„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"
W życiu każdego człowieka zmagającego się z jakimś schorzeniem przewlekłym przychodzi taki moment, że powinien pojawić się u lekarza specjalisty, chociażby po to, aby zobaczył, że ów człowiek jeszcze żyje i całkiem nieźle się ma. Tak było w moim przypadku - w związku z mózgowym porażeniem dziecięcym i kończącego mi się okresu przyznania renty musiałam udać się do lekarza neurologa, aby wypisał mi odpowiednie dokumenty. Ogólnie pierwszy termin wizyty miałam we wrześniu, ale lekarki nie było i musiał być przesunięty. Nie do końca było mi to na rękę, lecz skoro nie było innego wyjścia, to trzeba było to przyjąć.
Nie wiem, jak jest w przypadku innych miast, szpitali, a może i samych specjalistów, ale u nas najpierw umawianym jest się na dany dzień, danego dnia rano zgłasza się do rejestracji, gdzie otrzymuje się numerek i z tym numerkiem czeka się na swoją kolej pod gabinetem. Czyli tak właściwie człowiek nie wie, o której wejdzie, chociaż numerek "6" napawał optymizmem. Przynajmniej w teorii. A zatem zaczęło się wielkie oczekiwanie od godziny 8:00 (bo o tej odebrałam wspomniany numerek w rejestracji). Na szczęście wzięłam ze sobą "Braci Aszkenazy" Izraela Joszuy Singera. Dzięki temu udało mi się przeczytać sporą ich część, a więc nie był to czas stracony.
Neurolog przyszła z oddziału o godzinie 11:00, a więc nawet wcześniej, niż powiedziano w rejestracji. Ja natomiast do środka weszłam przed 13:00. Aż boję się pomyśleć, o której weszła kobieta mająca numerek 19. Co do wizyty to raczaj była standardowa. Rozmowa, badanie, wypisanie papierów, wypisanie zaświadczenia, bo przecież musiałam wziąć wolne w pracy. Dostałam też skierowanie na rehabilitację. Lekarka zastanawiała się też, czy nie przydałoby mi się zrobić tomografii komputerowej głowy, jednak nie ma mowy, abym wyleżała bez ruchu 15 minut. Miałam to badanie w wieku 16 lat, niestety, nikt wtedy nie pomyślał o narkozie i wyszło jak wyszło. A raczej wcale nie wyszło. Chociaż sprawdzałam i jest opcja uśpienia dla dorosłych. Co prawda za opłatą, ale jeżeli to jedyny sposób, aby zrobić mi to badanie, to może warto wyłożyć te pieniądze? Dostałam też od pani lekarz radę, aby w przypadku otrzymania renty na dwa lata odwoływać się do wojewódzkiej komisji. Bo to też jest trochę śmieszne, tu mam napisane "pacjent nierokujący poprawy", a tu dostaję rentę na dwa, trzy lata. Już nie chodzi o pieniądze, bo mam je zawieszone, ale o sam fakt. Mózgowego porażenia dziecięcego się nie wyleczy, a ograniczenia z nim związane są trwałe. I oni doskonale o tym wiedzą. Więc o co chodzi?
Przy okazji poszłam zarejestrować się na rehabilitację. Wyszedł mi kwiecień przyszłego roku. Jakoś mnie to już nie dziwi. Tylko boję się, że zapomnę, albo coś. Ogólnie to myślę też nad turnusem rehabilitacyjnym. Nie wiem tylko, czy bawić się z dofinansowaniami, bo naprawdę, mała szansa, że coś dostanę. Wiecie jak to jest - "kwalifikuje się, ale środki zostały rozdzielone pomiędzy bardziej potrzebujących". Może po prostu samemu wszystko ogarnąć, jak zwykle zresztą. No nic, na razie czekam na tą komisję o rentę, a potem będę myśleć, co dalej.
Od kilku lat Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego organizuje międzynarodowe sympozja zatytułowane "Lectio Magistralis Internationalis". Jego ideą jest zgromadzenie wybitnych naukowców z różnych Uniwersytetów na świecie i dyskusja na różne tematy pokazująca jak różne mogą być ich ujęcica. Dotychczas większość edycji odbywała się on-line. Jeżeli tylko pozwalał mi czas, brałam w nich udział w czasie rzeczywistym, jeżeli nie, to po prostu odsłuchiwałam sobie całości (tudzież w częściach) w dogodnej dla mnie porze.
