Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 29 września 2018

790. "Wystarczy mieć głowę" - czyli rozmowa z jednym z uczestników środowej wyprawy na krakowski Kopiec Kościuszki

Nic mnie tak nie motywuje jak podziwianie innych ludzi. Najlepiej takich, z którymi zetknęłam się w pewnym momencie naszego życia. Z Krzyśkiem spotkałam się na żywo tylko raz na jakimś spotkaniu zorganizowanym przez nasz katowicki klub sportowy. Ja jak wiecie od lat jestem zapalonym biegaczem, on swego czasu trenował pływanie. Już wtedy zaimponował mi swoją życiową mądrością, życiem pasjami i niejakim pogodzeniem się ze swoim losem. Bo kto powiedział, że ktoś młodszy od nas nie może nam imponować? Może, i to jak mało kto.
Paradoksalnie częściej, bo aż trzy razy, widziałam go w telewizji. Największą pasją Krzysia jest bowiem śpiewanie. Śpiewa od zawsze i pomimo tego, że aktualnie musi nosić gorset, robi to rewelacyjnie. Dwukrotnie zwyciężył "Festiwal Zaczarowanej Piosenki" organizowany co roku przez fundację Anny Dymnej "Mimo wszystko" w Krakowie - pierwszy raz w 2006 roku w kategorii dziecięcej i drugi raz w 2011 roku w kategorii dorosłych, co nie udało się chyba żadnemu innemu uczestnikowi(tzn. nikt oprócz Krzyśka dwukrotnie nie zajął pierwszego miejsca). 
Dzisiaj chcę Wam go przybliżyć poprzez wywiad, który został z nim przeprowadzony rok temu i zamieszczony na stronie fundacji. Kto wie, może Krzysiek podbije też Wasze serce?

"Wystarczy mieć głowę
Krzysztof Szymaszek choruje na artrogrypozę, porusza się na wózku. Jest dwukrotnym zwycięzcą Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. Nadal realizuje swoje muzyczne pasje. Jednak w dorosłym życiu postanowił zająć się ekonomią. W tym zamierzeniu wspiera go „Akademia Odnalezionych Nadziei” Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”.
– W roku 2006 triumfowałeś w finale Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, w kategorii do lat 16. Pięć lat później zająłeś w tym konkursie pierwsze miejsce, ale już jako wokalista dorosły. Choć wielu próbowało, nikomu nie udało się powtórzyć takiego sukcesu. Wszystko wskazywało więc na to, że całkowicie poświęcisz się muzyce.
– Festiwal Zaczarowanej Piosenki wspominam z wielkim sentymentem. Atmosfera tego ogólnopolskiego, kilkuetapowego konkursu dla osób z niepełnosprawnościami jest nadzwyczajna, prawdziwie dodaje skrzydeł, chyba nie tylko ludziom niepełnosprawnym. W 2006 roku, na krakowskim Rynku Głównym, śpiewałem w finale w duecie z Moniką Brodką. Pięć lat później wspierała mnie wokalnie Małgorzata Ostrowska. Tamte obrazy pozostaną we mnie do końca życia. Rynek muzyczny jest jednak trudny, niełatwo się na nim przebić i utrzymywać się z pracy artystycznej. Dlatego, po zdaniu matury w technikum informatycznym, podjąłem decyzję o studiowaniu na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach. W lipcu przyszłego roku zamierzam bronić pracę magisterską. Jej tematem będzie finansowanie osób niepełnosprawnych w celu ich aktywizacji zawodowej.
Rok 2006: Krzysztof Szymaszek i Monika Brodka na scenie finałowej 2. Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, fot.: Anna Klimaszewska
– Mieszkasz w Bieruniu. Od Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach dzieli Cię kilkadziesiąt kilometrów.
– Mam duże wsparcie ze strony rodziny i przyjaciół. To po pierwsze. Po drugie – dzięki stypendium „Akademii Odnalezionych Nadziei” mogę opłacać przejazdy. Część tych środków przeznaczam także na zakup podręczników i innych pomocy naukowych. Bez takiego wsparcia w żadnym razie studiować bym nie mógł. Tymczasem, dzięki edukacji, mam przed sobą perspektywy rozwoju. Obecnie odbywam staż w Starostwie Powiatowym w moim rodzinnym Bieruniu. Gdy obronię pracę magisterską, chciałbym tam pracować na etacie. Uważam, że stypendium „Akademii Odnalezionych Nadziei” to coś znacznie więcej niż pomoc. To dawanie ludziom chorym i niepełnosprawnym możliwości pełnego, samodzielnego uczestnictwa w życiu społecznym, to autentyczne wyrównywanie szans.
– Czy, jako osoba niepełnosprawna, nie miałeś trudności z dostaniem się na staż?
– W dziale finansowym Starostwa Powiatowego w Bieruniu odbywałem miesięczne praktyki po obronie pracy licencjackiej. Widocznie oceniono, że jestem solidny w tym, co robię. Z przyjęciem na staż nie było więc problemów.
– Co pociąga Cię w ekonomii?
– O ile rachunkowość wydaje się mało zajmująca, o tyle sferę inwestycji uważam za fascynującą przestrzeń. Właśnie na niej chciałbym się w przyszłości skupić.
– Sporo osób niepełnosprawnych nie podejmuje wysiłku, by kontynuować edukację. Jak to oceniasz?
– Wydawanie jednoznacznych ocen nie jest tutaj trafne. Trzeba brać pod uwagę warunki bytowe. Przecież gdyby nie stypendium, też nie mógłbym studiować. Ale pieniądze to jedno, chęci – drugie. To nie jest zresztą zagadnienie dotyczące jedynie osób niepełnosprawnych. Brak ambicji, poprzestawanie na tym, co się ma, to także cechy wielu ludzi w pełni zdrowia i sił. Jedno jest pewne: niepełnosprawność nie może usprawiedliwiać braku chęci rozwoju. Udowadniają to przecież inni stypendyści „Akademii Odnalezionych Nadziei”. Albo weźmy za przykład Janusza Świtaja. Facet jest całkowicie sparaliżowany, oddycha przez respirator, a jednak niebawem skończy psychologię na Uniwersytecie Śląskim, otrzymał nawet nagrodę od rektora jako wybijający się student.
– Janusz może poruszać tylko głową.
– Wychodzi więc na to, że wystarczy mieć głowę. Wszystko przecież dzieje się w głowie.
– Nie masz chwil zwątpienia?
– Nie jestem herosem. Jak każdy człowiek, miewam gorsze i lepsze dni. Ale motywują mnie wspaniali rodzice, trzy siostry i przyjaciele. Oni potrafią dać mi kopa. Niestety, mój tata, który był moim kierowcą, opiekunem w podróżach i największym przyjacielem, cztery lat temu miał udar niedokrwienny. Ze względu na obecny stan zdrowia, nie może być już dla mnie takim wsparciem jak dawniej. Najważniejsze jednak, że nadal ze mną jest.
– A co z Twoimi muzycznymi pasjami? Porzuciłeś je dla ekonomii?
– Muzyka była, jest i pozostanie moją wielka pasją. Pasją amatorską, lecz bardzo aktywną. Z przyjaciółmi założyliśmy zespół metalowy Mantra. Gramy od paru ładnych lat. Udało nam się wydać dwa minialbumy. Tworzymy muzykę autorską. Śpiewam, piszę teksty i pomagam w aranżacjach. Zresztą dwukrotnie zdawałem egzamin na Akademię Muzyczną, na realizację dźwięku. Bez powodzenia. Może dobrze się stało. Patrzę realnie na życie i swoją przyszłość. Studiowanie na dwóch kierunkach byłoby najpewniej ponad moje siły.

                                                                                 Rozmawiał Wojciech Szczawiński

PS Krzysztof Szymaszek i pozostali tegoroczni stypendyści „Akademii Odnalezionych Nadziei” otrzymują pomoc finansową dzięki klientom sieci sklepów KiK, którzy wspierają inicjatywę „Help and Hope”. Bez ich hojności Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko” nie mogłaby realizować swojego projektu edukacyjnego dla osób chorych i niepełnosprawnych."

I jeszcze na koniec próbka talentu Krzyśka

czwartek, 27 września 2018

789. "Nigdy w dziedzinie ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewielu"- Winston Spencer Churchill.

Któż z nas nie słyszał o słynnym Opactwie Westminster w Londynie? Katedrze, w której od wieków odbywała się koronacja głów Wielkiej Brytanii, czy też pogrzeby znanych osobistości(ostatnio był to chyba Stephen Hawking). Mało kto jednak wie, że w katedrze znajduje się też pewien polski, bardzo istotny akcent. W kaplicy Królewskich Sił Powietrznych co uważniejsze oko wypatrzy na wielkim witrażu niepozorne samoloty z Dywizjonu 303 oraz 302, gdzie nie gdzie widnieją także polskie orły oraz charakterystyczne biało-czerwone flagi. Niestety nie mam zdjęcia tego przepięknego witrażu(w katedrze jest zakaz robienia zdjęć), a i internet nie ma go chyba w swoich zasobach, więc musicie uwierzyć mi na słowo.
Polską waleczność w tzw. bitwie o Anglię chyba najbardziej rozsławił polski pisarz i podróżnik, Arkady Fiedler, w głośnej książce "Dywizjon 303", która przez wiele, wiele lat gościła w kanonie lektur szkolnych. Materiałem na książkę były rozmowy jej autora z polskimi lotnikami biorącymi udział w operacji. "Dywizjon 303" został wydany dwa lata po pamiętnej bitwie i był niezwykle pozytywnie odebrany przez społeczność. Doszło do tego, że książka była tłumaczona na wiele języków, tak aby inne kraje mogły poznać historię polskich asów lotnictwa tamtego okresu. 
Historia została przeniesiona na ekran przez anglików w 1969 roku jako film pt. "Dywizjon 303". W ostatnim czasie jednak weszły do kin dwie nowe produkcje opowiadające o bitwie stoczonej w Anglii na przełomie lata i jesieni 1940 roku - "303. Bitwa o Anglię"(o której nota bene dowiedziałam się dopiero dzisiaj) oraz "Dywizjon 303. Historia prawdziwa"(którą dla równowagi miałam przyjemność dzisiaj zobaczyć).
Jeżeli ktoś zadałby mi pytanie, czy czegoś szczególnego spodziewam się po filmie, odpowiedziałabym, że chyba niczego. Nie ukrywajmy, większość współczesnych filmów historycznych opiewa wątek miłosny, a wydarzenia historyczne są tylko tłem. Nie twierdzę, że takie przedstawienie pewnych faktów jest złe, jednak czasami mam wrażenie, że fikcyjne wątki zbyt bardzo przyćmiewają te autentyczne. Tym razem było jednak całkiem inaczej.
Film rozpoczyna się sceną, kiedy jeden z lotników stacjonujących w Anglii zostaje podpuszczony przez kolegów do tego, aby zasiadł do sterów zupełnie nieznanego mu myśliwca. Nie chcąc wyjść na mięczaka, młodzieniec siada za sterami samolotu i odpala silnik. Ku zdziwieniu pozostałych doskonale sobie radzi z pilotowaniem. Jednak w pewnym momencie nadlatuje znienacka niemiecki samolot i zaczyna ostrzeliwać polskiego pilota, któremu udaje się uciec. Obserwujący wszystko angielscy piloci są pod wrażeniem umiejętności polskich kolegów. Jednak dowództwo nie jest przychylne przyjęcia ich w swoje szeregi. Wyłania się jednak pomysł, aby polscy piloci brali udział w walkach, dopóki ich angielscy koledzy nie zostaną odpowiednio wyszkoleni. Wszyscy myślą, że Polacy szybko zostaną zestrzeleni przez niemieckich myśliwców, tymczasem z każdą kolejną walką rosną oni w siłę. Zaczyna być o nich coraz bardziej głośno, a swoją potęgą przyćmiewają nawet Anglików. Z czasem stają się coraz bardziej sławni, a ich dokonania przechodzą do światowej legendy.
Tak jak już wcześniej pisałam, bardzo mi się podobało to, że wreszcie wątek miłosny nie był na pierwszym planie. To znaczy ogólnie był, ale jako wątek poboczny. Podobały mi się też same sceny walki - były bardzo realistyczne, chociaż chwilami było wyraźnie widać, że wiele rzeczy jest zrobionych komputerowo. Chciało mi się też śmiać z niektórych aktorów - Jan Wieczorkowski, Antonii Królikowski, Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk... Który to już film wojenny z ich udziałem? Ale tego chyba się nie przeskoczy...

