„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
Niekiedy słyszę od księży ubolewania, że tak mało dzieci, a już w ogóle młodzieży, uczęszcza do Kościoła Że im się marzy Kościół pełen ludzi w różnym wieku, a nie tylko w przedkomunijnym, przedbierzmowaniowym oraz podeszłym. Ale z drugiej strony, jaką ofertę parafie mają dla dzieci i młodzieży, aby rozwijać w nich wiarę i miłość do Boga oraz drugiego człowieka? Niby działają Oratoria i Oazy "formujące" młodych ludzi, ale czy na pewno?
Między innymi takie przemyślenia przyszły mi do głowy podczas zapoznawania się z treścią podręcznika do "Oazy Nowego Życia II stopnia", który czytam w ramach przygotowania do m. światła oraz księgi. Do tego jest jeszcze zeszyt ćwiczeń. Teoretycznie powinnam pojechać na rekolekcje, ale to już nie ten okres życia. Z treścią jednak warto się zapoznać, chociażby aby poukładać sobie niektóre rzeczy w głowie. Książka jest dosyć przyjemna w odbiorze i wyjaśnia wiele kwestii związanych z liturgią.
No właśnie, z liturgią oraz Eucharystią, czyli czymś, co powinno być centralnym punktem spotkań formacyjnych w różnych grupach. Tymczasem zaprasza się młodych ludzi nie na spotkanie z Bogiem, ale z samym sobą. Jak dla mnie w takim wydaniu niewiele się one różnią od świeckich spotkań młodzieżowych, czy też zajęć dzieci w klubach i na świetlicach. W przypadku Oazy Dzieci Bożych, przeznaczonej dla młodszych dzieci oraz Oratoriów jest szansa, że spotkanie rozpocznie się i zakończy modlitwą, ale co w przypadku starszej młodzieży, żyjącej już innymi wartościami i będących pod wpływem swoich rówieśników.
Mam jeszcze w pamięci moje spotkania formacyjne w ramach Oazy dla osób niepełnosprawnych, a potem formacji w parafialnym Oratorium. I w jednym i w drugim przypadku w 85% centralnym punktem spotkania była Msza święta, a w 100% - modlitwa na jego rozpoczęcie oraz zakończenie. Nie zawsze wszystkim to się podobało, ale tak sobie myślę, że mimo wszystko budowało w nas jakieś wewnętrzne życie duchowe. Zawsze była okazja do przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania, zawsze było kilka słów kazania.
Ktoś powie, że nie da się zachęcić współczesnej młodzieży do uczestniczenia we Mszy świętej. Może taka, na której wszystkie czynności są wykonywane przez kapłana, będzie dla nich "męcząca". Ale jakby tak zaangażować ich w różne rzeczy - ktoś mógłby czytać Czytania, śpiewać psalm oraz sekwencję "Alleluja", czytać Modlitwę Wiernych i komentarz do niesionych w procesji darów, chętni mogliby śpiewać w scholi, ministranci - wiadomo. Może to być trudne do zaakceptowania dla innych parafian, ale takie zaangażowanie może pokazać dzieciom i młodzieży, że wiara też może być piękna.
Dlatego przynajmniej jedna przeczytana w nim książka w miarę możliwości powinna być o tematyce wojennej. Tak sobie pomyślałam na początku miesiąca i to akurat udało mi się zrealizować. Jedną z tegorocznych wrześniowych lektur była bowiem książka autorstwa Agaty Puścikowskiej zatytułowana "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet".
Kiedy w piątek wpadłam trzymając ją w ręku na plebanię, Ksiądz-Senior oraz pan Gienek zapewniali mnie, że na pewno mi się spodoba, bo znają tą autorkę i wedle ich słów, bardzo ciekawie pisze. No, to właściwie była moja pierwsza z nią styczność, więc nie miałam się jak do tych słów odnieść. Postanowiłam im jednak zaufać, bo co innego miałam zrobić. I wiecie co? Wcale się nie zawiodłam. A "Wojenne siostry" naprawdę poruszają trudną ale ważną tematykę roli zakonnic w ratowaniu ludzkiego życia i kościelnego mienia.
