Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

czwartek, 30 kwietnia 2020

1149. Wyzwanie u Lidzi "Czytamy książki 2020" - kwiecień

Miesiąc kwiecień ogłaszam, pod kątem przeczytanych książek, powrotem do tego, co już kiedyś przewinęło się przez moje ręce i oczy. Ze wszystkich przeczytanych książek(no dobra, jedną odsłuchałam w wersji audiobooka, mam nadzieję, że też się liczy), tylko 2 były dla mnie nowością. Resztę już znałam.
Kiedy zobaczyłam, że wojewódzka biblioteka zostaje zamknięta do odwołania, ciut się zdenerwowałam. Zaczęłam się zastanawiać, co ja będę teraz czytać(i założę się, że to nie tylko mój problem). Bo z reguły przy doborze literatury do wyzwania kieruję się półką "Chcę przeczytać" na portalu "lubimy.czytac". Jednak ta wersja jest dobra w przypadku korzystania z wypożyczalni książek. Teraz zostało to ograniczone. Co nie znaczy, że sobie nie radzę na swój sposób.
Tak jak wspominałam, właściwie wszystkie książki przeczytałam(jedne w tradycyjnej formie, inne w pdf-ie), tylko w przypadku "Anny Kareniny" pokusiłam się o wysłuchanie całości, co zajęło mi niemal cały miesiąc. W sumie nie wiem jak ustosunkować się do "Pamiętnika papieskiego anioła", gdzie co prawda wysłuchałam całej książki, ale potem korygowałam błędy w zapisie za pomocą jej papierowej wersji.

Tytuł: Antek, Katarynka
Autor: Bolesław Prus
Okładka: Wiatraki
Liczba stron: 44

Podejrzewam, że każdy z nas zna krótką nowelkę autorstwa Bolesława Prusa opowiadającą o uzdolnionym w kwestiach rzeźbiarskich wiejskim chłopcu o imieniu Antek. 
Książka ukazuje realia życia w XIX wiecznej wsi, prawdopodobnie w zaborze pruskim bądź rosyjskiej. Zaściankowość jej mieszkańców nie pozwala dostrzec talentu wiejskiego chłopca, a także pozbawia życia jego młodszej siostrę Rozalkę(matka uwierzyła miejscowej znachorce, że aby uzdrowić chore dziecko wystarczy włożyć je do rozpalonego pieca i trzy razy odmówić modlitwę "Zdrowaś Maryjo". Jak to się skończyło podejrzewam że wiedzą wszyscy nawet bez czytania nowelki). Tymczasem Antek każdą chwilę spędza na rzeźbieniu w drewnie, niejednokrotnie sprowadzając przez to na siebie kłopoty. W końcu, czując brak zrozumienia ze strony reszty wiejskiej społeczności, wyrusza w świat, by szukać szczęścia w życiu. 
Nie wiem jak reszta z Was, ale ja czytając "Antka"(po raz pierwszy w drugim miesiącu nauki w czwartej klasie sp.) czułam autentyczne współczucie dla tego chłopca i bardzo żałowałam, że nikt go nie dostrzegł. A jednocześnie cieszyłam się, że przyszło mi żyć w rodzinie i w czasach, gdzie mogę rozwijać swoje pasje i zainteresowania.
Tytuł: Awantura o Basię
Autor: Kornel Makuszyński
Okładka: Włosy
Liczba stron: 190

Tę lekturę chyba też większość z nas zna. Przygody małej, ale rezolutnej dziewczynki o imieniu Basia, której matka na początku powieści ginie pod kołami pociągu. Chociaż Basia miała napisany na zawieszonym na szyi kawałku kartonu adres ciotki, pod który miała trafić, to w skutek wylania na niego szklanki mleka, został on rozmazany i mało czytelny. W ten sposób Basia zamiast pod opiekę pani Stanisławy Olszańskiej, trafia do domu pisarza o nazwisku Olszowski. Pomimo pierwszego szoku spowodowanego pojawieniem się w domu Stanisława małego dziecka, wkrótce zaczyna darzyć Basię wielką miłością. Pewnego dnia do drzwi Olszowskiego puka poszukująca od pewnego czasu Basi pani Olszańska. Przerażona perspektywą rozłąki z Stanisławem dziewczynka postanawia połączyć tą dwójkę, co wkrótce skutkuje ich ślubem. Po kilku latach Basia dowiaduje się, że jej zaginiony przed laty podczas wyprawy do Ameryki Południowej ojciec został odnaleziony. Niestety, cierpiał też na zaniki pamięci. Dziewczynka postanawia się nim zaopiekować w nadziei, że uda mu się jakoś pomóc.
Niezwykle wartościowa książka nie tracąca na wartości pomimo upływu lat.
Tytuł: Anielka
Autor: Bolesław Prus
Okładka: Włosy, Warkocz
Liczba stron: 214

Do dzisiaj pamiętam, jak w czwartej klasie na języku polskim omawialiśmy fragment opowiadający o śmierci Karuska. I jak polonistka kazała nam się nauczyć go czytać. Zupełnie o tym zapomniałam. A jednak przeczytałam go tak, że w mojej lubryce wylądował celujący, co się nie zdarzało tak często u tej nauczycielki. I jeszcze łzy w jej oczach... A ja do dzisiaj potrafię z pamięci powtórzyć cały ten fragment, mimo że minęło już przeszło 20 lat.
Całą lekturę przeczytałam w piątej klasie. Opowiadała ona o nastolatce o imieniu Anielka, jej beztroskim życiu w bogatym dworze, zabawach z ukochanym psem Karuskiem, wysłuchiwaniu wywodzeń guwernantki Walentyny o niestosownym wychowaniu jej podopiecznej. Opowiadała też o przyjaźni młodej szlachcianki z poniewieraną przez ojca, mieszkającą tuż obok małą Magdą. Wreszcie opowiadała o obłudnym ojcu dziewczynki, który pozaciągał długi przez co rodzina popadała w coraz większą ruinę, przesadnych narzekaniach matki na temat swojego społecznego położenia oraz początkującym hipochondryku Józiu, młodszym braciszku tytułowej bohaterki. Seria nieszczęśliwych zdarzeń(nieudane interesy ojca, popadnięcie rodziny w ruinę finansową, konflikt ojca z lokalną ludnością, pożar dworu, śmierć Karuska, przeniesienie się pogorzelców na nieprzyjazny folwark) powoduje zmianę życia i przyzwyczajeń przywykłych do wygodnego życia ludzi oraz prowadzi do rodzinnej tragedii.
Tytuł: Alchemik
Autor: Paolo Coelho
Okładka: Wir
Liczba stron: 190

Twórczość Paolo Coelho nigdy specjalnie nie była bliska mojemu sercu, a czytanie "Alchemika" w drugiej klasie gimnazjum porównałabym do przysłowiowej "drogi przez mękę". Zbyt dużo w niej było, jak dla mnie, psychologii i filozofii, dlatego na dłuższy czas dałam sobie z nią spokój. Teraz, po odbyciu zajęć z jednej i z drugiej dziedziny nauki, postanowiłam do niej wrócić.
Głównym bohaterem powieści jest młody pasterz o imieniu Santiago. Rodzice wymarzyli sobie, że zostanie kapłanem, jednak chłopakowi marzyło się zobaczyć Egipt wraz z piramidami, ponieważ bardzo często ma sen o zakopanym tam skarbie. Kiedy pewnego dnia przybywa do miasteczka sprzedać wełnę, wchodzi do domu pewnej cyganki. To od niej słyszy, że powinien iść do Egiptu i tam szukać ukrytego skarbu. Niepocieszony Santiago podczas spaceru po mieście spotyka pewnego starca, który przedstawia mu się jako król Salem. On też zachęca go do  podróży do Egiptu. Zdradza też młodzieńcowi, że każdy człowiek ma życiową misję, którą powinien zrealizować, chociażby za cenę życia. Santiago wyrusza w dalszą wędrówkę. Kiedy dociera do Afryki zostaje okradziony. Udaje mu się też znaleźć pracę u lokalnego sprzedawcy kryształów, a jego pomysłowość sprawia, że zysk sprzedawcy ulega powiększeniu. Po roku postanawia wracać, a zarazem pragnie dalej iść do Egiptu. Wreszcie spotyka tytułowego alchemika, który tłumaczy mu co tak naprawdę znaczy życie i że wszystko jest ze sobą połączone. Santiago poznaje również kobietę o imieniu Fatima, w której się zakochuje. Po dotarciu do piramid nie odnajduje tam wyśnionego skarbu, a jednocześnie uświadamia sobie, gdzie rzeczywiście się on znajduje...
Tytuł: Abel i Kain
Autor: Katarzyna Kwiatkowska
Okładka: -
Liczba stron: 402

To moje drugie spotkanie z fikcyjnym detektywem-amatorem Janem Morawskim. I podejrzewam, że nie ostatnie. W ogóle nie zdążyłam tej książki zwrócić do biblioteki, dlatego zdecydowałam się na ponowne jej przeczytanie.
Akcja powieści toczy się w 1900 roku. Detektyw Jan Morawski wraz z Mateuszem przyjeżdżają na chrzciny synka swoich znajomych Tadeusza i Julii. Podczas spotkania został poproszony o wyjaśnienie morderstwa w domu znajomego Tadeusza, pana Adama Ponińskiego. Na tego niezwykle sprawiedliwe życie w ostatnim czasie spadły same zmartwienia. Najpierw jego synowa umiera podczas przedwczesnego porodu, porodu nie przeżył też malutki wnuczek. A ostatnio został zabity jego syn Adam, małżonek zmarłej kobiety. Głównym podejrzanym jest jego starszy brat, Edward, jednak nikt nie wierzy w jego winę. Jan Morawski postanawia za wszelką cenę rozwikłać zagadkę. Tymczasem z  każdą chwilą odsłaniają się coraz mroczniejsze tajemnice domu pana Adama. Musi się spieszyć - w niebezpieczeństwie są czteroletnia mieszkanka domu Natalka oraz przebywający na wakacjach ośmioletni Guciu.
Dotychczas wyszły 5 książek z tego cyklu, mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda mi się przeczytać pozostałe trzy(pierwszą część przeczytałam już w lutym). Bo chociaż książki kryminalne nie są moim ulubionym gatunkiem, to Katarzyna Kwiatkowska pisze tak ciekawie, że po prostu czytam jej książki z przyjemnością.
Tytuł: Arka Czasu
Autor: Marcin Szczygielski
Okładka: włosy(?)
Liczba stron: 220

O książce już pisałam raz w >>TYM<< wpisie. Jednak z racji tego, że posiadam ją na własność oraz że w kwietniu przypada rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim, postanowiłam do niej wrócić.
Sympatycznie napisana książka dla najmłodszych przedstawiająca realia życia w getcie. Napisana jest językiem zrozumiałym dla dzieci, a nawet w pewnych momentach z nutką humoru(co oczywiście nie oznacza, że autor kpi sobie ze śmierci, jednak niektóre przygody Rafała wywołują mimowolny uśmiech na twarzy czytelnika). Bardzo mi się też podobało wplecienie w nią wątku rodziny Żabińsich, którzy ratowali zbiegłych z getta Żydów w swoim ogrodzie zoologicznym,

Tytuł: Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim ZOO
Autor: Diane Ackerman
Okładka: włosy(?)
Liczba stron: 296

Tą książkę też już kiedyś recenzowałam na blogu (o >>tutaj<<). Mimo wszystko podczas czytania uroniłam nie jedną łzę. Piękna opowieść o poświęceniu i zwykłej ludzkiej życzliwości. I jeszcze to lwiątko na okładce...








