Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

sobota, 31 grudnia 2022

1512. Benedykt XVI - skromny i pokorny papież - teolog

Kiedy w środę podczas audiencji generalnej papież Franciszek poprosił wiernych o modlitwę za papieża seniora Benedykta XVI, można było się domyśleć, że powoli zbliżał się kres życia jego poprzednika. Człowieka, który jako pierwszy papież od wieków sam zrzekł się swojego urzędu i na prawie dekadę usunął się w cień swojego następcy. Cichy, skromny i pokorny - tak określali go jego współpracownicy. Dzisiaj o godzinie 9:34 Benedykt XVI, który był równolatkiem mojego dziadka od strony taty w pełnym tego słowa znaczenia - obydwoje przyszli na świat 16 kwietnia 1927 roku, zakończył swoją ziemską wędrówkę i na zawsze już połączył się z Bogiem Ojcem. Chociaż nie jestem zwolenniczką żadnych teorii, to jednak widzę pewną zbieżność pomiędzy Jego śmiercią, a śmiercią Jana Pawła II - oboje odeszli w sobotę, w dodatku Jan Paweł II zmarł o 9:37 wieczorem, zaś Benedykt XVI o 9:34, z tym że rano.

Papież Benedykt XVI (16 kwiecień 1927 - 31 grudzień 2022)

Tą notkę miałam i tak miałam dzisiaj umieścić, jednak zmieniły się nieco same okoliczności jej publikacji. Bo szczerze powiedziawszy to liczyłam na to, że papież Benedykt XVI doczeka jednak tego 2023 roku. Stało sie jednak inaczej...

Wraz z informacjami o pogarszającym się stanie zdrowia papieża Benedykta XVI, zaczęto się zastanawiać co się stanie po jego śmierci. Co prawda Watykan ma swoje szczegółowe procedury w wypadku śmierci głowy Kościoła, jednak aktualna sytuacja w Państwie Kościelnym jest naprawdę wyjątkowa. Wszak dotąd po śmierci papieża dopiero trzeba było czekać na wybór jego następcy. Tymczasem świat ma już papieża, Franciszka, który został wybrany po abdykacji Josepha Ratzingera. I to on w dalszym ciągu pełni funkcję głowy Kościoła katolickiego.
Franciszek 28 grudnia pod koniec audiencji generalnej powiadomił wszystkich, że jego poprzednik jest bardzo chory. Dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, Matto Bruni doprecyzował, że pogorszenie stanu zdrowia emerytowanego papieża związane jest z jego podeszłym wiekiem. Sam Benedykt XVI przebywał pod opieką lekarzy.
W kolejnych godzinach napływały coraz nowsze informacje o stanie zdrowia Benedykta XVI. Kilka dni przed świętami miał zgłaszać "problemy z oddychaniem". Inne doniesienia mówiły, że była głowa Kościoła katolickiego zmaga się z niewydolnością nerek lub kłopotami z sercem. W czwartek Bruni powiadomił wszystkich, że stan zdrowia papieża Benedykta XVI jest ciężki i poważny, jednak "papieżowi-emerytowi udało się dobrze wypocząć ostatniej nocy i jest absolutnie przytomny oraz czujny".
Pogarszający się stan zdrowia 95-letniego papieża stawiał pytanie: co dalej. Kościół katolicki ma szczegółowe procedury i rytuały na wypadek śmierci papieża, nie do końca jednak one dotyczą byłej głowy Stolicy Apostolskiej. Nie było wiadome, czy w razie śmierci Benedykta XVI postępowanie to będzie takie samo, jak gdyby był urzędującym aktualnie Ojcem Świętym. Trzeba mieć na uwadze fakt, że Ratzinger jest pierwszym papieżem od 600 lat, który zrzekł się swojej funkcji
Tym samym, sytuacja, gdzie jeden żyjący papież może pochować swojego poprzednika jest zupełnie nowa. Zazwyczaj zagraniczne głowy państw powiadamia się o śmierci papieża, zanim oficjalnie ogłosi to Radio Watykańskie. Do czasu wyboru nowego Ojca Świętego to kamerling zarządza Stolicą Apostolską. Jednak aktualnie to papież Franciszek stoi na czele Watykanu, nie będzie więc obowiązywał najważniejszy rytuał, jakim jest konklawe.
Zadaniem kamerlinga zazwyczaj jest oficjalne potwierdzenie śmierci Ojca Świętego poprzez trzykrotne stuknięcie w jego głowę małym, srebrnym dzwoneczkiem oraz wywołanie jego imienia. Nadzorowałby on również zniszczenie papieskiego pierścienia rybaka, zorganizował pogrzeb oraz przygotował konklawe. Pogrzeb Benedykta XVI odbyłby się w Bazylice św. Piotra albo na placu przed nią, najprawdopodobniej pod przewodnictwem papieża Franciszka, a nie dziekana Kolegium Kardynalskiego.
Zdaniem Associated Press papież senior zostanie pochowany w grobowcu należącym wcześniej do papieża Jana Pawła II (zanim został kanonizowany i przeniesiony w inne miejsce), na jego trumnie zostanie też umieszczona Ewangelia. Natomiast raczej nie zastosuje się dziewięciodniowego okresu żałoby, obowiązującego do rozpoczęcia żałoby (tzw. Novemdiales).

Na podstawie: https://www.wprost.pl/swiat/11025142/co-sie-stanie-jesli-benedykt-xvi-umrze-watykan-ma-procedury-ale-sytuacja-jest-wyjatkowa.html 

A do mojego spotkania z Benedyktem XVI zapraszam pod >>TEN<< wpis.

środa, 28 grudnia 2022

1511. Praktykancki (fal)start

Przerwę świąteczną oraz 1,5 tygodnia po niej postanowiłam poświęcić na zrobienie praktyk zawodowych, które są wymagane do zaliczenia studiów. Na Naukach o Rodzinie planowo mamy do wyrobienia 150 godzin w semestrze zimowym. Po przeliczeniu ich na dniówki wyszło mi 18 pełnych dni i jeden 6-godzinny. Sporo, zwłaszcza przy dwóch kierunkach studiów i pracy zawodowej. Tym bardziej, że dotychczas 5 semestr studiów był tak ułożony, aby przynajmniej jeden dzień był wolny. Właśnie na wyrobienie praktyki.
Inna sprawa to samo jej miejsce. Z jednej strony mogłam napisać podanie o zaliczenie pracy na jej poczet, wszak praca na świetlicy środowiskowej w jakiś sposób jest pracą z rodziną. Z drugiej strony od pierwszej chwili, jak na wykazie miejsc, w których można odbyć praktykę zobaczyłam Sąd Rodzinny, wiedziałam, że zrobię wszystko, aby spróbować się tam właśnie dostać.
O praktyce w Sądzie, najlepiej w dziale kuratorskim, myślałam już podczas studiów z Pracy Socjalnej na UPJPII. Chciałam je odbyć na czwartym semestrze, kiedy już będę miała zaliczony przedmiot Metodyka Pracy Kuratora Sądowego. Bardzo mi się on podobał, a i kiedy zapytałam prowadzącej, czy widzi jakieś przeciwskazania do wykonywania przeze mnie tego zawodu, zważając na moje ograniczenia, to powiedziała, że nie. Już chciałam złożyć do Sądu papiery z podaniem o przyjęcie mnie na praktykę, kiedy nadeszła pandemia koronawirusa, a wraz z nią narodowa kwarantanna. Ta zaś zdawała się ciągnąć w nieskończoność. W końcu uczelnia uznała, że raczej nie uda nam się zrobić w semestrze letnim tradycyjnych praktyk i większość ich opiekunów po prostu wymieniła formę zaliczenia ich w formie elaboratów. 
Kiedy w październiku szłam do katowickiego Sądu Rejonowego, nie wiedziałam czego mogłam się spodziewać. Czy mnie nie wygonią twierdząc, że "mnie nie rozumieją"? Czy nie ocenią mnie na podstawie tego, co widzą? Czy w ogóle będą chętni na przyjęcie kogoś na praktykę? Na szczęście w biurze podawczym były bardzo sympatyczne panie, które wytłumaczyły mi co i jak. Na drugi dzień zaniosłam podanie z prośbą o przyjęcie na praktykę.
A potem czekałam, czekałam i czekałam. Czas mijał, a ja coraz bardziej się denerwowałam, że to jednak się nie uda.
Aż wreszcie dostałam meila z wiadomością, że mam wydrukować i wypełnić dokumenty zamieszczone na stronie Sądu, a następnie zanieść je do biura podawczego. Wiadomo, imię, nazwisko, adres zamieszkania, dane kontaktowe oraz nazwa uczelni, wydziału i kierunku, a także data odbywania praktyki - tutaj wpisałam orientacyjnie listopad 2022 - luty 2023. No bo nie wiedziałam jak to się ułoży, a przecież nie mogę ot tak nie chodzić na zajęcia. Nawet ze względu na praktykę. Zwłaszcza na pedagogice, której ta praktyka stricte nie dotyczy.
Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie kierowniczka Zespołu Kuratorskiego działającego przy sądzie z informacją, że chętnie mnie weźmie pod swoje skrzydła. Tylko mam wskazać termin, w którym chcę odbyć tą praktykę. Warunek był jeden - musi to być termin ciągły. Po dokładnym przeanalizowaniu obydwóch planów zajęć i poświęceniu jednej dopuszczonej nieobecności na każdych zajęciach wyszło mi, że jak zacznę 23 grudnia, będę chodzić na nią przez całą przerwę świąteczną, i skończę 17 stycznia, to wyrobię jakieś 16 dni. Zostaną mi 2 dni i 6 godzin do uczkania gdzieś. I tak też się zdeklarowałam. Pani Kierownik przystała na to. Jeszcze tylko musiałam donieść skierowanie z uczelni (opiekunowi jako termin wysłałam 23 grudzień 2023 - 17 styczeń 2023 - brawo ja! Za to biedny musiał jeszcze raz biegać do dziekanatu po pieczątkę) i mogłam czekać na rozpoczęcie praktyki.
Zgodnie z umową, 23 grudnia wstawiłam się w głównym gmachu Sądu. W zasadzie tego dnia miałam tylko szkolenie z BHP oraz RODO, więc też podeszłam do tego bardziej na luzie. Nie żebym sobie olewała to szkolenie i nic sobie nie robiła z przepisów bezpieczeństwa, ale też nie czułam większej "spiny" z tego powodu. Wszystko poszło w miarę szybko. Na koniec zostałam poinformowana, gdzie mam się wstawić 27 grudnia (budynek w którym jest kuratela sądowa znajduje się gdzie indziej).
Wczoraj udałam się w wyznaczone miejsce o wyznaczonej godzinie. Pukam do wskazanych drzwi, pukam i nic. W końcu ktoś wyszedł z pomieszczenia obok i poinformował mnie, że "dzisiaj pani kurator nie ma...". Aha... Ale zaprosił mnie na dzisiaj, na 7:30. Wobec powyższego miałam dzień wolny. Trochę byłam zła, bo gdybym wiedziała, to ogarnęłabym bibliotekę. A nie wzięłam książek, ponieważ planowo miałam być na praktyce do 15:30, na 17:15 byłam zaś umówiona do dentysty. Wiem, że teoretycznie miałam godzinę i czterdzieści pięć minut czasu, aby dotrzeć, lecz po 15:00 rozpoczynają się godziny szczytu, które skutecznie ćwiczą cierpliwość podróżnych. Nie chciałam ryzykować spóźnienia. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce byłam w domu już o 11:00.
Zaliczyłam więc falstart. Na szczęście dzisiaj wszystko przebiegło zgodnie z planem. Powtórzyłam sobie zadania i obowiązki kuratora, poczytałam nowe ustawy, zwiedziłam budynek Sądu a także przejrzałam kilka teczek z opiniami kuratorskimi. Pani kierownik jest bardzo sympatyczna i z chęcią służy pomocą oraz dzieli się swoją wiedzą. Myślę, że będzie dobrze - musi być!