Tytuł: "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet"
Autor: Agata Puścikowska
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2019
Liczba stron: 336
II wojna światowa nie oszczędzała nikogo. Nie uchroniły się przed nią nawet żyjące pod osłonką klasztorów zakonnice, w większości słabe i niepozorne kobiety. A jednak niejedna z ich wykazała się nie mniejszą odwagą, niż walczący z bronią mężczyźni. Dzięki nim ocalało wiele istnień i dóbr kościelnych. Historię niektórych z nich przybliżyła Agata Puścikowska w książce "Wojenne siostry".
Autorka przedstawiła na kartach książki historie 19 sióstr z różnych zakonów, które w jakiś sposób starały się o ocalenie ludzi w czasie II wojny światowej, a nawet czegoś równie ważnego i cennego - Najświętszego Sakramentu i własną godność. Nie zważając na wszelkie przeciwności losu, chronią w klasztorach uciekinierów, zanoszą do potrzebujących konsekrowane komunikanty, wychowują powierzone im dzieci w ochronkach, walczą w bitwach, posługują w szpitalach. W końcu wiele z nich ginie, od Pomorza, po Wołyń. Inne przeżywają, opowiadając potem we wstrząsający sposób o tym, co przeżyły i co je spotkało. O zmarłych świadectwa głoszą świadkowie ich heroicznych czynów.
Książka "Wojenne siostry" jest wstrząsającą relacją tego, na jaki heroizm zdolny jest człowiek, w szczególności kobieta, w chwilach, kiedy życie drugiego człowieka jest zagrożone. Zdaję sobie sprawę z tego, że takich skromnych i cichych, a zarazem bohaterskich sióstr było więcej, że to tylko niewielki wycinek z całości. Nie o wszystkich upomniała się historia i na pewno nie upomni. Ich imiona zostały zapisane w pamięci ocalonych, a na pewno w Bożej Księdze. Mimo to myślę, że dobrze, że mówi się o takich osobach, chociażby na kartach tego typu książek.
Po dwóch latach przerwy wróciłam do wolontariatu podczas wrześniowego Festiwalu Maraton Trzech Jezior. Jakiś czas temu napisałam meila do głównego pomysłodawcy, a zarazem organizatora w jednym, Wojtka, z zapytaniem, czy potrzebuje jeszcze jakichś ludzi do pomocy przy całym przedsięwzięciu. W odpowiedzi przeczytałam, że "ja zawsze i wszędzie jestem mile widziana". Żartowniś, ale nie zwlekałam już dłużej i zapisałam się na listę wolontariuszy tym samym wiedząc, że miniony weekend spędzę nie gdzie indziej, jak w malowniczej scenerii Międzybrodzia Bialskiego.
Ekscytacja tym wydarzeniem przerosła nawet emocje związane z Absolutorium, które miało miejsce zaledwie dzień przed moim wyjazdem. W zasadzie zaraz po powrocie do domu zdjęłam z wieszaka mój plecak turystyczny i spakowałam go na następne trzy dni. Oprócz ubrań na zmianę w jego ekwipunku znalazł się też ciepły koc i karimata, wszak nawet nie wiedziałam gdzie będę nocować. Tak obładowana ruszyłam z samego rana w świat.
Moja trasa nie prowadziła jednak bezpośrednio do miejsca docelowego, bo jeszcze tak jakby cofnęłam się do parafii Księdza z Gitarą, aby coś odebrać z zakrystii. Oczywiście plecak większy ode mnie wzbudził sensację, ale też masę pytań o to, co tak właściwie się stało. Nie wiem, może myśleli, że wyrzucono mnie z domu, czy co. W każdym razie po dwudziestu minutach wystrzeliłam z plebanii i pobiegłam na przystanek autobusowy, z którego autobusu dowiózł mnie do stolicy województwa. Następnie przeleciałam na dworzec kolejowy i po krótkim oczekiwaniu zajęłam miejsce w pociągu do B-B. Trwającą przeszło godzinę podróż umilała mi lektura książki "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet". Ksiądz-Senior mówił, że mi się spodoba i wcale się nie pomylił.
Na miejsce dotarłam wczesnym popołudniem. Poszłam do szkoły zameldować się że jestem i odebrać pakiet wolontariusza i pakiet startowy biegu na Czupel. I tutaj małe rozczarowanie, ponieważ okazało się, że co prawda zaznaczyłam, że biegnę w zgłoszeniu wolontariackim, ale nie wysłałam zgłoszenia w samym biegu. Brawo ja! Na przyszłość będę wiedziała, że to są dwa osobne zgłoszenia. Przy okazji dostałam klucze do pokoju. Bo wiecie - VIPy nie śpią na salach gimnastycznych.