Tytuł: Anioł Stróż
Autor: Nicholas Sparks
Okładka: włosy(?), woda
Liczba stron: 464

Książki Sparksa pokochałam od pierwszej pozycji. Pierwszy raz sięgnęłam po "Anioła Stróża" w 2014 roku i pamiętam, jak duże zrobiła na mnie wrażenie. Doszło do tego, że sama przeżywałam to, co się działo w książce.
Julie życie nigdy nie rozpieszczało - jako nastolatka została wyrzucona z domu, a kilka lat później, w wieku 25 lat, została wdową. Nadeszły święta Bożego Narodzenia, pierwsze bez Jima. Kiedy zrozpaczona kobieta siedzi samotnie przy stole, ktoś puka do drzwi. Wkrótce kurier przekazuje jej pudło z tajemniczą zawartością. Kiedy zostaje otwarte, oczom Julie ukazuje się niezwykle brzydki szczeniak oraz list, który przed śmiercią napisał jej mąż. Wdowa znajduje w nim zapewnienie, że Jim będzie jej aniołem stróżem oraz prośbę żeby znalazła sobie kogoś. Piszczący piesek otrzymuje imię Śpiewak.
Mija kilka lat. Julia w dalszym ciągu jest sama, nie licząc mieszkającego z nią Śpiewaka. Chociaż pies nieraz sprawia jej kłopoty, to nie zamieniłaby go za nic na świecie. Do atrakcyjnej kobiety zaleca się najlepszy przyjaciel jej męża, Mike. Ona jednak nie dopowiada na jego zaloty, chociaż Śpiewak uwielbia go nad życie. Pewnego razu Julie spotyka mężczyznę przedstawiającego się jako Richard. Ku jej zdumieniu Śpiewak jest bardzo wrogo nastawiony do nowego znajomego. Richard zaczyna adorować mężczyznę, co nie podoba się Mike'mu. Za radą brata postanawia walczyć o dziewczynę. Z czasem oboje odkrywają jak bardzo nieobliczalny jest Richard.
"Anioł Stróż" jest doskonałą książką z pogranicza romansu i thrillera. Trzyma czytelnika w napięciu, zwłaszcza przy fragmentach opisujących osobowość niezrównoważonego psychicznie Richarda. Czytając książkę zastanawiałam się, ile ze znanych mi osób posiada podwójne oblicze. Poza tym książka doskonale ukazuje ludzką psychikę podczas radzenia sobie z żałobą i kolejną rodzącą się miłością. To także opowieść o szaleństwie niszczącym człowieka oraz prawdziwej psiej wierności, pomagającej przetrwać każdą, nawet najboleśniejszą chwilę.
Tytuł: A jednak miłość
Autor: Barbara Taylor Bradford
Okładka: włosy(?)
Liczba stron: 334

Zupełnie nie wiem skąd się ta książka znalazła w moim domu. Najpewniej została odziedziczona po kimś. Pamiętam jednak, jak czytałam ją po raz pierwszy na uczelnianych korytarzach katowickiego AWFu, najczęściej oczekując na poranne zajęcia, wczesnym rankiem. Teraz postanowiłam odświeżyć sobie jej treść.
Główna bohaterka powieści, Valentine Denning, jest znaną fotoreporterką wojenną. Akurat wspólnie ze swoim ukochanym Tony, który podziela jej pasję, oraz ich wspólnym przyjacielem Jake'm jedzie do Kosowa. Los chciał, że obydwoje dostają się w samo centrum działań wojennych. Podczas jednej ze strzelanin Tony ponosi śmierć, zaś Jake zostaje ciężko ranny. Zrozpaczona Valentine wraca do Paryża, gdzie mieszkali przed fatalnym wyjazdem. Ponieważ zamierzali zawrzeć z Tony'em związek małżeński, Valentine pogrąża się w coraz większej rozpaczy. Z czasem kobieta odkrywa, że Tony nie do końca był z nią szczery: wcale nie rozwiódł się ze swoją poprzednią żoną, w dodatku romansował z kilkoma kobietami na raz. Zauważa też uczucie, jakim jest darzona przez Jake. Dodatkowo jego obecność pozwala jej uporać się z mrocznymi wspomnieniami niezbyt szczęśliwego dzieciństwa.
Tytuł: Amandine
Autor: Marlena de Blasi
Okładka: wzgórze(?), wrzosy
Liczba stron: 368

Książkę przeczytałam dzięki naszej blogowej Jadzi, która przysłała mi ją w paczce. Jednak kiedy po nią sięgnęłam, zakochałam się w niej od pierwszego zdania.
Powieść przedstawia historię tytułowej Amandine, nieślubnego dziecka nastoletniej Andżeliki i owoc jej gorącego, ale chwilowego romansu z niewiele starszym chłopakiem. Ponieważ Andżelika wywodzi się ze szlacheckiego rodu Czartoryskich, jej matka za wszelką cenę uniknąć skandalu. Toteż zarówno ciąża jak i same narodziny są utrzymywane w ścisłej tajemnicy. Mała Amandine przychodzi na świat w 1931 roku w szwajcarskiej klinice. Po porodzie u dziewczynki została wykryta poważna wada serca wymagająca operacji. Dowiedziawszy się o tym babka dziecka powiedziała Andżelice, że dziecko zmarło zaraz po porodzie, sama dziewczynka otrzymała nową tożsamość i została wywieziona do klasztoru sióstr karmelitanek znajdujący się w francuskim Montpellier, gdzie ma rozpocząć swoje nowe życie. W ten sposób maleństwo znalazło się w obcym sobie środowisku, jednak szybko stała się ulubienicą wszystkich, a jej opiekunka Solange pokochała ją jak własne dziecko. Jedynie matka przełożona nie darzy ją sympatią. Kiedy kilka lat później wybucha wojna. Solange wraz z Amandine uciekają na północ kraju. Tymczasem Amandine coraz bardziej chce poznać swoją prawdziwą tożsamość.
Tytuł: Arka
Autor: Boyd Morrison
Okładka: -
Liczba stron: 424

Każdy chyba zna, a przynajmniej słyszał, o legendarnej arce, na której biblijny Noe miał ocalić z potopu po parze każdego gatunku zwierząt oraz swoją rodzinę. Arka Noego jest też tematem przewodnim thrillera "Arka", napisanego przez Boyda Morrisona.
Jej akcja toczy się w latach współczesnych. Archeolog Hasad Arvadi prawdopodobnie odnajduje legendarną Arkę Noego, po czym ginie zastrzelony przez pilnujących go ludzi. Trzy lata później z jego córką Dilarą Kenner, która znajdowała się w Peru, zostaje poproszona przez przyjaciela rodziny, Sama Watsona, o powrót do kraju. Mężczyzna prawdopodobnie ma ważne informacje dotyczące jej zaginionego ojca. Udaje im się spotkać na lotnisku w Los Angeles, Samowi nie udało się jednak wiele przekazać kobiecie, poza tym, że ma to związek z poszukiwaną całe życie przez Hasada Arką Noego oraz że ma odszukać niejakiego Tylera Locke'a, ponieważ umiera wskutek otrucia. Chociaż Dilara pierwszy raz w życiu słyszy o tym człowieku, udaje jej się go odszukać na platformie wiertniczej nieopodal Nowej Funlandii. Zdecydowała się lecieć do niego, jednak po drodze omal nie zginęła w katastrofie helikoptera. Jak zresztą wszyscy, którzy wiedzieli coś o Arce. Po nawiązaniu znajomości z Lockiem okazuje się, że mają tydzień na znalezienie Arki, zanim skrywane przez nią sekrety posłużą do ponownego zniszczenia ludzkości.
Tytuł: Anna Karenina
Autor: Lew Tołstoj
Okładka: 
Liczba stron: 950

Klasyka rosyjska sama w sobie! Pamiętam, że w domu u rodziców mieliśmy tą książkę(dwutomowe wydanie) i pierwszy raz sięgnęłam do niej chyba jeszcze w gimnazjum. Teraz zdecydowałam się na wersję audiobookową, a wysłuchanie całości zajęło mi ok. miesiąca.
Dzieło przestawia historię Anny Kareniny, młodej i pięknej kobiety żyjącej stabilnie i trochę nudno wraz z dużo starszym małżonkiem, Aleksiejem. Anna jest matką Siergieja, zwanego zdrobniane Sieriożą. Mimo posiadania rodziny, Anna nie stroni od przyjęć, bardzo często pojawia się też na salonach w Petersburgu. Podczas jednego z takich bali poznaje hrabiego Aleksieja Wrońskiego, w którym zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Wkrótce przelotne na pierwszy rzut oka uczucie przeradza się w coś więcej. Anna brnie coraz bardziej w "zakazane" uczucie nie przewidując nawet jego następstw. Niebezpiecznie zaczyna się robić, kiedy Anna dowiaduje się, że spodziewa się dziecka Wrońskiego, a mąż nie chce wyrazić zgody na rozwód i nie daje jej zobaczyć się z synkiem. W dodatku Anna wmawia sobie, że Aleksiej ją nie kocha, zaś cały świat szepcze przeciwko niej. Zdruzgotana kobieta postanawia położyć kres temu wszystkiemu.
Nie będę ukrywać, że zarówno Lew Tołstoj, jak i Fiodor Dostojewski są dla mnie mistrzami w opisywaniu codzienności XIX wiecznej Rosji. Akcja "Anny Kareniny" została umiejscowiona przede wszystkim w Petersburgu(który chciałabym kiedyś odwiedzić) i posiadłości znajdujących się pod miastem. Autor rewelacyjnie opisuje zarówno obyczaje arystokracji, jak i szlachty. Natomiast opis niektórych uczuć sprawił, że czytałam je z wypiekami na twarzy. 
Tytuł: Archipelag GUŁag. 1918-1956
Autor: Aleksander Sołżenicyn
Okładka: 
Liczba stron: 1723