wtorek, 27 grudnia 2022

1510. Jeszcze w świątecznym klimacie

Są takie dni w ciągu roku, kiedy można trochę odetchnąć od codziennego zabiegania. Kiedy można tak po prostu wieczorem usiąść w fotelu z ciekawą lekturą (w tym roku było to "Miłosne graffiti" autorstwa Jennego Bennetta, którą bodajże rok temu dostałam w przesyłce od Basi Pawlak). Albo obejrzeć jakiś film w telewizorze, nawet jeżeli byłby on mało ambitny. Na stole stoi kawa zbożowa oraz słodkości w postaci kruchych ciasteczek maślanych oraz "miodownika". Można powiedzieć, że debiutowałam i w pieczeniu jednego i drugiego, więc miałam tremę, czy na pewno wszystko mi się uda. Na szczęście wypieki wyszły bez zarzutu, a i gościom smakowały.

W tym roku moje mieszkanie jest raczej skromnie przyozdobione. Po malowaniu, które miało miejsce na wiosnę jeszcze się nie wypakowałam całkowicie. A przecież mam tyle cudownych rzeczy w większości otrzymanych od Was, które można by wykorzystać. No nic, może za rok znajdę te pudełka, w których je pochowałam. Na razie musiałam zadowolić się choinką, aniołkiem od Beatki oraz stroikiem, który dostałam dawno, dawno temu. Kiedyś miałam też szopkę, ale się potrzaskała i nie ma chętnego, który by ją skleił. Rzecz jasna - sama się potrzaskała, bo jeżeli w mojej rodzinie niektórzy coś zniszczą, to i tak nigdy nie będą winni. Za to jak człowiek z niepełnosprawnością coś zbije całkiem niechcący, to od razu jest wielka tragedia. Czasami naprawdę płakać mi się chce. Jakiś czas temu kupiłam sobie tą, którą pokazałam Wam w ostatnim wpisie, ale została mi ona zarekwirowana, "bo taka  ładna...". Wracając jednak do tematu ozdób, to bardzo mi się one podobają - może i jest skromnie, ale klimat świąteczny w jakiś sposób został zachowany. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Czytaniu książki, jak także pisaniu kolejnych zdań pracy dyplomowej, najczęściej towarzyszył delikatny dźwięk kolęd i pastorałek płynących z odtwarzacza CD. Mam kilkoro ulubionych wokalistów, których mogę słuchać na okrągło i mam wrażenie, że nigdy mi się nie znudzą ich śpiewy. Najbardziej lubię tradycyjne ich utworów, chociaż wiadomo, że na scholi śpiewa się do podkładów, które aktualnie są na stanie. 
A propos scholi, tak jak Wam ostatnio pisałam, podczas Pasterki o godzinie 22:00 czytałam wezwania z Modlitwy Wiernych. To był mój drugi występ tego dnia - jak mogliście wyczytać, na roratach o godzinie 7:00 rano miałam swoje pięć minut podczas czytania Pierwszego Czytania z Drugiej Księgi Królewskiej. Oczywiście z rana miałam większą tremę, chociaż było mniej ludzi na Mszy roratniej niż na Pasterce (zresztą dla mnie Pasterka jest o północy), ale myślę, że i tu i tu dałam radę. Chociaż przez całą procesję zmierzającą z nowonarodzonym Jezusem do żłóbka tylko patrzyłam, jak odleci mu głowa i pilnowałam się, aby nie wybuchnąć z tego powodu śmiechem. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca, a po dokładnych oględzinach leżącego w żłóbku Dzieciątka śmiem twierdzić, że podmienili figurki. W Pierwszy Dzień Świąt Pani Dyrygent podeszła do mnie z zapytaniem, czy jestem we wspomnienie świętego Szczepana. Powiedziałam jej, że tak, na co dostałam do przeczytania kolejne cztery wezwania z Modlitwy Wiernych. Czyżby tak na nią podziałało moje sobotnie poranne czytanie? No i oczywiście miałam stać z puszką przy drzwiach. W ostateczności jednak nic nie przeczytałam. Coś czułam, że tak będzie, pamiętałam że w poprzednich latach nie było po kazaniu Wyznania Wiary i najlepiej zejść na dół zaraz po odsłuchaniu Ewangelii... No, ale mnie nikt nie słucha, a zwłaszcza osoba, z którą miałam czytać wezwania. Jakoś się do tego przyzwyczaiłam. Skończyło się na tym, że kiedy zaczęłyśmy schodzić, Proboszcz sam zaczął sobie wszystko czytać. Dobra, i tak chyba powinnam być wdzięczna za tą Pasterkę...
Poza tym mam mały niesmak po odczytaniu tego dnia Listu rektora Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie, w którym tak bardzo zachwalał kierunek Nauki o Rodzinie. Tylko co z tego, kiedy niektórzy wykładowcy mający zajęcia również na tym kierunku otwarcie popierali i propagowali "czarny strajk" oraz strajki związane z poparciem prawa do aborcji twierdząc, że w naszym kraju nie potrzeba żadnych kalek, odpadków i innych wybryków natury... Wykładowczyni Uniwersytetu Papieskiego... Wiecie, ja nikomu nie bronię posiadania swoich poglądów, ale umieć je wyrazić też trzeba umieć. A już na takiej uczelni to może lepiej w ogóle zachować je dla siebie. Naprawdę zrobiło mi się przykro, kiedy to usłyszałam. Tym bardziej, że na tym wykładzie było tylko 4 osoby i nie wierzę, żeby mnie nie widziała. Jakże odmienny pogląd w tej sprawie głosiła jedna z wykładowczyń Uniwersytetu Śląskiego, z którą miałam też wtedy zajęcia. Przyznała, że ona nikogo nie potępi jak pójdzie strajkować, jednak najpierw kazała się dobrze zastanowić, w imię jakich wartości tam pójdziemy. Czy będą one zgodne z kierunkiem Nauki o Rodzinie, który ma nas przygotować do pracy z rodzinami, również takimi, w których będą niepełnosprawne osoby, czy też nie. Bo wbrew wszystkiemu nawet bardzo upośledzone osoby mają swoją godność i prawo do życia. Nie powiem, podniosła mnie ona na duchu, nieświadomie, ale jednak. Po tych słowach poczułam się człowiekiem, który jest wartościowy przez sam fakt człowieczeństwa. 

