Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 14 września 2026

2428. Nasze pierwsze rafałkowe spotkanie

Rozpoczęliśmy kolejny, 37 już rok działalności wspólnoty Rafałki działającej w papieskim mieście. Bardzo się cieszę, że kilka dni wcześniej dostałam od koordynatorki SMS-a z informacją o spotkaniu. Oczywiście jest grupa na Whatappie, ja jednak nie mam tej aplikacji. Wiem, że z nią żyłoby mi się łatwiej i prościej, ale... Dlatego jestem tym bardziej wdzięczna za pamięć o mnie i za to, że komuś w ogóle chce się do mnie w takiej sprawie pisać. Może dlatego tym chętniej udałam się w trzygodzinną podróż, której celem było spotkanie z moimi nowymi znajomymi.
Spotkanie rozpoczęliśmy od poczęstunku przy wspólnym stole, co sprzyjało przełamaniu pierwszych lodów. Większość z nas jest jednak nieśmiała i potrzebuje trochę czasu, aby się oswoić i przyzwyczaić do nowych osób, a także do tych, których nie widzieqli przez dłuższą chwilę. To też czas na dotarcie dla tych, którzy się spóźniają.
Drugim punktem naszego spotkania było spotkanie ściśle formacyjne. Ponieważ jeszcze nie wydano tegorocznych "Drogowskazów", tj. międzynarodowych zeszytów zawierających propozycje scenariuszy spotkań na każdy miesiąc, miało ono raczej luźny charakter. Głównie opowiadaliśmy o naszym obozie w Zawoi, ale też swoimi pobytami na wakacjach dzielili się z nami ci, którzy na nim nie byli. Były też luźne rozmowy oraz "ogłoszenie duszpasterskie" dotyczące rekolekcji dla prowincji, które odbędą się w ostatni weekend września. O samych rekolekcjach słyszałam podczas oboozu, ba, nawet wymyślałam dekoracje, bo to na Rafałki spadło jej przygotowanie. Ale żeby na nie jechać... Tymczasem koordynatorzy chcieli nagrodzić moje zaangażowanie we wspólnotę (przesada, naprawdę) i zaproponowali mi udział w nich. Tak z automatu zgodziłam się, chociaż z tyłu głowy miałam, i w sumie dalej mam, pełno wątpliwości. Na koniec solenizanci z września otrzymali życzenia i drobne, symboliczne upominki.
Ostatnim punktem spotkania była Msza święta w papieskiej bazylice. Jak w większości przypadków, także i teraz, byliśmy dołączeni do grupy pielgrzymów, którzy też mieli w tym czasie Eucharystię. Wyniknął z tego mały zgrzyt, ponieważ i my i oni byliśmy przygotoowani na jej oprawę. Finalnie oni mieli czytania, a my Modlitwę Wiernych oraz procesję z darami. My już byliśmy przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy, ale ci pielgrzymi to widać było, że nie bardzo. Po Mszy serdecznie pożegnałam się ze wszystkimi, jednocześnie ciesząc się, ze spotkania z niektórymi z nich w końcówce września. Jeszcze nie ruszyłam do domu, a już niie mogłam się go doczekać... To będzie dobry rok, czuję to po kościach.
Mnie tylko pozostaje nadzieja, że spotkania "Rafałków" nie będą się zbytnio pokrywać ze spotkaniami "Dominków - bis". Oczywiście w minionym roku kilka spotkań było w jednym dniu, i musiałam kombinować tak, że z "Rafałków" wychodziłam wcześniej, łapałam busa do Krakowa, potem pociągiem do Jaworzna, autobusem pod kolegiatę, w której były spotkania i spóźniona na nie docierałam. Ale wolałabym jednak, aby jak najwięcej takich spotkań było w osobnych terminach. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Nie no, będzie, przecież innej opcji nie ma.

niedziela, 13 września 2026

2427. Przylądek Nadziei - miejsce, gdzie dzieją się cuda

Gdzieś wyczytałam, że wrzesień jest miesiącem świadomości na temat chorób nowotworowych u dzieci. I tak sobie przypomniałam o poniższym tekście napisanym przez panią Edytę Brzozowską, który tkwił w szkicach od dobrych paru lat (a w ogóle ukazał się 13 czerwca 2019 roku). Nie, wróć. O tekście w ogóle przypomniałam sobie, kiedy pewien mały Szymon zachorował na białaczkę i okazało się, że jest leczony właśnie w Przylądku Nadziei. Szczerze się ucieszyłam, a nawet mu kibicowałam, chociaż niektóre wpisy jego mamy były dość irytujące. Ale co dziecko temu winne? Wtedy jednak brakowało czasu na przepisanie tekstu, potem Szymek odszedł, a wraz z nim okazja do opublikowania go.
Tak sobie jednak myślę, że może nie być lepszej okazji do podzielenia się nim z Wami niż wrzesień. Co prawda raz po raz jakieś dziecko ze szkoły lub ze świetlicy otrzymuje diagnozę onkologiczną, ale wolę o tym nie pisać. Bo to jednak trudny temat nie tylko dla rodziny, ale i całej społeczności. Potrzebowałam bardziej uniwersalnego powodu i oto go znalazłam. 