środa, 26 września 2018

788. Dziesięć lat temu zdobywali Kilimandżaro, dzisiaj krakowski Kopiec Kościuszki

Dziesięć lat temu zdmuchnęłam 18 świeczek na urodzinowym torcie, które oznaczały dla mnie przekroczenie magicznej granicy dzielącej dzieciństwo od dorosłości. 
W tym samym czasie w Afryce grupa niepełnosprawnych pokonywała swoje słabości aby zdobyć najwyższą górę tego kontynentu - Kilimandżaro. Wśród nich znalazły się te, które poruszają się na wózkach inwalidzkich i te, które są niewidomi, zdobywca dwóch biegunów Jasiek Mela oraz paraolimpijczycy Jarosław Rola i Katarzyna Rogowiec. Wyprawa trekkingowa została zorganizowana przez fundację założoną przez krakowską aktorkę Annę Dymną(dobrze odmieniłam?) - Mimo Wszystko. 
Co prawda w telewizji pojawiały się jakieś szczątkowe informacje na temat tej akcji(jak zwykle zresztą), na głównych stronach internetowych też jakoś niewiele tekstu się pojawiało... Tak naprawdę najwięcej o tej wyprawie dowiedziałam się z książki autorstwa Małgorzaty Wach - "Każdy ma swoje Kilimandżaro", którą na pierwszym semestrze studiów z zarządzania pożyczyła mi jedna z koleżanek z grupy(zaś kilka lat później dostałam ją od innej znajomej). 
Książka mnie tak wciągnęła, że przeczytałam ją w jeden wieczór. Zawiera nie tylko sylwetki poszczególnych uczestników wyprawy(ach, z ich biografii mógłby powstać bardzo interesujący film), ale też opis każdego dnia z ich perspektywy. Czasami zaśmiewałam się do łez czytając ich wspomnienia, innym razem autentycznie wzruszałam. Bo przecież każdy z nich musiał pokonać swoje słabości, niekiedy też wręcz lenistwo, aby wejść na szczyt. Nie wszystkim to się udało, ale wszyscy zgodnie przyznali, że taki trekking był prawdziwą przygodą. Szczerze podziwiałam tych odważnych ludzi, zresztą zawsze podziwiam tych, którzy z odwagą zdobywają kolejne szczyty w swoim życiu, niekoniecznie w sensie dosłownym, ale też w przenośni.
Dlaczego w ogóle wybrano Kilimandżaro? Ma w miarę łagodne podejście, dzięki czemu osoby poruszające się na pojazdach kołowych mogły wjechać przy minimalnej pomocy osób trzecich, jak również innym osobom było łatwiej zdobywać górę o płaskim podejściu niż o stromym. Kilimandżaro ma wprost wymarzone ku temu warunki. Dobrą górą byłaby też australijska Góra Kościuszki, ale podejrzewam, że przy takiej perspektywie sponsor(bo podejrzewam, że uczestnikom wyprawy trudno by było ją sfinansować) mógłby pójść z torbami :). Decyzja o takim rozwiązaniu wydaje mi się dosyć uzasadniona. 
Dzisiaj, dziesięć lat po tej niezwykłej przygodzie, kolejna grupa niepełnosprawnych osób postanowiła zdobyć inny szczyt - tym razem rodzimy Kopiec Kościuszki w Krakowie. Jasne, to z jednej strony nie to samo co Kilimandżaro, ale z drugiej pamiętajmy, że dla wielu niepełnosprawnych każdy krok to niemały wysiłek, a aby dotrzeć na szczyt Kopca musieli podjąć nie mniejszy wysiłek, niż gdyby mieli zdobyć najwyższy afrykański szczyt. Co ciekawe ja też miałam propozycję, aby uczestniczyć w wyprawie jako wolontariusz, ale zrezygnowałam, myśląc, że jutro pojadę w pewne miejsce i chciałam po prostu być wypoczęta... Żałuję, bo mogłoby to być wspaniałe doświadczenie. A jeszcze na dzisiejszy wieczór miałam jedną propozycję wolontariatu - też w Krakowie, tym razem podczas gali podsumowującej tegoroczną edycję Poland Business Run. Oczywiście też odmówiłam. Jedno niedomówienie i tyle jego następstw... Obejrzałam jednak krótką relację ze zdobywania krakowskiego szczytu i szczerze cieszyłam się z tego, że wszystko im się tak udało. No, może poza pogodą, ale na to chyba nikt nie miał wpływu. Nikt z uczestników wyprawy nie poddał się i każdy praktycznie prędzej czy później dotarł na krakowskie wzgórze :).

A poza tym dziękuję naszej Małgosi za pamięć i za przepiękną kartkę z życzeniami. Idealnie doszło w Ten dzień. Aż się szczerze wzruszyłam. 

wtorek, 25 września 2018

787. Skacząc przez kłody rzucane pod nogi pokonam przeciwności losu

Mówimy, że życie czasami rzuca nam kłody pod nogi. A my? Czy walczymy z nimi, czy poddajemy się i czekamy, aż toczące się kłody nas "zmiażdżą"? Tak, przeskakiwanie przez kłody bywa męczące i wysysa z nas siły. Warto wtedy po prostu przystanąć i odpocząć, zmęczeni możemy bowiem się przewrócić, wtedy też możemy zostać zmiażdżeni przez toczącą się znad przeciwka kłodę. Jednak odpoczywając mamy rozeznanie w tym, co się dzieje dookoła i bardzo jest prawdopodobne, że zdołamy w porę odskoczyć. Po odpoczynku bez problemu możemy na nowo wrócić do pokonywania przeciwności, jakie rzuca nam los. 
Dzisiaj przyszło mi przeskoczyć kolejną diametralnie ogromną kłodę. Osoba, której ufałam zawiodła mnie na całej linii. Zastanawiam się, czy nie mogła od razu powiedzieć, że pewnej sprawy nie da się załatwić? Zrozumiałabym, w końcu wbrew pozorom też jestem człowiekiem. A tak utrzymywała mnie w przekonaniu, że pojadę jako przedstawiciel na pewne wydarzenie, kiedy tym czasem powiedziała organizatorom, że nasze miasto nikogo nie wyśle. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ja w całej swojej naiwności zarejestrowałam się na to wydarzenie internetowo. Co prawda powiedziano mi u nas, że ta osoba wpisze mnie na listę podczas jakiegoś tam ich spotkania, ale termin rejestracji już gonił(a owo spotkanie było tydzień po zakończeniu rejestracji). Może ktoś to olewa, ale dla mnie termin to termin. W końcu ten ktoś machnął ręką i powiedział, że miał mnie i tak wpisać na listę, więc na jedno wyszło. Aż tu wczoraj dzwoni do mnie organizator spotkania, że jednak nie mogę jechać, bo podczas zeszłotygodniowej rozmowy z tą osobą wyszło, że nikogo nie planował wysłać na to spotkanie(elo, mnie utrzymywał w przekonaniu do końca, że jednak mam jechać, nawet kiedy dzień wcześniej pytałam go się, co z tym wyjazdem). Machnęłam na to wszystko ręką - mam to gdzieś, zwłaszcza kiedy słyszę dwie odmienne wersje tego samego.
Chciałabym się mylić, ale mam głupie wrażenie, że ten ktoś liczył na to, że jednak się nie zarejestruję, on też tego nie zrobi, tam powie, że nikt od nas nie jedzie, a mnie wmówi, że nie zapisał mnie, bo nie było już miejsc(zresztą na początku coś tam przebąkiwał, że nie wie ile ma być reprezentantów z każdej grupy). Bo tak by mu było prościej? Jeszcze dzisiaj usłyszałam, że jestem oszustem, bo wysłałam formularz do organizatora(jeszcze raz powtarzam, że przez cały czas utrzymywana byłam w przekonaniu, że jadę) i coś tam źle napisałam. Jednak najlepsze dla mnie było stwierdzenie, że na takie wydarzenia jadą osoby, które się wyróżniają(może nie mam "gadanego", ale w końcu najdłużej z nas wszystkich działam gdzie działam, więc... ale rozumiem, można pewne osoby wyzywać od różnych mało przyjemnych rzeczy i się wyróżniać...). Co prawda nie jestem gdzie jestem dla jakiś profitów czy też wyróżnień(bo tak naprawdę nic z tego nie mam, jeszcze niekiedy mnie się dostaje po uszach), ale czasami można docenić czyiś wkład w coś. A może się mylę? Może to jest tylko moje błędne przekonanie?
Wiecie co, lubię jasne sytuacje, dlatego trochę mnie to zdołowało. Nie będę się jednak załamywać, bo nie warto. Niektórzy ludzie przychodzą, są tak naprawdę na chwilę, i odchodzą, inni zaś zostają. Tą "kłodę" warto przeskoczyć, niech toczy się gdzieś w nieznane. Jedyne czego mi szkoda, że dla tego wydarzenia zrezygnowałam z wycieczki do Kalisza, Lichenia i Torunia, na którą tak bardzo się cieszyłam. Trudno, będzie kiedyś następna...

A poza tym numer dnia - wysłałam administratorowi strony parafialnej artykuł na temat 35-lecia istnienia parafii. Nie dodałam jednak załącznika z tekstem. Starzeję się czy co?

