Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

wtorek, 31 grudnia 2024

2093. Dwunastomiesięczna podróż przez upływający rok i czego Wam (i sobie) życzę na rok 2025

Podoba mi się jak odnowiliśmy 
tą kapliczkę
Już za kilkanaście godzin zegar odmierzy koniec aktualnego roku i wejdziemy w kolejny, 2025. Nie wiem czy tylko dla mnie, ale ostatnimi czasy czas jakby przyspieszył i za nic nie chce zwolnić. "Dzisiaj to już wczoraj, jutro się zamienia w dziś" - te słowa jednej ze zwrotek piosenki "Rok 966" dobitnie oddają moją aktualną rzeczywistość. Nie ukrywam, że aktualny rok zleciał mi sama nie wiem kiedy. Przecież dopiero co był styczeń, luty, marzec, w czerwcu się broniłam, a parę dni potem szalałam na pierwszym z trzech wesel, na których byłam w tym roku. Przecież dopiero co kończyliśmy z panem Kazikiem malować przykościelną kapliczkę, a ja z zapartym tchem kibicowałam sportowcom podczas letnich igrzysk olimpijskich. Dopiero co wróciłam do treningów lekkoatletycznych i sama startowałam w biegu "Biegać jest Bosko", dopiero co byłam na Polach Lednickich, w Staniątkach, Krakowie, Pszczynie, Wadowicach, Wał - Rudzie, Warszawie... Dopiero co wspinałam się na Rysiankę, Kotarz, Magurkę, w maju cieszyłam się ze stulecia istnienia Towarzystwa Ciemnych Typów, a w październiku z kolejnego już rozpoczęcia roku akademickiego. Takich "dopiero co" jest masa, a większość z nich opisałam na łamach bloga (chociaż jak możecie się domyśleć, nie wszystkie, bo też chcę mieć takie sprawy tylko dla siebie). Wszystkiego nie da się też opisać na blogu, bo po prostu nie ma na to czasu. Staram się jednak pielęgnować te wszystkie obrazy z tego roku w moim sercu, jako najpiękniejsze momenty i najlepsze nauki dotyczące dalszego życia.
Podobnie jak w zeszłym roku, także i w tym chciałam się z Wami podzielić najważniejszymi momentami z każdego z 12 miesięcy mijającego roku. Wybór był niełatwy, bo czytelnicy mojego bloga chyba już wiedzą, że moje życie jest raczej aktywne i sporo się w nim dzieje. Ale przemyślany i myślę, że przedstawia wszystkie ważne i piękne chwile, jakie miały w nim miejsce.
Styczeń rozpoczął się dla mnie mega infekcją, która ciągnęła się przez cały miesiąc i powaliła mnie ostatecznie do łóżka w okolicach sesji zimowej, którą zmuszona byłam przesunąć
W lutym załapałam się na wolontariat podczas kolejnej edycji biegów Hercklekotów
Studencka Ekstremalna Droga Krzyżowa była na pewno niemałym duchowym przeżyciem marca
Mazurek przygotowany na kwietniowe śniadanie wielkanocne w Duszpasterstwie Akademickim okazał się strzałem w dziesiątkę. Nikt mi nie chciał uwierzyć, że to mój debiut kulinarny
Majowe stulecie istnienia Towarzystwa Ciemnych Typów świętowaliśmy razem z nowym biskupem sosnowieckim, Arturem Ważnym
Kolejna, czerwcowa edycja Górskiego Biegu Frassatiego dała okazję do spotkania np. z Bacą
Podczas lipcowego Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku - Zdroju nikt z nas się nie spodziewał, że za zaledwie dwa miesiące miasto zostanie zalane przez powódź
W sierpniu tradycyjnie już wędrowaliśmy wraz z Sosnowiecką Pieszą Pielgrzymką na Jasną Górę. Tutaj z najstarszym uczestnikiem w naszej grupie - panem Rajmundem.
We wrześniu spełniłam jedno z moich marzeń, jeszcze z czasów dzieciństwa (sprzed ok 24 lat), czyli spotkanie z jednym z moich sportowych autorytetów - Robertem Korzeniowskim. Tym samym zrobiłam sobie piękny prezent urodzinowy.
W październiku podczas "Strefy Młodych" w Sosnowcu promowaliśmy Światowe Dni Młodzieży w Seulu w 2027 roku
Szczerze powiedziawszy, to nie sądziłam, że uda mi się być na nabożeństwie Drogi Krzyżowej w Wał-Rudzie śladem błogosławionej Karoliny Kózki w 110 rocznicę jej męczeńskiej śmierci. Ale zmobilizowałam się, na szybko poukładałam sprawy z tego dnia, wsiadłam do pociągu (który miał z powodu awarii opóźnienie), potem łapałam okazję, bo przez to odjechał mi bus, potem jeszcze kawałek musiałam przejść, ale dotarłam na czas. Można powiedzieć, że sama sobie zrobiłam nietypowy prezent, tym razem imieninowy. Ale warto było, mimo zmęczenia i późnego powrotu do domu
Grudniowy spacer z przyjaciółmi z Wydziału Teologicznego warszawską starówką przy okazji udziału w ingresie abp Adriana Galbasa do katedry warszawskiej na pewno na długo zapadnie mi w pamięci
Trudno było wybrać po jednym najważniejszym momencie z każdego miesiąca, bo było ich naprawdę dużo. Ale myślę, że bardzo dobrze odzwierciedlają piękne momenty w mojej ludzkiej egzystencji. Tak naprawdę każde wydarzenie, każde spotkanie, każda rozmowa, każda przeczytana książka (było ich tylko 92), każdy obejrzany film, każda interakcja w internetowej przestrzeni w jakiś sposób wpłynęło na moje postrzeganie świata. Może moje życie jako osoby z niepełnosprawnością jest zwykłe, wiem, że dla niektórych może się wydawać dziwne i niewarte uwagi, ale myślę, że nie jest ono takie najgorsze. Cieszę się, że jest ono czymś więcej, niż egzystencją. Staram się, aby nie było ono tylko dla mnie, ale też dla innych. Raz mi się to udaje lepiej, raz gorzej, ale chyba zawsze jakoś idę do przodu. Mam nadzieję, że ten rok też będzie pełen pięknych chwil, czego sobie i Wam życzę.
A zanim jeszcze wrócę do moich notatek na studia, gdzie bioetyka przeplata się z przemocą domową, a logika, metafizyka i historia filozofii z pedagogiką kultury, pedagogiką pracy oraz wspomaganiem rozwoju psychoruchowego (czy zdążę do tego dopisać kilka zdań do mojej pracy dyplomowej, a najlepiej obydwóch? Pobożne marzenie), chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia.