Tym razem miała to być 25 już edycja sympozjum, toteż zaplanowano, że z tej okazji odbędzie się ono w formie hybrydowej - część osób spotka się stacjonarnie w Katowicach, a część będzie w nim brało udział zdalnie za pośrednictwem platformy zoom. A skoro sympozjum było stacjonarne, to oczywiste było, że będą potrzebowali ludzi do pomocy organizacji. Tutaj inicjatywą wykazała się Wisia, moja znajoma studiująca teologię, która pewnego razu napisała do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym pomóc. Czemu nie? Wystarczyło tylko trochę pokombinować z godzinami w szkole i można było wyrwać się na dwa dni do ciut innego świata. Przez to pierwszego dnia trafiłam w dobrze znane mi mury Wydziału Teologicznego, a drugiego - do przepięknej Willi Goldsteinów.
Tematem 25 edycji sympozjum były relacje. Relacje rozumiane w różny sposób, co znalazło odzwierciedlenie w wygłaszanych 10-minutowych referatach. Wśród nich można było usłyszeć takie, które dotyczą relacji w rodzinie, w kościele, wśród rówieśników i na przestrzeni uczeń - nauczyciel. Jednak mnie, jako miłośnika matematyki, najbardziej zainteresował wątek dotyczący relacji od strony matematycznej. Referaty były co prawda w trzech językach (polskim, angielskim oraz włoskim), organizatorzy zapewnili symultatyczne tłumaczenia dostępne na zoomie. Chociaż zostałam przydzielona do recepcji, to jednak znalazłam czas, aby na chwilę iść na salę, na której trwało spotkanie.
We wtorek z kolei miała promocja książki zawierająca zaprezentowane i niezaprezentowane wystąpienia. Przy okazji część autorów wypowiedziała się na temat jej treści.
Ogólnie muszę jakoś namierzyć e-book, bo książka właśnie w tym formacie została wydana. Głównie dlatego, że nie na wszystkich wykładach byłam i nie wszystkie obcojęzyczne referaty zrozumiałam ze słuchu. Poza tym myślę, że mogę znaleźć w niej wiele inspiracji i wykorzystać w codziennej pracy z uczniami i podopiecznymi. Wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. Zwłaszcza, że mogłam jeszcze raz spotkać się z moimi dobrymi znajomymi ze studiów. No i cieszę się, że Wisia w ogóle o mnie pomyślała i zaproponowała mi tą współpracę. Dobrze jest mieć takich znajomych, naprawdę.
Kilka dni temu na fb napisał do mnie na prywatnej wiadomości pewien mężczyzna. Trochę dziwnie mi się z nim rozmawiało. Na początku jeszcze było jako tako, chociaż czułam, że gościu się za bardzo gubi w tym, co pisze. Raz pisał, że poszukuje siostry, drugim razem, że ją znalazł i na zajutrz idzie się z nią spotkać (w tej samej rozmowie). Niby wierzy i modli się do Boga, ale do kościoła nie chodzi. Jednak jak mu napisałam, że ja chodzę, nawet w tygodniu, to mi odpisał, że będzie chodził dla mnie i ze mną (dla mnie, nie dla Boga). Z rodzicami też dla mnie kręcił. Jednak najbardziej mnie rozwaliło to, że po kilkudziesięciu minutach pisania wyznał mi, że pisze pod zmienionym imieniem i nazwiskiem, bo wiele znajmych osób mu dokuczało.
Trochę się do niego zraziłam. Na niekorzyść kolesia działało też to, że ciągle pisał, nie dając mi szansy na żadną odpowiedź zwrotną. Pisałam mu, żeby zwolnił, bo ja nie dam rady tak szybko pisać. Odpisał, że ok., ale dalej tak robił. Nalegał na wymianę numerów telefonu. Szczerze powiedziawszy, to trochę mnie tym zraził do siebie. Odpisałam mu, że raczej nie wymieniam się numerami z dopiero co poznanymi ludźmi. Raz tak zrobiłam i potem czytałam pretensję o to, że nie odbieram telefonów od "zakochanego". A ja po prostu albo miałam zajęcia na uczelni, albo w Oratorium, albo po prostu już spałam. A tu ktoś, kto całe dnie spędzał w domu rządał, aby być na każdy jego telefon... Zagwarantuje mi ktoś, że teraz nie będzie tak samo?
