Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 28 lutego 2025

2138. Internetowy lot błykawicy

Żyjemy w czasach, kiedy informacje przemieszczają się błyskawicznie, głównie za sprawą Internetu. Ma to swoje dobre strony, ponieważ możemy w jednej chwili znaleźć interesujące nas wiadomości, np. na temat sytuacji na Ukrainie w danym dniu (wybaczcie, ale to już chyba takie zboczenie związane z pisaniem pracy magisterskiej). Ale ma też i gorsze. Na przykład większość moich znajomych ze studiów zamiast na zajęciach notować na laptopach to co mówi wykładowca, to np. przegląda facebooka. Wiem, powiecie, że takie czasy nastały. A ja jeszcze pamiętam moje zupełnie pierwsze studia, na których laptopy miały 2-3 osoby w grupie, głównie z niepełnosprawnością, Internet był głównie w domach, a cała reszta notowała grzecznie w zeszytach. Oczywiście zawsze przesyłaliśmy im notatki, ale świat nie był jeszcze tak bardzo przeniesiony do technologii, jak teraz. I tak jak kiedyś byłam jedną z nielicznych posiadających laptopa na zajęciach, tak teraz jestem jedyna, która na studiach nie ma dostępu do Internetu...
Inną negatywną rzeczą jest to, że jesteśmy wręcz bombardowani z każdego portalu mniej lub bardziej istotnymi informacjami. Przykład pierwszy z brzegu - stan zdrowia papieża. Rozumiem, że świat z uwagą śledzi to, co dzieje się w Watykanie, wszak ważą się losy głowy Kościoła Katolickiego. Ale co druga wiadomość na tablicy fb o treści, że z Watykanu nadeszły niepokojące wiadomości, że papież spokojnie przespał noc, że pewnie zaraz abdykuje, podobnie jak Benedykt XVI mnie poraża. W dodatku niejednokrotnie te wiadomości wykluczają się wzajemnie swoją treścią. Już nawet przestałam je czytać. Nie będę nabijać licznika odsłonięć treści, które są tylko spekulacjami, niejednokrotnie grającymi na uczuciach ludzkich. Już tylko czekam na to, aż przedwcześnie "uśmiercą" Franciszka, tak jak 20 lat temu Jana Pawła II. Co prawda moment jego agonii przypadł na najgorszy okres, czyli początek kwietnia i związany z tym prima aprilis, tak więc nie było wiadomo, czy to co mówią dziennikarze jest prawdą, czy też nie. I niby człowiek wiedział, że Jan Paweł II jest w krytycznym stanie i mało prawdopodobne jest, że z tego wyjdzie, a jednak liczył na ten cud. Cud, który się nie wydarzył.
Dwadzieścia lat temu to, co się działo w Watykanie śledziłam w telewizyjnych programach informacyjnych, prasie, a w szkole w audycjach radiowych, które dla nas były tym, czym dla współczesnych nastolatków są media społecznościowe. Dzisiaj niemal wszystkie informacje mam za kliknięciem myszką w odpowiedni link. Z tym, że muszę z tym czekać na powrót do domu. I ćwiczyć się w cnocie cierpliwości.

Kilka dni temu pisałam o nieodpowiedzialności rodziców, którzy w zeszłym roku zaprzestali skutecznej terapii przeciwnowotworowej swojego synka na rzecz alternatywnych metod leczenia (ziółka, naturalne soczki itp.). Jasne, mieli takie prawo. I może miałyby jakieś zastosowanie jako wspieranie leczenia farmakologicznego. A nie jako samodzielna terapia. Jednak na przełomie listopada i grudnia białaczka z którą mierzył się chłopiec wróciła ze zdwojoną siłą. I tak z jednej strony przeżywali nawrót choroby, co w sumie było normalną reakcją, a z drugiej ciągali dzieciaka w zimny dzień w góry, bo chcieli przeżyć romantyczną randkę w dzień zakochanych. Teraz, równe dwa tygodnie od realizacji zamierzenia, nadeszła wiadomość, że chłopiec zmarł. Nie dożył trzynastych urodzin, które miał mieć w maju. Myślę, że rodzicom zabrakło pokory i może też wyobraźni. Że może gdyby wtedy dokończyli chemioterapię, to Młody miałby powikłania, ale może i pokonałby chorobę (miał aż połowę szans). Że może gdyby te dwa tygodnie temu nie wyszli w nim w góry, kiedy dzień wcześniej pisali o słabej odporności synka, to nie osłabiliby go jeszcze bardziej. Postawa dziwi tym bardziej, że matka jest ratownikiem medycznym. I tylko chłopca żal...

