Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 17 września 2026

2433. Niewymierne dziedzictwo

Już chyba zawsze będę chylić czoła przed dziedzictwem kulturowym, jakie pozostawił po sobie Lwów. Myślę, że chyba każdy z nas słyszał słowa piosenki: "Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze jak tu - tylko we Lwowie". Im bardziej się wgłębiam w historię tego miasta, tym bardziej dostrzegam sens tych prostych słów. To z kolei też nie jest takie trudne - wystarczy przypomnieć, że moja praca licencjacka z pedagogiki dotyczyła treści kazań św. Józefa Bińczewskiego, biskupa Lwowa. W samym mieście też miałam okazję być w 2017 roku. Zrobiło na mnie wrażenie, które jednak przyćmił niesmak związany z samą jego organizacją. Pomimo tego, że miasto od 80 lat nie leży w granicach naszego państwa, to polski duch wieje tam na każdej ulicy i w każdym budynku. 
Z twórczością Beaty Kost miałam już okazję zetknąć się kilka miesięcy temu za sprawą książki "Kobiety ze Lwowa". Jakoś mi wtedy umknęło, że w wirtualnej biblioteczce książek do przeczytania mam inną pozycję tej autorki - "Album lwowski". Postanowiłam i po nią sięgnąć, z powódek przedstawionych powyżej. Szczerze powiedziawszy spodziewałam się czytelniczego spacerku po Lwowie, a tymczasem dostałam kolejną dawkę życiorysów osób związanych z tym miastem. I po raz kolejny się przekonałam, jak wiele cudownych i mądrych ludzi żyło kiedyś we Lwowie. 

Tytuł: "Album lwowski"
Autor: Beata Kost
Wydawnictwo: Most
Warszawa 2016
Liczba stron: 224

Myślę, że nie jest dla nikogo zaskoczeniem stwierdzenie, że w okresie zaborów Lwów był jednym z tych miast, w których Polacy mieli szansę na rozwinięcie swoich horyzontów w różnych aspektach życia. Bo chociaż zamieszkiwali go i Ukraińcy i Żydzi, to jednak wydaje się, że to Polacy najbardziej przyczynili się do rozwoju w nim i kultury i nauki. O wielu takich napędzaczach napisała Beata Kost w swojej książce zatytułowanej "Album lwowski".
Na 224 kartach książki znajdziemy przedstawienie 31 sylwetek ludzi żyjących w XIX oraz na początku XX wieku we Lwowie, którzy w jakimś stopniu wpisali się w historię narodu polskiego. Wśród nich znajdziemy działaczy politycznych, nauczycieli, wynalazców, muzyków, literatów, czy też nauczycieli wszystkich szczebli. Biografie są krótkie, ale treściwe, zawierają wiele ciekawostek na temat przedstawionych postaci. I pokazują, jak piękną historię ma owo galicyjskie miasto.
Czytając "Album lwowski" można bez wychodzenia z domu przenieść się w miejscu i w czasie. Wybór postaci, myślę, że nieprzypadkowy, pokazuje nam przekrój społeczeństwa we Lwowie w XIX wieku. Poszczególne sylwetki zostały ubogacone ilustracjami miejsc z nimi związanymi oraz rycinami z gazet na ich temat. Pomaga to czytelnikowi w wyobrażeniu sobie realiów warunków, w jakich oni żyli i jeszcze większego docenienia wkładu, jakie te osoby wniosły w rozwój polskiej kultury i nauki.

