Raz w roku, od pewnego czasu jest to ostatni weekend września, członkowie ruchu "Wiara i Światło" Prowincji Południowej spotykają się w Hałcnowie (dzielnica B.-B.), gdzie przez trzy dni uczestniczą w rekolekcjach. Jednak Harcnów to nie tylko rekolekcje, ale też poznawanie nowych osób, nawiązywanie znajomości, rozmowy, wymiana doświadczeń, a nawet planowanie całego roku formacyjnego.
Propozycja wyjazdy na spotkanie pojawiła się na pierwszym spotkaniu "Rafałków" na początku września. Ogólnie o samych spotkaniach i słyszałam, i oglądałam z nich zdjęcia, ale nawet nie marzyłam, że już po kilku miesiącach obecności we wspólnocie otrzymam propozycję wyjazdu na tegoroczne zgromadzenie. Podobno w dowód uznania za dojazdy i zaangażowanie w rozwój grupy. Nawet nie wiecie, jak mi się zrobiło ciepło na sercu, że ktoś zauważył moje zaangażowanie. Więcej, postanowił je wyróżnić. A przecież mogli zaproponować to komuś innemu. Co prawda w jego trakcie wypadały moje urodziny, ale spokojnie mogłam je poświęcić. W końcu nie pierwszy raz. I zapewne nie ostatni. Pamięta ktoś moje 24 urodziny na wycieczce m.in. w Budapeszcie? We wcześniejsze, 21, byłam na pogrzebie sąsiada. Albo 30, podczas których pomagałam w organizacji Górskiego Biegu Frassatiego? Bądź kolejne, gdzie sama biegłam w górę? Cóż więc wobec tego był wyjazd na spotkanie rekolekcyjne? Nawet jeżeli miałam na nim pilnować innych osób.
Wytypowani członkowie wspólnoty wyjechali z Wadowic wraz z koordynatorką. Mnie się jednak nie opłacało do nich jechać, tym bardziej, że z K-c mam w miarę dobre połączenie do B-.B., a na miejscu po prostu musiałam przesiąść się w autobus do Czechowic - Dziedzic i wysiąść na odpowiednim przystanku. Oczywiście potem okazało się, że mogłam dogadać się ze wspólnotą z J-na, która też jechała na spotkanie, ale po pierwsze nie chciałam, robić rozgardiaszu, a po drugie - Wadowice miały do ogarnięcia i dekorację, i zawiązanie wspólnoty, dobrze więc było być wcześniej, wszystko przygotować i omówić szczegóły. "Dominki - bis" przyjechały "na gotowe", więc technicznie byłoby to trudne.
No właśnie, nad tą dekoracją dyskutowaliśmy od wakacyjnego obozu w Zawoi. Nawet nie wiecie ile godzin spędziliśmy w naszym kadrowym pokoju i wymienialiśmy się naszymi pomysłami. Każdemu spotkaniu towarzyszy inne hasło przewodnie, w tym była to Droga do Emaus. Efektem wymiany naszych pomysłów była droga przez środekk sali konferencyjnej, na której znajdowały się gałęzie, szzyszki i kamienie, a także drzewo figowe, z Emaus w tle. Do naszej czwórki przedstawicieli "Rafałków" należało przypięcie plakatu oraz ułożenie drogi. Trochę było przy tym zabawy, ale efekt końcowy przerósł nasze, a napewno moje, najśmielsze oczekiwania. Ale możeciei pogratulować mi bycia gapą - pakowałam się w pośpiechu i nie wsadziłam mojego aparatu fotograficznego do plecaka, chociaż miałam to w planach. Brawo ja!
Kiedy przygotowywaliśmy wszystko na wieczorne powitanie wspólnot wchodzących w skład prowincji, te powoli zaczęły się zjeżdżać. Nie będę ukrywała, że "Dominki-bis" były zaskoczone moją obecnością, ale tak to już jest, gdy nalleży się do 2 wspólnot. Oficjalnie przyjechałam jaki "Rafałek" i tego się trzymałam.
Można powiedzieć, że wyszłam na tym na przysłowiowy plus. Na początku spotkania przypomnieliśmy sobie fragment Ewangelii św. Łukasza opowiadający o spotkaniu uczniów idących do Emaus z Jezusem. Dosłownie na kilka chwil przed zawiązaniem wspólnoty dostałam propozycje przeczytania tego fragmentu. Serce zabiło mi mocniej, bo oto przypomniały mi się te wszystkie lata w mojej parafii, zwłaszcza ostatnie, gdzie odsuwano o mnie od wielu rzeczy. A tu już od razu takie wyróżnienie. Wiecie, starałam się, aby wszystko poszło jak najlepiej, ale emocje chyba wzięły górę.
Cieszy mnie jednak to, że mimo niedoskonałości wielu uczestników spotkania było pod wrażeniem i mi gratulowało po całym powitaniu. Pamiętacie, jak rok temu pisałam, że Bóg ma dla nas zawsze piękne prezenty? Dla mnie to był taki Jego prezent urodzinowy. Prezent za który jestem wdzięczna i Jemu, i tym, którzy uwierzyli, chociaż nie widzieli.
