Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

2387. Siewierskie Dni dzielenia i głoszenia 2026

W jednym z poprzednich wpisów wspominałam Wam, że wraz ze wspólnotą "Wiary i Światło" planujemy zorganizować w kilku parafiach zbiórki na nasz sierpniowy wyjazd. Pierwsza taka zbiórka odbyła się w ostatni dzień maja w kolegiacie w Jaworznie. Na przedpołudniowych Mszach świętych grupa osób przedstawiała scenkę obrazującą powstanie loga wspólnoty, które przedstawia apostołów w łodzi na morzu. Z kolei po każdej Mszy staliśmy przy drzwiach wejściowych i rozdawaliśmy ludziom woreczki z lawendą oraz gazetki parafialne. Jeżeli ktoś wrzucił nam w zamian jakąś kwotę pieniężną, byliśmy zadowoleni, jeżeli nie - nie mieliśmy o nic pretensji. Mnie zwerbowali podczas dorocznej pielgrzymki prowincji, która tym razem była do Dębowca, polskiego La Salette, dzień wcześniej. Poprosili mnie o stanie z upominkami na ostatniej Mszy świętej. Ok. Nie ma problemu.
Podobną akcję mieliśmy dwa tygodnie później w parafii św. Macieja w Siewierzu, w której dzieliliśmy się naszą obecnością i głosiliśmy wiarę na nasz sposób. Już w Dębowcu dostałam propozycję zagrania w scence. Do tej przedstawianej w Jaworznie już nie było kiedy się przygotować, zaś tuż przed Siewierzem i tak mieliśmy ostatnie spotkanie wspólnotowe w tym roku, na którym ćwiczyliśmy przed występem, który miał mieć miejsce dzień później. A przy okazji omawialiśmy m.in. wyjazd na obóz, na który zbieraliśmy pieniądze.
W niedzielę większość osób przyjechała do Siewierza wynajętym busem. Ponieważ mi bardziej opłacało się podjechać bezpośrednim autobusem, niż przez Jaworzno, dotarłam na miejsce sama. Trochę chyba zaskoczyłam tamtejszych parafian, że nie zasiadłam z nimi w ławce jak zwykle zaśpiewać godzinki, ale jeden z koordynatorów odesłał mnie na plebanię, abym tam się przebrała w strój zapałki. Scenki odgrywaliśmy bowiem podczas każdej z pięciu Mszy świętych w ramach kazania.
Na pierwszej porannej Mszy świętej byliśmy całej, potem już tylko pojawialiśmy się w czasie kazań i na zakończenie Mszy. Podobnie jak w Jaworznie, także i tutaj jedna osoba opowiadała po ogłoszeniach parafialnych o ruchu, a kilka innych (w tym ja) szło do wejścia, aby rozdawać drobne upominki. Tym razem oprócz lawendy były to papierowe łódeczki z mottem "Wy jesteście na Ziemi światłem mym". Właściwie to czułam się trochę jak VIP, kiedy ludzie odbierali ode mnie te podarunki z komentarzem: "O, nasza Karolina". No, może niekoniecznie ich, ale było mi miło, nie powiem, że nie.
Na popołudnie zaplanowany był grill na zakończenie roku formacyjnego, ale i w ramach obiadu. Ja niestety musiałam ich opuścić po Mszy świętej o godzinie 11:30, ponieważ tego dnia po południu było też pożegnanie kopii ikony jasnogórskiej w naszej diecezji. No cóż, byłam na powitaniu, na kilku nabożeństwach jubileuszowych, w kilku parafiach, nie wypadało jej nie pożegnać. I tak się cieszę, że mogłam chociaż trochę wspomóc "Dominki-bis". Nie wiem ile zarobiliśmy, ale grosz do grosza...
A w przerwie między Mszami zajadaliśmy się m.in. moimi kokosankami
Już o tym pisałam raz - nasza koordynatorka założyła zbiórkę pieniędzy, aby chociaż trochę odciążyć kieszenie uczestników obozu i zmniejszyć koszty wyjazdu. To drugi ze sposobów na dofinansowania do całości. Ja już mam wszystko opłacone, więc mnie to raczej nie obejmie. Chodzi mi raczej o moich przyjaciół i ich opiekunów. Dla nich taki wyjazd to naprawdę chwila na złapanie oddechu, ale też wyrzeczenia względem kosztów. Jak widzicie, nie chcemy tylko brać, ale też staramy się dawać innym cząstkę siebie. Może ktoś z Was jeszcze chciałby się dorzucić i nas wspomóc? Albo chociaż udostępnił informację o zbiórce na swoim profilu? Bylibyśmy Wam wdzięczni.