wtorek, 25 lutego 2025

2137. Zostaliśmy grupą bez Starościny, ale może za to ze spokojem

Wraz z początkiem czwartego semestru Nauk o Rodzinie z funkcją starościny pożegnała się osoba sprawująca tą funkcję w naszej niewielkiej grupie. Po roku, bo mniej więcej od takiego czasu regularnie wpływały na nią skargi do Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego. Od nas, współstudentów i od... wykładowców. To, że od naszej grupy to mnie specjalnie nie zdziwiło, ale jak na posiedzeniu usłyszałam, że od wykładowców także, to myślałam, że padnę z wrażenia. Ale z drugiej strony dało mi to do myślenia, że skoro sprawy przybrały taki obrót, to cała sytuacja musiała być poważna.
Najlepiej byłoby odwołać ją na podstawie pisma skierowanego do WRSSki, pod którym podpisałaby się większość grupy. Nawet napisałam takie pismo z argumentacją co i jak. Ale jak przyszło co do czego, to wszyscy umywali ręce przed podpisaniem go. Najbardziej rozbawiła mnie argumentacja jednej osoby, że "jeszcze coś sobie zrobi". Jak to skomentowała Przewodnicząca Rady - "Yhy, nałyka się witaminy C...". No dobra, wyszło na to, że grupa jest jakaś dziwna - jak tak, to żali się na całego, a jak nadarza się okazja do pozbawienia jej funkcji starościny, to umywają ręce niczym biblijny Piłat. Nawet prowadząca przedmioty psychologiczne na Wydziale niezbyt pochlebnie oceniła tą sytuację, kiedy byłam u niej indywidualnie zdawać kolokwium.
W międzyczasie Starościna trochę mnie wystawiła z przełożeniem mojego egzaminu z "Małżeństw mieszanych". Zrobiło się zamieszanie, interweniował prodziekan Wydziału, sprawa została załatwiona na moją korzyść. Wszystko to dotarło do Przewodniczącej Rady, która tak się zdenerwowała, że zaczęła wertować regulaminy i znalazła punkt mówiący, że Starostę roku można odwołać w głosowaniu na posiedzeniu Rady Wydziału. Jednocześnie zaproponowała, abym to ja została Starostą roku (były dwie kandydatki na tą funkcję, ale ostatecznie nie potrafiły jednoznacznie się określić w tym względzie). Ja jednak odmówiłam - po pierwsze, mam za dużo obowiązków, nie jestem tak często na kierunku, abym mogła podjąć się tego zadania. Po drugie, nie czułabym się godna pełnienia tej funkcji. A poza tym, wiem że Starościna będzie się za to na mnie mściła. A ja na pewno nie potrafiłabym się jej przeciwstawić. Na szczęście, regulamin przewiduje, że w wyjątkowych sytuacjach (w tym wypadku ostatni semestr nauki) można odstąpić od wyboru nowego Starosty.
Tym sposobem na posiedzeniu Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego w wolnych wnioskach wniosłam o odwołanie Starościny z jej funkcji. Skoro cała grupa okazała się mięczakami w tej kwestii, to ktoś musiał wziąć sprawy w swoje miejsce. Przewodnicząca Rady wyjaśniła pozostałym w czym rzecz. A potem było głosowanie. Wynikiem 7/7 Starościna została jednogłośnie odwołana ze swojej funkcji. Wiem, że nie będzie zadowolona, być może będzie się rzucać jak węgorz w sieci. Ale z drugiej strony przez 4,5 roku dała się poznać bardziej od złej, niż dobrej strony. Więc nic nie przyszło ot tak sobie. Jak była Przewodniczącą Rady to też nie dała się poznać od dobrej strony. Może gdyby nie to, to wynik głosowania byłby inny... 
Tak więc zostaliśmy grupą bez starosty. Teraz każdy z nas sam będzie musiał zatroszczyć się o swoje interesy u wykładowców. Ale może to i lepiej, skoro Starościna i tak nic nie załatwiała. Hm... ale żeby wykładowcy żalili się na nią Przewodniczącej Rady? Tego bym się nie spodziewała...