niedziela, 23 września 2018

786. I to jest dla mnie proboszcz

35 lat istnienia parafii to całkiem dobry czas na pewne przemyślenia na jej temat. Stałam sobie wczoraj na chórze wraz z zespołem muzycznym i patrząc na to wszystko co się działo dookoła zastanawiałam się nad wieloma rzeczami. Szczególnie utkwił mi w pamięć obraz schorowanego pierwszego proboszcza-salezjanina w naszej parafii, a za razem budowniczego naszej świątyni, z którą identyfikuje się w szczególny sposób. Możecie mi wierzyć albo i nie, ale każdy przyjeżdżający do nas salezjanin z naszej inspektorii wrocławskiej, który zetknął się z księdzem M. mówi, że kapłan tyle mu opowiedział o naszej parafii, że ma wrażenie, że przyjeżdża do swoich starych znajomych. Sam ksiądz M. nie wyobrażał sobie jubileuszu swojej 50 rocznicy święceń kapłańskich gdzie indziej niż w naszej wspólnocie. Wtedy miałam przyjemność nieść kwiaty w darach na ołtarz jako przedstawiciel parafialnej scholi i wtedy też zostało wykonane pamiętne zdjęcie.
Komentarz chyba jest zbędny... Swoją drogą podobny gest został wykonany wiele lat wcześniej podczas mojej Pierwszej Komunii, kiedy, nomen omen, też niosłam w darze kwiaty.
W sumie trochę trudno mi było sobie wyobrazić tą rocznicę bez budowniczego naszej świątyni. No, może nie dosłownie, bo ani nie zaprojektował kościoła, ani go nie wzniósł, ale przez 10 lat udało mu się wznieść gmach zarówno kościoła, jak i Oratorium. Poprzedni proboszczowie budowali coś tam, nie przeczę, że nie, ale w ostateczności trzeba było od nowa podkopywać fundamenty(co jest nie lada sztuką na pokopalnianym terenie), o reszcie nie wspominając. Do czasu postawienia gmachu Msze święte i wszelkie nabożeństwa odbywały się najpierw w prywatnym mieszkaniu, potem przy ołtarzu polowym, aż w końcu w murach magazynu zaadaptowanego na cele sprawowania Kultu Bożego. Nota bene ten barak był niemym świadkiem mojego Chrztu Świętego oraz Pierwszej Komunii Świętej. Msze święte w obecnej świątyni zaczęto sprawować od 2002 roku, chociaż wcześniej już odbywała się w ledwo wznoszących się murach uroczysta Msza święta z poświęceniem kamienia węgielnego, czy też równie uroczysta pasterka pod przewodnictwem ówczesnego biskupa sosnowieckiego, księdza Adama Śmigielskiego, który sam był salezjaninem i który sprowadził księży salezjanów do naszej parafii.
Równolegle kilkaset metrów dalej trwała budowa salezjańskiego Oratorium będącego zarazem plebanią. Z tą budową też było trochę zamieszania, bo prowadził ją kto inny niż budowę kościoła i a to inwestor nie dotrzymał terminu, a to zakupiono okna, które przez noc ukradli(co proboszcz przepłacił zawałem serca). Zastanawiacie się, gdzie w takim razie spali nasi księża? Pierwsi proboszczowie aż do księdza M. podnajmowali pokój, gdzie pierwotnie odbywały się Msze święte. Kolejny ksiądz mieszkał... w salce nad kancelarią parafialną(akurat był to okres wzmożonych kradzieży różnych rzeczy z kościoła, a jednocześnie Oratorium nie było jeszcze gotowe, ksiądz zaś gdzieś mieszkać musiał). Wikarym zaś wynajęto dwupokojowe mieszkanie w okolicznych blokach. Niektórzy się podśmiewali, że księża mają nie wiadomo jaki majątek, że stać ich na mieszkanie, a przecież płacili za nie jak za normalne. Kolejni księża mieszkali już na swoim, czyli w Oratorium.
Ksiądz M. nie doczekał konsekracji kościoła w 2005 roku, ani poświęcenia Oratorium, które odbyło  się dwa lata później, ponieważ po 10 latach został przeniesiony na inną placówkę. Ale w oby dwóch uroczystościach uczestniczył, w końcu to niejako jego dzieło.
Nikt nie wie jak on to robił, ale w rachunkach związanych z budową zawsze był porządek(nie licząc strat spowodowanych kradzieżą, ale to już chyba musieliby spać na budowie). Odchodząc z parafii właściwie wszystkie bieżące należności były spłacone. Nie zdążył co prawda formalnie oddać budynku do użytku(jeszcze kilka rzeczy trzeba było zrobić), ale najważniejsze etapy budowy były już wykonane. Co ciekawe, budynek czekał jeszcze jakieś 11, 12 lat, aż któryś z kolei proboszcz zainteresuje się, jak to wszystko wygląda od strony prawnej. I chodząc od Urzędu do Urzędu wyszły różne takie niuanse. Jest to dziwne tym bardziej, że od kilku lat nie było żadnych przeszkód, aby to zrobić.
Księża raczej niewiele mieli, wszak w każdej chwili mogli zostać wyeksmitowani z podnajmowanego mieszkania, a i pokój zajmowany przez księdza M. nie był na tyle duży, aby pomieścić trzech dorosłych mężczyzn. Zagadką dla mnie jest gdzie się stołowali, może wikarzy sami sobie coś pichcili, a może chodzili tam gdzie mieszkał proboszcz na obiad? Nawet nie mieli wow samochodu - bo trudno takim nazwać wysłużonego poloneza. Nie pamiętam nawet, aby jeździli na dwu- trzytygodniowe urlopy nad morze, co najwyżej na dzień, dwa do rodziny. I nie narzekali. Często rozmawiałam z jednym z wikarych, "kumplem" mojego szkolnego katechety, który oprócz tego, że był księdzem i miał etat(ale raczej nie cały) w dwóch szkołach, to jeszcze był kapelanem szpitalnym, miał pod sobą ministrantów, bierzmowanych, dzieci komunijne i jeszcze dał podwaliny dzisiejszego Oratorium(chociaż do dyspozycji miał zaledwie malutką salkę katechetyczną na końcu baraku). Nie raz musiał przerywać swoje zajęcia, aby iść z wiatykiem czy też namaszczeniem chorych do parafian. I nigdy, naprawdę nie przypominam sobie, aby narzekał na warunki pracy. Ani on, ani żaden inny.
Dlatego tak bardzo cenię sobie tych księży, którzy mieszkali po tzw. kątach. Jasne, teraz mają swój dom i teoretycznie pewną co do niego sytuację, niejako przyszli już na gotowe. Ale coraz mniej z nich umie naprawdę się z tego cieszyć. Za to szukają dziury w całym...
Cieszę się też cholernie z tego, że w swoim przemówieniu ksiądz M. przypomniał te trudne początki, że ktoś kiedyś przyszedł tutaj do pustego placu, aby ktoś inny mógł się cieszyć odprawianiem Mszy świętej w cudownej świątyni. Nie było w tym jednak żadnego wywyższania się ponad innych proboszczów, w końcu to nawet nie w stylu księdza M., ale zwyczajna nauka, taka, jaką ojciec kieruje do swoich ukochanych dzieci.
I jeszcze dzisiaj na Mszy świętej o godzinie 10:00 taka niespodzianka - jeszcze raz, jak przeszło 20 lat temu, wspólnie odprawili Mszę świętą ksiądz M. i ksiądz T. Bo 20 lat temu ich drogi po raz pierwszy zeszły się w naszej parafii, kiedy świeżo upieczony ksiądz T. został do niej skierowany i trafił pod skrzydła księdza M. Czy ktoś spodziewał się, że taka chwila jeszcze nadejdzie?
Po Mszy świętej była okazja, aby na zakrystii przywitać się z księdzem, a nawet zamienić z nim kilka słów. Kto wie, być może to już ostatnia taka okazja, dlaczego miałabym z niej nie skorzystać? Zwłaszcza, że znałam kapłana. Nieśmiało wtargnęłam na zakrystię i czekałam grzecznie na swoją kolej...
Kiedy nadeszła moja kolej podeszłam i... o kurczaczki, poznał mnie. Poznał we mnie tego ruchliwego urwisa z pierwszej ławki, który zawsze po konkursach religijnych przybiegał z nagrodami. Tego, który biegał w grudniu z rana z ciężkim plecakiem na plecach i lampionem w dłoni na roraty. Tego, co nie raz rozwalał salkę podczas wspomnianych zajęć oratoryjnych, bo wyobrażał sobie, że leci w kosmos. I nawet przyznał, że widział mnie kiedyś na Apelu Jasnogórskim i od razu wiedział, że to ja(no dobra, pewnie nie z imienia i nazwiska, ale z wyglądu). Tego się nie spodziewałam. I tylko żałuję, że Środa Śląska jest kawałek od nas, bo pewnie nie raz i nie dwa bym go odwiedziła.

sobota, 22 września 2018

785. Matematyka naprawdę jest wszędzie

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, jak to jest, że jako małe dzieci raczej lubimy matematykę, a wraz z biegiem lat u niektórych w nas ten zapał słabnie. Popatrzmy na małe dzieci - ciągle coś budują, porównują, segregują, tworzą zbiory i proste obliczenia. Instynktownie wiedzą kiedy czegoś jest mniej, kiedy więcej. Ale jest coś, co odróżnia je od uczniów - oni robią to na przedmiotach z codziennego życia, przeliczają resoraki, budują wieże z klocków, porównują ilość ziemniaków na swoim i kogoś innego talerzu. I ciągle pytają o wszelakie rzeczy, stając się tym samym młodymi odkrywcami świata. A później przychodzi okres szkoły, który narzuca na najmłodsze pewne schematy myślowe. Już nie ma dodawania do siebie misiów, czy też cukierków, ale abstrakcyjne liczby. Jeszcze kilka lat temu pomocami naukowymi były liczydła, bądź liczmany, dziś powoli odchodzi się od tych metod. Dzieciaki od najmłodszych klas uczą się na abstrakcyjnych liczbach, co nie raz wzbudza w nich frustracje oraz zniechęcenie. Bo ileż można dodawać w słupkach, bądź przeliczać pieniądze widząc je tylko na papierze. 
Niewielu nauczycielom z pierwszych klas szkoły podstawowej chce się wychodzić poza narzucony program. Wiadomo, trzeba zrobić minimum programowe, bo z tego są rozliczani. Z drugiej jednak strony nie wszyscy mają rodziców-nauczycieli lub pedagogów, którzy wiedzą jak edukować swoje pociechy w dziedzinie matematyki.
Z pomocą może tutaj przyjść publikacja napisana przez panią Maję Kramer, a wydana przez fundację mBanku - "Matematyka jest wszędzie. Rodzinne przygody z matematyką". Trochę upłynęło, zanim zdecydowałam się ją nabyć, jednak kiedy już wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać, wiedziałam, że to była słuszna decyzja.
Publikacja została podzielona na różne rozdziały dotyczących naszego codziennego życia, w których pojawia się chociaż odrobinka matematyki. A wynika z niej, że znajdziemy ją wszędzie - od oczywistych, jakimi są chociażby zakupy, upływ czasu i obliczanie powierzchni pokoju, poprzez relacje matematyki do przyrody, aż po tak abstrakcyjne na pierwszy rzut oka działy jak sztuka, muzyka, czy też... nasz język ojczysty(wszak akcentujemy wyrazy na trzeciej sylabie od tyłu, dzielimy wyrazy na sylaby, a nasza narodowa epopeja została napisana trzynastozgłoskowcem - czysta matematyki). Od matematyki nie da się więc uciec, dlatego lepiej się z nią zaprzyjaźnić. Ale przyznacie, że trudno to zrobić przy narzuconych schematach? 
W tej książce nie ma żadnych schematów, regułek, wzorów, ba trudno w niej znaleźć nawet typowe matematyczne zadania zapisane przy pomocą cyfr i znaków. A jednak uważam, że jest doskonałym uzupełnieniem zajęć szkolnych. Wiadomo, że ich nie zastąpi, ale może być pomocna w utrwaleniu materiału. Jak? Jest pełna problemowych pytań i zadań z życia wziętych. W typowym podręczniku zadanie będzie brzmiało: pewien prostopadłościan ma ściany o wymiarach a, b i c - oblicz jego powierzchnię. A jak będzie ono brzmiało we wspomnianej książce? "Zmierz długość, szerokość i wysokość twojego pokoju, a następnie pomnóż uzyskane wartości przez siebie. Jaki ci wyszedł wynik?". Robi wrażenie? Tak jak pisałam, w książce znalazło się wiele problemowych pytań, nad którymi trzeba się zastanowić, ponieważ odpowiedź na nie nie jest taka oczywista. Ale za to daje satysfakcje, że coś nowego się odkryło.
Pozycja jest przyjazna dla oka, chociaż zabrakło mi w niej spisu treści. Pomimo tego jest bardzo przejrzysta, materiał został w ciekawy sposób pogrupowany. Pokazuje matematykę nie poprzez utarte przez program tematy, ale od tej bardziej ludzkiej, codziennej, przyjemniejszej strony. Nawet rodzice, którzy są na bakier z matematyką, znajdą w niej dużo inspiracji(które nie są zawile wytłumaczone) do pracy z pociechami. Komu bym ją poleciła? Na pewno rodzicom(tudzież nauczycielom) pierwszych klas szkoły podstawowej, kiedy wprowadza się podstawy tego przedmiotu, a z drugiej strony da się jeszcze odnieść matematykę do wielu dziedzin codziennego życia(bo w sumie dziwne by było, gdyby tak taką trygonometrię odnosić do codzienności, prawda?). Bo tak naprawdę matematyka jest wszędzie. Trzeba tylko chcieć ją dostrzec. Pamiętajcie też, że im skorupka za młodu...
I jeszcze jedna ważna sprawa - książkę można do końca września zamówić za darmo w większości oddziałów mBanku w naszym kraju. Można to zrobić nawet w przypadku, kiedy nie macie tam konta. Osobiście miałam taką sytuację(mam konto w innym banku). Po entym przeczytaniu regulaminu(przezorny zawsze ubezpieczony) postanowiłam zaryzykować i zamówić egzemplarz. Jeszcze w placówce obawiałam się, że będą chcieli abym przeszła do ich banku, ale nic takiego nie miało miejsca. Wystarczyło podać kod, który otrzymałam w meilu i już pracownica banku przyniosła mi jeden egzemplarz książki z magazynu. Do dzisiaj(czyli jakiś miesiąc później) do mnie nie zadzwonili z żadną ofertą, więc chyba żadnego podstępu nie ma. I najważniejsze - zamówienia przyjmowane są na stronie https://form.mbank.pl/app/?locale=pl&stkn=DPD190154246&formName=mfundacja#/mfundacja;page=Page1. Zachęcam tych, którzy mają dzieci, bo warto!

