Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 21 lipca 2026

2399. Msza trydencka kontra Msza posoborowa - czy naprawdę jest się o co kłócić?

Zrobił się w Internecie spór na temat wyższością Mszy świętej w rycie rzymskim (posoborowej) nad uczestnictwem we Mszy świętej w rycie trydenckim (tradycyjnej), tudzież na odwrót. Jedna pozwala nam na zrozumienie słów modlitw wypowiadanych przez kapłana kosztem podniosłej atmosfery. Druga, może i uroczysta, ale za to dla przeciętnego człowieka niezrozumiała, poza czytaniami i kazaniem. Nie każdy zna łacinę, nawet te 60-70 lat temu większość słów wypowiadanych przez kapłana było niezrozumiałych dla przeciętnego, aczkolwiek osłuchanego w tym wszystkim człowieka.
Zwolennicy rytu tradycyjnego argumentują swoje stanowisko tym, że ten typ Mszy świętej jest sprawowany od zawsze, a nawet, że identyczną Mszę sprawował sam Jezus Chrystus. To ostatnie akurat nie jest prawdą - Jezus mówił po aramejsku i to w tym języku przemawiał w czasie Ostatniej Wieczerzy.  Tak samo jak apostołowie i pierwsi kapłani będący ich następcami - odprawiali Najświętszą Ofiarę w języku aramejskim, bądź w lokalnych dialektach. Łacina weszła do liturgii z czasem, przede wszystkim dlatego, że apostołowie działali na obszarze Imperium Rzymskiego, gdzie była ona powszechnie używana. Tak też zostało na całe stulecia. Być może kiedyś to niewielu przeszkadzało, lubimy jednak rozumieć co też ktoś do nas mówi. To jeden z powodów, dla których zmiany posoborowe nie są takie złe, jak to jest przedstawiane.
Mówią i piszą, że Msza w rycie rzymskim jest dziełem szatana, że to nie jest prawdziwa Msza, jest niegodziwa, bo rozdzielono ołtarz od tabernakulum. Nawet, że jest ona wręcz heretycka, czy sekciarska. Dziełem szatana? Przecież to nie była pochopna decyzja jednego, czy tam drugiego katolickiego kapłana. To nie była zmiana wprowadzona jednym podpisem papieża. To efekt wieloletnich prac różnych komisji, rozmów, dyskusji wielu specjalistów z różnorakich dziedzin teologicznych. Widziano potrzebę bardziej świadomego włączenia wiernych w Eucharystii, widziano popularny zwłaszcza na polskich wsiach obraz, gdzie lud odmawiał swoje modlitwy, głównie różaniec, zamiast uczestniczyć w Najświętszej Ofierze. Chciano to zmienić poprzez większe, a przede wszystkim bardziej świadome zaangażowanie w Eucharystii. Chciano aby ludzie rozumieli, chociaż trochę, co mówi i robi kapłan. Myślę, że Bóg nie będzie miał tego nikomu za złe. Rozdzielenie tabernakulum od ołtarza też nie uważam za herezję i coś niestosownego. Rozumiem, że miało to bronić dogmatu o transsubstancji (rzeczywistej obecności Chrystusa w konsekrowanym Chlebie i Winie), że umieszczenie tabernakulum w centralnym punkcie ołtarza miało stanowić wizualny dowód wiary chrześcijańskiej, że akcentowało to ofiarny charakter Mszy, że kapłan stojący tyłem do ludzi jakby prowadził ich za sobą do Jezusa. Ale rozumiem też drugą stronę mówiącą, że Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy był zwrócony do uczniów przodem. A skoro był zwrócony przodem, to kapłan występujący w Jego imieniu,, też powinien być zwrócony do wiernych przodem. Kapłan stojący przodem ułatwia też wiernym wspólnotowe przeżycie Eucharystii, chociażby poprzez kontakt wzrokowy i wykonywane gesty. Co do godności sprawowania Najświętszej Ofiary, to wydaje mi się, że będzie ona ważna w każdym rycie, jeżeli będzie ją sprawował ważnie wyświęcony, czynny kapłan. Sam ryt nie ma tu nic do rzeczy, przecież pierwsza Eucharystia nie była sprawowana w żadnym rycie. I też była ważna.