Na rękach wynosiłam martwe dzieci. Dziś większość daje się uratować

Chemioludek pomaga mi pozbyć się złych bakterii z organizmu. One mają bardzo zły wzrok i dlatego zjadają moje zdrowe komórki. Chemioludek musi z nimi bardzo walczyć, dlatego bolał mnie brzuszek i wypadły mi włoski - opowiada 7-letnia Magda. Jest jedną z pacjentek "Przylądka Nadziei", dziecięcego oddziału onkologicznego w Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu. Niedawno oddziałowi groziło zamknięcie bo brakowało na nim ludzi do pracy.
 Budowa Przylądka Nadziei kosztowała 115 milionów złotych (Edyta Brzozowska)
  • Prof. Chybicka: "Nasza klinika jest w tej szczęśliwej sytuacji, że nie mamy kłopotów finansowych. Jednak brakuje nam ludzi do pracy, z wielkim trudem układamy grafik pielęgniarek. I z wielkim niepokojem myślę, że któregoś dnia może zabraknąć także lekarzy". Niedawno, po publikacji Onetu, do oddziału dołączyło dziewięć osób.
  • Prof. Chybicka: - Kiedy byłam początkującą lekarką,, to na setkę chorych na białaczkę dzieci, aż 85 umierało. Większość z nich trafiała do szpitala praktycznie z wyrokiem śmierci. Teraz proporcje się odwróciły i udaje nam się szczęśliwie wyleczyć prawie wszystkich małych pacjentów.
W "Przylądku" jest 68 miejsc, z należą do niego dwa oddziały hematologiczno - onkologiczne, oddział reanimacji i intensywnej opieki medycznej, oddział szpitala dziennego oraz największy w Polsce Dziecięcy Oddział Przeszczepiania Szpiku i Terapii Genowej. Lekarze przeprowadzają tu tysiące operacji transplantacji szpiku, a przy szpitalu działa  Klinika Mentalna, która zatrudnia psychoonkologów, psychoterapeutów, neurologopedów i diabetyków.
Magda ma zaledwie 7 lat, a zasób słów jak u dorosłego. Drobniutka dziewczynka wie co to małopłytkowość, tętnomierz i kroplówka. Najchętniej bawi się w szpital: wkłuwa misiom wenflony, zakłada opatrunki, robi zastrzyki i podaje swoim pluszakom "lekarstwa" - herbata i jogurt doskonale je udają.
U Magdy osiem miesięcy temu lekarze zdiagnozowali ostrą białaczkę limfoblastyczną, czyli najczęściej występujący u dzieci nowotwór krwi. Takich ciężko chorych małych pacjentów w Klinice Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu jest dużo więcej. Szpital nazwano "Przylądkiem Nadziei" nie tylko dlatego, że na barwnej fasadzie budynku dominuje zieleń - kolor wiary i otuchy, a jasny i przestronny budynek przypomina przestronne przedszkole.
Z nadzieją na cud wyzdrowienia rodzice przywożą tu swoje dzieci z całej Polski. I mogą być przy nich przez cały czas leczenia. 
- Pamiętam pierwszy wrocławski szpital, w którym w latach 70. zaczynałam pracę jako młoda lekarka - wspomina prof. Alicja Chybicka, szefowa kliniki. - Dzieci chore na białaczkę leżały w dwóch wielkich salach. Rodzicom wolno było przychodzić tylko raz dziennie, między 16.00 a 18.00. Żeby osłodzić dzieciakom ciężkie życie, pisałam im bajki. Dziś jest już całkiem inaczej, mamy we Wrocławiu nowoczesną klinikę na światowym poziomie, pierwszą tego typu w Europie. Leczy się u nas kilkudziesięciu małych pacjentów.
7-letnia Magda zdrowieje i w przyszłości chce być lekarką
Z ruiny do "Przylądka Nadziei"
Zanim powstał "Przylądek Nadziei", szpital mieścił się w starym, ceglanym budynku, który był wybudowany jeszcze przez Niemców ponad 100 lat temu przy ul. Odona Bujwida.
Atmosferę ponurej budowli z odpadającymi ze ścian tynkami, zagrzybionymi sufitami i mrocznymi korytarzami dopełniał widok z okien szpitala: leczące się tam przez wiele miesięcy dzieci miały przed oczami ogromny cmentarz mieszczący się dokładnie po przeciwnej stronie ulicy.
W 2010 roku Fundacja "Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową" w porozumieniu z wrocławskim Uniwersytetem Medycznym oraz Uniwersyteckim Szpitalem Klinicznym we Wrocławiu, rozpisała międzynarodowy konkurs na projekt nowej Kliniki. Ambasadorką Fundacji została znana podróżniczka i dziennikarka Martyna Wojciechowska, a już 5 lat później udało się za ponad 115 milionów złotych wybudować nową klinikę.
Tylko w pierwszym roku działalności lekarze wykonali tu dzieciom aż 86 przeszczepów szpiku. To była rekordowa liczba zabiegów w porównaniu ze wszystkimi klinikami tej specjalności działającymi w Europie.