poniedziałek, 24 lutego 2025

2136. Trzy lata wojny

Trzecia rocznica agresji Rosji na Ukrainę zbiegła się w czasie z moim finiszowaniem w pisaniu pracy magisterskiej z Nauk o rodzinie, poświęconej adaptacji dzieci w młodszym wieku szkolnym do wymogów stawianych im przez polski system oświaty. Ale żeby nie było tak łatwo - dodatkowo porównuję je z identycznymi badaniami, które przeprowadziłam dwa lata temu, w niedługim czasie po napaści Rosji na Ukrainę.
Skąd taki pomysł na temat? Właściwie wyszedł on przez przypadek - kiedy na przełomie 2021 i 2022 roku wstępnie deklarowaliśmy czym chcielibyśmy się zajmować w naszych pracach dyplomowych. Kiedy powiedziałam, że chciałabym napisać o funkcjonowaniu dzieci z Ukrainy w polskich szkołach, moja promotorka była trochę załamana. Niby było już sporo uczniów narodowości ukraińskiej w naszych szkołach, nawet w mojej rejonowej, a mimo to kobieta zastanawiała się, czy to się uda. Zachęcała mnie nawet do zmiany tematyki, o czym zaczęłam po cichu myśleć tak na początku lutego. A potem wybuchła wojna i sprawa niejako się rozwiązała. Wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że kiedy 24 lutego usłyszałam o wybuchu wojny na Ukrainie, to pierwsza myśl, jaka przyszła do tego mojego pustego łba brzmiała: I po co mi ten dyplom z turystyki religijnej, skoro za granicą spadają rakiety? Dwa dni wcześniej obroniłam bowiem tytuł licencjata na Uniwersytecie Papieskim w Krakowie. 
Wtedy przeprowadziłam sześć wywiadów z nauczycielkami pierwszych trzech klas, do których trafili kilka miesięcy wcześniej mali uchodźcy. W niemal wszystkich przypadkach okazało się, że dzieciaki nie odnajdują się w nowej sytuacji, że noszą w sobie traumę, z pierwszych dni i tygodni działań wojennych w ich ojczyźnie. Wyszło też, że sami nauczyciele nie byli przygotowani na taką sytuację. 
Po dwóch latach ponownie powtórzyłam te badania. I wyszły zdecydowanie na plus. 
Jeden z podrozdziałów pierwszego rozdziału opowiada o przebiegu wojny na Ukrainie (analogicznie jeden z podrozdziałów mojej pracy licencjackiej przedstawiał zarys historii Ukrainy od 1918 do 2022 roku). Nawet nie wiedziałam, że tych 21 stron aż tak mnie wykończy emocjonalnie. Jeszcze raz cofałam się do ostatnich 3 lat i tego, co w tym czasie działo się za naszą wschodnią granicą. O większości zdarzeń pamiętałam, niektóre jednak mi umknęły gdzieś w czasoprzestrzeni. Z drugiej strony, trudno zapomnieć o tym, co się działo w takiej Buczy, Charkowie, czy też Mariupolu. A kiedy dotarłam do ilości zabitych, to aż czułam, jak ciarki mi przechodzą po ciele. I sama się siebie pytam - po co ta cała wojna? Po co tyle zabitych osób i zniszczonych obiektów? Nie rozumiem, na prawdę nie rozumiem. Tym bardziej, że końca tego konfliktu nie widać. A cierpią tak właściwie najbardziej bezbronni cywile.
Okresowo na świetlicy, gdzie pracuję, pojawiają się dzieciaki, które są uchodźcami wojennymi. Zwykle na 2-3 miesiące, potem znikają. Kiedyś było ciężej z nimi pracować. Teraz, po tych 3 latach spędzonych w Polsce, jest dużo lepiej. Chociaż wiadomo, że nigdy nie zastąpi się im tego, co musieli porzucić podczas ucieczki przed wojną.

