Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 3 listopada 2026

2458. Zaginionych nie ma wśród nas...

Jesień zawitała do nas już na dobre z dnia na dzień coraz bardziej ogałacając drzewa z pokrywających je liści. Taka aura połączona z siąpiącym deszczem okazała się sprzymierzeńcem w pochłonięciu się w lekturze na całe godzinie. Po wnikliwej analizie wszystkich książek, jakie znajdują się w zajmowanym przeze mnie pokoju na wsi, mój wybór padł na upchaną wśród nich pozycję zatytułowaną "Zaginieni: historie ludzi, którzy przepadli bez śladu". Wydaje mi się, że jest dobrym uzupełnieniem przeczytanej w lipcu książki "Niebezpieczna sieć. True Crime. Zbrodnie, które zaczęły się w Internecie", ale i w jakiś sposób wpisywała się w zbliżające się wielkimi krokami wspomnienie Wszystkich Świętych oraz przypadający dzień później Dzień Zaduszny.

Tytuł: "Zaginieni: historie ludzi, którzy przepadli bez śladu"
Autor: Anna Gronczewska
Wydawnictwo: Wydawnictwo RM
Warszawa 2024
Liczba stron: 256

Każdego roku w Polsce znika kilkaset osób. Większość z nich udaje się odnaleźć, a nawet znajdują się same. Część jednak znika bez wieści. Pojawia się wtedy podstawowe pytanie: "I co teraz?". Odpowiedź na nie próbuje znaleźć Anna Gronczewska w jednej ze swoich książek zatytułowanej: "Zaginieni: historie ludzi, którzy przepadli bez śladu".
W przedstawianej pozycji zaprezentowano kilkanaście zaginięć na terenie Polski, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich 50 lat. Znajdziemy w niej znane historie, np. przywoływaną już przeze mnie tajemnicę zaginięcia pani Kazimiery podczas pielgrzymki do Wiednia w 2013 roku, zaginięcia Mateusza Żukowskiego w 2007 roku czy też zaginięcia Tomka Cichowicza w 1990 roku. Autorka przedstawiła także chociażby zaginięcie kilkumiesięcznej Kasi ze szpitala w Kartuzach, wracającej z ferii w górach dziennikarki o pseudonimie "Pistolet", czy też młodego mężczyzny, który być może wybrał życie mnicha. Chociaż opowieści te omawiają ten sam temat, to jednak każda z nich przedstawia indywidualną historię. Poznajemy też metody poszukiwania każdej z przedstawionych sylwetek osób, a także spekulacje co do dalszych ich losów. Książka to też wywiady z osobami pracującymi chociażby w słynnym "Archiwum X", Michałem Fabusiewiczem, czy też jasnowidzami, którzy przybliżają kulisy poszukiwań zaginionych od technicznej strony.
Przesłanie i treści zawarte w książce "Zaginieni: historie ludzi, którzy przepadli bez śladu" nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. Wręcz przeciwnie, czytelnik zmuszony jest na chwilę przystanąć przy każdym opisie zaginięcia i zastanowić się, jak on zachowałby się w konkretnej sytuacji. Wydaje mi się też, że pozycja doskonale pokazuje, jak niewiele potrzeba aby stać się zagininonym, oraz że giną ludzie w różnym wieku, zarówno kilkumiesięczne niemowlęta, jak i staruszki. Dlatego rozglądajmy się dookoła. Być może zauważymy kogoś, kto wygląda na zabłąkanego i nie wiedzącego, gdzie jest. Pomóżmy mu w miarę naszych możliwości. Być może zapobiegniemy kolejnej niepotrzebnej tragedii. Jeżeli chodzi o mnie, to podczas lektury czułam się trochę jak podczas czytania w lipcu książki "Niebezpieczna sieć. True Crime. Zbrodnie, które zaczęły się w Internecie". Wielokrotnie zastanawiałam się na jakim etapie zawiódł system i co tak naprawdę poszło nie tak, że dana osoba w dalszym ciągu uznawana jest za zaginioną.

