Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 3 października 2026

2443. Piękny to był weekend

Raz w roku, od pewnego czasu jest to ostatni weekend września, członkowie ruchu "Wiara i Światło" Prowincji Południowej spotykają się w Hałcnowie (dzielnica B.-B.), gdzie przez trzy dni uczestniczą w rekolekcjach. Jednak Harcnów to nie tylko rekolekcje, ale też poznawanie nowych osób, nawiązywanie znajomości, rozmowy, wymiana doświadczeń, a nawet planowanie całego roku formacyjnego.
Propozycja wyjazdy na spotkanie pojawiła się na pierwszym spotkaniu "Rafałków" na początku września. Ogólnie o samych spotkaniach i słyszałam, i oglądałam z nich zdjęcia, ale nawet nie marzyłam, że już po kilku miesiącach obecności we wspólnocie otrzymam propozycję wyjazdu na tegoroczne zgromadzenie. Podobno w dowód uznania za dojazdy i zaangażowanie w rozwój grupy. Nawet nie wiecie, jak mi się zrobiło ciepło na sercu, że ktoś zauważył moje zaangażowanie. Więcej, postanowił je wyróżnić. A przecież mogli zaproponować to komuś innemu. Co prawda w jego trakcie wypadały moje urodziny, ale spokojnie mogłam je poświęcić. W końcu nie pierwszy raz. I zapewne nie ostatni. Pamięta ktoś moje 24 urodziny na wycieczce m.in. w Budapeszcie? We wcześniejsze, 21, byłam na pogrzebie sąsiada. Albo 30, podczas których pomagałam w organizacji Górskiego Biegu Frassatiego? Bądź kolejne, gdzie sama biegłam w górę? Cóż więc wobec tego był wyjazd na spotkanie rekolekcyjne? Nawet jeżeli miałam na nim pilnować innych osób.
Wytypowani członkowie wspólnoty wyjechali z Wadowic wraz z koordynatorką. Mnie się jednak nie opłacało do nich jechać, tym bardziej, że z K-c mam w miarę dobre połączenie do B-.B., a na miejscu po prostu musiałam przesiąść się w autobus do Czechowic - Dziedzic i wysiąść na odpowiednim przystanku. Oczywiście potem okazało się, że mogłam dogadać się ze wspólnotą z J-na, która też jechała na spotkanie, ale po pierwsze nie chciałam, robić rozgardiaszu, a po drugie - Wadowice miały do ogarnięcia i dekorację, i zawiązanie wspólnoty, dobrze więc było być wcześniej, wszystko przygotować i omówić szczegóły. "Dominki - bis" przyjechały "na gotowe", więc technicznie byłoby to trudne.
No właśnie, nad tą dekoracją dyskutowaliśmy od wakacyjnego obozu w Zawoi. Nawet nie wiecie ile godzin spędziliśmy w naszym kadrowym pokoju i wymienialiśmy się naszymi pomysłami. Każdemu spotkaniu towarzyszy inne hasło przewodnie, w tym była to Droga do Emaus. Efektem wymiany naszych pomysłów była droga przez środekk sali konferencyjnej, na której znajdowały się gałęzie, szzyszki i kamienie, a także drzewo figowe, z Emaus w tle. Do naszej czwórki przedstawicieli  "Rafałków" należało przypięcie plakatu oraz ułożenie drogi. Trochę było przy tym zabawy, ale efekt końcowy przerósł nasze, a napewno moje, najśmielsze oczekiwania. Ale możeciei pogratulować mi bycia gapą - pakowałam się w pośpiechu i nie wsadziłam mojego aparatu fotograficznego do plecaka, chociaż miałam to w planach. Brawo ja! 
Kiedy przygotowywaliśmy wszystko na wieczorne powitanie wspólnot wchodzących w skład prowincji, te powoli zaczęły się zjeżdżać. Nie będę ukrywała, że "Dominki-bis" były zaskoczone moją obecnością, ale tak to już jest, gdy nalleży się do 2 wspólnot. Oficjalnie przyjechałam jaki "Rafałek" i tego się trzymałam.
Można powiedzieć, że wyszłam na tym na przysłowiowy plus. Na początku spotkania przypomnieliśmy sobie fragment Ewangelii św. Łukasza opowiadający o spotkaniu uczniów idących do Emaus z Jezusem. Dosłownie na kilka chwil przed zawiązaniem wspólnoty dostałam propozycje przeczytania tego fragmentu. Serce zabiło mi mocniej, bo oto przypomniały mi się te wszystkie lata w mojej parafii, zwłaszcza ostatnie, gdzie odsuwano o mnie od wielu rzeczy. A tu już od razu takie wyróżnienie. Wiecie, starałam się, aby wszystko poszło jak najlepiej, ale emocje chyba wzięły górę.
Cieszy mnie jednak to, że mimo niedoskonałości wielu uczestników spotkania było pod wrażeniem i mi gratulowało po całym powitaniu. Pamiętacie, jak rok temu pisałam, że Bóg ma dla nas zawsze piękne prezenty? Dla mnie to był taki Jego prezent urodzinowy. Prezent za który jestem wdzięczna i Jemu, i tym, którzy uwierzyli, chociaż nie widzieli.
