11 września 2001 roku na zawsze odcisnął swoje piętno w najnowszej historii naszego świata. W nieludzkim i niewyobrażalnym zamachu, jaki miał wtedy miejsce po drugiej stronie oceanu, zginęły tysiące ludzi. Setki dzieci straciły na zawsze matki, ojców, babcie i dziadków. Jednym z nich jest Oskar, fikcyjny bohater książki Jonathana Safrana Foera - "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" oraz filmu nakręconego na jej podstawie pod tym samym tytułem.
Tytuł: "Strasznie głośno, niesamowicie blisko"
Autor: Jonathan Safran Foer
Wydawnictwo W.A.B
Warszawa 2012
Ilość stron: 496
Mały Oskar mieszka z rodzicami w Nowym Jorku. Z obydwojga ma doskonały kontakt, jednak silniejsza więź łączy go z ojcem, Thomasem. To on wymyśla dla synka różne misje, które mają pomóc mu przezwyciężyć własne obawy i lęki, a przy okazji są fantastyczną przygodą dla chłopca. 10 września wieczorem opowiada mu o legendarnej Szóstej Dzielnicy miasta, która aktualnie znajduje się na Antarktydzie pod lodem. Oskar nie do końca wierzy tej opowieści, ale cieszy się, że ojciec poświęca mu swój czas.
Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo ośmiolatka kończy się wraz z następnym dniem, 11 września 2001 roku, kiedy w czasie wbicia się samolotów w wieże WTC Thomas znajduje się w jednej z nich na spotkaniu. Udaje mu się jeszcze dodzwonić do domu i zostawić kilka wiadomości na sekretarce domowego telefonu. Wiadomości te słyszy zwolniony wcześniej ze szkoły Oskar. Nie wie jeszcze, że słyszy głos ojca po raz ostatni, nie wie, że już go nigdy nie zobaczy. Nawet pogrzeb Thomasa był symboliczny - ponieważ jego ciało nie zostało nigdy odnalezione, w ziemi spoczęła pusta trumna.
Mija rok. Oskar buszując w szafie z rzeczami ojca przypadkowo strąca stojący na jednej z półek wazon. Ten rozpada się na drobne części, a z jego wnętrza wypada koperta z napisem "Black", a z niej mały kluczyk. Chłopiec, biorąc to wszystko za ostatnią misję od ojca, postanawia znaleźć jej właściciela. Pokonując swoje lęki(najprawdopodobniej będące następstwem Zespołu Aspergera* oraz szoku po tamtym dniu) za pomocą tamburynku z uporem puka od drzwi do drzwi osób z nazwiskiem Black szukając tego, do kogo należy intrygujący go przedmiot. Przez pewien czas towarzyszy mu sąsiad z tym nazwiskiem oraz tajemniczy staruszek, sublokator babci chłopca, który porozumiewa się ze światem za pomocą zeszytów. Chociaż każdy krok okazuje się tym niewłaściwym, Oskar nie poddaje się i w dalszym ciągu szuka tego właściwego zamka od klucza. Poznaje przy tym kolejnych ludzi, ich historie oraz zmartwienia. Czy uda mu się jednak rozwiązać tą tajemniczą zagadkę pozostawioną przez ojca, a przy okazji rozwiązać pewną rodzinną tajemnicę?
Książka, chociaż porusza trudny temat jakim jest strata rodzica w życiu małego dziecka(dla mnie każde dziecko w wieku do 10 lat jest jeszcze małe, co nie oznacza, że nie traktuję go poważnie), napisana jest bardzo przyjaznym językiem. Dzięki pierwszoosobowej narracji poznajemy uczucia, jakie targają Oskarem zarówno przed Tamtym Dniem, jak i podczas samych wydarzeń oraz potem. A te uczucia bywają różne. Czasami narracja może wydawać się nawet nieco chaotyczna, ale to najlepszy dowód na to, co dzieje się w duszy i umyśle kilkulatka. Oskar ma swój świat, swój punkt widzenia, który nie zawsze jest rozumiany przez innych(o czym świadczy chociażby scena podczas zajęć szkolnych). A jednocześnie jest bardzo wrażliwy, nawet może zbyt wrażliwy jak na otaczającą go rzeczywistość, która bywa okrutna. Nie oznacza to jednak, że jest mięczakiem. Umie kombinować, a nawet kłamać. Jest też trochę naiwny - pisze listy do znanych osób(np. Stephena Hawkinga) z propozycją pracy dla ich przedsięwzięć. Nie zraża się jednak swoim niepowodzeniem w tej kwestii i ciągle pisze.
