Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 18 września 2019

1023. Kotek - Kłopotek

Kotek - Kłopotek
Chcecie kotka?
Oto kotek.
Kotek, co się
zwie Kłopotek.
Lubi z ranka 
mleczko pić.
Lubi też o
mleczku śnić.
Ma on mamę,
ma on tatę.
Chętnie bawi się
też z bratem.
Razem psocą,
figle robią.
Raz za razem
coś przeskrobią.

Od zawsze lubiłam malować farbami. Najpierw w domu, potem w przedszkolu, aż w końcu na lekcjach w szkole. Doszło do tego, że kiedy byłam mała, to tata nazywał mnie drugim Matejką, co strasznie mnie denerwowało. Ale skąd w wieku 5 lat miałam wiedzieć, kto to był Matejko.
Oczywiście malowałam "na swoich zasadach", bo z powodu spastyki i atetozy dłoni nie jestem w stanie robić to w, powiedzmy, naturalny sposób. Kiedy inni siedzą przy stole, czy też sztalugach i trzymając pędzel w dominującej dłoni tworzą prawdziwe dzieła sztuki, ja muszę stać nad stołem i nie dość, że trzymam pędzel w lewej, sprawniejszej ręce, to jeszcze prawą podtrzymuję sobie tą lewą w nadgarstku, aby wykonać bardziej precyzyjne ruchy. Skomplikowane? Wybaczcie, nie pomyślałam, aby strzelić fotkę tego wszystkiego, dla zobrazowania całej sytuacji. Jedno jest pewne - do dzisiaj dziękuję wszystkim moim nauczycielkom plastyki za wyrozumiałość dla moich dziwactw.
Spod pędzla nie zawsze wychodziło to, co chciałam. Ten kotek też nie do końca wyszedł mi taki, jak chciałam(czy on w ogóle przypomina kotka?). Ale jest, chociaż nadgarstek boli od napiętych mięśni. A przy okazji powstał powyższy wierszyk, bardziej dla dzieci, niż dla dorosłych. Bo niemal zawsze tworzeniu jakiejś pracy towarzyszy powstanie na jej temat jakiegoś wierszyka bądź opowiadania. To jeszcze jedno z moich dziwactw. 
Obrazek zaś powstał dla Olinka na jego urodziny. Dodatkowo do koperty wrzuciłam też kartkę z życzeniami i historię o św. Franciszku w wersji dziecięcej, czytaną przez Zbigniewa Zamachowskiego. 

Przed chwilą dzwoniła do mnie pani J. ze Sz.P. z wiadomością, że ona nie potrafi sobie wyobrazić mojej pracy z kimś innym niż z nią. Wrrr... upierdliwe babsko(za przeproszeniem) ze zbyt słabą, a może wręcz stereotypową wyobraźnią. Ale ja w dalszym ciągu byłam nieugięta. Nie, nie i jeszcze raz nie! Ja też mam prawo do swojego zdania. Tym bardziej, że znowu zapowiada mi się bardzo pracowity czas.

wtorek, 17 września 2019

1022. "Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano?"

Powyższe zdanie wyczytałam dwa lata temu w książce "Katyń. Post mortem". Tej samej, na której motywach Andrzej Wajda oparł film pod tym samym tytułem. Aż żal, że nie zawarł go w swoim dziele. Bo czytając książkę pomyślałam sobie, jak bardzo jest ono wymowne. Zwłaszcza z perspektywy wywiezionych do Związku Radzieckiego jeńców wojennych.
17 września 1939 roku napadnięta przez Niemców Polska została po raz drugi zdradzona, tym razem przez Sowietów, którzy napadli na nią od Wschodu. Dla wielu Polaków, którym przez pierwszych 17 dni wojny udało się dotrzeć za Bug i San, był to niewątpliwie szok. Szybko okazało się, że zawarty 23 sierpnia tego samego roku Pakt Ribbentrop - Mołotow, mający przeciwdziałać agresji, był tak naprawdę IV rozbiorem naszego kraju. Zrozpaczeni cywile musieli wracać do swoich domów, nierzadko po kilkaset kilometrów na nogach, tysiące żołnierzy Wojska Polskiego zostało zaś wywiezionych jako jeńcy wojenni w głąb ZSRR. Dla zdecydowanej większości z nich była to podróż w jedną stronę. Jechali z nadzieją, że zostaną ochronieni przez konwencję międzynarodową, tymczasem wielu z nich w kwietniu następnego roku skończyło swoje życie poprzez strzał w tył głowy. 
Zanim jednak to się stało, tysiące jeńców trafiły do tymczasowych obozów, przerobionych najczęściej z potężnych, prawosławnych monasterów. Wschodnie monastery swoją strukturą przypominają zachodnie klasztory. W celu przygotowania ich na przyjęcie liczby ludzi liczonych w setkach(jeśli nie tysiącach), musiano usunąć z nich nie tylko prawosławnych mnichów, ale i ich sakralne wyposażenie. Sam budynek jednak w dalszym ciągu zachował swój dostojny, majestatyczny wygląd przypominając wszystkim, że jest Ktoś jeszcze, Ktoś, na kogo zawsze mogą liczyć, o ile Mu zaufają. Czując Ten majestat i widząc ogołocone ze wszelkich świętości to święte miejsce, przebywający w obozie główny bohater opowieści, rotmistrz Andrzej, zastanawia się, jakby sam siebie pytając - "Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano". Nie wiem dlaczego, ale czytając to zdanie, coś we mnie pękło, wydało mi się takie prawdziwe, takie aktualne, takie ponadczasowe... 
Wróćmy jeszcze do tamtych jeńców wojennych, wywiezionych do obozów we wrześniu 1939 roku. Wielu z nich było ludźmi wierzącymi, praktykującymi. Z drugiej strony na pewno im było łatwiej, ponieważ niemal pewne jest to, że do obozów przewieziono również wielu księży kapelanów wojskowych. Chociaż praktyki religijne były zakazane, a na pewno szeroko ograniczone, podejrzewam, że podobnie jak to było pokazane na filmie Wajdy, w miarę możliwości starali się sprawować swoje funkcje duchowne, chociażby w ukryciu. Ilu ludziom dali przez to nadzieję, że Bóg jednak opiekuje się swoimi wiernymi? Ilu jeńcom udzielili ostatniego rozgrzeszenia przed ich ostatnią drogą? A przecież i ich spotkał ten sam los...
Pierwszy września 1939 roku nie powinien mieć nigdy miejsca. Gdyby nie tamten dzień, być może nie byłoby 17 września i dalszych dramatycznych wydarzeń, a gdyby nie 17 września, to siłą rzeczy uniknięto by kwietnia następnego roku. Wreszcie unikając kwietnia 1940 roku, nie byłoby też 10 kwietnia 2010 roku. Jedno wydarzenie - niezliczona liczba jego następstw. A ogromne monastery, być może stojące w tych samych miejscach po dzień dzisiejszy, nie byłyby niemymi świadkami ogromnej tragedii polskiego narodu. 