Choroba spadła jak grom z jasnego nieba
Dwuosobową salę dzieli z Magdą o rok starsza Millnka z Większyc na Opolszczyźnie. Właśnie przyjęła ostatnią w tym cyklu leczenia dawkę chemii i dlatego jej buzia jest nieco spuchnięta..
- Pierwszych pięć chemioterapii Milenka znosiła bardzo dobrze - mówi Ewa Kobus, mama dziewczynki - Dopiero po ostatniej dawce była bardzo nieswoja, skarżyła się na ból pleców i nóżek. Była aptyczna, na nic nie miała ochoty.
8-letnia Milenka jest w trakcie chemioterapii
We wrocławskim "Przylądku Nadziei" 8-latka leczy się od kwietnia tego roku.
- Choroba córki spadła na nas jak grom z jasnego nieba - wspomina mama dziewczynki. - Któregoś dnia na szyi i lewym obojczykiem ujawnił się cały pakiet ogromnych węzłów chłonnych. Byłam przerażona, ale pocieszałam się, że to tylko wynik jakiejś infekcji. Lekarka przez 3 tygodnie obserwowała stan córki, ale kiedy w końcu jeden z guzów wycięto do badania histopatologicznego, to okazało się, że jest podejrzenie chłoniaka nimfoblastycznego. Szybko trafiłyśmy do Wrocławia, a po kolejnych szczegółowych badaniach wyszło, że córka ma białaczkę.
Rozmowę  z panią Ewą musiałam przerwać, gdyż do Magdy podeszła lekarka, aby zmienić jej port. To taki dożylny cewnik, dzięki któremu pobieranie krwi, podawanie płynów i leków jest mniej uciążliwe, a dzieciom nie trzeba za każdym razem zakładać wenflonu.

Szpital bez białych fartuchów
- Mam wrażenie, że "Przylądek" jest jakąś cudowną wyspą, na której próżno by szukać lekarza albo pielęgniarki, którzy byliby niemili albo oschli - opowiada pani Karina. - Oni kochają te dzieci i robią wszystko, co w ich mocy, żeby wyzdrowiały. Atmosfery szpitala nawet bardzo nie czuć, bo nikt z personelu nie ubiera się do pracy w białe kitle.
Rzeczywiście, dr Jolanta Boner, hematolog która opiekuje się dziećmi, nosi kolorowy uniform we wzory z bohaterami dziecięcych kreskówek.
Taki zwyczaj wprowadziła prof. Alicja Chybicka, lekarka wszechstronna. Jest pediatrą, onkologiem i hematologiem dziecięcym, zrobiła również kolejne specjalizacje: z immunologii i transplantologii klinicznej oraz medycyny paliatywnej.

W PRL białaczka była wyrokiem śmierci
Dziećmi opiekuje się od 45 lat i podkreśla, że leczenie małych onkologicznych pacjentów diametralnie się przez ten czas zmieniło. 
- Kiedy byłam początkującą lekarką, to na setkę chorych na białaczkę dzieci, aż 85 umierało - wspomina Chybicka. - Większość z nich trafiała do szpitala praktycznie z wyrokiem śmierci. Wyleczalność była niska, warunki pracy straszne. Prawie żadnych zabiegów się nie znieczulało, a kiedy dziecko umierało, to na własnych rękach wynosiłam je do pseudo kostnicy pod schodami. Nieliczni lekarze, którym udawało się wyjechać na konferencje naukowe za żelazną kurtynę do Europy Zachodniej, przywozili ze sobą sterylne wenflony. Trudno uwierzyć, ale w latach 80. mało kto w Polsce wiedział, co to takiego. Teraz proporcje się odwróciły i udaje nam się szczęśliwie wyleczyć prawie wszystkich małych pacjentów.
We wrocławskiej klinice lekarze przeprowadzają tysiące operacji transplantacji szpiku, a przy szpitalu działa Klinika Mentalna, która zatrudnia psychoonkologów, psychoterapeutów, neurologopedów i dietetyków. Wszyscy pomagają i dzieciom, i ich rodzicom przejść przez trudny czas leczenia.
Mamy chorych dzieci nawiązują w Przylądku Nadziei przyjaźnie; Fot: Edyta Brzozowska


Chemioludek i inni przyjaciele

- W "Przylądku" dostałyśmy książeczkę o Chemioludku - mówi Karina Koszela, mama Magdy. - To bajka, która tłumaczy dzieciom, czym jest chemioterapia. Dzięki tej historyjce łatwiej mi było wytłumaczyć córce, że jest chora i jajkie leczenie ją czeka.
- Chemioludek pomaga mi pozbyć się złych bakterii z organizmu - dopowiada dziewczynka. - Te bakterie mają bardzo zły wzrok i dlatego zjadają zdrowe komórki. Chemioludek musi z nimi bardzo walczyć, dlatego bolał mnie brzuszek i wypadły wszystkie włoski.
Magda opowiadając historię stworka walczącego z jej nowotworem, tuli do siebie białego misia. Takich maskotek jest tu mnóstwo, pochodzą z darów. Akurat ten jest darem pewnych nowożeńców, którzy zamiast kwiatów i prezentów zażyczyli sobie zabawek, które podarowali pacjentom "Przylądka".
- Mimo, że Madzia jest chora, uwielbia tu być - dodaje mama Magdy. - A kiedy ją pytam, kim będzie kiedy dorośnie, mówi że zostanie lekarką albo pielęgniarką. I że naprawi dzieciom chorą krew. Jak ten Chemioludek.

Dzieci nie mogą widzieć naszych łez
Mamy i ojcowie małych pacjentów często spotykają się w oddziałowej kuchni, która jest tylko do ich dyspozycji. Znają się, zaprzyjaźniają, rozmawiają o przebiegu leczenia swoich pociech.
- Tu możemy się uzewnętrznić ze swoimi emocjami - przyznaje Małgorzata Żyrek, mama dwuletniego Igora, który ponad pół roku wcześniej zachorował na białaczkę - Robimy sobie kawę, coś ugotujemy. Czasem i popłaczemy, bo to taki nasz pokój terapii. Ale lepiej tutaj, a nie przy drzwiach. One nie mogą widzieć naszych łez, zły nastrój wyczuwają natychmiast.
Pani Małgorzata z synkiem Igorem

Dla niej również wiadoomość  o chorobie dziecka była szokiem.