Zawodnicy biegnący na wspomniany Czupel startowali w interwałach co 10 sekund. Naszym zadaniem było dopingować ich na podbiegu trąbkami i dzwonkami. Mi przypadło to drugie w udziale. I tak przez kilka minut po okolicy rozlegało się dzwonienie i trąbienie przeplatane komentarzami konferansjera. Wbrew pozorom nawet taka praca może zmęczyć człowieka. Po wystartowaniu ostatniego zawodnika usiadłam na jednej z ławek na Placu świętego Ambrożego i delektowałam się widokami. Następnie wraz z innymi wolontariuszami udałam się na kolację, a po niej na szkolenie odnośnie wolontariatu.
W sobotę oddelegowana zostałam na metę w sąsiedniej Porąbce, gdzie znajdowała się meta maratonu i półmaratonu. Na miejsce pojechaliśmy po wystartowaniu biegaczy z maratonu, co miało miejsce o godzinie 8:00. Półmaraton miał start dwie godziny później. Pierwszych finiszerów spodziewaliśmy się około 11:30. Do tego czasu trzeba było przygotować całe zaplecze metowe, czyli przynieść ogromny namiot i poukładać pod nim medale dla obydwóch dystansów biegowych oraz wodę do picia.
Tegoroczny wzór medalu wszystkim bardzo przypadł do gustu
Zgodnie z przewidywaniami, pierwsi biegacze na mecie pojawili się około godziny 11:30. Tak naprawdę pierwsi biegacze byli zwiastunami tego, że wkrótce pojawią się kolejni i kolejni. I tak też się stało. Przez kolejnych sześć godzin co róż jakiś (pół) maratończyk lub (pół) maratonka pojawiali się na ścieżce po prawej stronie po to, aby po chwili triumfalnie wbiec po żółtym dywanie na metę. Już na wspomnianej ścieżce wypatrywało się koloru numerku startowego, po którym wiedziało się, czy jest to maratończyk (szary), czy półmaratończyk (niebieski).
Na strefie medalowej była nas trójka ludzi. Szczerze powiedziawszy to dla mnie optymalna ilość - spokojnie wyrabialiśmy pod względem przepustowości, a też nie wchodziliśmy sobie wzajemnie w drogę. Dwie dodatkowe osoby dają ten komfort, że można było spokojnie iść do toalety, coś zjeść, czy choćby odpocząć w tym momencie, kiedy przez chwilę nikt nie przybiegał na mecie.
Pogoda dopisywała, chociaż w cieniu rzucanym przez liście drzew dał się odczuwać lekki chłodek. Stąd też widoczna na zdjęciach bluza, w którą byłam odziana. Jednak to nie było ważne, aby dla mnie była odpowiednia temperatura, to biegaczom miało się dobrze biec w bieżących warunkach pogodowych. Na szczęście obyło się bez większych kontuzji. Ale i trasa, chociaż prowadząca w większości po górach, nie była jakoś specjalnie niebezpieczna.
Po przybiegnięciu na metę ostatniego biegacza, około godziny 18:15, powoli zwijaliśmy stanowisko metowe na rzecz sceny, gdzie odbyła się ceremonia dekoracyjna najlepszych biegaczy i biegaczek w kategorii "open" oraz w poszczególnych kategoriach biegowych. Przy okazji wolontariusze otrzymali bezalkoholowe piwa firmy "Mirosław", głównego sponsora biegu, które nie zostały rozdane zawodnikom. Można więc powiedzieć, że mój czwartkowy sukces (odebranie listu gratulacyjnego ukończenia studiów) opijałam w nieco niecodzienny sposób, i to jeszcze w gronie dobrych znajomych.
Niedziela była ostatnim dniem festiwalu biegowego. Na ten dzień przewidziano tylko jeden bieg - 17-sto kilometrowy bieg Szlakiem Wołońskich Pasterzy nawiązujący do lokalnej tradycji wypasu owiec i baranów. Ten bieg rozpoczynał się o godzinie 9:30 i ponownie miał 4 godzinny limit czasu na jego pokonanie. Można powiedzieć, że tradycyjnie obstawiałam strefę mety i wręczałam medale tym, którzy na niej się pojawili. Na szczęście nie byłam sama, bo pracy było bez liku.
Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to w zasadzie nudne i monotonne zajęcie. Ale ja tego tak nie odbieram. Bo za każdym z biegaczy jest osobna historia biegu, inny trud wniesiony w pokonanie trasy, w końcu inny charakter i osobowość. Jedni wpadali na metę szczęśliwi, doskakiwali do zawieszonego w bramie dzwonu, rzucali się w objęcia, przybijali "piąteczki" i "żółwiki". Inni przybiegali bez cienia emocji, jakby nic się nie stało, jakby byli po spacerze. Na jednych i na drugich czekał uśmiech, gratulacje oraz oczywiście w pełni zasłużony medal.
Nawet za bardzo nie wiem, kiedy na metę przybiegł ostatni z biegaczy. Wszystko działo się w takim tempie, że trudno było się zorientować. I tak właściwie, to gdyby nie obsługa zamykająca bieg, to pewnie bym się nie spostrzegła. A więc możecie sobie wyobrazić emocje, jakie temu towarzyszyły.
Po zakończeniu imprezy trochę pomogłam w porządkowaniu terenu. Najlepszy moment? Zdecydowanie kiedy Baca podpuścił mnie, abym rzuciła się na balon i w ten sposób pomogła w spuszczeniu z niego powietrza. Problem polegał na tym, że tam było go stosunkowo mało i skończyło się tym, że runęłam w dół. Przynajmniej było śmiesznie.
Tak się też zgadałam, że udało mi się załatwić podwózkę aż do Tych(ów). Żyć nie umierać! Dlatego trochę wcześniej urwałam się z podsumowania. Ale to nic, grunt, że byłam w najważniejszych momentach. I chyba widzimy się za rok... Nie no, na pewno widzimy się za rok. Tym bardziej, że już umówiłam się z Bacą na bieg na Czupel.
Etap nazwany pięcioletnie studia z "Nauk o rodzinie" na Uniwersytecie Śląskim uważam za zamknięty. Najpierw były trzyletnie studia licencjackie ze specjalizacji poradnictwo małżeńskie i rodzinne, następnie dwuletnie magisterskie ze specjalizacji mediator i asystent rodziny. Magisterkę obroniłam rok temu w dosyć zakręconych okolicznościach (szerzej pisałam o tym >>tutaj<<). Z perspektywy czasu sama się sobie dziwię, że dałam radę to wszystko połączył i pogodzić. Ale widać, że jeżeli komuś spieszyło się na świat, to będzie miał potem całe życie w biegu.
Rok temu nie odbyło się na Wydziale Teologicznym uroczyste rozdanie "Listów gratulacyjnych" wyróżniającym się absolwentom z kierunku teologia oraz Nauki o Rodzinie. Nie znam bliższych szczegółów tej decyzji. Dlatego w tym roku na uroczystości pojawiły się aż dwa roczniki. A raczej ci, którzy mogli. Wszystko odbyło się w kaplicy wydziałowej oraz gabinecie dziekana i prodziekana.
Ja tam zawsze się śmiałam, że tym, co mnie głównie wyróżnia wśród innych osób, to na pewno moja niepełnosprawność i wszystko, co z nią związane. A że Pan Bóg wynagrodził mi to w pewnym sensie zdolnościami umysłowymi (co za paradoks przy uszkodzeniu mózgu!) i zapałem? Wydaje mi się, że należy się tylko cieszyć i Mu za to dziękować. Chociaż wiadomo, że ten bonus na nic by się zdał, gdyby nie systematyczna nauka i regularne powtarzanie sobie przyswojonych mniej lub bardziej wiadomości.
Uroczystość absolutorium 2024/2025/2026, bo myślę, że śmiało można ją tak nazwać, rozpoczęła się Mszą świętą sprawowaną w naszej wydziałowej kaplicy. Było nas tak mało, że spokojnie mogliśmy się w niej zmieścić i jeszcze były wolne miejsca.