Chociaż rzadko to robię, to tym razem powiem szczerze: jestem z siebie dumna, że dałam radę przebrnąć przez tą książkę. Łatwo nie było, bo miałam tylko wersję pdf.(w normalnych okolicznościach wypożyczyłabym sobie ją z biblioteki), ale jakoś się udało. Tym bardziej, że przedstawiona w niej tematyka od dłuższego czasu(jakiś 15 lat) stanowi obiekt moich zainteresowań.
Aleksander Sołżenicyn podjął się niełatwego zadania spisania całego zła, jakie działo się w sowieckich Gułagach (obozach pracy). Sam trafił w takie miejsce po tym, kiedy w 1945 roku został schwytany przez NKWD w Elblągu, a następnie na podstawie artykułu 58 kodeku pracy skazany na 8 lat niewolniczej pracy. W sumie został umieszczony w 3 obozach - najpierw w byłym monasterze pod Moskwą, następnie w Marfinie, aż w końcu w znajdującym się na terenie Kazachstanu Jekybastuzie. Posiadał bardzo dobre, zwłaszcza na tamtejsze czasy i warunki, wykształcenie - był matematykiem i fizykiem, toteż został umieszczony w Gułagach przeznaczonych dla intelektualistów. W każdym z tych trzech miejsc zaznał nieludzkiego upokorzenia, a także pracy nad ludzkie siły. Jego zwierzchników nie interesowało nawet to, że mężczyzna zmaga się z nowotworem żołądka. Na szczęście udało mu się przetrwać to piekło na ziemi, a po wyzwoleniu wieść życie nauczyciela matematyki.
Książka, jako literatura faktu, nie należy do łatwych. Wręcz przeciwnie - jest jedną z tych, które czytało mi się wyjątkowo ciężko. Wiele razy musiałam przerwać jej lekturę, ponieważ psychicznie nie mogłam już znieść jej treści. Widać, że Sołżenicyn za wszelką cenę chciał to wszystko ocalić od zapomnienia poprzez przeniesienia tego na papier. Nie da się ukryć - udało mu się to.
Tytuł: Barabasz
Autor: Par Lagerkvist
Okładka: włosy(?)
Liczba stron: 129

O książce pisałam w >>TYM<< wpisie.






Tytuł: Pamiętnik papieskiego anioła
Autor: Paweł Zuchniewicz
Okładka: włosy(?)
Liczba stron: 120

Pierwszy raz spotkałam się z "Pamiętnikiem papieskiego anioła" podczas nabożeństw roratnich w 2011 roku. Pokochałam go od pierwszego razu i z nieukrywaną radością nabyłam go w formie książkowej jakiś czas później. Teraz macie okazję poznać jej treść, którą (prawie)codziennie udostępniam na blogu.
Książka zawiera historię Karola Wojtyły, późniejszego papieża Jana Pawła II, przeplataną fragmentami "napisanymi" przez papieskiego Anioła Stróża. Wszystko jest uzupełnione przez  fotografie Karola Wojtyły. Całość została podzielona na cztery części.
Wszystko się czyta w miarę sympatycznie. Bardzo dobra pozycja dla dzieci, które chcą poznać biografię papieża - Polaka.

środa, 29 kwietnia 2020

1148. Jaki był tak naprawdę koniec Adolfa Hitlera?

Tak samo jak dzisiaj po kilku dniach suszy przyszła prawdziwa burza z piorunami i gradobiciem, tak po wczorajszym dole podniosłam się dzisiaj nieco w górę i znowu pojawił się cień optymizmu w moim życiu. Tradycyjnie już okazało się, że jak się chce, to wszystko da się zrobić. Ale ta chęć musi wynikać z obydwóch stron. Znowu pojawił się promyczek radości i wiary, że wszystko będzie dobrze. Teraz trzeba robić wszystko, aby nie został on zgaszony.
Chociaż w liceum byłam w klasie z rozszerzoną historią, to lekcje przez większość godzin były po prostu nudne. Nie wiem dlaczego, ale historyczka z reguły ograniczała się do dyktowania treści zawartych w podręczniku. Słowo w słowo. Szczerze powiedziawszy to pierwszych czterech miesiącach miałam jej dosyć. Nie o to przecież chodzi, że piszę to co mogę sobie przeczytać w książkach. Bo to nawet nie było streszczenie - to było przepisywanie podręcznika. Może komuś to odpowiadało, bynajmniej nie mnie. Dlatego zaczęłam sama poszukiwać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. A było ich multum. Od tych najbardziej prozaicznych, po te coraz bardziej skomplikowane. Jednym z nich może było to o to, co tak naprawdę się stało z Adolfem Hitlerem. Historia mówi, że popełnił samobójstwo. Ale czy na pewno? Tego chyba nie dowiemy się nigdy.
Za  to w jednym z numerów "Świata wiedzy" znalazłam ciekawy artykuł dotyczący badań nad "tożsamością" Adolfa Hitlera. Jako że jutro minie 75 lat od jego śmierci, przynajmniej w teorii, pozwoliłam sobie zamieścić moje opracowanie tego tekstu.

