Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 10 września 2026

2424. „Kościół ma być domem, w którym nikt nie czuje się obco”

Zmęczenie jest czymś, coo dało się we znaki chyba każdemu pielgrzymowi zmierzającemu pieszo na Jasną Górę. Przecież nawet ten, kto przyszedł z okolicznych miejscowości wniósł w tą drogę jakiś wysiłek, chociażby poświęcenia kilku godzin w tym dniu, aby pokłonić się jasnogórskiej Pani. Piesze pielgrzymki nie powinny się mierzyć przebytymi kilometrami, a szczerością serca. Nie każdy da radę przyjść z nad morza. Ale chyba każdy zmierza do celu z jakąś intencją w swoim sercu. A kto wie, może nawet ten, co miał do pokonania dwa-trzy kilometry, włożył w nie więcej wysiłku, niż ten, który szedł trzy tygodnie... 
Zwieńczeniem pielgrzymowania jest uroczysta Msza święta odprawiana na jasnogórskich wałach. Tak się złożyło, że m.in. nasza sosnowiecka pielgrzymka ma ją o godzinie 19:00. Czasami ciężko jest do niej wytrwać. I wielu ludzi po prostu wraca wcześniej do domu. Wiele razy miałam ochotę tak samo postąpić. Jednak dla mnie wtedy brakowałoby zakończenia. Bo wiecie - jak rozpoczęło się pielgrzymkę Mszą świętą, to wypadało by ją tak samo zakończyć. 
Jak już wspominałam trzy wpisy temu - w tym roku biskup Artur Ważny został wyznaczony do powiedzenia nam Słowa Bożego. Toteż z automatu jeszcze bardziej skupiłam uwagę na tym, co mówi, chociaż jeszcze kilka chwil wcześniej autentycznie zamykały mi się oczy.
Biskup wyszedł od pewnego historycznego faktu - otóż dokładnie 70 lat temu, 26 sierpnia 1956 roku, na Wałach Jasnogórskich stało puste krzesło. A raczej spoczywał na nim bukiet biało-czerwonych róż. Ponad milion ludzi patrzyło na nie ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach, ponieważ błogosławiony kardynał Stefan Wyszyński siedział uwięziony w Komańczy. To stamtąd przesłał ludowi Jasnogórskie Śluby, które powstały w samotności bieszczadzkich lasów, wśród modlitwy i cierpienia. Dziś krzesło to nie jest już puste w historycznym wymiarze. I tutaj biskup Ważny zapytał wszystkich, czy w naszym życiu nie stoi dziś jakieś puste krzesło?
Tym krzesłem może być puste miejsce przy niedzielnym stole, ponieważ od miesięcy nie potrafimy porozmawiać z najbliższymi, bo dzieli nas polityka albo inne wybory życiowe, zranione ambicje i rosnący przez lata żal? Może to też być puste krzesło po kimś, kogo bardzo kochaliśmy, a kto po cichu zamknął za sobą drzwi Kościoła, bo poczuł się niewysłuchany, zraniony, zgorszony czy też przytłoczony swwoją słabością? A może to puste krzesło stoi w naszych duszach? Może to być miejsce po dawnej, dziecięcej ufności, po pierwszej miłości do Boga czy człowieka, która niestety po cichu wygasła pod ciężarem zmęczenia, życiowych rozczarowań oraz codziennej walki o przetrwanie?
Nikt z nas nie przyszedł na Jasną Górę, aby udawać silnych czy też idealnych. Ale każdy z nas przyniósł ze sobą pył z polskich dróg, osłabłe stopy, pot, zmęczenie, ale przede wszystkim nasze nadzieje oraz niezagojone rany. I oto stajemy tu jako wspólnota roku 2026, jako naród o wielkim sercu, a zarazem zmęczony wzajemnymi sporami, niespokojny o bezpieczeństwo granic, a także o jutro naszych dzieli, czy też pokój na świecie. Co w tej chwili robi Matka?
Ordynariusz naszej diecezji zapewniał zgromadzonych pielgrzymów, że nie robi nam żadnego rachunku sumienia z przeszłości ani nie patrzy na nas niczym chłodny, surowy sędzia. Patrzy za to na nasze zakurzone buty, zagląda każdemu z nas głęboko w oczy i mówi z bezgraniczną czułością: "Jak dobrze, że przyszedłeś. Dobrze, że przyniosłaś do Mnie wszystkie swoje puste krzesła. Usiądź przy Mnie. Odnówmy dzisiaj nasze Przymierze".
Tego dnia, a właściwie podczas tej Mszy świętej Pierwsze Czytanie było z Księgi Proroka Izajasza. Biskup zacytował w swojej wypowiedzi jeden jego fragment: "Chodźmy, wstąpmy na górę Pańską do świątyni Boga Jakuba. Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami... Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy" (Iz 2, 4,6). Prorok Izajasz powiedział to do ludzi siedzących na ruinach swojego świata i płaczących z bezsilności. I tutaj pojawia się pytanie co tak naprawdę budzi zachwyt Boga w człowieku? Nie są to pancerze wojowników, miecze, włócznie, potężne armie czy też wyniosłe deklaracje mędrców. Są to raczej zmęczone, zakurzone nogi posłańca idącego do drugiego z darem pokoju. Z kolei nogi zwiastuna pokoju są piękne nie dlatego, że charakteryzują się nieskazitelną czystością, ale dlatego, że ubrudziły się idąc ku innemu człowiekowi. Nasze spracowane stopy to tak naprawdę stopy zwiastuna.
Następnie biskup zauważył, że siedemdziesiąt lat temu nasi uczniowie ślubowali wierność Ewangelii. Ale co to oznacza w dzisiejszych czasach? Być wiernym Ewangelii w Polsce w 2026 roku oznacza mieć odwagę zdjąć zbroję żołnierza wojny domowej na rzecz założenia sandałów zwiastuna pokoju. Wszyscy nauczyli się w mistrzowski sposób kopać okopy. W parlamencie, w mediach, w komentarzach internetowych, a nawet we własnych rodzinach przy codziennym oraz świątecznym stole. Tak łatwo nam przyklejać sobie łatki. Co na to mówi nam Chrystus przez Maryję? - Dosyć tego! Bo tak właściwie Polska nie potrzebuje kolejnych prokuratorów oraz sędziów wydających wyroki. Potrzebują za to cichych i cierpliwych budowniczych mostów. Bo wierność Bogu nie polega na tym, jak głośno krzyczymy nan naszych oponentów, wierność Bogu mierzy się tym, czy potrafimy zrobić pierwszy krok, spojrzeć z miłością w oczy komuś, kto myśli inaczej niż my, podać mu dłoń i powiedzieć: "Może się w wielu rzeczach nie zgadzamy, ale jesteś moim bratem. Jesteś moją siostrą. Nie jesteś moim wrogiem". Dlatego warto modlić się za naszą Ojczyznę, po cichu i bez pogardy. A tam, gdzie spotykamy się z hejtem, złośliwością czy niezrozumieniem, powinniśmy odpowiedzieć szczerym błogosławieństwem. Bo ma zaciśniętą pięść uczeń Chrystusa odpowiada otwartą, gotową do uścisku i modlitwy dłonią.
