Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

2416. Powiew zmiany

Zmiana na stanowisku proboszcza w mojej rodzinnej parafii stał się faktem. Chociaż nowy proboszcz przybył do nas w ostatnich dniach lipca, to dopiero w ostatnią niedzielę odbyła się jego uroczysta instalacja na nowy urząd. Co ciekawe, wymienili się niejako z naszym poprzednim proboszczem, który został przeniesiony na parafię, na której dotychczas przebywał aktualny. To akurat wyczytałam w Internecie.
Taka instalacja jest niezwykle ważną i podniosłą chwilą dla całej wspólnoty parafialnej, która otrzymuje odtąd nowego pasterza. Zawsze pojawia się pytanie jaki on będzie i co wniesie w powierzoną mu wspólnotę. Ile dobrego, a ile złego. I na którą szalę przeważy się jego urzędowanie. Nowego proboszcza widziałam już w tygodniu. Ech, chyba jeszcze siedzi we mnie żal wobec jego poprzednika, bo jakoś nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. I w dodatku z twarzy podobny jest do swojego poprzednika. No ale postanowiłam nie zrażać się przy pierwszym wrażeniu i iść na jego powitanie, które miało miejsce na sumie na godzinie 12:00.
Proboszcz został wprowadzony do kościoła w uroczystej procesji. U jego wejścia otrzymał symboliczne klucze oraz krzyż do ucałowania na znak szacunku wobec powierzonej mu władzy. Potem nastąpiło okadzenie ołtarza, tak, aby nasze modlitwy niczym kadzidło wznosiły się ku Niebu. Następnie wicedziekan naszego dekanatu odczytał dekret, kierujący proboszcza na nową placźówkę. Chyba pierwszy raz od dawna w Liturgię Słowa zaangażowana była tylko Liturgiczna Służba Ołtarza. Podczas poprzednich instalacji Czytania i Modlitwę Wiernych czytali też przedstawiciele innych wspólnot religijnych. Miało to swoje plusy, bowiem nowy proboszcz mógł się zorientować, jakie grupy działają w parafii. Osobiście byłam ciekawa kazania, ponieważ zazwyczaj nowi proboszczowie wygłaszają wtedy swoje expose. Tym razem jednak nowy proboszcz odnosił się tylko i wyłącznie do Ewangelii. Molże to i dobrze - z mniejszej ilości rzeczy będzie potem rozliczany. Następnie miało miejsce osobiste wyznanie wiary przez nowego proboszcza oraz Modlitwa Wiernych czytana przez lektora. Na koniec Mszy, po Ogłoszeniach Duszpasterskich zaplanowano powitanie proboszcza przez przedstawicieli parafii. Tutaj jednak nowy proboszcz się wyłamał i powiedział, że szkoda jest burzyyć porządek Mszy świętej, i żeby słowa powitania były po końcowym błogosławieństwie. Tak też się stało, czym szczerze mnie ujął. I tak sobie pomyślałam, że chyba będzie dobrze, skoro nie stawia siebie w centrum uwagi. 