piątek, 30 października 2026

2457. Na wszystko przychodzi czas

Kiedy jeszcze śpiewałam w parafialnej scholi, z podziwem patrzyłam na tych jej członków, którzy mieli szansę przeczytać Czytanie albo Modlitwę Wiernych w czasie Mszy świętej. Gdzieś w głębi serca też kiedyś chciałam mieć tą możliwość. Na przeczytanie kilku wezwań z Modlitwy Wiernych czekałam kilka lat. Na Pierwsze Czytanie, i to nie jako scholanka, jeszcze dłużej. Było mi tak po prostu przykro, tym bardziej kiedy po pierwszym razie wszyscy mówili, jak to Lolek ładnie wszystko przeczytał. Bo wiecie, zapewne wszystko odebrałabym inaczej, gdyby stwierdzili coś zupełnie odwrotnego. Albo gdyby powiedzieli: "No, było ok. ale jednak czytanie jest nie dla ciebie". Byłoby mi smutno, ale bym to zrozumiała. Może nie od razu, ale z czasem na pewno tak. Tymczasem przekaz był inny, a zachowanie inne. Ze scholą dałam sobie spokój, przynajmniej na razie. Może kiedyś (się na)wrócę. A może nie. Zobaczymy.
W ostatnim jednak czasie czuję, że pod tym względem poszłam do przody. Najpierw przeczytanie fragmentu Ewangelii o uczniach idących do Emaus podczas rekolekcji na końcu września. Coś zupełnie nierealne stało się faktem. Pamiętacie może mój wpis sprzed ponad roku o prezentach, jakie robi mi sam Pan Bóg na urodziny? To właśnie było dla mnie takim prezentem. Teraz ostatnio podczas wieczornych Mszy jako osoba posługująca przy ołtarzu też miałam możliwość przeczytania Pierwszego Czytania. A dzisiaj, moi mili Panowie i Panie, nie poprzestałam na Czytaniu, ale wzięłam też Psalm i sekwencję "Alleluja" (no co, jak szaleć to szaleć). Co prawda na razie recytowane, ale wierzę, że kiedyś dam radę i zaśpiewać.
A czy i Wy w to wierzycie?
Trzymajcie się ciepło. A stojąc nad grobami swoich bliskich zmarłych nie zapominajcie o najważniejszym - śmierć nie jest końcem, śmierć jest początkiem nowego, pięknego życia. Bo przecież wszyscy z nas zmartwychwstaniemy.

poniedziałek, 26 października 2026

2456. I tak minął Tydzień Misyjny

Mogłoby się wydawać, że w zakręconym tygodniu, w którym zostały mi właściwie dwa spokojne dni, nie dam rady zrealizować z bierzmowanymi tematu poświęconemu byciu misjonarzem. Taką inspiracją ku temu był temat tegorocznego Dnia Papieskiego - "Św. Jan Paweł II. Uczeń - Misjonarz" oraz trwający od 18 do 25 października Tydzień Misyjny. Nawiązując do roli i nauczania Jana Pawła II zastanawialiśmy się co to w ogóle oznacza być misjonarzem i dlaczego misjonarz został zrównany z uczniem. Z kolei posługę misjonarzy omawialiśmy na przykładzie bohatera książki i filmu "Misja" - Rodriga Mendozy, św. Carla Acutisa oraz świeckiej misjonarki, Służebnicy Pańskiej Heleny Kmieć. Udało mi się też pokazać im współczesną pracę misjonarską w Afryce dzięki temu, że jeden z moich poprzednich wikarych został tam właśnie wysłany na misję.
Był czas na obejrzenie fragmentu filmu "Misja", a następnie zastanowienie się, na jakie niebezpieczeństwa narażeni byli kiedyś misjonarze. Dla kontrastu młodzież zapoznała się z historią Sługi Bożej Heleny Kmieć, która przecież zaledwie dekadę temu zginęła podczas pobytu w Boliwii.
Młodzież miała się też zastanowić w jaki sposób ona sama mogłaby być misjonarzami we współczesnym świecie. Jako przykład posłużył mi świety Carlo Acutis, który był misjonarzem w najbardziej przystępny dla siebie sposób - za pośrednictwem komputera i internetu.
Próbowałam im uświdomić, że misjonarz nie musi wyjeżdżać do obcych krajów, aby głosić naukę o Jezusie. Może to robić w swoim własnym środowisku, a nawet nie wychodząc z domu. Nie trzeba też ku temu wielkich czynów. Czasami wystarczy powiedzieć, że właśnie się idzie do kościoła, stanąć w czyjejś obronie (także tej związanej z hejtem), uśmiechnąć się do najbardziej nielubianej osoby. Najpiękniejsza Ewangelia to nie ta zapisana na kartkach, nawet złotymi literami, ale głoszona własnym życiem.
I tak na koniec samego tygodnia pozwoliłam sobie na obejrzenie całego filmu "Misja", już na spokojnie i bez żadnej presji czasowej. Nie wiem czy wiecie, ale w tym roku mija 40 lat od jego nakręcenia. Film widziałam już wielokrotnie, mam go nawet na płycie DVD. Za każdym razem odkrywam w nim także coś nowego i wzruszam się na nowo. Duża w tym zasługa aktora Roberta de Niro, który wcielał się w główną rolę Rodriga Mendozy, który wyjeżdża (a właściwie to wypływa) do Ameryki Południowej, aby ewangelizować tamtejszych tubylców.