Krypta mierząca 355 metrów szerokości i 1500 metrów długości, pośrodku stoi złoty sarkofag ozdobiony ciemnozielonym malachitem z Uralu, a wszystko to w austriackim Linzu - w ten sposób rok przed wybuchem II wojny światowej Adolf Hitler wyobrażał sobie miejsce swojego pochówku. Siedem lat później pochowano go pod gruzami Berlina z czaszką przeoraną kulą. Jego zwłoki zostały częściowo spalone, pogrzebane i ponownie odkopane. Usunięto szczękę, a pozostałe szczątki rozwieziono w różne miejsca Wschodnich Niemiec.
Do dzisiaj śmierć Hitlera jest otoczona mgiełką tajemnicy, a na jej temat krążą różne teorie i mylne informacje. Specjalistom zajmującym się kryminalistyką stopniowo udało się je rozszyfrować, chociaż wiele wątpliwości pozostało nierozwiązanych. 
W pewien listopadowy wieczór w jednym z berlińskich mieszkań zadzwonił telefon. Odbierający połączenie doktor Blaschke usłyszał, że natychmiast ma się stawić w Kancelarii Rzeszy, ponieważ Adolfa Hitlera bolą zęby. Blaschke spakował swoją walizeczkę z narzędziami i kilka minut później stał przed Fuhrerem. Po obejrzeniu jego jamy ustnej zauważył jeden bolący ząb i cztery, które się ruszały. Dzięki temu został osobistym dentystą dyktatora. Jego uzębienie było prawdziwym koszmarem - znajdowało się w nim więcej metalu niż naturalnego szkliwa, Hitler cierpiał na próchnicę i paradontozę, a z jego ust wydobywał się przykry zapach. Ponieważ był bardzo wrażliwy na ból, każde leczenie trwało kilka wizyt. Jesienią 1944 roku ponownie zaczął narzekać na dolegliwości związane z uzębieniem. Blaschke zrobił zdjęcie rentgenowskie, po czym usunął pacjentowi ząb trzonowy. Tak dobrze znał zęby Hitlera, że nawet po latach był w stanie wykonać z pamięci gipsowy model jego szczęki na potrzeby radzieckich służb specjalnych, który wraz ze zdjęciem rentgenowskim stanowił najważniejszy dowód sądowy w sprawie Adolfa Hitlera. Z człowieka, który miał panować nad światem zostały bowiem po wojnie jedynie szczątki: fragment szczęki, odłamek sklepienia czaszki oraz ślady krwi na sofie.
30 kwietnia 1945 roku z ust Hitlera miało paść zadane Wilhelmiemu Mohnke'mu(dowódca obrony rządowej dzielnicy Berlina) pytanie: "Jak długo się jeszcze utrzymają?". Fuhrer sprawował swoje rządy z mierzącego 250 metrów kwadratowych bunkru znajdującego się pięć metrów pod Nową Kancelarią Rzeszy w Berlinie. Do stolicy wdzierała się właśnie Armia Czerwona, a radzieckie oddziały były już na Placu Poczdamskim, oddalonym zaledwie o 300 metrów od bunkra. "24 godziny, nie dłużej" - miał odpowiedzieć Monhke. Tyran nie potrzebował nic więcej wiedzieć. Decyzja została podjęta kilka dni wcześniej, wystarczyło tylko zaczekać na odpowiedni moment. Dzień wcześniej spisał swój testament polityczny oraz poślubił długoletnią kochankę, Ewę Braun. Samobójstwo zamierzał popełnić wspólnie z nią, a ciała nakazał spalić. Za nic na świecie nie chciał, aby wpadły w ręce armii Stalina, a tym samym zostały wystawione na pokaz. Marzenia o złotej trumnie w Liznu już dawno rozpadły się pod gradem kul.
O godzinie 13 Adolf zjadł na obiad spaghetti z sosem pomidorowym. Następnie pożegnał się z najbliższymi współpracownikami i razem z Ewą Braum wycofał się do prywatnych pokoi. Około godziny 15:30 po bunkrze rozbiegł się odgłos strzału, stłumiony jednak przez dudniący artyleryjski ogień Armii Czerwonej. Dziesięć minut później wszystko było jasne. Na wieść o samobójstwie Hitlera wszyscy zapalili papierosa - za życia tyrana nie było wolno tego robić. Teraz każdy mógł myśleć o ratowaniu swojego życia, albo o śmierci. Wielu oficerów sięgnęło po alkohol, dodając sobie odwagi do strzału w głowę, zanim wróg zdobędzie ich twierdzę.
Zwłoki Fuhrera i jego małżonki jako pierwsi zobaczyli Heinz Linge, kamerdyner oraz Otto Gunsche, jego adiutant. Po czasie ich zeznania co do tej chwili były sprzeczne: Gunsche zapamiętał, że dyktator osunął się na swój fotel, tymczasem Linge zeznał, że ciało leżało po prawej stronie sofy. Oboje mówili jednak o ranie postrzałowej na prawej skroni, głowie Hitlera przechylonej do przodu oraz leżącym na podłodze pistolecie o kalibrze 7,65. Po lewej stronie sofy znajdowało się ciało Ewy, od którego czuć było zapach gorzkich migdałów - był to znak, że otruła się cyjanowodorem.
Zwłoki zostały owinięte w koce i wyniesione do kancelaryjnego ogrodu. Ułożono je na ziemi i oblano benzyną. Po podpaleniu ciał kondukt wycofał się do bunkra. Wszystko robiono w pośpiechu, ponieważ w każdej chwili współtowarzyszy Fuhrera mógł dosięgnąć artyleryjski pocisk. Dyktator, odpowiedzialny za rozpętanie największej i najokrutniejszej wojny, przywódca na którego cześć wiwatowały miliony - na koniec spłonął zupełnie niezauważalnie.
Ludzkie ciało pali się stosunkowo słabo. Najpierw ogniem zajęły się oblane benzyną koce. Wkrótce jednak tłuszcz zgromadzony pod skórą zaczął się rozpuszczać i przenikać przez pory. Działał podobnie jak wosk w świecach - dostarczał płomieniom paliwa. Mózg zaczął się gotować, a pod wpływem ciśnienia odpadł fragment czaszki. Tuż przed godziną 23 szczątki ciał zostały złożone w leju po bombie. Był to pierwszy z wielu grobów Hitlera.
Cztery dni później, 3 maja, żołnierze Armii Czerwonej odkryli w pobliżu Kancelarii Rzeszy ciało przypominające dyktatora. Zanieśli je do bunkra. Wszyscy przekazywali sobie jedną wiadomość - znaleziono zwłoki Hitlera. Jednak Iwan Klimenko, szef radzieckiego wywiadu wojskowego, nie był o tym do końca przekonany. Następnego ranka sprowadził do bunkra osoby, których zadaniem była identyfikacja zwłok. W tym samym czasie żołnierz Iwan Czurakow wykopał z leju po bombie dwa zwęglone ciała. Oficer sztabowy 3 Armii Uderzeniowej jest tego świadkiem, przekonany jednak, że Hitler został znaleziony już wcześniej, każe zakopać zwłoki. Ta pomyłka uruchomiła różne teorie spiskowe, tym bardziej, że zwłoki w bunkrze należały do jego sobowtóra.
Po dwóch dniach Klimenko wykopał z leja zwęglone ciała. Esesman Henry Mengershausen zidentyfikował je jako doczesne szczątki Adolfa Hitlera i jego żony. Tym razem w celu wyeliminowania błędnego rozpoznania ciał, pracownicy wywiadu skupili się na poszukiwaniu pewnych dowodów. Męskim zwłokom usunęli dolną szczękę wraz z metalowym mostkiem z górnej. Ślady zaprowadziły ich zaś do gabinetu stomatologicznego doktora Blaschke.
W tym samym czasie zwęglone ciała zostały złożone do skrzyń, załadowane na samochód i przewiezione do kliniki znajdującej się w dzielnicy Berlin-Buch, gdzie odbyła się pierwsza ich autopsja. "Zwłoki są mocno zwęglone i wydzielają zapach spalonego mięsa. Brakuje fragmentu sklepienia czaszki" - głosiła. Dodatkowo radziecki lekarz Faust Szkaralowski odkrył w jego ustach odłamki szklanej ampułki, co wskazywałoby na to, że naczelny wódz Niemiec po prostu się otruł. Dla radzieckiego dyktatora Józefa Stalina przyczyna śmierci odgrywała naczelną rolę: o ile przyjęcie trucizny była przejawem tchórzostwa, o tyle zastrzelenie się było traktowane jako śmierć honorowa. Zespół dochodzeniowy znalazł w stolicy asystentkę Blaschkego, Kathe Heusermann. Udało jej się zidentyfikować zęby Fufrera, po czym dała kryminologom zdjęcia rentgenowskie potwierdzające, że znalezione ciała to Adolf Hitler i Ewa Braun.
Nastąpiła "pielgrzymka" zwłok z jednego miejsca na drugie: z Berlina do Finow, następnie do Rathenow, Stendal, aż wreszcie do Magdeburga, gdzie zostały złożone w lutym 1946 roku. Stalin uznał bowiem że śmierć Hitlera została potwierdzona wraz z sporządzeniem przez aresztowanego Blaschkego gipsowej kopi uzębienia niemieckiego dyktatora, identycznej z uzębieniem zwłok. Informacja ta została jednak zatajona - Stalin chciał jej użyć przeciwko USA w zimnej wojnie. Puścił w świat informację, że nie ma żadnych dowodów na to, że Hitler nie żyje. A nawet przeciwnie, uważał, że tyran mógł uciec. Sugestie Stalina okazały się na tyle realistyczne, że przez blisko 30 lat FBI szukało Hitlera po całym świecie.
W grudniu 1945 roku przystąpiono do operacji "Mir". Specjaliści radzieckiego wiceministra spraw wewnętrznych mieli rozwikłać sprawę Adolfa Hitlera. Po raz pierwszy została wtedy przeprowadzona analiza kryminalistyczna sofy ze śladami krwi na tapicerce. W maju następnego roku Rosjanie przeszukali miejsce zdarzenia i w leju po bombie odkryli fragment czaszki z dziurą po kuli. Ślady widoczne na sofie w połączeniu z obrażeniami czaszki wskazywały na samobójczą śmierć poprzez zastrzelenie. Tyran musiałby jednak włożyć sobie pistolet do ust albo przystawić do brody, a nie do skroni, jak przyznano w śledztwie. W ramach prowadzonej operacji poproszono o wydanie ciała, aby sprawdzić, czy znaleziony fragment czaszki pasuje do całości i tym samym zakończyć dochodzenie. Nie wydano jednak na to zgody, co wywołano konflikt kompetencyjny. Członkom operacji "Mir" musiały wystarczyć wypowiedzi świadków tamtych wydarzeń. Raport końcowy napisany w lipcu 1946 roku głosił: "Hitler mógł się zastrzelić, ale wyciągnięcie ostatecznych wniosków w tej sprawie jest niemożliwe".
Adolf Hitler został oficjalnie uznany za zmarłego 25 października 1946 roku. Sąd rejonowy w Berchtesgaden przesłuchał w tej sprawie ponad 40 świadków, wśród których znajdowali się też ci, którzy jako pierwsi zobaczyli Hitlera martwego. Podtrzymali swoje zeznania, że na skroni martwego tyrana widzieli ranę postrzałową.
Prawie ćwierć wieku później, w kwietniu 1970 roku, ówczesny szef KGB Jurij Antropow zlecił ponowne wykopanie zwłok. Tym razem zostały one całkowicie spalone, roztłuczone na popiół i wysypane do rzeki Biederitz. Cała operacja odbyła się pod kryptonimem "Archiwum".
Dopiero kilka lat po zakończeniu zimnej wojny otrzymano w Moskwie pozwolenie na ponowne zbadanie szczątków Hitlera. W 2002 roku lekarz medycyny sądowej, Mark Benecke, pobrał z sofy zachowane próbki krwi oraz poddał analizie fragment czaszki i zęby. Po badaniach wiedział, że zęby z całą pewnością należą do dyktatora, a krew z sofy jest męska. Zagadką pozostawał fragment czaszki, jednak rosyjskie ministerstwa nie zezwoliły na zebranie śladów genetycznych.
W 2009 roku, po długich negocjacjach, amerykański naukowiec Nick Bellantoni uzyskał pozwolenie na dokładniejsze zbadanie czaszki. Wynik zaskoczył wszystkich - okazało się, że czaszka jest za mała i za cienka jak na męską, w dodatku zweryfikowano na niej DNA należące do kobiety. Pojawiły się dwie tezy, które odpowiadałyby na pytanie dlaczego: albo czaszka należała do Ewy Braun, albo ślady pozostawiła jedna z rosyjskich archiwistek, która miała jej dotykać bez rękawiczek.
Dla lekarzy medycyny fakt, do kogo należy ten fragment, odgrywa drugorzędną rolę.
Pewne jest w tym wszystkim jedno - największy w dziejach ludzkości zbrodniarz popełnił samobójstwo 30 kwietnia 1945 roku, a tym samym uniknął odpowiedzialności za swoje niezliczone winy.

wtorek, 28 kwietnia 2020

1147. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 10/Życie...

JEGO EKSCELENCJA, WUJEK

Karol Wojtyła na kajaku(źródło zdjęcia)
 - "Wujek" już do nas nie wróci - ze smutkiem powiedział Zdzisław Heydel, gdy wsiadali do kajaków, którymi mieli dostać się do najbliższej drogi. 
 - Co też opowiadasz, Admirale? - ksiądz Karol wrzucił plecak do "Kalosza"(tak nazywał się składak, którym pływał w czasie wakacji). - Spotkamy się w Olsztynie.
W czasie tegorocznego spływu po Łynie Haydel sprawował funkcję "admirała", czyli szefa całej wycieczki. Domyślał się dlaczego "Wujek" musi pojechać do Warszawy. Od pewnego czasu po Krakowie chodziły słuchy, że ksiądz Wojtyła ma zostać mianowany biskupem. Pilna wiadomość musiała tego dotyczyć. 
Postanowili dopłynąć jak najbliżej szosy. Tam złapie się jakąś okazję. 
Okazją okazała się ciężarówka wioząca worki z mąką. Ksiądz Karol dojechał w ten sposób do Olsztyna, a stamtąd pociągiem do Warszawy.
Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński(źródło zdjęcia)
Nazajutrz rano pojawił się na ulicy Miodowej i stanął przed kardynałem Wyszyńskim, który był nie tylko najważniejszą osobistością w polskim Kościele, ale i żywą legendą, dzięki swym dramatycznym losom - został uwięziony przez komunistów, a po trzech latach uwolniony. Wysoki, szczupły, o poważnym wyrazie twarzy, mógł budzić respekt, a w każdym razie w pełni zasługiwał na tytuł księcia Kościoła. 
 - Ojciec Święty mianował księdza biskupem pomocniczym biskupa Baziaka - powiedział Prymas. - Czy ksiądz przyjmuje?
 - Eminencjo, ja jestem za młody. Mam dopiero 38 lat - próbował się bronić. 
 - To jest taka słabość, z której się szybko leczymy. Proszę nie sprzeciwiać się woli Ojca Świętego. 
 - Przyjmuję.
 - No, to pójdziemy na obiad.
 - Eminencjo, czy po wyroku skazany może mieć jeszcze prawo do ostatniego słowa?
Wyszyński spojrzał zaskoczony na swojego gościa. W głosie Wojtyły nie było już drżenia, a raczej spokojna, łagodna, można nawet powiedzieć pogodna stanowczość.
 - Chciałem o coś poprosić - ciągnął biskup nominat.
 - No o co? No o co? - prymas uśmiechnął się.
 - Przyjechałem tu z Mazur. Z grupą przyjaciół byliśmy na spływie kajakowym. Czy mógłbym do nich wrócić? Obiecałem im to.
 - Ksiądz naprawdę jest oryginalny. Ale dobrze. To młodzi ludzie?
 - Tak, byłem ich duszpasterzem na studiach.
 - Niech ksiądz biskup jedzie.
Karol nie mógł jednak tak po prostu wrócić na Mazury. Najpierw musiał pojechać do Krakowa, aby poinformować o przyjęciu nominacji swojego przełożonego, arcybiskupa Eugeniusza Baziaka. Czy mógł się spodziewać, że właśnie on przeszkodzi mu w dotrzymaniu obietnicy? Po kolejnej nocy spędzonej w pociągu przyszedł do kurii przy Franciszkańskiej 3. Arcybiskup ucieszył się bardzo z wiadomości, natomiast nie przypadł mu do gustu pomysł powrotu na Mazury.
 - To już chyba nie wypada - powiedział, kładąc kres temu pomysłowi.