Ciekawa jest też sama kompozycja książki. Opowieść Oskara przepleciona jest listami napisanymi przez milczącego sublokatora mieszkającego z jego babcią. Chociaż łatwo jest przewidzieć, kto tak naprawdę kryje się pod otoczką milczenia, to warto je przeczytać, aby nie tylko poznać motywy jego postępowania, ale też przekonać się o ogromnej miłości, jaką darzył swoją rodzinę. Od czasu do czasu na kartkach powieści zobaczymy różne zdjęcia. Wśród nich znajdziemy takie, które Oskar mógł zamieścić w swoim zeszycie zatytułowanym "Rozmaitości, na które natrafiłem", zobaczyć w telewizji bądź na żywo, podczas swoich poszukiwań. Zaskoczyły mnie też ostatnie strony - możemy w nich natrafić na postać, która wpada(tak, tak, wpada) do budynku WTC, a nie z niego wypada. Trzeba tylko odpowiednio "zaczarować" książką.
Jedyne co mnie rozczarowało to zakończenie książki. Pewnie popełniłam ten błąd, że najpierw obejrzałam film(nie wiedziałam wtedy jeszcze nic o papierowej wersji), a potem, a właściwie teraz przeczytałam powieść. Epilogi obydwóch wersji trochę się od siebie różnią i z bólem serca muszę przyznać, że ten filmowy bardziej do mnie przemówił, ponieważ spinał klamrą całą fabułę i stanowił podsumowanie opowieści Thomasa o istnieniu Szóstej Dzielnicy, nie ważne czy ona istniała, czy też nie. W książce tego zabrakło, co sprawiło, że zakończyła się dla mnie tak... nijak. Ale jest to właściwie jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić.
Kończąc czytać naszła mnie refleksja, że książka mimo wszystko jest świetna. Nie opowiada wprost o wydarzeniach z 11 września, ale raczej o ich następstwach. Jest w niej o stracie kogoś najbliższego, ale też o radzeniu sobie z tą stratą. O niezrozumieniu, które jest niczym, kiedy coś naprawdę nas interesuje. W końcu o miłości, która jest silniejsza od śmierci, bez względu na to, w co i jak wierzymy. To książka o życiu, którego nie może przekreślić żadna, nawet największa tragedia.
A na koniec kilka faktów związanych z tym, co się stało 18 lat temu:
FAKT 1: Domniemani zamachowcy mimo posiadania broni nie mieli żadnych problemów przy odprawie - Uzbrojonym braciom al-Hazmi oraz ich domniemanym wspólnikom bez problemów udało się przejść przez punkt kontroli bezpieczeństwa na lotnisku Waszyngton-Dulles, chociaż znajdowali się na liście amerykańskich służb bezpieczeństwa lotów. Trafiają na nią osoby, które należy dokładnie skontrolować. Podczas przechodzenia przez bramki czterech z pięciu mężczyzn wielokrotnie uruchomił się alarm wykrywacza metalu. Chociaż z powodu błędów w dokumentach podróży przeszukany został bagaż braci al-Hazmi, nie znaleziono w nim jednak niczego niepokojącego. Nawet kiedy strażnicy zauważyli w tylnej kieszeni jednego z nich niezidentyfikowany przedmiot, nie przeprowadzili dokładniejszej kontroli(w czasie śledztwa stwierdzili, że jest to 10-centymetrowy nóż do tapet. Także pozostałym czterem domniemanym zamachowcom udało się przemycić noże do samolotu. Około godziny ósmej wszyscy siedzieli już w samolocie lotu nr 77, który później uderzył w Pentagon.
FAKT 2: Wszystkie zapisy danych lotów wskazują na centralne sterowanie - Podczas porwania samolotów domniemani sprawcy nie mogli się ze sobą komunikować. Mimo to w ciągu zaledwie ośmiu minut miały miejsce następujące wydarzenia: godz. 8:46 - uderzenie maszyny(lot nr 11) w północną wieżę; godz. 8:47 - wyłączenie transpondera lotu 175, godz. 8:51 - zmiana lotu nr 175 w stronę Nowego Jorku; godz. 8:54 - zmiana lotu nr 77 w kierunku Waszyngtonu. Pojawia się pytanie w jaki sposób domniemani zamachowcy mogli przeprowadzić tak precyzyjne manewry jeden po drugim bez porozumiewania się ze sobą. Wiadomo, że te operacje nie mogły zostać z góry uzgodnione, co do minuty, ponieważ wszystkie cztery maszyny wystartowały z pewnym opóźnieniem. Jeśli ta równorzędność zdarzeń nie jest przypadkowa, wyjaśnieniem pozostaje centralne sterowanie maszyn i ich pilotów z zewnątrz.