- Igorek przestał chodzić, mówić, nie pozwalał się dotknąć - wspomina kobieta. - Był bliski śmierci, ale na całe szczęście wszystko jest już na dobrej drodze. Synek zdrowieje.
A pani Ewa cieszy się, że w "Przylądku" wiele się dzieje: dzieci bawią się z klownami, biorą udział w warsztatach kulinarnych, mają też swoją Jaskinię Gier Planszowych i Salę Doświadczania Świata. Do małych pacjentów przychodzą artyści i sportowcy. Cyklicznie odbywają się onkoigrzyska, wkrótce wybiorą się w rejs statkiem po Odrze i pojadą do miasteczka kowbojskiego w Karpaczu.
- Jednak te nasze dzieciaki przez chorobę dojrzewają o wiele szybciej, niż ich rówieśnicy - smuci się pani Karina. - Magda narysowała niedawno obrazek, na którym wszystkie dzieci miały ręce radośnie uniesione do góry. Spytałam, co to oznacza, a córka odpowiedziała: "One się cieszą, że są zdrowe" - mówi ze łzami w oczach młoda mama.

Pieniądze mamy, zaczyna brakować ludzi
Prof. Alicję Chybicką martwi jeden problem.
- Nasza klinika jest w tej szczęśliwej sytuacji, że nie mamy kłopotów finansowych - podkreśla szefowa kliniki. - Jednak brakuje nam ludzi do pracy. Z wielkim trudem układamy grafik pielęgniarek, bo sporo z nich jest w ciąży albo na urlopach macierzyńskich. Inne pracują ponad miarę i biją rekordy nadgodzin. Są fantastyczne, ale średnia ich wieku to 53 lata, nie mają już siły. Dlatego wszędzie gdzie mogę apeluję, aby zgłaszały się do pracy w naszej klinice. I z wielkim niepokojem myślę, że któregoś dnia może zabraknąć także lekarzy.
Prof. Agnieszka Chybicka na planie programu "Dzień dobry TVN"

2426. Rozpoczęcie roku szkolnego z Bogiem

W wielu polskich kościołach na rozpoczęcie roku szkolnego odprawiana jest Msza święta w intencji uczniów, nauczycieli, katechetów i wychowawców. Od niemal 30 lat uczestniczę w takichż, najpierw jako uczennica uczęszczająca do szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum, potem jako studentka, animatorka i wychowawczyni w parafialny Oratorium, wreszcie jako pedagog oraz osoba współodpowiedzialna za przygotowanie dziatwy do sakramentu bierzmowania. Nie będę pisać, że byłam zawsze, bo byłoby to przesadą, ale jak mogę, to z miłą chęcią jestem w staniie poświięcić te 50 minut z jednego dnia.
Widzę też w czasach obecnych pewną zachętę do przyjścia na taką Mszę. Kiedyś ograniczała się ona do sztywnego trzymania się formularza Mszy świętej, monologu kapłana na kazaniu, a po wszystkim po prostu szło się na rozpoczęcie roku szkolnego do szkoły. Kiedy w mojej parafii założono scholę, przynajmniej śpiewy były bardziej młodzieżowe i radośmiejsze.
Teraz taka Msza jest najczęściej popołudniu, aby dzieciaki rano mogły spokojnie iść do szkoły. Kazanie ma formę ciekawej opowieści, najczęściej jest dialogowane, z licznymi gadżetami, po Mszy jest kiełbaska, ognisko, gry i zabawy. Oczywiście ta druga forma jest dużo bardziej atrakcyjna dla współczesnej przebodźcowanej dzieciarni, która po prostu się nudzi  na tradycyjnych. Czy jednak liczba dzieciaków, które były obecne na rozpoczęciu będzie miała przełożenie na ich uczestnictwo we Mszach świętych w niedzielę i święta? Mam cichą nadzieję, że tak. Że nie będzie to dla nich jednorazowy ewent, na którym można się pobawić i coś zjeść, a piękna, całoroczna przygoda pogłębiania swojej przyjaźni z Bogiem. 
Duża tu odpowiedzialność rodziców. Bo na nic się nie zda ani płomienne kazanie, ani różne zachęcacze do uczestnictwa w życiu Kościoła, jeżeli rodzice tuż po przyjęciu przez dziecko Pierwszej Komunii Świętej zaprzestaną uczęszczać na Msze święte. Dla mnie najbardziej przerażające jest to, kiedy słyszę od kandydata do bierzmowania, że on u spowiedzi był tylko przed Pierwszą Komunią świętą. Aż chce się krzyczeć: "A później"?! Ja rozumię, że aktualnie ma się cały szereg zajęć dodatkowych. Ale też mam wątpliwości, czy taka osoba powinna przystępować do bierzmowania. Bo gdzie tutaj jest owa dojrzałość chrześcijańska, do której się dąży?
Mimo wszystko, miło było patrzeć, jak dzieciaki w miarę spokojnie siedzą w kościelnych ławkach, a potem jak śpiewają jednym głosem. Miło było patrzeć, jak po Mszy grają w piłkę w ogrodzie przy plebani oraz jak pieką kiełbaski nad ogniskiem. Miło było słyszeć fragmenty ich rozmów o wakacjach. I nawet ja miałam swój drobny, ale słodki wkład w organizację całej imprezy.
Wbrew moim obawom rolada biszkoptowa z kremem śmietankowym i galaretką rozeszła się błyskawicznie
Wiem, że zaraz przyjdzie powszechność i codzienność, że wiele z tych dzieci zapewne zapomni o niedzielnej Mszy świętej. A może nie zapomni, że jest Ktoś, kto czeka na każdego z nich w tabernakulum w każdą niedzielę i święto, tak samo jak czeka na nie pyszny obiad wraz z deserem u babci. Obiad to Słowo Boże i Komunia święta, a deser? Deser to Życie Wieczne wraz z kochającym nas Bogiem-Ojcem, które na nas czeka. Prosta logika - niewymierne skutki. 