164 strony magisterki. Przecież promotor się załamie... Z drugiej strony - mam jakieś nieodparte wrażenie, że tuż przed końcem coś mi się nie uda, że polegnę. Że tyle poświęconego czasu i zaangażowania pójdzie na marne. Czy to tylko przedwczesny stres? Oby.

niedziela, 23 lutego 2025

2135. Rodziców się nie wybiera, ale...

Od ponad 12 lat czytam, najpierw bloga, a teraz profil na fanpage, pewnej rodziny, wychowującej dwoje niepełnosprawnych dzieci, skrajne wcześniaki. Trafiłam tam przez przypadek - blog był prowadzony na onecie, który od czasu do czasu wyróżniał ciekawe wpisy, poprzez umieszczenie ich na panelu blogowym, albo nawet na stronie głównej portalu. Nawet ja dwa razy znalazłam się z moimi wpisami na głównej stronie onetu, co bardzo mnie zdziwiło, ale i ucieszyło. No bo kto by pomyślał, że moja recenzja filmu "Nad życie" opowiadającego historię Agaty Mróz-Olszewskiej spodoba się komuś na tyle, że uzna, że powinno ją przeczytać większe grono osób? Bo na pewno nie ja. Dobra, nie ważne. Było minęło...
Tamten proponowany wpis na "miniaturce" miał fragment nawiązujący do rehabilitacji ich starszego dziecka, czyli temat dosyć mi bliski. Kliknęłam więc w link, który odesłał mnie już na sam blog. Pamiętam, że najpierw przeczytałam wpis, do którego odnosiło się hiperłącze, a następnie zaczęłam czytać wpisy od początku istnienia bloga. I tak mi zostało do dzisiaj, z tym, że blog zamienił się na fanpage.
Czytam i mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony prowadząca go matka pokazuje jak bardzo aktywne prowadzą życie. No i dobrze, bo myślę, że mogą tą swoją aktywnością zainspirować niejednego człowieka, niekoniecznie niepełnosprawnego. Pokazują, że nawet mieszkańcy wsi mogą spędzać czas na realizacji swoich pasji. 
Ale z drugiej strony zastanawiam się, czy w pewnych rzeczach ciut ta mama nie przesadza. Ja rozumiem, że jak każda matka marzyła o zdrowych, sprawnych dzieciach, co jest naturalne. Nikt raczej nie chce, aby urodziły się z deficytami. Stało się jednak inaczej i mam wrażenie, że nieco idealizuje swoje pociechy, chcąc aby były one jak najbardziej "niewidoczne". W co drugim wpisie czytam, jakie to jej dzieci są genialne i idealne, że mają znakomitą pamięć, że to, że tamto, że siamto. Rozumiem, że jak każda matka widzi w swoich dzieciach potencjał i intelekt, ale jej wpisy wskazują na to, że są to ósme cuda świata w dziedzinie wiedzy, szczególnie młodszy z chłopców. Jeszcze gdyby pisała o tym w miarę naturalnie, nawet z emocjami, ale naturalnie, to nie gryzłoby mnie to. Ale ten jej styl pisania, ta pewność siebie, że ma w domu genialne dziecko, przy jednoczesnym obojętnym podejściu do komentujących, to mnie jakoś zraziło do niej. 
Po drugie - ciągłe zbiórki na coś. Nie tylko na rehabilitację i terapię, ale np. na wyjazd na zabawę z delfinami za kilkanaście tysięcy złotych, bo docelowo miała jechać cała rodzina. Czy to był potrzebny wyjazd, czy też zachcianka rodziców - nie wiem. Zaczęło się od delfinków, potem był sprzęt na wyjazdy w góry, różne wycieczki, samochód... Rozumiem, że chcieli zapewnić chłopcom normalne życie, na tyle, na ile jest to możliwe, ale czy zbiórki są jedynym sposobem na to? I czy musieli zbierać dosłownie na wszystko, skoro jeden z nich pracował? Może nie zarabiał na spełnienie wszystkich marzeń, ale kto jest w stanie to zrobić?
Jednak najbardziej mnie dziwi kwestia leczenia dzieci. Matka jest zakręcona na punkcie medycyny naturalnej i zdaje się uważać, że tylko ziołowe miksturki i naturalne soczki są w stanie wyleczyć każdą chorobę. Może to działa w razie przeziębienia. Tymczasem młodszy syn małżonków rok temu zachorował na białaczkę. Od pewnego czasu widać było, że jest z nim źle (nie porozumiewa się werbalnie), miał też złe wyniki. A mama zamiast iść z nim do lekarza, zaczęła mu serwować różne ziółka. Z chłopcem było coraz gorzej, w końcu poszli z nim do medyka. Po wielu badaniach wyszła białaczka, z 50% szansą na wyzdrowienia. Zaplanowano 8 cykli chemii, które zakończono... po 5. Nie dlatego, że chłopiec źle ją znosił, a głównie z powodu dość dobrych wyników badań. W krwi nie było już nadmiaru białych krwinek, więc rodzice uznali, że jest już wyleczony. I nie dawali się przekonać, że po dokończeniu chemii będzie można być niemal pewnym, że białaczka będzie pokonana. Nie, uznali, że teraz będą leczyć synka za pomocą ziółek i mikstur. Jeszcze gdyby to było tylko wspomaganie. Ale to była główna "terapia" ich syna.
To było w wakacje zeszłego roku. Teraz czytam, że wyniki chłopca są fatalne, a lekarze nie wiedzą co począć. To w jeden dzień, a już na drugi był wpis o wyprawie całej rodziny w góry, gdzie ten młodszy syn był wyraźnie niezadowolony z niej. Może źle się czuł? Może miał dosyć? Być może rodzice chcieli sprawić mu tym przyjemność, chociaż nie wzięli pod uwagę tego, czy on też chce tego samego. To typowe przy niemym dziecku. A potem kolejny lament, że ma temperaturę, której nie da się zbić... Po jakiego grzyba ciągnęli go z zerową odpornością w góry, gdzie wiało i było mroźno. Czego zabrakło? Pokory? Wyobraźni? Empatii? Nie wiem co będzie z tym dzieckiem. Życzę mu jak najlepiej, ale przy tak niezrozumiałym postępowaniu rodziców będzie z tym ciężko. Wiem, że ich się nie wybiera, że może chcą dla chorego synka jak najlepiej. Ale nie tędy droga. Czasami warto zaufać lekarzom i ich wystudiowanej i wyprowadzonej przez lata wiedzy niż własnym przekonaniom. Tu tego zabrakło. A szkoda, bo chłopiec ładny i dobrze rokujący...