FAKT 3: W momencie ataku na USA prezydent Bush był niezdolny do działania - 11 września 2001 George W. Bush przypominał bardziej marionetkę niż głowę państwa. Bezpośrednio po drugim uderzeniu szef sztabu na oczach kamer wyszeptał do prezydenta, że "Ameryka została zaatakowana". Kamery nie uchwyciły jednak rzecznika prasowego, który trzymał w górze kartkę głoszącą: "Proszę jeszcze niczego nie mówić". George W. Bush pozostał jeszcze od pięciu do siedmiu minut w klasie, zanim wsiadł na pokład Air Force One, którym odleciał do Waszyngtonu. Z powodu zbyt dużego niebezpieczeństwa, doradcy przekonali go do bazy sił powietrznych w Barksdale. Paradoksem wydaje się to, że przez pierwszą godzinę przechwytujące myśliwce nie chroniły prezydenckiego samolotu,, a w trakcie dwugodzinnego lotu nie udało się nawiązać stabilnego połączenia telefonicznego. Nie trudno się domyśleć, że w tym czasie prezydent był niezdolny do podjęcia jakichkolwiek działań.
FAKT 4: Komisja nie mogła przesłuchać osób rzekomo stojących za zamachami - To co zostało skrytykowane przez niezależne komisje mające na celu wyjaśnienie okoliczności wydarzeń z 11 września to niewiarygodność źródeł, na które powołują się oficjalne sprawozdania. Np. w tzw "Raporcie 9/11" można wyczytać: "Pytania do świadków koronnych mogliśmy jedynie przekazywać tajnym służbom i wojskowym. Nie mieliśmy jednak żadnego wpływu na to, czy, kiedy i jak zostaną zadane". Z drugiej strony oznacza to, że 5 i 7 rozdział raportu(ok 70 stron) nie mogą być odczytywane jako wiarygodne. Jako główne źródła rekonstrukcji zdarzeń posłużyły w dużej mierze rzekome zeznania świadków.
FAKT 5: Najważniejsi przywódcy USA byli nieosiągalni w decydujących minutach - Upłynęła ponad godzina od zamachu na WTC, zanim prezydent nawiązał pierwszy raz rozmowę z przebywającym w tym czasie w Pentagonie sekretarzem obrony - Donaldem Rumsfeldem. Wcześniej nie można było go rzekomo znaleźć, jak zresztą Hugh'a Sheltona - doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa(który był w drodze na Węgry), Mika Canavana - koordynatora ds. uprowadzeń lotniczych(był w Portoryko) czy też generała Montague'a Wilfielda(który zaledwie dzień wcześniej poprosił swojego niedoświadczonego podwładnego w dniu 11 września).
FAKT 6: Myśliwce przechwytujące nie zostały wysłane bezpośrednio do Nowego Jorku - Pierwsze myśliwce wystartowały o 8:52, czyli sześć minut po uprowadzeniu lotu numer 175. Dowodzący akcją major planował za ich pomocą zabezpieczyć przestrzeń powietrzną nad Manhattanem, zapobiegając tym samym kolejnym atakom. Myśliwce te nie poleciały jednak bezpośrednio do Nowego Jorku, ale wykonały pętlę na odcinku 185 km. nad Adriatykiem, a następnie leciały przez cztery minuty w trybie lotu w strefie oczekiwania. Ostatecznie dotarły do miasta z dwudziestominutowym opóźnieniem. Do dzisiaj nie wyjaśniono dlaczego tak się stało, ponieważ nagrania rozmów pilotów myśliwców ze sztabem operacyjnym zniknęły po 11 września...
FAKT 7: FBI zapłaciło wiele pieniędzy informatorowi, który zataił wiadomości o domniemanych zamachowcach - Abdussattar Szejk miał być "największą szansą FBI, aby przewidzieć wydarzenia z dnia 11 września, zanim ten dzień nastąpił". Był on bowiem głównym informatorem FBI, który zaledwie rok wcześniej wynajął pokoje w swoim domu dwóm domniemanym porywaczom samolotu, który uderzył w Pentagon. O ich wprowadzeniu się rzekomo nie poinformował swojego łącznika w FBI. Nawet kiedy łącznik dowiedział się o nowych lokatorach, informator nie zdradził ani ich nazwisk, ani tego, że odbyli oni kurs lotniczy. Co więcej, w prowadzonym potem śledztwie przyznał, że wiedział o ich kontaktach z osobami obserwowanymi przez FBI.