środa, 16 września 2026

2432. Części składowe dobrego duszpasterza

Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, co w życiu mojego byłego proboszcza poszło nie tak, że zamiast zatrzymywać owce w kościele, to wypuszczał jedna za drugą ze wspólnoty. Co poszło nire tak, że współbracia potrafili się od niego odwrócić i pisać do inspektowa listy z prośbą o przeniesienie gdzie indziej. Co poszło nie tak, że w dekanacie księża mieli go dosyć. Co poszło nie tak, że większość osób odetknęła z ulgą, kiedy przyszła pora jego przenosin. Człowiek jak każdy inny, mające swoje plany i aspiracje. A jednak brakowało mu tej "iskry". 
Czym jest ta iskra? Myślę, że to nawet nie była jedna, a kilka iskier. Takich, które powodują, że jest się dobrym człowiekiem i gospodarzem. Nie doskonałym, ale dobrym. I tyle wystarczy. W ostatnich tygodniach usłyszałam, czy też przeczytałam, o takich trzech komponentach, które mogą być drogowskazami ku dążenia do tejże dobroci.
  1. Posiadanie w parafii chociaż jednego przyjaciela - wiadomo, że księża, zwłaszcza wikariusze, przychodzą do parafii tylko na pewien okres czasu. Teoretycznie nie powinni zawiązywać żadnych głębszych znajomości. Praktyka rządzi się jednak swoimi prawami. Znam księży, którzy od razu zjednują sobie ludzi tam, gdzie się pojawią. Co ciekawe, nie zawsze są to tzw. nowocześni księża, czasami są to typowi konserwatyści. W jaki sposób kapłan może zjednoczyć sobie wiernych? Myślę, że powinien odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: skoro jestem następcą Jezusa, to czy wierni widzą we mnie tego Jezusa? Czy moje czyny, słowa, zachowanie przybliża mnie do niego, czy też oddala. To też nie chodzi o to, aby cały czas być radosnym i szczęśliwym, bo Pan Jezus też potrafił się zdenerwować. I to jest normalna, ludzka emocja. Raczej o to, aby być autentycznym w tym, co się czyni na co dzień. Jeżeli głoszę Ewangelię, to staram się nią żyć. Według mnie przyjaźń nie musi być tutaj pojmowana jako głębsza relacja, ale jako dostrzeżenie w kapłanu godnego następcy Jezusa Chrystusa, takiego przy którym czuje się bezpieczeństwo, spokój, którego darzy się szacunkiem i zaufaniem. Takiego, dla którego możemy być wsparciem chociażby w rozmowie, na dobre i na złe.
  2. Umiejętność prowadzenia dialogu - człowiek ma to do siebie, że z reguły myśli, iż jego zdanie jest najważniejsze i najlepssze. Nie słucha innnych, nie bierze ich zdania pod uwagę. Dąży do tego, aby być najważniejszym nie swoimi zasługami, ale ilością wypowiedzianych zdań i wydanych poleceń. Traci tym samym naturalną umiejętność proadzenia rozmowy jak równy z równym. Uważa, że jest najlepszy, a więc zdania innych nie są brane pod uwagę. Buduje tym samym nie łączący wszystkich most, ale mur z grubych cegieł, ktłórego nikt nie jest w stanie przebić. Nikt nie lubi być lekceważony, lub ignorowany. Sztuka prowadzenia dialogu to trudna umiejętność. Nie chodzi tutaj, aby kapłan zgadzał się z każdym pomysłem parafian, ale o to, żeby potrafił ich wysłuchać i brać pod uwagę ich zdanie. Nawet, jeżeli jest ono zupełniwe inne, niż jego. Może czasami warto przedyskutować z innymi zmiany, które chce się wprowadzić, posłuchać, jak oni to widzą, przedyskutować dany problem ze współbraćmi. Każdy z nas ma inny punkt widzenia na daną sprawę i wspólnie można znaleźć naprawdę ciekawe rozzwiązanie. Dialog to także umiejętność upomnienia kogoś tak, aby miał szansę powiedzieć, jakie jest jego zdanie, a także umiejętność przyznania się do winy i powiedzenia zwykłego prostego "przepraszam".
  3. Modlitwa parafian (obecnych i byłych) - nie da się zaprzeczyć, że modlitwa niesie za sobą niewymierne skutki. Już sama świadomość, że ktoś nas ją otacza daje nam nadzieję na to, że może i jesteśmy sami, ale nie samotni. Wydaje mi się, że to samo dotyczy kapłanów, którzy na co dzień muszą borykać się z pustką czterech ścian będących ich pokojem. Pięknym jak dla mnie zwyczajem jest zakładanie grupy modlitewnej za nowo przybyłych księży oraz za tych, którzy są przenoszeni w nowe miejsce. Tym pierwszym mogą one dawać poczucie, że zostali przyjęci do społeczności parafian, tym drugim, że parafianie o nich nie zapomną, że zapisali się nie tylko na kartach kronik i stronach internetowych, ale też w sercach tych, którym służyli. Modlitwa potrafi otulić kapłana niczym koc dający ciepło i bezpieczeństwo. Daje mu siły w ciężkich chwilach, o których zazwyczaj wie tylko on sam. W końcu jest czymś w rodzaju niewidzialnej nici pomiędzy kapłanem modlącym się za powierzony mu lud boży, a wiernymi, modllącymi się za swojego pasterza. Te modlitwy wzajemnie się przeplatają i uzupełniają, dając duchowe wsparcie tym, którzy ich potrzebują. A potrzebuje jej zarówno jedna, jak i druga strona.
Myślę, że coś w tym jest. Chociaż każda z tych myśli pojawiła się w innym momencie, to razem złożyły mi się w jedną piękną całość. Nie wiem, czy proboszcz nawiązał z kimś taką relację, że mógłby powiedzieć o nim, że to jest jego przyjaciel (np. w przeciwieństwie do takiego księdza Wojtka, Jana, a nawet sędziwego już księdza Mariana). To, że nie potrafił prowadzić z wiernymi rozmów wiadomo było od zawsze. Czy ktoś się za niego modlił? Nie wiem. Tak samo jak nie wiem, co się działo za zamkniętymi drzwiami plebani, a z komentarzy jego byłego współbrata wnoszę, że musiało być "ciekawie". A może gdyby nie niszczył wspólnot, nie zamykał Oratorium dla dzieci i młodzieży, ba, nie zamykał placu kościelnego, nie kłamał i nie kombinował, więcej ludzi byłoby mu życzliwych? Czasami naprawdę niewiele trzeba aby zyskać sympatię i uznanie w oczach innych. Bo można robić wspaniałe akcje, niezapomniane wycieczki i drogie prezenty dla dzieci, ale nic bardziej nie przyciągnie do siebie lludzi, jak dobroć, pokora, szczerość, sprawiedliwość i autentyczność.