niedziela, 25 października 2026

2455. Na wolontariacie nie można się nudzić...

Ten tydzień można określić jednym prostym słowem - "wolontariat". Zaczął mi się on jeszcze w poprzednią sobotę od wolontariatu podczas "Strefy Młodych", następnie była "Gala Człowieka Nowej Kultury", stacjonarna forma sympozjum "Lectio Magistralis Internationalis", aż w końcu wszystko skończyło się wolontariatem podczas dwunastej już edycji "Biegu Nocnych Marków" nawiązujących do obchodów Halloween. No, ja tego święta nie obchodzę, wolę Wszystkich Świętych, ale z drugiej strony uważam, że każdy pretekst jest dobry, aby się poruszać w każdym wieku.
Początkowo miałam zupełnie inne plany na ten weekend, dlatego nie zapisywałam się ani na wolontariat, ani na sam bieg. Plany jednak uległy zmianie i zrobiła mi się wolna sobota. Było już za późno na zapisy na bieg, spróbowałam zaryzykować i zgłosiłam się na wolontariat. W zasadzie nic nie traciłam, a mogłam tylko zyskać. Ku mojej radości tydzień temu przyszła odpowiedź potwierdzająca mój udział w wolontariacie wraz z konkretnymi informacjami. Wiecie, że zostałam przydzielona do biura zawodów, że będę pracowała od tej do tej godziny, że moim bezpośrednim przełożonym na tych kilka godzin będzie ta i ta osoba, że do moich obowiązków będzie należało to i to. Czyli od razu wiem co do mnie należy. Zresztą, to już któraś edycja biegu, przy której pomagam, więc za dużych niespodzianek tutaj nie ma.
Dyżur na wolontariacie ludzi przydzielonych do biura zawodów rozpoczynał się o godzinie 11:30. No, ale musieliśmy poznać zakres naszych obowiązków i w ogóle. Niby przez tyle lat regulamin niewiele się zmienił, jednak zawsze warto przypomnieć sobie to i owo. A nowi wolontariusze i tak musieli dowiedzieć się, co mają robić. Zresztą takie szkolenie trwa dosłownie chwileczkę.
Znacznie dłużej, bo od 12:00 do 18:00 trwa wydawanie numerków startowych dzieciom startującym w swoich krótkich biegach (do 800 metrów), biegaczom na 5 km, na 10 km oraz startującym w kategorii NW. Najgorzej było przed samymi startami, kiedy następywała kulumacja zawodników chcących tu i teraz, w tym momencie dostać swój numerek z chipem oraz reklamóweczkę z upominkami. Ale to tak nie działa. Trzeba znaleźć osobnika na liście, zweryfikować jego tożsamość, poprosić o podpis... Większość z nich zna swój numer startowy, ale są też tacy, którzy nie mają zielonego pojęcia co to za liczba. Szukają się na listach. A czas leci. Tymczasem bieg na 10 kilometrów startował o 16:00, na 5 kilometrów - o 18:00, z kolei nording walking pięć minut później. Chyba tylko dwie osoby się spóźniły (a do tego była jeszcze masa nieodebranych pakietów, ale to już jest standard) na swój bieg i dołączyły, za wiedzą i zgodą organizatorów, do reszty już po starcie. A więc nie było źle.
Taką tradycją biegów MK Teamu są nagrody za najbardziej kreatywne przebranie. Na trasie nie zabrakło więc dyń, duchów, czarownic, a nawet... zakonnic. Niestety nie zostałam do końca i nie wiem, kto wygrał nagrody, ale musiało być ciekawie. Na szczęście nikt już nie biegł z "siekierą lub nożem wbitymi w czaszkę". Bo i takie rzeczy się zdarzały. Mam tylko nadzieję, że obyło się bez żadnych wypadków, bo jednak było już ciemno i łatwo było się wywalić. Zresztą ja w taki sposób w zeszłorocznym biegu wyrżnęłam jak długa. Zdarza się, zdarza.
Miałam szczęście, że mogłam sobie wyjść z biura szybciej, niż się spodziewałam, czyli tuż po jego zamknięciu. Dla kogoś, kto dojeżdża komunikacją miejską to jest naprawdę duże udogodnienie. Przynajmniej w teori, bo w praaktyce trochę się to pochrzaniło. Ale wszystko opanowałam. 
W grudniu jest bieg mikołajkowy. A może oprócz wolontariatu jeszcze wziąć w nim udział jako zawodnik?