Przy okazji wywiązała się dyskusja nad możliwością wieczystego  odprawiania Mszy świętych w rycie rzymskim udzielonej kapłanom przez papieża Piusa X, a ograniczenie tego zezwolenia przez ostatnich papieży. Tutaj wychodzi nasze ludzkie akceptowanie tego, co jest nam na rękę, a negowanie wszelkich zmian, które nam nie pasują. Papieże na przestrzeni lat wprowadzali wiele zmian w funkcjonowaniu struktur Kościoła Katolickiego. Czy podważały one nieomylność swoich poprzednków? Nie, ponieważ wydawali oni rozporządzenia na miarę czasów, w których żyli. Czas jednak biegnie do przodu, świat się zmienia, czasami trzeba iść na kompromis, aby nadążyć za tymi zmianami nadążyć. Czy żyjący na przełomie XIX i XX wieku Pius X mógł przewidzieć tego rodzaju rewolucję w sprawowaniu Mszy? Podejrzewam, że nie, dlatego wydał tego rodzaju dekret.
Na koniec nie mówię, że Msza święta w rycie trydenckim jest zła i w ogóle. Wiem, że ma ona swoich zwolenników, którzy widzą jej piękno i urok. Że są tacy, którzy nie wyobrażają sobie uczestnictwa w żadnej innej formie. Wiem, rozumiem i szanuję to. Ale nigdy nie zrozumiem, jak można uważać, że uczestnictwo we Mszy posoborowej nie doprowadzi wiernych do zbawienia? Przecież Jezus ani Bóg nigdy nic takiego nie powiedzieli, a jednocześnie i Msza święta trydencka i posoborowa, nota bene ustanowione przez ludzi, mogą finalnie nie okazać się tymi, które prowadzą do zjednoczenia z Panem. Równie dobrze najlepszą ku tego Mszą może okazać się ta odprawiana w buszu, z elementami pierwotnych wierzeń i pogańskich zwyczajów. I co wtedy? 
Zapominamy, że podstawowym zadaniem każdej Mszy świętej jest nakarmienie wiernych Chlebem Życia. Zapominamy, że przemiana chleba w Chleb Życia oraz wina w Krew Pańską dokonuje się za przyczyną modlitwy i rąk wyświęconego kapłana. Nie jest ważne, czy zrobi to tyłem czy przodem do wiernych, na śnieżnobiałych obrusach, czy nieheblowanym stole w obozie koncentracyjnym bądź sowieckim łagrze. Czy te dwa ostatnie miejsca sprawiały, że przeobrażenie było nieważne? Myślę nawet, że brak liturgii akcentował to, co powinno być najważniejsze. A jeżeli konsekracja w ukryciu była ważna, to tym bardziej będzie ważna podczas Mszy, bez znaczenia w jakim rycie będzie ona odprawiana.

poniedziałek, 20 lipca 2026

2398. Mamy wakacje!

A skoro mamy wakacje, to wraz z kuzynostwem rozpoczynamy je o tak:
I najsmaczniejsza, ponadczasowa przekąska...
Cóż człowiekowi potrzeba więcej do szczęścia?