sobota, 22 lutego 2025

2134. Pustynia Błędowska zimą

Kilka lat temu miałam przyjemność pierwszy raz w życiu zachwycać się pięknem, jakie ukazuje, jedyna w Europie pustynia - Pustynia Błędowska. Został wtedy obalony pewien mit ciągnący się z pokolenia na pokolenie, mówiący, jakoby wchodziła ona w skład miejscowości, w której mieszkam. Owszem, znajduje się w niej dzielnica zwana Błędowem, ale od pustyni oddziela ją cała połać leśna. Więc to tylko takie gadanie, że powiększa ona niemały obszar miejscowości, w której mieszkam na co dzień i od święta.
Teraz przyszło mi zobaczyć, jak wygląda ona zimą, bo przecież rok to nie tylko piękne i ciepłe lato, ale też mroźna zima. A każda pora roku niesie za sobą coś, co potrafi zachwycić i wzruszyć człowieka. O ile latem można pofolgować sobie z ubiorem, o tyle zimą wystarczy włożyć w miarę ciepłą kurtkę, czapkę, szalik, dobre buty i viola! 
W ostatni dzień półkolonii zabraliśmy dzieciaki na ten ewenement na skalę całego kontynentu. Chociaż prawdziwy pustynny ekosystem został zakłócony przez krajobraz leśny, który oplata okolicę. Ale i tak jest lepiej niż było - jeszcze jakiś czas temu połać leśna pokrywająca ten teren była dużo większa i istniała obawa, że pustynia całkowicie zostanie przez nią wchłonięta. Tak się jednak nie stało, dzięki czemu Polacy mogą szczycić się największą w Europie pustynią, a mieszkańcy okolicy (i nie tylko) podziwiać takie widoki:
Zimową porą można zobaczyć na piachu śnieg.
Pojedyncze drzewka i krzewy też można zobaczyć.
Z innymi animatorkami poszłyśmy na krótki spacer dookoła terenu zwanego "Różą wiatrów". Dzieciaki w tym czasie grali w piłkę nożną.
Jeszcze trochę pustynnego krajobrazu.
Pustynia swojego czasu służyła za poligon wojskowy.