Od Anioła Stróża: Aż przykro było patrzeć na Karola - taki był zmartwiony. Chciał być posłuszny swojemu przełożonemu, ale chciał też bardzo dotrzymać słowa danego przyjaciołom. Mógłby machnąć ręką i powiedzieć: cóż, trudno, chciałem, nie udało się, a poza tym z Krakowa do Olsztyna jest naprawdę bardzo daleko. Trzecia noc w pociągu - przecież to bez sensu. Może kto inny by tak pomyślał,  lecz nie Karol. Stał - tak trochę bezradny - na ulicy przed kurią nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Podpowiedziałem mu, aby poszedł do kościoła franciszkanów. W bocznej kaplicy znajdowała się tam(i do dziś znajduje) droga krzyżowa pędzla znanego polskiego artysty Józefa Mehoffera. Karol chętnie odprawiał to nabożeństwo. Przypominało mu ono o Bogu-człowieku, który wszedł na drogę, jakiej wcale nie chciał. Jezus podjął jednak to ryzyko dla przyjaciół - tak przecież nazywał swoich uczniów. Upadał i wstawał. Czy i on nie powinien zaryzykować?
Po skończonej Drodze Krzyżowej powrócił do kurii i znowu stanął przed przełożonym. Ja zaś poprosiłem Anioła Stróża arcybiskupa Baziaka, aby podpowiedział mu dobrą decyzję. Baziak był zdziwiony, w głowie nie mieściło mu się, aby człowiek wyniesiony na tak wysokie stanowisko pływał z młodzieżą na kajakach. Do tej pory był raczej świadkiem, jak awans zmieniał ludzi, którzy nagle stali się bardzo ważni, stawali się nieprzystępni, a nawet wyniośli. Sam był człowiekiem starej daty i zachowywał bardzo duży dystans wobec księży, nie mówiąc już o świeckich.
Karol Wojtyła przyjmuje sakrę biskupią(źródło zdjęcia)

 - Ekscelencjo, proszę wybaczyć, ale ośmielam się raz jeszcze prosić o zgodę na wyjazd - powiedział Karol. - Obiecałem im. Oni czekają. To moi serdeczni przyjaciele.

 - Wygrał ksiądz - westchnął biskup, a na jego surowej twarzy pojawił się blady uśmiech. - Ale proszę nie spóźnić się na konsekrację - dodał lekko żartobliwym tonem.
"Wujek" dotarł do Olsztyna strasznie zmęczony(trzy nieprzespane noce). Przyjaciele ucieszyli się bardzo, chociaż myśleli, że to po prostu takie pożegnanie i że "Wujek" jest dla nich stracony. Kilka tygodni później, na wspólnej pielgrzymce na Jasną Górę, obiecał im powtórnie: "Wujek zawsze pozostanie Wujkiem".
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
W tym roku wielu katolików z niecierpliwością wyczekiwało beatyfikacji Sługi Bożego, kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pierwotnie zaplanowana ona była na 7 czerwca. Dzisiaj jednak podano do wiadomości, że z powodu koronawirusa została ona przesunięta na inny termin. Jaki? Tego nie wiadomo.
Ogólnie jestem sfrustrowana jedną rzeczą. Kurcze, bez sensu - udało mi się zajść tak daleko, a tu przez głupi system nie jestem w stanie zrobić jednej rzeczy. Gdyby jeszcze informatycy byli pod ręką...
Smutno mi ostatnio, ech...
Przez następne dwa dni nie będzie publikacji o papieskim aniele. Na jutro zaplanowany mam artykuł o śmierci Adolfa Hitlera, na czwartek post poświęcony podsumowania mojego czytelnictwa w kwietniu. Do "Pamiętnika papieskiego anioła" wracamy w maju.

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

1146. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 9/ Mur nie do przebicia

KROKUSY

Drzwi zamknęły się za nimi. Usłyszały zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Wyszły z internatu Nazaretanek tuż przed 10 wieczorem, bo o tej godzinie siostry zamykały dom, aby otworzyć go nazajutrz o 6 rano. Sześć studentek polonistyki w turystycznych strojach skierowało się w stronę dworca. 
 - "Że też ten ksiądz się zgodził..." - pomyślała Danka Skrabianka, wspominając rozmowę, którą odbyły z Karolem Wojtyłą przed kilkoma dniami. Jedna z nich przyjechała z wiadomością, że już kwitną krokusy i wyglądają wprost przepięknie. Wpadły na pomysł, aby zorganizować wycieczkę - sześć dziewczyn, sześciu chłopaków i ksiądz, którego poznały przed rokiem w parafii św. Floriana. Zgodził się. 
Choć trudno było zrozumieć jego kazania, to miał coś takiego w sobie, że ich przyciągał. Coraz liczniejsza gromada młodzieży odwiedzała go i uczestniczyła w jego wykładach. Ze smutkiem przyjęli wiadomość o przeniesieniu go do kościoła świętej Katarzyny. Pojawiła się jednak iskierka nadziei, gdy zaprosił ich na Msze do nowej parafii. Tylko ta godzina... 6 rano! Jednak zwlekali się z łóżek i raz w tygodniu meldowali w kościele. Pomysł wycieczki do Zakopanego zakładał jeszcze bardziej niemożliwe godziny. Wyjazd o północy, przyjazd na 5 rano, cały dzień na nogach w górach i znowu przyjazd nocnym pociągiem. 
Krótko po przybyciu na dworzec zobaczyły Jacka. Był sam, a ze stroju wcale nie wynikało, że wybiera się w podróż. 
 - Nie możemy jechać - wyrzucił z siebie. - Mamy na poniedziałek trudne zaliczenie. 
 - I teraz to mówisz? - Teresa była oburzona.
 - Wiesz jak jest. Na takich jak my mają szczególne oko. Jeśli z czymś nawalimy wywalą nas i wezmą do woja!
Tak, to była prawda. W czasach stalinowskich studenci dzielili się na dwie kategorie: jedni należeli do komunistycznego związku i mieli łatwe życie, ci którzy nie chcieli się zapisać, musieli pracować w pocie czoła, uważając, żeby nie podpaść. Dlatego chłopakom była na rękę Msza o 6 rano. Było mało prawdopodobne, że ktoś zobaczy ich o tej porze wychodzących z kościoła. Wystarczyłby jeden donos i wylecieliby z hukiem ze studiów. 
 - Co tak stoicie? - usłyszeli pytanie zadane znajomym, głębokim głosem. 
Odwrócili się i aż otworzyli usta. To był ksiądz Karol, lecz bez sutanny! Turystyczne buty, spodnie do pół łydki, kurtka, chlebak... Tylko twarz ta sama. 
 - Chłopcy nie jadą - ponuro powiedziała Teresa. - Z naszej wycieczki nici. A my chyba spędzimy noc na dworcu, bo siostry otwierają dom dopiero rano. 
 - To może pojedziecie ze mną - zaproponował Wojtyła.
Tym razem były jeszcze bardziej zdziwione niż na widok jego ubioru. Przecież to było ogromne ryzyko - ksiądz podróżujący samotnie w towarzystwie sześciu młodych dziewczyn! Gdyby to wszystko wyszło na jaw! A gdyby dowiedziało się o tym UB! Na pewno zrobiłoby wszystko, żeby go skompromitować!
Karol Wojtyła z młodzieżą(źródło zdjęcia)
 - Nie obawia się ksiądz? - zapytała Teresa.
 - Przecież nie robię chyba nic złego? Nie można pozwolić, aby młode dziewczęta spędzały noc na dworcu.
Podróż minęła im wyjątkowo szybko, choć pociąg wlókł się w tempie żółwia, a  tłok panował niemiłosierny. Najpoważniejszym problemem stała się forma zwracania się do księdza. Przecież nie mogą go zdekonspirować! Formy bezosobowe i inne łamańce językowe stały się największą zmorą tej podróży. Odetchnęły dopiero, gdy wyszły na ulice Zakopanego. 
 - Dziękujemy księdzu, że z nami pojechał - odezwała się Danuta. 
 - Nie ma za co.
 - Mamy nadzieję, że to nie ostatnia taka wycieczka.
 - Na następną zapewnimy też i męską obsadę.
 - Więc będzie ksiądz z nami jeździć? To fantastycznie! Jest tylko jeden problem...
 - Już wam się sprzykrzyło?
 - Ależ nie, skądże! Świetnie się rozmawia i w ogóle. Tyle że trudno to robić w większym towarzystwie. Nie chciałybyśmy księdza zdradzić.
 - A to stąd te formy bezosobowe. Tak, to rzeczywiście komplikacja. Jak to rozwiązać?
 - Mamy pseudonim. Czy moglibyśmy mówić do księdza "Wujku"?
 - A to zabawne. Nigdy nie miałem siostrzenicy, ani bratanków. Chociaż kiedyś w Wadowicach sprawdzałem rodzinne koligacje i wyszło mi, że niektórzy członkowie dalszej rodziny powinni tak się do mnie zwracać. Miałem wtedy z dziesięć lat. Ale jakoś nikt nie wziął na poważnie mojego zdania.  A więc "Wujek"? Zgoda, niech tak będzie.
 - Dziękujemy... "Wujku".