środa, 19 września 2018

784. Powroty nie muszą być trudne

W wakacje postanowiłam po trzech latach przerwy wrócić do treningów lekkiej atletyki. Ogólnie miałam zrobić to już rok temu, ale wiecie, zmienił się trener i tak trochę głupio było mi iść na stadion. Zmobilizowała mnie dopiero moja dobra znajoma K.(z którą zresztą mam korepetycje z fizyki i matematyki). W końcu postanowiłam się przemóc i przyjść na jeden z treningów. Półtora tygodnia temu z drżącym sercem pokonałam ten sam odcinek, którym chodziłam do podstawówki i gimnazjum(bo moja szkoła mieściła się koło szkoły sportowej). Na chwiejnych nogach weszłam na teren stadionów. Już z daleka zobaczyłam mamę mojego "brata bliźniaka"(mamy urodziny tego samego dnia, dzieli nas tylko rok różnicy) siedzącą na ławce obok jakiegoś mężczyzny. Szybko domyśliłam się, że to ten nowy trener(zresztą widziałam go już na zdjęciach na stronce klubu sportowego). Zaczęłam podążać w ich stronę. Po drodze zahaczyłam o tatę J. i samego J., którzy poznali mnie po kilku latach rozłąki.
Zanim dotarłam do pani B. i pana A., D., syn pani B. a mój "brat bliźniak", zaczął do mnie machać i krzyczeć "Karolina! Karolina!". No i się wydało, że po trzech latach Lolek zmartwychwstał. Krótka rozmowa, przedstawienie sytuacji i pierwszy trening, a raczej rozbieganie, bo trudno po takiej przerwie od razu pobiec na maksa maraton(chociaż w czerwcu pobiegłam 3,5 kilometrów, w sierpniu zaś 5 kilometrów bez większych problemów przez Oświęcim). W każdym razie spodziewałam się na drugi dzień mega zakwasów, a tutaj nic, obudziłam się jak nowo narodzona. Tak samo w ten poniedziałek - robiłam tzw. tempówki polegające na jak najszybszym przebiegnięciu na maksa danego odcinka. Rewelacji w czasach nie było(na szczęście zawody są na przełomie wiosny i lata, do tego czasu planuję się podciągnąć), ale zakwasów w nogach też nie. Były tylko pouczenia trenera, ale przecież od czegoś on jest, prawda? Dzisiaj miałam rzucanie piłką lekarską, czego nie robiłam wieki. Czy będą od tego zakwasy? Nie mam pojęcia.
Cieszę się, że wróciłam do sportu, bo czuję, że bardzo mi tego brakowało przez te wszystkie lata.

poniedziałek, 17 września 2018

783. "The Incredible Machine" - moje pierwsze(nieświadome) lekcje fizyki

Szkoła rozkręciła się na dobre. Plan działania z panem M. mam już ustalony, a do tego doszedł jeszcze czwartoklasista H. Trochę się zdziwiłam, kiedy H. podszedł do mnie wczoraj po Mszy świętej z zapytaniem czy może tak jak M. przychodzić do mnie na korepetycje z matematyki, wszak to bardzo mądre i inteligentne dziecko. Ale z drugiej strony czwarta klasa to nie trzy pierwsze, prawda? Z M. mam umówioną godzinkę w środę i w piątek. Trochę powtórzyłam sobie materiał z szóstej klasy, coby wiedzieć czego teraz uczą się dzieciaki w tej klasie. W sumie materiał przez te 16 lat niewiele się zmienił, więc tragedii nie ma. Gorzej będzie w przyszłym roku, ale to już temat na inną notatkę. Dodatkowo mam jeszcze w sobotnie popołudnia(hmmm, wczesne wieczory?) korepetycje z matematyki rozszerzonej i fizyki na poziomie drugiej klasy szkoły średniej, więc nudzić się raczej nie powinnam.
Boski Oski ostatnio na zebraniu animatorów pytał, czy jest ktoś chętny na korepetycje z fizyki na poziomie 7 klasy. W sumie liceum skończyłam z szóstką na świadectwie z tego przedmiotu, całkiem podobały mi się zagadnienia(w przeciwieństwie do chemii, która była dla mnie w liceum katorgą, ale 4 miałam, coby nie było) oraz to, że tak bardzo łączy się z moją ukochaną matematyką. No i jeszcze mam te całe korepetycje z K. Ale wśród animatorów są tacy, którzy są w ogólniaku na rozszerzonej fizyce, więc niech oni też się wykażą. Niestety, nie było chętnych(zastanawiam się, czy gdyby płacono im za te zajęcia to też byliby tacy niechętni), w każdym razie ja też nie chciałam brać sobie kolejnego dzieciaka do nauki na głowę. Trójka ananasów zdecydowanie mi wystarczy.
Chciałabym jeszcze wspomnieć o moich pierwszych lekcjach fizyki, zupełnie nieświadomych. Otóż w 1996 roku rodzice nabyli dla mnie komputer. Głównie chodziło im o to, abym do początku mojej szkolnej edukacji(akurat byłam w zerówce) opanowała sztukę pisania na klawiaturze. Była to czysta formalność, ponieważ już rok wcześniej opanowałam sztukę czytania, przez co znałam literki. Jedyne co było dla mnie zagadką, to napisanie ogonków, kreseczek i kropeczek przy niektórych literkach. Ale i to szybko opanowałam. Nie samą nauką jednak człowiek żyje. W skład oprogramowania wchodziły, oprócz tych podstawowych gierek, jeszcze dwie z rozbudowaną fabułą - "Moje pierwsze ABC" oraz tajemniczo brzmiące "tim"(dopiero przedwczoraj odkryłam, że pełna nazwa to "The incredible machine".)
Ciuchcia z gierki "Moje pierwsze ABC"
O ile ta pierwsza gierka trochę mnie nudziła, wszak znałam już literki, o tyle ta druga gierka przypadła mi do gustu, chociaż zupełnie nie wiedziałam o co w niej chodzi. To znaczy niby było napisane co trzeba zrobić, do czego dojść, ale litości, miałam dopiero sześć lat, podstawy języka angielskiego miałam poznać dopiero za jakiś czas. 
Nieznajomość języka nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie. I tak zupełnie nieświadomie poznawałam sposób działania dźwigni, podstawowe prawa zastosowania różnych przekładni, prawa ciążenia i optyki, działania różnych trampolin. Nad każdą planszą trzeba było porządnie pogłówkować, przemyśleć co jak zadziała i dlaczego. Niestety, kiedy poszłam do szkoły potrzebna była drukarka i trzeba było odinstalować tę gierkę, aby zwolnić miejsce na dysku.
Tak jak pisałam w moim przypadku ta gra, oparta na systemie operacyjnym DOS, miała charakter zupełnie zabawowy. Nie znaczy to, że nic mi z niej potem nie zostało. Wręcz przeciwnie, do wielu omawianych na lekcjach fizyki sytuacji potrafiłam odszukać w zakamarkach pamięci sytuację z gry, która by pasowała do niej. Być może dlatego tak łatwo wchodziła mi ta nauka do głowy? A z drugiej strony, fizyka na poziomie podstawowym w ogólniaku jest całkiem spoko. Zwłaszcza, kiedy trafi się na nauczyciela, który nie wymaga podręczników(bo nic w nich i tak nie ma - według niego), a każda lekcja kręci się wokół jakiegoś doświadczenia.
Przez wiele lat szukałam tej gry na internecie. Ale przyznajmy to sobie szczerze - znałam tylko skrótową nazwę gry: tim. Kilka razy wpisywałam sobie tą frazę w wyszukiwarkę i nic, zero interesujących mnie wyników. W końcu dałam sobie z tym spokój. I nagle dwa dni temu zupełnie przez przypadek, trafiłam na fragment tej gry na youtube. Wpisałam w wyszukiwarkę pełny tytuł gry i, eureka, odnalazłam ją w wersji on-line. Tym bardziej już bardziej świadomie, wszak rozumiałam poszczególne zadania, przechodziłam kolejne plansze gry. Wspomnienia odżyły. Pomimo upływu czasu(toż to prawie 22 lata minęły), gra w dalszym ciągu mnie wciągnęła, i nie ukrywajmy, zmuszała do myślenia i kombinowania. A takie coś zawsze kochałam najbardziej. Niestety, takich "kombinatorek" w późniejszym czasie miałam zaledwie trzy, ale ileż było z nimi frajdy. No i logiczne myślenie nie próżnowało. Zresztą sami zobaczcie na czym to polega.
P.S. Tylko nie myślcie sobie, że byłam nieszczęśliwym dzieckiem, które od małego było maniakiem komputerowym. Tak jak pisałam komputer służył mi głównie do nauki, a w gierki grałam od wielkiego dzwonu. Dużo bardziej od komputera wolałam książki, spacery, kredki i klocki lego 😉

czwartek, 13 września 2018

782. Przegrywać też trzeba umieć

Cieszę się, że tak wielu z Was moja opowieść o babci Antosi przypadła do gustu. To miłe czytać Wasze pozytywne komentarze, chociaż tak naprawdę ja jestem tylko pośrednikiem, pomiędzy tym co było, a tym co jest.
Tym razem nie zdobyłam żadnego miejsca ani wyróżnienia, a jedynie nagrodę za sam udział w konkursie. Ale jakoś nie jest mi smutno z tego powodu. Wręcz przeciwnie, cieszę się wraz z 13 autorami wspaniałych prac, które zostały wyróżnione i dodatkowo nagrodzone. Chylę czoła przed samym jury, które miało niełatwe zadanie wybrać te najlepsze spośród 173 przesłanych na konkurs. A każda z nich była wyjątkowa, oryginalna i unikatowa. Każda z nich została napisana z sercem i oddaniem. Wszak każdy z nas musiał przemyśleć to, co chciał napisać, a potem ująć to w odpowiednie słowa, każdy z nas musiał poświęcić trochę swojego czasu.
Fragmenty nagrodzonych prac zostały odczytane na gali finałowej. Każda z nich opowiadała o takich cichych bohaterach, którzy w ciężkich chwilach nieśli pomoc innym, czy też walczyli na różnych frontach. A ile jest takich historii, które nigdy nie wyszły zza kręgów rodzinnych? Zapewne cała masa.
Czy czuję się przegrana? Nie, dlaczego? Przecież nie zawsze muszę być najlepsza. Czasami jury dostrzega moją pracę, innym razem zauważa prace innych uczestników konkursu. I to jest dla mnie zrozumiałe. To nie pierwsza moja przegrana. Ba, nawet cieszę się, że nie zawsze jestem na podium. Co prawda wiele ludzi mi mówiło, że gdybym więcej razy wspominała w swoich tekstach o mojej niepełnosprawności, to może jeszcze częściej bym wygrywała. Ale ja tak nie potrafię, nie tędy droga. Wszak jeszcze obrosłabym w piórka i nabrała przekonania, że jestem najlepsza i niezastąpiona. A pycha nie jest dobrą cechą charakteru. Co nie znaczy, że nie będę brać już udział w konkursach. Każdy udział w konkursie traktuję na poważnie, długo myślę co chcę przekazać innym, jakich słów użyć, jeżeli wymaga tego regulamin, to czytam odpowiednie książki. Ale nigdy nie nastawiam się na wygraną, bo chyba popadłabym w jakiś obłęd. Zamiast biadolić z przegranej wolę szczerze cieszyć się wraz z wygranymi ich zwycięstwem.
A w tym konkursie wygrali praktycznie wszyscy. Nasze rodzinne wspomnienia zostaną przekazane do lokalnego IPNu i zarchiwizowane. I te nagrodzone, i te nienagrodzone. W przyszłości będą dostępne dla potomnych. To, co teoretycznie mogło bezpowrotnie przepaść lub zostać jeszcze bardziej zatarte przez ząb czasu - ocaleje dzięki temu konkursowi. I jak tutaj mówić o porażce moi kochani, no jak?

wtorek, 11 września 2018

781. Chyba już mogę to opublikować

Kilka miesięcy temu napisałam Wam, że biorę udział w diecezjalnym konkursie literackim na wspomnienia historyczno - patriotyczne. Wielu z Was wyraziło wtedy chęć przeczytania tej historii. Z wiadomych względów nie chciałam jej publikować przed rozstrzygnięciem, żeby nie było, że praca była już gdzieś kiedyś umieszczona. Dzisiaj jednak odbyło się uroczyste ogłoszenie laureatów konkursu, więc postanowiłam się z Wami podzielić tą historią. Tylko ostrzegam - będzie trochę długawy ten post.