FAKT 8: Dzięki ewakuacji wieży południowej można było ocalić życie setkom ludzi - Inna nieprawidłowa decyzja nie została poddana większej krytyce publicznej. Pomiędzy rozbiciem się pierwszego samolotu o północną wieżę a momentem nakazu ewakuacji wieży południowej upłynęło 12 cennych minut. W komunikatach nadawanych przez głośniki proszono znajdujących się w niej ludzi, aby pozostali w swoich biurach. Nawet Ci, którzy zebrali się już w holu, zostali wysłani z powrotem na swoje stanowiska pracy. Kilka minut później drugi z uprowadzonych samolotów uderzył w południową wieżę. Setki ludzi zginęły w pożarze budynku lub zostały pogrzebane pod gruzami walącej się konstrukcji. Co ciekawsze, w ogólnych planach ewakuacyjnych nie przewidziano ewakuacji ludzi z dachów budynków w przypadku pożaru na górnych piętrach obydwu wież.
FAKT 9: Władze USA dowiedziały się o uprowadzeniu lotu numer 93 dopiero cztery minuty po rozbiciu samolotu - Maszyna obsługująca lot 93 wystartowała z lotniska Newark w New Jersey z 42 minutowym opóźnieniem(o godz. 8:42). 48 minut później, jako ostatnia, została uprowadzona. Porywacze popełnili jednak błąd - wysłali komunikat o uprowadzeniu do kontrolerów lotu, a nie, jak zamierzali, do pasażerów. Od tego momentu kontrolerzy wiedzieli, że jest to porwanie, jednak nie przekazali dalej tej ważnej wiadomości. Do dzisiaj nie wiadomo dlaczego tak się stało. Samolot rozbił się o godzinie 10:03 w Shanksville, prawdopodobnie po próbie odbicia sterów z rąk terrorystów przez pasażerów. NORAD zostało jednak poinformowane o uprowadzeniu samolotu cztery minuty później(10:07). Mimo tych faktów NORAD do 2003 roku twierdziło, że miałoby mimo wszystko możliwość rozbiciu samolotu w Białym Domu lub Kapitolu.
FAKT 10: Głównodowodzący świadomie opóźniał start myśliwców przechwytujących - Głównodowodzący NEADS, który był odpowiedzialny za obronę wschodniego wybrzeża USA wielokrotnie opóźniał interwencję myśliwców. Najpierw nie wydał pozwolenia startu dwóm pilotom, gotowym do wylotu jeszcze przed pierwszym atakiem na WTC. Zamiast tego postanowił zatelefonować, przez co stracił cenne minuty. Gdyby nie to, prawdopodobnie myśliwcom udałoby się przechwycić drugi z samolotów. Po atakach na WTC został wezwany przez majora z dowództwa obrony koniecznej, w celu wydania nakazu startu dwóm myśliwcom, które miały stworzyć zaporę powietrzną nad Waszyngtonem. Była godzina 9:09. Rozkaz został wydany po kwadransie. Gdyby trwało to krócej, prawdopodobnie udałoby się zapobiec zamachowi na Pentagon.
FAKT 11: Ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, George W. Bush, dopatrywał się w atakach olbrzymiej szansy - Chociaż brzmi to absurdalnie, to kilka godzin po zamachu prezydent wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że są one doskonałą okazją do nakłonienia Rosji i Chin do większego działania na swoją korzyść. Bush miał nadzieję, że ataki umożliwią podjęcie wspólnie z tymi państwami wojny z terroryzmem oraz pomogą wyciągnąć Amerykę ze stanu politycznej izolacji. Dlatego już kilka godzin po atakach twierdził, że oto nadeszła odpowiednia pora na zawiązanie koalicji z obydwoma państwami. Dzisiaj wiadomo, że ta wypowiedź była typowo propagandowa. Ani Chiny, ani tym bardziej Rosja nie wsparły USA w Iraku i Afganistanie.
Na podstawie artykułu "11 faktów na temat 11 września", "Świat wiedzy" nr 3/11
* Książka co prawda o tym nie mówi, ale film już tak