sobota, 24 grudnia 2022

1509. Nie ma cudów bez wiary

Powyższe zdanie zostało wypowiedziane przez księdza proboszcza podczas jednych z pierwszych tegorocznych rorat. Myślę, że jest w nim sporo racji. I nie koniecznie trzeba je odbierać w dosłownym, religijnym znaczeniu, chociaż wielu z nas tak właśnie o niej myśli. 
Tak jak pisałam w dniu wczorajszym, podczas dzisiejszego ostatniego nabożeństwa roratniego miałam do przeczytania Pierwsze Czytanie, które pochodziło z Drugiej Księgi Samuela. To taka nagroda za sumienne uczęszczanie na nabożeństwa. W zasadzie w parafii opuściłam tylko dwa z nich, a w ogóle - tylko jedno. Tak się złożyło, że udało mi się w większość dni powszechnych pracujących dotrzeć na roraty z Duszpasterstwa Akademickiego, które odbywały się od wtorku do piątku o 6:30 rano. Nie ukrywam, że nie zawsze wstawałam z chęcią. Jednak jak powiedział jeden z biskupów diecezji (chociaż oni tam mają chyba już archidiecezję) na zakończenie rorat w środowy poranek, poranne roraty kryją w sobie trzy znaczenia:
1. Jest to Msza święta, podczas której Matka Boża jest szczególnie związane z wiernymi, 
2. Słysząc rano Słowo Boże możemy podczas całego dnia się do niego odnieść,
3. Poranne wstawanie łączy się z wyrzeczeniem się dalszego snu, czasem dotarcie na nabożeństwo też może być problematyczne. Ważne jest jednak to, aby się nie poddawać i trwać w swoim męstwie.

Zwieńczeniem rorat było wspólne, pamiątkowe zdjęcie z biskupem, wszystkich, którzy tego dnia zjawili się na porannych roratach. Jako "nagrodę" każdy z nas otrzymał czekoladę :).
Wieczorem starałam się być na roratach w mojej parafii. Nie było to proste, ponieważ niekiedy dojeżdżałam komunikacją miejską w ostatniej chwili. Ale jakoś się udawało. Raz jedynie nie byłam z powodu popołudniowej wizyty studyjnej w ramach pedagogiki opiekuńczo - wychowawczej, a drugi raz po prostu tak się źle czułam, że nie byłam w stanie wstać z łóżka. Już w pierwszym tygodniu ksiądz proboszcz ogłosił, że jeżeli dorośli mają ze sobą lampiony, to mogą iść z dziećmi w procesji do ołtarza. A ja akurat nosiłam ze sobą latarenkę (która na porannych roratach też się paliła - to pierwsze zdjęcie to było z pierwszego dnia, kiedy nie wiedziałam jeszcze co i jak), więc Pani Dyrygent wysyłała mnie na dół. Bo w tym roku schola śpiewała na roratach, czasami nawet w dwuosobowym składzie. Przy okazji będąc na parterze pilnowałam dzieciaków, aby szły w miarę równym tempie i zbytnio nie rozłaziły się na boki. Wyjątkiem był ostatni tydzień, kiedy przez większość dni pomagałam panu Organiście przerzucać slajdy z pieśniami na rzutniku, a przy okazji obsługiwałam sprzęt nagłaśniający, zwłaszcza kiedy przyszedł ktoś ze scholi (ja tam mogę śpiewać bez mikrofonu). Bałam się, że coś zepsuję, ale Pani Dyrygent akurat nie mogła przychodzić. Na szczęście, po tym jak raz nie mogła w zeszłym tygodniu przyjść, bo coś jej wypadło, postanowiła mnie przeszkolić w zakresie obsługiwania miksera. Teoretycznie wiem jak on działa, raz nawet go obsługiwałam, jednak nie ukrywam, że taka instrukcja obsługi bardzo mi pomogła.
Przy okazji wpadłam na szalony pomysł przeczytania na ostatnich roratach Pierwszego Czytania. Trochę jako "nagrodę" za te podwójne roraty, a trochę po to, aby pokazać, że też potrafię. Okazja ku temu była idealna - przy poprzednich dwóch sobotnich roratach (które były o 7:00 rano) zauważyłam, że stosunkowo mało jest na nich osób, a lektora to już żadnego nie ma. Dodatkowo środowa rozmowa z księdzem, który będzie błogosławiony trochę mnie umocniła w tym wszystkim. Jeszcze w środę po roratach podzieliłam się moim zamiarem z A., która aż klasnęła z radości. I nawet poszła ze mną porozmawiać na ten temat z proboszczem, co by mnie nie spławił. Z oporem, bo z oporem, ale w końcu zgodził się na tą propozycję.
Już raz miałam przeczytać lekcje, niestety w ostateczności została ona przeczytana przez inną przedstawicielkę scholi (pisałam o tym >>tutaj<<). Później jakoś się nie złożyło, abym dostała właśnie Czytanie, co najwyżej Modlitwę Wiernych. Zresztą dzisiaj na Pasterce też mam dwa wezwania. Tak więc o końca nie byłam pewna, czy proboszcz nie wywinie mi głupiego numeru i jednak nie da tego tekstu do przeczytania komuś innemu. Dlatego z pewną obawą schodziłam na dół przy akompaniamencie "Chwała na wysokości Bogu". Ale nie, kiedy śpiew się już skończył nikt nie zbliżał się do ambony. A więc stało się. I tylko jedna myśl zdążyła mi przelecieć przez głowę - "Niech się dzieje Twoja wola". Na więcej nie starczyło czasu.
Dzisiejszy tekst był dosyć długi i wymagał ode mnie nie lada skupienia. A i tak z dwa razy zamieniłam kolejność słów. Chyba jednak nikt się nie połapał. Nie wiem, na ile inni mnie zrozumieli. A. potem przyznała, że według niej było wspaniale, Organista jej wtórował. A ja czułam się tak, jakbym przy wierze innych osób zdobyła niebywale wysoki szczyt. Wczoraj jeden chłopiec, który nie opuścił ani jednych rorat otrzymał nagrodę. Dla mnie największą nagrodą było przeczytanie dzisiejszego tekstu. I przekonanie się po raz kolejny, że nigdy nie będzie cudów, jeżeli nie będziemy w nie wierzyć.
I tak na koniec, jako że mamy Wigilię, chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia.

Kochani, zbliżają się najpiękniejsze i najbardziej rodzinne święta w roku. Życzę każdemu z Was, abyście spędzili je w radosnej, jeżeli jest to możliwe w rodzinnej atmosferze. Niech obfitują one w dobro, miłość oraz wdzięczność za to, że jesteśmy wszyscy razem - zdrowi i bezpieczni. Postarajmy się, aby ten szczególny czas był wypełniony chwilami spędzonymi z rodziną. Dbajmy o siebie i najbliższych, a w przyszłość patrzmy z nadzieją. I pamiętajcie, wierzcie nawet wtedy, kiedy coś jest z pozoru niemożliwe, a możecie być świadkami prawdziwych cudów.

Ja zaś dostałam chyba najpiękniejsze prezenty świąteczne. To nie tylko możliwość przeczytania Czytania na Mszy świętej. Rano ksiądz, który będzie błogosławiony napisał mi, że udało się mnie włączyć do wyjazdu studyjnego na przełomie maja i czerwca. No i ostatnio dostałam meila, że Krajowego Biura Organizacji ŚDM dostałam rekomendację na wolontariat podczas Światowych Dni Młodzieży w Portugalii. Jeszcze w to nie dowierzam, ale tak naprawdę najgorszą i najcięższą część rekrutacji mam już za sobą. Pozostaje mi tylko ogólne zgłoszenie mojej kandydatury, ale z tą rekomendacją powinno być to tylko formalnością. Ach cuda...