W Drugim Czytaniu mogliśmy usłyszeć następujące słowa: "Gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swego Syna zrodzonego z Niewiasty... abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo" (Ga 4, 4-5). W tych słowach według biskupa święty Paweł dotyka najgłębszej tajemnicy - Bóg nie zbawił ludzkości z bezpiecznego, niebiańskiego dystansu. Bóg przyszedł w bezbronnym, kruchym dziecku. Narodził się w ubogiej stajni, gdzie płakał z zimna i dał się przytulić Matce. Od tamtej pory każde życie ludzkie nosi w sobie świętą pieczęć godności dziecka Bożego. Ordynariusz przypomniał, że w Jasnogórskich Ślubach wołano całym sercem: "Przyrzekamy strzec daru życia!" Jednak to wezwanie dziś musi wybrzmieć na nowo. Z głęboką czułością, bez cienia taniego moralizowania czy agresji. Ochrona życia w 2026 roku nie polega tylko na batalii prawnej, to przede wszystkim odważna, współczująca obecność tam, gdzie życie jest bezradne, zlęknione i samotne. Bo obrona życia powinna być bezwarunkową troską o każde nienarodzone, bezbronnen i kruche dziiecko, ale również natychmiastowe wsparcie dla kobiety, kiedy ta dowiaduje się o trudnej diagnozie albo zostaje zupełnie zama ze swoim strachem. Bisksup podzielił się tym, że wysłuchał świadectw ponad dwustu kobiet poi dramacie aborcji i nikt go nie przekona, że jest to zwyczajny zabieg. Zaznaczył jednocześnie, że tylko Boże Miłosierdzie potrafi oświecić powstałą wtedy ciemność. 
Biskup zauważył, że wiele ludzi przeżywa lęk przed założeniem rodziny i przekazaniem życia. Nie wolno nam ich ranić naszymi ocenami czy też oskarżeniami o egoizm, indywidualizm czy też pragnienie kariery. Bo to najczęściej bolesna niepewność jutra i samotność młodych. Młodzi ludzie mierzą się dziś z brakiem dachu nad głową, niestabilnością pracy, a przede wszystkim z poczuciem, że zostali sami. Kiedyś dziecko wychowywane było przez wielopokoleniową rodzinę oraz sąsiadów, dziś młodzi rodzice często doświadczają paraliżującej izolacji w wielkim mieście,, bez zaplecza i pomocy czując, że cały ciężar wychowania spoczywa tylko na ich barkach. Jest to też wielki lęk egzystencjalny oraz psychiczny. Zwrócił też uwagęę na to, że wielu młodych nosi w sobie nieuleczone rany jeszcze ze swoich własnych domów, lęk przed powtórzeniem lbłędów rodziców, paraliżujący strach przed przyszłością. Nic dziwnego, że w ich głowach pojawia się pytanie czy będą dobrymi rodzicami. Wbrew pozorom Kościół nie może odpowiadać na ten lęk surowym pouczeniem. Raczej powinien stać się dla młodych bezpieczną przystanią, domem pomocy, wspólnotą, od której otrzymają pomoc. Ale ochrona życia to także pochylenie się nad nastolatkiem gubiącym się w labiryncie cyfrowego świata, zmagającego się z depresją, płaczącego w poduszkę i pytającego, czy warto żyć? To wzięcie za rękę seniora w hospicjum czy zapomnianego sąsiada w bloku, aby podarować mu naszą obecność i uważne wysłuchanie. Jak podkreśla biskup Ważny - jeśli w naszych parafiach i rodzinach odbudujemy taką kulturę czułości i troski o każde życie, lęk ustąpi miejsca zaufaniu, a miłość do życia przeniknie nasze serca.
Podczas Mszy świętej, w czytanej Ewangelii, mogliśmy usłyszeć następujące słowa: "A gdy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: >>Nie mają wina<< (J 2, 3). Według słów biskupa, wino w Piśmie Świętym jest czymś więcej, niż napojem - to także symbol działania Ducha Świętego, weselnej radości, serdecznego ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Kiedy brakuje wina wesele gaśnie, a w jego miejsce wkrada się wstyd, zagubienie i chłód. Ten obraz bardzo pasuje do naszych polskich domów. Wystarczy spojrzeć, w ilu małżeństwach po latach wspólnej drogi skończyło się wino pierwszej fascynacji, a zaczęło ciche, obojętne trwanie obok siebie? W ilu rodzinach skończyło się wino wspólnej, radosnej modlitwy, a dzieci odeszły od pacierza, bo może w naszym życiu nie zobaczyły Boga, a jedynie zbiór suchych nakazów? W ilu kapłanach, katechetach i duszpasterzach skończyło się wino ewangelicznnego entuzjazmu, a zostało zmęczenie, zniechęcenie oraz rutyna? Tutaj biskup poradził nam spojrzeć na Maryję. Ona na weselu w Kanie nie mówi nikomu żadnych złośliwości. Nie wyśmiąła gospodarzy, że do tego dopuścili. Maryja po prostu podeszła do Jezusa z dyskretna, pełną matczynego przejęcia prośbą o pomoc. I dzisiaj też przynosi przed Boży tron naszą pustkę prosząc swojego Syna, by polski Kościół był domem, gdzie nikt nie czuje się obco. Biskup z Jasnej Góry chciał z całego serca zwrócić się do wszystkich, którzy z różnych powodów stoją na progu Kościoła, z dystansem na niego patrzą, albo odeszli z bólem. Zwracał się też do tych, którzy trwają w zawartym przed ołtarzem przymierzu, chociaż współmałżonek je połamał. Ale też do tych, którzy noszą skomplikowane historie życiowe i po rozpadzie pierwszych małżeństw zawarli nowe związki, przez co nie mogą w pełni uczestniczyć w sakramentach. Zwrócił się do głęboko zranionych przez ludzi Kościoła - przez obojętność duszpasterzy, ich surowy klerykalizm, brak empatii, hipokryzję, tragiczne zgorszenia i przestępstwa, przez które ich zaufanie zostało utracone i z płaczem odeszli w poczuciu krzywdy. Zwrócił się do młodych i poszukujących, zmagających się z kryzysem wiary, trudnymi pytaniami, ze swoją tożsamością, a w odpowiedzi usłyszeli zbyt łatwe slogany, potępienie lub chłód zamiast cierpliiwej i szukającej prawdy miłości. I zwrócił się też do tych, którzy nie czują się "dość dobrzy", połamani przez własne nałogi, grzechy oraz życiowe upadki, sądzących, że Bóg na nich nie czeka. Powiedział im istotną rzecz: "Wy nie jesteście poza Kościołem! Wy jesteście w samym sercu troski i tęsknoty Boga!". Bo Chrystusowy Kościół to nie ekskluzywny klub dla ludzi bez skazy, nieskazitelnych faryzeuszy, którzy mają wszystko w życiu poukładane. Kościół to szpital polowy, pogotowiie ratunkowe, w którym Bóg-Lekarz delikatnie obmywa i zszywa połamane skrzydła poranionych luzi, aby i oni wkrótce mogli się wznieść ku Niebu. Przeprosił też za każdą sytuację, w której poczuli się odepchnięci.
Innym przesłaniem Ewangelii był fragment: "Rzekł do nich Jezus: >>Napełnijcie stągwie wodą<<. I napełnili je aż po brzegi" (J 2, 7). Na weselu w Kanie Galilejskiej stało sześć stągwi. Czytając opowieść o weselu musimy mieć na uwadze, że Jezus nie stworzył wina z niczego, a ze zwyczajnej wody, symbolu naszej szarej, powszechnej codzienności. Biskup jeszcze raz wrócił do Jasnogórskich Ślubów sprzed 70 lat, kiedy to naród polski przyrzekał walkę z wadami narodowymi, takimi jak pijaństwo, zawiść, czy lenistwo. Dzisiaj te pułapki zmieniły swoje oblicze na ucieczkę w samotność przed ekranami smartfonów, pracoholizm, zawiść karmiona jadem anonimowych komentarzy oraz wieczne polskie narzekanie odbierające nadzieję. Ale biskup chciał w nas tego wieczoru widzieć rzesze dobra. Widział cichą i heroiczną wierność tysięcy polskich małżeństw, które trzymają się mocno za ręce na dobre i na złe. Widział wolontariuszy karmiących bezdomnych oraz młodych szukających prawdziwych wartości, wspólnoty modlitewne oraz ewangeliziacyjne niosące światło w mroku samotności.