Każdemu z Was moi drodzy czytelnicy życzę, aby ten rok 2025 był dla Was łaskawy i pełen pięknych, niezapomnianych chwil. Aby nie brakowało w nim wzajemnej miłości, szacunku względem drugiego człowieka i zrozumienia. Aby Wasze marzenia były marzeniami na miarę dziecka, bo tylko takie mają szansę nie tylko się spełnić, ale i autentycznie nas cieszyć. Żebyśmy potrafili budować między sobą tylko łączące nas mosty, a nie dzielące mury. Mnóżmy przez ten czas dobro wokoło, tak aby ono z czasem do nas wróciło w jeszcze większym wymiarze. Kolekcjonujmy z niego tylko dobre wspomnienia, złe wyrzućmy z naszej głowy. Niech to będzie dobry rok, pomimo zła, jakie czai się dookoła. Umiejmy wybaczać innym, ale też prosić ich o wybaczenie. Nie traćmy nadziei na lepszy czas, bo i on musi kiedyś nadejść. Ale zarazem niech nasza nadzieja nie będzie czymś naiwnym, a tym, co będzie nas budować w trudnych chwilach. Potrafmy też odpuścić, bo przecież nikt z nas nie jest i nigdy nie będzie doskonały. Tego życzę Wam, ale też i sobie. Szczęśliwego Nowego Roku!
A taką szopkę zrobiliśmy w tym roku, nawiązuje do hasła tegorocznych rorat z "Małym Gościem Niedzielnym" - "Droga sercem malowana"
Wiem, że niezbyt idealne jest to zdjęcie, ale podobało mi się to czerwone niebo, kiedy zmierzałam na ostatnią w tym roku Mszę świętą
Żeby nie zabrakło w tym roku spotkań z ciekawymi i wartościowymi ludźmi
I żeby każdy z nas potrafił być takim "Stróżem poranka" nie tylko spieszą ok 30 km na akademickie roraty na 6:00 rano (do dzisiaj nie wiem, jakim cudem udało mi się być na wszystkich), ale na co dzień
Trochę słodyczy nigdy nie zaszkodzi - tymi pierniczkami częstowałam budowniczych powyższej szopki

poniedziałek, 30 grudnia 2024

2092. "Jubileusz trzy, dwa, jeden, zero - start!"