piątek, 23 grudnia 2022

1508. O Jezusie co stracił głowę...

Przygotowania do świąt weszły na ostatnią prostą. Co prawda w mieszkaniu mam w dalszym ciągu armagedom, ale podejrzewam, że nawet jak nie zetrę kurzu ze wszystkich półek w pokoju, czy też nie umyję okien (a na pewno nie zdążę ich umyć), to i tak będzie Boże Narodzenie. Nawet bez 12 potraw na stole i prezentów pod choinką. Bo jeżeli Bóg narodzi się w naszych sercach, to wszystko inne traci swoje wielkie znaczenie. To oczywiście też moment spotkań z rodziną, zarówno tą bliższą, jak i tą dalszą. Jednak co to za radość, kiedy zasiadamy do stołu bocząc się na siebie? Co to za radość, kiedy wypominamy sobie to, co złe jakby zapominając o tym, co w nas dobre? Czy na tym polegają prawdziwe święta?
Od wczoraj w mojej parafii stoi już szopka oraz dekoracje świąteczne. Miałam nawet swój drobny udział w jej powstaniu. No wiecie, taki tyci ticiusi. Po wieczornych roratach zebrało nas się kilkanaście osób, aby wszystko przygotować, tzn. ubrać choinki, przygotować szopkę oraz stroik przy bocznym ołtarzu. Pomagał nam w tym ksiądz Wikary, który powyjmował z kanciapy wszelkie ozdoby oraz stojaki na choinki. Razem z Matim nosiliśmy figurki przed ołtarz. Mati postanowił przenieść figurkę Dzieciątka Jezus wraz ze żłóbkiem. Wziął jasło i wtedy to się stało. Delikatny brzęk przeszedł przez świątynię. Ksiądz wyjrzał ze schowka i aż jęknął z przerażenia wzdychając przy tym, że on coś przeczuwał, że tak to się skończy. 
 - No to mógł mi to ksiądz powiedzieć - skomentował Mati podnosząc z posadzki Jezusa, który... był w dwóch częściach. Myślałam, że zaśmieję się na śmierć. Ja wiem, że to nie było wcale zabawne, no może troszkę, ale po prostu taka była moja pierwsza reakcja.  
 - Ania, jest problem - powiedziałam, tłumiąc śmiech, do jednej z koleżanek kiedy przyniosłam figurki owiec przed ołtarz. - Dzieciątko Jezus straciło głowę... I to dosłownie...
 - Ty żartujesz, prawda? - powiedziała z przerażeniem. Wszak tradycją pasterki jest, że ksiądz przewodniczący Mszy świętej niesie na rękach ową figurkę. - Księże, Lolek żartuje, prawda?
W odpowiedzi ksiądz zmierzał w naszym kierunku z jezuskową główką w jednej ręce, a resztą tułowia w drugiej. Za nim podążał Mati z kolejnymi owieczkami. No cóż, owieczek to my mamy tyle, że jedna w tą czy w drugą nie robi różnicy. Ale Jezusek... Co prawda był jeszcze ten, który przez cały adwent schodził o jeden szczebel drabiny w dół (szczerze powiedziawszy to miałam mroczną wizję, że to on któregoś dnia zleci z tych szczebli i się potłucze), jednak kiedy położyli go w żłóbku okazało się, że nogi za bardzo dyndają mu w powietrzu. No tak, ten był przeznaczony bardziej do siedzenia, a potłuczony do leżenia. W dodatku niebezpiecznie przechylał się na boki.
 - Nie, weźcie go bo jeszcze on się potłucze - skomentował ktoś.
 - W ogóle to trochę wyglądają jak bliźniacy - zauważył ksiądz Wikary, przyglądając się to jednej to drugiej główce.
 - Super. Mamy nową historię. Pan Jezus i jego nieznany brat bliźniak - zauważyła Dżasti.
 - A może to po prostu Jan Chrzciciel - zaproponował ksiądz. - Byli kuzynami, więc mogli być podobni. No i Jan Chrzciciel też stracił swoją głowę...
 - W wieku około 30 lat - dodałam. - No, chyba że w naszej parafii wszystko idzie w ekspresowym tempie i Jan Chrzciciel zostaje ścięty jako noworodek (w sumie to już bardziej półroczne dziecko).
 - Lolek... - tym razem to już Ania nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Właściwie to na tym zakończyła się debata nad odlecianą główeczką Syna Bożego. Zajęliśmy się szopką, a później stroikiem. Figurka wylądowała na zakrystii. Wiadomo, że nikt na dzień przed Wigilią nie będzie szukał po sklepach nowej. Podobno mają ją skleić, tak aby wytrzymała te dwie pasterki.

A może to faktycznie był Jan Chrzciciel w jakiejś przyspieszonej wersji? Mam tylko nadzieję, że jutro nie przypomni mi się to wszystko podczas czytania lekcji na roratach i nie wybuchnę śmiechem. Nie było łatwo przekonać do tego proboszcza, więc nie chcę nic spalić. A jeżeli przeczytacie ten wpis przed 7 rano w sobotę, to nieśmiało Was proszę o trzymanie kciuków abym przeczytała to wszystko najlepiej, jak tylko będę mogła.

środa, 21 grudnia 2022

1507. Na chwilę

Im jestem starsza tym mam większą świadomość, że niektórzy ludzie pojawiają się w moim życiu tylko na krótki moment. Są jakby promieniami słońca prześwitujące przez ciemne chmury naszej codzienności, albo prorokami, którzy niosą radość samą swoją obecnością. Taka była moja ulubiona matematyczka, taka była pani Mery Poppins, taki jest ksiądz, który będzie błogosławiony, i podejrzewam, że jeszcze kilka osób by się znalazło. Wierzyły i wierzy w człowieka nawet wtedy, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że coś nie ma prawa się udać, głównie przez jego niedoskonałość. I wtedy to, co na pierwszy rzut oka zdaje się niemożliwe, staje się jak najbardziej możliwe. Człowiek automatycznie chce przebywać jak najdłużej w towarzystwie takiej osoby, a tymczasem całe szczęście pęka w jednej chwili niczym bańka mydlana.
Czas poprzedzający długą, 45 minutową przerwę, dłużył mi się niesamowicie. Niby miałam już od 11:15 (a nawet od 11:00, bo wykładowczyni z prawa zrobiła nam świąteczny brewis) wolne i mogłam opuścić uczelniane mury, jednak postanowiłam poczekać na przyszłego błogosławionego księdza. Po pierwsze - chciałam mu już oddać papiery związane z projektem (które wypełniałam wszędzie, nawet leżąc w szpitalu pod kroplówką). A po drugie wypadało mu złożyć chociaż krótkie życzenia świąteczne. Niby nie mam z nim zajęć wynikających z planu lekcji, jednak tydzień spędzony pod jego skrzydłami sprawił, że po prostu stał mi się jakiś taki bliski. Wiem, że mogę do niego wpaść na konsultacje, kiedy nurtuje mnie jakiś teologiczny problem. No i jeszcze doszedł ten projekt badawczy. Nie, nie zakochałam się w nim, ale nie potrafię też przejść obok niego i chociaż się "krzywo" nie uśmiechnąć, albo nie krzyknąć już z daleka "Szczęść Boże!". Lubię go na tyle, na ile można lubić wykładowcę. 
Sekundy przeskakujące na świetlnym zegarze umieszczonym w głównym holu na trzecim piętrze zamieniały się w minuty. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy on na pewno dzisiaj będzie, ale nie przypominałam sobie, żeby na stronie wydziałowej była informacja, że go ma nie być. Nawet nie zauważyłam, kiedy obok mnie usiadła znajoma z roku wyżej, a jednocześnie studentka pierwszego roku teologii. W dźwiganej siatce miała sporych rozmiarów garnek.
 - Robiliśmy sobie wigilię rocznikową - próbowała się tłumaczyć. Ok., nie wnikałam w szczegóły. Zaczęłyśmy rozmawiać, toteż czas mi przyspieszył. W końcu patrzę - idzie. A raczej pędzi. Niecodzienny widok, bo w sutannie. Popatrzyłyśmy na siebie z Wisią i wzruszyłyśmy ramionami. 
 - Idziesz ze mną? - zapytałam.
Dałyśmy jednak przebrać się chłopinie, który pędził z wizyty duszpasterskiej, co by mu było wygodnie. Ba, dałyśmy nawet drugiemu rocznikowi teologii coś u niego zaliczyć. A później wparowałyśmy z Wisią do jego gabinetu - ja z pękiem kartek w koszulce, a ona z garnkiem. Najpierw przedstawiłam mu raport z moich badań i obserwacji, a następnie przeszliśmy do lżejszych tematów.
 - Księże - zaczęłam drążyć temat, który od dawna nie dawał mi spokoju. - Pamięta ksiądz moje i Archanioła czytanie Czytań? (tak, wiem, wyszło masło maślane)
 - No tak - przyznał stając ze stołka - to było tak mocne, że nie sposób tego zapomnieć.
 - Czyli nie było beznadziejnie?
Przyszły błogosławiony podszedł do mnie, położył mi dłonie na barkach i spojrzał uważnie. Właściwie często tak robi, a jednocześnie nigdy nie przekracza niebezpiecznej granicy pomiędzy tym, na co może sobie pozwolić, a na co już nie.
 - Nie - powtórzył zdecydowanie, patrzą mi przy tym w oczy. - Było najlepiej jak mogło być.
 - Aha, bo wie ksiądz, zbieram karty przetargowe do tego, aby w sobotę na roratach przeczytać Pierwsze Czytanie. Na razie mam taką, że przez większość dni robiłam podwójne roraty. No, rano akademickie, a wieczorem parafialne. Taka ponad 100% frekwencja - dodałam widząc zdziwienie w jego i Wisi oczach. Chwilową ciszę przerwał wybuch męskiego śmiechu. A był on taki serdeczny, że nie sposób było na niego nie odpowiedzieć tym samym na zasadzie akcja - reakcja.
 - Teraz będę mogła powołać się na księdza.
Kątem oka widziałam jak Wisia pokłada się na ścianie ze śmiechu. Duchowny się opanował i jeszcze raz spojrzał na mnie. Przez chwilę zastanawiałam się, czy jest na mnie zły za ten jeden głupi wybryk, ale chyba nie. Bo inaczej nie zachowywałby się tak na luzie.
 - Tylko, że obawiam się, że jak wymienię księdza z imienia, nazwiska i tytułu...
 - Nie zapomnij dodać godziny, kiedy to usłyszałaś - przerwała mi Wisia powstrzymując śmiech.
 - Tytułu, to na niewiele się to zda. Ale nie tracę wiary. Jak Amos - to ostatnie było nawiązaniem do jednej naszej rozmowy, kiedy kazał mi być jak Amos. Oczywiście dalej nie przeczytałam jego Księgi, ale ciii...
 - Och, pani Karolino - westchnął ksiądz - wierzę, że uda się pani z tym czytaniem. Nawet się pomodlę, żeby sobie pani z nim poradziła.
 - Ksiądz się lepiej modli, żeby ona to czytanie dostała - skomentowała Wisia. Tym razem to ja parsknęłam śmiechem patrząc na wielką mapę z zaznaczoną Ziemią Świętą. I nagle mi się przypomniało, że w plecaku mam dla niego bombkę, którą wykonywałam przez pół nocy. Zwykła, styropianowa kula, pomalowana na niebiesko. Na jednej stronie zrobiłam cekinami coś na wzór szopki betlejemskiej, a na drugiej kościoła. Nawet wytłumaczyłam księdzu symbolikę - kiedyś pastuszkowie zmierzali do żłóbka przywitać nowonarodzonego Pana, a od wieków wierni robią symbolicznie to samo udając się do kościoła na pasterkę.