2431. I tak tkając duchowe skrzydła dla kapłanów...

Nie wiem jak to jest w innych diecezjach, ale w w naszej w dniu 8 września przeplatają się dwa ważne wydarzenia. Pierwsze to dotarcie na Jasną Górę pieszej pielgrzymki, która kilka dni wcześniej wyruszyła z Jaworzna. Z kolei drugim takim ważnym wydarzeniem w mojej ocenie jest Diecezjalna Pielgrzymka Apostolatu Margaretka do dąbrowskiej bazyliki Matki Bożej Anielskiej, o której już tyle razy Wam tutaj pisałam. O tego typu spotkaniach dowiedziałam się przed rokiem, jednak wtedy zostało ono przeniesione na 6 września i połączone z Nabożeństwem Jubileuszowym wygłoszonym z okazji peregrynacji kopii ikony Jasnogórskiej Pani. Traf chciał, że pokryło się to z kanonizacją Pier Giorgio Frassatiego oraz Carla Acutisa. Nie mogłam być na obydwóch wydarzeniach, ale już wtedy obiecałam sobie, że w tym roku przyjdę, jeżeli tylko nie będę miała nic innego w tym czasie.
Nie miałam. A raczej z niecierpliwością wyczekiwałam siedząc w ławce momentu, kiedy zacznie się cała uroczystość. Bardzo mnie ucieszyło, kiedy zobaczyłam moich znajomych z S-rza, z którymi tworzę Margaretkę za ich proboszcza. I chyba ze wzajemnością, bo dla niektórych z nich było oczywistością, że będę siedziała z nimi, tak samo jak kilka tygodni wcześniej nie wyobrażali sobie tego, abym nie szła właśnie z nimi na Jasną Górę... Kurcze, jeszcze teraz wzruszam się na samą myśl o tym. 
Finalnie wylądowałam z nimi w ławce i spędziłam tam całą konferencję wygłoszoną przez diecezjalnego moderatora Apostolatu Margaretka, śpiewanie pieśni poświęconych Najświętszej Maryi Pannie, jak też Mszę świętą wraz z Apelem Jasnogórskim. Czułam się przez to jeszcze bardziej częścią wspólnoty, do której przyszło mi przynależeć. A raczej jedna ze wspólnot. Podczas konferencji mieliśmy okazję wysłuchać historii powstania i działalności Apostolatu Margaretka, zwłaszcza na terenie diecezji sosnowieckiej. Trochę rozczarowało mnie wspólne śpiewanie pieśni, bo ograniczyło się jedynie do czterech. Mogło być ich więcej. Za to Msza święta sprawowana pod przewodnictwem księdza  biskupa Artura Ważnego... Nie ukrywajmy, tutaj zawszę jestem pewna, że usłyszę coś, co ze mną zostanie na dłużej. 
Nie inaczej było i tym razem. Chyba największe na mnie wrażenie zrobiły słowa, że modlitwa za kapłanów jest niczym tkanie dla nich duchowych skrzydeł. I że łatwo jest się modlić za tych księży, których darzymy sympatią, niż za tych, których niespecjalnie lubimy. W pełni się z tym zgadzam. Nawet sama tego doświadczyłam, kiedy mój były proboszcz zdenerwował mnie do cna. Z jednej strony wcale nie chciałam dla niego źle, bo to po prostu jest dla mnie słabe... Ale z drugiej - ciężko mi było, i w sumie dalej jest, na zdobycie się na modlitwę w jego intencji. No przepraszam, jestem tylko człowiekiem...
Na koniec nabożeństwa odbyła się procesja wokół terenu bazyliki. Niesiono w niej nowopowstały obraz Najświętszej Maryi Panny.
Na koniec niesione przez nas róże zostały umieszczone w wazonie przed obrazem, a my odśpiewaliśmy "Apel Jasnogórski", a następnie każdy chętny mógł obejść dookoła ołtarz główny. Z tą różą to była taka przygoda, że ja swojej nie miałam, ale taka pani Halinka dała mi swoją. Ja jednak nie potrafiłam jej wcisnąć w tą gąbkę i finalnie pani Halinka musiała to zrobić za mnie. A wiecie, że zrobiła to z uśmiechem na twarzy, cały czas trzymając mnie za rękę.
Po tym wszystkim ruszyliśmy ku drzwiom wyjściowym, w których każdy z nas otrzymał krówkę. Na zewnątrz pożegnałam się z całą ekipą z wyjątkiem księdza, który jeszcze nie wyszedł z zakrystii. Mogłabym na niego poczekać, ale nie wiem, jak by zareagował na mój widok. Ostatnio pod tym względem jest nieprzewidywalny. Zresztą chyba widział, że jestem, a nawet jeżeli nie, to pewnie i tak mu o tym donieśli...