Eucharystię wraz z księżmi-profesorami z wydziału, wedle tradycji, koncelebrowali tegoroczni neoprezbiterzy. Przez jednego z nich, Franka (mimo wszystko, raczej byliśmy ze sobą na wydziałowych korytarzach na ty), została wygłoszona homilia, w której to zwracał uwagę na pielęgnowanie na co dzień w sobie takich cech charakteru, jak sprawiedliwość. uczciwość, nie hejtowoanie, ani nie obrażanie innych, życzliwość i troska o drugiego człowieka. Cechy na pozór uniwersalne, a jednak tak bardzo osadzone w naszym chrześcijańskim życiu.
Po Mszy, na których padły pierwsze podziękowania i gratulacje, zostaliśmy zaproszeni do gabinetu dziekana, gdzie odbyła się dalsza część uroczystości. W sekretariacie czekały na nas wypożyczone z głównego rektoratu togi i birety, nasz oficjalny strój na tą podniosłą uroczystość. Trochę nam zajęło, zanim znależliśmi odpowiednie dla mnie przyodzienie, czyli takim, w którym nogi by mi się nie plątały z materiałem, bo prawie wszystkie rozomiarówki były na mnie za duże. W końcu, przy pomocy innych, udało mi się ubrać w reprezentacyjny strój.
W równym dwuszeregu weszliśmy do gabinetu, gdzie już czekały przebrane w swoje togi władze wydziału. W imieniu nieobecnego dziekana wystąpił dyrektor kierunku teologia, który powołał się na dojrzewające wino i na trzy części składowe dobrej winolośli. Jest to odpowiedni grunt, deszcz oraz słońce. Gruntem były nasze studia, podczas których zostaliśmy wyposażeni w odpowiednią wiedzę, deszcz to nasze samodoskonalenie się i samorozwój, słońce, to wyznawane przez nas wartości. Dzięki tym trzem składnikom będziemy dobrzy, w tym co będziemy robić, jak też będziemy w ogóle dobrymi ludźmi. Życzył też sobie i nam, aby po latach można było powiedzieć, że "były to dobre roczniki".
Następnie każdy z nas został wyczytany z tytułu, imienia i nazwiska (chyba pierwszy raz w życiu usłyszałam, jak to brzmi razem) i podchodził do władz, przed którymi jeszcze raz mówił, o czym była jego praca dyplomowa oraz kto był jej promotorem i recenzentem. Najpierw swoje listy gratulacyjne otrzymali studenci Teologii stacjonarnej i niestacjonarnej, następnie studenci Nauk o Rodzinie pierwszego stopnia, aż w końcu przyszedł czas na drugi stopień. Szczerze powiedziawszy to nie wiem, czy bardziej stresowałam się czekając na swoją kolej, czy też idąc po list i wygłaszając prodziekanom, że moja praca magisterska dotyczyła tego, jaki jest stopień adaptacji ukraińskich dzieci we wczesnym wieku szkolnym do warunków polskiego szkolnictwa z perspektywy dwóch lat (podobne badania prowadziłam na rzecz pracy licencjackiej) i u gogo ją broniłam.
Kiedy już wszyscy otrzymali swoje listy gratulacyjne, pouściskiwaliśmy sobie wzajemnie dłonie w geście gratulacji osiągniętego sukcesu, bo chyba śmiało można to tak nazwać. Emocje, które nosiłam w sobie uleciały, byłam już jakby mniej spięta i bardziej wyluzowana.
Po części oficjalnej wszyscy wyszliśmy przed gmach budynku, aby zrobić soobie pamiątkowe zdjęcie...
A także tradycyjnie już rzucić biretem w górę.
Wracając do domu znowu sobie pomyślałam, że to były intensywne dwa lata, ale też bardzo rozwijające. Rozwijające pod względem wiedzy, zainteresowań, ale i wiary. O wielu rzeczach mogliście wyczytać na blogu, inne skrywam we własnym sercu, bo nie o wszystkim musi wiedzieć świat. Po latach myślę, że odejście ze scholi, która przestała mnie rozwijać, na rzecz Duszpasterstwa Akademickiego było dobrą decyzją. Wiele się działo, czasu wolnego, który mogłabym przeznaczyć na naukę było mało, a jednak dałam radę i nawet nie wypadłam z peletonu, pomimo łączenia dwóch kierunków, pomocy w organizacji różnych rzeczy, działalności w Samorządzie Studenckim, pracy w świetlicy środowiskowej, wolontariatu, sportów, życia w realu i w wirtualnej rzeczywistości. Cieszy mnie, że znalazłam też czas na częsty udział we Mszy świętej w tygodniu, ale też na swoje własne przyjemności. Kiedy, zważając na to, że sporo czasu zajmowały mi przejazdy? Sama nie wiem, ale myślę, że kiedy ma się poukładane wartości i sprecyzowane cele to dużo rzeczy jest możliwych.