Tymczasem zawiązywanie wspólnoty trwało w dalszym ciągu. Z prowadzącą je panią A. wymienialiśmy się wzrokiem w kluczowych momentach, kiedy w programie przewidziana była jakaś pieśń puszczana z pliku na komputerze. Na jednej z nich, "Drodze do Emaus", wspólnoty miały napisać na porozstawianych na krzesłach listkach, swoje nazwy.
Na innej, bardziej już znanej "Wśród tylu dróg", wyczytywana wspólnota przechodziła prze drogę, każdy jej członek podnosił z niej jedną rzecz, a następnie jej przedstawiciel zaczepiał listek na wspomnianym drzewie figowym.
Tutaj za bardzo nie wiedziałam co robić, czy iść tylko z "Rafałkami", czy może też z "Dominkami-bis". Jednak dałam sobie spokój ze wspólnotą z J-na, co jej koordynator skomentował bez słów wzrokiem i gestami. Z drugiej strony nie chciałam robić zamieszania, zwłaszcza że pilnowałam piosenki, i przeszłam drogę do Emaus tylko z "Rafałkami".
Na koniec "zawiązania wspólnoty" opanowaliśmy scenę w celu zrobienia sobie wspólnego, pamiątkowego zdjęcia.
Następnie przeszliśmy na górę do kaplicy, w której odbyła się Msza święta. Nieśmiało, z obawą, poszłam do kapelana prowincji z legitymacją ministrancką w dłoni, albą i cingulariami w worku oraz pytaniem, czy zgodzi się na moje posługiwanie pdoczas Mszy świętej. Już na legalu, bo ostatnnio to jeeszcze ebyłam w fazie kandydatury. Ku mojemu zaskoczeniu zgodził się bez marudzenia. A potem jeszcze doszedł jeden z uczestników spotkaniai, Dawid, a więc podzieliliśmy się obowiązkami przy ołtarzu na dwoje. Teoretycznie jeszcze koordynator "Dominkków-bis" miał służyć, ale machnął ręką i poszedł na kościół. Nam poszło w miarę sprawnie - nawet główny koordynator prowincji był zachwycony. A ja byłam zachwycona z Dawida. I trochę z kapelana, że się nie guzdrał np. z kazaniem.
Końcowym elementem pierwszego dnia spotkania była wspólna modlitwa wieczorna prowadzona przez jedną z przybyłych wspólnot. Ja jeszcze na chwilę zostałam po niej w kaplicy, żeby zmówić nieszpory oraz kompletę z tego dnia. Dnia, który z jednej strony był męczący, ale z drugiej emocje z nim związane jeszcze na długo nie pozwoliły mi spokojnie zasnąć.
Nazajutrz wstałam już o godzinie 6:30, chociaż modlitwa poranna przewidziana była godzinę później. Szybko się ubrałam i najciszej jak tylko mogłam, udałam się do kaplicy, która była jeszcze pusta. No bo wiecie, oprócz jutrzni i "Margaretki" musiałam jeszcze podziękować Komuś za te 36 lat życia. W zasadzie nie spodziewałam się pod tym względem niczego szczególnego, zwłaszcza że nikomu nie mówiłam o urodzinach. Ot, dzień jak co dzień, nic szczególnego, chociaż Ci najbliżsi przyjaciele dzwonili albo pisali SMSy.
Wkrótce pojawił się i kapelan. Poszłam na zakrystię z zapytaniem, czy potrzebuje jakiejś pomocy. Coś tam pobuczał pod nosem, a z tonu głosu można było wywnioskować, że coś mu nie grało. Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem wyciągał monstrancję, wiedziałam więc, że będzie wystawienie i przydałby się welon dla księdza. Nawet szybko go zlokalizowałam i zatargałam na kościół. Kiszka wyszła z dzwonieniem podczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, ale tu już była lekcja dla mnie.
Po porannej modlitwie było śniadanie, na które zbiegliśmy na dół. Jeszcze na schodach odpisywałam na pierwsze SMSy z życzeniami bojąc się, że potem nie będzie już na to za bardzo czasu. Trochę spóźniłam się na posiłek, przez co nie udało mi się siąść z "Rafałkami". Wylądowałam więc przy stole z częścią "Dominków-bis", którzy logicznie zaczęli mnie wypytywać, jak się dostałam na spotkanie. Z kolei przedstawiciele innych wspólnot próbowali się dowiedzieć, z jakiej ja jestem. To dosyć skomplikowane - jak przyznał kapelan i pan Kubusia. Jak całe moje życie - przemknęło mi przez myśl. Ale dobra, nie wiedzieli, że będę, i to z Wadowicami, więc przymykam na to oko.
Po śniadaniu był czas na kawę, herbatę i przywiezione ciasto. Tutaj moim skromnym wkładem były babeczki waniliowe z rozpuszczoną w środku czekoladą. Chyba były dobre, bo w niedzielę już ich nie było. Okoliczności sprzyjały rozmowom między uczestnikami spotkania. W tym czasie kilka osób, w tym ja, rozkładało już zastawę na obiad. Chociaż gdzieś z boku też miałam swój kubek, który dostałam przy błogosławieństwie LSO, z ciepłą, parującą herbatą.