Tradycja lat jubileuszowych sięga czasów Starotestamentarnych, kiedy co 50 lat obchodzony był specjalny rok łaski. To wtedy wyrównywały się wszelkie społeczne nierówności, były darowane ludziom wszelkie winy i długi. Symbolizowało to nadanie człowiekowi ziemi przez Boga wyłącznie w lenno. Rok jubileuszowy obchodzony był po siedmiu latach szabatowych obchodzonych co siedem lat, a jego rozpoczęcie ogłaszane było poprzez dęciem w barani róg przez kapłana.
Myli się jednak ten, kto twierdzi, że lata jubileuszowe były przez cały okres nowej ery. Pierwszy rok jubileuszowy został ogłoszony przez papieża Bonifacego VIII w 1300 roku, a więc zaledwie 725 lat temu. Początkowo miał on być obchodzony w stuletnich odstępach czasowych (kolejny miałby wypaść dopiero w 1400 roku). Ale decyzją papieża Klemensa VI okres ten został skrócony do 50 lat, za sprawą Urbana VI do 33 lat (nawiązanie do lat życia Chrystusa), aż w końcu papież Paweł II ustalił, że Rok Jubileuszowy będzie następować co 25 lat. I tak się dzieje od XV wieku, jeżeli zewnętrzne okoliczności na to pozwalają.
Dotychczas mieliśmy następujące lata jubileuszowe:
  1. Rok Święty 1300 ogłoszony bullą 22 lutego przez papieża Bonifacego VIII.
  2. Rok Święty 1350 ogłoszony bullą Unigenitus Dei Filii przez Klemensa VI.
  3. Rok Święty 1390 ogłoszony bullą w kwietniu 1389 przez Urbana VI, obchodzony już w czasie pontyfikatu Bonifacego IX.
  4. Rok Święty 1400 ogłoszony przez papieża Bonifacego IX.
  5. Rok Święty 1423 ogłoszony przez papieża Marcina V; pierwszy raz otwarto Drzwi Święte w bazylice św. Jana na Lateranie.
  6. Rok Święty 1450 ogłoszony bullą Immensa et innumerabilia przez Mikołaja V.
  7. Rok Święty 1475 ogłoszony bullą Qeem ad modum operosi w 1473 przez Sykstusa IV.
  8. Rok Święty 1500 ogłoszony przez Aleksandra VI.
  9. Rok Święty 1525 ogłoszony bullą 18 grudnia 1524 przez Klemensa VII.
  10. Rok Święty 1550 ogłoszony w maju 1549 przez Pawła III, obchodzony już w czasie pontyfikatu Juliusza III od lutego 1550.
  11. Rok Święty 1575 ogłoszony dwukrotnie przez Grzegorza XII - 20 maja i 19 grudnia 1574.
  12. Rok Święty 1600 obchodzony podczas pontyfikatu Klemensa VIII od 31 grudnia 1599 do 13 stycznia 1601 (opóźnienia otwarcia i zamknięcia spowodowane było chorobą papieża).
  13. Rok Święty 1625 ogłoszony bullą Omnes gentes, plaudite unanibus przez Urbana VIII.
  14. Rok Święty 1650 obchodzony podczas pontyfikatu Innocentego X.
  15. Rok Święty 1675 obchodzony podczas pontyfikatu Klemensa X.
  16. Rok Święty 1700 obchodzony podczas pontyfikatu Innocentego XII i Klemensa XI.
  17. Rok Święty 1725 ogłoszony bullą Innocentego XIII w dniu 29 czerwca 1724 już po jego śmierci, obchodzony za pontyfikatu Benedykta XIII.
  18. Rok Święty 1750 ogłoszony bullą Peregrinantes w marcu 1749 przez Benedykta XIV.
  19. Rok Święty 1775 ogłoszony bullą Salutis Nostrae przez Klemensa XIV obchodzony podczas pontyfikatu Piusa VI od 26 lutego do 25 grudnia 1775 (Klemens XIV zmarł we wrześniu 1774, a Pius VI został wybrany na papieża 15 lutego, dlatego to opóźnienie).
  20. Rok Święty 1825 ogłoszony bullą Quod hoc ineunte saeculo 27 maja 1824 przez Leona XII.
  21. Rok Święty 1875 ogłoszony 24 grudnia 1984 roku bullą Gravibus ecclesiae et huius saeculi calamitatibus przez Piusa IX, obchodzony bez uroczystego otwarcia bram.
  22. Rok Święty 1900 ogłoszony bullą Properante ad exitum przez Leona XIII.
  23. Rok Święty 1925 ogłoszony w maju 1924 bullą Infiniti Dea misericordia przez Piusa XI.
  24. Rok Święty 1933 - Jubileusz Odkupienia ogłoszony światy 24 grudnia 1932 (po raz pierwszy przez radio), obchodzony od 2 kwietnia 1933 do 2 kwietnia 1934 podczas pontyfikatu Piusa XI.
  25. Rok Święty 1950 obchodzony w czasie pontyfikatu Piusa XII jako Rok Pokoju.
  26. Rok Święty 1975 ogłoszony 23 maja 1974 przez papieża Pawła VI.
  27. Rok Święty 1983 ogłoszony przez Jana Pawła II 6 stycznia 1983, obchodzony z okazji Jubileuszu Odkupienia w dniach 25 marca 1983 - 22 kwietnia 1984.
  28. Rok Święty 2000 ogłoszony 29 listopada 1998 przez Jana Pawła II jako Wielki Jubileusz dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa.
Rok Święty ogłaszano również z powodu specjalnych okazji poza wyznaczonymi okresami. Papież Pius XI ogłosił rok 1933 Świętym dla przypomnienia 1900. rocznicy zbawczej śmierci Chrystusa. Jubileusz zapowiedziano 24 grudnia 1932 roku i trwał on od 2 kwietnia 1933 do 2 kwietnia 1934 roku. W 1983 roku z inicjatywy Jana Pawła II obchodzono Jubileusz z okazji 1950. rocznicy tego wydarzenia. Rok 2008 z inicjatywy Benedykta XVI obchodzony był Rok Św. Pawła w drugie milenium od jego narodzin. Z kolei 11 kwietnia 2015 roku papież Franciszek bullą Misericordiae vultus ogłosił Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, który trwał od 8 grudnia 2015 do 20 listopada 2016. Oprócz tego dwukrotnie ogłoszono jubileusz specjalnie dla Polski: w dniu 10 października 1609 roku przez Pawła V jako wezwanie do modlitw za Polskę oraz w dniu 11 sierpnia 1683 ogłoszony przez Innocentego XI w dniu 11 sierpnia 1683 wzywający o pomoc w walce z wojskami tureckimi.
Nazwa Rok Jubileuszowy (Święty) zazwyczaj pisana jest wielką literą, chociaż nie jest to nazwa własna. 
Współcześnie otwarcie Roku Świętego następuje 24 grudnia, a w przypadku jubileuszy nadzwyczajnych i specjalnych - w terminie wyznaczonym przez papieża. Od 1423 roku oficjalnemu rozpoczęciu obchodów towarzyszy obrzęd otwarcia Świętej Bramy w przedsionku jubileuszowych kościołów w Rzymie (głównie bazyliki św. Piotra). Brama ta została postawiona na polecenie papieża Piusa XII i po raz pierwszy otwarta 24 grudnia 1949 r., rozpoczynając tym samym Rok Jubileuszowy 1950. Otwarcie bramy poprzedza symboliczne, trzykrotne uderzenie młotka. W okresie pomiędzy jubileuszami, od wnętrza bazyliki bramę zasłania mur, budowany po zakończeniu poprzedniego, a burzony przed otwarciem następnego takiego roku.
Szczególną oznaką lat jubileuszowy jest możliwość uzyskania odpustu. Odpust można było uzyskać w Rzymie, odwiedzając jedną z czterech bazylik w Wiecznym Mieście (bazylika św. Piotra, św. Pawła za Murami, św. Jana na Lateranie oraz Matki Bożej Śnieżnej). Podobnymi przywilejami nadawanymi przez papieży cieszyły się niektóre miasta włoskie. Papież Bonifacy IX zezwolił również na odpust w niektórych kościołach w Krakowie od 1 czerwca do 30 września 1392 roku. Podczas jubileuszu w 1450 r. papież Mikołaj V na prośbę biskupa krakowskiego, Zbigniewa Oleśnickiego zgodził się, aby ci, którzy nawiedzą kościoły katedralne w Gnieźnie, Krakowie, Lwowie lub Wilnie mogli uzyskać jubileuszowy odpust. W związku z tym papież wysłał do Polski legata, słynnego kaznodzieję Jana Kapistrana i upoważnił go do udzielania odpustów wszystkim, którzy będą słuchać jego kazań. Jan Kapistran codziennie głosił kazania na które przychodziło 20 - 30 tysięcy ludzi. W latach jubileuszowych 1983 i 2000 odpust można było uzyskać też w kościołach katedralnych i diecezjalnych, wyznaczonych w miejscach pielgrzymek na całym świecie.
Nie będę ukrywać, że niewiele pamiętam z obchodów poprzedniego Roku Jubileuszowego 2000. Nawet jeżeli oglądaliśmy w domu relację z otwarcia przez Jana Pawła II Drzwi Świętych podczas pasterki w Watykanie, to ja już żyłam rzekomym końcem świata, który miał nastać kilka dni później. Jak widać - nie nastąpił. W zasadzie jedyne co utkwiło mi w pamięci z tamtego jubileuszu, to piosenka nagrana z tej okazji przez wchodzącą na polski rynek muzyczny "Arkę Noego".
Teraz jestem ciut bardziej świadoma tego, co się dzieje w moim życiu i otoczeniu. A pierwszy raz dotarło do mnie to, że zbliża się znowu Jubileuszowy Rok wtedy, gdy na końcu Mszy Posłania kończącej Światowe Dni Młodzieży w Lizbonie, papież Franciszek zaprosił wszystkich na obchody Jubileuszu Młodych do Rzymu w 2025 roku. W pierwszej chwili mnie to zaskoczyło, ale z czasem zobaczyłam logikę takiego postępowania. Zresztą Jubileusz Młodych to tylko jedno z jubileuszowych spotkań zaplanowanych na ten okres, bo praktycznie przez cały rok coś będzie się działo.
Rok Jubileuszowy 2025 tradycyjnie rozpoczął Ojciec Święty od otworzenia Drzwi Świętych w Watykanie w czasie pasterki. Nie mogłam sobie pozwolić na bycia na miejscu, żyjemy jednak w czasach, kiedy tego typu wydarzenia transmitowane są za pośrednictwem mediów. Dzięki temu mogłam niemal na żywo śledzić to, co się dzieje w Wiecznym Mieście. 
Otwarcie Drzwi Świętych przez papieża Franciszka było niezwykłą chwilą, nawet jeżeli nie było się świadkiem tego na żywo. Ile ludzi przejdzie przez nie w ciągu całego roku? To chyba wie tylko sam Bóg. A może nawet i On tego nie wie? Wzruszyłam się, kiedy w ślad za schorowanym, poruszającym się na zwykłym wózku inwalidzkim papieżem przez Drzwi przeszli przedstawiciele różnych kontynentów. Ponieważ hasło tego Roku Świętego brzmi "Pielgrzymi nadziei", dużo o owej nadziei było w homilii wygłoszonej przez papieża w ramach Pasterki - >>KLIK<<.
Decyzją papieża 29 grudnia Rok Jubileuszowy został zainagurowany we wszystkich diecezjach na całym świecie. Nie inaczej było w mojej diecezji. Uroczystości rozpoczęły się o godzinie 10:30 w diecezjalnym Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Sosnowcu. Od pewnego czasu ta świątynia jest mi dość dobrze znana, ponieważ działa przy niej drugie Duszpasterstwo Akademickie, na którego środowe spotkania staram się uczęszczać co drugi tydzień. Uwagę przykuwał dość sporych rozmiarów krzyż, umieszczony na wózku przed świątynią. Jak się potem okazało - spadł on z dachu katedry podczas pożaru, który miał miejsce dekadę temu. Odrestaurowany jest jednym z symboli Jubileuszu Roku 2025 w diecezji sosnowieckiej.
Uroczystościom przewodniczył biskup sosnowiecki Artur Ważny. Pierwsza część uroczystości nie trwała długo - biskup odczytał fragmenty modlitwy, na które wierni odpowiadali według tekstu, który znajdował się w otrzymanych przy wejściu broszurkach. Na koniec diakon odczytał fragmenty bulli papieża Franciszka, tłumaczący czym jest Rok Jubileuszowy i co się z nim wiąże.
Następnie w uroczystej procesji przeszliśmy do znajdującej się kilkaset metrów dalej katedry diecezjalnej, gdzie trwały dalsze uroczystości.
Po wejściu księży w uroczystej procesji i zajęciu przez nich odpowiednich miejsc, wszyscy mieliśmy okazję do wysłuchania ciekawego wykład dr Bartłomieja Wołyńca z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie dotyczący historii Lat Jubileuszowych.
Zwieńczeniem obchodów rozpoczynających Rok Jubileuszowy w mojej diecezji była uroczysta Msza Święta pod przewodnictwem biskupa Artura Ważnego. Podczas niej powiedział bardzo mądre kazanie, w którym wyjaśniał czym jest Rok Jubileuszowy w odniesieniu do ewangelii opowiadającej o odnalezieniu Jezusa w Świątyni Jerozolimskiej, której wysłuchaliśmy podczas Mszy Świętej.
A w procesji z darami poszli autorzy najdłuższego papierowego łańcucha w Parafii Księdza Niosącego Światła.
Cała uroczystość trwała 3 godziny, a więc niezbyt długo. Szczerze powiedziawszy, to myślałam, że będzie dłuższe. Czy mam jakiś plan związany z tym wyjątkowym czasem? Raczej nie. Chociaż chciałabym odwiedzić wszystkie kościoły jubileuszowe w mojej diecezji. Czy mi się to uda? Zobaczymy.