Link do zbiórki - https://zrzutka.pl/c6mtdf

niedziela, 11 stycznia 2026

2304. Wigilijnych spotkań wspólnotowych czas

Już tak się jakoś utarło, że styczeń w dużej mierze upływa na różnych wigiliach wspólnotowych. W tym roku teoretycznie mogłabym wziąć udział w czterech (duszpasterstwo + 2 x we wspólnocie "Wiara i Światło" + wigilia grupy pielgrzymkowej "Zielono - czarnej", z którą w zeszłym roku przez 6 dni zmierzałam na Jasną Górę Szlakiem Orlich Gniazd). Finalnie wyszło połowę mniej. O nie, dwóch Wigilii w jednym dniu nie byłam w stanie ogarnąć. Przynajmniej na razie. Ale z czasem, kto wie... No i w przypadku dwóch Wigilii w jednym dniu musiałabym upiec podwójną porcję pierniczków, bo tak jakoś głupio jechać z pustymi rękami. Już jedna porcja dała mi nieźle w kość, jednak po wszystkich pozytywnych recenzjach śmiem twierdzić, że był to dobry pomysł.
Jak myślicie, kto praktycznie nie spróbował nawet tych wypieków? Lukier cytrynowy, z którym debiutowałam, okazał się strzałem nawet nie w dziesiątkę, ale w dwudziestkę
Pierwszą Wigilię miałam 6 stycznia, w święto Trzech Króli. Tego dnia rywalizowały ze sobą spotkania wigilijne w wadowickich "Rafałkach" oraz Duszpasterstwie Akademickim z Katowic. Wygrało miasto papieskie, chociaż dużo dalej położone i o wiele bardziej problematyczne pod względem dojazdu. A jednak to miejsce mojego dzieciństwa zawsze i wszędzie będzie miało pierwszeństwo. Tym bardziej, że tego dnia z samego rana jechał pociąg z Częstochowy do Zakopanego, przez moje obecne miasto i przez Wadowice. Czegoż więcej trzeba chcieć od życia?
Do Wadowic dojechałam godzinę przed czasem. Podczas grudniowego spotkania umówiliśmy się, że zaczynamy od Mszy świętej o godzinie 10:30, następnie żegnamy Orszak Trzech Króli i idziemy do Domu Katolickiego na spotkanie opłatkowe. Te 45 minut (15 pozostawiłam sobie na dojście do rynku) poświęciłam na tworzenie kolejnych anielskich kartek świątecznych. Nie wyszło ich dużo, ale zawsze byłam te 2 do przodu.
Po Mszy świętej uważnie rozglądałam się za pozostałymi członkami wspólnoty, na której spotkaniu byłam zaledwie drugi raz. Jednak to nie ja ich wypatrzyłam, ale oni mnie, i przywołali do swojej grupki. Pożegnawszy orszak udaliśmy się do budynku tuż obok, pamiętającego czasy młodego Karola Wojtyły. To podczas katechezy w tym budynku 16 października 1978 roku mój tata usłyszał, że papieżem został Polak, i to wywodzący się z tego miasta. A teraz ja, właściwie przypadkowo, przemierzam szlaki tej dwójki. 
Spotkanie rozpoczęliśmy od przełamania się opłatkiem i złożenia sobie życzeń. Starałam się podejść do każdego i skierować do niego chociaż kilka słów. Nigdy przecież nie wiadomo, w którym z nich może do mnie przyjść Bóg. Może w tym najbardziej irytującym? A może w cichym i niepozornym? Po złożeniu sobie życzeń zasiedliśmy do prześlicznie zastawionego stołu, o co zadbali wolontariusze z jednej z wadowickich podstawówek. Z kolei mamy roznosiły wszystkim krokiety i barszcz czerwony. Było dużo śmiechu i rozmów, ja zaś czułam się tak, jakbym była z nimi od zawsze, a nie od zaledwie dwóch miesięcy.
Po "wieczerzy" zasiedliśmy w kręgu, aby obejrzeć scenkę przedstawiającą Boże Narodzenie. Bardzo wielu z nas wcielało się w rolę świętej rodziny, aniołów, pasterzy i króli. Nawet najmłodszy uczestnik spotkania otrzymał rolę małego Jezuska.
Na koniec odmówiliśmy wspólną modlitwę i życzyliśmy sobie dużo szczęścia do następnego spotkania, albo i wcześniej - do prowincjalnego "Święta Światła", które odbędzie się 31 stycznia w Libiążu.
Z kolei drugie spotkanie odbyło się kilka dni później, w sobotę, 10 stycznia w położonym niedaleko mnie Jaworznie. W zasadzie jest to gałąź tego samego ruchu, w której uczestniczyłam we wtorek. Ten sam założyciel, te same cele, ten sam program roczny. Tylko oczywiście osoby uczęszczające na spotkania są inne, różnią się też nazwą oraz miejscem spotkań. Ciekawie tak uczęszczać na spotkania do dwóch różnych grup tej samej inicjatywy. Widzi się podobieństwa w ich funkcjonowaniu, ale i różnice.
Spotkanie w Jaworznie odbyło się w późniejszych godzinach niż to w Wadowicach, bo o 15:00. Kiedy weszłam do salki katechetycznej, stoły już były poustawiane, a wokół nich krzątali się członkowie wspólnoty. Po przywitaniu się z główną koordynatorką udałam się z moimi pierniczkami do kuchni, po drodze witając się z każdym, którego napotkałam. W tle już odbywała się próba jasełek, w których właściwie wszyscy brali udział. Mnie przypadła rola pastuszka. Trochę szkoda, że nie osła, bo to wbrew pozorom bardzo mądre zwierzę. Wcześniej jednak zaniosłam pudełko z wypiekami paniom urzędującym w aneksie kuchennym. Z radością oraz pokojem wróciłam na salę główną, gdzie namierzyłam grupę pastuszków i pobiegłam do nich. Już z daleka słyszałam, jak Kubiszon tłumaczył, w jaki sposób i jak mamy zagrać. Obecne na spotkaniu mamy znalazły mi odpowiedni strój, dzięki czemu byłam pastuszkiem jak się patrzy.
Jasełka były w dużej mierze improwizowane, ale chyba wszystkim sprawiły nieukrywaną radość. Na koniec stanęliśmy wokół symbolicznego żłóbka i przy akompaniamencie gitary odśpiewaliśmy kilka kolęd. 
Atmosfera była przednia, a zrobiło się jeszcze bardziej rodzinnie, kiedy przyszedł czas składania sobie życzeń. Wszyscy staliśmy w kręgu z białymi opłatkami w dłoniach i każdy z nas mówił po jednym życzeniu. Bardzo sympatycznie to wyszło. 
Po życzeniach zasiedliśmy do wspólnego stołu. O ile w Wadowicach był barszcz z krokietami, o tyle tutaj mieliśmy kluski z makiem. Do tego ciasta, sałatki, moje pierniki i przepyszną herbatkę zimową z limonką, pomarańczą oraz imbirem. Pyszotka! Podobnie jak w Wadowicach, tak i w Jaworznie nie zabrakło miejsca na wspólne rozmowy, śmiechy i chichy. Jak to w rodzinie, nawet takiej nieformalnej.
Spotkanie zakończyliśmy rundką kolęd - podzielono nas na podzespoły i każdy taki podzespół losował jeden przedmiot, z którym musiał skojarzyć i zaśpiewać jakąś kolędę. Nam przypadła gwiazda betlejemska. Od razu przyszła mi na myśl pastorałka "Prowadź gwiazdo betlejemska, co świecisz na Wschodzie", wiedziałam jednak, że raczej nikt jej nie będzie znał. Finalnie zdecydowaliśmy się na "O gwiazdo betlejemska zaświeć na niebie mym". I też jakoś poszło. Była gitara, był akordeon. Mam ciche marzenie nauczyć się grać na najprostszym flecie chociażby w podstawowym zakresie. Pamiętam, że w szkole na muzyce grałam na cymbałkach, bo były proste. Ale taki flet, może też dałabym radę. Chociaż z moimi dłońmi może być ciężko. Na razie to jednak dalekosiężne plany, zobaczymy co z nich wyjdzie. Bo może nic nie wyjść.
Po spotkaniu pomogłam w sprzątaniu ze stołów, żeby było szybciej. Wiele to nie porobiłam, ale zawsze mogłam chociaż dekorację zdjąć. Do domu podwieźli mnie kierownicy naszej ekipy. I tak jechali w moim kierunku, a ja nie musiałam jechać z przesiadkami. Ale i tak już nie miałam siły jechać na spotkanie opłatkowe grupy pielgrzymkowej do Będzina. No trudno, coś za coś. Może za rok bardziej zgrają mi się terminy.
Wiecie co, to były naprawdę wspaniałe dwa spotkania, które jeszcze bardziej uświadomiły mi, że nie można nikogo marginesować ze względu na jego niepełnosprawność, zwłaszcza intelektualną. Bo takie osoby w większości tworzą wspólnotę. Wiecie, oni nie kalkulują, nie analizują, nie patrzą rozumem, ale sercem. Są prości i bezpośredni w swoim życiu, a przez to - piękni, nieraz pomimo zewnętrznej brzydoty. Bo każdy jest piękny pięknem Boga. Tylko nie każdy dostrzega to piękno. Wierzę, że z nimi będę kroczyć po najpiękniejszej, chociaż trudnej drodze, jaką mogłam sobie wymarzyć.