Inna sprawa - obiecanki. Może nie cacanki, ale... Czego to mi ten mój nowy znajomy nie naobiecywał. Problem polega na jednym - pieniądze i bogactwo nie są dla mnie priorytetem. No, chyba że mówimy o bogactwie wewnętrznym. Ale tego nie kupi się za żadne pieniądze, tylko wypracuje wewnętrzną pracą. A tu pan mi obiecuje wieczystą adorację i spełnianie wszystkich zachcianek. Czy o to chodzi w związku? Może niektóre kobiety tego oczekują, ale nie ja. Bo adoracja to nie to samo, co wzajemne zrozumienie i szacunek. A na tym chciałabym zbudować związek. Ciągłe zasypywanie prezentami, drogie rzeczy są fajne i miłe, ale czy o to chodzi w byciu razem? To, czy ktoś jest wierzący, czy nie też nie jest dla mnie priorytetem, wolę, aby żyć w zgodzie z własnym sumieniem, niż na pokaz. A tutaj wszystko wskazuje na to, że tak by było. W dodatku nie wiem w ilu sprawach jeszcze by oszukał. Jasne, że ja też w pierwszym zdaniu nie piszę o mojej niepełnosprawności, ale w pierwszej rozmowie staram się o tym przynajmniej wspomnieć. Bo myślę, że to jest ważne. I uczciwe. Do seksu na pierwszych spotkaniach też mnie nie ciągnie. To odpowiedzialna decyzja, a nie sposób na zaspokojenie swojego popędu seksualnego.
Nasza znajomość skończyła się tak gwałtownie, jak się zaczęła. Napisałam mu prawdę, że nie takiego typa człowieka szukam. W odpowiedzi przeczytałam, że w takim razie pewnie nigdy nikogo nie znajdę. No to nie znajdę, i trudno. Nie każdy musi mieć męża i żonę. A że mam trochę inne priorytety niż dzisiejszy świat... Może naprawdę do niego nie pasuję?
Kiedy w 2024 roku ruszała pierwsza edycja "Strefy Młodych. Festiwal", nikt do końca nie wiedział, w jakim kierunku pójdzie całe przedsięwzięcie. Czy będzie to jednorazowa impreza, czy może cykliczne wydarzenie. Był to też czas największego wysypu różnych afer kościelnych i zmiany władz w diecezji. Nic dziwnego, że pomysłodawcy mieli pełno obaw i nie wiedzieli, czy to wypali i czym się zakończy.
Tymczasem już bardzo szybko po otwarciu bramek okazało się, że "Strefa Młodych Festiwal" to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Tłumy młodych osób przewijających się przez recepcje i szatnię dawały nadzieję. Myślę, że czytając mojego bloga wyczuwacie, jak bardzo na sercu leży mi ich dobro - i to intelektualne, i to emocjonalne, ale też po trochu duchowe. Na to ostatnie mam najmniejszy wpływ, ale jak tylko mam okazję to działam, to tu, to tam. Myślę, że nikogo nie powinien dziwić fakt, że zasiliłam zacne grono wolontariuszy wydarzenia i podczas pierwszej, i podczas drugiej edycji. Po po sukcesie z 2024 roku aż żal by było nie kontynuować tego wydarzenia.
Czy inaczej mogłoby być podczas trzeciej już edycji festiwalu? Oczywiście proces zaczyna się od wysłania zgłoszenia rekrutacyjnego, co w moim przypadku miało miejsce jeszcze przed wakacjami. Potem była jednak złowroga cisza. Taka cisza, że już zwątpiłam w powodzenie akcji. Chociaż dla mnie dużo gorszy był brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Gdybym się nie zakwalifikowała jako wolontariusz, po prostu pojechałabym na październikowe spotkanie Rafałków do papieskiego miasta. Niepewność trwała dosyć długo, bo do przedostatniego tygodnia poprzedzającego wydarzenie. Dopiero wtedy dotarła do mnie informacja, że tak, dostałam się na wolontariat zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. W niedzielę, ponieważ dzień po Festiwalu Młodych od 2024 roku odbywa się jeszcze Gala "Człowiek nowej kultury". Dotąd nie brałam w niej udziału, ale skoro i na nią potrzebowali wolontariuszy, to dlaczegoby nie zaproponować pomocy także i przy tym wydarzeniu.