    sobota, 28 grudnia 2024

    2091. Do trzech książek sztuka

    Na ubieranie tegorocznej szopki poszłam lekko przeziębiona. Jak to skomentował Ksiądz Niosący Światło: "Tak to jest, kiedy przez trzy tygodnie staje się o czwartej nad ranem i pędzi do Katowic na poranne roraty" (och, gdyby on tylko wiedział, że przez cały krakowski okres moich studiów taki stan rzeczy był dla mnie chlebem powszednim, to zmieniłby swój pogląd). Innymi słowy, próbował mi zasugerować, że jestem zdecydowanie przemęczona i organizm nie miał się jak obronić przed infekcją. Ja tego tak nie odbierałam, każdemu może zdarzyć się przeziębienie, zwłaszcza siedząc całymi dniami w zimnych, uniwersyteckich salach. We wtorkowy poranek na ostatnich roratach ponowił swoją tezę twierdząc, że otwierając drzwi do świątyni już wiedział, że jestem na zewnątrz, bo poznał mnie po kaszlu. I w ogóle to coś mu się wydaje, że to będą dla mnie "magiczne święta". A że jest on sceptycznie nastawiony do tego sformułowania, to można się tylko domyśleć, co tak właściwie miał na myśli.
    W pierwszy dzień świąt życzył mi wszystkiego co najlepsze i dopytywał, czy święta były magiczne... Przy okazji zastanawiał się na głos, kiedy zdążyłam się wyspać, skoro byłam na Pasterce, a teraz była Msza o 9:00.
    W drugi dzień po Mszy stwierdził, że już po świętach, więc mogę wreszcie leczyć ten mój "okropny kaszel" i wyleżeć się w związku z tym w łóżku (co za przewrotność losu - rok temu sam leżał w tym czasie z temperaturą i zapaleniem oskrzeli w łóżku). Polecił mi nawet jakiś syrop przeciwkaszlowy, ale w to akurat zaopatrzyła mnie pracująca w aptece pani Barbórka u której byłam przed świętami z życzeniami. 
    No więc grzecznie i posłusznie po powrocie do domu położyłam się do łóżka, zwłaszcza że po prostu musiałam odpocząć po całym niezbyt łatwym miesiącu, w którym wczesne wstawanie zdawało się najmniejszym problemem. Początkowo miałam pisać jakąś z licznych prac zaliczeniowych przewidzianych na ten semestr, ale chwilowo nie miałam do tego dosłownie głowy. Za to z przyjemnością sięgnęłam do stosu książek, leżącego na stoliku nocnym przy łóżku.
    Tytuł: "Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach"
    Autor: Daniel Lis
    Wydawnictwo: Agora
    Warszawa 2022
    Liczba stron: 520

    To, że lubię sport wie wiele osób. Zwłaszcza mój aktualny trener. I znając to moje zamiłowanie do sportu postanowił na urodziny sprezentować mi książkę opowiadającą o startach Polaków na igrzyskach olimpijskich, letnich i zimowych oraz paraolimpiadzie. Lepszego prezentu nie mogłam sobie wymarzyć.
    Całość została podzielona na osiem rozdziałów. Początkowo mnie to dziwiło, tym bardziej, że nasze ekipy startowały na znacznie większej ilości imprez tego rodzaju. A jeżeliby dorzucić do tego jeszcze zimowe igrzyska olimpijskie oraz paraolimpiady (również letnie i zimowe, chociaż nie braliśmy w nich udziału od samego początku) to wychodzi całkiem niezła liczba. Jednak z każdym przeczytanym rozdziałem zaczęłam rozumieć zamysł, jaki przyświecał autorowi. Pierwszy rozdział nie tylko opowiada o pierwszych letnich igrzyskach olimpijskich w których brali udział Polacy (Paryż 1924) z perspektywy medalisty Adama Królikiewicza (w jeździe konno), ale też przybliża ideę powstania ruchu olimpijskiego. Drugi rozdział przedstawia letnie igrzyska olimpijskie w Berlinie w 1936 roku z perspektywy lekkoatletów, ale też rozwój nazizmu w III Rzeszy wraz z jego następstwami. W trzecim rozdziale poznajemy letnie igrzyska w Londynie (1948) i Helsinkach (1952) na przykładzie polskiego boksera Aleksego Antkiewicza, ale też problemy, jakie napotykał ogólnoświatowy sport po II wojnie światowej. Rozdział czwarty to rok 1960 i zimowe igrzyska olimpijskie w Squaw Valley, na które pojechaliśmy z łyżwiarką szybką - Heleną Majcher. Przez kilkanaście stron podglądamy jej przygotowania, a także przygotowania Amerykanów, wraz z słynnym Waltem Disney'em do najważniejszej zimowej imprezy. Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku zawsze uważałam za czarną kartę w historii światowego sportu ze względu na zamach terrorystyczny, jaki miał wtedy miejsce. Autor książki poszedł tym samym tropem w piątym rozdziale książki. A jednocześnie przedstawił niezwykłą historię jednej z ofiar, która przed laty wyemigrowała z Polski do Izraela - trenera ciężarowców Jaakowa Springera. Szósty rozdział jest mi szczególnie bliski, ponieważ pokazuje powstanie i rozwój ruchu paraolimpijskiego, a przy okazji czytelnik ma okazję poznać historię dwóch wybitnych polskich paraolimpijczyków - Ryszarda Tomaszewskiego oraz Barbary Bedły - Tomaszewskiej. Siódmy rozdział pertraktuje o igrzyskach olimpijskich w Atlancie w 1996 roku, a w tle toczy się historia mistrzyni olimpijskiej w strzelectwie, Renaty Mauer - Różańskiej. Ostatni, ósmy rozdział rozdział przedstawia igrzyska w Tokio, które toczyły się w dobie pandemii koronawirusa i sprawę osób o orientacji LGBT biorących w nim udział.
    Powyższa książka idealnie wpisała się w obchodzone w tym roku 100 - lecie udziału Polaków w igrzyskach olimpijskich. Przedstawia najważniejsze momenty w historii ruchu olimpijskiego, ale też wybitnych polskich sportowców, którzy na zawsze już zapisali się w historii sportu. Książka, mimo że dość grubych rozmiarów, jest napisana w bardzo przejrzysty i jasny sposób, dzięki czemu dobrze się ją czyta. Przeprowadzone wywiady tylko nadają jej atrakcyjności. Pozytywnie zaskoczył mnie rozdział o ruchu paraolimpijskim, bo przecież nie mówi się o nim zbyt dużo i zbyt często. Powiedziałabym, że to obowiązkowa pozycja dla tych, którzy interesują się nie tylko ruchem olimpijskim, ale samym sportem.
    Tytuł: "Moje pory roku"
    Autor: Laura Izabela Jurga
    Wydawnictwo: Esprit
    Kraków 2014
    Liczba stron: 244