sobota, 12 września 2026

2425. Na pełen etat

Nie, nie pracuję na pełny etat, bo chyba bym nie wyrobiła przy dwóch etatach. 
Ale teraz, wraz ze zmianą proboszcza w jednej z będzińskich parafii, można powiedzieć, że mam jeszcze jedną pracę, tyle że nawet na pełen etat. Wiecie, nowy proboszcz nie za bardzo się orientuje co jest gdzie w zakrystii. A ja przez ostatni rok doskonale nauczyłam się praktycznie wszystkich czynności przy ołtarzu, wiem gdzie są jakie paramenty, wiem gdzie się przechowuje hostie, komunikanty, ornaty, lekcjonarze, wina mszalne, a w zaledwie dwa dni nauczyłam się przygotowywać w 100% ołtarz pod Mszę świętą. Łącznie z nalewaniem wina i wody do ampułek oraz oświetleniem całego kościoła. Pytam się tylko o jedno - gdzie są na tych Mszach pozostali ministranci? Tyle się mówi o braku powołań, a tam, gdzie te powołania powinny się rodzić, brakuje jednego - dyscypliny i systematyczności. Ja wiem, że teraz każdy dzieciak ma milion zajęć dodatkowych, ale naprawdę każdy ma je codziennie, a przez to nikogo w tygodniu nie widać przy ołtarzu? No trochę trudno mi w to uwierzyć...
Czuję się prawie jak kościelny. Tylko kościelnemu płacą za wykonywaną pracę, a zwykły choralista roby wszystko wolontaryjnie...

czwartek, 10 września 2026

2424. „Kościół ma być domem, w którym nikt nie czuje się obco”