Ślubowanie, czyli ponowne włączenie w poczet studentów, październik 2023
A także wyrażać niewyobrażalną wdzięczność tym, dzięki którym znalazłam się w takim, a nie innym miejscu. Arkowi, który tak bardzo namawiał mnie do kontynuowania studiów na drugim stopniu, a nawet nie dożył momentu, w którym ogłoszono wyniki rekrutacji. Rodzicom, którzy chyba w mniejszym lub większym stopniu cieszyli się z moich osiągnięć i sukcesów. Wykładowcom, którzy nie tylko przekazywali nam wiedzę, ale też po prostu wierzyli w mój potencjał i robili wszystko, żeby go ze mnie wydobyć. Pracodawcom, którzy dali mi elastyczne godziny pracy. Księdzu Niosącemu Światło oraz Księdzu Krisowi, którzy służyli wiedzą, wsparciem duchowym, dobrym słowem, ale też motywacją. olegom i koleżankom ze studiów, duszpasterstwa, wolontariatów, z życia i z pracy, na których zawsze mogłam liczyć. W koońcu też Wam, bo wspieraliście mnie swoimi komentarzami wtetdy kiedy było dobrze i kiedy było źle. Wszyscy wymienieni ludzie sprawili, że dobrnęłam szczęśliwie do kolejnego portu.
Ostatnie zajęcia, czerwiec 2025
Czy myślę. że osiągnęłam coś niesamowitego? Nie. A nawet powtórzę za Robertem Gawlińskim - "myślę, że nie stało się nic". Jutro na moje miejsce przyjdą inni studenci, którzy też będą się męczyć zdobywając wiedzę i zaliczając kolejne semestry. Pewnie okażą się jeszcze lepsi ode mnie. Ja tylko wykonałam to, co zamierzyłam. Wysiadłam z jednego pociągu i przesiadłam się do innymi dzierżąć w dłoniach bilet zz nowymi wiadomościami i umiejętnościami. Tylko tyle.
Powoli, powoli wkręcamy się w jesienny bieg życia. Wolne dni ustąpiły miejsca obowiązkom i tym, co w mniejszym lub większym stopniu rozwija mnie i moją osobowość. Kalendarz nauczycielski z każdym dniem coraz bardziej pęcznieje w kolejnych terminach spotkań, zebrań i wydarzeń, a ja wraz z ostatnimi podmuchami ciepłego wiatru wznoszę się na wyżyny logistyki, aby pogodzić wszystkie aktywności mając do dyspozycji tylko autobusy jeżdżące o określonych godzinach. Zamierzenie jest proste - działać tak, aby jak najmniej rzeczy zawalić. Trudne, ale możliwe.
Gdzieś w międzyczasie porządkuję mieszkanie, ale też robię porządki chociażby na komputerze. Mam kilka fotografii z obozów, które chciałabym wywołać, inne archiwizuję na dysku zewnętrznym. Zanim jeszcze kurz pokryje wspomnieniowe półki, podzielę się z Wami kilkoma ciekawostkami z krótkiej wizyty w kościele w Zawoi, na którą wybraliśmy się wraz z grupą "Rafałków". A było to tak - dwa dni przed zakończeniem naszego obozu w Zawoi postanowiliśmy podjechać do centrum miejscowości, gdzie znajduje się m.in. drewniany kościół parafialny p.w. św. Klemensa.