„Szkice pamięci. Ocalić od zapomnienia. Rodzinne wspomnienia historyczno – patriotyczne”

Kto ratuje jedno życie…

Wadowice to miasto, o którym z pewnością nie było by głośno, gdyby nie postać Wielkiego Polaka, papieża Jana Pawła II. 18 maja 1920 roku przyszedł na świat w tym niewielkim położonym u podnóża Beskidów miasteczku, które w okresie, kiedy znajdowało się pod zaborem austriackim słynęło z wyrobu opłatków. W okresie międzywojennym co czwarty mieszkaniec Wadowic był wyznania mojżeszowego. Warto tutaj wspomnieć, że Żydzi zaczęli osiadać w miasteczku dopiero od 1867 roku, ponieważ wcześniej wydano ku temu zakaz. Żydzi mieli w miasteczku swoją gminę, okazałą synagogę, własny cmentarz, a także mykwę, w której dokonywano rytualnego obmycia. Na równi z katolikami prowadzili swoje zakłady, a w czwartki handlowali podczas jarmarku na placu przed kościołem. Język jidysz zaś przeplatał się z językiem polskim. Również przyszły papież chodził do jednej klasy z wieloma żydowskimi kolegami, a nawet stał na ich bramce jako bramkarz, kiedy rozgrywali wspólne mecze piłki nożnej.
Kilkanaście kilometrów od Wadowic zaczynają wznosić się góry. Na jedną z nich, której szczyt nosi nazwę Leskowiec, wspina się wraz z ojcem i kolegami, kilkuletni Karolek Wojtyła. Ich trasa biegnie od północnego wzgórza. Tymczasem jakieś dwa kilometry poniżej szczytu, ale od strony wschodniej, rozciąga się osada ludzka. Niewielki, położony w środku lasu, przysiółek, liczący zaledwie kilka domostw, gdzie z dziada pradziada mieszkali ludzie niebojący się ciężkiej pracy, ani niewygód. Żyli z tego, co im urodziła biedna, jałowa ziemia, w której więcej było kamieni, niż gleby oraz z tego, czym obdarowywały ich zwierzęta domowe trzymane w dobudowanych do drewnianych domków obór. A i nieraz bywało tak, że gospodynie nie miały co do garnków włożyć. Nic jednak nie było w stanie zachwiać mocnej wiary chłopów i w każdą niedzielę, czy to w siarczysty mróz, czy to w upalny dzień, szli kilkanaście kilometrów do parafialnego kościoła położonego we wsi Krzeszów, aby wysłuchać niedzielnej sumy. Pokrzepieni Słowem Bożym wracali do swojego przysiółku, gdzie cieszyli się prostotą swojego życia. W tygodniu biedne dzieci chodziły do szkoły elementarnej po to, aby jako tako nauczyć się czytać i pisać, i może jeszcze jakieś podstawowe rachunki umieć obliczyć. I ich edukacja najczęściej kończyła się na tej szkole, ponieważ wiejska bieda nie pozwalała posyłać dzieci chociażby do wadowickiego gimnazjum, a i w samych gospodarstwach każda para rąk do pracy była potrzebna. Starsi mieszkańcy przysiółka najczęściej nie posiadali najczęściej żadnego wykształcenia, zaś w swoim życiu kierowali się miłością i sercem. 
W jednej z tych wiejskich chatynek, stojących zresztą do dnia dzisiejszego, w 1928 roku przyszedł na świat mój dziadek, któremu na odbywającym się miesiąc później chrzcie świętym nadano imię Władysław. Matka zmarła mu wcześnie, ojciec zaś, za namową wiejskich kum, wziął sobie młodą pannę z sąsiedztwa, Antoninę, która mu nie tylko pomagała wychować liczne potomstwo, ale też pomagała w prowadzeniu domu. 
Wrzesień 1939 roku przyniósł Polakom wybuch II wojny światowej. Szkoła, na którą dzieci tak czekały, musiała poczekać na kilka lat. Lat życia w strachu i niepewności. Do domów, które miały być azylem, niejednokrotnie wpadali Niemcy i przeszukiwali je w celu znalezienia ukrywających się w nich partyzantów lub ludności pochodzenia żydowskiego.
Trzy lata po wybuchu wojny, wybudowano w Wadowicach getto, w którym skumulowano nie tylko wadowickich Żydów, ale też przywiezionych z okolicznych miejscowości, takich jak Kęty, Sucha Beskidzka, Andrychów, czy też Zator. Stłoczeni na małej powierzchni ludzie musieli odtąd nauczyć się żyć w nowych warunkach. Do wielu z nich szczęście się uśmiechnęło – pozwolono pracować im przy regulowaniu brzegów przepływającej przez miasteczko rzeki Skawy. Była to idealna okazja do ucieczki, czy też wyprowadzenia najmłodszych mieszkańców getta, ukrytych pod obszernymi płaszczami robotników, poza jego mury. Ci, którym to się udało i nie zostali zauważeni, kierowali się najczęściej w góry, gdzie udawało im się przeżyć dzięki stacjonującym w lasach partyzantom bądź miejscowej ludności. 
Któregoś zimowego wieczoru rozległo się nieśmiałe stukanie do drzwi skromnego, drewnianego domku. Wszyscy niepewnie popatrzyli na siebie. Wiedzieli, że to raczej nie Niemcy, bo oni łomotali z całej siły, albo wchodzili do domu przez drzwi w stajni, które zawsze były otwarte. Więc kto? Sąsiedzi? Partyzanci? Antonina głęboko westchnęła i biorąc z kuchennego stołu świeczkę poszła otworzyć drzwi. 
Zimno wtargnęło do izby, powiew wiatru o mało nie zgasił wątłego płomyka, w którego blasku jej oczom ukazał się widok jednej dorosłej postaci i dwojga mniejszych. Wiedziała kim są, wiedziała co grozi za ich ukrywanie, wszak niemieccy żołnierze wielokrotnie grozili im łamaną polszczyzną. A jednak wpuściła ich do domu. Wkrótce przed trzema nędznie ubranymi istotami wylądowały miski z ciepłymi kartoflami i kubki ze świeżym mlekiem. Wygłodniali ludzie w ciszy zjedli skromny posiłek. Tymczasem Antonina po cichu poszła na strych, aby przygotować nieznajomym posłanie tuż obok posłań dzieci, które przyszło im wychować.
Rano obudziło wszystkich gwałtowne pukanie do drzwi. Antonina z Stanisławem wiedzieli co to oznacza. Mężczyzna przeklął kobietę, że nieszczęście na nich sprowadziła, że teraz pewnie wszystkich zastrzelą na miejscu, a chałupę spalą, żeby zatrzeć ślady... 
Tymczasem Niemcy zaczęli przeszukiwać ich skromny dom. Po chwili zeszli ze strychu prowadząc przed sobą dzieci Stanisława oraz podejrzanie wyglądającą trójkę przybyszów. Na widok ojca i macochy Władek wraz z rodzeństwem wyrwali się Niemcom i z płaczem pobiegli w ojcowskie ramiona. Pozostała trójka stała ze wzrokiem utkwionym w deskach podłogi. Ciszę przerwała Antonina:
 - Toć to moi kuzyni, moi krewni, moja familia. No, ze Śląsko przyjechali, tymu tacy czarni jak murzyny – spokojnie mówiła zaciągając góralską gwarą.
  Nie wiadomo, czy to dlatego, że była taka spokojna, czy dlatego, że ukrywający się tego dnia u nich Żydzi potrafili wykonać znak krzyża i powiedzieć kilka zdań po niemiecku, ale żołnierze opuścili skromny dom sami, bez nikogo z nich. Zaś mężczyzna, wraz ze swoimi synami: Bolkiem i Jonaszem, jeszcze przez kilka dni ukrywali się w domu Antoniny i Stanisława. Antonina wyleczyła im rany i odmrożenia oraz utkała ciepłe swetry i czapki na drogę. Na odchodne dała im zaś chleb i kilka złotych. Stanisław zaprowadził ich do Krzeszowa, a stamtąd już mieli przejść przez Babią Górę na drugą stronę granicy. A stamtąd już uciekać do Palestyny…
Czy im się to udało? Nie wiadomo. Ostatnią rzeczą zapamiętaną przez pradziadka były trzy postacie znikające za górską mgłą, z których jedna trzymała pewnie rumiany bochen wypieczony z ostatnich miarek mąki… 
Sama Antonina dożyła prawie 100 lat. Do końca cieszyła się jasnością umysłu oraz poważaniem i szacunkiem u innych. Odeszła cicho, we śnie, w 2000 roku. Nigdy specjalnie nie chwaliła się swoją odwagą z okresu II wojny światowej. Być może uważała swój czyn za zwyczajny, taki na jaki stać by było niejednego człowieka. I chociaż prababci Tosi, zwanej przez nas, prawnuków „babusią” nie ma już z nami, to jej niezwykła odwaga i trzeźwość myślenia przetrwała w tym niezwykłym wspomnieniu wydarzenia, które miało miejsce przeszło 75 lat temu w ubogiej chatce na końcu świata. Za każdym razem, kiedy w telewizji podawana jest informacja o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, podświadomie uśmiecham się sama do siebie. Bo chociaż babusia nie walczyła z bronią w żadnej jednostce, ani w żadnej bitwie, to jednak wykazała się nie mniejszą odwagą i patriotyzmem przygarniając pod swój dach trójkę zbiegłych z wadowickiego getta Żydów…