Tymczasem zawiązywanie wspólnoty trwało w dalszym ciągu. Z prowadzącą je panią A. wymienialiśmy się wzrokiem w kluczowych momentach, kiedy w programie przewidziana była jakaś pieśń puszczana z pliku na komputerze. Na jednej z nich, "Drodze do Emaus", wspólnoty miały napisać na porozstawianych na krzesłach listkach, swoje nazwy.
Na innej, bardziej już znanej "Wśród tylu dróg", wyczytywana wspólnota przechodziła prze drogę, każdy jej członek podnosił z niej jedną rzecz, a następnie jej przedstawiciel zaczepiał listek na wspomnianym drzewie figowym.
Tutaj za bardzo nie wiedziałam co robić, czy iść tylko z "Rafałkami", czy może też z "Dominkami-bis". Jednak dałam sobie spokój ze wspólnotą z J-na, co jej koordynator skomentował bez słów wzrokiem i gestami. Z drugiej strony nie chciałam robić zamieszania, zwłaszcza że pilnowałam piosenki, i przeszłam drogę do Emaus tylko z "Rafałkami".
Na koniec "zawiązania wspólnoty" opanowaliśmy scenę w celu zrobienia sobie wspólnego, pamiątkowego zdjęcia.
Następnie przeszliśmy na górę do kaplicy, w której odbyła się Msza święta. Nieśmiało, z obawą, poszłam do kapelana prowincji z legitymacją ministrancką w dłoni, albą i cingulariami w worku oraz pytaniem, czy zgodzi się na moje posługiwanie pdoczas Mszy świętej. Już na legalu, bo ostatnnio to jeeszcze ebyłam w fazie kandydatury. Ku mojemu zaskoczeniu zgodził się bez marudzenia. A potem jeszcze doszedł jeden z uczestników spotkaniai, Dawid, a więc podzieliliśmy się obowiązkami przy ołtarzu na dwoje. Teoretycznie jeszcze koordynator "Dominkków-bis" miał służyć, ale machnął ręką i poszedł na kościół. Nam poszło w miarę sprawnie - nawet główny koordynator prowincji był zachwycony. A ja byłam zachwycona z Dawida. I trochę z kapelana, że się nie guzdrał np. z kazaniem.
Końcowym elementem pierwszego dnia spotkania była wspólna modlitwa wieczorna prowadzona przez jedną z przybyłych wspólnot. Ja jeszcze na chwilę zostałam po niej w kaplicy, żeby zmówić nieszpory oraz kompletę z tego dnia. Dnia, który z jednej strony był męczący, ale z drugiej emocje z nim związane jeszcze na długo nie pozwoliły mi spokojnie zasnąć.
Nazajutrz wstałam już o godzinie 6:30, chociaż modlitwa poranna przewidziana była godzinę później. Szybko się ubrałam i najciszej jak tylko mogłam, udałam się do kaplicy, która była jeszcze pusta. No bo wiecie, oprócz jutrzni i "Margaretki" musiałam jeszcze podziękować Komuś za te 36 lat życia. W zasadzie nie spodziewałam się pod tym względem niczego szczególnego, zwłaszcza że nikomu nie mówiłam o urodzinach. Ot, dzień jak co dzień, nic szczególnego, chociaż Ci najbliżsi przyjaciele dzwonili albo pisali SMSy.
Wkrótce pojawił się i kapelan. Poszłam na zakrystię z zapytaniem, czy potrzebuje jakiejś pomocy. Coś tam pobuczał pod nosem, a z tonu głosu można było wywnioskować, że coś mu nie grało. Jeszcze poprzedniego dnia wieczorem wyciągał monstrancję, wiedziałam więc, że będzie wystawienie i przydałby się welon dla księdza. Nawet szybko go zlokalizowałam i zatargałam na kościół. Kiszka wyszła z dzwonieniem podczas błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, ale tu już była lekcja dla mnie.
Po porannej modlitwie było śniadanie, na które zbiegliśmy na dół. Jeszcze na schodach odpisywałam na pierwsze SMSy z życzeniami bojąc się, że potem nie będzie już na to za bardzo czasu. Trochę spóźniłam się na posiłek, przez co nie udało mi się siąść z "Rafałkami". Wylądowałam więc przy stole z częścią "Dominków-bis", którzy logicznie zaczęli mnie wypytywać, jak się dostałam na spotkanie. Z kolei przedstawiciele innych wspólnot próbowali się dowiedzieć, z jakiej ja jestem. To dosyć skomplikowane - jak przyznał kapelan i pan Kubusia. Jak całe moje życie - przemknęło mi przez myśl. Ale dobra, nie wiedzieli, że będę, i to z Wadowicami, więc przymykam na to oko.