Od Anioła Stróża: Jeśli był "Wujek", to musiała być i rodzina. Wówczas zwyczajem było, że studenci zwracali się do siebie per "Pan/Pani", ale z chwilą narodzin "Wujka", ktoś zaproponował by przeszli na "braciszku/siostrzyczko". Tak narodziła się "Rodzinka Wujka Karola". Wspólnie wyprawiali się na wycieczki, jeździli na wakacje, świętowali razem imieniny i urodziny. Studenci robili dyplomy, zaczynali pracę i żenili się, a "Wujek" błogosławił ich małżeństwa. Były to trudne czasy. Jednego z członków "Rodzinki" aresztowali agenci ze Służby Bezpieczeństwa. Na szczęście został dość szybko zwolniony. 
Kiedyś, podczas wędrówki przez Bieszczady, zostali otoczeni przez wojsko i odprowadzeni na posterunek. Moim kolegom i mnie udało się jednak uchronić ich przed niebezpieczeństwem. Wyspecjalizowaliśmy się także w wędrówkach i sportach wodnych. Bywało, że nasi podopieczni gubili się w nocy w lesie, bardzo nas wtedy prosili o pomoc, a my chętnie to robiliśmy, prowadząc ich do obozowiska. Kiedy wyruszali na spływy kajakowe dbaliśmy, aby nikt się nie utopił w niebezpiecznych wirach. 
Wujek Karol jeździł z nimi na kajaki co roku. Tak było również latem 1958 roku. Tym razem znaleźli się na Mazurach. Tutaj do księdza Wojtyły dotarło pilne wezwanie do Warszawy do prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego.
----------------------------------------------------------------------------------
Karol Wojtyła wiedział jak zjednać sobie młodzież. Sam był przecież młody i za młodu kochał wycieczki po górach, zwłaszcza po leżących tuż u podnóża Wadowic Beskidach. Kochał młodzież i ona go kochała.
Czasami żałuję, że w naszej parafii jest tak mało wyjazdów dla młodzieży. Jeszcze kilka lat temu mieliśmy kapłanów, którzy byli salezjanami przez duże "S" - wycieczki w góry, wycieczki podczas półkolonii, jednodniowe a czasami nawet i kilkudniowe wyjazdy dla ministrantów, animatorów i oprawy muzycznej połączone z rekolekcjami... Dużo się działo, młodzież i dzieci przychodziły do dopiero co powstającego w strukturach Domu Młodzieżowego oraz parafialnej scholi.
Nic nie może jednak wiecznie trwać, jak śpiewała Anna Jantar. Nadeszła zmiana, potem kolejna. Czy lepsze? Niekoniecznie.
Wyjazdy dla animatorów zostały ograniczone do Oratoriad, na które nie każdy może jechać. Zero wyjazdów organizowanych przez Boskiego Oskiego. Oficjalnie "nie ma na to czasu". Jednak kiedy człowiek, z racji swojego wykształcenia, proponuje pomoc, spotyka się ze stanowczym "NIE". Czasu nie ma też na organizacje półkolonii. Tzn. Boski Oski nie ma wymaganych papierów ku temu, a proboszcz żyje czasami swoim własnym światem. Miałam w planach zrobić sobie przed wakacjami kurs organizacji wypoczynku wakacyjnego, choćbym miała jeździć po całej inspektorii i zbierać od poprzedników Boskiego zaświadczenia o 3-letnim okresie pracy z dziećmi(choinka, niby Boski Oski powinien dać mi to zaświadczenie, ale przestałam mu ufać...). Wtedy można by kombinować z półkoloniami z pominięciem x. proboszcza jako kierownika półkolonii. Tylko nie myślcie sobie, że robię to dla pieniędzy - tradycyjnie musiałabym za wszystko sama zapłacić, a w zamian raczej nie usłyszałabym nawet "dziękuję". No nic, przyzwyczaiłam się już do tego. Przyszedł jednak koronawirus i wszystkie kursy zostały zawieszone.
Nie lepiej jest ze scholą. Jeszcze w grudniu 2014 roku poprosili mnie o zorganizowanie wycieczki dla naszej wspólnoty do Wadowic. Wiedzieli, że mam tam rodzinę i tak kilka lat wcześniej mimochodem powiedziałam, że jakby co, to mogę kiedyś ich po nich oprowadzić. Ucieszyłam się(odpadłby problem praktyk studenckich) i chciałam od razu wyjąć mój terminarz, aby od razu ustalić jakiś termin(to jeszcze były czasy, kiedy miałam zajęte niektóre weekendy przez szkołę policealną). Usłyszałam, że na to przyjdzie czas. Minęło 6 lat, a schola nie pojechała do Wadowic. Na jesieni słyszałam, że nie możemy pojechać, bo dzieci rozpoczynają rok szkolny, a niektórzy akademicki w Krakowie(też studiowałam w tym czasie w Krakowie, więc słaba wymówka), bo jest za zimno, bo są urodziny(i to nie moje) i że lepiej będzie, jak pojedziemy na wiosnę. Wiosną słyszałam, że wolą jechać do Krakowa i na prywatne wyjazdy, a tak w ogóle to już wszyscy szykują się do wakacji. Ale na jesieni na pewno pojedziemy. Na jesieni znowu słyszałam, że nie bo... I tak w koło Macieju. A ja wracałam z płaczem do domu. W końcu przestałam pytać, bo szkoda moich łez i nerwów. Praktyki zrobiłam podczas ŚDMu w Krakowie. I tylko średniej szkoda, bo za każdym razem musiałam pisać podanie o przesunięcie zaliczenia na studiach. Temat chyba umarł śmiercią naturalną.
O innych propozycjach różnych przedsięwzięć już nie wspominam.
Bo co z tego, że ma się jakiś pomysł, skoro napotyka się na mur nie do przebicie.
Ale ja też nie mam charyzmy Karola Wojtyły.

Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się wirusowi w koronie :)

niedziela, 26 kwietnia 2020

1145. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 8/Monoto(nie!) codzienności

ROZDZIAŁ II - WIERNY W PRZYJAŹNI

"Pragnę wrócić (...) do (...) przyjaciół"
Jan Paweł II, "Wstańcie, chodźmy!"

ZAPROSZENIE


Ksiądz (źródło zdjęcia)
Karol odłożył list i spojrzał w kalendarz. Nie miał zbyt wiele czasu na decyzję. Czy powinien jechać?
List czekał na niego pewnego wiosennego popołudnia na furcie Kolegium Belgijskiego w Rzymie, gdzie mieszkał w czasie swoich studiów doktorskich. Mijało dziesięć lat od matury i koledzy zapraszali go na zjazd absolwentów gimnazjum do rodzinnych Wadowic. 
Pokusa była silna. Po półtorarocznym pobycie za granicą, bardzo się stęsknił za znajomymi, za ojczystymi krajobrazami, za miastem rodzinnym. W ciągu ostatnich 10 lat odwiedził Wadowice tylko raz, i to na krótko - po święceniach kapłańskich, by niedługo potem wyruszyć w podróż do Włoch. 
Co prawda wiadomości dochodzące z ojczyzny nie były najlepsze. Rządzący w Polsce komuniści brutalnie rozprawiali się z przeciwnikami. Więzienia pękały w szwach, aresztowano również duchownych. Polska byłą rządzona przez ludzi, którzy otwarcie walczyli z Bogiem, religią i kościołem. 
 - Koledzy ze szkoły mnie zapraszają - powiedział Staszkowi Starowieyskiemu, kiedy wieczorem spotkali się na kolacji. 
 - I co, chcesz jechać?
 - Bardzo.
 - A doktorat?
 - Rozprawę mam prawie skończoną. Egzamin w połowie czerwca. Zjazd też ma być w czerwcu, ale może poproszę, to przesuną na lipiec. 
Przesunęli. Natomiast on nie rozwiązał istotnego problemu. Obronić pracę doktorską to jedno, otrzymać tytuł doktora to drugie. Do tego rozprawę trzeba było wydać drukiem, a na to zwyczajnie nie miał pieniędzy. A gdyby tak pojechać do Polski, tam zebrać potrzebne fundusze, a potem wrócić i zająć się dokończeniem sprawy? Tak, to może być rozwiązanie. 

APEL POLEGŁYCH
Usiedli w tych samych ławkach, co w ostatni dzień roku szkolnego 1937/1938. Krzesło za Karolem było puste. To było miejsce Jurka Klugera - syna prezesa gminy żydowskiej w Wadowicach. Wolnych miejsc było znacznie więcej. 
Dyrektor Królikiewicz usiadł za biurkiem i otworzył dziennik. Ależ kiedyś się bali, gdy widzieli nauczyciela pochylającego się nad listą ich nazwisk. Profesorka od niemieckiego, Sabina Rottenberg, mogła zagiąć z jakiejś deklinacji, historyk Jan Gebhard, zwany Gebciem, mógł zapytać o nieprzyswojoną datę bitwy lub jakiegoś rozejmu. A Tadeusz Szeliski, zwany Krupą - specjalista od starożytnej greki? Ten to niektórym napędzał stracha.
 - Balon Władysław! - przeczytał dyrektor.
 - Zginął w Anglii - odpowiedział jego kolega z ławki. - Był pilotem. Rozbił się w czasie lotu
Spotkanie klasy Karola Wojtyły - 18 lipca 1948 r.;
Karol Wojtyła drugi od prawej(źródło zdjęcia)
treningowego w 1942.
 - Banaś Jan! 
 - Dostał się do niewoli niemieckiej. Uciekł. Zmarł w Hiszpanii, w obozie dla internowanych. 
 - Czupryński Tadeusz!
 - Zginął w kampanii włoskiej pod Loreto.
Z listy padały kolejne nazwiska. Doliczyli się 10 kolegów, którzy stracili życie w czasie wojny. Jedni padli w walce, inni zmarli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych lub w sowieckich łagrach. O wielu nieobecnych nie mieli żadnych wiadomości.
 - Co z Jurkiem? - Karol zapytał o Krugera. 
 - Z ojcem trafił do Armii Andersa - powiedział Zbyszek Siłkowski. - Bił się pod Monte Cassino i chyba został na Zachodzie. A co ty robiłeś?
Opowiedział pokrótce swoją historię od wyjazdu z Wadowic, po okupację, przez święcenia kapłańskie, które tak nietypowo miał 1 listopada - w uroczystość Wszystkich Świętych. 
 - Krótko po tym pojechałem do Rzymu, zasadniczo po to, by zrobić doktorat. Rektor seminarium w Krakowie, ksiądz Karol Kozłowski, powiedział mi, żebym także uczył się tego miasta. To przecież stolica chrześcijaństwa. Miałem nadzieję, że odnajdę tam atmosferę pierwszych wieków Kościoła. Jednak, ku mojemu rozczarowaniu, Rzym który zobaczyłem był inny. Po prostu wielkie, hałaśliwe miasto. Dopiero gdy zaczęliśmy odwiedzać starochrześcijańskie bazyliki, gdy zeszliśmy do katakumb, zobaczyliśmy tenże Rzym, o którym pisał Sienkiewicz w "Quo vadis". Ale na początku też sporo jeździłem. Trochę po Włoszech, a w zeszłym roku w czasie wakacji książę metropolita polecił nam zwiedzić Francję, Belgię i Holandię. Tam wojna nie dokonała takich zniszczeń jak u nas. Za to w Polsce ludzie wierzą gorliwiej i są bliżej związani z kościołem.
 - Co teraz będziesz robił? - zapytał Staszek Jura. - Z takim wykształceniem i doświadczeniem pewnie szybko awansujesz?
 - Książę metropolita skierował mnie do Niegowici.
 - Gdzie? W życiu nie słyszałem takiej nazwy. To chyba jakaś dziura!
 - Wioska między Krakowem, a Bochnią.
 - Wiesz, ja tego nie rozumiem. Przecież ty byłeś najlepszym uczniem w klasie. Zrobiłeś doktorat, a teraz wysyłają Cię na prowincję gorszą niż, nie przymierzając, nasze Wadowice. Gdzie tu sens? Gdzie logika?
Uśmiechnął się. Po co miał mówić, że ten przydział łączył się z jego przyjazdem na zjazd maturalny?
Kiedy dotarł z Rzymu do Krakowa, okazało się, że furtka za nim się zatrzasnęła. Musiał oddać paszport w Urzędzie Bezpieczeństwa, o powrocie do Italii nie było mowy. Na własnej skórze odczuł zmiany w Polsce, która teraz nazywała się Ludowa.

POCAŁUNEK
Stary kościół w Niegowici, w którym pracował przyszły
papież(źródło zdjęcia)
28 letni Karol Wojtyła(źródło zdjęcia)
Dziesięć dni później Karol wysiadł z autobusu na rynku w Gdowie. Rozejrzał się i zauważył furmankę, przy której stał jakiś rolnik. Podszedł do niego.
 - Którędy do Niegowici? - zapytał.
 - Jadę w tamtą stronę. Chętnie księdza zawiozę, choć wygodnie to chyba nie będzie - odpowiedział Stanisław Samek, bo tak się nazywał ów człowiek. - Mieszkam w Marszowicach, to nie daleko. 
W Marszowicach pożegnali się, a ksiądz dalej poszedł już na piechotę. W oddali dostrzegł kościół. 