Jeńcom z września 1939 r.

Stali na peronie,
w swoich wojskowych mundurach,
w rogatywkach z polskim orzełkiem.
Żegnali swoich najbliższych,
szepcząc swym lubym na ucho:
"Nie płaczcie, my zaraz wrócimy,
niech tylko ta wojna się skończy".
Pisali w listach do Polski,
że dobrze im jest w niewoli,
i tęsknią do swoich najbliższych.
Monastyr był ich schronieniem,
i choć w nim Bóg był z majestatu obnażony,
wierzyli w Jego opaczność,
że przyjdzie im wraz z wolnością.
Nie przyszła wolność, 
lecz śmierć.
I tylko od grubych ich ścian,
po dzień dzisiejszy odbija się proste pytanie:
"Jaki Bóg się nami zaopiekuje, skoro go zewsząd wygnano?"

sobota, 14 września 2019

1021. Jak walczyć, to do końca

Po szkoleniu(11 września 2019 r)
Ostatnie trzy dni spędziłam na wolontariacie w ramach 10 memoriału im. Kamili Skolimowskiej, który kolejny raz z rzędu odbywał się na słynnym Stadionie Śląskim w Chorzowie. Co prawda samo wydarzenie trwało zaledwie 3,5 godziny(z czego na transmisję telewizyjną przeznaczono 1,5 godziny), mnie jednak przydzielono do biura zawodów mieszczącego się w jednym z katowickich hoteli, przez co moja służba trwała aż trzy dni. Z drugiej strony nie było tak tragicznie jak by się mogło zdawać - jedna zmiana trwała zaledwie 4 godziny, tak więc nawet wczoraj zdążyłam na nabożeństwo fatimskie podczas którego czytałam jedno z rozważań. Zresztą wczorajszy dzień był dosyć dziwny, bo w hotelu nie było nic do roboty, więc dano nam ulotki informujące o memoriale i kazano nam je roznieść. Dzisiaj działo się najwięcej. Do hotelu zgłaszali się ostatni lekkoatleci, bo musieli mieć akredytacje, bez której nie zostaliby wpuszczeni na stadion, a wydawano je właśnie w biurze zawodów, czasami trzeba było coś wytłumaczyć, choćby po angielsku. Czyli pracy nie brakowało, chociaż z drugiej strony wydaje mi się, że ta druga zmiana miała trochę gorzej, a na pewno - intensywniej.
Z racji tego, że nasz dyżur kończył się o 13:00, a dzisiejsze zawody rozpoczynały się dopiero o 16:00, razem z koleżanką udałyśmy się jeszcze na Stadion Śląski.  Ja, ponieważ chciałam pooglądać na żywo zmagania lekkoatletów. Ona, bo się tam z kimś umówiła. W ostateczności i ona i ja dostałyśmy dodatkowe zadanie do wykonania. Nie wiem co robiła J., ja w każdym razie zostałam ustawiona na bramce nr 5 i miałam rozdawać programy imprezy. Jeszcze przed udaniem się na bramkę zapytałam się koordynatorkę wolontariatu, czy mogę o tej 16:00 iść na stadion, bo bardzo chciałabym obejrzeć sobie zmagania lekkoatletów. K. nie widziała problemów(wszak od rana byłam na posterunku), co bardzo mnie ucieszyło. Potem przez jakąś godzinę rozdawałam te całe ulotki, a przy okazji spotkałam jedną znajomą rodzinkę. H., o którym już kilka razy wspominałam na blogu, z jednej strony był zaskoczony tym, że mnie widzi, a z drugiej śmiało wypytywał mnie o różne rzeczy.