Zmęczenie jest czymś, co dało się we znaki chyba każdemu pielgrzymowi zmierzającemu pieszo na Jasną Górę. Przecież nawet ten, kto przyszedł z okolicznych miejscowości wniósł w tą drogę jakiś wysiłek, chociażby poświęcenia kilku godzin w tym dniu, aby pokłonić się jasnogórskiej Pani. Piesze pielgrzymki nie powinny się mierzyć przebytymi kilometrami, a szczerością serca. Nie każdy da radę przyjść z nad morza. Ale chyba każdy zmierza do celu z jakąś intencją w swoim sercu. A kto wie, może nawet ten, co miał do pokonania dwa-trzy kilometry, włożył w nie więcej wysiłku, niż ten, który szedł trzy tygodnie... 
Zwieńczeniem pielgrzymowania jest uroczysta Msza święta odprawiana na jasnogórskich wałach. Tak się złożyło, że m.in. nasza sosnowiecka pielgrzymka ma ją o godzinie 19:00. Czasami ciężko jest do niej wytrwać. I wielu ludzi po prostu wraca wcześniej do domu. Wiele razy miałam ochotę tak samo postąpić. Jednak dla mnie wtedy brakowałoby zakończenia. Bo wiecie - jak rozpoczęło się pielgrzymkę Mszą świętą, to wypadało by ją tak samo zakończyć. 
Jak już wspominałam trzy wpisy temu - w tym roku biskup Artur Ważny został wyznaczony do powiedzenia nam Słowa Bożego. Toteż z automatu jeszcze bardziej skupiłam uwagę na tym, co mówi, chociaż jeszcze kilka chwil wcześniej autentycznie zamykały mi się oczy.
Biskup wyszedł od pewnego historycznego faktu - otóż dokładnie 70 lat temu, 26 sierpnia 1956 roku, na Wałach Jasnogórskich stało puste krzesło. A raczej spoczywał na nim bukiet biało-czerwonych róż. Ponad milion ludzi patrzyło na nie ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach, ponieważ błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński siedział uwięziony w Komańczy. To stamtąd przesłał ludowi Jasnogórskie Śluby, które powstały w samotności bieszczadzkich lasów, wśród modlitwy i cierpienia. Dziś krzesło to nie jest już puste w historycznym wymiarze. I tutaj biskup Ważny zapytał wszystkich, czy w naszym życiu nie stoi dziś jakieś puste krzesło?
Tym krzesłem może być puste miejsce przy niedzielnym stole, ponieważ od miesięcy nie potrafimy porozmawiać z najbliższymi, bo dzieli nas polityka albo inne wybory życiowe, zranione ambicje i rosnący przez lata żal? Może to też być puste krzesło po kimś, kogo bardzo kochaliśmy, a kto po cichu zamknął za sobą drzwi Kościoła, bo poczuł się niewysłuchany, zraniony, zgorszony czy też przytłoczony swwoją słabością? A może to puste krzesło stoi w naszych duszach? Może to być miejsce po dawnej, dziecięcej ufności, po pierwszej miłości do Boga czy człowieka, która niestety po cichu wygasła pod ciężarem zmęczenia, życiowych rozczarowań oraz codziennej walki o przetrwanie?
Nikt z nas nie przyszedł na Jasną Górę, aby udawać silnych czy też idealnych. Ale każdy z nas przyniósł ze sobą pył z polskich dróg, osłabłe stopy, pot, zmęczenie, ale przede wszystkim nasze nadzieje oraz niezagojone rany. I oto stajemy tu jako wspólnota roku 2026, jako naród o wielkim sercu, a zarazem zmęczony wzajemnymi sporami, niespokojny o bezpieczeństwo granic, a także o jutro naszych dzieli, czy też pokój na świecie. Co w tej chwili robi Matka?
Ordynariusz naszej diecezji zapewniał zgromadzonych pielgrzymów, że nie robi nam żadnego rachunku sumienia z przeszłości ani nie patrzy na nas niczym chłodny, surowy sędzia. Patrzy za to na nasze zakurzone buty, zagląda każdemu z nas głęboko w oczy i mówi z bezgraniczną czułością: "Jak dobrze, że przyszedłeś. Dobrze, że przyniosłaś do Mnie wszystkie swoje puste krzesła. Usiądź przy Mnie. Odnówmy dzisiaj nasze Przymierze".
Tego dnia, a właściwie podczas tej Mszy świętej Pierwsze Czytanie było z Księgi Proroka Izajasza. Biskup zacytował w swojej wypowiedzi jeden jego fragment: "Chodźmy, wstąpmy na górę Pańską do świątyni Boga Jakuba. Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami... Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy" (Iz 2, 4,6). Prorok Izajasz powiedział to do ludzi siedzących na ruinach swojego świata i płaczących z bezsilności. I tutaj pojawia się pytanie co tak naprawdę budzi zachwyt Boga w człowieku? Nie są to pancerze wojowników, miecze, włócznie, potężne armie czy też wyniosłe deklaracje mędrców. Są to raczej zmęczone, zakurzone nogi posłańca idącego do drugiego z darem pokoju. Z kolei nogi zwiastuna pokoju są piękne nie dlatego, że charakteryzują się nieskazitelną czystością, ale dlatego, że ubrudziły się idąc ku innemu człowiekowi. Nasze spracowane stopy to tak naprawdę stopy zwiastuna.
Następnie biskup zauważył, że siedemdziesiąt lat temu nasi uczniowie ślubowali wierność Ewangelii. Ale co to oznacza w dzisiejszych czasach? Być wiernym Ewangelii w Polsce w 2026 roku oznacza mieć odwagę zdjąć zbroję żołnierza wojny domowej na rzecz założenia sandałów zwiastuna pokoju. Wszyscy nauczyli się w mistrzowski sposób kopać okopy. W parlamencie, w mediach, w komentarzach internetowych, a nawet we własnych rodzinach przy codziennym oraz świątecznym stole. Tak łatwo nam przyklejać sobie łatki. Co na to mówi nam Chrystus przez Maryję? - Dosyć tego! Bo tak właściwie Polska nie potrzebuje kolejnych prokuratorów oraz sędziów wydających wyroki. Potrzebują za to cichych i cierpliwych budowniczych mostów. Bo wierność Bogu nie polega na tym, jak głośno krzyczymy nan naszych oponentów, wierność Bogu mierzy się tym, czy potrafimy zrobić pierwszy krok, spojrzeć z miłością w oczy komuś, kto myśli inaczej niż my, podać mu dłoń i powiedzieć: "Może się w wielu rzeczach nie zgadzamy, ale jesteś moim bratem. Jesteś moją siostrą. Nie jesteś moim wrogiem". Dlatego warto modlić się za naszą Ojczyznę, po cichu i bez pogardy. A tam, gdzie spotykamy się z hejtem, złośliwością czy niezrozumieniem, powinniśmy odpowiedzieć szczerym błogosławieństwem. Bo ma zaciśniętą pięść uczeń Chrystusa odpowiada otwartą, gotową do uścisku i modlitwy dłonią.