2397. Pilnujmy się wzajemnie

Późnymi wieczorami, kiedy wreszcie mam chwilę czasu dla siebie, czasami puszczam sobie w tle jakiś kryminalny podcast. Ale o tym zdaje się już kiedyś wspominałam. Te podcasty, chociaż są różne, to właściwie w pewnym momencie znajdzie się temat, który już kiedyś usłyszałam na innym kanale. Od niedawna, takim wracającym do mnie niczym bumerang tematem, jest niewątpliwie sprawa tajemniczego zaginięcia 79-letniej Kazimiery Zaremby z Bełchatowa. Starsza pani wyjechała w 2012 roku na pielgrzymkę do Wilna, z której niestety nie wróciła. Może zaginięcie samo w sobie nie byłoby takie wstrząsające, ile okoliczności, które temu towarzyszyły. Chociaż była w dobrych stosunkach z organizatorem wyjazdu, ten nawet nie próbował jej szukać. No, może z początku próbował, ale szybko się zniechęcił i pojechał z resztą pielgrzymki na dalsze zwiedzanie miasta. 
Dziwne to dla mnie i niezrozumiałe. Skoro jakiejś osoby nie ma na miejscu zbiórki, to czeka się do skutku, powiadamia o zdarzeniu najbliższych, szuka jej, wzywa policję czy też inne służby, aby ją znalazły. Tym bardziej, że tego samego dnia jeszcze była ona widziana w kilku innych miejscach. A tu nie było nic. Zaś pielgrzymka po kilku dniach wróciła do Polski. Bez pani Kazi, która wyparowała jak kamfora. Rodzina rozpoczęła poszukiwania, bezskutecznie. Zaginięcie pani Kazimiery pozostało tajemnicą.
Ta smutna historia daje jednak wiele do myślenia. Jak bardzo trzeba być małostkowym i bezdusznym człowiekiem, aby nie rozpocząć szerszych poszukiwań zaginionej? Przecież to była starsza kobieta, zapewne wystraszona tym, że nie dość że jest w obcym kraju, to jeszcze nie może się z nikim porozumieć z powodu bariery językowej. Dlaczego nikt w tym autokarze nie zareagował, nie sprzeciwił się odjazdowi autokaru z parkingu? Naprawdę zwiedzanie jest ważniejsze od ludzkiego życia? Dlaczego organizator pielgrzymki wraz z lokalnym przewodnikiem nie podjęli żadnych konkretnych działań? Jestem po studiach z turystyki, toteż tym bardziej tego nie rozumiem. Odpowiedzi na te pytania być może nigdy nie poznamy, bo uczestnicy wyjazdu po powrocie nabrali wody w usta w tej sprawie. Tak samo, jak nigdy się nie dowiemy, co się stało wtedy z panią Kazimierą.
Lato to czas wyjazdów, także tych zbiorowych. Bądźmy empatyczni i w międzyczasie zwiedzania odwiedzanych miejsc miejmy też pozór na innych uczestników wycieczki, zwłaszcza tych starszych i nieporadnych. To nie jest "niańczenie", to jest zapobieganie takim tragediom jak powyższa. A jeśli już ktoś się zgubi, to szukajmy go, wezwijmy pomoc. Im szybciej to zrobimy, tym większe szanse, że szybko odnajdziemy taką osobę całą i zdrową.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

2396. Nie lubię jawnie oceniać i już

Próbuję zrozumieć zachowanie niektórych moich znajomych, jednak nie zawsze jest to możliwe. Jednym z takich zachowań jest np. publiczne ocenianie kogoś po tym, co się widzi. Mam taką jedną znajomą, która jest w tym dosłownie mistrzem i nie ma Mszy świętej, po której na głos nie komentowałaby zachowania niektórych wiernych, którzy na niej byli. Dosłownie po jakiś typowych głupotach potrafi stwierdzić, jaki ktoś jest. A ponieważ zazwyczaj służy do Mszy, to ma doskonały widok na cały kościół. Jak możecie się domyśleć, przez całe życie zmagam się z niesprawiedliwym ocenianiem przez innych, dlatego zawsze denerwuje mnie takie zachowanie. Tym bardziej, że wiem, gdzie mieszka i też mogłabym wyrobić sobie na jej temat zdanie tylko na tej podstawie. Ale nie potrafię, bo wiem, że mogłabym być tutaj niesprawiedliwa. Kilka razy próbowałam z nią o tym rozmawiać, zawsze słyszałam coś w rodzaju: "A co ty o nich wiesz?". A co ona właściwie o nich wie? Podejrzewam, że też niewiele.