Wraz z rozpoczęciem się imprezy weszłam na stadion, a ponieważ miałam plakietkę wolontariusza, mogłam iść w miejsca niedostępne dla zwykłego widza. Dzięki temu dostałam się na miejsca tuż przy samej linii mety biegów. Nie ukrywam, że bardzo mi na tym zależało, ponieważ chciałam obejrzeć zarówno biegi paraolimpijczyków(w których brali też udział moi znajomi, jak i zmagania RaceRunningu(o którym pisałam Wam w >>tym<< poście). I szczerze muszę przyznać, że ten ostatni sport wzbudził wśród publiczności najwięcej emocji. Nie wiem, czy pokazali tą konkurencję w transmisji telewizyjnej, ale co innego oglądać to w telewizji(kiedy można np. zmienić kanał), a co innego na żywo. A tutaj proszę - każdy z tych niepełnosprawnych sportowców do końca walczył głównie z samym sobą i swoimi ograniczeniami. Publiczność dopingowała ich okrzykami oraz oklaskami, a na koniec niektórzy nawet  nagrodzili ich owacjami na stojąco, kiedy wykonywali honorową rundę dookoła stadionu na swoich rowerach. Chciałam Wam nawet nagrać jeden bieg, ale nie dałam rady z ostrością, wybaczcie.
I chociaż na memoriale padło wiele wspaniałych wyników, to jak dla mnie wszyscy ci niepełnosprawni sportowcy byli zwycięzcami. Bo ani jeden się nie poddał w walce. Bo nikt z publiczności nie wyszedł podczas ich biegi ze stadionu. Bo pokazali swój hart ducha i to, jak się walczy do końca. Mam nadzieję, że przyjdą jeszcze takie czasy, że w telewizji nasze zmagania będą pokazywane podczas naszych mistrzostw czy też Olimpiad, a nie tylko przy okazji tych przeznaczonych głównie dla pełnosprawnych. Bo my też potrafimy pokazać emocjonujące zmagania. A tak, mimo wszystko, pozostaniemy zawsze w cieniu wielkich pełnosprawnych sław sportu. A dzisiaj cieszyłam się, że zarówno zwycięscy w biegu paraolimpijczyków na 100 metrów w kategorii męskiej i damskiej oraz RaceRunningu w tych samych kategoriach odebrali puchary na równi z innymi najlepszymi sportowcami. Wszyscy, zarówno sprawni, jak i niepełnosprawni, pokazali klasę i ducha walki. I oczywiście z niecierpliwością oczekuję Igrzysk Paraolimpijskich w 2024 roku, kiedy RaceRunning stanie się oficjalnie jedną z ich konkurencji. Kto wie, być może dane będzie zobaczyć je w telewizji...

środa, 11 września 2019

1020. Historia setek dzieci, które tego dnia straciły kogoś ważnego

11 września 2001 roku na zawsze odcisnął swoje piętno w najnowszej historii naszego świata. W nieludzkim i niewyobrażalnym zamachu, jaki miał wtedy miejsce po drugiej stronie oceanu, zginęły tysiące ludzi. Setki dzieci straciły na zawsze matki, ojców, babcie i dziadków. Jednym z nich jest Oskar, fikcyjny bohater książki Jonathana Safrana Foera - "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" oraz filmu nakręconego na jej podstawie pod tym samym tytułem.
źródło

Tytuł: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"
Autor: Jonathan Safran Foer
Wydawnictwo W.A.B
Warszawa 2012
Ilość stron: 496