W tym roku niestety nie zdążyłam wykonać dla Was kartek ani żadnych dodatkowych rzeczy, za co jest mi niesamowicie wstyd. No, ale tą jedną musiałam z potrzeby serca wykonać. Choćby kosztem niedospania. Nie jest idealna, jednak zrobiłam ją z serca. 
 - Nie musi wisieć na choince - powiedziałam mu. - Nawet nie musi być na widoku. Może ją gdzieś ksiądz schować. Ale jak kiedyś ksiądz ją wyjmie i sobie o mnie przypomni, to będzie dobrze - dodałam zastanawiając się jak tam mój kulawy Anioł.
 - Jest piękna - przyznał ksiądz, a Wisia mu zawtórowała. - Dziękuję bardzo.
Jeszcze tylko złożyłyśmy mu najserdeczniejsze życzenia, m.in. żeby czerpał radość ze swojej posługi kapłańskiej, pożegnałyśmy się i opuściłyśmy pomieszczenie.
 - Wiesz - odezwała się wtedy Wisia - jak ja tam do niego idę to nigdy się tak nie śmieje... Lubi cię...
Ja też go lubię. Chociaż wiem, że prędzej będę musiała i jego pożegnać. Że on też pojawił się w moim życiu tylko na chwilę. Ale jakże to piękna chwila.

poniedziałek, 19 grudnia 2022

1506. Przygody zaginionej przesyłki

W związku ze wznowieniem zajęć dla dzieci w Oratorium, postanowiłam zaopatrzyć się w dwie ciekawe książki opowiadające o dzieciństwie dwóch postaci, które odegrały kluczowe role w historii naszego kościoła, a także całego narodu. Mowa tutaj oczywiście o Karolu Wojtyle, późniejszym papieżu Janie Pawle II oraz Prymasie Tysiąclecia, Stefanie Wyszyńskim. A raczej o Lolku i Stefku, bo tak w dzieciństwie wołano na nich w rodzinnych domach.
O samych książkach napisanych przez Piotra Kordyasza słyszałam już nie raz. To w oparciu o jego "Stefka. Opowiadania o dzieciństwie Stefana Kardynała Wyszyńskiego Prymasa Polski" powstała gra "Non possumus", o której pisałam >>tutaj<<. Fragmenty książki "Lolek. Opowiadania o dzieciństwie Karola Wojtyły" z tego co się nie mylę są lekturą w 2 albo trzeciej klasie szkoły podstawowej. A więc warto je mieć, tak po prostu.
Zbierałam się i zbierałam do ich zamówienia, aż w końcu sytuacja z Oratorium mnie niejako do tego przymusiła. Spokojnie, nikt mi nie kazał koniecznie ich kupować. Ba, nikt mi nawet nie zwróci za nie pieniędzy. Ale może kiedyś będziemy z dziećmi rozmawiać na temat którejś z tych postaci i książki się mogą po prostu przydać. Co prawda o Karolu Wojtyle mam ich całą masę, także tych przeznaczonych dla najmłodszych, zawsze w kolejnej jest jednak coś, czego nie ma w poprzednich (i na odwrót). Gorzej z pozycjami o Kardynale Stefanie Wyszyńskim, ale jeszcze zdobędę "Będziesz miłował" i powinno być dobrze.
W poszukiwaniu interesujących mnie pozycji zaczęłam przeglądać kolejne strony internetowe. W końcu wybrałam tą, która miała nie tylko atrakcyjną ofertę ceny, ale i dostawy. Zamówiłam je z opcją dostarczenia na stację Orlen, na drugi dzień zapłaciłam i czekałam na paczkę. Było około 22 listopada. Kilka dni później zadzwonili do mnie z księgarni z informacją, że niestety tego punktu nie obsługują i że mogą mi to wysłać na paczkomat bez konieczności dopłaty różnicy w cenie. Jak nie obsługują to cóż zrobić - głową muru się nie przebije. Zgodziłam się na ten paczkomat. Tym bardziej, że akurat byłam w szpitalu i w razie czego można było przekazać kod do odbioru jakiejś innej animatorce.
Po weekendzie dostałam SMSa, że mogę odebrać przesyłkę. Tylko mi się miejsce nie zgadzało. Na początku myślałam nawet, że Adamów, gdzie trafiły książki leży gdzieś w województwie śląskim i można będzie po prostu po niego bezproblemowo podjechać. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że jest to jakaś mała wioska w województwie lubelskim. Jednak podróż przez pół Polski w środku tygodnia była poza moim zasięgiem. Zadzwoniłam do księgarni poinformować ich o sytuacji, bo przecież paczka miała do nich wrócić po trzech dniach. Odebrał całkiem sympatyczny mężczyzna, który obiecał jeszcze raz wysłać książki, tym razem na wspomnianą stację Orlenu, a jednocześnie przepraszał za zaistniałą sytuację. No nic, zdarza się, dlatego nie byłam zła za zaistniałą sytuację, a nawet wydawała się mi ona zabawna.
Faktycznie, na meila znowu przyszło powiadomienie o nadaniu paczki. I... trop się urwał. Wiecie, czekałam na sygnał, że przesyłka dotarła już do punktu odbioru. A tu cisza. Żadnego meila, żadnego SMS-a, jak to zwykle bywa. W końcu po tygodniu odkryłam, że można sprawdzić status przesyłki po jej numerze. Jak myślicie jaki on był? Zwrócono nadawcy...
Spróbowałam złożyć zamówienie jeszcze raz, tym razem z opcją dostawy InPost. Tylko nie doczytałam (mea culpa), że to jest kurier InPost, a nie paczkomat. No a kurier ma tylko trzy próby doręczenia, potem przesyłka wraca do sprzedawcy. A skoro ja całe dnie spędzam w Kato, to szansa "złapania" mnie w domu była nikła. Na szczęście jeszcze są sąsiedzi. Co prawda nie znali kodu odbioru paczki, jednak kurier i tak ją u nich zostawił. I jeszcze przysłał SMSa, że przesyłka jest pod tym i tym numerem.
Piątek, bo wtedy zamówienie wreszcie do mnie dotarło, dłużył mi się niesamowicie. Za to jak odebrałam paczkę to odetchnęłam z prawdziwą ulgą. Jakby nie było, szła do mnie jakieś 4 tygodnie. Ale już jest i to jest najważniejsze!

Zasadniczo jestem już po lekturze obydwóch (na każdą poświęciłam pół dnia w weekend) i muszę przyznać, że przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością. Widać, że Piotr Kordyasz ma lekkie pióro i niesamowity styl pisarski. W prostych, aczkolwiek bogatych w treść zdaniach zawarł historie wraz z przygodami, jakie przydarzyły się, a także mogły się przydarzyć tym dwom Wielkim Polakom, którzy przecież też kiedyś byli dziećmi :).