Ostatnio nawet mi się oberwało, w związku z tym, że inne aktywności nie pozwoliły mi na uczestnictwo w niedzielnej Mszy świętej w tym kościele, opuściłam w nim prawie wszystkie niedziele. Ksiądz proboszcz wiedział o przyczynach, nic nie mówił, zwłaszcza że nadrabiałam na Mszach w tygodniu. Zazwyczaj nawet sama posługiwałam na nich księdzu. W ostatnią niedzielę swoją przysięgę ministrancką złożyły dzieciaki po Pierwszej Komunii Świętej. Ja znowu nie mogłam być, jednak w tygodniu ksiądz mnie nie poinformował o tym. Jeszcze tego samego dnia dostałam pełen pretensji i wyrzutów telefon od owej znajomej, że jestem nieodpowiedzialna, że właśnie dzieciaki zostały ministrantami, a mnie się to odwlekło nie wiadomo do kiedy, że wszystko dlatego, że nie chodzę nan Msze święte, że to, że tamto, że siamto... Zrobiło mi się smutno i przykro, bo nie mam sobie nic do zarzucenia, a i ksiądz jest ze mnie zadowolony. Że ocenia mnie ktoś, kto niewiele wie o moim życiu, bo nie o wszystkim piszę na facebooku. Że tak twierdzi ktoś, kto sam niezbyt uczęszcza na niedzielne Msze w ostatnim czasie (wiem od proboszcza). Odpowiedziałam jej, że na wszystko przyjdzie odpowiednia chwila, a ja widać muszę poćwiczyć moją cierpliwość. Obraziła się, a mnie było przykro i smutno. Ale jednocześnie naszła mnie jedna myśl. Nie wiem z czego jest ten fragment, ale podoba mi się bardzo: "Sprawiedliwie oszacować jakąś rzecz możemy tylko wg tego, jak ją Bóg ocenia! To, co Bóg myśli i sądzi, winno być dla nas niezmienny prawidłem. To samo trzeba odnieść do Maryi. Zastanów się nad wszystkim, co Bóg dla Niej uczynił, jakie okazał Jej dowody miłości, a zrozumiesz, jak bardzo masz Ją cenić i miłować. Pismo Święte mówi, że niezliczone są dusze - oblubienice: królewskich panien nie masz liczby; ale ponad wszystkie inne jedna jest gołębica moja, nieskalana moja. Więc Oblubienica Boża, w szczególniejszy sposób umiłowana, winna - po Bogu- wszechwładnie królować w naszych sercach. Do Niej powinny się zwracać wszystkie nasze myśli i pragnienia. Pan Bóg z miłości ku Niej udzielił Jej wszelkich przywilejów i tak Ją wyróżnił spośród wszystkich stworzeń. I nasza miłość dla Niej powinna wywyższać Ją ponad wszystko, co po Bogu miłujemy. Bóg umiłował Ją tak dalece, że Jej dał pierwsze po sobie miejsce na ziemi i w niebie. Dlatego i my zachowajmy ten porządek: Najpierw Bóg, potem Maryja; niechaj na ziemi i w niebie - po Bogu- nie będzie nic godniejszego hołdów czci i naszej miłości.". No i co z tego, że tamtat znajoma co chwilę wrzuca na facebooka jakieś zdjęcie jak to pokornie służy przy ołtarzu. Co z tego, że od 26 lat jest ministrantką? Co z tego, że rok temu została Ministrantką Roku? Co z tego, skoro nieustannie ocenia wszystkich - od księży poczynając, poprzez wiernych i znajomych, a na innych ministrantach kończąc. Wie, że nie popieram tego, dlatego niezbyt mnie lubi. A że jestem mniej sprawna fizycznie, to nawet przy ołtarzu dyskretnie mną pomiata... Ech, wiecie, mam to gdzieś, bo nan szczęście inne rzeczy sprawiają mi przyjemność. A że jeszcze poczekam na przyrzecznie ministranckie - no, zdarza się. Nie pierwszy raz na coś czekam i na pewno nie ostatni...