2423. Bezsilność jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą nas spotkać

Wbrew mocno sugerującemu tytułowi ten wpis nie będzie o mojej bezsilności, chociaż i mi zdarza się ją odczuć, nie mówię, że nie. Będzie o bezsilności kilku kobiet mieszkających w małej miejscowości o nazwie Wschowa, gdzieś na zachodzie Polski. Bezsilności do tego stopnia, że decydują się na nieodwracalne kroki. Taką tematykę przedstawia książka Piotra Kościelnego zatytułowana "Bezsilna", której recenzję usłyszałam mniej więcej rok temu w jednej z radiowych stacji. Ponieważ pracuję z dziećmi, z których większość jest z tzw. "trudnych rodzin", temat przemocy rodzinnej nie jest mi jakoś szczególnie obcy czy też obojętny. Zresztą nawet miałam na studiach cały przedmiot poświęcony przemocy w rodzinie tak, aby uwrażliwić nas na ten problem. 

Tytuł: "Bezsilna"
Autor: Piotr Kościelny
Wydawnictwo: Czarna Owca
Warszawa 2025
Liczba stron: 472

Na przemoc ze strony najbliższych narażony jest każdy z nas. Kiedy słyszymy słowo "przemoc" najczęściej myślimy o przemocy fizycznej. Przemoc może być jednak i psychiczna, i ekonomiczna, i nawet seksualna. Bardzo dobrze pokazuje to książka Piotra Kościelnego zatytułowana "Bezsilna".
Akcja powieści rozgrywa się w niewielkiej miejscowości o nazwie Wschowa, gdzie wszyscy wszystkich znają. To właśnie na taką prowincję, wiedziony miłością, przenosi się młody i ambitny policjant, komisarz Tomasz Sokołowski. Wkrótce jego uczucie wygasa, za to w mieście dzieje się tragedia - młoda dziewczyna, Paulina, popełnia rozszerzone samobójstwo, uśmiercając tym samym swoją kilkumiesięczną córeczkę, Dorotkę. Jednocześnie policjanci odkrywają, że w jednym z gospodarstw, w ktkórych miieszka miejscowy przestępca, znajduje się zmaltretowana jego matka, dostają także zgłoszenie o dziwnej śmierci w gospodarstwie rolnym oraz dwóch kradzieżach - w domu oraz w kościele, gdzie znikają pieniądze ze skarbony. Policjanci nie wiedzą, że tym, co połączyło wszystkie te przestępstwa jest bezsilność ofiar. Co takiego podziało się w ich życiu? Dowiemy się z lektury książki.
Książkę przeczytałam jednym tchem, bo jest naprawdę dobrze napisana. Jedyny jej minus polega na niedokończonej sprawie Oktawiana, przez co czytelnik do końca nie wie, czy udało się rozwiązać sprawę kradzieży, czy też nie. Właściwie to tytuł ppowinien brzmieć "Bezsilni", bo z tekstu książki wynika, że temu stanowi ulegali także mężczyźni. Historie ukazane na kartach tak naprawdę mogły przydarzyć się każdemu i wszędzie. Toksyczny bądź niedojrzały partner, psycyhopatyczny syn, dzieciaki, które okłamują rodziców. Warto jednak zawczasu reagować na wszelkie akty przemocy wobec siebie i innych. Niech każda z ukazanych historii będzie dla czytelnika przestrogą przed tym, co może się stać, jeżeli tego nie uczynimy.