poniedziałek, 10 września 2018

780. Z pamiętnika zaginionego kota

Tym razem nie pisze autorka tego bloga, Karolina, tylko jej kotka, Pusia.
Karolina dzisiaj zaczęła zabiegi reha..., reha..., w każdym razie reha coś tam i nawet nie wie, że dorwałam się jej do laptopa. Ale Wy też o tym nic nie wiecie, dobra? Kiedyś podpatrzyłam jak włącza to wszystko i uruchamia przeglądarkę internetową(kto wymyślił taką trudną nazwę) i postanowiłam spróbować samej coś napisać. Może mi się uda?
W ogóle nie rozumiem Was, ludzi, jak można być aż tak zabieganym. Ja tam spędzam większość dnia na spaniu, potem na myciu swojej białej sierści(chociaż teraz bliżej jej do burości, przynajmniej tak stwierdził tata Karoliny), na jedzeniu, na mruczeniu. A Karolina? Karolina ciągle gdzieś biega, ciągle coś załatwia. Aż dziw, że w tym swoim zabieganym życiu znalazła jeszcze czas na szukanie mnie. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że szukała mnie daleko, a byłam całkiem blisko.
Podobno zaginęłam na trzy tygodnie. Ja tam nie wiem, nie znam się na tym Waszym ludzkim kalendarzu. Wiem tylko tyle, że nie było mnie w domu bardzo, bardzo długo, zresztą każdy dzień dłużył mi się w nieskończoność. Gdybym wiedziała, że to tak się skończy, to nigdy nie wychyliłabym nawet nosa zza drzwi naszego mieszkania.
Pewnego dnia, a raczej wieczoru, do Karoliny przyszedł jej tata z jakąś torbą. Korzystając z tego, że nie zamknął za sobą drzwi, postanowiłam czmychnąć na korytarz. W sumie często tak robiłam, bo ileż można siedzieć w domu. Miało być jak zawsze - wychodzę z domu, rozglądam się dookoła i wracam z powrotem. Tym razem jednak zza drzwi obok wyszedł jakiś inny człowiek z istną bestią. Potwora tego wielokrotnie słyszałam zza ściany jak szczeka(przynajmniej Karolina tak nazywała ten dźwięk) i zawsze wtedy truchlałam. Teraz stanęłam z nią twarzą w twarz. Uwierzcie mi - wszystkie włoski na moim grzbiecie stanęły mi dęba. To coś zaczęło na mnie warczeć. Co zrobilibyście na moim miejscu? Trzeba było brać nogi za pas. Drzwi do mojego domu jakimś cudem były zamknięte, wejścia na schody prowadzącego w górę pilnowało to coś, jedynym wyjściem było pobiegnięcie w dół. Więc pobiegłam. Akurat drzwi prowadzące na świat były otwarte, w przeciwieństwie do tych do piwnicy. Nie było innego wyjścia i musiałam wyskoczyć przez nie do ogródka przy bloku. Plan był prosty: człowiek z bestią sobie pójdzie, a ja wrócę bezpiecznie do domu. Proste, prawda? Kątem oka zauważyłam, że wychodzą oni z klatki wraz z tatą Karoliny. Ale zaraz potem usłyszałam niezapowiadający nic dobrego brzdęk. Z przerażeniem odkryłam, że drzwi się zatrzasnęły, a kiedy odwróciłam łebek, taty nie było już w pobliżu. Postanowiłam sama znaleźć jakieś wejście do bloku. Szłam przy ścianie, aż nagle zobaczyłam jakieś uchylone okienko. Postanowiłam spróbować tamtędy wejść. Przecisnęłam się przez szparę i wskoczyłam do środka. Niestety, lądując spowodowałam, że osunęły się zostawione przy oknie kartony. Jednocześnie usłyszałam znajome:
 - Pusia, Pusia, Pusia!
 - Mamo! Tutaj jestem! - krzyczałam. Nikt mnie jednak nie słyszał. To "Pusia, Pusia" powtarzało się co jakiś czas. A ja za każdym razem wołałam na pomoc. W końcu wołanie ucichło. Co prawda w kąciku komórki stał pojemnik z suchą kocią karmą, która na jakiś czas mogła mi wystarczyć, jednak nikt tutaj nie zaglądał. Ja zaś straciłam nadzieję, że ktoś mnie tutaj znajdzie. Raz nadzieja na nowo odżyła, kiedy usłyszałam znajome kroki na korytarzu. Chciałam zapiszczeć, że jestem tutaj, ale z mojego gardła wydobył się tylko żałosny, cichy jęk. Kilka razy inne bezdomne koty radziły mi co zrobić, aby się stąd wydostać, jednak nigdy nie udało mi się wystarczająco wysoko skoczyć, aby dosięgnąć okienka. W dodatku nie było się tam o co zaczepić pazurkami i podciągnął, więc musiałabym mieć naprawdę duży odskok. Coraz bardziej dokuczało mi pragnienie. Zabawne, zawsze gardziłam wodą pamiętając, że o mało nie skończyłam w niej życia jako maleńki kociak. To Karolina uratowała mnie wtedy przed strasznym końcem. Teraz oddałabym wszystko za jej łyk. Sucha karma paliła w gardło. Z żałością przypominałam sobie o pysznych karmach podawanych mi w zawsze czyściutkiej miseczce. Jednak najbardziej brakowało mi pieszczot i miziania, nie byłam już "najpiękniejszym i najukochańszym kotkiem na świecie". Czasami płakałam sobie z tego powodu.
Mijały dni. Pewnego razu ktoś przekręcił klucz w drzwiach. "Mama?" przemknęło mi przez myśl. Nie, to nie była mama. Ale, ale... wiedziałam że skądś znam tą kobietę. Tak, ona mieszka w tej samej klatce co Karolina, też ma bestię, ale dużo bardziej przyjazną od tej wtedy, ma mojego kolegę Dextera i czasami daje mi smaczne kąski. "Zabierz mnie do mamy..." mruknęłam cichutko. Jednak ku mojemu przerażeniu zamknęła na nowo mnie w tej komórce. Przeleciało mi przez głowę, że to już koniec i zapadłam w letarg. Jednak po chwili drzwi ponownie się otworzyły i stanęła w nich Karolina. Nie mogłam uwierzyć w to, że ją widzę.
 - Poznajesz mnie mama, poznajesz?
 - Tak, to ona. Po trzech tygodniach wreszcie ją znalazłam.
A potem wzięła mnie na ręce i poszłyśmy do domu. Po wejściu do klatki zaczęłam wierzyć w moje szczęście, a po przekroczeniu progu mieszkania w to, że nigdy nie należy przestać marzyć. Karolina szybko nalała mi wody do miseczki i dała pysznej karmy z tuńczykiem, zresztą mojej ulubionej.
 - Dlaczego mi dałaś tak mało jeść. Wiesz jaka jestem głodna? - zapytałam opróżniwszy całą miskę.
 - Nie dam ci Pusiu więcej, bo ci zaszkodzi - usłyszałam w odpowiedzi. Ech, człowiek chyba bardziej się na tym wszystkim zna od kota, prawda? Po posiłku umyłam sobie łapeczki i poszłam skontrolować mieszkanie. Nie uwierzycie, ale wszystko było na swoim miejscu. Nawet moja ubikacja i legowisko. Kochana mama, wiedziała, że wrócę. Oczywiście dostałam burę, którą pokornie przyjęłam. Ale też znowu usłyszałam, że jestem najpiękniejszym i najukochańszym kotem na świecie. Na dobranoc zostałam wymiziana po wszystkim co się dało. Och, jak mi tego brakowało. A jak mi się dobrze spało... Nie ma to jak wygodne ludzkie łóżko. Chociaż chyba już nie zdecyduję się na taki krok. Te trzy tygodnie zupełnie mi wystarczyły, a poza tym któregoś pięknego dnia Karolina jeszcze gotowa jest wystawić mi rachunek za farbę pokrywającą jej siwe z nerwów włosy, miau.

sobota, 8 września 2018

779. A gdzie są Twoje szklane domy człowiecze?

Było to w czasach, kiedy film w reżyserii Filipa Bajona, "Przedwiośnie", nakręcony na podstawie powieści Stefana Żeromskiego pod tym samym tytułem wchodził do kin. Jak to zwykle bywa, przy okazji w mediach odbyła się szeroko pojęta kampania zachęcająca uczniów i nauczycieli do pójścia na seans. Traf chciał, że kilkunastoletni Lolek trafił na ten oto fragment filmu:
I ta tajemnicza nazwa - "Szklane domy". Obdarzonej bujną wyobraźnią dziewczynce nie trzeba było dużo. Zaraz zaczęła pisać na komputerze(wszak ręcznie nie była w stanie) własną wersję mieszkańców owych "Szklanych domów" oraz szkicować na czym się tylko dało(a najczęściej na zwykłej gazecie z programem telewizyjnym, bo był pod ręką) ich plany. Co prawda tata z grubsza wspominał mi o co chodziło w tym całym "Przedwiośniu", jednak byłam zdecydowanie za młoda, aby zrozumieć jego ideę. Do mnie przemawiały "Szklane domy", bo można je było sobie wyobrazić, a nie "komunizm". Z czasem, gdzieś w połowie gimnazjum, obejrzałam sobie owy film. Zrobił na mnie wrażenie, chociaż zrozumiałam go tylko trochę. Najpełniej jednak odebrałam go w ogólniaku, kiedy w III klasie musiałam przeczytać "Przedwiośnie" jako lekturę obowiązkową. Nie ukrywam, że czytałam go z wypiekami na twarzy. Chociaż dla mnie główny bohater powieści, Cezary Baryka, zawsze będzie miał twarz Mateusza Damięckiego. Myślę, że ostatnia klasa liceum była idealna do tego, aby sięgnąć po niełatwy temat kształtowania się polityki w pierwszych latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Akcję już niejako znałam z filmu, jednak zakończenie powieści jest zupełnie inne, co mnie zaskoczyło. "Szklane domy" w dalszym ciągu rozbudzały moją wyobraźnię. Bo przecież każdy z nas marzy o idealnym świecie, o owych "szklanych domach" z wszelakim dobrobytem, o idylli. Bez względu na epokę oraz miejscu w którym przyszło nam żyć. Cieszę się, że w tym ważnym dla nas roku, jakim jest stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości Pan Prezydent Andrzej Duda zaproponował "Przedwiośnie" jako książkę "Narodowego czytania".

I na koniec fragment "Przedwiośnia", który tak bardzo pobudził moją wyobraźnię:

"— Sekret. Z olbrzymiej masy płynnej wyciąga gotowe belki, tafle, kliny, zworniki, odlane, a raczej ulane według danego architektonicznego planu. Cały szklany parterowy dom, ze ścianami ściśle dopasowanymi z belek, które się składa na wieniec, a spaja w ciągu godziny, z podłogą, sufitem i dachem z tafel — oddaje nabywcy gotowe. W domach tego typu, wiejskich, czyli, jak się dawniej mówiło, chłopskich, nie ma pieców. Gorąca woda w zimie idzie dokoła ścian, wewnątrz belek, obiegając każdy pokój. Pod sufitem pracują szklane wentylatory normujące pożądane ciepło i wprowadzające do wnętrza zawsze świeże powietrze.
— W lecie musi być w takim domeczku niczym w Baku na rynku podczas kanikuły.
— Mylisz się, niewierny! Tymi samymi wewnętrznymi rurami idzie w lecie woda zimna obiegająca każdy pokój. Woda ochładza ściany, wskutek czego jest w takim domku podczas największego upału jak w bakińskiej naszej piwnicy, tylko bez jej zgnilizny i odoru. Tąż wodą zmywa się stale szklane podłogi, ściany i sufity, szerząc chłód i czystość. Nawet nie wymaga ci to żadnej pracy specjalnej, gdyż rury odprowadzające zużytą wodę i wszelką nieczystość uchodzą do szklanych kloak, wkopanych opodal w ziemię.
— Jakieś gablotki, do licha, nie ludzkie mieszkania.
— Istne gablotki. Chłop polski, niezbyt, powiedzmy, przepadający za czystością, jak to jest wszędzie na wsi, przy pracy około krów, koni, kóz i owiec — choćby nie chciał, musi sobie w izbie zaprowadzić, zapuścić — uważasz — czystość, żeby mu snadź w izbie szklanej nie było gorąco. Wciąż mu baba zmywa izbę, ściany, podłogę — a wilgoci ani krzty, bo nie ma co gnić ani pleśnieć, ani śmierdzieć widzialnym czy niewidzialnym brudem, jako że naczynia wszystkie, sprzęty, graty, meble — szklane.
— Oszaleć!
— Oszaleć, ale z zachwytu. Bo te domy komponują artyści. Wielcy artyści. Dzisiaj są ich tam już setki. I powiem ci, nie są to nudziarze, snoby, żebraki, produkujące bzdury i głupstwa, śmieszne cudactwa i małpiarstwa dla znudzonych sobą i nimi bogaczów, lecz ludzie mądrzy, pożyteczni, twórcy świadomi i natchnieni, wypracowujący przedmioty ozdobne, piękne a użyteczne, liczne, wielorakie, genialne, a godne jak najszerszego rozmnożenia — dla pracowników, braci swych, dla ludu. Domy są kolorowe, zależnie od natury okolicy, od natchnienia artysty, ale i od upodobania mieszkańców. Są na tle okolic leśnych domy śnieżnie białe, w równinach — różowe, w pagórach — jasnozielone, z odcieniem fioletu, albo koloru nasturcji. Domy te są najwymyślniej, najfantastyczniej, najbogaciej zdobione, według wskazań artystów i upodobań nabywców, bo belkę ściany i taflę dachu można w stanie jej płynnym zabarwić, jak się żywnie podoba. Co tylko bezgraniczna fantazja kolorysty może począć i ujrzeć w boskiej tajemnicy organu oka, w darze niebios, we wzroku — jaka tylko barwa jawi się w przepychu kwiatów na łące pod koniec czerwca, to wszystko, to wszystko ujęte w natchnieniu, sformułowane przez twórczą świadomość, artystyczną mądrość i akty pracowitej woli, zobaczysz w zewnętrznych i wewnętrznych kompozycjach kolorowych chat nowoczesnych polskich chłopów. Są to istne marzenia futurystyczne ucieleśnione w podatnym i posłusznym szklanym materiale.
— I tyś to widział tam? Takie wsie? Tata!
— Jakże! Całe okolice, powiaty, województwa! Bo to ci poszło jak morowa zaraza, skoro się ludzie zwiedzieli. Któż by chciał mieszkać w próchniejącym, gnijącym i zjedzonym przez grzyby drewnianym chlewie albo w ciupie szerzącej reumatyzmy, gruźlice i szkarlatyny, w murowanym więzieniu cuchnącym wilgocią i myszami, wśród ścian, w które wrosły wszelakie choroby? Szklane domy kosztują niezmiernie tanio, gdyż przecie przy ich budowie nie ma mularzów, cieślów, stolarzy i gonciarzy. Sam materiał jeno, transport na miejsce i dwu, trzech monterów. Sam dom — bez robót ziemnych — buduje się w ciągu trzech, czterech dni. Jest to bowiem tylko składanie części dopasowanych w fabryce. Materiał, nawet z wynagrodzeniem artystów, nie kosztuje nad morzem drożej niż na miejscu drzewo budulcowe. Nie mówię już o cegle, wapnie i płacy robotnika, strajkującego wciąż z racji rosnącej drożyzny."