W Drugim Czytaniu mogliśmy usłyszeć następujące słowa: "Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swego Syna zrodzonego z Niewiasty... abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo" (Ga 4, 4-5). W tych słowach według biskupa święty Paweł dotyka najgłębszej tajemnicy - Bóg nie zbawił ludzkości z bezpiecznego, niebiańskiego dystansu. Bóg przyszedł w bezbronnym, kruchym dziecku. Narodził się w ubogiej stajni, gdzie płakał z zimna i dał się przytulić Matce. Od tamtej pory każde życie ludzkie nosi w sobie świętą pieczęć godności dziecka Bożego. Ordynariusz przypomniał, że w Jasnogórskich Ślubach wołano całym sercem: "Przyrzekamy strzec daru życia!" Jednak to wezwanie dziś musi wybrzmieć na nowo. Z głęboką czułością, bez cienia taniego moralizowania czy agresji. Ochrona życia w 2026 roku nie polega tylko na batalii prawnej, to przede wszystkim odważna, współczująca obecność tam, gdzie życie jest bezradne, zlęknione i samotne. Bo obrona życia powinna być bezwarunkową troską o każde nienarodzone, bezbronnen i kruche dziiecko, ale również natychmiastowe wsparcie dla kobiety, kiedy ta dowiaduje się o trudnej diagnozie albo zostaje zupełnie zama ze swoim strachem. Bisksup podzielił się tym, że wysłuchał świadectw ponad dwustu kobiet poi dramacie aborcji i nikt go nie przekona, że jest to zwyczajny zabieg. Zaznaczył jednocześnie, że tylko Boże Miłosierdzie potrafi oświecić powstałą wtedy ciemność. 
Biskup zauważył, że wiele ludzi przeżywa lęk przed założeniem rodziny i przekazaniem życia. Nie wolno nam ich ranić naszymi ocenami czy też oskarżeniami o egoizm, indywidualizm czy też pragnienie kariery. Bo to najczęściej bolesna niepewność jutra i samotność młodych. Młodzi ludzie mierzą się dziś z brakiem dachu nad głową, niestabilnością pracy, a przede wszystkim z poczuciem, że zostali sami. Kiedyś dziecko wychowywane było przez wielopokoleniową rodzinę oraz sąsiadów, dziś młodzi rodzice często doświadczają paraliżującej izolacji w wielkim mieście,, bez zaplecza i pomocy czując, że cały ciężar wychowania spoczywa tylko na ich barkach. Jest to też wielki lęk egzystencjalny oraz psychiczny. Zwrócił też uwagęę na to, że wielu młodych nosi w sobie nieuleczone rany jeszcze ze swoich własnych domów, lęk przed powtórzeniem lbłędów rodziców, paraliżujący strach przed przyszłością. Nic dziwnego, że w ich głowach pojawia się pytanie czy będą dobrymi rodzicami. Wbrew pozorom Kościół nie może odpowiadać na ten lęk surowym pouczeniem. Raczej powinien stać się dla młodych bezpieczną przystanią, domem pomocy, wspólnotą, od której otrzymają pomoc. Ale ochrona życia to także pochylenie się nad nastolatkiem gubiącym się w labiryncie cyfrowego świata, zmagającego się z depresją, płaczącego w poduszkę i pytającego, czy warto żyć? To wzięcie za rękę seniora w hospicjum czy zapomnianego sąsiada w bloku, aby podarować mu naszą obecność i uważne wysłuchanie. Jak podkreśla biskup Ważny - jeśli w naszych parafiach i rodzinach odbudujemy taką kulturę czułości i troski o każde życie, lęk ustąpi miejsca zaufaniu, a miłość do życia przeniknie nasze serca.
Podczas Mszy świętej, w czytanej Ewangelii, mogliśmy usłyszeć następujące słowa: "A gdy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: >>Nie mają wina<< (J 2, 3). Według słów biskupa, wino w Piśmie Świętym jest czymś więcej, niż napojem - to także symbol działania Ducha Świętego, weselnej radości, serdecznego ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Kiedy brakuje wina wesele gaśnie, a w jego miejsce wkrada się wstyd, zagubienie i chłód. Ten obraz bardzo pasuje do naszych polskich domów. Wystarczy spojrzeć, w ilu małżeństwach po latach wspólnej drogi skończyło się wino pierwszej fascynacji, a zaczęło ciche, obojętne trwanie obok siebie? W ilu rodzinach skończyło się wino wspólnej, radosnej modlitwy, a dzieci odeszły od pacierza, bo może w naszym życiu nie zobaczyły Boga, a jedynie zbiór suchych nakazów? W ilu kapłanach, katechetach i duszpasterzach skończyło się wino ewangelicznego entuzjazmu, a zostało zmęczenie, zniechęcenie oraz rutyna? Tutaj biskup poradził nam spojrzeć na Maryję. Ona na weselu w Kanie nie mówi nikomu żadnych złośliwości. Nie wyśmiała gospodarzy, że do tego dopuścili. Maryja po prostu podeszła do Jezusa z dyskretna, pełną matczynego przejęcia prośbą o pomoc. I dzisiaj też przynosi przed Boży tron naszą pustkę prosząc swojego Syna, by polski Kościół był domem, gdzie nikt nie czuje się obco. Biskup z Jasnej Góry chciał z całego serca zwrócić się do wszystkich, którzy z różnych powodów stoją na progu Kościoła, z dystansem na niego patrzą, albo odeszli z bólem. Zwracał się też do tych, którzy trwają w zawartym przed ołtarzem przymierzu, chociaż współmałżonek je połamał. Ale też do tych, którzy noszą skomplikowane historie życiowe i po rozpadzie pierwszych małżeństw zawarli nowe związki, przez co nie mogą w pełni uczestniczyć w sakramentach. Zwrócił się do głęboko zranionych przez ludzi Kościoła - przez obojętność duszpasterzy, ich surowy klerykalizm, brak empatii, hipokryzję, tragiczne zgorszenia i przestępstwa, przez które ich zaufanie zostało utracone i z płaczem odeszli w poczuciu krzywdy. Zwrócił się do młodych i poszukujących, zmagających się z kryzysem wiary, trudnymi pytaniami, ze swoją tożsamością, a w odpowiedzi usłyszeli zbyt łatwe slogany, potępienie lub chłód zamiast cierpliwej i szukającej prawdy miłości. I zwrócił się też do tych, którzy nie czują się "dość dobrzy", połamani przez własne nałogi, grzechy oraz życiowe upadki, sądzących, że Bóg na nich nie czeka. Powiedział im istotną rzecz: "Wy nie jesteście poza Kościołem! Wy jesteście w samym sercu troski i tęsknoty Boga!". Bo Chrystusowy Kościół to nie ekskluzywny klub dla ludzi bez skazy, nieskazitelnych faryzeuszy, którzy mają wszystko w życiu poukładane. Kościół to szpital polowy, pogotowie ratunkowe, w którym Bóg-Lekarz delikatnie obmywa i zszywa połamane skrzydła poranionych ludzi, aby i oni wkrótce mogli się wznieść ku Niebu. Przeprosił też za każdą sytuację, w której poczuli się odepchnięci.