środa, 9 września 2026

2422. Myślę, że limit pożegnań księży na ten rok został już wyczerpany...

Już miałam nadzieję, że osiągnęłam limit pożegnań księży na bieżący rok. Ksiądz Proboszcz (dobra, jako jedynego pożegnałam go w myślach, ale życzyłam mu dobrze), ksiądz Misjonarz z mojej parafii, potem ksiądz Jędruś z parafii mojego chrzestnego, ksiądz Kris wyjeżdżający do Włoch i ksiądz Jack, dusza - człowiek. Inaczej mówiąc pięć pożegnań, które mniej lub bardziej odbiły się na mojej psychice. Bo nie każdego lubię, ale każdemu należał się szacunek. Myślałam, że w tym roku na tej liczbie poprzestaniemy. Ale biskup zrobił mi jeszcze jednego niezbyt miłego psikusa odwołując z funkcji administratora księdza posługującego w świętym Albercie w Będzinie. 
Trochę to dziwne, bo w naszej diecezji bycie administratorem jest tylko wstępem do obsadzenia kogoś na probostwie. ale widać ksiądz biskup ma swoje powody, że podjął taką a nie inną decyzję. Ksiądz na nowej placówce miał się pojawić 27 sierpnia, a więc 26 sierpień, liturgiczne wspomnienie Matki Bożej Częstochowskiej, był ostatnim dniem jego posługi w dotychczasowym Kościele. Był to też z automatu dzień jego pożegnania z parafią i parafianami. Wiecie, byłam jeszcze nieco zmęczona po pielgrzymce, ale wiedziałam, że raczej tłumów wśród ministrantów nie będzie. A jednak jeden młody się pojawił, więc nie było źle. No wiecie, zawsze mogłam być sama, jak zwykle w tygodniu.
Na koniec Mszy nastąpiło oficjalne pożegnanie księdza przez parafian. Dwa lata bycia administratorem to niby nie dużo, ale wiele zdziałał przez ten okres czasu: wyremontował salki katechetyczne i dolną część kościoła, mówił kazania, chrzcił i udzielał pogrzebów, spowiadał, organizował wycieczki i inne akcje, to za jego kadencji pierwszy raz odbyła się peregrynacja kopii jasnogórskiego obrazu w parafii. I za to wszystko wierni z całego serca szczerze mu podziękowali.
Ja też mu podziękowałam, ale już po Mszy, za ostatni rok, a przede wszystkim za to, że przygotowywał mnie do objęcia posługi ministrantki. A nade wszystko życzyłam wszelkich Łask Bożych na nowej parafii, gdzie obejmie funkcję wikariusza. Zresztą każdemu z wymienionych na początku wpisu księży dziękowałam przede wszystkim za posługę, a w przypadku większości z nich za to, czym zapisali się w moim sercu i pamięci.
To co, myślę, że limit pożegnań księży na ten rok został już wyczerpany...