    O książce Laury Izabeli Jurgi "Moje pory roku" słyszałam już dawno temu. Nawet nie wiem, co skłoniło mnie do jej przeczytania. Może opis treści, która poruszała tak ważną dla mnie tematykę, jaką jest niepełnosprawność? A może zachęciły mnie opinie innych osób? Jednak cieszę się, że ją wypożyczyłam i przeczytałam, a przy okazji naładowałam moje życiowe akumulatory.
    Laura od urodzenia jest osobą dotkniętą tak jak ja niepełnosprawnością. Wskutek przedwczesnego porodu została dotknięta mózgowym porażeniem dziecięcym. Ale i tak miała szczęście - jej brat bliźniak zmarł wkrótce po urodzeniu. Dzięki uporowi rodziców oraz swojemu własnemu, żyje podobnie jak rówieśnicy - skończyła podstawówkę, liceum oraz studia, chociaż na każdym etapie towarzyszyła jej rehabilitacja, mieszka samodzielnie, pracuje, a także podróżuje po Europie. Ma wielu znajomych oraz kochającą i wspierającą rodzinę. Z dnia na dzień pokonuje kolejne bariery na różnych płaszczyznach, chociaż niekiedy dostaje od życia przysłowiowe cięgi. Tak było np. wtedy, gdy w wypadku samochodowym zginął jej ukochany siostrzeniec, a drugi, także przedwcześnie urodzony, bardzo długo walczył o życie w szpitalu. Wszystko to jednak nie tylko nie pokonało jej, ale wręcz sprawiło, że z każdej tego typu próby wyszła silniejsza.
    Książka jest autobiografią, a więc opowiada prawdziwą historię. Taką, jaka mogła się przydarzyć każdemu z nas. Z Laurą można się "zaprzyjaźnić" - jej pogoda ducha połączona z dystansem do samej siebie sprawiają, że staje się ona w oczach czytelnika autentyczną, ale pełną życia i pomysłów osobą. Życie zostało opisane na kanwie pór roku - w każdej z nich coś się działo, każda z nich coś zabrała, ale też dała. I tak właściwie jest z życiem każdego z nas. Jest ono wpisany w nieodłączny roczny cykl, a każda z pór roku niesie za sobą i dobre i złe chwile.
    Tytuł: "Sosnowiec. Spacerownik historyczny"
    Autor: Dariusz Kmiotek
    Wydawnictwo: Dikappa
    Dąbrowa Górnicza 2011
    Liczba stron: 366

    Przyznam szczerze, że tej książki jeszcze nie przerobiłam w całości (zostało mi jakieś 30 stron, tyle ile na jeden wieczór). Jest ona jednak w miarę schematycznie napisana, toteż myślę, że mogę już o niej napisać co nieco.
    Będąc w pierwszej klasie gimnazjum z finału konkursu wiedzy o moim mieście wyszłam z książką tego samego autora o jego dzielnicach okraszoną pocztówkami sprzed lat. Byłam ją zauroczona i wertowałam ją przez pewien czas prawie bez przerwy, od pierwszej do ostatniej strony. Kiedy po kilku latach dowiedziałam się, że Dariusz Kmiotek wydał kolejny album ze starymi widokówkami, tym razem dotyczący Sosnowca, postanowiłam, że kiedyś go też przeczytam. A koniec 2024 roku okazał się idealnym ku temu momentem.
    W zasadzie zawartość książki nie odbiegła od moich oczekiwań - składały się na nią skany starych widokówek, jakie można było przed laty wysłać z Sosnowca posegregowane według dzielnic, na jakie podzielono miasto. Podobny układ miała wspomniana przeze mnie książka "Ukłony z Dąbrowy". Poza tym każdy rozdział opatrzono krótką charakterystyką danej dzielnicy. Przeglądając kolejne widokówki można porównać wygląd dawnego Sosnowca z tym, który znamy aktualnie. Zresztą bardzo często stosowano w pozycji zabieg, ukazujący kartki pocztowe przedstawiające ten sam obiekt na przestrzeni lat.

    W zasadzie po tych kilku dniach poczułam, jak bardzo potrzebowałam odpoczynku po tych niespełna trzech miesiącach po rozpoczęciu roku akademickiego. Podobno nie da się wyspać na zapas. Z drugiej jak mnie pytają, czy ja spać nie mogę, to odpowiadam, że wyśpię się po śmierci. Ot, czarny humor w moim wykonaniu. Mam tylko nadzieję, że dotrwam do sesji, że przebrnę przez nią. A potem? Potem będzie już z górki. Przynajmniej mam taką nadzieję.