wtorek, 15 września 2026

2430. Sport - start!

Po wakacyjnej przerwie czas wrócić do różnych aktywności. Jedną z nich, jak wiecie, jest sport i treningi lekkoatletyczne. To mój tajny sposób nie tylko na utrzymanie się w jako takiej formie, ale i sprawności. To drugie to może nawet jest dla mnie ważniejsze. Bo wiecie, mistrzem świata to ja raczej nie będę, ale mistrzem we własnym życiu - i owszem. Przecież każdy taki trening jest dla mnie nowym i kolejnym wyzwaniem na pokonanie własnych słabości i ograniczeń. Długo dochodziłam do tego wniosku, może nawet za długo. No, ale może czasami lepiej do czegoś dojść późno niż za późno.
Trochę mnie zmartwiło to, że w tym roku treningi zostały przeniesione ze środy na poniedziałek. Z jednej strony koliduje mi to z niektórymi aktywnościami w tym dniu, ale z drugiej już rozmawiałam z trenerem i uzgodniłam z nim, że będę szybciej przychodzić i szybciej wychodzić z zajęć sportowych w tym dniu. Nie wiem, czy na pewno uda mi się pogodzić jedno i drugie, ale próbować mogę. W takich chwilach jak te tak sobie myślę, jakie to by było ułatwienie, gdyby człowiek miał posiadał samochód, albo chociaż rowwer i umiejętność jazdy na nim. W życiu jednak nie można mieć wszystkiego, bo gdyby człowiek wszystko posiadał, to czy cieszyłby się tym, co ma?
Jeżeli piszemy już o sporcie, to mam małą motywację do jego uprawiania - niedługo jadę na wolontariat podczas trzydniowego Maratonu Trzech Jezior w Międzybrodziu Bialskim i okolicach, a dodatkowo jeszcze biorę udział w biegu na Czupel. To co prawda tylko 3,5 km, ale w górę, więc będzie ciekawie. Chociaż to moje kolejne spotkanie z tym biegiem i dystansem, a jego pierwsza edycja wypadła pięć lat temu, dokładnie w moje 31 urodziny. Kolejny bieg to 5 km w ramach "Biegu Nocnych Marków" w Siemianowicach Śląskich, ale wcześniej, jak to ja, jeszxcze prawdopodoobnie będę na wolontariacie. Jeszcze nie ma wynikow rekrutacji, ale jestem dobrej myśli. Nie wiem, czy będzie jakiś krótszy bieg towarzyszący podczas tegorocznej edycji Silesia Marathon, ale gdyby był, to może też bym wzięła udział. Tak więc biegowo jestem obstawiona na najbliższy czas i raczej nie będę się nudzić.