2454. Cierpliwość, ważna cnota

W życiu każdego człowieka zmagającego się z jakimś schorzeniem przewlekłym przychodzi taki moment, że powinien pojawić się u lekarza specjalisty, chociażby po to, aby zobaczył, że ów człowiek jeszcze żyje i całkiem nieźle się ma. Tak było w moim przypadku - w związku z mózgowym porażeniem dziecięcym i kończącego mi się okresu przyznania renty musiałam udać się do lekarza neurologa, aby wypisał mi odpowiednie dokumenty. Ogólnie pierwszy termin wizyty miałam we wrześniu, ale lekarki nie było i musiał być przesunięty. Nie do końca było mi to na rękę, lecz skoro nie było innego wyjścia, to trzeba było to przyjąć.
Nie wiem, jak jest w przypadku innych miast, szpitali, a może i samych specjalistów, ale u nas najpierw umawianym jest się na dany dzień, danego dnia rano zgłasza się do rejestracji, gdzie otrzymuje się numerek i z tym numerkiem czeka się na swoją kolej pod gabinetem. Czyli tak właściwie człowiek nie wie, o której wejdzie, chociaż numerek "6" napawał optymizmem. Przynajmniej w teorii. A zatem zaczęło się wielkie oczekiwanie od godziny 8:00 (bo o tej odebrałam wspomniany numerek w rejestracji). Na szczęście wzięłam ze sobą "Braci Aszkenazy" Izraela Joszuy Singera. Dzięki temu udało mi się przeczytać sporą ich część, a więc nie był to czas stracony.
Neurolog przyszła z oddziału o godzinie 11:00, a więc nawet wcześniej, niż powiedziano w rejestracji. Ja natomiast do środka weszłam przed 13:00. Aż boję się pomyśleć, o której weszła kobieta mająca numerek 19. Co do wizyty to raczaj była standardowa. Rozmowa, badanie, wypisanie papierów, wypisanie zaświadczenia, bo przecież musiałam wziąć wolne w pracy. Dostałam też skierowanie na rehabilitację. Lekarka zastanawiała się też, czy nie przydałoby mi się zrobić tomografii komputerowej głowy, jednak nie ma mowy, abym wyleżała bez ruchu 15 minut. Miałam to badanie w wieku 16 lat, niestety, nikt wtedy nie pomyślał o narkozie i wyszło jak wyszło. A raczej wcale nie wyszło. Chociaż sprawdzałam i jest opcja uśpienia dla dorosłych. Co prawda za opłatą, ale jeżeli to jedyny sposób, aby zrobić mi to badanie, to może warto wyłożyć te pieniądze? Dostałam też od pani lekarz radę, aby w przypadku otrzymania renty na dwa lata odwoływać się do wojewódzkiej komisji. Bo to też jest trochę śmieszne, tu mam napisane "pacjent nierokujący poprawy", a tu dostaję rentę na dwa, trzy lata. Już nie chodzi o pieniądze, bo mam je zawieszone, ale o sam fakt. Mózgowego porażenia dziecięcego się nie wyleczy, a ograniczenia z nim związane są trwałe. I oni doskonale o tym wiedzą. Więc o co chodzi?
Przy okazji poszłam zarejestrować się na rehabilitację. Wyszedł mi kwiecień przyszłego roku. Jakoś mnie to już nie dziwi. Tylko boję się, że zapomnę, albo coś. Ogólnie to myślę też nad turnusem rehabilitacyjnym. Nie wiem tylko, czy bawić się z dofinansowaniami, bo naprawdę, mała szansa, że coś dostanę. Wiecie jak to jest - "kwalifikuje się, ale środki zostały rozdzielone pomiędzy bardziej potrzebujących". Może po prostu samemu wszystko ogarnąć, jak zwykle zresztą. No nic, na razie czekam na tą komisję o rentę, a potem będę myśleć, co dalej.