czwartek, 13 czerwca 2024

1954. Warsztaty teatralne na temat emocji

Pamiętacie jak pod koniec maja pisałam Wam o przedstawieniu teatralnym zdominowanym przez grupę dzieciaków z młodszych klas podstawówki? Jeżeli nie, albo jesteście ciekawi, to odsyłam Was do >>tego<< wpisu. Muszę przyznać, że wielu z nas było trochę skołowanych i zmęczonych tym wszystkim. Potem jeszcze przez jakiś czas wymienialiśmy się spostrzeżeniami na ten temat, czy to na komunikatorze, czy też na uczelnianym korytarzu. Byliśmy zbulwersowani tym, co się wtedy działo na widowni, a raczej brakiem reakcji opiekunów na zachowanie dzieciaków.
Kilka dni później byliśmy w tym samym teatrze, tym razem nie na przedstawieniu, a na warsztatach opartych na wystawianej tam sztuce zatytułowanej "Tkaczka chmur". Chociaż tak właściwie to myślałam, że będą one związane bardziej z treścią przedstawienia, tymczasem okazało się, że dotyczą one wyrażania swoich emocji, co też jest prawdziwą sztuką.
Jak przystało na warsztaty, mieliśmy do wykonania różne zadania. Jednym z nich było "wykrzyczenie się" na różne sposoby, z tym że np. każdy z nas, stojąc w kole, miał to zrobić głośniej, czy też bardziej ekspresywniej od poprzednich osób. Musieliśmy też za pomocą gestu albo słów przedstawić jakąś emocję lub postać. Innym zadaniem było wymyślenie jakiejś historii (każdy dopowiadał jedno zdanie do poprzedniego), a następnie odegranie jej. Na koniec dostaliśmy kolorowe folie i mieliśmy za ich pomocą przedstawić różne emocje, odgrywając przy tym scenki. To było coś w stylu teatru cieni. Było przy tym dużo śmiechu, zwłaszcza że przy okazji po cichu "wyżyliśmy się" na niektórych wykładowcach. Ogólnie pani wykładowca, z którą mieliśmy przedmiot w ramach którego byliśmy na warsztatach robiła z nich fotorelacje, niestety finalnie nie zamieściła jej na wydziałowym fb, wiec zdjęć nie będzie.
Tym samym to wyjście do teatru przyćmiło nam nieco negatywne wrażenia, jakie mieliśmy po spektaklu "Inny". Myślę, że każdy z nas wyniósł z niego coś dla siebie, nawet jeżeli nie wykorzysta zaproponowanych zabaw do pracy z podopiecznymi. Mnie samej w głowie zrodziło się tyle na nie pomysłów, że chyba będę musiała je gdzieś zapisać, aby nie zapomnieć. Nie wiem kiedy, gdzie i czy w ogóle je wykorzystam, ale zawsze warto mieć je gdzieś spisane, aby w razie czego po nie sięgnąć. Ogólnie myślę, że teatroterapia jest bardzo ciekawą formą pracy z innymi, chociaż nie do końca docenianą i wykorzystywaną. Pozwala ona w niekonwencjonalny sposób wyrazić swoje emocje za pomocą ruchu ciała, mimiki, gestów itp. A to ważne, jeżeli mamy do czynienia z bardzo zamkniętymi w sobie osobami.
Ogólnie muszę poszukać w bibliotece książki, na podstawie której powstał spektakl "Tkaczka chmur" o tym samym tytule. Nie wiem dlaczego, ale czuję ogromną potrzebę poznania tej historii od strony książkowej. Co prawda na lubimyczytać.pl są same negatywne oceny na ten temat, ale jakoś się tym nie zrażam. Kto wie, może znajdę w niej inspirację na przyszłość do rozmowy z dzieciakami na temat choroby albo śmierci kogoś im bliskiego.