niedziela, 18 grudnia 2022

1505. Niespodziewane zadanie

Działalność Oratorium powoli nabiera tempa i kolorów. Coś się dzieje, mamy na coś wpływ. W piątkowe wieczory spotykamy się z młodzieżą z klas siódmych i ósmych klas podstawowych, w sobotnie przedpołudnie - z dziećmi z pierwszych sześciu klas podstawówki. Wczoraj, chociaż frekwencja była stosunkowo niska, dekorowaliśmy pierniczki, które tydzień wcześniej zostały upieczone. W tym czasie męska część animatorów odśnieżała podjazd przed Domem Młodzieżowym. A po posiłku złożonym z pizzy, dzieciaki grały sobie w gry telewizyjne. My zaś sprzątaliśmy pomieszczenia. Co prawda teraz czeka nas miesięczne rozstanie, najpierw z powodu przerwy świątecznej, a następnie dorocznej wizyty duszpasterskiej, wracamy jednak już w lutym do stałych zajęć.
Dzisiaj na Mszy świętej o godzinie 10:00 swoje imieniny świętował nasz formalny opiekun. Jeszcze w tygodniu Pani Dyrygent zapytała mnie i jeszcze jedną animatorkę, czy ktoś z Oratorium idzie do niego z życzeniami. Tak sobie pomyślałam, że skoro nas reaktywowali i skoro ksiądz wikary młodszy jest jakby za to wszystko odpowiedzialny od strony strony duchowej, to dobrze by było złożyć mu od nas życzenia. Wstępnie powiedziałam, że mogę coś tam skrobnąć. Wczoraj rozmawiałam o tym z animatorką, z którą najdłużej jesteśmy stażem i nawet się ucieszyła, że ktoś ją odciąży od pisania życzeń. Do przeczytania ich i wręczenia prezentu wyznaczyliśmy jedną dziewczynkę.
Wszystko raczej mieliśmy doplanowane. Ania miała o 8:00 rano podrzucić torebkę z książką, ja miałam przed Mszą podłożyć kartkę z tekstem życzeń na podkładkę, a Jula miała zejść i w odpowiednim momencie przeczytać je i wręczyć prezent księdzu. Traf jednak chciał, że o ile napisałam całkiem zgrabne życzenia w młodzieżowym stylu (przynajmniej tak mi się wydaje), o tyle cały miniony wieczór i dzisiejszy poranek walczyłam z komputerem stacjonarnym, który wyłączyłam w momencie, gdy znajdował się w trybie hibernacji. A więc brawo ja! Tym bardziej, że potem nie dało się go tak normalnie włączyć. Jeszcze próbowałam na szybko połączyć drukarkę bezpośrednio do laptopa, na którym miałam wszystko napisane*. Myślicie, że sterowniki chciały się zainstalować. Gdzie tam, jeszcze MicrosoftWord sam mi się z tego wszystkiego zamknął i za nic nie chciał na nowo otworzyć. No jakiś sądny dzień. Jeden nie działa, drugi nie współpracuje. A czas leci. 
W końcu skapitulowałam. No trudno, najwyżej mogłam wyjść na niesłowną osobę. Ale nie mogłam już dłużej się bawić w kotka i myszkę, jeżeli chciałam zdążyć na Mszę. Pobiegłam, zdążyłam. Na miejscu okazało się, że Juli jednak nie ma. Teoretycznie jeden problem się rozwiązał. Jednak ktoś musiał iść, przynajmniej wręczyć wikaremu młodszemu książkę. Połowa animatorek będących jednocześnie scholankami, poszła z życzeniami od scholi. Jak myślicie, komu przypadło iść w imieniu Oratorium? 
Nie poszłam sama, bo jeszcze jedna scholanko - animatorka była wolna i poszła ze mną. Po drodze usłyszałam pytanie: to kto składa mu życzenia, ty czy ja? No, z jednej strony jeszcze nigdy tak oficjalnie nie składałam nikomu życzeń, a z drugiej... Powiedzmy sobie szczerze - druga taka okazja może już się nie powtórzyć. Poza tym mniej więcej wiedziałam, co napisałam mu w życzeniach, nie byłaby to więc totalna improwizacja. "Ja mogę mówić" - wyrwało mi się bezwiednie.
W głowie szumiało mi jedno zdanie wypowiedziane przez księdza, który będzie błogosławiony: "Ma być pani jak Amos". "Pasterzem?" - zdziwiłam się wtedy, przypominając sobie historię biblijnego Amosa. Odpowiedział mi śmiech. Długi, ale jakże serdeczny śmiech, bez cienia szyderstwa. "Nie, kimś silnym wewnętrznie, chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się coś innego wydawać" - wyjaśnił. Kiedy dostałam mikrofon wiedziałam, że już nie ma odwrotu. Jak Amos... Najpierw przeczytałam to, co było napisane w dedykacji w książce, a potem, potem mnie poniosło na maksa. 
Nie wiem, ile zrozumiał z mojej paplaninie. Być może nic. Nie dał jednak tego po sobie poznać. A może zrozumiał... Mam wrażenie, że on mnie rozumie. A przynajmniej stara się. Wbrew pozorom to już dużo. Potem jak gdyby nigdy nic dałam mikrofon następnemu przedstawicielowi i podeszłam z Paulą do księdza. Jeszcze tylko uścisk dłoni, wymiana uśmiechów i można było wracać na chór. 
Z jednej strony czułam tremę, tym bardziej, że ten dzień zaczął się dosyć nerwowo (na szczęście potem już na spokojnie uruchomiłam normalnie ten komputer stacjonarny), a z drugiej czułam jakąś taką wewnętrzną radość i satysfakcję, że wszystko się względnie udało. Tym bardziej, że kiedy stanęłam przy mikrofonie i spojrzałam na Panią Dyrygent, to ona po prostu uniosła kciuk do góry. Tylko trochę szkoda, że na wszystko musiałam czekać. I że po Mszy zrobiła próbę śpiewu kolęd, bo chciałam iść na zakrystię zapytać się księży, czy mogę w ostatni dzień rorat iść i przeczytać pierwsze czytanie. Co prawda moja jedyna karta przetargowa jest taka, że ksiądz, który będzie błogosławiony pozwolił mi po dwóch dniach znajomości przeczytać mi lekcję na Mszy świętej. Jaką musiał on mieć we mnie wiarę i w moje możliwości**. Ale z drugiej strony - może warto by było, aby takie małe cuda działy się nie tylko w Nazarecie... W końcu nie ma cudów bez wiary, nawet takiej małej.
Wchodzimy w ostatnią fazę adwentu - ostatnie roraty, na których będę mogła wykazać się umiejętnością obsługi konsoli muzycznej regulującej nagłośnienie na chórze. Mam nadzieję, że niczego nie sknocę, bo inaczej w życiu się proboszczowi nie wypłacę...

* Można powiedzieć, że laptop jest dla mnie substytutem zeszytu i przyborów do pisania. To na nim mam wszystkie notatki z wykładów, ćwiczeń, to na nim piszę wszystkie prace zaliczeniowe. Nie robię tego z wygody - przy atetozie to jedyna szansa na w miarę sprawne i czytelne pisanie. Kiedy muszę coś wydrukować (nie za bardzo lubię uczyć się z monitora), zgrywam plik na pendrive i drukuję z komputera stacjonarnego, do którego mam podpiętą drukarkę (a kolokwia drukuję w dziekanacie).
** I dlatego będzie błogosławionym - bo uwierzył, że mu przeczytam, chociaż nigdy nie słyszał, jak to robię

czwartek, 15 grudnia 2022

1504. Studenckie spotkanie wigilijne

Spotkania opłatkowe obywają się w wielu różnych instytucjach - szkołach, wspólnotach, zakładach pracy. Trochę rzadziej mają one miejsce na uczelniach wyższych - na AWFie w Kato nie było, na AWFie w Grodzie Kraka sami żeśmy sobie zrobili spotkanie wigilijne na drugim roku w mieszkaniu jednej z naszych koleżanek. Uniwersytet Papieski organizował, ale byłam tylko raz. Wiecie, spotkania były wieczorami, a ja musiałam jakoś wrócić z nich na Górny Śląsk. Po Uniwersytecie Śląskim nie wiedziałam czego się spodziewać. Co prawda ze spotkań w ramach Koła Naukowego na Naukach o Rodzinie wywnioskowałam, że jakieś tam spotkania świąteczne były, jednak sytuacja związana z koronawirusem nie pozwalała tego sprawdzić. Pierwszy rok studiów całkowicie był on-line, na drugim wysłano nas na zdalne 1,5 tygodnia przed świętami. Aż chciałoby się powiedzieć, że do trzech razy sztuka. Jednak już od jakiegoś czasu mówiło się o spotkaniu opłatkowym z władzami wydziału dla tych studentów, którzy działają w różnych organizacjach studenckich.
Tak też się stało. W dniu dzisiejszym na długiej przerwie Wydziałowa Rada Samorządu Studenckiego Wydziału Teologicznego zorganizowała spotkanie opłatkowe studentów działających w samorządzie i kołach naukowych z dziekanem, prodziekanami, dyrektorami kierunków (teologii i nauk o rodzinie) oraz opiekunami kół naukowych. Co prawda nie była ona tak spektakularna jak wigilia na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie, w której brałam udział na pierwszym roku studiów z turystyki religijnej (pisałam o tym >>tutaj<<), bo było nas raczej kameralne grono, ale miło, że takie coś się odbyło. Swoją obecnością zaszczycił nas dziekan wydziału oraz opiekunowie kół naukowych (prodziekan od spraw studenckich miał jakieś spotkanie, ksiądz, który będzie błogosławiony jest na L4, a co się stało z dyrektorem kierunku teologia to już nie mam pojęcia). Spotkanie początkowo miało odbyć się w pomieszczeniu Samorządu, jednak ostatecznie zorganizowano je w jednej z sal ćwiczeniowych, w której stoły zostały ułożone w podkowę.
Na początku głos zabrał ksiądz dziekan, który podziękował za zaproszenie i przygotowanie spotkanie. Złożył też ogólne życzenia oraz pobłogosławił wszystkich zgromadzonych. Następnie rozdano nam opłatki, którymi mogliśmy się przełamać podczas składania sobie życzeń. Nie było łatwe wymyślenie życzeń dla każdego (łącznie z Dziekanem, który każdemu jeszcze raz złożył życzenia oraz zgromadzonymi wykładowcami), zwłaszcza kiedy kogoś się nie zna, co nie oznacza, że nie podchodziłam również do nich. Właściwie nie podeszłam tylko do jednej osoby, ale to wyjaśnię na końcu. W zasadzie miło było usłyszeć aż tyle serdecznych, płynących z serca życzeń nawet od tych, których się nie zna. A życzenie promotorki mojej pracy licencjackiej muszę sobie wziąć do serca: żeby się wyrobić ze wszystkimi terminami. 
Po złożeniu życzeń wszystkim przez wszystkich, zasiedliśmy do stołu. Posiłek był dosyć skromny - pierogi, krokiety z czerwonym barszczem, ciasto i pierniczki, do picia kawa, herbata oraz soki. Była to doskonała okazja do luźnych rozmów, nawet z wykładowcami. Zdałam sobie sprawę z tego, że to właściwie jedna z ostatnich razów, kiedy możemy z sobą tak po prostu porozmawiać. Bo mój rocznik za pół roku kończy pierwszy stopień studiów i zapewne grupa się rozpadnie.
Nasz rocznik (oprócz starościny) idealnie ustawił się od najwyższego do najniższego
Przez całe spotkanie było mi trochę żal przewodniczącej Wydziałowej Rady Samorządu Studenckiego, a zarazem starościny naszego rocznika. Z tego co zauważyłam to tylko wykładowcy do niej podeszli z życzeniami. Kilka razy też miałam ochotę to zrobić, ale... Jakiś czas temu jedna z naszych koleżanek zrobiła pewną głupotę. Pewnie by się to nie wydało, gdyby starościna najpierw nie doniosła tego dyrektorowi kierunku, a następnie nie napisała na tą koleżankę pisma. Kiedy koleżanka próbowała dowiedzieć się kto to zrobił (bo miała niezłe problemy), starościna zgoniła winę na mnie, i jeszcze trzy osoby z roku. Komuś innemu powiedziała, że ten donos wypłynął o księdza, który będzie błogosławionym, a ludziom z drugiego roku teologii, że Nika sama na siebie napisała to pismo. A to nie jedyne kłamstwo z jej strony i próby oczerniania każdego z grupy. Dlatego solidarnie jak najmniej się do niej odzywamy i unikamy jej jak ognia (zresztą Samorząd chce ją w najbliższym czasie pozbawić funkcji prezesa, bo też nastawiała wszystkich przeciwko wszystkim). Tak, wiem, powiecie, że to przecież wigilia i powinniśmy jej okazać wyrozumiałość. Wykazywaliśmy przez dwa lata. A ona dalej postępuje tak samo. Więc poniekąd sama sobie na to zapracowała. Zresztą nie wiemy z kim i przeciw komu może konfabulować. Kurcze, niby taka religijna, a jej zachowanie wyraża zupełnie coś innego.
Całe spotkanie nie trwało długo, my wyszliśmy jako ostatni o 14:30. Jeszcze pomogliśmy posprzątać po nim. Atmosfera mimo wszystko była dosyć napięta, bo starościna znowu miała tysiące uwag. Na szczęście zaraz po uprzątnięciu większość z nas rozeszła się do domów (albo jak ja, do pracy). W zasadzie samo spotkanie nie było takie złe, tylko potem nieco się wszystko posypało...