Z drugiej strony - patrzyłam na całą uroczystość i serce mi pękało. Kiedyś to była tętniąca życiem parafia, gdzie poszczególne grupy były liczne i aktywnie włączały się w różne uroczystości. Patrzę na zdjęcie scholi sprzed 10 lat, patrzę na zdjęcie ministrantów z tego samego okresu, animatorów Oratorium... Przecież nas było multum. Ale i byli proboszczowie, którym zależało, a przynajmniej nie ograniczali nas zbytnio w działalności. Wystarczyło dziewięć lat - na instalacji była garstka ministrantów, trójka scholistów, Oratorium się rozleciało, bo zostało zamknięte. Owszem, można powiedzieć, że są wakacje i w ogóle, ale myślę, że problem leży dużo głębiej. Jasne, wielu ludzi odeszło z różnych względów, zawsze tak było i to jest zrrozumiałe. Ale dotychczas (tzn. do 2017 roku) na ich miejsce przychodzili nowi ludzie, tworzyła się płynność. Czy przez te 9 lat ktoś nowy zabawił w scholi na dłużej? Ile przez ten czas przyszło ministrantów? A ile odeszło z płaczem? Dlaczego aż trzech kapłanów, w dużej mierze takich, którym zależało na młodzieży i Oratorium (jak przystało na salezjanów), pisało do inspektora prośbę o zmianę parafii? Czy kiedyś wróci to, co zostało wypracowane przez lata? Myślę, że na barkach nowego proboszcza spoczywa ogromna odpowiedzialność za to wszystko, co przez lata zostało zaniedbane, czy wręcz zniszczone.
Kiedyś, jak jeszcze nie wiedzieliśmy kto będzie nowym proboszczem, rozmawiałam z księdzem Wojtkiem na temat nadchodzącej zmiany. Powiedział wtedy coś, na co zwróciłam uwagę: "Gorzej na pewno nie będzie". Podniosło mnie to niejako na duchu. Ale i dało do myślenia - kurcze, co takiego musiał zrobić proboszcz, że ma taką opinię wśród współbraci? I to mieszkających na drugim końcu (prawie) inspektorii. Zresztą wielu parafian jest tego samego zdania. Ech, mam nadzieję, że na nowej placówce, gdzie też został ustanowiony proboszczem, zmieni swój sposób bycia i funkkcjonowania. I że nie zniszczy wielu rzeczy, które wypracowali jego poprrzednicy. Wiem, że nowy proboszcz naszej parafii będzie się musiał mierzyć z nieufnością i uprzedzeniami wielu parafian, w tym pewnie i moimi. Czy jego zachowanie spowoduje, że odzyskam zaufanie, które straciłam kilka lat temu do księży w mojej parafii? Czas pokaże.