niedziela, 26 maja 2024

1941. Jak załamać 26 przyszłych pedagogów?

W ramach zajęć z terapii sztuką (pedagogika) udaliśmy się do teatru "Ateneum" na sztukę "Inny". To tak dla odprężenia i wyjścia z twardych ławek znajdujących się w Instytucie Pedagogiki i Psychologii na ul. Grażyńskiego. A przy okazji miała to być miła alternatywa dla tradycyjnych zajęć i zastanowienia się, w jaki sposób przedstawienie wpływa na rozwój młodego człowieka. Porę przedstawienia też wybraliśmy raczej dobrą - piątkowy poranek. Tak naprawdę to mieliśmy wtedy godziny rektorskie z okazji trwających juwenaliów miejskich, ale wiadomo - wyjście do teatru to nie siedzenie na uczelni, a więc byliśmy raczej w komplecie.
Spektakl opowiadał o bezimiennym chłopcu (który sam o sobie mówi po prostu Ja), który pewnego dnia budzi się i odkrywa, że wszyscy wyglądają i zachowują się dokładnie tak samo jak on. W szkole, na podwórku, na boisku, nawet w domu. Z czasem zaczyna mu to przeszkadzać, a nawet dawać do myślenia, że każdy z nas się od siebie różni i to jest bardzo dobre. Pouczająca opowieść, z nutką humoru, nie tylko dla dzieci.
Zdjęcie ze spektaklu (źródło zdjęcia)
No właśnie, dzieci. Razem z nami na przedstawieniu byli uczniowie z, na oko, trzeciej klasy szkoły podstawowej. To nie dziwi, bo opowieść ta była jak najbardziej dostosowana do ich poziomu rozwojowego i poznawczego. Całą naszą grupę dziwiło, a wręcz bulwersowało zachowanie, jakie sobą reprezentowały. I nawet nie potrafimy powiedzieć, czy bardziej nas raziło ich zachowanie, czy też brak jakiejkolwiek reakcji na nie ich nauczycielek. Dochodziło wręcz do tego, że to my uciszaliśmy hałasujące towarzystwo.
Jak tak sięgam wstecz swoją pamięcią, to w czasach mojej archeologicznej historii szkolnej też w tym wieku wychodziliśmy do będzińskiego teatru na przedstawienia. I nie przypominam sobie, aby ktoś z nas aż tak się zachowywał. Tak samo, jak w czasie mojej późniejszej edukacji, już w szkole specjalnej. Tam też jeździliśmy na różne spektakle i raczej nikt nie przynosił naszym nauczycielom wstydu. A dzieci były różne, także z upośledzeniem umysłowym. Owszem, zdarzały się kryzysowe sytuacje, ale wtedy delikwent albo siadał obok któregoś z nauczycieli, albo po prostu zostawał wyprowadzany z sali i nie było nic do gadania. Tutaj nie było żadnej reakcji pań nauczycielek na zachowanie uczniów (w tym krzyki, a nawet wyzwiska aktorów), same zachowywały się tak, jakby nic się nie działo i z uśmiechem na ustach opuściły salę wraz z rozbrykaną bandą. I tylko jeden chłopiec, ubrany jako jedyny w białą koszulę i krawat, wychodząc stwierdził, że jego koledzy chyba jeszcze nigdy nie byli w teatrze i że prawdopodobnie jako jedyny zrozumiał przesłanie tego przedstawienia. Jeden, na ok. sześćdziesiąt dzieci.
Ja rozumiem, że od czasów mojego dzieciństwa minęły lata świetlne i gdyby jakaś nauczycielka wyprowadziła dziecko z sali teatralnej, to rodzice mogliby podnieść raban. Bo przecież oni zapłacili za ten spektakl. No tak, ale inni też. I ci inni też chcieliby go obejrzeć we względnym spokoju, a nie czując się tak, jakby byli w zoo. Jednak po wyjściu z teatru najżywiej komentowaliśmy postawę nauczycieli. Bo dzieci mogą nie potrafić zachować się w takiej czy innej sytuacji. Ale wtedy do dorosłych należy wytłumaczenie im reguł panujących w pewnych miejscach. Jeżeli rodzice tego nie potrafią, to powinność ta przechodzi na nauczycieli. Nawet tego uczą nas przez całe studia. Czyżby tamte nauczycielki o tym zapomniały?

poniedziałek, 11 marca 2024

1883. Na początku jest chrzest...

Ostatnio pisałam Wam o krótkiej i pobieżnej wizycie w podkrakowskich Staniątkach. Jednak to nie one były głównym punktem sobotniego wyjazdu, a obejrzenie Misterium Męki Pańskiej, które każdego roku wystawiane są na salezjańskiej scenie w Krakowie. 
Grafika reklamująca tegoroczne Misterium
O Misterium pisałam już tutaj nie raz, bowiem jak tylko jest okazja, to staram się na nie jechać, czy to razem z parafią, czy też indywidualnie, jak to miało miejsce kilka razy. Niestety, kilka Misteriów opuściłam, w tym zeszłoroczne. Ale tak to już jest, kiedy człowiek nie jest zmotoryzowany i musi sam sobie zorganizować transport. Dlatego ucieszyłam się, gdy w styczniu dotarła do mnie informacja, że prawdopodobnie organizowany będzie z naszej parafii wyjazd na tegoroczne Misterium, długo się nie zastanawiałam. Co prawda awaryjnie już wcześniej zarezerwowałam sobie indywidualnie bilety (już raz tak było, że mieliśmy jechać, a w ostatniej chwili wyjazd został odwołany), ale wiedziałam, że jeżeli wyjazd dojdzie do skutku, to odpadnie mi chociażby problem z dojazdem. Tym bardziej, że w styczniu jeszcze nie byłam świadoma tego, co w lutym. Wiecie, po tym wszystkim ode chciało mi się wszystkiego, łącznie z tym wyjazdem. Jeszcze w piątkowy wieczór zastanawiałam się, czego się najeść, aby dostać problemów żołądkowych i legalnie nie jechać. Ale z drugiej strony pomyślałam sobie, że tak postępują tchórze, którzy idą na łatwiznę. A ja nie jestem tchórzem. A przynajmniej nie chcę nim być. Postanowiłam, że zacisnę zęby, pojadę i nie będę zwracać zbytniej uwagi na niektórych ludzi. I nawet mi się to udało - przez cały dzień ograniczyłam się do dwóch słów skierowanych do proboszcza: Szczęść Boże na powitanie i dziękuję, kiedy podał mi bilet na spektakl. Myślę, że tyle na razie wystarczy.
Ktoś by powiedział - co to atrakcja jeździć co roku na Misterium Męki Pańskiej i każdorazowo oglądać tą samą historię? W zasadzie żaden. I z tym byłabym skora zgodzić, bo faktycznie - punktem kulminacyjnym wszystkich przedstawień jest męka, śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa. Jednak to nie wszystko, bo zawsze jest jeszcze jakaś otoczka, za każdym razem inna. 
W tym roku ową otoczką był temat sakramentu, który niejako wprowadza nas w świat katolicyzmu, czyli chrztu. Bezpośrednim nawiązaniem do niego było przypomnienie słów, które kapłan wypowiada podczas tego obrzędu oraz tych, które wydobywają się z ust rodziców i chrzestnych. Wydobywały się one z głośnika, kiedy na sali teatralnej panowała całkowita cisza. Po chwili reflektor oświetlał scenę, na której odgrywane były sceny znane z kart Ewangelii. Co ciekawe, analizując Ewangelię z ostatnich dwóch dni (opowiadającą o nocnym spotkaniu Jezusa z Nikodemem oraz o uzdrowieniu syna człowieka z Kafarnaum, po czym cała jego rodzina uwierzyła, że Jezus jest Synem Bożym) zauważam, że te dwie sceny również pojawiły się w przedstawieniu. 
Jan Chrzciciel udziela chrztu swojemu kuzynowi - Jezusowi
Pierwszy raz wyraźnie została zaakcentowana postać Jana Chrzciciele - według reżysera po śmierci rodziców mieszkał on z Maryją i Jezusem w Nazarecie, dopiero kiedy zostali oni zaproszeni na wesele w Kanie Galilejskiej oznajmia im, że udaje się na pustynię, aby tam głosić prawdę o Bogu. Według Ewangelii Jan najpierw ochrzcił Jezusa, potem zginął, a na końcu Jezus rozpoczął swoją działalność. Szczególny wymiar miało symboliczne ukazanie śmierci kuzyna Jezusa - oczywiście nikt nie nosił na tacy niczyjej głowy, a jednak sama scena napełniała widza lękiem (Salome zachowywała się jakby była niespełna rozumu), a zarazem złością. 
Salome i Herod 
Z takich charakterystycznych postaci można wymienić także Markusa - młody rzymski żołnierz obecny podczas egzekucji Jezusa. Wydarzenie to całkowicie odmieniło jego życie, a takim namacalnym znakiem tej przemiany było "otępienie" po powrocie w rodzinne strony po trzech latach nieobecności.
Markus
Inną charakterystyczną postacią był, a jakżeby inaczej, Judasz Iskaliota. Przebiegły i cwany, a jednocześnie tchórzliwy. W przedstawieniu niejako porównany do szczura, którego ciało na końcu ściskał w worku z juty. Ciekawa rzecz - wyglądało to tak, jakby bardziej przejął się śmiercią tego gryzonia niż swojego Mistrza. A może podświadomie utożsamiał się z tym zwierzęciem jakby czuł, że też nikt się nie spostrzeże, że nie ma go już na tym świecie. Moja uwaga - już raz ten motyw był zastosowany na którymś z poprzednich Misteriów, co odkryłam dosyć szybko.
Święty Piotr i Judasz Iskariota
Wracając do tematu przewodniego przedstawienia, czyli chrztu świętego, to na uwagę zasługuje ostatnia scena, podczas której Pan Jezus, już zmartwychwstały, osobiście udziela chrztu przybyłym do Jerozolimy Marcusowi, jego bratu oraz ich czarnoskóremu słudze. Była to jakby klamra spinająca wydarzenia ukazane w trwającym niecałe 2 godziny spektaklu.
Jak każde Misterium, także i tegoroczne zrobiło na mnie oszałamiające wrażenie. Wydaje mi się nawet, że pierwszy raz przeżyłam je w miarę świadomie, bo po powrocie do domu sięgnęłam po Pismo Święte, aby przeanalizować zapamiętane sceny. Tak jak pisałam, dwie z nich w ostatnim czasie można było usłyszeć podczas Mszy świętej. Do domu wracałam też z podstawowym pytaniem: czy potrafię docenić ten dar, który otrzymałam na chrzcie świętym? Pewnie nie zawsze. Ale teraz chyba będę już inaczej na to wszystko patrzeć. I gdzieś tam w głębi serca próbować cieszyć się z tego.