wtorek, 8 września 2026

2421. Dziesiąty rok wędrowania przed jasnogórski tron

Miesiąc sierpień nieodłącznie związany jest z polską tradycją pielgrzymowania przed tron Jasnogórskiej Pani. Jak wiecie z wpisów z poprzednich lat, również i ja staram się co roku, od 2014, podążać jasnogórskim szlakiem w naszych lokalnych pielgrzymkach. W zeszłym roku udało mi się być nawet na dwóch. W tym roku nie udało mi się powtórzyć tego wyczynu, a mało brakowało, a nie poszłabym wcale. Nie pytajcie o szczegóły. Zrządzeniem losu, a trochę i za sprawą znajomych, których poznałam w ostatnim roku, udało mi się dosłownie w ostatniej chwili zapisać na pielgrzymkę idącą z S-rza. Nie wiec, co sobie pomyślał ksiądz organizujący wymarsz, mam nadzieję, że nic, ale ostatecznie znalazłam się na liście jednocześnie ją zamykając.
Pielgrzymka z S-rza wyrusza dzień później od głównej, która zawsze wychodzi 23 sierpnia z Będzina-Syberki. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, abym w niedzielę z samego rana pojechała na Mszę świętą na jej rozpoczęcie. Jeszcze dzień wcześniej zaplanowałam podjechanie tam autobusem o godzinie 6:00, aby na spokojnie zajść na  zakrystię i zapytać się o możliwość posługiwania przy ołtarzu. W kieszeni miałam świeżo wyrobioną legitymacją ministrancką. Szczerze powiedziawszy to jeszcze tusz z pieczątki nie zdążył wyschnąć. Nawet nie myślałam, że wszystko tak gładko pójdzie i już kilka minut przed godziną siódmą stałam wraz z innymi członkami Służby Liturgicznej Ołtarza i kapłanami, oraz księdzem biskupem, przy wyjściu z zakrystii na kościół. Wkrótce zabrzmiały pierwsze takty pieśni "Z dawna Polski", a my z śpiewem na ustach, w procesji przez kościół, zbliżaliśmy się do ołtarza.
Pierwszy raz brałam udział w takim rozpoczęciu Mszy, dlatego instynktownie podglądałam co robi ministrant przede mną. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że jestem bliżej ołtarza, niż niejeden kapłan-przewodnik, który wylądował w ławce w nawie głównej. Głównym celebransem Eucharystii był biskup Artur Ważny, i to on wygłosił do nas homilię. 
O czym w niej do nas mówił? Nawiązując do słów usłyszanej chwilę wcześniej Ewangelii uwrażliwił nas, że podczas pielgrzymowania powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie: "za kogo ja uważam Jezusa Chrystusa"? Ale to pytanie wyrywa z tłumu rozbijając naszą bezpieczną anonimowość. Bo łatwo jest żyć opiniami innych i powtarzać to, co piszą na forach, mówią w mediach, czy też karmi nas internetowy algorytm. Cezareę Filipową porównał do obrazu naszej współczesności - tak bardzo głośnej, pełnej głośnych nagłówków i rywalizujących ideologii. Ale duchowa i moralna dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy gasną światła opinii publicznej, zaś człowiek staje w prawdzie przed Bogiem. Pojawiło się zachęcenie, aby już na początku zrzucić z siebie ciężar ludzkich opinii. Bo pielgrzymka nie jest plebiscytem popularności. A kiedy będziemy szli przez miasta i wsie, popatrzmy na ludzi stojących przy płotach, wyglądających przez okna wieżowców i patrzących z tramwajowych przystanków. Niektórzy będą patrzyli na nas z ciekawością, inni z obojętnością, a inni z ironią lub chłodem - biskup dał nam radę, aby ich nie oceniać, czy też pouczać z góry, a raczej podejść w naszych sercach z szacunkiem i modlitwą. Bo ewangelizacja nide polega na wygrywaniu sporów, ale na dzieleniu się pokojem, którego świat nie może dać. Biskup przypomniał też, że wiara to nie wynik ludzkiej inteligencji, dyplomów czy też moralnej doskonałości, ale dar Boga pochylającego się nad ludzką słabością. Zauważył, że Piotr nie zrozumiał Jezusa, bo był najmądrzejszy, ale dlatego, że pozwolił Bogu dotknąć swojego serca. Ta prawda to ulga dla każdego z nas - nie trzeba być doskonałym, aby Bóg przez nas działał, czy też iść na Jasną Górę. Bo jeżeli ma się w sobie tęsknotę za dobrem to znak, że Bóg trzyma nas za rękę. Podkreślał tym samym potencjał w naszych parafiach. W grupach modlitewnych, które w nich działają. Bo przecież "przeszliśmy przez niejedną burzę, wiatr wiał nam w oczy, ale nie ugasiliśmy lampy wiary". Tutaj nawiązał do niedawno zakończonej peregrynacji kopii ikony Jasnogórskiej Pani i tego, jak wiele osób odwiedziło wtedy kościoły oraz jak wiele powstało inicjatyw. Ważną częścią homilii było nawiązane do zbliżającego się Synodu diecezjalnego. Nasz pasterz rozumie, że w sercach niektórych z nas pojawiły się lęki, pytania, czy też krytyczne głosy. On to szanuje i uwzględnia. Ale są też głosy przeciwne. Właśnie dlatego jest Synod - aby wyrazić lęki, obawy, ale też nadzieje. Tłumaczył, że Synod nie jest zagrożeniem dla Kościoła, nie jest po to, aby zmieniać Ewangelię, wymyślać nową moralność czy też budować "nowy Kościół", nie jest też zmianą Bożej Prawdy, lecz przemianą naszej uważności. To nauka wspólnego słuchania Ducha Świętego i siebie wzajemnie. Synod to też wspólna droga, taka, na jaką właśnie wyruszaliśmy. Nasz Ordynariusz wyraził pragnienie, aby Kościół diecezjalny stawał się środowiskiem bezpiecznym i przyjaznym, wręcz prawdziwym domem dla tych, którzy noszą w sobie bolesne rany, mają za sobą trudne doświadczenia z ludźmi Kościoła, którzy przez swoje grzechy i słabości pogubili się. Powinniśmy z ogromną miłością patrzeć na tych, których sytuacje życiowe są tak powikłane, że nie mogą w pełni przystępować do sakramentów. Oni nie są poza Kościołem, a w jego wnętrzu. Bo Kościół Chrystusa nie jest zamkniętym klubem dla nieskazitelnych, ale domem z szeroko otwartym gankiem, gdzie przy wspólnym stole zawsze znajdzie się miejsce dla wędrowca. W dalszej części kazania mówił o bramach i o tym, że Kościół nie powinien być obronną twierdzą, ale wyrywać z piekielnych bram każdego, kto się zagubił bądź zagapił. A zatem powinniśmy porzucić mentalność lęku oraz duchowego narzekania. Jako chrześcijanie nie mamy prawa na bycie defetystami. Zaś do naszej misji należy wychodzenie tam, gdzie człowiek został uwięziony przez uzależnienia, poczucie bezsensu, depresję, lęk czy też samotność. Biskup porównał je do "bram piekielnych". Owe bramy to także samotne pokoje w blokach, w których młodzi płaczą w poduszkę, domy opieki, w których starość spędza się w milczeniu, miejsca pracy pełne wyścigu szczurów, chłodne