Mały Oskar mieszka z rodzicami w Nowym Jorku. Z obydwojga ma doskonały kontakt, jednak silniejsza więź łączy go z ojcem, Thomasem. To on wymyśla dla synka różne misje, które mają pomóc mu przezwyciężyć własne obawy i lęki, a przy okazji są fantastyczną przygodą dla chłopca. 10 września wieczorem opowiada mu o legendarnej Szóstej Dzielnicy miasta, która aktualnie znajduje się na Antarktydzie pod lodem. Oskar nie do końca wierzy tej opowieści, ale cieszy się, że ojciec poświęca mu swój czas.
Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo ośmiolatka kończy się wraz z następnym dniem, 11 września 2001 roku, kiedy w czasie wbicia się samolotów w wieże WTC Thomas znajduje się w jednej z nich na spotkaniu. Udaje mu się jeszcze dodzwonić do domu i zostawić kilka wiadomości na sekretarce domowego telefonu. Wiadomości te słyszy zwolniony wcześniej ze szkoły Oskar. Nie wie jeszcze, że słyszy głos ojca po raz ostatni, nie wie, że już go nigdy nie zobaczy. Nawet pogrzeb Thomasa był symboliczny - ponieważ jego ciało nie zostało nigdy odnalezione, w ziemi spoczęła pusta trumna.
źródło zdjęcia
Mija rok. Oskar buszując w szafie z rzeczami ojca przypadkowo strąca stojący na jednej z półek wazon. Ten rozpada się na drobne części, a z jego wnętrza wypada koperta z napisem "Black", a z niej mały kluczyk. Chłopiec, biorąc to wszystko za ostatnią misję od ojca, postanawia znaleźć jej właściciela. Pokonując swoje lęki(najprawdopodobniej będące następstwem Zespołu Aspergera* oraz szoku po tamtym dniu) za pomocą tamburynku z uporem puka od drzwi do drzwi osób z nazwiskiem Black szukając tego, do kogo należy intrygujący go przedmiot. Przez pewien czas towarzyszy mu sąsiad z tym nazwiskiem oraz tajemniczy staruszek, sublokator babci chłopca, który porozumiewa się ze światem za pomocą zeszytów. Chociaż każdy krok okazuje się tym niewłaściwym, Oskar nie poddaje się i w dalszym ciągu szuka tego właściwego zamka od klucza. Poznaje przy tym kolejnych ludzi, ich historie oraz zmartwienia. Czy uda mu się jednak rozwiązać tą tajemniczą zagadkę pozostawioną przez ojca, a przy okazji rozwiązać pewną rodzinną tajemnicę?
źródło zdjęcia
Książka, chociaż porusza trudny temat jakim jest strata rodzica w życiu małego dziecka(dla mnie każde dziecko w wieku do 10 lat jest jeszcze małe, co nie oznacza, że nie traktuję go poważnie), napisana jest bardzo przyjaznym językiem. Dzięki pierwszoosobowej narracji poznajemy uczucia, jakie targają Oskarem zarówno przed Tamtym Dniem, jak i podczas samych wydarzeń oraz potem. A te uczucia bywają różne. Czasami narracja może wydawać się nawet nieco chaotyczna, ale to najlepszy dowód na to, co dzieje się w duszy i umyśle kilkulatka. Oskar ma swój świat, swój punkt widzenia, który nie zawsze jest rozumiany przez innych(o czym świadczy chociażby scena podczas zajęć szkolnych). A jednocześnie jest bardzo wrażliwy, nawet może zbyt wrażliwy jak na otaczającą go rzeczywistość, która bywa okrutna. Nie oznacza to jednak, że jest mięczakiem. Umie kombinować, a nawet kłamać. Jest też trochę naiwny - pisze listy do znanych osób(np. Stephena Hawkinga) z propozycją pracy dla ich przedsięwzięć. Nie zraża się jednak swoim niepowodzeniem w tej kwestii i ciągle pisze.
źródło książki
Ciekawa jest też sama kompozycja książki. Opowieść Oskara przepleciona jest listami napisanymi przez milczącego sublokatora mieszkającego z jego babcią. Chociaż łatwo jest przewidzieć, kto tak naprawdę kryje się pod otoczką milczenia, to warto je przeczytać, aby nie tylko poznać motywy jego postępowania, ale też przekonać się o ogromnej miłości, jaką darzył swoją rodzinę. Od czasu do czasu na kartkach powieści zobaczymy różne zdjęcia. Wśród nich znajdziemy takie, które Oskar mógł zamieścić w swoim zeszycie zatytułowanym "Rozmaitości, na które natrafiłem", zobaczyć w telewizji bądź na żywo, podczas swoich poszukiwań. Zaskoczyły mnie też ostatnie strony - możemy w nich natrafić na postać, która wpada(tak, tak, wpada) do budynku WTC, a nie z niego wypada. Trzeba tylko odpowiednio "zaczarować" książką.
źródło zdjęcia
Jedyne co mnie rozczarowało to zakończenie książki. Pewnie popełniłam ten błąd, że najpierw obejrzałam film(nie wiedziałam wtedy jeszcze nic o papierowej wersji), a potem, a właściwie teraz przeczytałam powieść. Epilogi obydwóch wersji trochę się od siebie różnią i z bólem serca muszę przyznać, że ten filmowy bardziej do mnie przemówił, ponieważ spinał klamrą całą fabułę i stanowił podsumowanie opowieści Thomasa o istnieniu Szóstej Dzielnicy, nie ważne czy ona istniała, czy też nie. W książce tego zabrakło, co sprawiło, że zakończyła się dla mnie tak... nijak. Ale jest to właściwie jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić.
Kończąc czytać naszła mnie refleksja, że książka mimo wszystko jest świetna. Nie opowiada wprost o wydarzeniach z 11 września, ale raczej o ich następstwach. Jest w niej o stracie kogoś najbliższego, ale też o radzeniu sobie z tą stratą. O niezrozumieniu, które jest niczym, kiedy coś naprawdę nas interesuje. W końcu o miłości, która jest silniejsza od śmierci, bez względu na to, w co i jak wierzymy. To książka o życiu, którego nie może przekreślić żadna, nawet największa tragedia.