niedziela, 7 stycznia 2024

1821. Co się wydarzyło "Pewnego razu w Greccio"?

Przełom 2023 oraz 2024 roku zdecydowanie podporządkowany był obchodom 800-lecia powstania pierwszej Szopki w małej włoskiej miejscowości Greccio. Najpierw wieczorne roraty, na które szłam jak tylko pozwalał mi na to czas, gdzie wraz z dzieciakami poznawałam po raz kolejny historię życia św. Franciszka, z tym, że tym razem nakierowana była ona na okoliczności powstania stajenki. I chociaż jestem znacznie starsza od dzieci, do których skierowany był przekaz, to myślę, że słuchałam wszystkiego z nie mniejszym zaciekawieniem, niż te kilkulatki, co rusz zachwycając się czymś nowym w tej ciągnącej się przez trzy tygodnie opowieści. Wiem, że wiele ludzi zarzuciłoby mi tutaj zbytnią infantylność. Wydaje mi się jednak, że kiedy trzeba to potrafię myśleć, działać i zachowywać się jak osoba określana mianem dorosłej. A jednak nie potrafię wyzbyć się zachwytem i radością z małych, prostych rzeczy. Takich jak rozmowa z drugą osobą, udane przedstawienie na uczelni, możliwość przeczytania Czytania podczas porannej Mszy świętej roratniej, wspólnego przygotowywania dekoracji bożonarodzeniowych, nawet jeżeli nie jest to moja rodzima parafia (- "Księże, a jak ten dźwig się zawali na Paula podczas pasterki?", - "Lolek, to przecież ty wszystko obliczyłaś, więc...", - "Obliczenia mogą się mylić"; mina Księdza Niosącego Światło bezcenna; - "Księże, Dzieciątko Jezus krawacika nie ma... (o co chodzi pisałam >>tutaj<<), - "Księże..."; wątpię aby w mojej parafii mogła pozwolić sobie na taką bezpośredniość i otwartość), czy chociażby słuchania z zapartym tchem wieczornych opowieści o świętym Franciszku.
Wszystko nie zakończyło się jednak wraz z dniem 23 grudnia, kiedy wypadły ostatnie roraty. Taką wisienką na torcie, klamrą spinającą wszystko, było uczestniczenie w dniu dzisiejszym w przedstawieniu "Pewnego razu w Greccio", wystawianego w Domu Katolickim przy panewnickiej Bazylice ojców franciszkanów przez "Teatr Franciszka" działający w Chorzowie. Po przeanalizowaniu wszystkich terminów wystawiania spektaklu uznałam, że najlepszym i najdogodniejszym terminem jest dzisiejsze przedpołudnie. Dodatkową motywacją do obejrzenia go było to, że grali w nim moja koleżanka z parafii oraz kolega ze studiów, zwany na blogu po prostu Archaniołem.
Franciszkańska scena nie jest duża, jest nawet mniejsza od tej znanej mi z krakowskiego salezjańskiego Wyższego Seminarium Duchowego, gdzie czasami jeżdżę obejrzeć tamtejsze Misteria Męki Pańskiej. Teraz temat był dużo lżejszy, a nawet z pewną dawką humoru, W niecałe 60 minut znakomicie ukazano zdarzenie, które miało miejsce w 1223 roku w odległych Włoszech. Otóż do niewielkiego Graccio przybył wtedy Franciszek z Asyżu, jeszcze nie święty. Mieszkańcom wioski zakomunikował, że zamierza stworzyć tam stajenkę na wzór tej, w której przyszedł na świat mały Jezus. Wszyscy z entuzjazmem do tego podeszli, jednak w efekcie końcowym stajenka wyglądała dużo inaczej, niż sobie to wyobrażali, a zamiast żłóbka z figurką Dzieciątka był żłóbek pełniący rolę stołu eucharystycznego, zaś wielka hostia symbolizowała Syna Bożego, który codziennie przychodzi do wiernych pod postacią Chleba.
Ta scena była często przywoływana podczas tegorocznych rorat
Przepraszam za jakość zdjęć, ale ciemno było, a przez co trudniej mi się ustawiała odpowiednia ostrość. W każdym razie wybrałam te najlepsze (cokolwiek sobie nie myślicie). Bardzo mi się podobały dwa końcowe gesty - błogosławieństwa udzielonego przez kapłana oraz podzielenia się z widzami bochenkiem chleba (to było nawiązanie do dosłownego tłumaczenia nazwy Betlejem - "dom chleba").
Myślę, że to był bardzo dobrze spędzony czas, chociaż nie brakowało perturbacji komunikacyjnych. Na szczęście wszystko skończyło się dla mnie jak najbardziej pomyślnie. Na chwilę mogłam oderwać się od zmartwień i trosk i przenieść w zupełnie inny świat, pełen radości, muzyki, tańców. I chociaż na stole w pokoju leżały notatki z wiedzą, którą powinnam sobie przyswoić na ten tydzień, na chwilę straciły one swoje znaczenie. A ja z zapartym tchem śledziłam to, co dzieje się na scenie. I wcale nie miałam wyrzutów sumienia z tego powodu.