Sobotni "Strefa Młodych Festiwal" startował o godzinie 9:30, kiedy to hala sportowa "Sosnowiec Arena" otwierała swoje drzwi dla pierwszych przybyłych na to wydarzenie młodych (w większości). Jednak wolontariusze startowali już o godzinie 8:00. Wiecie, szybkie szkolenie stanowiskowe, ostatnie przygotowania i w ogóle. Ranek był też na tyle luźną porą, że można było na spokojnie napić się herbaty/kawy i odbyć pierwsze rozmowy. Jednak już o 9:15 każdy z nas udał się na przydzielone mu stanowisko. Ja wylądowałam na szatni, co bardzo mnie ucieszyło. Może nie było to stanowisko marzeń, ale jak najbardziej dostosowane do moich możliwości, o czym przekonaliśmy się w zeszłym roku.
Zgodnie z programem, drzwi hali zostały odtwarte punktualnie o 9:30. Już od pewnego czasu za nimi gromadziły się większe lub mniejsze grupki ludzi, z niecierpliwością oczekujących tego momentu. Najpierw wszyscy kierowali swoje kroki w stronę recepcji (wymieniali w niej bilety na "wejściówki"), a następnie, zazwyczaj, szli do szatni oddać swoje ubrania wierzchnie. Od tego momentu były one jakby w naszych rękach.
Wydarzenie oficjalnie rozpoczynało się od Eucharystii, która miała miejsce o 11:00 godzinie. Mogłoby się wydawać, że późno, z drugiej jednak strony wiele grup przybyło do Sosnowca z odleglejszych miast naszego kraju, w związku z tym ta godzina wydaje się jak najbardziej prawidłowa. Ołtarz, tak jak i w poprzedniich latach, był na scenie. Głównym celebransem Mszy był ksiądz biskup Grzegorz Suchodorski, zaś księża, którzy przyjechali ze swoją młodzieżą, koncelebrowali ją po bokach ołtarza oraz z miejsca przed nim. Homilię wygłosił dla zgromadzonych na płycie wiernych ksiądz biskup Adam Bab. Podkreślił w nim fakt, że każdy z nas może być misjonarzem na wzór patrona dnia, św. Ignacego Atiocheńskiego. Tutaj obudził się we mnie patrystyczny duch i przypomniałam sobie jaki był koniec tego Ojca Kościoła. I pomyślałam, że chyba jednak nie chcę tak skończyć. Biskup zaznaczył też wagę obecności znaku krzyża w życiu każdego chrześcijanina. Rekwizyt miał tuż przed sobą - na spotkanie przybyła kopia ikony oraz krzyża Światowych Dni Młodzieży.
Będąc na Eucharystii wiele razy przeszło mi przez myśl, że może trzeba było zaryzykować, wziąć swój strój liturgiczny, legitymację i spróbować dołączyć do Służby Liturgicznej. Z drugiej strony mam jeszcze opory przed takim postępowaniem. Wolę posługiwać przy kameralnych, wspólnotowych Mszy. Może jednak kiedyś się przemogę?
Praca w szatni to praca ciągła, bo bez przerwy ktoś przychodził, albo wychodził. Dlatego większość z nas zrobiła sobie dłuższe wolne jedynie na tą Mszę. Wiadomo, od czasu do czasu ktoś schodził, albo do toalety, albo żeby iść na kawę/herbatę, albo żeby na chwilę odpocząć w strefie wolontariuszy, a nawet na chwilę szedł na płytę główną, aby zobaczyć co się dzieje. Ja np. poszłam na moment, kiedy na scenie pojawili się moi dobrzy, sprawdzeni znajomi z wolontariatu związanego ze Światowymi Dniami Młodzieży i zachęcali do udziału albo na miejscu, albo w Polsce, bo na pewno będą organizowane analogiczne wydarzenia. Podczas "Strefy Młodych" miała miejsce także premiera polskiej wersji hymnu spotkania w Seulu.
Spotkanie zakończyła adoracja wraz z błogosławieństwem najświętszym sakramentem. Robiło wrażenie, nie powiem, że nie. Do dyspozycji zebranych była też kaplica, w której przez cały czas wystawiona była monstrancja z Ciałem Pana Jezusa.