Święty Klemens żył w Rzymie w I wieku naszej ery. Nazywany był Apostołem Pokoju. Czwarty papież. Urodził się jako syn Faustyna. Utożsamia się go z Klemensem wspomnianym przez św. Pawła z Tarsu w liście do Filipian. Błędnie utożsamia się go z Flawiuszem Klemensem, który był kuzynem Domicjana. Tradycja, potwierdzona przez Tertuliana i Hieronima ze Strydonu, mówi że sakrę papieską otrzymał z rąk samego appostoła Piotra. Klemens miał być jego bezpośrednim następcą, jednak w trosce o jedność wspólnoty ustąpił miejsca Linusowi. Początek jego pontyfikatu datuje się na 88 bądź 91 rok. Autor pierwszego listu Klemensa do Koryntian. Namawiał w nich mieszkańców Koryntu do przywrócenia prezbiterów, którzy zostali wcześniej usunięci ze swoich urzędów. Wspomina w nim też, że biskup jest przełożonym prezbiterów i diakonów. Dokument był włączony przez jakiś czas w Kanon Ksiąg Nowego Testamentu i długo się go czytało w kościołach. Klemensowi błędnie przypisywano autorstwo II-wiecznego drugiego Listo Klemensa do Koryntian, III-wiecznych Pseudoklementyn oraz IV-wiecznych Konstytucji Apostolskich. Zmarł na przełomie I i II wieku. Odrzuca się przekazywane w niektórych dokumentach informacje o jego męczeńskiej śmierci. Równie niewiarygodna jest informacja o jego zsyłce na Półwysep Krymski, na którym miał ewangelizować i ponieść śmierć poprzez utonięcie z przywiązaną do szyi kotwicą.
W Kościele katolickim, anglikańskim oraz ewangelickim wspomnienie świętego Klemensa przypada 23 listopada. W ikonografii Klemens przedstawiany jest w papieskim stroju pontyfikalnym z kotwicą oraz rybą. Czasami dodawany jest też kamień milowy, klucze, książka albo fontanna.
Kościół parafialny p.w. świętego Klemensa to jeden z największych drewnianych kościołów w naszym kraju. Wzniesiono go na miejscu poprzedniej budowli. Pierwotne plany zakładały jedynie jej powiększenie, finalnie powstała nowa, całkiem odmienna od pierwowzoru budowla.
Kościół zbudowano według planów Karola Pietschki. Wzniesiono go na planie krzyża z trójbocznie zamkniętym prezbiterium i niewielkim transeptem. Od południa do prezbiterium przylega zakrystia. Wejście do trójnawowej świątyni prowadzi pod czterokondygnacyjną wieżę. Kościół został wybudowany w stylu ekletycznym z wyraźnymi wpływami architektury skandynawskiej.
Na zewnętrznej ścianie prezbiterium znajduje się grupa Ukrzyżowania, datowana na koniec XIX wieku. W ogrodzeniu kościoła stoi kapliczka z figurką Najświętszej Maryi Panny wraz z piękną barokową rzeźbą św. Jana Nepomucena prawdopodobnie z 1762 roku. Poniżej rzeźby widoczna jest kolejna niewielka rzeźba, tym razem przedstawiająca Jezusa upadającego pod krzyżem.
Po przekroczeniu progu kościoła wzrok turystów i wiernych pada na monumentalny, późnobarokowy ołtarz główny, w którego centrum znajduje się pochodzący z XVIII wieku obraz Matki Bożej Anielskiej. Ołtarz wieńczy barokowy XVIII-wieczny obraz przedstawiający Zwiastowanie, a pod nim znajduje się płaskorzeźba obrazująca Trójcę Świętą.
Na zasuwie można zobaczyć XIX wieczny obraz św. Klemensa, papieża i męczennika, patrona świątyni, przekazany do Zawoi z kościoła w Makowie. Po obu stronach ołtarza ustawione są rzeźby apostołów - świętych Piotra i Pawła.
W transepcie po lewej stronie znajduje się barokowy ołtarz Matki Bożej Częstochowskiej. Obraz Matki Bożej w centrum ołtarza jest współczesny. Dużo starszy jest wizerunek św. Antoniego Padewskiego na zasuwie. Namalował go w 1906 roku ksiądz Józef Kaczmarczyk. Ale jeszcze starszy jest barokowy wizerunek św. Antoniego u zwieńczenia ołtarza. Nad nim umieszczono niewielką figurkę świętego Michała Archanioła, zaś po bokach ołtarza ustawione są figury: św. Mikołaja po lewej i św. Ambrożego po prawej stronie.