Nie oznacza to oczywiście, że nie oceniam w ogóle, bo oceniam. W ogóle myślę, że ocenianie jest jedną z naszych podstawowych zachowań choćby po to, aby stwierdzić, czy dana osoba wzbudza nasze zaufanie, czy też nie. Samo ocenianie nie jest takie złe, o ile zachowamy pewną dozę obiektywizmu i braku uprzedzeń, stereotypów itp. No bo wiecie, wiele osób patrząc na mnie może uznać, że jestem pod wpływem alkoholu albo narkotyków, co oczywiście nie jest prawdą. Publiczne komentowanie moich wychowanków, zwłaszcza tych ze świetlicy środowiskowej, też może być dla nich krzywdzące i niesprawiedliwe. Nie wiem o nich więcej niż powinnam, dlatego nie rozmawiam na ich temat bez potrzeby, a nade wszystko - bez zastanowienia. Wydaje mi się, że takim gadaniem mogę ich skrzywdzić, np. stawiając ich w niewłaściwym świetle. Może dlatego nie podoba mi się zachowanie mojej znajomej. A może po prostu nie nadążam za tym zwariowanym światem? Sama nie wiem...

sobota, 27 czerwca 2026

2395. Dębowiec - polskie La Salette

W ostatnią sobotę maja wiele wspólnot Prowincji Południowej "Wiary i Światło" wyruszyło w podróż do Dębowca, aby uczestniczyć w dorocznej pielgrzymce. Każdego roku wybierane jest inne miejsce. Rok temu był to położony w Beskidach Rychwałd. W tym roku Rada Prowincji zdecydowała, że będzie to położony na jej drugim końcu Dębowiec, tak aby tym razem wspólnoty z podkarpacia miały bliżej.
Dębowiec to niewielka miejscowość usytuowana na podkarpaciu. Dawniej było to miasto, ale w 1896 roku zostało ono zdegradowane do wsi. Na początku XX wieku Saletyni zakupili tamtejszy park wraz ze znajdującym się na nim dworem. Z czasem wybudowali na jego terenie swój klasztor oraz Sanktuarium Matki Bożej Saletyńskiej.
Budowa sanktuarium rozpoczęła się w 1936 roku. Blisko 90 lat wcześniej, 19 września 1846 roku, w niewielkiej wiosce położonej we francuskich Alpach, dwoje pastuszków: 15-letnia Melania Calvat oraz 11-letni Maksimin Giraud mieli doznać objawienia Matki Bożej. Według ich relacji była to niezwykłej piękności, siedząca jakby wewnątrz jasnej kuli. Z początku miała zakrytą dłońmi twarz, a jej łokcie oparte były o kolana. Na piersiach niewiasty widniał krzyż z Jezusem Chrystusem i zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem oraz obcęgami. Z krzyża promieniowała niezwykła jasność otaczająca Piękną Panią. Na miejscu objawienia wytrysnęło cudowne źródełko, które płynie do dzisiaj.
Podkarpackie ukształtowanie terenu przypomina to alpejskie. Podobnie jak przed laty Mikołaj Zebrzydowski wybudował Kalwarię na zboczach Beskidu, aby jak najwierniej odzwierciedlała naturalny krajobraz Jerozolimy, tak w XX wieku Saletyni wybrali Dębowiec, który do złudzenia przypominał im środowisko francuskich Alp. Budowa świątyni została ukończona w 1939 roku, a dwa lata później uroczyście poświęcona przez księdza Franciszka Kasaka. Działania wojenne nie oszczędziły budowli - ponieważ w klasztorze stacjonowali żołnierze Wehrmachtu, został on zniszczony przez lotnictwo sowieckie 17 września 1944 roku. Kościół został odbudowany po II wojnie. Aktualna budowla została konsekrowana przez biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka w 1966 roku. Z kolei 20 maja 2012 roku decyzją wydaną przez papieża Franciszka świątynia została ustanowiona bazyliką mniejszą.