niedziela, 30 sierpnia 2026

2415. Święty Tarsycjusz - patron ministrantów

Większość grup społecznych mam swoich świętych patronów. Wszyscy wiedzą, że lekarzom i aptekarzom patronuje święty Łukasz, górnikom i hutnikom - św. Barbara, księżom - św. Jan Maria Vianney, a strażakom - św. Florian. 
Swoich patronów mają także ministranci. Tym najbardziej znanym jest św. Dominik Savio, żyjący w połowie XIX wieku w Turynie, wychowanek św. Jana Bosko. Wśród innych patronów wymieniany jest święty Tarsycjusz, męczennik Kościoła Katolickiego i akolita.
Niewiele o nim wiadomo. Nieznana jest data jego urodzin. Zgodnie z Tradycją żył w III wieku n. e.
Szacuje się, że umarł ok. 250 roku, za panowania cesarza Decjusza, który rządził Cesarstwem Rzymskim w latach 249 - 251. Według inskrypcji papieża Damazego I wynika, że akolita wolał zginąć z rąk wrogiego chrześcijanom i rozszalałego tłumu mieszkańców Rzymu, niż oddać niesiony pod płaszczem Najświętszy Sakrament. Papież Damazy porównał jego śmierć przez ukamieniowanie do męczeństwa św. Szczepana. 
Legenda o św. Tarsycjuszu została znacznie rozbudowana za przyczyną kardynała Nicholasa Wisemana, który umieścił go w swojej powieści historycznej zatytułowanej "Fabiola, czyli Kościół katakumb", którą opublikowano w 1854 r. W 1939 r. w Rzymie wybudowano świątynię ku czci świętego Tarsycjusza. Z kolei w zbiorach paryskiego Musee d'Orsay można zobaczyć marmurową rzeźbę przedstawiającą męczennika dłuta Alexandre Falguiera, która powstała w 1868 roku.
Liturgiczne wspomnienie św. Tarsycjusza początkowo obchodzono w dniu, w którym miał zginąć. Co ciekawe, na próżno jest szukać o nim wzmianek w najstarszych księgach liturgicznych z VII i VIII wieku. O dniu jego wspomnienia wiadomo jedynie od żyjącego w IX wieku Adona z Yienne. Wymienia on Tarsycjusza w swoim "Martyrologium" pod datą 15 sierpnia. Pod taką datą Tarsycjusz figuruje w "Martyrologium rzymskim" od czasów średniowiecza. Święty Tarsycjusz obchodzi swoje liturgiczne wspomnienie 15 sierpnia, jednak z uwagi na wypadającą w tym samym dniu uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, która jednak ma wyższą rangę od wspomnienia świętego, obchód ku czci św. Tarsycjusza przenoszony jest w niektórych miastach na dzień 21 listopada.
Szczątki tego męczennika zostały złożone w katakumbach św. Kaliksta, tuż obok innego męczennika, papieża Stefana I. W 1675 roku zostały one przeniesione do bazyliki św. Dominika w Neapolu. Została tam nawet ufundowana osobna kaplica. Część relikwii znajduje się w salezjańskim kolegium przy Via Appia w Rzymie.
Patronuje włoskiej Akcji Katolickiej, ministrantom oraz dzieciom pierwszokomunijnym. W niektórych parafiach kandydaci na ministrantów otrzymują komżę w dzień wspomnienia świętego albo w niedzielę go poprzedzającą.