Po śniadaniu był czas na kawę, herbatę i przywiezione ciasto. Tutaj moim skromnym wkładem były babeczki waniliowe z rozpuszczoną w środku czekoladą. Chyba były dobre, bo w niedzielę już ich nie było. Okoliczności sprzyjały rozmowom między uczestnikami spotkania. W tym czasie kilka osób, w tym ja, rozkładało już zastawę na obiad. Chociaż gdzieś z boku też miałam swój kubek, który dostałam przy błogosławieństwie LSO, z ciepłą, parującą herbatą. 
O godzinie 10:00 rozpoczęła się druga część "zawiązania wspólnoty". Zupełnie nieoczekiwanie przypadło mi w udziale zapalenie wspólnotowej świecy. Tym razem każdy z nas szukał w sobie swojego spotkania w Emaus. Zastanawialiśmy się też co nam dają nasze wspólnoty. Aż zapytałam się pani A., czy mam pisać o jednej, czy o obydwóch. Takim przerywnikiem było zatańczenie do piosenki lednickiej "Ojcze prowadź mnie". Aż miło było patrzeć, jak ci wszyscy zgromadzeni bawią się wspólnie w jednym rytmie.
Przed Mszą zaplanowano jeszcze dwa warsztaty. Jeden z nich był muzyczny i ćwiczyliśmy na nim pieśni, które miały być śpiewane podczas Mszy świętem w sobotę i w niedzielę. Wiele z nich znałam, głównie z czasów, kiedy śpiewałam w parafialnej scholi. Ale niektóre pieśni były dla mnie nowe, toteż cieszę się, że mogłam je poznać, a kto wie, może nawet je kiedyś wykorzystam. Drugi warsztat dotyczył tego, w jaki sposób przeprowadzić w parafii "Dzień dzielenia i głoszenia". Jako przykład służyły takie dni przeprowadzone przez "Dominki-bis" oraz "Barbórki". Mogliśmy poznać teoretyczne założenia projektu, a także obejrzeć scenki, jakie zostały przedstawione w ramach tych dni. Dobrze by było przeprowadzić takie coś w Wadowicach, na razie jednak nie mamy ku temu warunków.
Centralnym punktem dnia była Eucharystia, którą przewidziano na godzinę 12:00. Teoretycznie, bo poprzedziła ją cała seria niefortunnych zdarzeń, takich jak np. poszukiwanie wina mszalnego po całym domu rekolekcyjnym. Albo mega spóźnienie kapelana. Może gdyby się nie spóźnił, to wino byłoby szybciej, a kielich czekałby na ołtarzu. Tymczasem przed ofiarowaniem na szybko szukałam kielicha na zakrystii (byłam przekonana, że skoro go nie ma, to idzie niesiony w darach), ale i tak się nie popisałam, bo przynisłam go bez palki i korporału (kapelan mówił tylko o kielichu). Atmosfera sie posypała i tylko zespół muzyczny robił dobrą minę do złej gry.
W nieco bojowych nastrojach poszliśmy na obiad. Przynajmniej zespół liturgiczny. I chyba koordynatorka "Rafałków" wyczuła, że coś jest nie tak. Na szczęście nie drążyła tematu. Po posiłku ponownie był czas na kawę/herbatę, ciasto i rozmowy. A także na posprzątanie po posiłku i przygotowanie miejsca na kolację. Tak nam to szybko poszło, że teraz już na spokojnie mogłam usiąść z innymi przy stole z kubkiem herbaty w jednej ręce i kokosankami w drugiej. W dalszym ciągu nie zdradzałam się z urodzinami, za to chętnie starałam się włączać do rozmowy. Co prawda z dwa razy wychodziłam odebrać telefon komórkowy, ale szybko starałam się też wracać.
Na 15:00 zaplanowana była konferencja, na której kapelan podzielił się z nami swoimi rozważaniami na temat drogi uczniów do Emaus i spotkania się z Jezusem. W tych rozważaniach towarzyszył mu obraz przedstawiający tą scenę. Widniały na nim dwie postaci oraz dwie wyciągnięte ręce trzymające przełamany chleb. Samego Jezusa nie było widać - całość była namalowana z perspektywy zmartwychwstałego Pana. Kapłan podkreślił w konferencji konieczność rozmowy z drugim człowiekiem, to że jasność zawsze zwycięży nad ciemnością oraz to, że nasze dłonie mogą nieść innym albo smaczny chleb, albo kamień niosący ból. Aby to podkreślić przyniósł ze sobą kawałek półki oraz głaz z gór, w których zginęła jego znajoma. Jednocześnie porównał sytuację z obrazu z sytuacją dziejącą się podczas każdej Mszy - na obrazie jest Jezus - chleb - uczniowie, to chleb prowadzi uczniów do Jezusa. Na Mszy z kolei pomiędzy kapłanem a wiernymi, w momencie przeistoczenia, jest zawsze Pan Jezus.
Po konferencji z kolei podzieliliśmy się na podzespoły, tak jak jesteśmy podzieleni w prowincji, po czym udaliśmy się do osobnych pomieszczeń porozmawiać na temat tego co się u nas działo z koordynatorami regionów. Na szczęście Wadowice i Jaworzno należą do jednego regionu, więc i wilk był syty i owca cała.