Od Anioła Stróża: Mój podopieczny lubił podróżować. A ja razem z nim. Mówi się, że podróże kształcą. Karol chętnie uczył się nowych rzeczy. Jeżdżąc po Europie nauczył się czegoś co zrobił, wchodząc do niegowickiej parafii. W poprzednim roku, pod koniec podróży do Francji, odwiedził niewielką miejscowość Ars. To też kiedyś była "dziura", do której przybył w XIX wieku ksiądz Jan Maria Vianney. Został tam proboszczem. Ksiądz ten przekraczając granicę ukląkł i pocałował ziemię, na której miał pracować. Zasłynął później, jako wielki święty, który nawrócił nie tylko swoich parafian, ale i tysiące ludzi, którzy przyjeżdżali do niego z całego kraju i nawet z zagranicy. 
Karol był zafascynowany tą postacią. Dlatego teraz, na wiejskiej drodze prowadzącej do jego pierwszej parafii uczynił to samo, co podziwiany przez niego francuski ksiądz. Wiele razy widziałem potem, jak robił to jako papież. Całował ziemię Afryki, Ameryki, Azji, Australii i Oceanii oraz oczywiście Europy. Widziały to miliony ludzi. Ale tylko ja byłem świadkiem tego pierwszego pocałunku. 

KSIĄDZ DOKTOR OD CEPA
 - Proszę księdza, ja z tego nic nie rozumiem. Ani słowa. Jak ja to księdzu przepiszę? - Staszek Wyporek ważył w ręku gruby, liczący ponad 200 stron rękopis, a w jego oczach było tyleż zdziwienia co przerażenia. Staszek należał do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Niegowici, uczył się i pomagał rodzicom w gospodarstwie, zaś w wolnych chwilach dorabiał sobie przepisywaniem na maszynie. Wojtyła poprosił go o przepisanie doktoratu. 
 - Dasz sobie radę - pocieszył go ksiądz. - A jakbyś czegoś nie mógł odczytać, to ci pomogę. Nie musi być szybko.
Z ministrantami w Niegowici(źródło zdjęcia)
Nowy wikary nie po raz pierwszy zaskoczył Staszka. Krótko po przybyciu do wioski zajrzał do stodoły, w której za pomocą ręcznych cepów młócili zboże. Ksiądz przyglądał im się przez chwilę, po czym zapytał, czy sam mógłby spróbować. Przewielebny i młócka? Dziwne, trochę niestosowne. Okazało się jednak, że Wojtyła do ułomków nie należy i ciężka praca mu niestraszna. 
Prostota wikariusza zjednała mu życzliwość mieszkańców. W innych sytuacjach nie stronił od wysiłku fizycznego. Z jego inicjatywy rozpoczęto budowę kościoła parafialnego. Przy niej też potrafił zakasać rękawy.  "Nawet nie spostrzegliśmy, gdy chwycił za łopatę i zaczął kopać na łuku pod prezbiterium - zapisał jeden z budowniczych. - Zauważyłem, że gdy wkopał się głębiej, to mu się sutanna brudziła. Nie pomogły perswazję, żeby przestał."
Nie przestawał też i w innych sprawach. Prowadził spotkania z młodzieżą, założył teatr, poświęcał wiele czasu duszpasterstwu.
Pewnego dnia do wikarówki, gdzie mieszkał ksiądz Wojtyła, zapukał "specjalista" od maszynopisania.
 - Co się stało Stasiu? - zapytał ksiądz Karol widząc, że jego gość jest cały roztrzęsiony. 
 - Wzięli mnie do Bochni na posterunek - mówił chłopak przez łzy. - Bili mnie. Powiedzieli, że to za Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży.
 - Nie płacz, Stasiu. To musi się kiedyś skończyć. Oni się kiedyś rozpadną. Długo to nie może trwać.
Te słowa Staszek Wyporek zapamiętał na całe życie. Wracał do nich wielokrotnie, gdy ksiądz Wojtyła opuścił Niegowić. A nastąpiło to stosunkowo szybko. Tuż przed Bożym Narodzeniem wikariusz obronił doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w marcu roku następnego kardynał Sapieha polecił mu przenieść się do Krakowa, do parafii świętego Floriana.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na spotkaniu klasowym nigdy nie byłam. Niby w 2010 roku moje gimnazjum organizowało zjazd absolwentów, jednak data pokrywała się z egzaminem z matematyki na studiach. Mój wybór był oczywisty. Planowało się też zjazd absolwentów z okazji 25 lecia istnienia placówki, ale nie dość, że przeniosła się ona do większego budynku, to jeszcze została wchłonięta przez inną szkołę. A szkoda, bo do dzisiaj pamiętam w której ławce siedziałam - drugi rząd, pierwsza od okna, pierwsze krzesło. Co prawda raz na jakiś czas spotykam się z kolegami i koleżankami, ale nigdy nie jest to szersze grono. Dawniej odwiedzało się stare kąty, chwaliło się osiągnięciami. W tym nowym ośrodku to nie to samo.
Rok temu minęło 10 lat od napisania przeze mnie matury(już?). Nie wiem czy moja klasa organizowała coś z tej okazji. Nie specjalnie byłam z nimi zżyta. Może poza kilkoma osobami.
A poza tym... co chwilę gdzieś czytam o monotonii w życiu związanej z przeciągającą się kwarantanną. A tym czasem u mnie nie ma czasu na nudę. Może nie mam możliwości wyjścia do własnego ogródka, a na spacery nie mam czasowo siły iść, ale to nie oznacza, że się nudzę. Stos książek związanych z życiem Karola Wojtyły, dwa pliki pdf ściągnięte na komputer(efekt zamknięcia bibliotek), notatki z pedagogiki rodziny, ołówek w krzywych paluchach i do dzieła.
W telegraficznym skrócie:
  1. "Dar i tajemnica" Jana Pawła II
  2. "Jan Paweł II. Polska 1999. Przemówienia i homilie" ks. Krzysztofa Kuźnika(red.)
  3. "Karol Wojtyła. Opowieść o świętości" Jana A. Fręsia
  4. "Kochana stara buda" Zbigniewa Bieniasza
  5. "Młodzieńcze lata Karola Wojtyły. Wspomnienia" Juliusza Kydyńskiego(red.)
  6. "Lekcje religii z Janem Pawłem II. Czytamy papieża", zeszyty "Gazety Wyborczej"
  7. "Nasz papież. Kronika pontyfikatu w 27 zeszytach", zeszyty "Gazety Wyborczej"
  8. "Nasz papież. Wielkie tematy pontyfikatu", zeszyty "Gazety Wyborczej"
  9. "Nasz święty Jan Paweł II. Świadectwa cudów", zeszyty "Gazety Wyborczej"
  10. "Opowieść o Wadowicach" Jerzego Romana Jaglarza, Adama Grodnickiego, Jana Fidzińskiego
  11. "Ojcze nasz. Życie największego Polaka. 18 V 1920 - + 2 IV 2005" Grzegorza Jankowskiego;
  12. "Pielgrzymka do ojczyzny. Przemówienia i homilie Ojca Świętego Jana Pawła II" Haliny Frączek i Marii Kornasowej
  13. "Święty Jan Paweł II. Historia życia" Joanny Wilkońskiej
  14. "Wadowice miasto rodzinne Jana Pawła II" Romana Antoniego Gajczaka
  15. "Wadowickie korzenie Karola Wojtyły" Marty Burghardt
  16. "Wezwano mnie z dalekiego kraju" ks. Mieczysława Malińskiego
  17. "Wielki kolega" Haliny Kwiatkowskiej
A do tego jeszcze "Wstańcie, chodźmy" Jana Pawła II, "Świadectwo" kardynała Dziwisza w wersji pdf. oraz przemówienie papieża wygłoszone w Wadowicach przez Jana Pawła II w dniu 14 sierpnia 1991 roku. Podarowałam już sobie kilkutomową opowieść o Karolu Wojtyle autorstwa Zuchniewicza oraz trzy teczki wycinków z gazet dotyczących papieża-Polaka, nie mówiąc już o wydaniach dla dzieci. Za to z przyjemnością dodałabym kilka pozycji, które kiedyś wypożyczyłam z biblioteki. Niestety, jak już pisałam, chwilowo jest to niemożliwe.
Ale to nic nie szkodzi. I tak mam spory materiał empiryczny do tego, co zamierzam zrobić. Być może koronawirus pozbawił mnie chwilowo wykonaniu planu w 50%, ale przecież pozostaje druga połowa, którą zamierzam w 100% wykorzystać. Czasu mam mało, ale dam radę. I tym sposobie wszelkiej nudzie i monotonii mówię "NIE", przynajmniej na następne dni.

sobota, 25 kwietnia 2020

1144. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła", część 7/Zrealizować plan mimo przeciwności losu

BĘDĘ KSIĘDZEM


Ksiądz Karol Wojtyła
(źródło zdjęcia)
Twórca Teatru Rapsodycznego poznał już nieustępliwość swojego ucznia. Jakiś czas przed wystawieniem "Pana Tadeusza" Lolek wyznał mu, że rezygnuje z kariery aktorskiej. 
 - Będę księdzem - powiedział po prostu. 
 - Lolek, zlituj się, co ty chcesz najlepszego zrobić? - załamał ręce szef Teatru Rapsodycznego. 
 - Wierz mi, Mieciu, dokładnie to przemyślałem.
 - Ależ ty jesteś najlepszym naszym aktorem! Mało tego, jesteś pewnie jednym z najlepszych aktorów w Polsce! Sam Osterwa...
 - Wiesz jak cenię pana Juliusza, ale w tym momencie to nie ma znaczenia.
 - Zupełnie cię nie pojmuję. Przecież wiesz, ile możesz zrobić dla Polski. Jako aktor będziesz miał dostęp do całej kulturalnej elity. Ksiądz... Wsadzą cię do jakiejś zabitej dechami wiochy, a tam będziesz uczył dzieci religii i słuchał spowiedzi starszych babć.
 - Wiem, że będziesz mnie przekonywał, ale to bezskuteczne. 
Od Anioła Stróża: W duszy Karola dokonał się przełom. Jak do niego doszło? Jego Anioł Stróż może powiedzieć tylko tyle, że to wielka tajemnica. On sam tak o tym mówił: "Coraz bardziej jawiło się w mojej świadomości światło: Bóg chce, ażebym został kapłanem. Pewnego dnia zobaczyłem to bardzo wyraźnie. Był to rodzaj jakiegoś wewnętrznego olśnienia. To olśnienie niosło w sobie radość i pewność innego powołania. I ta świadomość napełniła mnie jakimś wielkim wewnętrznym spokojem".