Jednak "Strefa Młodych. Festiwal" to nie tylko modlitwa, ale i zabawa. Myślę, że jest to doskonały przykład na to, że można być wierzącym, praktykującym młodym człowiekiem, a zarazem doskonale się bawić, że jedno nie wyklucza drugiego. Nie zabrakło więc belgijki, toga, a także takich gwiazd młodego pokolenia, jak "Armani", "Arkado", czy "Anatom". Mszę świętą oraz Wieczór Uwielbienia animował zespół "Jednego Serca Jednego Ducha".
Po zakończeniu spotkania i wyjściu uczestników udaliśmy się na skromną kolację, gdzie dzieliliśmy się wrażeniami i spostrzeżeniami. Przy okazji umówiłam się już z księdzem biskupem Suchodolskim na wolontariat podczas tegorocznej edycji "Forum Mosty". Ech, musiałam jednak w zeszłymy roku się sprawdzić, skoro nie miał żadnego "ale" podczas naszej wstępnej rozmowy. Muszę tylko napisać w tej sprawie do biura KSM-u. Jakby co, będę się powoływać na autorytet głównego organizatora.
W niedzielę mogliśmy przyjść trochę później, ale i dzień w ogóle był spokojniejszy. Na galę "Człowiek Nowej Kultury" przyszło naprawdę niewiele ludzi, a jeszcze mniej oddawało swoje rzeczy. To był naprawdę lajcik. Także i to wydarzenie rozpoczęło się Eucharystią pod przewodnictwem księdza biskupa Artura Ważnego. W swojej homilii zastanawiał się co w dzisiejszych czasach, w których z jednej strony rządzi hejt, a z drugiej - nowe technologie, oznacza sformułowanie "Człowiek nowej kultury". Powołał się przy tym na postać księdza Franciszka Blachnickiego, który był takim "Człowiekiem nowej kultury" swoich czasów.
Po zakończeniu Mszy rozpoczęła się gala, która w pewnym momencie była nawet transmitowana przez telewizję.
Ponieważ na szatni było niewiele do robienia, można było spokojnie udać się na płytę główną, na której miało miejsce wydarzenie. Dzięki temu mogłam na żywo zobaczyć laureatów nagrody. Kim są ludzie nowej kultury? Najprościej pisząc: "to ci, którzy w swoim życiu są świadkami, niezależnie od profesji, pozycji czy też posiadanego stanu majątku". Nagroda jest przyznawana w jednej z pięciu kategorii:
Nowa Kultura w biznesie
Nowa Kulltuura w sztuce
Nowa Kultura w sieci
Inicjatywa Nowej Kultury
Działalność Społeczna Nowej Kultury
Jest też dodatkowa kategoria "Nagroda Specjalna", gdzie laureata wybiera kapituła złożona z laureatów z poprzedniej edycji. W tym roku tytuły "Człowieka Nowej Kultury" otrzymały następujące osoby:
Moje serce szczególnie zabiło na dźwięk tego ostatniego nazwiska. Z panem Aleksandrem Bańką miałam zajęcia z filozofii na pierwszym roku studiów z Nauk o Rodzinie. Niezwykle skromny i życzliwy człowiek z ogromnną wiedzą i eurydycją połączonymi z empatią. Wymagający przede wszystkim od siebie, a w drugiej kolejności od innych. Otwarty na dialog i inne spojrzenia na temat prezentowane przez drugiego człowieka.
To była ta chwila, w której poczułam autentyczną radość z tego, że kilka lat temu wylądowałam na takim, a nie inną uczelnię i wydział. I że nasze drogi się zeszły. Może formalnie tylko na piętnaście tygodni (a może aż na piętnaście), ale każdy z tych tygodni był szansą na poznanie drugiego człowieka, który wprowadzał nas w świat człowieka od filozoficznej strony. A teraz został ogłoszony przez kapitułę "Człowiekiem Nowej Kultury". Coś pięknego i niesamowitego!
Tegoroczną "Strefę Młodych. Festiwal" oraz galę "Człowiek Nowej Kultury" uważam za zakończone. A wiecie, że już się nie mogę doczekać następnych edycji. Bo takie będą, wierzę w to gorąco.
Panie i panowie, lejdis i dżentelmens. Bardzo proszę o nienazywanie mnie "dachowcem". Jestem kotem europejskim, w dodatku krótkowłosym. Zrozumiano! I mam to na piśmie od weterynarza!
Strach się bać! Żeby jej się tylko w łebku nie poprzewracało od tego awansu!