poniedziałek, 12 grudnia 2022

1503. O zasypianiu i zasypaniu

Nie wiem jak to się stało, ale udało mi się zaspać na zajęcia o ósmej rano na uczelni. To znaczy wiem - w poniedziałki nie ma porannych rorat na wydziale, dodatkowo prawdopodobnie wczoraj nie nastawiłam budzika. I tym sposobem zamiast obudzić się o 5:00 rano wstałam o 6:30. Czyli o godzinie, o której normalnie (tj. kiedy nie ma wspomnianych porannych rorat) wychodzę z domu, kiedy zaczynam zajęcia o 8:00. Prawdopodobnie machnęłabym na to ręką gdyby nie to, że dzisiaj mieliśmy mieć zaliczenie z podstaw poradnictwa rodzinnego. W dwadzieścia minut zdołałam się ogarnąć (i przy okazji ogarnąć Pusię) i wyjść na autobus.
Już z okien mieszkania widziałam co się dzieje za oknem. Na podłożu przez noc zdążyła urosnąć niemała górka śniegu, zasypując niektóre stojące na parkingu samochody. Ulica też wyglądała ciekawie... Teoretycznie powinnam spodziewać się problemów na drodze, ale w życiu bym nie przypuszczała, że aż takich. Trochę podbiegłam na przystanek, bo już podjeżdżał na niego autobus, który miał zawieść mnie do Kato. Planowo powinien on być na przystanku na ulicy Korfantego ok. 7:40. Tymczasem z samej DG wyjeżdżał on bity kwadrans (normalnie pokonuje tą trasę o połowę szybciej). A im dalej jechał, tym wolniej. Jak na złość. Tu się człowiek spieszy, bo chce wszystko jak najszybciej zaliczyć, a tutaj wszystko stoi w miejscu jak zaczarowane. No nic, trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Pocieszające w tym było to, że nie tylko ja znalazłam się w takiej sytuacji. Na szczęście czytana przeze mnie książka nieco mnie uspokoiła, a na pewno sprawiła, że czas płynął w zupełnie innym rytmie.
Nie oznacza to oczywiście, że nie odczuwałam niepokoju, kiedy zegar na kasowniku biletów zaczął wskazywać 7:50, 7:57, 8:03, 8:09 itp., przy jednoczesnym uświadomieniu sobie, ile jeszcze trasy potrzeba do przejechania, abym wysiadła na finalnym przystanku. A potem jeszcze przesiadła się na tramwaj, który jechał w kierunku Wydziału Teologicznego. Ja tylko chciałam, aby mi pozwolono podejść do zaliczenia, nic więcej.
Wreszcie około 8:20 wysiadłam na odpowiednim przystanku i skierowałam swoje kroki w kierunku przystanku tramwajowego. Brnąc przez breję złożoną z nadtopniałego śniegu zmieszanego z błotem, ścigałam tramwaj, który już na niego podjeżdżał. Po chwili znowu jechałam przed siebie oglądając przez szybę zasypany świat. Widać było, że sytuacja niejednego zaskoczyła, chociaż można się było spodziewać, że lada dzień tak się stanie.
Na uczelnię dotarłam, kiedy zawieszony naprzeciwko drzwi wejściowych zegar wskazywał 8:36... Jeszcze tylko musiałam pokonać dwa piętra i byłam w sali. Zdążyłam, zaliczyłam, mam to z głowy.
Dobrze, że nie przydarzyło mi się to jutro, bo mogłoby być ciężko przy tak wymagającym prowadzącym. Ale mało prawdopodobne, aby ta sytuacja się powtórzyła jutro z prostego powodu - jurto o 6:30 są poranne roraty :). No i może do jutra odgarną już trochę tego śniegu. 

niedziela, 11 grudnia 2022

1502. Wpis o radości w Niedzielę Radości

III Niedziela Adwentu w Kościele Katolickim nazywana jest także Niedzielą "Gaudete" tj. niedzielą radości. Jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego. W kolorze różowym jest także palka, czyli sztywna kwadratowa chusta używana do nakrywania kielicha. Drugim z tych dni jest Niedziela "Lateare" (również niedziela radości), czyli czwarta niedziela w Wielkim Poście. Obydwie niedziele oznajmiają, że właśnie minęła połowa czy to Adwentu, czy to Wielkiego Postu.
Nazwa niedzieli pochodzi od słów antyfony śpiewanej na wejście: "Gaudete in Domino", którą tłumaczy się jako "Radujcie się zawsze w Panu". Teksty liturgiczne przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Jezusa oraz z odkupienia, jakie z sobą przynosi.
W liturgii adwentowej stosuje się fioletowy kolor szat liturgicznych, zarówno ornatów, jak i strojów ministranckich. Jako barwa powstała z wymieszania czerwieni i błękitu, wyrażające odpowiednio to co cielesne i to co duchowe, fiolet oznacza walkę pomiędzy ciałem a duchem. Jednocześnie połączenie tych dwóch kolorów symbolizuje dokonane przez Jezusa Chrystusa zjednoczenia tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem od tego jest III niedziela Adwentu, czyli Niedziela "Gaudete". Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych wyrażający przewagę światła, a zarazem bliskość Bożego Narodzenia.
Tradycja świętowania Niedzieli "Gaudete" sięga czasów, kiedy Adwent miał typowo postny charakter. W ten sposób akcentowano przerwę w poście, był to też jedyny radosny akcent w tym okresie. Aktualnie, kiedy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania, Niedziela "Gaudete" stanowi kulminacyjny punkt tego okresu, trafnie określając jego prawdziwą tożsamość.