Innym przesłaniem Ewangelii był fragment: "Rzekł do nich Jezus: >>Napełnijcie stągwie wodą<<. I napełnili je aż po brzegi" (J 2, 7). Na weselu w Kanie Galilejskiej stało sześć stągwi. Czytając opowieść o weselu musimy mieć na uwadze, że Jezus nie stworzył wina z niczego, a ze zwyczajnej wody, symbolu naszej szarej, powszechnej codzienności. Biskup jeszcze raz wrócił do Jasnogórskich Ślubów sprzed 70 lat, kiedy to naród polski przyrzekał walkę z wadami narodowymi, takimi jak pijaństwo, zawiść, czy lenistwo. Dzisiaj te pułapki zmieniły swoje oblicze na ucieczkę w samotność przed ekranami smartfonów, pracoholizm, zawiść karmiona jadem anonimowych komentarzy oraz wieczne polskie narzekanie odbierające nadzieję. Ale biskup chciał w nas tego wieczoru widzieć rzesze dobra. Widział cichą i heroiczną wierność tysięcy polskich małżeństw, które trzymają się mocno za ręce na dobre i na złe. Widział wolontariuszy karmiących bezdomnych oraz młodych szukających prawdziwych wartości, wspólnoty modlitewne oraz ewangelizacyjne niosące światło w mroku samotności. Zaznaczył, że ogień Ducha Świętego w Polsce nie zgasł! On tli się pod popiołem i czeka na powiew miłości. W imieniu Boga zadał też każdemu z nas pytanie: "Co wlejesz do swojej stągwi"? I poradził, aby wlać w nie wodę cierpliwości, kiedy w naszym domu kolejny raz puszczą nerwy. Wlać wodę bezwarunkowego przebaczenia, kiedy korci, by wypomnieć komuś stare winy. Wlać wodę czystej uczciwości, kiedy widzimy, że inni idą na skróty i kombinują. Czy też wlać wodę łagodnego milczenia lub dobrego słowa, kiedy widzimy jak w Internecie inni obrzucają się błotem. Powinniśmy napełni nasze strągwie po same brzegi, a oddać Bogu swoją małą, szarą codzienność. Zobaczymy wtedy, że On dotknie tej wody i zamieni ją w wyborne wino radości odmieniające nasze serca, małżeństwa, bliskich, parafię, a nawet Ojczyznę.
W usłyszanej Ewangelii było jeszcze jedno ważne zdanie: "Wtedy Matka Jego rzekła do sług: >>Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie" (J 2, 5). Jak zauważył nasz biskup, jest to duchowy testament Maryi, która nigdy nie zatrzymuje wzroku na sobie. Widać to choćby na Jasnogórskiej Ikonie, na której Jej prawa dłoń nieusztannie i z wielką czułością wskazuje na Jezusa. Zwrócił też uwagę na to, że prawdziwa pobożność Maryjna nie polega na chwilowym wzruszeniu mijającym po powrocie do domu. Prawdziwa pobożność maryjna to cierpliwość w tłumie, w zatłoczonym autobusie, w biurze, na budowie i przy domowym zlewozmywaku. A co mówi do nas dzisiaj Jezus? - "Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój". Bądźmy więc pierwszymi, którzy gaszą kłótnie, a nie tymi, którzy dolewają oliwy do ognia. Mówi: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół" - a więc módlmy się za tych, którzy nas ranią i szydzą z naszych krzyży na piersiach. Rada biskupa była prosta - nie mamy im ani złorzeczyć, ani mścić się na nich, ale wręcz im błogosławić. Bo ciemności nie rozproszy się ciemnością, ale światłem miłości, które ma moc uzdrawiania ludzkich serc. Jezus mówi: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili" - powinniśmy zobaczyć ludzi w tych, których świat spisał na straty. Bo świat nie uwierzy walczącemu o wpływy ludzkie, przywileje czy też polityczną rację Kościołowi. Świat uwierzy za to Kościołowi, który potrafi uklęknąć przed zranionym człowiekiem, aby z nim zapłakać i z bezgraniczną miłością obmyć jego poranione stopy.
Na koniec swojej homilii biskup przypomniał nam, że za chwilę zejdziemy z jasnogórskiego wzgórza i założymy na zmęczone nogi te same zakurzone buty, zarzucimy na plecy plecaki i wrócimy do swoich domów, wiosek i miast. Wrócimy do tych samych niezapłaconych rachunków, trudnych rozmów, problemów w pracy i innych życiowych zmagać. Na pozór więc nic się w naszych domach nie zmieni. Ale to my wrócimy inni, bo wrócimy z sercami pełnymi nadziei. Poradził nam wszystkim, abyśmy jeszcze raz spojrzeli na Oblicze Jasnogórskiej Pani. Zapytał, czy widzimy te dwie cięte rysy na Jej policzku i przypomniał, że przez lata nikt nie potrafił ich zamalować. Tak, jakby Bóg chciał, aby Maryja nosiła na twarzy te blizny. Ale po co? Bo Matka Boża nosi na swoim obliczu rany wszystkich swoich dzieci. Nosi więc blizny matek drżących o swoje potomstwo, rany opuszczonych starców, rany młodych ludzi tracących sens życia, rany rodzin będących dotkniętych zdradą oraz rany narodu dotkniętego gniewem. To nie jest Królowa z kryształowego i niedostępnego pałacu, ale Matka wiernie stojąca pod naszymi osobistymi krzyżami, ocierająca łzy i zapewniająca: "Jestem przy tobie. Nie bój się". Mieliśmy więc wracać do domu z podniesioną głową oraz pokojem w sercach. Bo przecież Bóg jest większy od naszych słabości.