A na koniec kilka faktów związanych z tym, co się stało 18 lat temu:

FAKT 1: Domniemani zamachowcy mimo posiadania broni nie mieli żadnych problemów przy odprawie - Uzbrojonym braciom al-Hazmi oraz ich domniemanym wspólnikom bez problemów udało się przejść przez punkt kontroli bezpieczeństwa na lotnisku Waszyngton-Dulles, chociaż znajdowali się na liście amerykańskich służb bezpieczeństwa lotów. Trafiają na nią osoby, które należy dokładnie skontrolować. Podczas przechodzenia przez bramki czterech z pięciu mężczyzn wielokrotnie uruchomił się alarm wykrywacza metalu. Chociaż z powodu błędów w dokumentach podróży przeszukany został bagaż braci al-Hazmi, nie znaleziono w nim jednak niczego niepokojącego. Nawet kiedy strażnicy zauważyli w tylnej kieszeni jednego z nich niezidentyfikowany przedmiot, nie przeprowadzili dokładniejszej kontroli(w czasie śledztwa stwierdzili, że jest to 10-centymetrowy nóż do tapet. Także pozostałym czterem domniemanym zamachowcom udało się przemycić noże do samolotu. Około godziny ósmej wszyscy siedzieli już w samolocie lotu nr 77, który później uderzył w Pentagon.
FAKT 2: Wszystkie zapisy danych lotów wskazują na centralne sterowanie - Podczas porwania samolotów domniemani sprawcy nie mogli się ze sobą komunikować. Mimo to w ciągu zaledwie ośmiu minut miały miejsce następujące wydarzenia: godz. 8:46 - uderzenie maszyny(lot nr 11) w północną wieżę; godz. 8:47 - wyłączenie transpondera lotu 175, godz. 8:51 - zmiana lotu nr 175 w stronę Nowego Jorku; godz. 8:54 - zmiana lotu nr 77 w kierunku Waszyngtonu. Pojawia się pytanie w jaki sposób domniemani zamachowcy mogli przeprowadzić tak precyzyjne manewry jeden po drugim bez porozumiewania się ze sobą. Wiadomo, że te operacje nie mogły zostać z góry uzgodnione, co do minuty, ponieważ wszystkie cztery maszyny wystartowały z pewnym opóźnieniem. Jeśli ta równorzędność zdarzeń nie jest przypadkowa, wyjaśnieniem pozostaje centralne sterowanie maszyn i ich pilotów z zewnątrz.
FAKT 3: W momencie ataku na USA prezydent Bush był niezdolny do działania - 11 września 2001 George W. Bush przypominał bardziej marionetkę niż głowę państwa. Bezpośrednio po drugim uderzeniu szef sztabu na oczach kamer wyszeptał do prezydenta, że "Ameryka została zaatakowana". Kamery nie uchwyciły jednak rzecznika prasowego, który trzymał w górze kartkę głoszącą: "Proszę jeszcze niczego nie mówić". George W. Bush pozostał jeszcze od pięciu do siedmiu minut w klasie, zanim wsiadł na pokład Air Force One, którym odleciał do Waszyngtonu. Z powodu zbyt dużego niebezpieczeństwa, doradcy przekonali go do bazy sił powietrznych w Barksdale. Paradoksem wydaje się to, że przez pierwszą godzinę przechwytujące myśliwce nie chroniły prezydenckiego samolotu,, a w trakcie dwugodzinnego lotu nie udało się nawiązać stabilnego połączenia telefonicznego. Nie trudno się domyśleć, że w tym czasie prezydent był niezdolny do podjęcia jakichkolwiek działań. 
FAKT 4: Komisja nie mogła przesłuchać osób rzekomo stojących za zamachami - To co zostało skrytykowane przez niezależne komisje mające na celu wyjaśnienie okoliczności wydarzeń z 11 września to niewiarygodność źródeł, na które powołują się oficjalne sprawozdania. Np. w tzw "Raporcie 9/11" można wyczytać: "Pytania do świadków koronnych mogliśmy jedynie przekazywać tajnym służbom i wojskowym. Nie mieliśmy jednak żadnego wpływu na to, czy, kiedy i jak zostaną zadane". Z drugiej strony oznacza to, że 5 i 7 rozdział raportu(ok 70 stron) nie mogą być odczytywane jako wiarygodne. Jako główne źródła rekonstrukcji zdarzeń posłużyły w dużej mierze rzekome zeznania świadków.
FAKT 5: Najważniejsi przywódcy USA byli nieosiągalni w decydujących minutach - Upłynęła ponad godzina od zamachu na WTC, zanim prezydent nawiązał pierwszy raz rozmowę z przebywającym w tym czasie w Pentagonie sekretarzem obrony - Donaldem Rumsfeldem. Wcześniej nie można było go rzekomo znaleźć, jak zresztą Hugh'a Sheltona - doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa(który był w drodze na Węgry), Mika Canavana - koordynatora ds. uprowadzeń lotniczych(był w Portoryko) czy też generała Montague'a Wilfielda(który zaledwie dzień wcześniej poprosił swojego niedoświadczonego podwładnego w dniu 11 września).