piątek, 7 września 2018

778. 10:11 czyli znowu w akcji

Życie jest nieprzewidywalne, nawet bardzo, czego doświadczam na każdym swoim kroku.
No bo kto by się spodziewał, że dostanę dzisiaj właściwie z marszu do przeczytania trzy wezwania Modlitwy Wiernych podczas wieczornej Mszy świętej pierwszo piątkowej? Założę się, że nikt, a już na pewno nie ja sama. Ostatnia taka sytuacja miała miejsce dwa lata temu podczas Światowych Dni Młodzieży. Znaczy się, że dostałam coś do przeczytania tuż przed Mszą, bo w ogóle od tego czasu kilka razy dostałam coś tam do przeczytania, jednak miałam czas w domu na to, aby się przygotować. 
Dostałam ja wczoraj jakąś wiadomość od pani B, prowadzącą parafialną scholę. Ponieważ znowu była to wiadomość MMS za nic na świecie nie mogłam jej odczytać. Mogłam oczywiście zadzwonić o co chodzi jak ostatnio, wolałam jednak poczekać ten jeden dzień. I tak planowałam iść dzisiaj do spowiedzi, więc istniała możliwość, że złapię ją w kościele.
I nie myliłam się - ledwo weszłam do świątyni, a mój wzrok powędrował w stronę chóru, zaś do moich uszów dobiegł dźwięk melodii podkładów. Rozejrzałam się jeszcze dookoła, aby zorientować się jak tam sytuacja z konfesjonałami wygląda i poszłam na górę dowiedzieć się o co chodzi z tym MMSem. Szybko się wyjaśniło, że po prostu została wysłana w nim informacja o tym, że śpiewami dzisiaj na Mszy świętej(wow, ostatnio jako schola śpiewaliśmy podczas pierwszego piątku gdzieś na jesieni 2009 roku), że jutro jest próba o 10:30 oraz przypomnienie o niedzielnej Mszy o godzinie 10:00(czyli, że schola spotyka się pół godziny wcześniej). Wysłuchawszy ogłoszeń poszłam w dół, a potem znowu sobie wróciłam na górę. 
Siedziałam sobie spokojnie na ławce, gdy nagle podeszła do mnie pani B. z kartką oraz pytaniem, czy nie przeczytałabym trzech ostatnich wezwań z Modlitwy Wiernych. Spokojnie zapytałam ją kiedy, na co usłyszałam, że dzisiaj. O kurczaczki. Co prawda na chwilę obecną oprócz mnie były jeszcze z dwie osoby, ale im już coś zostało "sprzedane". Niepewnie pokiwałam głową i wzięłam kartkę w trzęsące się łapska. Kilka razy przeczytałam - ok, powinno być dobrze. Potem tylko trzeba było zaczekać na odpowiedni moment podczas całości(najbardziej rozbroiło mnie retoryczne pytanie pani B. czy potrzebuję śpiewnik ze słowami piosenek - wszyscy w scholi wiedzą, że kto jak kto, ale ja znam wszystkie śpiewane przez scholę piosenki na pamięć), zejść, przeczytać i wrócić na miejsce. Chyba wszystko poszło zgodnie z planem, bo skarg i zażaleń jeszcze nie słyszałam. 
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że od trzech dni jestem trochę podziębiona, tak więc i byłam w trochę nie najlepszej formie. Ale spokojnie, witamina C i wapno poszły w ruch mam nadzieję, że do poniedziałku jakoś zdołam się wykurować. Dlaczego do poniedziałku? Ponieważ od tego dnia przez dwa tygodnie mam zabiegi. Szkoda byłoby ich nie wykorzystać, prawda?
A tak żeby nie było, że ciągle jęczę, że niewyraźnie mówię i że pewnie wyolbrzymiam sprawę, to próbkę moich możliwości można sobie odsłuchać w >>TYM<< poście.
Ale spokojnie wbrew pozorom sporo osób rozumie moją wymowę. Więc chyba nie jest aż tak źle, prawda? No i jeszcze jedno takie czytanko w przeciągu najbliższych 12 miesięcy i będę mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że średnia moich czytań podczas Mszy świętych wynosi 1 na rok :).

czwartek, 6 września 2018

777. Ubezwłasnowolnienie nie zawsze jest złe

Przez kilka ostatnich dni Komitet ONZ do spraw Praw Osób z niepełnosprawnościami obradował nad sprawozdaniem polskiego rządu z wdrażania Konwencji o prawach tychże osób. Jednym z postulatów było zniesienie ubezwłasnowolnienia dla nich. 
No właśnie to wideo nie daje mi spokoju. Bo o ile jestem w stanie zgodzić się ze zrezygnowaniem z ubezwłasnowolnienia osób niepełnosprawnych ruchowo(chociaż szczerze powiedziawszy nie spotkałam się jeszcze z takim przypadkiem, wyłączając osoby całkowicie sparaliżowane, z którymi mimo wszystko nie ma trwałego kontaktu), o tyle z ubezwłasnowolnieniem osób niepełnosprawnych umysłowo, a szczególnie w stopniu znacznym, już nie.  
Na sam początek pozwolę sobie przybliżyć Wam czym jest niepełnosprawność w stopniu znacznym(bo o takim jest mowa w powyższym filmiku). Dawniej ten rodzaj upośledzenia znany był pod nazwą "idiotyzm". Jest to rozwój psychiczny osoby dorosłej na poziomie sześcioletniego dziecka, zaś jej poziom IQ wynosi od 20 do 34. Osoby dotknięte tym rodzajem upośledzenia umysłowego są w stanie opanować samoobsługę i przy stałej opiece wykonywać się podstawowych czynności domowych, nie są jednak w stanie wyuczyć się zawodu. Jeden z moich wykładowców określił ich kiedyś obrazowo jako wieczne dzieci. Bo po trochu tak odbierają świat. A ubezwłasnowolnia ich się nie dla własnego widzi mi się ale dla ich i ich najbliższych dobra.
Ubezwłasnowolnienie jest to natomiast częściowe lub całkowite. Osoba, która ukończyła 13 lat może zostać ubezwłasnowolniona całkowicie, jeżeli w wyniku choroby psychicznej, niedorozwoju umysłowego lub innego rodzaju zaburzeń(np. alkoholu, narkomanii) nie jest w stanie kierować swoim postępowaniem. Taka osoba pozostaje pod władzą rodzicielską, bądź władzą wyznaczonego przez sąd opiekuna. Czynności prawne dokonywane przez osobę ubezwłasnowolnioną są nieważne, z wyjątkiem umów powszechnie zawieranych w drobnych bieżących sprawach życia codziennego. Inaczej mówiąc osoba ubezwłasnowolniona może sama kupić sobie coś do jedzenia, czy też bilet na komunikację miejską, ale biletu na dłuższą podróż, czy też np. radia za 100 złotych już nie. A nawet jeżeli uda im się nabyć je, to opiekun prawny po udowodnieniu że dana osoba jest ubezwłasnowolniona będzie mógł zwrócić je. Nie mówię już o wszelkich podpisach na papierach, bo wedle prawa są one nieważne i to opiekun prawny reprezentuje swojego podopiecznego we wszelkich urzędach itp. Zresztą wyobrażacie sobie sześcioletniego malucha w pełni świadomie podpisującego np. potwierdzenie przelewu bądź głosującego na głowę państwa? Bo ja nie. A przecież musimy pamiętać, że ludzie niepełnosprawni umysłowo w stopniu znacznym mają właśnie taką mentalność, nawet w dorosłym życiu. Podejrzewam też, że większość moich przyjaciół niepełnosprawnych umysłowo w stopniu umiarkowanym jest ubezwłasnowolniona, przynajmniej częściowo. I to nie koniecznie z wygody, ale dla ich i ich rodzin bezpieczeństwa.
Zresztą samo ubezwłasnowolnienie nie jest takie hop siup. Sprawy takie należą do właściwości sądów okręgowych, gdzie rozpoznawane są w składzie trzech sędziów zawodowych. Właściwy miejscowo jest sąd miejsca osoby, której dotyczy wniosek o ubezwłasnowolnienie, zaś w przypadku jego braku - sąd miejsca jej pobytu. Wniosek o ubezwłasnowolnienie może być zgłoszony przez małżonka osoby, której on dotycz, jej krewni w linii prostej, rodzeństwo, przedstawiciel ustawowy lub prokurator. Kto zgłasza wniosek o ubezwłasnowolnienie działając w złej wierze lub działając lekkomyślnie podlega karze grzywny do 1000 zł. Osobę której dotyczy wniosek należy wysłuchać po wszczęciu postępowania. Wysłuchanie powinno odbyć się w obecności biegłego psychologa oraz biegłego lekarza psychiatry lub neurologa. Orzeczenie ubezwłasnowolnienia obowiązuje aż do jego uchylenia lub zmiany. Istnieje też możliwość uchylenia z urzędu przez sąd orzeczenia o ubezwłasnowolnieniu w przypadku ustania przyczyn, dla których zostało orzeczone.
I na koniec, aby w pełni zrozumieć po co ubezwładnia się osoby niepełnosprawne umysłowo przytoczę przykład z życia wzięty(a raczej z programów interwencyjnych), który na zajęciach z prawa cywilnego został nam przytoczony. Pewien niepełnosprawny umysłowo mężczyzna "sprzedał" dom w którym mieszkał z rodzicami jakiemuś podstępnemu sąsiadami, nawet sam nie wiedział za ile, miał tylko pokazać palcami ile banknotów dostał. Zawarta pomiędzy mężczyznami umowa jest ważna, bo ten niepełnosprawny, niemówiący składnie mężczyzna, który nawet nie zdawał sobie sprawy co robi, złożył jakiś tam zygzak na umowie, a skoro nie został ubezwłasnowolniony to ta umowa jest ważna. Potem podobno matka tego mężczyzny płakała, że gdyby wiedziała, że tak się stanie, to już dawno by go ubezwłasnowolniła... Nie wiem jak skończyła się ta historia, czy udało się tą umowę jakoś unieważnić w każdym razie pokazuje, że nie zawsze da się wszystko przewidzieć, rodzice też nie zawsze są w stanie upilnować swoich upośledzonych dzieci, a takie ubezwłasnowolnienie zapobiega właśnie tego typu tragedią... Więc czy naprawdę powinniśmy walczyć o jego wzniesienie we wszystkich przypadkach?