2414. Muzeum w Suchej Beskidzkiej - wystawy poświęcone kinematografii, Zofii Karaś oraz Emilowi Zegadłowiczowi

Muzeum w Suchej Beskidzkiej posiada w swoich zbiorach wiele ciekawych ekspozycji. Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić trzema, które szczególnie przykuły moją uwagę. Dwie z nich to wystawy czasowe, a jedna jest wystawą stałą.
Pierwsza taka wystawa dotyczyła rozwoju kinematografii na ziemiach Suchej Beskidzkiej.
Dzięki ekspozycji można zapoznać się z historią kin działających w Suchej Beskidzkiej oraz osobowościami filmu i kina związanymi z miastem (np. Billy Wilder, Ferdynand Goetel, Maria Malicka czy też Andrzej Szczepkowski). W sali ekspozycyjnej można zobaczyć też zachowane obiekty techniki kinowej związane z kinem "Smrek" w tym najważniejszym eksponatem - projektorem filmowym z 1961 roku wyprodukowanym przez Łódzkie Zakłady Kinotechniczne.
Druga wystawa czasowa poświęcona jest lokalnej lekarce, Zofii Karaś.
Zofia Karaś pochodziła z pobliskiego Makowa Podhalańskiego. Podobnie jak ojciec, również i ona studiowała medycynę w Krakowie oraz w Poznaniu. Po uzyskaniu dyplomu Uniwersytetu Poznańskiego w 1928 roku rozpoczęła pracę w poradni przeciwgruźliczo-jaglicznej w Suchej Beskidzkiej, gdzie pracowała aż do swojej śmierci. Jako lekarz państwowy, zatrudniony przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w ramach tworzącego się w dwudziestoleciu międzywojennym systemu Kas Chorych, musiała pracować w niemal każdej dziedzinie medycyny: ginekologii, położnictwie, chorobach wewnętrznych, dermatologii, ortopedii czy też stomatologii. Była zwolenniczką systemu powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. W czasie II wojny światowej organizowała pomoc dla więźniów obozu Auschwitz-Birkenau, pomagała też Żydom. Wielokrotnie przesłuchiwało ją gestapo. Zagrożona aresztowaniem w dniu 26 października 1942 roku popełniła samobójstwo.
Zofia znana jest też jako autorka pamiętnika, który został napisany na konkurs Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wydano go w 1939 roku w zbiorze zatytułowanym "Pamiętniki lekarzy". Dokument ten, który w barwny i dosadny sposób opisywał szczegóły jej pracy zawodowej, zdobył I miejsce wśród 51 nadesłanych prac. Recenzowało go wiele poczytnych i opiniotwórczych pism, takich jak: "Kurier Warszawski", "Słowo", "Wiadomości Literackie" oraz "Medycyna na co dzień", a o samej Zofii Kosoak pisali m.in. Melchior Wańkowicz, Jerzy Wyszomirski i Adam Grzymała - Siedlecki.
Świadectwo szkolne Zofii
Sekretarzyk
Dawne instrumenty medyczne
Ostatnia z polecanych wystaw, tym razem stałych, poświęcona jest znanemu wadowickiemu literatowi, Emilowi Zegadłowiczowi. Zegadłowicz żył na przełomie XIX i XX wieku. Większość swojego dzieciństwa spędził w położonym niedaleko Wadowic Gorzeniu Górnym, gdzie jego tata miał domek letniskowy. Emil ukończył też w 1906 roku Gimnazjum im. Marcina Wadowity w Wadowicach. Następnie studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę, germanistykę i historię sztuki. Jego debiut miał miejsce w 1908 roku. W 1921 roku wraz z Edwardem Kozikowskim założył we wspomnianym Gorzeniu Górnym grupę poetycką "Czartak". Pisał poezję, organizował spotkania artystów, gromadził wiele dzieł. Tłumaczył teksty z niemieckiego na polski, m.in. "Fausta" Goethego. To on odkrył rzeźbiarza ludowego - świątkarza Jędrzeja Wowrę. W 1932 roku wrócił na stałe do Gorzenia. Rok później, z okazji dwudziestopięciolecia twórczości otrzymał honorowe obywatelstwo Wadowic. Jednak po wydaniu powieści zatytułowanej "Zmory", gdzie przedstawił miasto w czasach przed I wojną światową, Rada Miasta w lutym 1936 roku odebrała mu je, a ulicy jego imienia przywróciła poprzednią nazwę. Początkowo prezentowane na wystawie zbiory Zegadłowicza znajdowały się w jego dawnym dworku w Gorzeniu, ale w 2018 roku zostały przekazane Muzeum w Suchej Beskidzkiej.
Kominek z bibelotami.
Kanapa idealna do poobiedniego odpoczynku.
Zaczarowany fortepian grał...
Piękne mieli te posadzki...
Stół przy którym siadała rodzina Zegadłowiczów.
Ten wzór podłogi też jest ładny...
Etażerka.
Figura zdobiąca wnętrze dworku.
Kanapa, etażerka i obrazy.
Kominek i bibeloty na nim.
Naczynia Zegadłowiczów.
Z zainteresowaniem obejrzałam także wystawę poświęconą geografii i geologii tamtych terenów (jak może wiecie, interesuję się tego typu rzeczami), niestety ze względu na zbyt słabe oświetlenie nie byłam w stanie porobić dobrych zdjęć.
Wystawy muzealne zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Na minus obiektu działa fakt, że nie jest on dostosowany dla osób niepełnosprawnych, zwłaszcza poruszających się na wózkach. Niestety nie zauważyłam windy na piętro, a same schody dają wiele do życzenia. Nie mniej, muzeum jest godne odwiedzenia i myślę, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