piątek, 21 lutego 2025

2133. Ogrody Kapias w zimowej odsłonie

Nigdy bym nie przypuszczała, że moje pierwsze spotkanie z dosyć znanymi, przynajmniej na Śląsku,  Ogrodach Kapias znajdującymi się w Goczałkowicach, odbędzie się w najbardziej niesprzyjającej ku temu porze roku, czyli zimą. Ale skoro pojawiła się okazja, aby pojechać tam z dzieciakami, to dlaczego bym miała nie skorzystać? Przecież teoretycznie zimą też można wypatrzeć coś ciekawego i nieoczywistego.
W środowy poranek autokar dowiózł nas najpierw nad zbiornik goczałkowicki, gdzie dzieciaki miały warsztaty na temat burz i rzek. Burz - żeby jeszcze raz usłyszeć jak należy się zachować, kiedy zastanie nas na środku pustej drogi. Rzek - żeby pokazać, dlaczego naturalna rzeka jest lepsza od uregulowanej. W tym celu dzieciaki pobudowały modele jednej i drugiej, a następnie liczyli, ile sekund zajmuje przemierzenie takiej samej ilości wody w jednym i w drugim rodzaju rzek. Wniosek nasuwał się sam.
Była też okazja przejścia się nad sam zbiornik wody słodkiej w Goczałkowicach, który w czasie wrześniowej powodzi odegrał nietuzinkową rolę, przejmując większą część wody. Dzięki temu, mimo wszystko, miejscowości takie jak Czechowice - Dziedzice czy nawet Bielsko - Biała nie zostały zalane w takim stopniu, w jakim by mogły bez tego zbiornika. Teraz, w zimowo-mroźnej odsłonie wygląda on mniej więcej tak:
Mróz trochę szczypał wszystkich, a w szczególności dzieciaki, we wszystkie możliwe części ciała (chociaż niektórym zdawało się to nie przeszkadzać, bo np. wrzucali na lód różne gałązki i patyki), toteż po krótkiej chwili wróciliśmy do budynku zarządu zbiornika. Tam czekała na nas zupa pomidorowa, drożdżówka "na potem", jakieś przekąski i ciepła herbata.
Posileni i ociepleni ruszyliśmy w stronę autokarów, które przewiozły nas ok. 2 km do Ogrodów Kapias. Hmm... wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak one mogą wyglądać, głównie na podstawie zdjęć, które na swoim blogu prezentuje Łucja. Teraz mogłam skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Chociaż ta rzeczywistość i tak nieco mijała się z prawdą ze względu na porę roku. 
Ogrody Kapias to średniej wielkości teren na obrzeżach (na pewno nie w centrum) Goczałkowic, w których od 1979 roku uprawiane są różne rośliny. Całość została podzielona na różne tematyczne części, dzięki czemu można ograniczyć się do jednego lub kilku zagadnień. My z dzieciakami, które miały niespożyte pokłady energii, przeszliśmy właściwie cały obiekt, mimo zimna. Co nieco udało mi się utrwalić na zdjęciach.
W zimowej tematyce - łosie lub renifery i sanie.
Taka sobie ławeczka w kształcie sanek.
Prawie jak igloo.
Nie ma kwiatków, ale są doniczki na prętach.
Chcesz zająć dzieci na dłużej? Wpuść je w labirynt.
Tym razem zamiast listków - kubki.
A tu takie niebieskie "kwiatki".
Niech nie zwiedzie Was to słońce - tego dnia był siarczysty mróz.
Ptaszki! Te co prawda nie ćwierkają, ale wiosną i latem, kto wie...
"Słomiany chochole, związany powozem..."
I znowu ptasi przyjaciele.
Tutaj gdyby nie ten śnieg w głębi, to nikt by nie powiedział, że mamy zimę.
Te kapelutki są genialne.
Przepraszam za chaotyczność w zdjęciach, ale myślę, że nie wyszły one najgorzej. Jak widać na nich, w okresie zimowym, kiedy trudniej o naturalne kwiaty, osoby zajmujące się obiektem przyozdabiają go na inne sposoby. Mnie najbardziej podobały się te wiszące kapelusze - na żywo są świetne. A dzieci? Dzieciom chyba wszystko się podobało (najbardziej chyba to, że mogły się wyszaleć na tamtejszym placu zabaw) co widać na załączonym obrazku:
Właściwie to wzrostowo wkomponowałam się w całą grupę.
Do domu wróciliśmy na godzinę 16:00. No, może nie do końca do domu, bo np. ja musiałam jeszcze trochę drogi zrobić. Ale pod Oratorium, gdzie trochę czekaliśmy na organizatora wyjazdu. A że mróz nie ustawał, to większość z nas trochę zmarzła. Na takich na szczęście w budynku czekała gorąca herbata. 
Ogólnie wyjazd mi się podobał, chociaż działałam w nim na jakieś 80% mojej pełnej mocy. Wszystko przez to, że dzień wcześniej przejechałam trochę drogi w tę i z powrotem, aby uczestniczyć w pewnym cyklicznym wydarzeniu. Ale nie było tak źle. W sumie, tak sobie myślę, że wiosną i latem te ogrody muszą wyglądać fantastycznie i przyciągać gamą barw i zapachów. Podoba mi się też pomysł z podpisaniem większości roślin. Dzięki temu wiadomo, na co się patrzy.
A skoro zrobiło się tak ogrodowo, to chciałabym wspomnieć o książce, którą przeczytałam w ostatnim czasie, kiedy nauka zeszła ciut na inny plan i mogłam z czystym sumieniem zamienić podręczniki na powieści. W moje ręce wpadła pozycja zatytułowana "Ogród Leoty". Trochę gruba, ale ciekawa i zmuszająca do zastanowienia się nad naszymi stosunkami z innymi, a zwłaszcza z rodzicami i dorosłymi dziećmi.
Tytuł: "Ogród Leoty"
Autor: Francine Rivers
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
Warszawa 2005
Liczba stron: 626