CDN...







aaaaaaaaaaaa

poniedziałek, 28 września 2026

2442. Gdzie te dzieci? Gdzie ta młodzież?

Niekiedy słyszę od księży ubolewania, że tak mało dzieci, a już w ogóle młodzieży, uczęszcza do Kościoła Że im się marzy Kościół pełen ludzi w różnym wieku, a nie tylko w przedkomunijnym, przedbierzmowaniowym oraz podeszłym. Ale z drugiej strony, jaką ofertę parafie mają dla dzieci i młodzieży, aby rozwijać w nich wiarę i miłość do Boga oraz drugiego człowieka? Niby działają Oratoria i Oazy "formujące" młodych ludzi, ale czy na pewno?
Między innymi takie przemyślenia przyszły mi do głowy podczas zapoznawania się z treścią podręcznika do "Oazy Nowego Życia II stopnia", który czytam w ramach przygotowania do m. światła oraz księgi. Do tego jest jeszcze zeszyt ćwiczeń. Teoretycznie powinnam pojechać na rekolekcje, ale to już nie ten okres życia. Z treścią jednak warto się zapoznać, chociażby aby poukładać sobie niektóre rzeczy w głowie. Książka jest dosyć przyjemna w odbiorze i wyjaśnia wiele kwestii związanych z liturgią.
No właśnie, z liturgią oraz Eucharystią, czyli czymś, co powinno być centralnym punktem spotkań formacyjnych w różnych grupach. Tymczasem zaprasza się młodych ludzi nie na spotkanie z Bogiem, ale z samym sobą. Jak dla mnie w takim wydaniu niewiele się one różnią od świeckich spotkań młodzieżowych, czy też zajęć dzieci w klubach i na świetlicach. W przypadku Oazy Dzieci Bożych, przeznaczonej dla młodszych dzieci oraz Oratoriów jest szansa, że spotkanie rozpocznie się i zakończy modlitwą, ale co w przypadku starszej młodzieży, żyjącej już innymi wartościami i będących pod wpływem swoich rówieśników.
Mam jeszcze w pamięci moje spotkania formacyjne w ramach Oazy dla osób niepełnosprawnych, a potem formacji w parafialnym Oratorium. I w jednym i w drugim przypadku w 85% centralnym punktem spotkania była Msza święta, a w 100% - modlitwa na jego rozpoczęcie oraz zakończenie. Nie zawsze wszystkim to się podobało, ale tak sobie myślę, że mimo wszystko budowało w nas jakieś wewnętrzne życie duchowe. Zawsze była okazja do przystąpienia do sakramentu pokuty i pojednania, zawsze było kilka słów kazania.
Ktoś powie, że nie da się zachęcić współczesnej młodzieży do uczestniczenia we Mszy świętej. Może taka, na której wszystkie czynności są wykonywane przez kapłana, będzie dla nich "męcząca". Ale jakby tak zaangażować ich w różne rzeczy - ktoś mógłby czytać Czytania, śpiewać psalm oraz sekwencję "Alleluja", czytać Modlitwę Wiernych i komentarz do niesionych w procesji darów, chętni mogliby śpiewać w scholi, ministranci - wiadomo. Może to być trudne do zaakceptowania dla innych parafian, ale takie zaangażowanie może pokazać dzieciom i młodzieży, że wiara też może być piękna.

piątek, 25 września 2026

2441. Wrzesień to taki wojenny miesiąc...

Dlatego przynajmniej jedna przeczytana w nim książka w miarę możliwości powinna być o tematyce wojennej. Tak sobie pomyślałam na początku miesiąca i to akurat udało mi się zrealizować. Jedną z tegorocznych wrześniowych lektur była bowiem książka autorstwa Agaty Puścikowskiej zatytułowana "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet".
Kiedy w piątek wpadłam trzymając ją w ręku na plebanię, Ksiądz-Senior oraz pan Gienek zapewniali mnie, że na pewno mi się spodoba, bo znają tą autorkę i wedle ich słów, bardzo ciekawie pisze. No, to właściwie była moja pierwsza z nią styczność, więc nie miałam się jak do tych słów odnieść. Postanowiłam im jednak zaufać, bo co innego miałam zrobić. I wiecie co? Wcale się nie zawiodłam. A "Wojenne siostry" naprawdę poruszają trudną ale ważną tematykę roli zakonnic w ratowaniu ludzkiego życia i kościelnego mienia.
Tytuł: "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet"
Autor: Agata Puścikowska
Wydawnictwo: Znak
Kraków 2019
Liczba stron: 336