korporacje potrafiące tylko zamrażać serca pełne marzeń, zanurzeni w nienawiści, nie wierzący w miłość czy raniący drugich na oślep, bo sami z ostali zranieni. Nie można tam jednak iść z palcem uniesionym w górę i zaciśniętą pięścią, ale z uśmiechem, gotowością do wysłuchania, ciepłym gestem czy też chlebem podzielonym w drodze. Duszpasterz zastanawiał się też, czym są chrystusowe klucze, o których mówiła Ewangelia. Od razu wyjaśnił, że klucz nie powinien służyć do zamykania komuś przed nosem drzwi, a raczej do otwierania więzień i wpuszczania świeżego powietrza. Kluczem powierzonym nam przez Pana jest Krzyż, będący orędziem o miłości silniejszej niż śmierć i o miłosierdziu podnoszącym z największego upadku. Jak zauważył, żyjemy w świecie pełnym hejtu, arogancji i agresji w komentarzach oraz łatwym ranieniu drugiej osoby. Często Kościół i my sami stajemy się obiektem drwin, niesprawiedliwych ocen, wylewania frustracji i jawnej nienawiści. W naszej odpowiedzi nie powinno być żadnego odwetu, hejtu i arogancji. Bo Ewangelia nie potrzebuje adwokatów, ale świadków z pokojem i światłem w oczach. Na zaciśnięte pięści prawdziwy chrześcijanin odpowiada otwartą i wyciągniętą dłonią. Dlatego powinniśmy się modlić na każdym odcinku drogi za tych, którzy nas ranią i z nas szydzą, odeszli zgorszeni lub zawiedzeni. Potrafmy im z serca przebaczyć - tylko w ten sposób włożymy klucz miłosierdzia w zardzewiałe zamki ludzkiej niechęci i nienawiści. Potrafmy ofiarować nasz wysiłek za tych, co nie mają siły przekroczyć progów kościoła. 
Bardzo mi się podobało to kazanie, było bardzo życiowe, a zarazem poruszało niezwykle dużo aspektów naszego życia. Oczywiście ja je tylko streściłam i sparafrazowałam. Pod koniec Mszy nastąpiło przedstawienie poszczególnych grup pielgrzymkowych i ich przewodników oraz oficjalne pożegnanie poprzedniego dyrektora pielgrzymki i powitanie nowego.
Na zakończenie zaśpiewaliśmy "Jest zakątek na tej ziemi" i w krótkiej procesji wyszliśmy do zakrystii. Tam odmówiliśmy modlitwę i poszliśmy się przebrać. Potem, wychodząc z zakrystii, zahaczyłam jeszcze o biskupa, który tradycyjnie się ze mną przywitał. Zmierzając na przystanek autobusowy przeciskałam się przez pielgrzymów. Z niektórymi się nawet przywitałam. A ponieważ jeszcze miałam trochę czasu do odjazdu autobusu, to z drogi pożegnałam wszystkie grupy.
Moja realna pielgrzymka zaczęła się nazajutrz rano. A właściwie to jeszcze w nocy, bo jak inaczej nazwać godzinę 4 nad ranem?  Jednak w przeciwnym razie nie dojechałabym na czas na miejsce. O 7:00 była Msza, a na 8:00 zaplanowano wymarsz. Przed Mszą jeszcze trzeba było spakować bagaż do samochodu. A autobusy jeżdżą raz na godzinę, półtorej. Na wszystko jednak zdążyłam i już o 6:30 razem z panem Gieniem śpiewaliśmy "Godzinki". Powoli zaczęli też schodzić się inni wierni, aż cały kościół został wypełniony. Mszę rozpoczęła jakaś nieznana mi pieśń, podczas której kilkoro kapłanów z dekanatu wyszło na ołtarz. Tutaj głównym celebransem był ksiądz z pobliskich Wojkowic Kościelnych, który w postaci św. Bartłomieja, którego wspomnienie wypadało tego dnia, upatrywał wzoru do naśladowania dla każdego pielgrzyma ruszającego w drogę. Nawiązał też do hasła tegorocznej pielgrzymki - "Abyśmy wszyscy zostali zbawieni".
Po Mszy wyszliśmy przed kościół, gdzie rozdano nam identyfikatory, a następnie zaczęliśmy formować kolumnę wymarszową. Tuż po godzinie 8:00, ze śpiewem i modlitwą na ustach ruszyliśmy w około 50 kilometrową trasę, z czego jakieś 30 km mieliśmy do pokonania pierwszego dnia. A więc można powiedzieć że zrobiliśmy dłuższy spacer.
Po drodze oczywiście mieliśmy postoje, i to aż trzy. Pierwszy już pięć kilometrów dalej, potem po ok. 7 km., 10 km oraz po ok. 8 km. Postoje trwały kilkadziesiąt minut i były okazją do odpoczynku, posilenia się oraz nawiązania nowych znajomości. A było w czym wybierać, skoro w pielgrzymce szło ok. 170 osób. Na trzecim postoju mieliśmy okazję posilić się cieplutkim żurkiem przygotowanym przez parafian. Zresztą na każdym postoju czekał na nas wrzątek z wodą, którym mogliśmy sobie zalać kawę albo herbatę.
Z kolei w drodze modliliśmy się, śpiewaliśmy oraz wysłuchiwaliśmy konferencji, m.in. o tym, skąd się wzięło powiedzenie "masakra" oraz jak bardzo mogą być poplątane ludzkie losy. Nie mogło zabraknąć Godzinek (drugich w jednym dniu), różańca, czy też Koronki do Bożego Miłosierdzia. A także śmiechów i chichów. Sporą niespodziankę sprawił nam ksiądz biskup, który w pewnym momencie dołączył do naszej grupy i podzielił się z nami swoim osobistym świadectwem pielgrzymowania do różnych miejsc na świecie.
Nocleg mieliśmy w Rudnikach na terenie remizy OSP. Początkowa wersja obejmowała spanie w namiotach, jednak w weekend poprzedzający pielgrzymkę okazało się, że strażacy udostępnią nam swoją remizę. Przynajmniej było cieplej niż spanie w namiotach. Zanim jednak udaliśmy się na spoczynek było ognisko z kiełbaskami w ramach kolacji, były tańce, Apel Jasnogórski i nawet wieczorny seans filmowy na sali weselnej. Ksiądz wybrał dobrze znany mi film "Wszystko będzie dobrze". Myślę, że wszystkim podobał się ten pomysł.
Nazajutrz czekał na nas drugi, ok. 20 kilometrowy odcinek drogi. Tradycyjnie w Nieradzie nastąpiło dołączenie grupy z S-rza do reszty Sosnowieckiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. A właściwie to już w Łyśćcu (chyba tak to się odmienia, forma podstawowa miejscowości to Łysiec) niejako połączyliśmy się z grupą... 8. ak pamiętacie, przez wiele lat to z nią pielgrzymowałam. Jednak aby dojść na czas do Nierady, to musieliśmy wyjść już o godzinie 7:00. Tak więc godzina 5:10 pobudka, przebieranko, pakowanko, śniadanko i z śpiewem na ustach w drogę. Do Łyśćca doszliśmy w miarę szybko i sprawnie, podobnie do Nierady. Dopiero od Nierady do postoju w lesie na śniadanie trasa dłużyła mi się niesamowicie. W końcu jednak zobaczyłam charakterystyczny zagajnik, gdzie stały nasze samochody. Tam mogliśmy odpocząć i posilić się przed ostatnią prostą.