Tytułowa Leota jest mieszkającą w niezbyt bogatej dzielnicy staruszką. Z trudem przychodzą jej poszczególne czynności dnia codziennego, dlatego zwraca się o pomoc do instytucji zrzeszającej w tym celu wolontariuszy. W ten sposób do jej domu trafia student socjologii, Corban. Na pierwszy rzut oka zrzędliwa kobieta nie wie, co tak naprawdę jest powodem pojawienia się w domu tego młodego człowieka. Niemal w tym samym czasie w domu Leoty pojawia się jej osiemnastoletnia wnuczka Annie. Dziewczyna, cały czas tkwiąca w przekonaniu, że babcia jest złą kobietą, po kolejnej kłótni z despotyczną mamą postanawia pobyć trochę z Leotą. Z każdym dniem coraz bardziej poznaje swoją babcię oraz historię jej rodziny. Czy Annie i Corban odmienią życie starszej pani? Czy Eleonora zdąży pojednać się z matką zanim będzie za późno? I jaką rolę odegra w tym wszystkim zaniedbany ogród za starym domem? Autor niemal do ostatniej chwili trzyma czytelnika w niepewności.
Pozycja "Ogród Leoty" jest dobrym przykładem na pokazanie skomplikowanych relacji na linii matka - córka. Niewyjaśnione tajemnice z przeszłości wyraźnie pokazują, w jaki sposób Eleonora stała się kobietą nie do wytrzymania. Ukrywanie prawdy nigdy nie przynosiło nic dobrego, a tylko zaostrzało konflikty i powodowało, że ludzie sukcesywnie odwracali się od niej. Tak sobie myślę, że tytuł książki można odbierać w dwojaki sposób: pierwszy, dosłowny, jako ogród za domem, w którym Annie (a wcześniej i Leota) uprawiały i pielęgnowały różne rośliny. Ale też ogród, jako wnętrze nas samych, tego czy pielęgnujemy poprawne relacje z bliskimi nam osobami, czy pozbywamy się chwastów w postaci kłótni i niedomówień, pozwalając tym samym na same piękne międzyludzkie interakcje niczym kolorowe i pachnące kwiaty w ogrodzie.