2429. Instalacja proboszcza na bis

Chociaż wydaje mi się, że odpowiedniejsze byłoby określenie "instalacja na urząd administratora parafii". Administratora,, czyli kimś na okresie próbnym, trwającym zazwyczaj rok, po którym albo dostaje się dekret na objęcie probostwem danej parafii, albo nie. Czasami sobie myślę, że taki okres "administratora", powinien być we wszystkich parafiach, nie ważne, czy byłyby one diecezjalne, czy też zakonne, czyli niepodlegające bezpośrednio pod diecezję. Może wtedy uniknęlibyśmy różnych dziwnych sytuacji.
Sama instalacja nowego gospodarza parafii św. Brata Alberta w B-nie zaplanowana była na godzinę 11:00. Przyznam szczerze, że zazwyczaj chodzę na Mszę świętą o godzinie 9:00, albo 17:00, ponieważ o tych godzinach zazwyczaj nikt nie posługuje do Eucharystii, a o 11:00 zawsze jedno czy drugie dziecko stanie przy tym ołtarzu. No, ale instalacja proboszcza, wydarzenie, które ma miejsce raz na jakiś czas, wypada być, chociaż to nie jest moja parafia rodzinna. 
Zgodnie z moimi przewidywaniami, na 11:00 pojawili się młodsi ministranci, którym oddałam pałeczkę posługi przy ołtarzu. Wystarczy, że produkuję się przez większość dni w tygodniu. Niech oni też się kiedyś wykażą. Nic nie stanęło jednak na przeszkodzie, abym przebrała się w swoją białą albę, przewiązała zieloną albę i stanęła w zwartym szyku w procesji wejścia. Ale wcześniej jednak poszukałam jakiejś tacy, na której można by położyć symbolicznie klucze do drzwi kościoła. Ponieważ nie znalazłam nic lepszego, przyniosłam tackę, na której zazwyczaj leżą obrączki dla nowożeńców. 
W krótkiej procesji wyszliśmy przed ołtarz i zajęliśmy nasze miejsca w prezbiterium. Następnie w skupieniu wysłuchaliśmy dekretu biskupa kierującego księdza Mariusza na tą placówkę. Dziekan dekanatu przybliżył też sylwetkę nowego gospodarza miejsca i powitał go w imieniu całej społeczności duchowieństwa.
Po oficjalnym przekazaniu księdzu Mariuszowy kluczy do kościoła, rozpoczęły się tradycyjne obrzędy Mszy świętej. Podczas kazania być może wszyscy spodziewali się jakiegoś expose. Nic takiego nie nastąpiło. Nowy proboszcz powiedział tylko, że chciałby tak prowadzić parafię, aby nan koniec jego urzędowania jak najmniej parafian miało mu coś za złe i aby sam sobie mógł powiedzieć, że zrobił wszystko, aby być dobrym proboszczem. Brawo dla niego za pokorę, aby była z nim jak najdłużej.
Mnie tam zawsze najbardziej wzrusza moment, kiedy kapłan sam, w kompletnej ciszy, z ręką oportą o "Pismo Święte" składa "Wyznanie wiary", a potem dopowiada, że chciałby być wierny Tradycji. Chociaż tutaj też różnie bywa. No cóż, takie jest życie. 
Ostatnim punktem programu było oficjalne powitanie nowego proboszcza przez przedstawicieli parafii. Byłam na takich instalacjach, gdzie trwało to i trwało. Parafia jednak jest niewielka i raczej słabo rozwinięta, toteż i tutaj wszystko było symboliczne i przywitała go naprawdę dwuosobowa delegacja parafian.
Wszystko byłoby idealne, gdyby nie małe ministrantki co chwilę wychodzące na zakrystię i spoglądające w ekran swoich smartfonów. Nikt mnie nie przekona, że sprawdzały właśnie poziom swojego cukru we krwi. Ech, wiem, że to takie pokolenie, ale jakieś zasady niech nas obowiązują. Tym bardziej, że wierni wszystko widzą i wyrabiają sobie o nas zdanie, niekoniecznie pozytywne.