    czwartek, 26 grudnia 2024

    2090. Poadwentowe przemyślenia

    Jednym z moich ulubionych okresów w roku liturgicznym jest bez wątpienia adwent, który właściwie rozpoczyna każdy kolejny nowy rok liturgiczny. Kiedyś, kiedy jeszcze byłam dzieckiem niespecjalnie podobało mi się to, że jest takie rozdzielenie pomiędzy początkiem nowego roku liturgicznego, a nowego roku kalendarzowego, ale z czasem nawet zaczęło mi się to podobać. To przecież zawsze jest kolejna okazja do tego, aby np. życzyć księżom i innym wierzącym osobom wszystkiego co najlepsze z okazji nowego roku. Fakt, niektórzy są tym zaskoczeni, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 
    Podczas adwentu lubię chodzić na roraty. Być może dla wielu osób wydaje się to dziwne i infantylne, dla mnie jest to jednak sposób na przeżycie tych wyjątkowych dni. Dla mnie jest to coś na wzór kalendarza adwentowego - każdy dzień przybliża jednomiernym tempem do tego niezwykłego dnia, podczas którego świętujemy i wspominamy najważniejsze narodziny w historii świata. Tak, jak dzieci z zapałem oczekują kolejnego dnia, aby zjeść następną czekoladkę, tak ja oczekuję kolejnych rorat, zwłaszcza tych tematycznych, odkrywających kolejne tajemnice jakiejś postaci, czy też dokumentu.
    Nie wiem, kiedy zaczęła się moja przygoda z roratami, podejrzewam że gdzieś w okolicach drugiej klasy szkoły podstawowej, kiedy przyszły przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Na początku chodziłam z rodzicami, z czasem sama lub z kolegami i koleżankami. W okresie podstawówki, gimnazjum i liceum byłam niemal codziennie i musiało się stać coś ważnego, typu choroba, albo nagły wyjazd, abym nie przyszła na wieczorną Mszę świętą. Z momentem, kiedy zaczęłam studiować, moja frekwencja ciut upadła, ale starałam się być zawsze, kiedy miałam wolny wieczór. Fakt, mam dosyć blisko do kościoła, ale nie ukrywajmy, że odległość nie ma czasami znaczenia, a bardziej chęci i zaangażowanie rodziców w religijne wychowanie dzieci. Z drugiej strony, już trzeci rok udało mi się być dwa razy dziennie na roratach, o czym pisałam >>wtedy<< i >>wtedy<<), a drugi rok z rzędu obydwie tury są poza moją parafią, a więc muszę poświęcić trochę czasu na dotarcie na nie.
    Od pewnego czasu w mojej parafii weszła jakaś nowa dziwna moda na to, że roraty dla dzieci są tylko w trzy dni w tygodniu: w poniedziałek, w środę i w piątek. He? Myślałam, że się przesłyszałam. A co z resztą dni? Aż sprawdziłam, czy coś się zmieniło w tej sprawie np. w dokumentach wydanych przez Episkopat Polski. Ale tam nic nie ma co do takiego rozwiązania. Więc co, wymysł proboszcza? W sumie, wyprzedził tym Ministerstwo Edukacji, które zlikwidowało prace domowe. Ono zlikwidowało prace domowe, aby nie przemęczać dzieciaczków, a proboszcz mojej parafii kilka lat temu wpadł na identyczny pomysł zmniejszając liczbę nabożeństw dla dzieci. No bo przecież nie mogą się przemęczać. A może to on nie chce się przemęczać. Salezjanin... a ja jestem papieżem. Jakby nie liczyć, byłam na większej ilości rorat w Kato o 6 rano, niż dzieciaki z mojej parafii chodzące tylko na przewidziane dla nich nabożeństwa (One miały obowiązkowych 10 nabożeństw, a my - 14). W każdym razie powiedziałam sobie samej nie i uczęszczam gdzie indziej. I wiecie co, nie dość, że roraty są codziennie, to jeszcze kościół jest pełen ludzi, w tym dzieci. Da się? Da się.
    Kościół pod nosem, roraty o 18:00 i to tylko w niektóre dni. Cóż to za kontrast z warunkami, w których moi rodzice uczęszczali na te piękne nabożeństwa. Obydwoje pochodzą z miejscowości, gdzie nie było kościołów. Nie za bardzo była też możliwość dojazdu do nich na poranne Msze święte. Więc codziennie chodzili na nogach. Mama 6 kilometrów przez ciemne, rozciągające się pola, niejednokrotnie pokryte zaspami po pas. Nikt ich nie odśnieżał, dzieciaki same tworzyły tunele, przez które się przedzierały. Tata miał jeszcze ciekawiej - tym on miał około 13 kilometrów po górach, dolinach również pokrytych śniegiem. Dzieciaki wychodziły z domu o 4:30, aby dotrzeć na tą 6:30. Same, bez dorosłych. Nad tatą czuwał jego o trzy lata starszy wujek. Czy dzisiaj któryś rodzic puściłby  gdzieś 7 latka pod opieką 10-cio latka? A w rodzinie mojego taty to była norma. Nikt się nie zastanawiał, czy dzieci trafią po ciemno, czy nie pobłądzą w lesie, czy nic im się nie stanie, czy nie dopadną ich np. wilki (to nie żart, tata pamiętał, jak wyły one w środku nocy). Dziś byłoby to nie do pomyślenia. Drogę oświetlali sobie hubką, ale czasami ona gasła i chłopcy (a z czasem i kolejne dzieci) szli po ciemku. Tyle, że po dotarciu do kościoła gospodyni księdza zawsze czekała na nich z gorącą herbatą. Bo wiedziała, że Miecio i Boguś idą aż z Polany. A Polana jest tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Dla kontrastu - u nas niektóre dzieci są podwożone kilkaset metrów do Kościoła - rozumiem, to tak żeby się nie przemęczyły.
    I tak się zastanawiam, jak to się działo, że moi rodzice mimo ciężkich warunków uczęszczali przed zajęciami w szkole na roraty, idąc kilometrami w nocy, nie do końca zaopiekowani przez dorosłych. Teraz dzieci mają stosunkowo blisko do Kościoła, nie muszą być codziennie, a i tak ich nie ma w mojej parafii. Ja rozumiem, że czasy się zmieniają, ale żeby aż tak? Chociaż z drugiej strony to sobie myślę, że żadne reformy nic nie dadzą, jeżeli ksiądz nie zmieni swojego usposobienia. Bo ono naprawdę dużo daje. A ja w dalszym ciągu będę robić swoje - jak nie u siebie w parafii, to w innej. I wiecie co, to wstawanie o 4 rano aby zdążyć na 6 było męczące, ale z dnia na dzień jestem z siebie coraz bardziej szczęśliwa, że dałam radę i chociaż przez chwilę mogłam poczuć się jak moi rodzice w dzieciństwie. Chociaż nie, oni mieli dużo gorzej ode mnie.