wtorek, 19 grudnia 2023

1802. "W kim przychodzi do nas Bóg?" - przedświąteczne spotkanie na WTL-u

W tym roku na Wydziale Teologicznym pierwszy raz zorganizował w dniu dzisiejszym ogólnowydziałowe spotkanie przedświąteczne. Przynajmniej za mojej kadencji bytowania na tym wydziale. Co prawda już rok temu odbyło się spotkanie z władzami wydziału (czyli dziekanem i prodziekanem), ale zorganizowano je tylko dla studentów zaangażowanych w działalność w Wydziałowy Samorząd, albo któreś z dwóch Kół Naukowych funkcjonujących na Wydziale. A że w Kole Naukowym Nauk o Rodzinie jestem od samego początku studiów na tym kierunku, to automatycznie znalazłam się w tym niewielkim gronie.
Tym razem byłam nie tylko uczestnikiem spotkania, ale też je współorganizowałam, ponieważ głównymi jego inicjatorami był Samorząd oraz Koła Naukowe. W sumie to zastanawiam się, czy bardziej byłam jako członek tej pierwszej organizacji, czy może tej drugiej. Ale tak to jest, kiedy się działa tu i tu. Kilka spotkań poprzedzających wydarzenie oraz wymiana pomysłów na organizację całego przedsięwzięcia skutkowało dosyć nieoczekiwanie... świątecznym miniprzedstawieniem, które moglibyśmy wystawić. Jeszcze większym zaskoczeniem było dla mnie to, że zaproponowano mi zagranie w nim jednej z ról. Mówionych ról, żeby nie było.
Skąd to zaskoczenie? Chyba znowu ze scholi i z tego ile tam razy byłam pomijana przy podobnego typu projektach. Po tym, jak dużo rzeczy wydarzyło się w ciągu ostatniego roku, ja naprawdę zastanawiam się, ile scholi się "nie dało" w stosunku do mnie tylko dlatego, że ktoś nie chciał, aby się dało. Że ktoś po prostu nie odważył się mi nawet dać tej szansy. Myślę że dużo. Czasu nie cofnę, ale żal pozostaje za tyle zmarnowanych szans w ciągu tych 15 lat. 
Nie wiem, może ktoś z Was kojarzy taki motyw, że najpierw Pan Bóg obiecuje komuś, że przyjdzie do niego tego dnia, a potem przychodzą do niej trzy osoby i proszą ją o pomoc. W zależności od wersji, dana osoba albo im pomaga, albo nie. Puenta jest taka, że Pan Bóg faktycznie przyszedł do tego kogoś w postaci tych trzech osób. To, jak z nimi postąpił odzwierciedla to, jak postąpił z Najwyższym, w myśl zasady - "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 40).
My zakładaliśmy drugą z opcji, czyli że rodzina nie pomoże tym, którzy zapukają do ich drzwi. Ogólnie koncepcja była taka, że podczas przygotowań do wieczerzy wigilijnej ojciec rodziny zdradził żonie i córeczce, że podczas modlitwy w kościele usłyszał od Jezusa, iż przyjdzie do ich domu tego dnia, aby zjeść wspólną kolację. Żona zaaferowana, zaczęła zmieniać nakrycia na stole na lepsze, dogotowała potraw i cała rodzina z niecierpliwością czekała na zapowiedzianego gościa. Jednak zamiast niego do ich drzwi zapukała najpierw staruszka (to była moja rola), potem chłopiec, którego rodzice zmagali się z problemem alkoholowym, a na koniec żebrak. Każdy z nich zapytał o możliwość dołączenia do ich wieczerzy, wszak jest tradycja jednego pustego nakrycia na stole. Jednak, jak możecie się domyśleć, nie zostali wpuszczeni. Trochę zawiedzona rodzina poszła spać, a nazajutrz ojciec "poszedł" do kościoła, aby wygarnąć Bogu co o Nim myśli. W odpowiedzi usłyszał, że przecież Bóg przyszedł do niego w postaci staruszki, chłopca i żebraka i ani razu nie otworzył przed nim szerzej drzwi i nie zaprosił go na wieczerzę wigilijną, jednocześnie przywołał wspomniany cytat z Ewangelii według św. Mateusza. Całość zwieńczyliśmy kolędą "Nie było miejsca dla Ciebie".
Zgrana ekipa zaangażowana w przedstawienie
Całość chyba się podobała, bo zebraliśmy gromkie brawa, a potem przez cały czas ktoś nam gratulował występu. Może nie było nas szczególnie dużo zaangażowanych w przedstawienie, ale bardzo dobrze nam się współpracowało. 
Na spotkaniu przedświątecznym nie mogło oczywiście zabraknąć władz wydziału, czyli dziekana i prodziekana, a także wielu naszych wykładowców, którzy z takim oddaniem przekazują nam tajniki wiedzy teologicznej, pedagogicznej, a także związanej z prawidłowym funkcjonowaniem rodziny. To jeden z niewielu dni w roku, kiedy można się tak po prostu, na spokojnie spotkać i porozmawiać.
Ksiądz dziekan składa wszystkim przybyłym na spotkanie życzenia świąteczne i noworoczne
Może i nasz wydział nie jest najliczniejszy, ale tworzy to swoistą, kameralną atmosferę
Spotkanie zgromadziło sporo osób, jednak nie byli na nim obecni wszyscy studenci wydziału, co było do przewidzenia. Statystycznie najwięcej było... kleryków. W tym roku zrezygnowano z dzielenia się opłatkiem. Każdy kto chciał, podchodził do siebie i składał sobie życzenia. Do mnie np. podszedł aktualny ksiądz promotor i życzył mi większej odwagi w podejmowaniu wyzwań. Hmm... jednak owca, a nie wilk (o co chodzi dowiecie się >>tutaj<<). Zobaczymy na jak długo. Za to pani promotor mojego licencjatu życzyła mi, aby praca magisterska wyszła mi równie ciekawa, a może jeszcze ciekawsza. Jednak najbardziej rozbawiła mnie wypowiedź księdza, który będzie błogosławiony, który życzył mi... A nie, niech to pozostanie moją małą tajemnicą.
To były cudowne dwie godziny spędzone na rozmowach, śmiechach i pałaszowaniu pysznych wypieków, pod którymi uginały się stoły. Jakże pasuje do niego dzisiejsze motto z elektronicznego kalendarza adwentowego KBO ŚDM.