Naprzeciw transeptu znajduje się barokowy ołtarz Ukrzyżowania. Ze względu na formę jest on identyczny jak ołtarz Matki Bożej Częstochowskiej. W jego centrum znajduje się figura Chrystusa na krzyżu, datowana na XVIII wiek. Powyżej rzeźby mieści się również XVIII wieczny obraz przedstawiający Pietę, natomiast w zwieńczeniu ołtarza figura Anioła Stróża, która wskazuje drogę dziecku. Po bokach ołtarza ustawiono rzeźby Matki Bożej Bolesnej oraz świętego Jana Ewangelisty.
Z kolei w nawie lewej, tuż przy tęczy, umieszczony jest ołtarz św. Wawrzyńca i św. Franciszka. W jego centrum umieszczono współczesny obraz przedstawiający wizję św. Franciszka, a na zasuwie obraz św. Wawrzyńca z II połowy XIX wieku. W zwieńczeniu ołtarza możemy zobaczyć niewielki, XVIII wieczny wizerunek św. Marii Magdaleny. Po bokach widnieją rzeźby św. Franciszka z Asyżu (z lewej strony) i św. Antoniego z Dzieciątkiem (po prawej stronie).
Nieco dalej od ołtarza głównego w tej samej nawie można zobaczyć barokowy ołtarz Matki Bożej Różańcowej. W jego centrum między kręconymi kolumnami o korynckich kapitelach, umieszczono płaskorzeźbę z 1872 roku, która przedstawia Matkę Bożą Różańcową. Jest ona adorowana przez św. Dominika i św. Katarzynę Sieneńską. Ołtarz ten posiada dwie zasuwy. Pierwsza z nich powstała w 1921 roku. Przyozdabia ją wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej pośród Aniołów oraz potępionych. Na drugiej znajduje się obraz Matki Bożej Bolesnej wraz ze świętym Jerzym. W zwieńczeniu ołtarza figuruje obraz przedstawiający Jezusa w Ogrójcu, podtrzymywany przez figurki aniołów, którzy dodatkowo trzymają w dłoniach narzędzia Męki Pańskiej.
W nawie prawej tuż przy tęczy ustawiono ostatni już ołtarz, który jest poświęcony Sercu Jezusowemu. Podobnie jak inne ołtarze w kościele, także i ten został wykonany w stylu barokowym. W jego centrum umieszczono obraz Serca Jezusowego z 1958 roku. Jest on prezentowany naprzemiennie z pochodzącym prawdopodobnie z XVIII wieku wizerunkiem Najświętszego Serca Pana Jezusa. W zwieńczeniu widać osiemnastowieczny wizerunek świętego Wojciecha, a po bokach ustawiono figury św. Szymona (po lewej stronie) oraz św. Judy Tadeusza (po prawej stronie).
Podobnie jak wyżej opisane ołtarze, z wystroju pierwszej świątyni pochodzi także XVIII-wieczna późnobarokowa ambona, którą ozdabia rzeźba gołębicy. Z tego samego okresu pochodzą też kamienna piaskowcowa chrzcielnica i kropielnica. Z końca XIX wieku pochodzą obrazy Drogi Krzyżowej, a z 1939 roku obrazy św. Stanisława Kostki oraz św. Andrzeja Boboli.
Okna świątyni wypełnione są przez barwne witraże. Najstarsze z nich wykonano na przełomie XIX i XX wieku. Wprawione są one w okna prezbiterium. Ukazują one Serce Jezusa, Serce Najświętszej Marii Panny jak też św. Klemensa. Pozostałe witraże wypełniające okna nawy i transeptu powstały w 1969 roku. Przedstawiają one świętych, głównie związanych z naszym krajem. Swoją kolorystyką i stylistyką nawiązują do pokrywającej ściany kościoła polichromii z 1930 roku. Malowidła te utrzymywane w stylu art deco zawierają wiele motywów roślinnych i geometrycznych. W kopule nad skrzyżowaniem nawy głównej i transeptu przedstawieni są czterej Ewangeliści, z kolei w nawie głównej, prócz dekoracji ornamentalnej, widnieje monogram imienia Maryja oraz monogram IHS. Sufit transeptu ozdabia wizerunek Baranka Eucharystycznego oraz pelikana karmiącego pisklęta krwi z własnej piersi. W prezbiterium znajduje się malowidło, które przedstawia kielich z monogramem Chrystusa, a pod chórem widnieje gołębica.