II wojna światowa nie oszczędzała nikogo. Nie uchroniły się przed nią nawet żyjące pod osłonką klasztorów zakonnice, w większości słabe i niepozorne kobiety. A jednak niejedna z ich wykazała się nie mniejszą odwagą, niż walczący z bronią mężczyźni. Dzięki nim ocalało wiele istnień i dóbr kościelnych. Historię niektórych z nich przybliżyła Agata Puścikowska w książce "Wojenne siostry".
Autorka przedstawiła na kartach książki historie 19 sióstr z różnych zakonów, które w jakiś sposób starały się o ocalenie ludzi w czasie II wojny światowej, a nawet czegoś równie ważnego i cennego - Najświętszego Sakramentu i własną godność. Nie zważając na wszelkie przeciwności losu, chronią w klasztorach uciekinierów, zanoszą do potrzebujących konsekrowane komunikanty, wychowują powierzone im dzieci w ochronkach, walczą w bitwach, posługują w szpitalach. W końcu wiele z nich ginie, od Pomorza, po Wołyń. Inne przeżywają, opowiadając potem we wstrząsający sposób o tym, co przeżyły i co je spotkało. O zmarłych świadectwa głoszą świadkowie ich heroicznych czynów.
Książka "Wojenne siostry" jest wstrząsającą relacją tego, na jaki heroizm zdolny jest człowiek, w szczególności kobieta, w chwilach, kiedy życie drugiego człowieka jest zagrożone. Zdaję sobie sprawę z tego, że takich skromnych i cichych, a zarazem bohaterskich sióstr było więcej, że to tylko niewielki wycinek z całości. Nie o wszystkich upomniała się historia i na pewno nie upomni. Ich imiona zostały zapisane w pamięci ocalonych, a na pewno w Bożej Księdze. Mimo to myślę, że dobrze, że mówi się o takich osobach, chociażby na kartach tego typu książek.