FAKT 6: Myśliwce przechwytujące nie zostały wysłane bezpośrednio do Nowego Jorku - Pierwsze myśliwce wystartowały o 8:52, czyli sześć minut po uprowadzeniu lotu numer 175. Dowodzący akcją major planował za ich pomocą zabezpieczyć przestrzeń powietrzną nad Manhattanem, zapobiegając tym samym kolejnym atakom. Myśliwce te nie poleciały jednak bezpośrednio do Nowego Jorku, ale wykonały pętlę na odcinku 185 km. nad Adriatykiem, a następnie leciały przez cztery minuty w trybie lotu w strefie oczekiwania. Ostatecznie dotarły do miasta z dwudziestominutowym opóźnieniem. Do dzisiaj nie wyjaśniono dlaczego tak się stało, ponieważ nagrania rozmów pilotów myśliwców ze sztabem operacyjnym zniknęły po 11 września... 
FAKT 7: FBI zapłaciło wiele pieniędzy informatorowi, który zataił wiadomości o domniemanych zamachowcach - Abdussattar Szejk miał być "największą szansą FBI, aby przewidzieć wydarzenia z dnia 11 września, zanim ten dzień nastąpił". Był on bowiem głównym informatorem FBI, który zaledwie rok wcześniej wynajął pokoje w swoim domu dwóm domniemanym porywaczom samolotu, który uderzył w Pentagon. O ich wprowadzeniu się rzekomo nie poinformował swojego łącznika w FBI. Nawet kiedy łącznik dowiedział się o nowych lokatorach, informator nie zdradził ani ich nazwisk, ani tego, że odbyli oni kurs lotniczy. Co więcej, w prowadzonym potem śledztwie przyznał, że wiedział o ich kontaktach z osobami obserwowanymi przez FBI. 
FAKT 8: Dzięki ewakuacji wieży południowej można było ocalić życie setkom ludzi - Inna nieprawidłowa decyzja nie została poddana większej krytyce publicznej. Pomiędzy rozbiciem się pierwszego samolotu o północną wieżę a momentem nakazu ewakuacji wieży południowej upłynęło 12 cennych minut. W komunikatach nadawanych przez głośniki proszono znajdujących się w niej ludzi, aby pozostali w swoich biurach. Nawet Ci, którzy zebrali się już w holu, zostali wysłani z powrotem na swoje stanowiska pracy. Kilka minut później drugi z uprowadzonych samolotów uderzył w południową wieżę. Setki ludzi zginęły w pożarze budynku lub zostały pogrzebane pod gruzami walącej się konstrukcji. Co ciekawsze, w ogólnych planach ewakuacyjnych nie przewidziano ewakuacji ludzi z dachów budynków w przypadku pożaru na górnych piętrach obydwu wież.
FAKT 9: Władze USA dowiedziały się o uprowadzeniu lotu numer 93 dopiero cztery minuty po rozbiciu samolotu - Maszyna obsługująca lot 93 wystartowała z lotniska Newark w New Jersey z 42 minutowym opóźnieniem(o godz. 8:42). 48 minut później, jako ostatnia, została uprowadzona. Porywacze popełnili jednak błąd - wysłali komunikat o uprowadzeniu do kontrolerów lotu, a nie, jak zamierzali, do pasażerów. Od tego momentu kontrolerzy wiedzieli, że jest to porwanie, jednak nie przekazali dalej tej ważnej wiadomości. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego tak się stało. Samolot rozbił się o godzinie 10:03 w Shanksville, prawdopodobnie po próbie odbicia sterów z rąk terrorystów przez pasażerów. NORAD zostało jednak poinformowane o uprowadzeniu samolotu cztery minuty później(10:07). Mimo tych faktów NORAD do 2003 roku twierdziło, że miałoby mimo wszystko możliwość rozbiciu samolotu w Białym Domu lub Kapitolu.
FAKT 10: Głównodowodzący świadomie opóźniał start myśliwców przechwytujących - Głównodowodzący NEADS, który był odpowiedzialny za obronę wschodniego wybrzeża USA wielokrotnie opóźniał interwencję myśliwców. Najpierw nie wydał pozwolenia startu dwóm pilotom, gotowym do wylotu jeszcze przed pierwszym atakiem na WTC. Zamiast tego postanowił zatelefonować, przez co stracił cenne minuty. Gdyby nie to, prawdopodobnie myśliwcom udałoby się przechwycić drugi z samolotów. Po atakach na WTC został wezwany przez majora z dowództwa obrony koniecznej, w celu wydania nakazu startu dwóm myśliwcom, które miały stworzyć zaporę powietrzną nad Waszyngtonem. Była godzina 9:09. Rozkaz został wydany po kwadransie. Gdyby trwało to krócej, prawdopodobnie udałoby się zapobiec zamachowi na Pentagon.
FAKT 11: Ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, George W. Bush, dopatrywał się w atakach olbrzymiej szansy - Chociaż brzmi to absurdalnie, to kilka godzin po zamachu prezydent wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że są one doskonałą okazją do nakłonienia Rosji i Chin do większego działania na swoją korzyść. Bush miał nadzieję, że ataki umożliwią podjęcie wspólnie z tymi państwami wojny z terroryzmem oraz pomogą wyciągnąć Amerykę ze stanu politycznej izolacji. Dlatego już kilka godzin po atakach twierdził, że oto nadeszła odpowiednia pora na zawiązanie koalicji z obydwoma państwami. Dzisiaj wiadomo, że ta wypowiedź była typowo propagandowa. Ani Chiny, ani tym bardziej Rosja nie wsparły USA w Iraku i Afganistanie.