Ten ostatni odcinek trasy liczy około 8 kilometrów drogi i prowadzi przez miasto. Dla niektórych jest on męczący, ja jednak osobiście bardzo go lubię. Wiem, że cel wędrówki jest tuż tuż i wcale mi nie przeszkadza ro, że trzeba co chwilę się zatrzymywać ze względu na ruch uliczny. W poprzedniej grupie np. niektóre osoby wiecznie poganiały innych twierdząc, że nie zdążymy dojść, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że samochody też muszą mieć miejsce do poruszania się po drodze. Tutaj tego nie było, i to było ok. Wędrówkę umilały nam różne pieśni, a kiedy wkroczyliśmy na słynną Aleję Najświętszej Maryi Panny czułam wewnętrzną radość, że kolejny raz udało mi się dojść do celu. I to tym razem bez ani jednej podwózki i ani jednego bąbla.
Przed szczyt podeszliśmy tuż po godzinie 12:00, a więc czas mieliśmy więcej jak dobry. Wśród całej pielgrzymki nasza grupa była druga. Wyprzedziła nas grupa ósma. Ale to nic. Przecież nie ważne kto pierwszy, a kto ostatni dotrze na miejsce, Maryja znajdzie czas na wysłuchanie każdego z nas. Kiedy zbliżaliśmy się do murów, konferansjer przedstawił nas przebywającemu na ołtarzu biskupowi Ważnemu. Ten oficjalnie nas powitał i wtedy mogliśmy się tradycyjnie pokłonić ofiarując w ten sposób swoją drogę i trud.
Po chwili wstaliśmy i udaliśmy się na dziedziniec klasztoru, aby ustawić się w długiej, ale ciągle poruszającej się do przodu kolejce prowadzącej przed Jasnogórski Wizerunek. Stałam wśród innych pielgrzymów, ale gdzieś obok nich. Dyskretnie policzyłam wszystkie te lata, kiedy wyruszałam na pielgrzymi szlak. Nie ilość pielgrzymek, a lat. Wyszło mi ich dziesięć. Powiedzmy, że dekada. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Tymczasem wraz z resztą grupy znalazłam się w cudownej kaplicy. Popatrzyłam na Cudowny Obraz i doznałam jakiejś takiej ulgi. Chociaż nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona, to nie mogłam wstać, tak że musiał mi pomóc klęczący obok Ksiądz z Gitarą. Potem kilka razy pytał mnie, czy wszystko dobrze. W zasadzie nie było źle, tylko nogi na chwilę odmówiły mi posłuszeństwa. Zdarza się nawet zdrowym...
Po nawiedzeniu Kaplicy ruszyliśmy w stronę parkingu, gdzie czekała na nas zupa pomidorowa. Ksiądz niepotrzebnie się wystraszył, bo cały czas mnie jakby asekurował. A potem posadził na pace auta i przyniósł kubek z zupą. Przed nami było kilka godzin do Mszy świętej zaplanowanej na godzinę 19:00. Trochę późno, ale too jedyna możliwa pora na odprawienie jej. Chociaż i tak większość pielgrzymów poszła na wcześniejsze Msze, w tym na tą dla pielgrzymów z Pielgrzymki Tarnowskiej. Jednak kilka osób, w tym ja, zostało przy pojazdach i cierpliwie czekało. Tymczasem z godziny na godzinę pogoda się pogarszała. W końcu o godzinie 17:00 zaczęło padać, toteż udaliśmy się na pakę dostawczaka, który z nami jechał i tam czekaliśmy na rozwój sytuacji. Na szczęście godzinę później pogoda uległa poprawiie i mogliśmy iść w stronę klasztoru. Księża udali się do swojej garderoby, a ja poszłam się zapytać, czy mogę posługiwać do Mszy. Trochę to trwało, przeszłam przez kilku zakonników, ale w końcu uzyskałam zgodę. To było moje podziękowanie Maryi za te 10 lat pielgrzymowania do niej.
Ponieważ trwała nowenna przed uroczystością Matki Bożej Częstochowskiej, Mszę świętą poprzedziło odpowiednie nabożeństwo. W jego trakcie została przyniesiona z jednego z miejscowych kościołów kopia ikony jasnogórskiego obrazu.
Chwilę później rozpoczęła się Msza święta koncelebrowana, na której obecni byli ordynariusze wszystkich trzech diecezji wchodzących w skład metropolii częstochowskiej oraz kapłani idący wraz z grupami w pielgrzymkach. Miała ona wyjątkowo podniosły charakter, wszak to była wigilia uroczystości Matki Bożej Częstochowski. Nie wiem jak było na dole, ale tu u gury wiał łagodny wietrzryk, który łaskotał przyjemnie po twarzy. Jeżeli jeszcze dodamy przepiękną scenerię barw zafundowaną nam przez zachodzące słońce, mamy gotową scenografię do najbardziej poruszającego filmu na świecie - filmu o naszym życiu, marzeniach, pragnieniach i oczekiwaniach.
I tym razem homilia została wygłoszona przez mojego Artura. Nie, myślę, że on akurat się nie obrazi, że tak go nazwałam. Ma dystans do siebie. I niezwykłą pogodę ducha połączoną z charyzmą. Tak z automatu z zaciekawieniem czekałam na  to, czym tym razem oczaruje przybyłych pielgrzymów. Tym razem motywem przewodnim jego kazania były puste krzesła, problemy współczesnego świata, bolączki kapłanów. Temu kazaniu poświęcę osobny wpis, żeby nie robić tasiemca, ale chyba jednym z najważniejszych jego przesłań było to, ,że "kościół ma być domem, w którym nikt nie czuje się obco". Ja przez lata czułam się obco, ale nikogo to nie obchodziło. A teraz wiem, że jest ktoś, kto rozumie ten problem lepiej niż mi się wydaje. 
Myślę, że z powodu zmęczenia Msza dłużyła mi się strasznie. Ale z drugiej strony, faktycznie trwała ona prawie dwie godziny. Myślę, że wiele z jej części śmiało można by pominąć. Ale oczywiście nie ode mnie to zależy. Kiedy w końcu wybrzmiały jej ostatnie takty było już prawie ciemno. Po jej zakończeniu zbiegłam do zakrystii, gdzie zdjęłam z siebie moją albę. Jeszcze szybko omiotłam wzrokiem pomieszczenie, czy gdzieś nie ma Księdza z Gitarą, ale go nie dojrzałam. Ruszyłam do wyjścia z bazyliki, po drodze wymieniając uścisk dłoni z biskupem (hm..., a podobno to on jest Ważny), i szyzbkim krokiem zaczęłam zmierzać w stronę stacji kolejowej, żeby złapać pociąg jadący w stronę Gliwic. 
Byłam już prawie u kolumny na ścieżce prowadzącej bezpośrednio na szczyt, kiedy zadzwonił mi telefon. Trochę mnie to zdziwiło, zwłaszcza kiedy zobaczyłam, że dzwoni koordynatorka "Dominków - bis". Co prawda szłyśmy w jednej grupie, nawet rozmawiałyśmy, ale... Odebrałam i okazało się, że wracają do domu i mają wolne miejsce w samochodzie. No żal nie skorzystać. Pomijając to, że trochę żeśmy siebie wzajemnie naszukały, a potem pan Kubusia musiał mnie przerzucać na murek, żeby było szybciej, to wszystko poszło nawet sprawnie. A ja zaoszczędziłam i czas, i, nie ukrywajmy, finanse powracając do domu.
Ogólnie z pielgrzymki przywiozłam dobre wspomnienia i bardziej mi się podobało niż nie podobało. Tak naprawdę to jedynym minusem jest jedna rzecz, jaka mi się w drodze, czy też po drodze zrobiła, i jak napisiałam - nie jest to bąbel. Ale spoko, przeżyję. Najwyżej pójdę do lekarza i mam nadzieję, że będzie dobrze.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                