czwartek, 24 września 2026

2440. Maraton Trzech Jezior 2026

Po dwóch latach przerwy wróciłam do wolontariatu podczas wrześniowego Festiwalu Maraton Trzech Jezior. Jakiś czas temu napisałam meila do głównego pomysłodawcy, a zarazem organizatora w jednym, Wojtka, z zapytaniem, czy potrzebuje jeszcze jakichś ludzi do pomocy przy całym przedsięwzięciu. W odpowiedzi przeczytałam, że "ja zawsze i wszędzie jestem mile widziana". Żartowniś, ale nie zwlekałam już dłużej i zapisałam się na listę wolontariuszy tym samym wiedząc, że miniony weekend spędzę nie gdzie indziej, jak w malowniczej scenerii Międzybrodzia Bialskiego. 
Ekscytacja tym wydarzeniem przerosła nawet emocje związane z Absolutorium, które miało miejsce zaledwie dzień przed moim wyjazdem. W zasadzie zaraz po powrocie do domu zdjęłam z wieszaka mój plecak turystyczny i spakowałam go na następne trzy dni. Oprócz ubrań na zmianę w jego ekwipunku znalazł się też ciepły koc i karimata, wszak nawet nie wiedziałam gdzie będę nocować. Tak obładowana ruszyłam z samego rana w świat.
Moja trasa nie prowadziła jednak bezpośrednio do miejsca docelowego, bo jeszcze tak jakby cofnęłam się do parafii Księdza z Gitarą, aby coś odebrać z zakrystii. Oczywiście plecak większy ode mnie wzbudził sensację, ale też masę pytań o to, co tak właściwie się stało. Nie wiem, może myśleli, że wyrzucono mnie z domu, czy co. W każdym razie po dwudziestu minutach wystrzeliłam z plebanii i pobiegłam na przystanek autobusowy, z którego autobusu dowiózł mnie do stolicy województwa. Następnie przeleciałam na dworzec kolejowy i po krótkim oczekiwaniu zajęłam miejsce w pociągu do B-B. Trwającą przeszło godzinę podróż umilała mi lektura książki "Wojenne siostry. Niezwykłe historie bohaterskich kobiet". Ksiądz-Senior mówił, że mi się spodoba i wcale się nie pomylił. 
Na miejsce dotarłam wczesnym popołudniem. Poszłam do szkoły zameldować się że jestem i odebrać pakiet wolontariusza i pakiet startowy biegu na Czupel. I tutaj małe rozczarowanie, ponieważ okazało się, że co prawda zaznaczyłam, że biegnę w zgłoszeniu wolontariackim, ale nie wysłałam zgłoszenia w samym biegu. Brawo ja! Na przyszłość będę wiedziała, że to są dwa osobne zgłoszenia. Przy okazji dostałam klucze do pokoju. Bo wiecie - VIPy nie śpią na salach gimnastycznych.
Zawodnicy biegnący na wspomniany Czupel startowali w interwałach co 10 sekund. Naszym zadaniem było dopingować ich na podbiegu trąbkami i dzwonkami. Mi przypadło to drugie w udziale. I tak przez kilka minut po okolicy rozlegało się dzwonienie i trąbienie przeplatane komentarzami konferansjera. Wbrew pozorom nawet taka praca może zmęczyć człowieka. Po wystartowaniu ostatniego zawodnika usiadłam na jednej z ławek na Placu świętego Ambrożego i delektowałam się widokami. Następnie wraz z innymi wolontariuszami udałam się na kolację, a po niej na szkolenie odnośnie wolontariatu.
W sobotę oddelegowana zostałam na metę w sąsiedniej Porąbce, gdzie znajdowała się meta maratonu i półmaratonu. Na miejsce pojechaliśmy po wystartowaniu biegaczy z maratonu, co miało miejsce o godzinie 8:00. Półmaraton miał start dwie godziny później. Pierwszych finiszerów spodziewaliśmy się około 11:30. Do tego czasu trzeba było przygotować całe zaplecze metowe, czyli przynieść ogromny namiot i poukładać pod nim medale dla obydwóch dystansów biegowych oraz wodę do picia.
Tegoroczny wzór medalu wszystkim bardzo przypadł do gustu
Zgodnie z przewidywaniami, pierwsi biegacze na mecie pojawili się około godziny 11:30. Tak naprawdę pierwsi biegacze byli zwiastunami tego, że wkrótce pojawią się kolejni i kolejni. I tak też się stało. Przez kolejnych sześć godzin co róż jakiś (pół) maratończyk lub (pół) maratonka pojawiali się na ścieżce po prawej stronie po to, aby po chwili triumfalnie wbiec po żółtym dywanie na metę. Już na wspomnianej ścieżce wypatrywało się koloru numerku startowego, po którym wiedziało się, czy jest to maratończyk (szary), czy półmaratończyk (niebieski).
Na strefie medalowej była nas trójka ludzi. Szczerze powiedziawszy to dla mnie optymalna ilość - spokojnie wyrabialiśmy pod względem przepustowości, a też nie wchodziliśmy sobie wzajemnie w drogę. Dwie dodatkowe osoby dają ten komfort, że można było spokojnie iść do toalety, coś zjeść, czy choćby odpocząć w tym momencie, kiedy przez chwilę nikt nie przybiegał na mecie. 
Pogoda dopisywała, chociaż w cieniu rzucanym przez liście drzew dał się odczuwać lekki chłodek. Stąd też widoczna na zdjęciach bluza, w którą byłam odziana. Jednak to nie było ważne, aby dla mnie była odpowiednia temperatura, to biegaczom miało się dobrze biec w bieżących warunkach pogodowych. Na szczęście obyło się bez większych kontuzji. Ale i trasa, chociaż prowadząca w większości po górach, nie była jakoś specjalnie niebezpieczna.
Po przybiegnięciu na metę ostatniego biegacza, około godziny 18:15, powoli zwijaliśmy stanowisko metowe na rzecz sceny, gdzie odbyła się ceremonia dekoracyjna najlepszych biegaczy i biegaczek w kategorii "open" oraz w poszczególnych kategoriach biegowych. Przy okazji wolontariusze otrzymali bezalkoholowe piwa firmy "Mirosław", głównego sponsora biegu, które nie zostały rozdane zawodnikom. Można więc powiedzieć, że mój czwartkowy sukces (odebranie listu gratulacyjnego ukończenia studiów) opijałam w nieco niecodzienny sposób, i to jeszcze w gronie dobrych znajomych.
Niedziela była ostatnim dniem festiwalu biegowego. Na ten dzień przewidziano tylko jeden bieg - 17-sto kilometrowy bieg Szlakiem Wołońskich Pasterzy nawiązujący do lokalnej tradycji wypasu owiec i baranów. Ten bieg rozpoczynał się o godzinie 9:30 i ponownie miał 4 godzinny limit czasu na jego pokonanie. Można powiedzieć, że tradycyjnie obstawiałam strefę mety i wręczałam medale tym, którzy na niej się pojawili. Na szczęście nie byłam sama, bo pracy było bez liku.
Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to w zasadzie nudne i monotonne zajęcie. Ale ja tego tak nie odbieram. Bo za każdym z biegaczy jest osobna historia biegu, inny trud wniesiony w pokonanie trasy, w końcu inny charakter i osobowość. Jedni wpadali na metę szczęśliwi, doskakiwali do zawieszonego w bramie dzwonu, rzucali się w objęcia, przybijali "piąteczki" i "żółwiki". Inni przybiegali bez cienia emocji, jakby nic się nie stało, jakby byli po spacerze. Na jednych i na drugich czekał uśmiech, gratulacje oraz oczywiście w pełni zasłużony medal.
Nawet za bardzo nie wiem, kiedy na metę przybiegł ostatni z biegaczy. Wszystko działo się w takim tempie, że trudno było się zorientować. I tak właściwie, to gdyby nie obsługa zamykająca bieg, to pewnie bym się nie spostrzegła. A więc możecie sobie wyobrazić emocje, jakie temu towarzyszyły.
Po zakończeniu imprezy trochę pomogłam w porządkowaniu terenu. Najlepszy moment? Zdecydowanie kiedy Baca podpuścił mnie, abym rzuciła się na balon i w ten sposób pomogła w spuszczeniu z niego powietrza. Problem polegał na tym, że tam było go stosunkowo mało i skończyło się tym, że runęłam w dół. Przynajmniej było śmiesznie.
Tak się też zgadałam, że udało mi się załatwić podwózkę aż do Tych(ów). Żyć nie umierać! Dlatego trochę wcześniej urwałam się z podsumowania. Ale to nic, grunt, że byłam w najważniejszych momentach. I chyba widzimy się za rok... Nie no, na pewno widzimy się za rok. Tym bardziej, że już umówiłam się z Bacą na bieg na Czupel.