poniedziałek, 3 września 2018

776. Jak wychować niezaradne życiowo dziecko

Pisząc o mojej ostatniej pielgrzymce wspominałam o tym, że dzięki dziadziusiowi R. miałam zapewniony dach nad głową. Pisałam też wtedy, że wraz z dziadziusiem na pielgrzymkę poszły jego wnuczki młodsza D.(12 lat) i starsza P.(15 lat). Dla jasności do najbliższej rodziny zaliczamy jeszcze ich starszego brata M.(22 lata) oraz mamę A. 
Z dziewczętami znam się od lat - śpiewamy, lub też śpiewałyśmy w przypadku starszej z nich, w parafialnej scholi. Dlatego są już osłuchane z moją niezbyt wyraźną paplaniną. Teraz jednak miałam okazję poznać ich od nieco innej, bardziej domowej strony. I trochę jestem zszokowana starszą dziewczyną.
Powiedzcie mi jak można nazwać osobę zupełnie niezaradną życiowo? Bo ani się nie potrafi na czas wyszykować(ja rozumiem, że pobudka o godzinie 5 w wakacje jest abstrakcją, ale chyba w wieku 15 lat wiedziała na co się pisze), ani nie potrafi zorganizować sobie spania, mama musi jej robić kanapki, a jak okazało się, że zapomniała szczoteczki do zębów z domu to ojciec musiał specjalnie ją jej przywieźć samochodem(kurcze, jakbym ja czegoś zapomniała to po prostu bym tego nie miała). Wszyscy dookoła niej skaczą jak wokół jakiegoś pieska salonowego. A kiedy po drodze coś jej się stało w kolano i musiała jeździć na wózku, jej matka była bardzo oburzona faktem, że biskup nie zatrzymał się koło niej i jej nie pobłogosławił, a jeszcze bardziej tym, że nikt z nas nie powiadomił go(znaczy się biskupa) o tym, że jest tutaj osoba na wózku inwalidzkim. No padłam i myślałam, że już nie wstanę. Kochani, przez 28 lat mojego życia tylko raz zostałam pobłogosławiona przez kardynała i to zupełnie przypadkowo. Ja rozumiem, że każdy może mieć jakiś wypadek, ale bez przesady. Tym bardziej, że już tydzień później brykała jak młoda koza. 
Zresztą zawsze wszystko musiało być pod P. robione. Chciała śpiewać w parafialnej scholi, przyszła pierwszy raz i od razu śpiewała. Akademia parafialna bez frazy mówionej przez P? Mamusia poszła, pogadała z księdzem i od razu rola się znalazła(czemu moja mama tak nie robiła?). P. nie chodziła miesiącami na próby scholi? To nic, przecież ma chorą tarczycę/chodzi do szkoły muzycznej, więc jej wolno(ale innym nie i po dłuższej nieobecności byli wydalani z zespołu nie zależnie od tego, czy byli chorzy, czy też mieli problemy rodzinne). P. chciała zostać animatorką salezjańską podczas półkolonii w wieku 12 lat?(chociaż wymóg jest taki, że trzeba mieć ukończone 13 lat i przejść okres próbny) - i to się dało załatwić, kiedy do akcji wkroczyli rodzice. To nic, że wychowawca grupy skarżył się później, że ma dodatkowe dziecko zamiast pomocy, grunt, żeby P. była szczęśliwa. Hitem dla mnie było podwożenie P. do szkoły, bądź kościoła mieszczącego się tuż obok, chociaż miała raptem 150 metrów, no ale przecież ona nie może się przemęczać. Nikt nie mógł też P. skrzyczeć ani nic złego o niej powiedzieć... Kiedy otrzymała rolę w musicalu o Karolu Wojtyle, zrobiono z tego sensację na miarę Oscarów. Nie zdziwiłabym się, gdyby dochodziło do takich absurdów jak wczoraj, gdzie jakiś dzieciak zrobił aferę na cały krakowski rynek widząc jak wolontariusze jedzą hamburgera (z miłą chęcią bym mu go oddała, bo "kocham" tego typu jedzenie), a rodzice zamiast to zignorować po prostu poszli z nim w stronę Maca. Co prawda nie wiem czy weszli i mu go kupili, ale wniosek nasuwa się sam. A potem dziwimy się, że dzieci nie znają słowa "nie" w stosunku do ich samych.
Może i jej rodzice chcieli dla niej dobrze, ale wyrosła z niej rozkapryszona pannica, nie potrafiąca sobie zbytnio radzić w życiu. Ja mam nadzieję, że mama szykowała jej kanapki tylko dlatego, żeby było szybciej, a nie dlatego, że P. tego nie umie. Co ciekawe, D. to całkowite jej przeciwieństwo. Skromna, zaradna, spokojna, nie wywyższająca się ponad innych. I to właśnie D. bardziej lubię z tej dwójki. A jednocześnie dziękuję Najwyższemu za rodziców, którym mimo wszystko nie udało się zrobić ze mnie życiowej kaleki. Którzy co prawda kochali, ale potrafili też powiedzieć nie, a nawet opieprzyć w publicznym miejscu, jeżeli była taka potrzeba. Którzy nauczyli mnie, że na wiele rzeczy trzeba po prostu poczekać, na inne uczciwie pracować. Którzy nie ubolewali nade mną, nie wyręczali we wszystkim z powodu mojej niepełnosprawności, ale wymagali ode mnie adekwatnie od wieku i sprawności. To dzięki nim radzę sobie w codziennym życiu. Wiadomo, wszystkiego nie zrobię, ale przecież mogło być gorzej, prawda?

A tak w ogóle to skoro zaczęła się szkoła, to i ja się zaczęłam przygotowywać do zmagań matematycznych z panem M. Szósta klasa to nie przelewki, a mnie niekiedy brakuje sił, aby do niego dotrzeć.

niedziela, 2 września 2018

775. Dlaczego wstałam dzisiaj o 4:20 rano

Dzisiaj w 10 polskich miastach odbył się Poland Business Run. W Krakowie, kolebce tego wydarzenia, była to już 7 edycja tego wydarzenia. Za razem była to pierwsza impreza, w której brałam udział. Nie, nie biegłam, bo aby wystartować musiałabym uzbierać 5-osobową ekipę, gotową pobiec w sztafecie... Udało mi się dostać do grona wolontariuszy, którzy pomagali przy organizacji całego przedsięwzięcia w Krakowie. 
Dlaczego w Krakowie, skoro impreza biegowa miała miejsce też w położonych dużo bliżej Katowicach? Kraków był dużo bardziej wypromowany w tej sprawie, to na ogłoszenie o poszukiwaniu wolontariuszy w Krakowie pierwszy raz się natchnęłam i na niego odpowiedziałam. Dużo, dużo później zobaczyłam, że można było zgłaszać się też do innych miast, w tym do Katowic. Trudno, nie chciałam już nic mieszać. Tym bardziej, że termin zgłoszeń upływał 15 sierpnia.
Długo nie dostawałam odpowiedzi na moje zgłoszenie. W końcu zaczęłam wątpić w to, że udało mi się zakwalifikować. Aż wreszcie, zupełnie niespodziewanie, w tą środę przyszedł meil zwrotny oznajmiający, że dostałam się do grona wolontariuszy i zapraszający mnie na spotkanie robocze w sobotę(czyli wczoraj) na godzinę 16:00 do Hali 100-lecia KS Crakovia. Jednocześnie dowiedziałam się z niego, że jestem zaangażowana w tzw. Strefę VIP.
Wczoraj zgodnie z meilem pojawiłam się na szkoleniu. W sumie pierwszy raz byłam w obiekcie sportowym w tak doskonałym stopniu przystosowanym dla potrzeb ludzi z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Dowiedziałam się na nim, co, jak, gdzie i kiedy. A prowadziła je bardzo sympatyczna pani prezes fundacji. Najważniejszą dla mnie informacją było jednak to, że odprawa mojego działu jest dzisiaj o 7:30 na rynku głównym. Wcześnie, ale spokojnie - pierwszy bus do Krakowa jedzie od nas o 5:30, spokojnie mogłam więc zdążyć na czas.
Do domu wróciłam coś po godzinie 19:00. Po drodze spotkałam starsze panie z naszej parafii, które ze zdziwieniem pytały, dlaczego nie idę na doroczną parafialną pielgrzymkę do bazyliki, o której tyle Wam tutaj pisałam. A ja po prostu chciałam się wyspać przed dzisiejszym dniem, co byłoby niemożliwe, gdybym poszła na tą całą Mszę.
Dzisiaj wstałam o 4:20, a z domu wyszłam o 5:10. Niestety, na przystanek trzeba trochę dojść. Ale za to można trochę przespać się w busie. Na dolną płytę dworca podjechaliśmy przed 7:00 - nawet nieźle. Jeszcze tylko dwadzieścia minut marszu i byłam na rynku w Krakowie. Wkrótce przybyła pozostała trójka wolontariuszy i mogliśmy udać się do namiotu organizatora po robocze koszulki oraz identyfikatory. Następnie przeszliśmy do sektora dla VIPów, gdzie rozdzielaliśmy identyfikatory i ogólnie zajmowaliśmy się wyższymi sferami. Co nie oznacza, że nie mogliśmy iść obejrzeć start biegu, czy też zrealizować kuponu żywieniowego w słynnym Macu(w sumie to moja pierwsza konsumpcja w tej marce od lat, ale organizatorzy mieli umowy tylko z nią). A propos samego biegu - u nas w Krakowie było 1600 5-osobowych drużyn, a każdy uczestnik musiał pokonać 3800 metrów. Najszybszy biegacz pokonał ją w tempie niecałych 12 minut! Zaś najlepsza drużyna przebiegła wszystko w niecałą godzinę. Wartym zaznaczenia jest fakt, że była to jedyna drużyna, której udało się przebiec trasę w czasie poniżej godziny. Po biegu pomogliśmy trochę w uhonorowaniu sponsorów oraz najlepszych biegaczy. W sumie statuetki dla tych pierwszych były plastykowe, więc trudno było by mi je potłuc, biegacze też dostali w miarę stabilne nagrody. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że pobito kolejny rekord, tzn. podczas biegu udało się zebrać 438 210 zł! Planowana jest za to pomoc 40 podopiecznym fundacji.
Po oficjalnym zakończeniu imprezy poszłam trochę po pomagać w zwijaniu banerów reklamowych. Wiadomo, heros ze mnie żaden i do noszenia ciężkich ich zwojów raczej się nie nadaję, za to do segregowania pojedynczych reklam i owszem. Denerwujące były jedynie podmuchy wiatru - wiecie, człowiek poskładał sobie reklamy na kupkę, a tutaj przyszedł wiaterek i myk, kupka została zdmuchnięta. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? To, że byłam tak zaabsorbowana tym zajęciem, że prawie przegapiłam moment wręczania certyfikatów i upominków dla wolontariuszy. Spóźniona, bo spóźniona, ale odebrałam swój certyfikat wolontariusza(wow, drugi raz spotykam się z czymś takim) oraz zupełnie niespodziewanie pamiątkowy medal(identyczny jak uczestnicy biegu) oraz torbę firmową. Przy okazji usłyszałam kilka miłych słów od samej pani prezes fundacji. Jeszcze tylko musiałam pójść po jeszcze jedną pamiątkową koszulkę do namiotu organizatora. I tam natchnęłam się na kłótnię pewnej pani z dziewczyną obsługującą punkt. Generalnie babce chodziło o to, że wolontariusze dostawali koszulki za darmo, a jej kazano płacić. No i się kobieta obraziła, że są równi i równiejsi. Ci co muszą płacić, i ci co mają "wszystko za darmo". Ręce opadają, tym bardziej, że nam te koszulki dali w formie zapłaty za wykonaną pracę.
Padnięta po całym dniu wróciłam do domu. Już nawet nie miałam siły iść na miejskie dożynki. Ale przeżycie fantastyczne i wreszcie miałam okazję zobaczyć jak się robi taką imprezę "od kuchni".