środa, 12 sierpnia 2026

2413. Z wizytą na zamku w Suchej Beskidzkiej

W drodze na obóz w Zawoi wraz z "Rafałkami" odwiedziliśmy zamek w Suchej Beskidzkiej. Dotychczas widziałam go kilka razy będąc przejazdem w tym mieście, teraz miałam okazję zobaczyć jego wnętrza. Znajduje się on około 45 minut jazdy z Wadowic, czyli punktu z którego wyruszyliśmy. Położony jest u stóp góry Jasień, nieopodal ujścia Stryszawki do Skawy, kilkaset metrów na północ od centrum miasta. Zamek, w stylu renesansowym, to magnacka rezydencja kolejnych właścicieli dóbr suskich: Castiglione - Suskich, Komorowskich, Wielkopolskich, Branickich oraz Tarnowskich. Przez wielu ludzi nazywany jest "Małym Wawelem", a to ze względu na podobieństwa do krakowskiego zamku w Krakowie. Jest to też siedziba Muzeum Miejskiego w Suchej Beskidzkiej.   
Początki zamku suskiego wiążą się z osobą Kaspra Suskiego. To on postanowił na tym miejscu postawić kamienny dwór o charakterze obronnym. Obecnie jego pozostałości stanowią część południowego skrzydła zamku. Wiadomo też, że jednym z architektów był  Gregorius Kaczorowski, którego zatrudniono przy budowie zamku w 1580 roku.
Na początku XVII wieku zamek trafił w ręce rodu Komorowskich. Pierwszy właściciel z tej rodziny, Piotr Komorowski, dokonał znacznej jego rozbudowy. M.in. powstał trójskrzydłowy układ zamku, który zachował się po dzień dzisiejszy. Styl architektoniczny wskazuje, że w jego przebudowie mógł brać udział Paweł Baurdarch, architekt Mikołaja Zebrzydowskiego z Kalwarii Zebrzydowskiej. Kolejnej rozbudowy na początku XVIII wieku dokonała Anna Wielkopolska. Dobudowała dwie wieże i zmodernizowała wnętrze zamku. Wielkopolscy najdłużej posiadali zamek - od 1665 do 1843 roku.
W 1843 roku Aleksander Branicki stał się właścicielem zamku. Jego syn, hrabia Władysław Branicki w latach 1882 - 1887 przeprowadził generalną restaurację zamku pod kierownictwem Tadeusza Stryjeńskiego. 
Kilkanaście lat później, w 1905 roku, zamek został strawiony przez pożar. Jego odbudowy podjął się ten sam architekt. Jeszcze do 1843 roku zamek otaczał wysoki mur obronny, który sięgał pierwszego piętra. Braniccy zburzyli go, a w jego miejsce postawili ogrodzenie z żelaznych prętów.
Kolejnym ważnym rokiem w historii zamku był 1922, kiedy budynek przeszedł w ręce Tarnowskich. Byli oni jego właścicielami do wybuchu II wojny światowej. W trakcie obydwóch wojen światowych na zamku mieścił się szpital dla rannych żołnierzy. Po zakończeniu II wojny światowej zamek zaczął pełnić różne funkcje: był siedzibą suskiego gimnazjum (przekształconego z czasem w liceum), mieściły się w nim internat liceum, fabryka mebli, magazyn Gminnej Spółdzielni. W 1975 roku Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu zdecydowały o otwarciu tam filii muzeum wawelskiego. Rozpoczęła się wówczas, trwająca do 1991 roku, generalna restauracja i konserwacja obiektu. W 1996 roku zamek przekazano miastu Sucha Beskidzka. Na zamku mieści się Miejski Ośrodek Kultury, restauracja "Kasper Suski" i hotel. W kwietniu 2016 roku po wieloletnich staraniach władz miejskich Suchej Beskidzkiej zespół zamkowo-pałacowy stał się własnością miasta.
Zamek ma prostą trójskrzydłową konstrukcję z otwartym na wschód dziedzińcem. Ozdabiają go cztery wieże wysunięte na zewnątrz. Południowe i zachodnie skrzydła są dwupiętrowe, a północne - parterowe. Od strony dziedzińca wyższe skrzydła ozdobione są krużgankami. Główna sala na zamku nosi nazwę Sali Marszałkowskiej. To na niej odbywały się wielkie uroczystości dworskie. Z dawnego wyposażenia zachował się jedynie kamienny kominek. 
Z innych wnętrz na uwagę zasługuje kaplica zamkowa, znajdująca się na wieży zegarowej. Jej ściany pokrywa słabo już zachowana polichromia.
Wystawa poświęcona życiu codziennemu w Suchej Beskidzkiej.
Wystawa poświęcona historii zamku.
W bezpośrednim sąsiedztwie zamku, od jego południowej strony, znajduje się założony w XIX wieku park. Przeważają w nim typowe dla Polski drzewa: jesiony, dęby, lipy i graby. Można w nim też spotkać platana klonolistnego, dęba czerwonego, sosnę wejmutkę oraz buka czerwonego. Na środku parku znajduje się łąka, a za nią niewielki staw.
Ogólnie na zamku bardzo mi się podobało i mam nadzieję, że nie jest to moja pierwsza i ostatnia wizyta w tym miejscu. 