środa, 23 września 2026

2439. "Myślę, że nie stało się nic"

Etap nazwany pięcioletnie studia z "Nauk o rodzinie" na Uniwersytecie Śląskim uważam za zamknięty. Najpierw były trzyletnie studia licencjackie ze specjalizacji poradnictwo małżeńskie i rodzinne, następnie dwuletnie magisterskie ze specjalizacji mediator i asystent rodziny. Magisterkę obroniłam rok temu w dosyć zakręconych okolicznościach (szerzej pisałam o tym >>tutaj<<). Z perspektywy czasu sama się sobie dziwię, że dałam radę to wszystko połączył i pogodzić. Ale widać, że jeżeli komuś spieszyło się na świat, to będzie miał potem całe życie w biegu.
Rok temu nie odbyło się na Wydziale Teologicznym uroczyste rozdanie "Listów gratulacyjnych" wyróżniającym się absolwentom z kierunku teologia oraz Nauki o Rodzinie. Nie znam bliższych szczegółów tej decyzji. Dlatego w tym roku na uroczystości pojawiły się aż dwa roczniki. A raczej ci, którzy mogli. Wszystko odbyło się w kaplicy wydziałowej oraz gabinecie dziekana i prodziekana.
Ja tam zawsze się śmiałam, że tym, co mnie głównie wyróżnia wśród innych osób, to na pewno moja niepełnosprawność i wszystko, co z nią związane. A że Pan Bóg wynagrodził mi to w pewnym sensie zdolnościami umysłowymi (co za paradoks przy uszkodzeniu mózgu!) i zapałem? Wydaje mi się, że należy się tylko cieszyć i Mu za to dziękować. Chociaż wiadomo, że ten bonus na nic by się zdał, gdyby nie systematyczna nauka i regularne powtarzanie sobie przyswojonych mniej lub bardziej wiadomości.
Uroczystość absolutorium 2024/2025/2026, bo myślę, że śmiało można ją tak nazwać, rozpoczęła się Mszą świętą sprawowaną w naszej wydziałowej kaplicy. Było nas tak mało, że spokojnie mogliśmy się w niej zmieścić i jeszcze były wolne miejsca. 
Eucharystię wraz z księżmi-profesorami z wydziału, wedle tradycji, koncelebrowali tegoroczni neoprezbiterzy. Przez jednego z nich, Franka (mimo wszystko, raczej byliśmy ze sobą na wydziałowych korytarzach na ty), została wygłoszona homilia, w której to zwracał uwagę na pielęgnowanie na co dzień w sobie takich cech charakteru, jak sprawiedliwość. uczciwość, nie hejtowoanie, ani nie obrażanie innych, życzliwość i troska o drugiego człowieka. Cechy na pozór uniwersalne, a jednak tak bardzo osadzone w naszym chrześcijańskim życiu.
Po Mszy, na których padły pierwsze podziękowania i gratulacje, zostaliśmy zaproszeni do gabinetu dziekana, gdzie odbyła się dalsza część uroczystości. W sekretariacie czekały na nas wypożyczone z głównego rektoratu togi i birety, nasz oficjalny strój na tą podniosłą uroczystość. Trochę nam zajęło, zanim znależliśmi odpowiednie dla mnie przyodzienie, czyli takim, w którym nogi by mi się nie plątały z materiałem, bo prawie wszystkie rozomiarówki były na mnie za duże. W końcu, przy pomocy innych, udało mi się ubrać w reprezentacyjny strój. 
W równym dwuszeregu weszliśmy do gabinetu, gdzie już czekały przebrane w swoje togi władze wydziału. W imieniu nieobecnego dziekana wystąpił dyrektor kierunku teologia, który powołał się na dojrzewające wino i na trzy części składowe dobrej winolośli. Jest to odpowiedni grunt, deszcz oraz słońce. Gruntem były nasze studia, podczas których zostaliśmy wyposażeni w odpowiednią wiedzę, deszcz to nasze samodoskonalenie się i samorozwój, słońce, to wyznawane przez nas wartości. Dzięki tym trzem składnikom będziemy dobrzy, w tym co będziemy robić, jak też będziemy w ogóle dobrymi ludźmi. Życzył też sobie i nam, aby po latach można było powiedzieć, że "były to dobre roczniki". 