poniedziałek, 7 września 2026

2420. Dni, gdy nabrałam pewności siebie

Przez dużą część mojego dotychczasowego życia byłam raczej szarą myszką. Na 100% wynikało to z mojej niepełnosprawności i wewnętrznego oraz zewnętrznego przekonania, że nigdy nie będę w różnych rzeczach tak dobra, jak zdrowi ludzie. Jakimś nagłym przypływem odwagi w wieku nastu lat wstąpiłam do parafialnej scholi. Byłam w niej dosyć długo, ale prawdę powiedziawszy to czułam się w niej trochę jak intruz. Przynajmniej na poczzątku. Kiedy inni bez problemu dostawali czytania w czasie akademii parafialnych i nabożeństw, ja na wszystko musiałam czekać albo walczyć. Z czasem trochę to zelżało, ale powróciło ze zdwojoną siłą wraz z poprzednim proboszczem. Pomocy przy organizacji nasszego parafialnego Festiwalu Maryjnego to ja się nigdy nie doczekałam...
Taką osobą, której nie przeszkadzało kompletnie to, że jestem niepełnosprawna i mam pewne ograniczenia był opiekun naszego Oratorium w latach 2010-2012, ksiądz Wojtek. Angażował mnie praktycznie w każdą aktywność społeczności na tyle, na ile pozwalała mi moje sprawność. Oratorium oprawia niedzielną Mszę świętą - dajcie Lolkowi mikrofon, niech śpiewa z resztą, choćby na przyciszeniu. Tak samo podczas akademii. A na akademiach i nabożeństwach niech coś mówi. Albo siedzi przy komputerze i przerzuca slajdy. Oratorium organizowało półkolonie albo sobotnie zajęcia dla dzieciaków? Niech Lolek przychodzi i pomaga, zawsze coś się dla niego znajdzie. Podobało mi się takie podejście, bo bazowało na moich zasobach i umiejętnościach, a nie ograniczeniach. Z perspektywy lat podejrzewam, że w dużej mierze było to spowodowane tym, że przez jakiś czas posługiwał w Specjalnym Ośrodku Szkolno - Wychowawczym z takimi osobami jak ja.
Te dwa lata dużo mi dały. Potem różnie bywało ze stosunkiem innych do mnie, ale raczej byłam tolerowana. W zimie 2014 roku pierwszy raz byłam wychowawcą na półkoloniach, oczywiście miałam ukończone odpowiednie kursy. Potem przyszedł nowy opiekun oratorium, który znowu nie wierzył w moje umiejętności, ale pozwolił mi być animatorem podczas wypoczynku. Dobre i to.
W międzyczasie były Światowe Dni Młodzieży w Rio de Janeiro i ogłoszenie, że kolejne spotkanie odbędzie się w 2016 roku w Polsce, w Krakowie. Ucieszyłam się, bo była realna szansa, że uda mi się wziąć w nim udział na żywo. Wkrótce rozpoczęłam studia na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie na kierunku Turystyka Religijna. Im bliżej było wydarzenia, tym głośniej i więcej się o nim mówiło. Wiedziałam, że kilka osób z roku aplikuje na wolontariuszy podczas Wydarzeń Centralnym. Jeszcze w 2015 roku zgłosiłam w parafii chęć bycia wolontariuszem parafialnym, ale przecież jedno nie wykluczało drugiego. Nieśmiało poszłam do ówczesnego proboszcza, aby podbił mi tzw. "list polecający", a potem wysłałam zgłoszenie, właściwie nie spodziewając się niczego wielkiego. Tym bardziej, że tak długo czekałam na odpowiedź, że straciłam resztki tlącej się gdzieś wewnątrz mnie nadziei. Jakież więc było zdziwienie, ale i radość, że pod koniec maja dostałam telefon, że mnie zakwalifikowali i zapraszają na rozmowę, na której ustalimy szczegóły.
Chyba aż do drugiej połowy lipca nie wierzyłam, że to wszystko dzieje się naprawdę. Potem przyszedł pierwszy tydzień, kiedy gościliśmy przybyłych gości w naszych domach i parafiach. Codziennie coś się działo, a ja jeszcze łączyłam to z zabiegami rehabilitacyjnymi, które mi wtedy wypadły. W niedzielne przedpołudnie, po Mszy świętej z udziałem gości z Włoch byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Wszystko udało się nawet lepiej, niż się spodziewałam.
A przecież dla mnie cała posługa się nie kończyła, ale zaczynała. Przede mną był przecież jeszcze tydzień w Krakowie i jeszcze większa posługa i odpowiedzialność, niż dotychczas. Przez wszystkie dni dyżurów dawałam z siebie 100%. Ktoś przecież mi zaufał, nie mogłam go zawieść. Wiem, że nie we wszystkim byłam idealna, że wiele rzeczy mogło mi wyjść lepiej. Ale też chyba nie było tak najgorzej. Do dzisiaj pamiętam, jak w niedzielne przedpołudnie stałam na Campusie Misericordia i cieszyłam się, że raczej wszystko się udało. 
A nawet pociągło o następny rok. Ksiądz Jack, będący parafialnym koordynatorem, zobabczył jak wiele mogę. Byłam wychowawcą i na zimowych, i na letnich półkoloniach, kiedy nie mógł być na sobotnich zajęciach, to go zastępowałam, pierwszy (i ostatni) raz w życiu uczestniczyłam w Oratoriadach i MGSie, pisałam scenariusze, brałam udział w wyjazdach i nabożeństwach oratoryjnych. Nie bałam się tak bardzo, jak wcześniej. A z proboszczem dogadywaliśmy się bez słów. Owszem, ich następcy podcięli mi skrzydła, ale nie ucieli ich do końca. Wiedziałam, że ich nie zmienię, więc nawet z nimi nie "walczyłam". Wolałam iść swoją drogą, tam, gdzie mnie chcieli i nikt nie miał ze mną "kłopotów". To raczej ja miałam z dotarciem, ale chyba wyszło mi to na plus. A szkoda mi było burzyć z trudem zbudowaną pewność siebie.
Nie wiem co mi przyniesie przyszłość i jakie wyzwania będą przede mną czekać. Ale wiem jedno - kiedy przez myśl mi przejdzie, że nie dam rady, przypomnę sobie jak zwykle tych kilka cudownych dni sprzed dekady. I jak zwykle pomyślę sobie, że nie przekonam się o tym, jeżeli nie spróbuję.