Na podstawie artykułu "11 faktów na temat 11 września", "Świat wiedzy" nr 3/11

* Książka co prawda o tym nie mówi, ale film już tak

niedziela, 8 września 2019

1019. Ani deszcz, ani wiatr, ani żadna przeciwność losu...

Witajcie kochani! Jak tam po weekendzie? Mam nadzieję, że spędziliście go dobrze, chociaż pogoda, przynajmniej u nas na Górnym Śląsku nieco się popsuła. 
Jeszcze w piątek było ciepło, słońce wesoło świeciło na niebie. Aż chciałoby się, aby taka pogoda trwała i trwała. Niestety, od wczoraj czarne chmury zawisły nad naszą małą ojczyzną i co rusz coś z nich leci. Tym samym pod znakiem zapytania stanęło wczorajsze ognisko poprzedzone Mszą świętą za pątników pielgrzymujących z naszego dekanatu do Częstochowy. Wydarzenie to zostało zainicjowane przez (ks.*) P. Nie wiem, kiedy na nie wpadł, w każdym razie w piątkowy wieczór wysłał wszystkim SMSa z zaproszeniem. A tak go to wszystko zmęczyło(grupa liczyła 150 osób), że postanowił pójść krok na przód i założyć grupę na facebooku. Jeszcze rano zastanawiałyśmy się z U. czy w razie czego ma jakiś plan B., jednak wiedzieliśmy że wszystko wyjdzie w praniu. Pomijając to, że o mało nie spóźniłam się na Mszę, to było całkiem miło i sympatycznie. Pomimo pogody udało się rozpalić ognisko i nawet upiec kiełbaski, chociaż jedliśmy je już w salce katechetycznej. (Ks.) P. tradycyjnie tryskał humorem i rozśmieszał ludzi, żartował, ale też przyjmował propozycję na przyszłoroczną pielgrzymkę(m.in. koszulki i termos na ciepłą zupę). Szkoda tylko, że tak mało osób się pojawiło, ale pewnie przestraszyła je mżawka. 
Za to dzisiaj, jak wstałam o 5 rano, lało jak z cebra. Leniwie przeciągnęłam się na łóżku i nagle zdałam sobie sprawę, że dzisiaj jest bieg "Business Run", podczas którego miałam być wolontariuszem w Katowicach. Jak może pamiętacie, a jeżeli nie to z pewnością znajdziecie odpowiedni wpis w archiwum, rok temu pomagałam w jego organizacji w Krakowie. Ale ponieważ dowiedziałam się wtedy, że identyczna impreza odbywa się na Śląsku, postanowiłam w tym roku tutaj spróbować swoich sił. Pozytywnie przeszłam proces rekrutacyjny, podpisałam umowę, dostałam meila z zakresem obowiązków i dzisiaj miałam działać. Tylko ten deszcz... No nic, postanowiłam nie marudzić i zwlec się z łóżka. Musiałam bowiem zdążyć na autobus o 6:07(ew. ten sam o 6:17), aby następnie zdążyć na taki o 6:57, który był ostatnim przed biegiem zawożącym prawie a pod samo miejsce wydarzenia. Problem polegał jednak na tym, że nie jechał nie tylko ten, ale też żaden inny autobus. Tak, jakby zajezdnia nie była uruchomiona... Pierwszy autobus podjechał dopiero o 6:26. Wiedziałam, że raczej i tak nie zdążę już na ten o 6:57, ale przynajmniej będę w Katowicach. Zgodnie z moimi przewidywaniami, autobus wjechał na interesujący mnie przystanek akurat o 6:57. A przecież musiałam przecież dojść na ten, z którego odjeżdżał autobus w stronę Muchowca. A raczej jak najbliżej Muchowca, bo bezpośredni już odjechał. Mój wybór padł na taki, który zatrzymuje się dwa przystanki wcześniej, a potem skręca w drugą stronę. Stamtąd już trzeba było iść ok. 1,5 kilometrów w ulewie i wichurze. Na miejsce doszłam jak typowa kupka nieszczęścia. Potem wystarczyło już tylko odebrać pakiet wolontariusza i pakiet żywieniowy i iść na trasę. Ale zanim to się stało, wszystkich wolontariuszy zaproszono na scenę na pamiątkowe zdjęcie.