Następnie każdy z nas został wyczytany z tytułu, imienia i nazwiska (chyba pierwszy raz w życiu usłyszałam, jak to brzmi razem) i podchodził do władz, przed którymi jeszcze raz mówił, o czym była jego praca dyplomowa oraz kto był jej promotorem i recenzentem. Najpierw swoje listy gratulacyjne otrzymali studenci Teologii stacjonarnej i niestacjonarnej, następnie studenci Nauk o Rodzinie pierwszego stopnia, aż w końcu przyszedł czas na drugi stopień. Szczerze powiedziawszy to nie wiem, czy bardziej stresowałam się czekając na swoją kolej, czy też idąc po list i wygłaszając prodziekanom, że moja praca magisterska dotyczyła tego, jaki jest stopień adaptacji ukraińskich dzieci we wczesnym wieku szkolnym do warunków polskiego szkolnictwa z perspektywy dwóch lat (podobne badania prowadziłam na rzecz pracy licencjackiej) i u gogo ją broniłam.
Kiedy już wszyscy otrzymali swoje listy gratulacyjne, pouściskiwaliśmy sobie wzajemnie dłonie w geście gratulacji osiągniętego sukcesu, bo chyba śmiało można to tak nazwać. Emocje, które nosiłam w sobie uleciały, byłam już jakby mniej spięta i bardziej wyluzowana.
Po części oficjalnej wszyscy wyszliśmy przed gmach budynku, aby zrobić soobie pamiątkowe zdjęcie...
A także tradycyjnie już rzucić biretem w górę.
Wracając do domu znowu sobie pomyślałam, że to były intensywne dwa lata, ale też bardzo rozwijające. Rozwijające pod względem wiedzy, zainteresowań, ale i wiary. O wielu rzeczach mogliście wyczytać na blogu, inne skrywam we własnym sercu, bo nie o wszystkim musi wiedzieć świat. Po latach myślę, że odejście ze scholi, która przestała mnie rozwijać, na rzecz Duszpasterstwa Akademickiego było dobrą decyzją. Wiele się działo, czasu wolnego, który mogłabym przeznaczyć na naukę było mało, a jednak dałam radę i nawet nie wypadłam z peletonu, pomimo łączenia dwóch kierunków, pomocy w organizacji różnych rzeczy, działalności w Samorządzie Studenckim, pracy w świetlicy środowiskowej, wolontariatu, sportów, życia w realu i w wirtualnej rzeczywistości. Cieszy mnie, że znalazłam też czas na częsty udział we Mszy świętej w tygodniu, ale też na swoje własne przyjemności. Kiedy, zważając na to, że sporo czasu zajmowały mi przejazdy? Sama nie wiem, ale myślę, że kiedy ma się poukładane wartości i sprecyzowane cele to dużo rzeczy jest możliwych.
Ślubowanie, czyli ponowne włączenie w poczet studentów, październik 2023
A także wyrażać niewyobrażalną wdzięczność tym, dzięki którym znalazłam się w takim, a nie innym miejscu. Arkowi, który tak bardzo namawiał mnie do kontynuowania studiów na drugim stopniu, a nawet nie dożył momentu, w którym ogłoszono wyniki rekrutacji. Rodzicom, którzy chyba w mniejszym lub większym stopniu cieszyli się z moich osiągnięć i sukcesów. Wykładowcom, którzy nie tylko przekazywali nam wiedzę, ale też po prostu wierzyli w mój potencjał i robili wszystko, żeby go ze mnie wydobyć. Pracodawcom, którzy dali mi elastyczne godziny pracy. Księdzu Niosącemu Światło oraz Księdzu Krisowi, którzy służyli wiedzą, wsparciem duchowym, dobrym słowem, ale też motywacją. olegom i koleżankom ze studiów, duszpasterstwa, wolontariatów, z życia i z pracy, na których zawsze mogłam liczyć. W koońcu też Wam, bo wspieraliście mnie swoimi komentarzami wtetdy kiedy było dobrze i kiedy było źle. Wszyscy wymienieni ludzie sprawili, że dobrnęłam szczęśliwie do kolejnego portu.
Ostatnie zajęcia, czerwiec 2025
Czy myślę. że osiągnęłam coś niesamowitego? Nie. A nawet powtórzę za Robertem Gawlińskim - "myślę, że nie stało się nic". Jutro na moje miejsce przyjdą inni studenci, którzy też będą się męczyć zdobywając wiedzę i zaliczając kolejne semestry. Pewnie okażą się jeszcze lepsi ode mnie. Ja tylko wykonałam to, co zamierzyłam. Wysiadłam z jednego pociągu i przesiadłam się do innymi dzierżąć w dłoniach bilet zz nowymi wiadomościami i umiejętnościami. Tylko tyle.