wtorek, 11 sierpnia 2026

2412. W jak wspólnota

Czasami myślę, że zbyt intensywnie. Jak choćby wtedy, gdy dwa dni przed zakończeniem pierwszego obozu w Zawoi za nic nie mogłam wykombinować, w jaki sposób mam dojechać samodzielnie na drugi obóz nad jezioro Wilcze. Ale tak to już jest, kiedy jeden wyjazd kończy się dokładnie w tym samym momencie, co rozpoczyna drugi. Finalnie z Zawoi wracałam dzień wcześniej, ponieważ tak było prościej pod względem logistycznym. Tym sposobem i wilk był syty i owca cała.
Na obu obozach bardzo mi się podobało. Niby organizowane przez wspólnoty o takich samych podstawach, a jednak różne od siebie. Pierwszy z nich organizowany był przez wadowickie "Rafałki". Pisałam Wam o przygotowaniach do niego w poprzednich postach. Dla mnie osobiście był to bardzo intensywny okres 9 dni. Po pierwsze, 7 uczestników jechało bez opiekunów, a skoro jestem w tzw. "normie intelektualnej" to z automatu wskoczyłam do grupy koordynatorów wyjazdu, mimo tego, że byłam i najmłodszym stażem, i najmłodszym wiekiem uczestnikiem wyjazdu.. Innymi słowy pomagałam paniom moderatorkom w opanowaniu grupy oraz obsłudze komputera. Przy okazji zostałam prywatną opiekunką Jaśka - skubaniec nie chciał chodzić z nikim innym za rękę tylko ze mną, to samo ze spędzaniem wolnego czasu... A po drugie, tak jak pisałam wcześniej, miałam do przygotowania przedstawienie grupie wezwania z modlitwy "Ojcze Nasz" - "Bądź wola Twoja, jako w Niebie tak i na ziemi". Była krótka prelekcja, były przykłady trudnych  sytuacji, z którymi każdy z nas musiał się w życiu zmierzyć, była nawet piosenka z rorat 2021 z "Małym Gościem Niedzielnym". I chyba jakoś to poszło. Mam oczywiście kilka punktów, które mogły pójść lepiej, ale ogólnie wyszło nie najgorzej. Oprócz tego niemal codziennie odbywaliśmy spacery po okolicy (tylko żal, że w góry nie poszliśmy), nie było dnia bez kawy / herbaty / słodyczy, co jeszcze bardziej pozwoliło nam się poznać i zintegrować wzajemnie ze sobą. To ważne, jeżeli ktoś jest w danej wspólnocie dopiero od niedawna, w zasadzie dopiero ją poznaje. Wydaje mi się, że przez większość jej członków zostałam zaakcepptowana i przyjęta jako swoja. Myślę, że skótecznie zmniejszył siię dystans między mną, a nimi i już jesteśmy po prostu MY. Były też wycieczki, wyjazd na termy, gry w karty i planszówki, oglądanie filmów w deszczowe wieczory, dwie dyskoteki, ognisko i dużo, dużo rozmów. Aż żal ich było opuszczać dzień wcześniej, no alle nie było innego wyjścia, bo łatwiej mi było zjechać z Zawoi niż jechać samej do Wilczego. Na pożegnanie dostałam jeszcze zakładkę, czym wzruszyli mnie do reszty...
Obóz z jaworznickimi "Dominkami-bis" rozpoczął się 1 sierpnia i trwał 9 dni. Podoebnie jak rok temu także i teraz pojechaliśmy nad jezioro Wilcze pod Zieloną Górę. Tylko ja już byłam nieco pewniejsza;. Wszak przez ostatni rok miałam okazję poznać członków wspólnoty. Tylko, że teraz pojechało nas znacznie więcej, co nawet cieszyło organizatorów.
O ile obóz z "Rafałkami" był dla mnie intensywny, o tyle ten z "Dominkami-bis" był bardziej na luzie. Kończyliśmy roczną tematykę związaną z Aniołami Stróżami, gdzie zostały trzy tematy do zrealizowania - "Anioł Józefa", "Anioł Daniela" oraz "Anioł Zwiastowania". Teoretycznie można było zgłosić się do opracowania jednego tematu, jak na pierwszy raz wolałam poprzestać na "Rafałkach". Może za rok się odważę. W związku z niewielką tematyką mieliśmy masę wolnego czasu, który poświęcalliśmy na gry, zabawy i ogólnie pojętą integrację. Było dużo spacerów, harcy nad jeziorem (ja jednak gdzieś z tyłu głowy miałam świadomość, że rok temu stało się ono miejscem tragedii 15-letniego Dominika), akle śpiewów, ale też modlitwy i refleksji. Bardzo mi się podobał "Niebiański bal" na którym bawiliśmy się w strojach Aniołów.