Początek spotkania przewidziano na godzinę 12:00. Może i późno, ale dzięki temu wszystkie grupy mogły spokojnie dojechać na miejsce. A nawet nieco odpocząć. Wiecie, przynależność do dwóch wspólnot nie jest łatwa i trzeba jakoś dzielić pomiędzy nie swojej życie. Salomonowym wyrokiem przyjechałam z Wadowicami, a wróciłam z Jaworznem.
To, co rzuca się w oczy po przybyciu na miejsce to majestatyczny portal świątynny. Stojąc przed nim człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo jest mały. Przynajmniej ja miałam takie wrażenie, kiedy wraz z "Rafałkami" zbliżyliśmy się do wejścia. A ponieważ byliśmy przed czasem, usiedliśmy na ławkach stojących przed kościołem.
Inne wspólnoty też zaczęły już się schodzić, co zwiastowało, że już za chwilę rozpocznie się Eucharystia. Można było spokojnie wejść do wnętrza kościoła i zająć dogodne miejjsce. W środku było już sporo osób. Moją uwagę przykuła figura Matki Bożej Płaczącej, znajdującej się w bocznej kaplicy sanktuarium. Jest to rzeźba będącą kopią figury z La Salette o wysokości 130 cm. Przedstawia ona Matkę Bożą Saletyńską siedzącą na kamiennym głazie. Twarz ma ukrytą w dłoniach i jest pochylona ku przodowi. Wykonano ją z drewna lipowego i pokryto polichromią. W roku koronacji (1996) przeszła ona gruntowną konsekrację. 15 września 1996 odbyła się jej koronacja, dokonana przez nuncjusza apostolskiego, ks. abp. Józefa Kowalczyka.
Z tego co wyczytałam, to w sanktuarium znajduje się też posrebrzany relikwiarz z relikwiami ponad 50 świętych. Ma kształt ściętego pnia, z którego wyrastają gałęzie i młode pędy symbolizujące odradzający się Kościół. W podstawę relikwiarza wmontowano relikwie Apostołów, fundamentu Kościoła. Relikwie św. Piotra i św. Pawła znajdują się w górnej części zamykającej relikwiarz.
O godzinie 12:00 zadzwoniła kościelna sygnaturka, a do prezbiterium weszli kapłani wraz z asystującą im służbą liturgiczną. Na początek jednak zostaliśmy powitani przez jednego z saletynów posługujących na miejscu. W Mszę zaangażowani byli wszystkie wspólnoty: utworzył się zespół muzyczny, czytali czytania, śpiewali psalmy i aklamację przed Ewangelią, czytali Modlitwę Wiernych, komentarze do darów, jak i nieśli same dary do ołtarza. Byłam też świadkiem chyba najkrótszej homilii w życiu, liczącej niewiele ponad 3 minuty. Sprowadzała się ona do tego, że mamy żyć tak, aby nikt przez nas nie płakał.
"Rafałki" niosą w darze swój sztandar
"Ojcze nasz" powinno jednoczyć wszystkich wiernych
I już sam ołtarz.
Po Mszy zostaliśmy jeszcze na chwilę w kościele, aby zobaczyć scenkę przedstawiającą objawienie Matki Bożej w La Salette, o którym pisałam na początku. Nie wiem czy wiecie, ale osoby upośledzone umysłowe lepiej przyswajają to co widzą, niż słyszą. Dlatego tak dużo na spotkaniach scenek i pantomimy. 