    środa, 25 grudnia 2024

    2089. Pnioki, krzaki i ptaki - jakim katolikiem jestem?

    W planach miałam iść na najwcześniejszą z możliwych Mszy świętych, czyli tą o 9:00. Plany planami, zostały one jednak zweryfikowane przez rzeczywistość. Nie będę ukrywać, że po powrocie z pasterki o godzinie 2 w nocy nie dałam rady obudzić się jakieś 5 godzin później, aby dotrzeć na spokojnie dojść na zaplanowaną godzinę. Ale spokojnie, nie jedna Msza święta w ciągu dnia, więc postanowiłam z automatu iść na późniejszą godzinę.
    Po dotarciu do kościoła zasiadłam na swoim stałym miejscu i chwilkę pozachwycałam się naszą szopką. Co prawda dzisiaj Ksiądz Niosący Światło przepraszał mnie, że zostałam pominięta wśród grona twórców, ale przecież nic się nie stało. Nie jestem z ich parafii, zresztą nie mam wrażenia, że mój wkład był jakoś specjalnie duży - był porównywalny do wkładu innych budowniczych. A może nawet jest mniejszy, wszak nie wszystko byłam w stanie zrobić, przynieść, przybić. Jednak miło, że ktoś zauważył nawet to.
    Mszę koncelebrowali ksiądz Robcio i Paweł. Byłam więc przekonana, że to któryś z nich będzie miał kazanie. Przy czym bardziej obstawiałam księdza Robcia, bo Paweł miał kazanie podczas Pasterki. Kiedy kościół zapełnił się wiernymi, z mojej perspektywy nie widać co się dzieje na ołtarzu i właściwie tylko na podstawie słuchu wnioskowałam, kto aktualnie mówi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wyłapałam, że Ewangelię odczytuje Ksiądz Niosący Światło. I, że to do niego będzie należało dzisiejsze kazanie, przynajmniej na tej Mszy świętej. 
    Wyszedł od tego, że kiedyś usłyszał, jak rodowici Ślązacy, tacy z dziada pradziada, określają siebie mianem "pnioków", czyli kogoś, kto całkowicie wrósł w dane miejsce, w jego zwyczaje, tradycje, kulturę. Tych, którzy są na terenie Śląska są krócej, od jednego, dwóch pokoleń, nazywają "krzakami". Jest jeszcze trzecia kategoria - tych, którzy przybyli na Śląsk tylko na chwilę, na kilka lat, po czym ruszyli w dalszą wędrówkę - to "ptaki". Te trzy kategorie porównał trochę do wiernych w Kościele - ptaki to ci, którzy pojawiają się w Kościele od czasu do czasu, bo czegoś potrzebują, albo bo tak wypada, np. z okazji świąt. Krzewy chodzą do kościoła dosyć regularnie, przystępują nawet do sakramentów świętych, ale ich wiara jest raczej chłodna. Z kolei pniaki to ci, którzy są zakorzenieni w wierze i w Kościele. Którzy spotkali Boga w swoim życiu i chcą się nim dzielić z innymi. Którzy żyją Ewangelią na co dzień, a nie tylko od święta. Jednocześnie kazał nam się zastanowić, czy bliżej nam do bycia ptakiem, krzewem, czy też pniakiem. 
    Przypominał o tym, że wczoraj papież Franciszek otworzył w Watykanie Drzwi Święte, inaugurując tym samym Rok Jubileuszowy. Rok, który obchodzony jest pod hasłem "pielgrzymi nadziei". Ale też zaznaczył, że jest to doskonała okazja ku temu, aby stawać się "jeszcze bardziej". I to nie tylko będąc owym ptakiem i krzakiem, ale też pniakiem. Bardziej poznawać Boga, stawać się Jego uważniejszymi uczniami. Przywołał tutaj małe dzieci, które są ciągle ciekawe świata i Pana Boga, które rozrabiają, ale równie często pytają najzwyczajniej w świecie "A co by było gdyby...?". I takiej dziecięcej ciekawości względem Boga życzył każdemu z nas. Tak samo jak nam i sobie samemu z okazji Roku Świętego życzył umiejętności wzajemnego wybaczania sobie na wzór wybaczenia z okazji biblijnych Roków Jubileuszowych oraz właśnie owego stawania się "jeszcze bardziej" dla Boga i innych. Na bycie takim żłóbkiem dla innych, no i dla samego Jezusa. Bo, jak miał powiedzieć papież Franciszek podczas pasterki, Bóg chce wejść w nasze życie, nawet jeżeli jesteśmy zimnymi, pustymi żłobami. Wszystko po to aby odmienić życie każdego z nas.
    Może nie było to najmocniejsze kazanie, a raczej łagodne, ale kolejne zapadające w pamięć i skłaniające do myślenia. Nie wiem czy pamiętacie, jak na początku roku przywołałam Wam kazanie Księdza Niosącego Światło z 1 stycznia. Co prawda nie wygłosił go sam, bo akurat się pochorował, ale i tak udało mu się nim zburzyć mój poukładany wewnętrznie świat. A potem wielokrotnie przytaczałam mu je np. w życzeniach urodzinowych albo z okazji rocznicy święceń kapłańskich. Czy się zorientował? Nie mam pojęcia. 
    Myślę też, że każdy wierzący powinien sam siebie zapytać, czy jest takim ptakiem, krzakiem czy też pniakiem oraz co powinien zrobić aby być jeszcze bardziej wierzącym człowiekiem. Swoją drogą, ciekawe czy ksiądz wygłaszał to kazanie na każdej Mszy świętej, czy tylko na wybranych? A jeżeli tylko na wybranych to szczęśliwe uszy, które je słyszały.

    poniedziałek, 23 grudnia 2024

    2088. "Niech wokół serca i choinki. Czekają myśli, jak upominki" PIN, "Święty czas"

    Tegoroczny adwent był raczej dla mnie przewidywalny. Rano od wtorku do piątku Msze święte roratnie na Wydziale Teologicznym, podczas których wraz z innymi "Stróżami poranka" poznawałam prawie wszystkie encykliki napisane przez Jana Pawła II. Nie, wróć, w większości to była dla mnie powtórka, bo ze wszystkimi 14 dokumentami zapoznałam się jakieś 10 lat temu, czyli w momencie, gdy zaczynałam studia na UPJPII. Patron uczelni do czegoś zobowiązuje. Chociaż nieoficjalnie, bo prawda jest taka, że nikt nas do tego nie zmuszał. Wiecie co, doszłam do wniosku, że chyba muszę jeszcze raz przypomnieć sobie te wszystkie encykliki, choćby sama dla siebie. Ale na to przyjdzie pora najwcześniej po sesji. O ile zdam ją za pierwszym podejściem. Co może być trudne, patrząc na ogrom materiału do przyswojenia.
    Wieczorem, po pracy, pędziłam z kolei na wieczorne roraty do parafii Księdza Niosącego Światło. Nieraz wpadałam w ostatniej chwili, zderzając się w drzwiach wejściowych z księżmi idącymi spowiadać do konfesjonału. Zdarzało się też, że nie docierałam ponieważ nie wyrobiłam się z pracy, ewentualnie z zajęć na uczelni. Jednak takich sytuacji było naprawdę kilka. Na tych roratach miałam powierzone przez tamtejszego proboszcza mini-zadanie, polegające najpierw na przygotowanie dzieci z lampionami do procesji wejścia, a na koniec na rozdanie im kontrolek z każdego dnia. 
    W tym roku, wzorem poprzednich lat, posłużyli się tematem zaproponowanym przez redakcję "Małego Gościa Niedzielnego". Tym razem motywem przewodnim były dobre uczynki czynione na wzór francuskiego świętego - Vincenta a Paolo. 
    Okazją ku tego jest jubileusz 400-lecia powstania Zgromadzenia Księży Misjonarzy, które założył właśnie Vincenty a Paolo. Każdego dnia dzieciaki przenosiły się w inny region świata (w czym pomagała przyniesiona ze szkoły mapa), w którym działają Księża Misjonarze i poznawały różne uczynki miłosierdzia względem drugiego człowieka. 
    Podczas jednego ze spotkań Kręgu Biblijnego zastanawialiśmy się z Księdzem Niosącym Światło nad koncepcją tegorocznej szopki bożonarodzeniowej. Rok temu był w nią wkomponowany dźwig, co nawiązywało do franciszkańskiego placu budowy (szczegóły >>tutaj<<). W tym roku postanowiliśmy pójść w coś bardziej banalnego - w serce. Jeszcze na początku adwentu Lolkowi ubzdurało się, żeby poprosić dzieci, aby na sercach wypisały swoje dobre uczynki i żeby z tych serc ułożyć potem drogę, ale ksiądz sprowadził mnie na ziemię - przez brak prac domowych dzieciaki mają na wszystko "wywalone", dzieciaki nie robiły zbyt chętnie ozdób na choinkę, a co dopiero mówić o moim pomyśle. Ale jednocześnie poprosił, abym została moment po spotkaniu. To wtedy wyjaśnił mi, co wymyślił pytając, co o tym myślę. Ogólnie według jego zamysłu przed żłóbkiem miało znajdować się serce, w centrum którego miało leżeć Dzieciątko Jezus. Pomysł też dobry, o czym od razu mu powiedziałam.
    Budowanie szopki rozpoczęliśmy w środowy poranek. Tego dnia po porannych roratach wróciłam do mojego miasta, aby chociaż trochę pomóc w stawianiu drewnianej konstrukcji. Ktoś, kto trzyma śrubki też się przydaje. Na początku był z nami ksiądz proboszcz, po jakiejś godzinie zamienił się z Księdzem Niosącym Światło, który właśnie wrócił z wizyty lekarskiej. Od razu zrobiło się weselej, a ja musiałam na poczekaniu wymyśleć realny powód tego, dlaczego nie jestem na zajęciach. Jednak w kościele było dosyć chłodno, więc ksiądz długo z nami nie pobył, żeby się nie zaziębić, co przy jego niskiej odporności jest prawdopodobne. Jeszcze na odchodnym rzucił w moją stronę, że ja też mu zmarznę, zwłaszcza że już kaszlałam. Ale to było raczej odkasływanie, niż jakieś większe ataki.
    Dzisiaj rano kończyliśmy resztę, czyli w dużej mierze układaliśmy scenerię - wspomniane serce, sianko, figurki. Musieliśmy się też trochę spieszyć, bo jeszcze na 12:00 zaplanowana była Msza św. pogrzebowa. Ale dzięki temu w dwie i pół godziny uporaliśmy się z całością. Mimo mojego kaszlu i marudzenia Księdza Niosącego Światło. I chyba nie najgorzej nam poszło. To nic, że to nie moja parafia, tak naprawdę to czuję się w niej lepiej niż u siebie. 
    Podczas pieczenia w sobotę i w niedzielę pierniczków tak sobie pomyślałam, że częścią z nich mogę się podzielić z innymi. Wzięłam więc kilkanaście z nich do śniadaniówki i po skończonej pracy podzieliłam je między tych, z którymi przyszło mi współpracować przez tych kilkaset minut. Nawet ksiądz odprawiający Msze wziął sobie jednego i odłożył na później. I chyba tylko Ksiądz Niosący Światło nie mógł się znowu poczęstować, ale on i tak był zadowolony z mojej obecności i minimalnej pomocy. "To co, do wieczora? Czy może będziesz się kurować?" - zapytał otwierając mi drzwi na zakrysti. Nie no - do wieczora. Byłam prawie na wszystkich nabożeństwach, to zgodnie z tradycją je dokończę. A potem przyjdzie czas na odpoczynek.

