanady, Nowej Szkocji, Wielkiej Brytanii lub Indii Zachodnich. Pozostali musieli mierzyć się z szykanami i groźbą utraty majątków. W miarę wzrostu liczby zwolenników niepodległości wielu lojalistów ukrywało swoje poglądy, aby zachować własność.

O skutki rewolucji spierają się historycy. „Wydaje się, że bunt przeciwko panowaniu brytyjskiemu pozwolił pewnej grupie kolonialnej elity zająć dotychczasowe miejsce lojalnych wobec Anglii. Przyniósł też pewne korzyści drobnym posiadaczom ziemskim, natomiast sytuacja białej pracującej biedoty i farmerów-dzierżawców pozostała w dużej mierze bez zmian. Co zaś oznaczała rewolucja dla rdzennych mieszkańców Ameryki? Górnolotne sformułowania Deklaracji po prostu ich ignorowały. (…) Teraz, po usunięciu Brytyjczyków, Amerykanie mogli rozpocząć proces bezwzględnego spychania Indian z ich ziem, zabijając tych, którzy stawiali opór” - pisał Zinn.

Inaczej akcenty rozkładał Robert Middlekauff, który w „Historii Stanów Zjednoczonych Ameryki” (przeł. Małgorzata Bąk) dostrzegał znaczenie ogłoszenia Deklaracji i ogłoszenia niepodległości: „Niemniej jednak fakt wywalczenia w 1783 r. upragnionej wolności stał się dla znakomitej większości Amerykanów źródłem nowej nadziei i ogromnej dumy z osiągniętych sukcesów. A były one niebagatelne: Amerykanie zdołali powstrzymać kolonizatorskie zapędy wielkiego mocarstwa i zmusić Wielką Brytanię, co prawda przy pomocy Francuzów, do zakończenia krwawej i bezwzględnej wojny. Młody naród mógł być jednak dumny nie tylko ze swych zwycięstw militarnych, pokazał bowiem światu, jak skutecznie wdrażać i kultywować republikańską formę rządów. Sukcesom wojskowym towarzyszył więc triumf polityczny, a w miarę krystalizowania się nowych zasad i koncepcji politycznych, także i ideologiczny. W 1783 r. wszystkie te osiągnięcia zdawały się być oczywiste tak dla samych Amerykanów, jak i dla reszty świata. Jednak już wówczas wiedziano, że rewolucja bynajmniej się nie zakończyła i że pozostało jeszcze wiele do zrobienia”

niedziela, 5 lipca 2026

2400. "Z woli Bożej"...

Rozmawialiśmy niedawno ze znajomymi na temat zmian w naszej parafii. Tak ogólnie, bez większych ocen. Choć nie będę ukrywała, że wymieniliśmy się drobnymi spostrzeżeniami na ten temat, w końcu jesteśmy tylko ludźmi. Zauważyliśmy pewną ciekawą rzecz: podczas ogłoszeń duszpasterskich, słyszymy, że "Z woli Bożej...". Ta, "wola Boża"... "Wola Boża" to może by i była, gdyby proboszcz został. Teraz to bardziej reguła zakonu mówiąca o tym, że proboszcz może być na jednej parafii najwyżej przez trzy trzyletnie kadencje z możliwością wydłużenia o rok w wyjątkowych przypadkach. Dziewięć lat minęło, "wyjątkowych przypadków" Inspektor się nie dopatrzył, więc normalną rzeczą są przenosiny proboszcza gdzieś indziej. Ale niech im już będzie, że "wola Boża".
Zastanawiamy się, czy personalia nowego proboszcza to jakaś tajemnica? O imionach i nazwiskach poprzednich proboszczów dowiadywaliśmy się od ich poprzedników stosunkowo szybko. A teraz nic, tylko tyle, że będzie zmiana. Nie wiem, czy aktualny ksiądz czegoś się obawia, czy co, bo nie wierzę, żeby nie wiedział, kto za niego przychodzi.
Czas pokaże, kto za niego przyjdzie i jaki będzie. Bo chyba gorzej być nie może... Chyba. 
Oprócz tego zmiany szykują się także w świetlicy środowiskowej, jak co roku zresztą. Wiadomo, dzieciaki rosną, dojrzewają, ktoś z nich przychodzi, ktoś odchodzi. Teoretycznie od nowego roku szkolnego powinnam mieć najmłodszą grupę, no ale boję się trochę tego, więc wnioskowałam o ciut starsze dzieci. Zobaczymy co z tego wyjdzie...