Przy okazji zostało nam przedstawione orędzie Matki Bożej z La Salette. Objawienie Maryi miało obudzić wiernych, zburzyć obojętność, pewność siebie i doprowadzić do oparcia życia na Jezusie Chrystusie. Słowa Orędzia obnażają nieposłuszeństwo wobec Boga, lekceważenie Kościoła i sakramentów, zapraszają do odnowy modlitwy i świadectwa wobec innych ludzi.
Po obejrzeniu przedstawienia wszystkie grupy udały się do pięknego ogrodu, aby tam w ciszy i skupieniu przeżyć Drogę Krzyżową. Przy każdej jej Stacji zatrzymywaliśmy się i z przejęciem wypowiadaliśmy wcześniej poznaną formułkę: "Kłaniamy Ci się Jezu Kochany i całujemy Twe święte rany". Łatwa, prostat, rymowana, wpadająca w ucho. Myślę, że każdy bez większych problemów ją opanował. Po drodze moją uwagę przykuła figura przedstawiająca Matkę Bożą Płaczącą, tą, którą można zobaczyć w murach sanktuarium. Z tą jednak różnicą, że tamta była kolorowa i jakby bardziej "radosna" (sama nie wiem, jak to nazwać, bo nie chodzi mi tutaj o radość ducha, ale taką wizualną), z kolei ta była kamienna, co wywołało we mnie jeszcze większą trwogę. Może tak samo czuły się tamte dzieci, kiedy objawiła im się Matka Boża?
W czytanie rozważań poszczególnych Stacji również były zaangażowane różne wspólnoty, co sprawiało, że ponownie staliśmy się jednością. Silniejsi i sprawniejsi pomagali tym słabszym, aby łatwiej im było iść. Jedyne co mogło nam przeszkodzić, to deszcz, który wróżyły wiszące nad terenem sanktuarium chmury. Spadło nawet kilka kropel, tworząc na chodniku wyróżniające się różne wzory. Nawet szepnęłam stojącej obok koordynatorce "Dominków-bis", że zaraz lunie jak z cebra. Usłyszałam w odpowiedzi, że może nie będzie tak źle, jak myślę. No bo w sumie taka ulewa mogłaby zakończyć całą Drogę Krzyżową. Ale nie, jakoś wytrzymało do końca.
Kiedy doszliśmy do ostatniej stacji jeden z zakonników posługujących w sanktuarium sam stwierdził, że jest zaskoczony, że byliśmy tak cicho, że słychać było brzęczenie much. A to podobno nierzadko się zdarza w tamtym miejscu.
Ostatnim punktem spotkania była Agape, czyli coś dla ciała i coś dla ducha. Do jedzenia był bigos, nie zabrakło także ciast i innych słodkości. A potem rozpoczęła się zabawa. Tańcom i innym wygibańcom nie było końca, a śmiechu przy tym co niemiara.
Zbliżało się późne popołudnie, czas było wracać do domu. Przybyłe na spotkanie wspólnoty powoli zaczęły kierować swoje kroki w stronę parkingu, na którym już czekały na nich autokary. Wracając z obydwoma wspólnotami wstąpiliśmy jeszcze na chwilę modlitwy do pięknej kaplicy znajdującej się w podziemiach kościoła.
Te gołąbki pijące wodę z poidełka są urocze. Po dniu pełnym wrażeń wyruszyliśmy w czterogodzinny powrót do domu. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że wyjazd był zorganizowany z grupą z Libiąża. W sumie, nie było nas dużo, więc mogliśmy się śmiało połączyć. 
Z pielgrzymki wróciłam z pozytywnymi wrażeniami. Raczej nie było większego zaskoczenia, zwłaszcza, że rok temu uczestniczyłam w podobnym spotkaniu. A gdyby jeszcze kazanie każdy z nas wziął sobie do serca, to o ileż świat byłby piękniejszy i lepszy.