Ludzie wielokrotnie zadają mi pytanie, jak to jest, że jestem często taka radosna pomimo tych wszystkich ograniczeń, z jakimi się zmagam. No, nie zawsze, bo mam też gorsze dni w swoim życiu. Np. przez pół nocy z piątku na sobotę walczyłam z jakimiś problemami żołądkowymi (może przywlekłam coś ze świetlicy albo ze szpitala), które wyłączyły mnie z użytkowania na całą sobotę. Miałam ambitne plany iść na poranne roraty, potem na Oratorium, a po powrocie z Oratorium nadgonić pisanie dyplomówki. Na szczęście są telefony i mogłam powiadomić kogo trzeba, że mnie nie będzie. No mówi się trudno, trochę było mi szkoda, ale też nie będę się załamywać, bo każdemu może się zdarzyć. 
Wbrew pozorom nawet w tamtej sytuacji starałam się znaleźć pozytywny aspekt - organizm mógł trochę odpocząć od gonitwy. Częściej jednak moje powody do radości są dużo bardziej prozaiczne: słoneczny dzień, tęcza na niebie, gołąb na parapecie, znajoma piosenka lecąca w radio, ciekawa książka, spotkanie z drugim człowiekiem, znacząca rozmowa, udane spotkanie, dźwięk deszczu bębniącego o parapet, lecący z nieba śnieg, każdy przeżyty dzień, spokojną noc, a nawet zwykły komentarz któregoś z Was na blogu - znak, że ktoś tutaj zagląda, że czyta, że chce być ze mną. O bardziej oczywistych okazjach do radości, które też pojawiają się w moim i każdego z nas życiu, już nie wspomnę. No sami powiedzcie, jak widząc tyle wspaniałych rzeczy i zjawisk dookoła być wiecznie smutnym? Oczywiście zdarza się, i to nie tak rzadko, że jest mi przykro z powodu jakiejś sytuacji, bo jednak takie osoby jak ja mało znaczą w społeczności i są cokolwiek warte w tym ogromnym świecie, niejednokrotnie pomijane, co codziennie odczuwam dosyć dotkliwie w różnych sytuacjach, ale to właśnie w takich chwilach staram się szukać w szarej rzeczywistości nawet najbardziej bladych kolorów. I przez łzy rozczarowania i smutku dostrzec malutkie okruszki radości. Bo tak naprawdę wszędzie można je dostrzec. I o tym mniej więcej mówi mój najnowszy wiersz:

Radość z codzienności
Zastanawialiście się kiedyś
gdzie tak naprawdę ukryta jest radość?
Radość kryje się w codzienności,
w spotkaniu z drugim człowiekiem,
jego słowem, gestem, uśmiechem.
W puszystym śniegu, skrzypiącym pod butami,
w błękicie nieba, które jest nad nami.
W zapachu kwiatów, czasami kawy,
w wodzie w bucie, kiedy on dziurawy.
W przydrożnych krzyżach, ukrytych kapliczkach,
w mrozie szczypiącym nas po policzkach.
W smaku truskawek, w dźwiękach muzyki,
w cichej modlitwie szeptanej w ukryciu.
W ptakach, co chmarą lecą nad nami,
radosne, nam wszystkim pokazują 
Jak na przekór wszystkiemu i wszystkim,
iść przez życie z podniesioną głową.
I umieć czerpać autentyczną radość
z zwyczajnych chwil w codzienności.

piątek, 9 grudnia 2022

1501. Na Festiwalu Nauki nie można się nudzić :)

Od kilku lat w Katowicach odbywa się dosyć duża impreza pod nazwą Festiwal Nauki. Jej głównym  organizatorem jest Uniwersytet Śląski, a współorganizują go inne śląskie uczelnie, w tym AWF w Katowicach,  Akademia Medyczna w Katowicach, Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach, czy też Politechnika Gliwicka (a to jeszcze nie wszystkie szkoły wyższe biorące udział w wydarzeniu). To już szósta edycja Festiwalu, który z roku na rok się coraz bardziej rozwija i przyciąga coraz większą liczbę odwiedzających go osób. Nawet zeszłoroczne obostrzenia spowodowane pandemią nie przeszkodziły w zorganizowaniu imprezy - zamiast w zamkniętej przestrzeni stoiska wystawowe usytuowane były wzdłuż rzeki Rawy. W tym roku, podobnie jak w latach poprzedzających pandemię, wszystkie pawilony rozmieszczone były w Międzynarodowym Centrum Kongresowym znajdującym się tuż przy słynnym "Spodku". Ciekawostka - zostało ono zbudowane m.in. przez firmę, w której pracował mój tata.
Równolegle Regionalne Centrum Wolontariatu prowadziło nabór na wolontariuszy pomagających przy organizacji wydarzenia. Jak myślicie co zrobił Lolek? Festiwal trwał przez dwa dni (4-5 grudnia), zapisałam się jednak tylko na niedzielę. Gdyby uczelnia wysłała trochę wcześniej meila do wszystkich, że ci którzy będą brać w nim udział w poniedziałek, będą mieli automatycznie usprawiedliwioną nieobecność na zajęciach, to zgłosiłabym się jeszcze na ten drugi dzień. Ale wiadomość przyszła dopiero w tygodniu poprzedzającym Festiwal, a więc była to już przysłowiowa musztarda po obiedzie. No nic, jeden dzień też jest dobry.
Początkowo przydzielono mnie do pomocy w Salach Balowych, gdzie usytuowana była "Strefa Węgla", czyli pawilon związany z wydobyciem "czarnego złota", jak popularnie nazywane są u nas czarne kamienne grudki. Co ciekawe, przydzielono mnie stricte do kąciku przeznaczonego dla najmłodszych gości Festiwalu.
Warsztaty tworzenia smile
Jednak później okazało się, że do "Strefy Węgla" nie potrzeba aż tylu wolontariusze ile pierwotnie przewidziano i część z nas, w tym ja, została przerzucona na główną halę, gdzie swoje stanowiska miała większość wystawców. Strefa została podzielona na obszary tematyczne: przyroda, nauki ścisłe, technika, sztuka, nauki humanistyczne i społeczne oraz medycyna i zdrowie.
Przy każdym dziale ustawiona była scena, na której równolegle odbywały się wykłady z danej dziedziny nauki. Dodatkowo w kącie usytuowano scenę główną, na której były główne wydarzenia. Pewnie zastanawiacie się, czy wykładowcy nie wchodzili sobie w drogę. Otóż nie. Dzięki systemowy audio polegającemu na odbiorze fal radiowych przez małe urządzenia (chyba nazywają się one guidy), które otrzymywali uczestnicy wykładów na małych scenach, mogli oni słyszeć to co mówią prelegenci przez system słuchawkowy. Muszę Wam przyznać, że niektóre wykłady cieszyły się sporym powodzeniem.
Jednak największym zainteresowaniem cieszyły się stoiska na poszczególnych działach tematycznych. Myślę, że każdy znalazł w nich coś dla siebie i nawet jeżeli na co dzień nie interesuje się daną dziedziną nauki, to tym razem skusił się i zobaczył o co chodzi np. w spawalnictwie, procesach chemicznych, czy też w medycynie.
Model leśnego ptaka
Przedstawiciele Fundacji Aktywnej Rehabilitacji pokazują, jak sobie na co dzień radzą z przeszkodami
Tego na zdjęciu nie widać, ale patrząc na te konstrukcje ma się wrażenie, że lewitują w powietrzu
Prawie jak bolid
Rowerowe sprawy
Proces spalania
A tutaj już mamy elektryczność i prawa fizyki
Modele samochodzików sterowanych jojstikami 
Gra planszowa (typu "wyścig pokoju" z kapslami, ale tutaj były miniaturowe krążki do hokeja na lodzie) na temat podboju kosmosu
Coś z dziedziny mojego taty, czyli spawalnictwo
Eksperymentów chemicznych ciąg dalszy
Model działania znaku świetlnego (w nocy) na tzw. czujkę ruchu
Tutaj chłopiec uczył się udzielać pierwszej pomocy na pluszowym misiu
Fantomy przygotowane do pokazów reanimacji dziecka i dorosłego
Model kręgosłupa, a obok zdjęcie rentgenowskie przedstawiające obojczyk, płuco i przedramię 
Model lodowca przedstawiający proces jego topnienia
Tutaj prezentowano jak działa wulkan typu hawajskiego i typu piroklasycznego (podobno erupcja tego drugiego dotarła na wcześniejszym pokazie do modelu lodowca z powyższego zdjęcia)
Prezentowanie działania mikroskopów wraz z możliwością obejrzenia różnych próbek
Tutaj można było poznać budowę ludzkiego ciała
Kawałki drzew przygotowane przez leśników
Te drzewka można było dostać jako nagrodę w quizie o polskiej przyrodzie
Bardzo mi się podobała ta makieta przedstawiająca runo leśne
A to akurat było stoisko mojego Wydziału Teologicznego
Jedno ze stanowisk na Dziale Humanistycznym przestawiało wyroby antropologiczne
Tutaj można było się dowiedzieć wszystkiego o skałach
Na tym stanowisku można było zobaczyć m.in. ptasie pióra
A w tej grze planszowej pionkami byli sami gracze
Ech, i znowu blogger wiedział lepiej, jak umieścić fotografie i zrobił to po swojemu. Czyli inaczej niż w moim zamyśle. Wybaczcie, że tak nieco chaotycznie, ale nie mam siły tego układać tak, jak chciałam. Chyba mi wyszedł tasiemiec, ale uwierzcie mi, że wybór zdjęć do wpisu był nie lada zadaniem. Zwłaszcza kiedy chce się pokazać, że nauka wcale nie musi przebiegać w tradycyjny sposób. Ba, więcej - z takich warsztatów można wynieść więcej niż ze standardowej szkolnej lekcji.
Na koniec chcę zaznaczyć, że Festiwal Nauki wpisuje się w przygotowania miasta do 2024 roku, kiedy to Katowice mają stać się Europejskim Miastem Nauki. 
Trzymajcie się ciepło.