Teraz można było iść do przydzielonych zadań. W tym roku poczułam się szczególnie związana z biegiem, ponieważ jednym z beneficjentów fundacji, na których były zbierane w tym roku w Katowicach pieniądze, była moja znajoma z klubu sportowego, która urodziła się bez nogi i bez części ręki(a mimo to swego czasu była w kadrze narodowej pływaków niepełnosprawnych). Przypomnę jeszcze jak to wszystko działa - w biegu biorą udział firmy i przedsiębiorstwa, które uiszczają odpowiednią opłatę startową do puli fundacji w poszczególnych miastach biorących udział w biegu. Następnie ta pula jest rozdzielana pomiędzy 3 - 6 obecnorocznych beneficjentów albo pozbawionych kończyn, albo ze sprężoną niepełnosprawnością(w każdym roku jest to ktoś innych), a jakaś część kwoty idzie na, powiedzmy, awaryjne konto. Pieniądze te są wykorzystywane jako zwrot za rehabilitację, opłacenie z góry zabiegów, dofinansowanie lub w pełni zrefundowanie zakupu protezy bądź sprzętu ortopedycznego.
Tak jak już to wcześniej napisałam, zostałam przydzielona do obsługi trasy. Do moich zadań należało m.in. pilnowanie, aby nikt niepożądany nie wszedł na trasę biegu na moim odcinku, ale nie tylko. Fakultatywnym elementem tej funkcji było też dopingowanie biegnących zawodników. Wiecie jak to jest - 4 kilometry(oficjalnie, bo według mnie był to mniejszy dystans) przebiegnięte, przed nimi ostatni kilometr, ale czasami zaczyna już na niego sił brakować(znam to z autopsji). Chociaż nie jest to regułą(to też znam z autopsji). Dlatego naprawdę fajnie jest, kiedy ktoś cię dopinguje. Tak więc na początku, pomimo tego, że chlupało mi już w butach i ogólnie ociekałam wodą(na szczęście przestało padać, ale "firmowe" pelerynki wypadało mieć na sobie w razie kolejnego załamania się pogody), darłam japę na cały głos i biłam brawo, a chętni to nawet mogli przybić mi piątkę. Ale potem głos zaczął mi wysiadać(bo ileż można krzyczeć, zwłaszcza że bez przerwy ktoś biegł), więc tylko klaskałam, zaciskałam kciuki, unosiłam je go góry, pokazywałam znak zwycięstwa albo po prostu w dalszym ciągu przybijałam chętnym biegaczom piątki bądź informowałam ich, że do końca biegu został im jedynie kilometr. Z tego wszystkiego aż ponabijałam sobie siniaki na dłoniach. W sumie nawet bym nie pomyślała, że jest to możliwe. Widać sprawdza się powiedzenie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Na początku byłam sama, ale potem przydzielono mi drugą osobę do pomocy.
Bieg skończył się przed godziną 13(zaczął o 10:30, ale każda firma wystawiła do niego 5-osobową sztafetę i każda z tych osób musiała "przebiec" te 5 kilometrów). Potem trzeba było tylko sprzątnąć taśmę, która wyznaczała trasę biegu na swoim odcinku i można było wracać do namiotu wolontariuszy. Tam otrzymaliśmy m.in. dyplomy z podziękowaniem za pomoc w organizacji wydarzenia i ciepły posiłek(w sumie tak szybko się to wszystko działo, że nawet nie zdążyłam skonsumować suchego prowiantu przygotowanego przez jednego ze sponsorów wydarzenia, sieć sklepów "ALDI"), a pan J. rozdał nam jeszcze medale z tegorocznej edycji biegu. W sumie niczym się on nie różni od tego zeszłorocznego. No, może poza datą i miejscem biegu. Ale to przecież kosmetyczny drobiazg.
Zmęczona, nie do końca wysuszona, ale szczęśliwa postanowiłam wrócić do domu. Nie było to takie proste, ponieważ komunikacja miejska w tym rejonie w dalszym ciągu nie kursowała. Trzeba było znowu dreptać na Katowice - WORD i stamtąd łapanie czegoś jadącego w kierunku dworca PKP. W międzyczasie zdążyłam zjeść moją tackę obiadową, a raczej to co na niej było i z 10 razy przestudiować cały rozkład jazdy autobusów. A potem wsiadłam do autobusu i podziwiałam uroki Katowic, chociaż jazda nim trwała może niecały kwadrans. Potem jeszcze niecała godzinka jazdy (rano jednak szybciej jechał tą samą trasą) kolejnym autobusem i byłam już w cieplutkim domu. Odpalam internet, pierwszy raz dzisiaj, a tutaj TAKA informacja:

SZTAFETA POLSKIEGO KOMITETU PARAOLIMPIJSKIEGO DRUGA W POLAND BUSINESS RUN

Brawo nasi! Brawo niepełnosprawni, którzy udowodnili, że biegają na wspaniałym poziomie, a intensywne treningi zaprowadziły ich na samo podium!

P. S. Właśnie mija rok od szczęśliwego odnalezienia się Pusi. Mam nadzieję, że wybiła sobie wszelkie wycieczki ze swojego łebka.

* Mam ten przywilej, że mogę do niego mówić po imieniu