wtorek, 5 kwietnia 2022

1420. Niedzielny wyjazd na tegoroczne Misterium Męki Pańskiej do Krakowa

Witajcie Kochani,
Zanim przejdę do dzisiejszego wpisu, chciałabym bardzo, ale to bardzo podziękować każdemu z Was za komentarze i gratulacje pod poprzednim postem. Zrobiło mi się niezwykle miło, czytając każdy z nich. Serce biło mi niesamowicie, kiedy czytałam Wasze wypowiedzi, zresztą tak samo, jak podczas czytania komentarzy na fb(ale jak tu się nie wzruszyć, kiedy gratulują nauczyciele jeszcze z czasów przedszkolnych, wspominając moją "karierę naukową", rodzice moich szkolnych kolegów i koleżanek, czy też sami oni). Co prawda kilkakrotnie powtórzyłam, że nie zrobiłam właściwie nic wyjątkowego, po prostu ukończyłam studia, obroniłam prace i odebrałam dyplomy, jak rzesza studentów przede mną i rzesza studentów po mnie. Byłam jednym z nich, studentem, któremu nie zawsze wszystko wychodziło i czasami też miał ochotę wszystko rzucić. Też złościłam się na profesorów, też miałam dosyć nauki. Ale to chyba każdy przechodzi takie kryzysy. Grunt, żeby je przetrwać i iść dalej. Może to dziwne, ale dopiero teraz do mnie dociera, że mogę mówić o sobie "magister", chociaż tytuł obroniłam prawie 2 lata temu. Mam tylko nadzieję, że nie przewróci mi on w głowie za bardzo😄. Trzymajcie za mnie o to kciuki. Jeszcze raz wszystkim serdecznie za wszystko dziękuję i obiecuję Wam poodpisywać na komentarze. Tylko muszę jakoś wygrzebać kilka wolnych chwil.
Już kilkakrotnie pisałam na tym blogu o Misterium Męki Pańskiej wystawianym na salezjańskiej scenie przy Salezjańskim Seminarium Duchowym w Krakowie. Każdego roku sceny Triduum Paschalnego(a niekiedy i poprzedzające te trzy dni, lub też następujące tuż po nich) osadzone są w innej rzeczywistości. Były już np. słowa papieża Franciszka podczas ŚDM w Krakowie, wesele w Kanie Galilejskiej, rola światła, Błogosławiona Piątka Salezjańska, czy też Jezus jako Dobry Pasterz. Dlatego za każdym razem jestem ciekawa czym tym razem zaskoczy mnie reżyser przedstawienia.
Kiedyś na Misterium jeździliśmy całą parafią, raz mieliśmy wyjazd tylko dla scholi(+rodzice+dwie osoby spoza), raz podłączyliśmy się pod młodzieżową wspólnotę. Od czterech lat jednak nikt nie organizuje już tego typu wyjazdów. W 2019 roku wybrałam się na przedstawienie sama(no dobra, nie do końca sama, bo z Młodą, ale już nie jako grupa parafialna), co opisałam w >>TYM<< wpisie. W 2020 roku miałam "zaklepany" bilet, niestety wybuchła pandemia i spektakle zostały zawieszone. Co prawda wznowiono je na jesieni, jednak nie udało mi się zdobyć miejscówki(głównie dlatego, że było mniejsze obłożenie sali). Podobno było w zeszłym roku. W tym roku jednak trochę popuścili wszelkie ograniczenia, a w związku z tym widownię można było zapełnić nawet w 100%. Na początku oczywiście wszystkie bilety zostały wykupione, jednak z doświadczenia sprzed pandemii wiedziałam, że po drodze zawsze zwalniają się jakieś miejsca. Tzn. podczas pandemii też się zwalniały, ale pierwszeństwo w "zabukowaniu" miały grupy wpisane na listę rezerwową, tych zaś nie brakowało. Kiedy zobaczyłam, że 3 kwietnia zwolniło się ponad 30 miejsc, aż zaświeciły mi się oczy z radości. Szybko napisałam do organizatorów meila z prośbą o rezerwację jednej miejscówki. Już nawet nie prosiłam o konkretną godzinę(miejsca były i na spektaklu o 13:00 i o 15:30), bardziej chodziło mi już o samo bycie. Na ten dzień nie zapisywałam się też na żaden wolontariat, a zatem był on też dla mnie niejako wytchnieniem od codzienności.
Chociaż pogoda splatała nam psikusa, kwiaty dzielnie stawiają jej czoła
W tygodniu poprzedzającym spektakl dostałam meila z potwierdzeniem zapisu oraz szczegółowymi informacjami, w tym z godziną przedstawienia. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że zapisali mnie na godzinę 15:30. Dzięki temu mogłam niejako zaplanować ten dzień.
Do Krakowa pojechałam z samego rana. Po przeanalizowaniu wszelkich za i przeciw uznałam, że jeżeli chcę iść na niedzielną Mszę świętą, to najrozsądniejszym wyjściem będzie udać się do jakiegoś kościoła na miejscu. A tych w dawnej stolicy naszego kraju nie brakuje - w samym centrum jest ich około 31(dokładniej są one wpisane w koło o promieniu +/- 1 km, przyjmując Sukiennice za jego środek). Chwilę się zastanawiałam, który z nich wybrać, w końcu zdecydowałam się na barokowy kościół Świętych Piotra i Pawła znajdujący się na ul. Grodzkiej, na przeciwko dziekanatu Wydziału Teologicznego UPJPII. Taką moją główną motywacją co do tego było to, że w ubiegły wtorek został w nim pochowany kompozytor Krzysztof Penderecki. Nie ukrywam, że byłam ciekawa tego szumnego panteonu, który okazał sie sarkofagiem po prawej stronie świątyni. 
Po Mszy miałam jeszcze trochę czasu do przedstawienia. Postanowiłam się przejść słynnymi krakowskimi plantami. Kiedy jeszcze studiowałam lubiłam spacerować po tych alejkach po obu stronach usłanymi drzewami. Nawet wolałam tą formę dostania się do dworca autobusowego niż podjechanie tramwajem. Chociaż, jak mi się wyjątkowo spieszyło, wybierałam tą drugą opcję. 
Trasa mojego spaceru prowadziła najpierw w kierunku głównego budynku Uniwersytetu Jagiellońskiego, zwanego też Collegium Novum, a następnie zawędrowałam na królewski Wawel, który najczęściej podziwiałam z okien mojego Uniwersytetu.
Trochę słabo widać, ale udało mi się wypatrzeć pierwszą sikorkę na plantach
Zafrasował mnie ten ptak. Ktoś wie jak może się nazywać? Bo ja nie mam ptasiego pojęcia
Nie mogło zabraknąć też gołębi
Ani kruków(?)