    Moi Drodzy czytelnicy bloga. W te wyjątkowe i najbardziej rodzinne ze świąt, życzę Wam wszystkiego co najlepsze i najwspanialsze. Abyśmy w natłoku otaczających nas spraw i obowiązków nie zapominali o Tym, którego pamiątkę narodzin świętujemy. Zatrzymajmy się na moment i pomyślmy, jakie to szczęście, że dane nam jest jeszcze raz przeżyć ten cudowny czas. W Boże Narodzenie pokłońmy się z pokorą Dzieciątku w żłóbku, jak niegdyś pastuszkowie oraz Trzej Mędrcy ze Wschodu. Nie zapominajmy też o sobie wzajemnie, bądźmy przez tych kilka dni dla siebie dobrzy i wyrozumiali. Niech nasze serca będą dużo cieplejsze, niż betlejemska stajenka, a także dużo bardziej gościnne na przyjęcie nowonarodzonego dziecięcia, niż gospody ponad 2000 lat temu. 
    A z taką słodką przekąską wyszedł każdy zaangażowany w budowę szopki :), no może oprócz Księdza Niosącego Światło

    sobota, 21 grudnia 2024

    2087. Z wizytą na tegorocznym jarmarku bożonarodzeniowym w Katowicach

    - Lolek, idziemy na jarmark bożonarodzeniowy? - głos Madziałka wyrwał mnie z zamyślenia. Siedziałyśmy w pokoju studenckim, ponieważ jej wcześniej skończyły się zajęcia, a moje w ogóle się nie odbyły. Wraz z nami był Dorian, który towarzyszył wraz ze mną Madziałkowi w zajęciach, aby nie była na nich sama. Hmm... w zasadzie do rozpoczęcia pracy miałam jeszcze trochę czasu, a zajęcia na uczelni na ten dzień (i rok) zakończyłam, więc mogłyśmy się przejść. Dorian miał podobną sytuację, a więc postanowił iść z nami.
    Katowickie jarmarki bożonarodzeniowe i wielkanocne są niemal miejską tradycją. Pierwsze kramy stają na katowickim rynku jeszcze przed pierwszą niedzielą adwentu, ciesząc oczy i serca przechodniów. Nawet zrobiło mi się ciepło na sercu, kiedy w pierwszą niedzielę adwentu, podczas Mszy świętej z obrzędem przyjęcia katechumenów, zdradził nam, że cieszy się z tego, że zdążył jeszcze odwiedzić ten jarmark bożonarodzeniowy i ma też nadzieje, aby pójść na podobny w Warszawie. Skoro ksiądz arcybiskup zdążył na niego przyjść i go zobaczyć, to dlaczego my mielibyśmy być gorsi.
    Z drugiej strony, jarmark jest umiejscowiony w takim miejscu, że mijam go praktycznie każdego dnia. Ale zawsze brakowało mi czasu na obejrzenie go tak dokładnie, chociaż niemal każdego dnia zmierzając rano na roraty z dziecięcą radością naciskałam przycisk, który uruchamiał jedną z zabawnych bajkowych animacji. Najczęściej była to ta (ponieważ była po drodze):
    A tuż obok znajdowała się taka śliczna zagroda, w której można było zobaczyć chociażby dziadków do orzechów.
    Ogólnie motyw dziadków do orzechów dosyć mocno przewija się w kontekście katowickiego jarmarku i można ich dosyć często na nim spotkać, np. tutaj.
    Przed zagrodą znajdowały się figurki, pozwalające dzieciom i dorosłym na chwilę stać się np. pingwinami.
    Jednym z charakterystycznych obiektów jarmarku bożonarodzeniowego w Katowicach jest wielki diabelski młyn obok Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego.
    A na przeciwko jest dużo mniejsze koło młyńskie.
    Zaś na samym jarmarku można zobaczyć cuda i cudeńka...
    Piękne są te dekoracje związane z Bożym Narodzeniem.
    Wymowna i oryginalna jest też coroczna szopka w całości wykonana z naturalnych materiałów. Nigdy nie mogę się na nią wystarczająco napatrzeć.
    Myślę, że takim znakiem rozpoznawczym katowickiego jarmarku bożonarodzeniowego są piękne, baśniowe gabloty, które po naciśnięciu odpowiedniego przycisku po prostu ożywały. 
    To była moja chwila przedświątecznej radości, jej namiastki, w tym przedświątecznym czasie. Przez chwilę poczułam się jak dziecko w krainie czarów. Ale w tym chyba też kryje się urok tych świąt - by poczuć się przez chwilę tak, jakby się było dzieckiem. A takie jarmarki temu sprzyjają.