O godzinie 10:00 rozpoczęła się druga część "zawiązania wspólnoty". Zupełnie nieoczekiwanie przypadło mi w udziale zapalenie wspólnotowej świecy. Tym razem każdy z nas szukał w sobie swojego spotkania w Emaus. Zastanawialiśmy się też co nam dają nasze wspólnoty. Aż zapytałam się pani A., czy mam pisać o jednej, czy o obydwóch. Takim przerywnikiem było zatańczenie do piosenki lednickiej "Ojcze prowadź mnie". Aż miło było patrzeć, jak ci wszyscy zgromadzeni bawią się wspólnie w jednym rytmie.
Przed Mszą zaplanowano jeszcze dwa warsztaty. Jeden z nich był muzyczny i ćwiczyliśmy na nim pieśni, które miały być śpiewane podczas Mszy świętem w sobotę i w niedzielę. Wiele z nich znałam, głównie z czasów, kiedy śpiewałam w parafialnej scholi. Ale niektóre pieśni były dla mnie nowe, toteż cieszę się, że mogłam je poznać, a kto wie, może nawet je kiedyś wykorzystam. Drugi warsztat dotyczył tego, w jaki sposób przeprowadzić w parafii "Dzień dzielenia i głoszenia". Jako przykład służyły takie dni przeprowadzone przez "Dominki-bis" oraz "Barbórki". Mogliśmy poznać teoretyczne założenia projektu, a także obejrzeć scenki, jakie zostały przedstawione w ramach tych dni. Dobrze by było przeprowadzić takie coś w Wadowicach, na razie jednak nie mamy ku temu warunków.
Centralnym punktem dnia była Eucharystia, którą przewidziano na godzinę 12:00. Teoretycznie, bo poprzedziła ją cała seria niefortunnych zdarzeń, takich jak np. poszukiwanie wina mszalnego po całym domu rekolekcyjnym. Albo mega spóźnienie kapelana. Może gdyby się nie spóźnił, to wino byłoby szybciej, a kielich czekałby na ołtarzu. Tymczasem przed ofiarowaniem na szybko szukałam kielicha na zakrystii (byłam przekonana, że skoro go nie ma, to idzie niesiony w darach), ale i tak się nie popisałam, bo przynisłam go bez palki i korporału (kapelan mówił tylko o kielichu). Atmosfera sie posypała i tylko zespół muzyczny robił dobrą minę do złej gry.
W nieco bojowych nastrojach poszliśmy na obiad. Przynajmniej zespół liturgiczny. I chyba koordynatorka "Rafałków" wyczuła, że coś jest nie tak. Na szczęście nie drążyła tematu. Po posiłku ponownie był czas na kawę/herbatę, ciasto i rozmowy. A także na posprzątanie po posiłku i przygotowanie miejsca na kolację. Tak nam to szybko poszło, że teraz już na spokojnie mogłam usiąść z innymi przy stole z kubkiem herbaty w jednej ręce i kokosankami w drugiej. W dalszym ciągu nie zdradzałam się z urodzinami, za to chętnie starałam się włączać do rozmowy. Co prawda z dwa razy wychodziłam odebrać telefon komórkowy, ale szybko starałam się też wracać.
Na 15:00 zaplanowana była konferencja, na której kapelan podzielił się z nami swoimi rozważaniami na temat drogi uczniów do Emaus i spotkania się z Jezusem. W tych rozważaniach towarzyszył mu obraz przedstawiający tą scenę. Widniały na nim dwie postaci oraz dwie wyciągnięte ręce trzymające przełamany chleb. Samego Jezusa nie było widać - całość była namalowana z perspektywy zmartwychwstałego Pana. Kapłan podkreślił w konferencji konieczność rozmowy z drugim człowiekiem, to że jasność zawsze zwycięży nad ciemnością oraz to, że nasze dłonie mogą nieść innym albo smaczny chleb, albo kamień niosący ból. Aby to podkreślić przyniósł ze sobą kawałek półki oraz głaz z gór, w których zginęła jego znajoma. Jednocześnie porównał sytuację z obrazu z sytuacją dziejącą się podczas każdej Mszy - na obrazie jest Jezus - chleb - uczniowie, to chleb prowadzi uczniów do Jezusa. Na Mszy z kolei pomiędzy kapłanem a wiernymi, w momencie przeistoczenia, jest zawsze Pan Jezus.
Po konferencji z kolei podzieliliśmy się na podzespoły, tak jak jesteśmy podzieleni w prowincji, po czym udaliśmy się do osobnych pomieszczeń porozmawiać na temat tego co się u nas działo z koordynatorami regionów. Na szczęście Wadowice i Jaworzno należą do jednego regionu, więc i wilk był syty i owca cała.
CDN...
aaaaaaaaaaaa













.jpg)





