Wzruszyła mnie ta płaskorzeźba po drodze, a zwłaszcza masa biało-niebieskich bukietów pod nią(niestety, przez stojące przed budynkiem samochody nie miałam jak zrobić ładnego zdjęcia)
Wymowny symbol solidarności z Ukrainą
Collegium Novum UJ-otu, byłam w nim dwa razy na konferencjach naukowych
Drzewo naprzeciwko Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego
Najciekawszy efekt jest wtedy, kiedy z tych młoteczków tryska woda
Zawsze mnie ciekawiło, czego dotyczyła ta ich rozmowa
Aż wreszcie trafiłam na królewski Wawel. Bardzo lubię ten napis nad jedną z tamtejszych bram. Pamiętam nawet taką sytuację, że podczas pierwszego wyjazdu na Misterium ksiądz proboszcz zaprowadził nas pod nią i przetłumaczył nam ten napis. I tak mi to utkwiło w łbie, że potem kilka razy "przetłumaczyłam" ten napis podczas kolejnych wycieczek, wzbudzając zachwyt zgromadzonych.
"Jeżeli Bóg jest z nami to któż przeciwko nam"
Kaplica Wazów(to ta z czarną kopułą) i Kaplica Zygmuntowska(ta ze złotą kopułą)
Panorama Krakowa z perspektywy Wawelu.
Widok na Kopiec Kościuszki
Widok na Dębniki

W oddali widać sanktuarium Bożego Miłosierdzia
Smok wawelski z nieco innej perspektywy
Całkiem ciekawy ten korzeń
Powoli zbliżała się godzina 14:00, a więc powoli trzeba było kierować się w stronę Wyższego Salezjańskiego Seminarium Duchownego mieszczącego się na Dębnikach. Można tam dojść pieszo wzdłuż Wisły, ja jednak w tamtą stronę postanowiłam podjechać tramwajem. Wysiadłam na Szewskiej, po czym powoli zmierzałam bulwarami w kierunku kompleksu. Trochę mi się dłużyło i chwilami miałam wątpliwości czy dobrze idę, ale w końcu dotarłam na miejsce, gdzie otrzymałam zamówiony bilet.
W tym roku Misterium oparto na sakramencie spowiedzi. Już na początku z głośników rozległo się pytania: Czy się spowiadasz? Jak często się spowiadasz? itp. Następnie na scenie pojawili się Józef z Maryją, która dopiero co urodziła Syna Bożego. Zamartwiali się, jak sobie poradzą jako młodzi rodzice. Następnie przenieśliśmy się do czasów, kiedy Jezus prowadził już swoją działalność. Na naszych oczach uzdrowił paralityka oraz człowieka "opętanego przez złego ducha", nie potępił także cudzołożnicy, którą przyprowadzili przed niego faryzeusze. Następnie jesteśmy świadkami wydarzeń z Wielkiego Czwartku oraz Wielkiego Piątku, a także Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego. Równocześnie przyglądaliśmy się współczesnym ludziom przystępującym do sakramentu pokuty i pojednania. Niektórzy w ostatniej chwili rezygnują, inni wymieniają wciąż te same grzechy, jeszcze inni nachalnie zrzucają swoją winę na innych. Tymczasem na końcu zaznaczono, że spowiadamy się nie przez księdzem, a przed samym Bogiem. Ksiądz jest tylko pośrednikiem, który ma za zadanie tak nas pokierować, abyśmy nie popełniali wciąż tych samych grzechów. W ten sposób wypełniane są słowa Jezusa skierowane do apostołów, pierwszych księży "tym, którym odpuścicie grzechy są in odpuszczone, a którym zatrzymacie są im zatrzymane". Na koniec każdy widz otrzymał wydrukowany na kartce rachunek sumienia na podstawie spektaklu. 
Figurka przy wyjściu z budynku teatru
Po wyjściu z terenu seminarium skierowałam swoje kroki w kierunku centrum miasta. Drogę powrotną postanowiłam pokonać pieszo. Mogłam co prawda wybrać się na tramwaj, ale wtedy:
nie widziałabym Wawelu z tej perspektywy:
Ani nie minęłabym barki rodem z Hucka Finna
Ani nie zrobiłabym sobie zdjęcia z samowyzwalaczem:
Co prawda droga powrotna nieco mi zeszła, uznajmy jednak, że ruch to zdrowie. Dłuższy dzień też działał na plus - nie zrobiło się ciemno już o godzinie powiedzmy 17, 18, kiedy szłam bulwarami, a ciut później. Potem wystarczyło przejść pod "Jubilatem" na drugą stronę Wisły i ulicą Zwierzyniecką dojść do plantów. A potem już przez Stare Miasto prosto do dworca autobusowego.
Kiedy o 19:00 wyruszyłam w drogę powrotną do domu, byłam zmęczona, ale szczęśliwa. To był w miarę dobrze spędzony dzień. Próbowałam jeszcze czytać zabraną ze sobą książkę, oczy jednak same mi się zamykały. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Na szczęście autobus kończył swoją trasę w Katowicach, toteż nie było opcji, abym przespała mój przystanek.
W tym roku Misterium zostało wystawione po raz 91. Jeżeli dobrze liczę, to było to moje 10, może 11. Jak zawsze stanowiło dla mnie niemałe przeżycie duchowe, ale i emocjonalne. Warto było na nie jechać, nawet jeżeli wiązało się to z licznymi wyrzeczeniami. 
Trzymajcie się ciepło!