ŁAPANKA

Od Anioła Stróża: Niemcy nadbiegli od strony Wisły. Kilka żołnierzy z karabinami w dłoniach zatrzymało się przy bramie wiodącej na posesję przy Tynieckiej 10. Rozłożyłem skrzydła, aby zakryć przed ich oczami drzwi prowadzące do sutereny. Ominęli je i wbiegli po zewnętrznych schodach na górę do innego mieszkania. Odetchnąłem z ulgą. Mój podopieczny ocalał!
Karol od dwóch lat studiował w konspiracyjnym seminarium, ale wciąż pracował w Solway'u -już nie w kamieniołomach, lecz w fabryce sody. Pół roku po śmierci ojca wrócił na Tyniecką, gdzie zamieszkał także Mieczysław Kotlarczyk z żoną. Czuli się tu całkiem bezpiecznie. Aż do tej niedzieli, 6 sierpnia 1944 roku. 
Karol Wojtyła z innymi klerykami w seminarium
(źródło zdjęcia)
 - Co to było? - zapytał Kotlarczyk, słysząc krzyki Niemców i tupot podkutych butów. 
 - Zaraz zobaczę - powiedział Lolek.
 - Nie ruszajcie się z miejsca! - Zofia, żona Mietka, zareagowała z właściwą kobiecie ostrożnością. - Poczekajmy.
Po pół godzinie odsunęli lekko firankę.
 - Nikogo nie ma - szepnęła. 
 - Wyjdę, zobaczę co się stało - zadeklarował ponownie Wojtyła.
 - Ani się waż! Może czekają za rogiem?
Poczekali do zmroku. Następnego dnia rano Karol o wszystkim się dowiedział. Niemcy urządzili wielką łapankę. Wchodzili do domów i wyciągali mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Chcieli się w ten sposób zabezpieczyć przed wybuchem powstania w Krakowie. W Warszawie Polacy chwycili za broń 1 sierpnia. 
Niedługo potem arcybiskup Sapieha - tak ten sam, który kiedyś zwrócił na niego uwagę w Wadowicach, polecił Karolowi i innym konspiracyjnym klerykom, przenieść się do kurii przy Franciszkańskiej 3. Pięć miesięcy później do Krakowa wkroczyła Armia Sowiecka. Niemcy uciekli, skończyła się okupacja. 
"Jeżeli patrzę na moją młodość, na tę młodość lat okupacji, straszliwych lat, to był koszmar, widzę że źródłem siły przebicia była właśnie Eucharystia. I nie tylko dla mnie. Dla wielu, ale chyba najbardziej dla tych, którym przyszło najtrudniej przebijać się" - Jan Paweł II, Kraków, 10 czerwca 1987 rok

KRYPTA
Czasy seminaryjne - kleryk Karol Wojtyła w trzecim
rzędzie pierwszy z prawej(źródło zdjęcia)

Ksiądz Kazimierz Figlewicz uśmiechnął się do Lolka. 
 - Pamiętasz? - zapytał. 
Skinął głową. Siedem lat, dwa miesiące i jeden dzień temu stał w tym samym miejscu i zakładał komżę, aby służyć księdzu Kazimierzowi do Mszy. Dziś role poniekąd się odwróciły - za chwilę Karol odprawi pierwszą w życiu Eucharystię, a jego dawny katecheta będzie mu pomagał. Jako tzw. "manduktor" miał troszczyć się o to, aby nowo wyświęcony ksiądz wszystko zrobił jak należy. 
Była jesień, dokładnie 2 listopada 1946 roku. Poprzedniego dnia Karol przyjął święcenia kapłańskie z rąk księcia Sapiehy, dziś przyszedł do katedry na swoje prymicje. Za chwilę opuszczą zakrystię, przejdą obok ołtarza Królowej Jadwigi, gdzie stanęli pamiętnego 1 września i zejdą do najstarszej części wawelskiej katedry. 
Krypta św. Leonarda na Wawelu
(źródło zdjęcie)
Idąc w stronę schodów wiodących do Krypty św. Leonarda, ksiądz Kazimierz myślał o drodze, która doprowadziła jego ucznia i wychowanka do tego miejsca i tego dnia. Lolek księdzem! Student, poeta, aktor, robotnik, za chwilę stanie przy ołtarzu. Dziś Dzień Zaduszny, będzie mógł odprawić trzy Msze. Pewnie każdą ofiaruje za każdego ze zmarłych członków rodziny - matkę, brata i siostrę, ojca. Ileż ten chłopak przeszedł? A co jeszcze przed nim?
Od Anioła Stróża: "Wielkie rzeczy, księże Kazimierzu" - chciałem mu szepnąć na ucho. Ten dzień i dla mnie był bardzo ważny. Pierwsza część misji została spełniona, Najwyższy doprowadził Lolka do kapłaństwa. Za kilka chwil wypowie słowa, po których Pan zejdzie z Nieba i wstąpi w chleb i w wino, które staną się Jego Ciałem i Krwią. Karol otrzymał władzę codziennego czynienia cudu. 
Za dwa tygodnie wyjedzie w swoją pierwszą wielką podróż. Kardynał Sapieha dlatego udzielił mu wcześniej święceń kapłańskich. Razem z kolegą, księdzem Sławomirem Starowieyskim, Lolek Wojtyła miał pojechać do Rzymu kontynuować studia i tam zrobić doktorat.
---------------------------------------------------------------------------------
Zrobiłam drobne "przemeblowanie" na półkach w pokoju. Niby nic, a jakąś radość mi to dało. W najbliższym czasie chcę pododawać przeczytane przeze mnie pozycję do portalu "lubimy czytać".  Dodatkowo poukładałam płyty i kasety. Udało mi się nawet pozbierać przybory plastyczne do jednego pudełka. Zrobiłam też kilka zadań. Jednak najbardziej jestem dumna z przeprowadzenia kolejnego wywiadu przez skype. Jestem w stanie uwierzyć, że tak jak wobec Karola Wojtyły Bóg miał określony plan i pozwolił mu go zrealizować mimo problemów, tak samo będzie i ze mną. Że uda mi się osiągnąć cel mimo przeciwności losu. I chociaż czasu coraz mniej to, jak to napisał Paulo Coelho w "Alchemiku" - "kiedy czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu". Czy to się sprawdzi? Oby.

piątek, 24 kwietnia 2020

1143. Paweł Zuchniewicz "Pamiętnik papieskiego anioła" - część 6/O Kamilu, który łamał wszelkie stereotypy

IMPERIUM ZŁA
Salezjański kościół p.w. św. Stanisława Kostki na
Dębnikach w Krakowie(źródło zdjęcia)
Wyszedł z kościoła i stanął jak wryty. Na ulicy roiło się od Niemców. Pod domem, w którym mieszkali księża salezjanie, stał "czarny kruk", półciężarówka używana do przewożenia więźniów. Coś ścisnęło go za gardło. Tak samo jak na początku okupacji, gdy na jego oczach gestapowcy pędzili aresztowanych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. 
W drzwiach plebani zobaczył znajomą postać. Ksiądz Jan! Niemiec brutalnie wepchnął proboszcza do samochodu. Za nim pojawili się następni duchowni. Gdy za ostatnim z nich zatrzasnęły się drzwi, kierowca uruchomił silnik i ponura kawalkada skierowała się w stronę Wisły. Każdy wiedział, że wiozą ich do więzienia na Montelupich.
Lolek wstrząśnięty poszedł do Kydryńskich. Zamieszkał tam po śmierci ojca. 
 - Co się stało? - zapytała matka Julka widząc go w takim stanie.
 - Niemcy zabrali salezjanów!
 - Jezus, Maria! Co się dzieje na tym świecie. Jak długo Bóg jeszcze będzie na to patrzał i milczał? Aresztują, torturują, mordują! Prawie nie ma dnia, żeby ktoś nie zginął w egzekucji, albo nie trafił do obozu!
Jan Tyranowski(źródło zdjęcia)
Wiele razy słyszał podobne słowa. Zdawało się, że zło atakuje ze wszystkich stron. On sam też zadawał sobie te pytania. Na początku okupacji napisał dramat "Hiob", w którym zastanawiał się nad sensem cierpienia. A wtedy to był zaledwie początek. Wówczas myśleli, że wojna skończy się w pół roku, hitlerowcu zostaną przegnani i wrócą dobre czasy. Tymczasem najeźdźcy podbili niemal całą Europę. Zdawało się, że nic nie jest w stanie ich powstrzymać. 

Od Anioła Stróża: Jakiś czas potem dostałem zadanie, aby podprowadzić Lolka do kościoła na Dębnikach. Poddałem mu tę myśl, a on poszedł tam w drodze powrotnej z pracy. Na schodach kościoła spotkał pewnego człowieka, którego poznał już wcześniej. Nazywał się Jan Tyranowski i był krawcem. Przez chwilę rozmawiali, Jan powiedział mu, że tworzy koło Żywego Różańca Młodzieży Męskiej i zaprasza go na spotkanie. Karol nie wiedział wówczas, że Tyranowski podjął się opieki duchowej nad chłopakami na prośbę księdza, który zastąpił aresztowanych salezjanów. Wydawać by się mogło, że Jan zupełnie nie nadaje się do tej pracy. Mówił nudno, w dodatku był garbaty. A jednak, jak sam Lolek napisał po latach, Tyranowski pokazał mu, że "Bóg jest w nas nie po to, abyśmy Go zacieśniali do wąskich granic naszego ludzkiego ducha, Bóg w nas jest po to, aby nas wyrwać z nas samych". 

"MASZ KRZEPĘ"
Karol Wojtyła jako robotnik
(źródło zdjęcia)
Lolek odwrócił się słysząc huk i serię przekleństw. Zobaczył wywrócony wagonik, z którego wysypał się ładunek wapna z porannego odstrzału. Obok stał mężczyzna w drelichowym ubraniu. Schylił się i spróbował ponownie ustawić pojazd na torach. Naprężył mięśnie, uniósł nieco ciężar, ale po chwili puścił bezradny. 
 - Czas na przerwę - powiedział pomocnik maszynisty, Józef Pachacz. 
 - A co z nim? - powiedział Wojtyła, wskazując na kolegę mocującego się z wagonikiem. 
 - Niech próbuje dalej.
Robotnicy rozsiedli się obserwując daremny wysiłki kolegi. Dopóki wagonik leżał, praca nie była możliwa. Wszyscy uważali, że to znakomity pomysł, i w dodatku uzasadniony patriotycznie. Przerwa trwała dłużej, a pracy dla okupanta wykona się mniej. 
Fabryka sody "Solway", w której pracował Karol, była tzw. Kriegswichtigebetrieb - zakładem ważnym ze względów wojennych. Dlatego się tu zatrudnił. W przeciwnym razie groziłoby mu wywiezienie do Niemiec na roboty. 
 - Niech to szlak! Długo jeszcze będziecie się tak gapić? - warknął mocujący się z wagonikiem mężczyzna. 
 - Odpocznij sobie - ktoś odpowiedział życzliwie. - Nabierzesz sił i znowu spróbujesz. Co to dla takiego chłopa jak ty. 
Bezradny robotnik miał na końcu języka kolejne mocne słowo, kiedy zobaczył obok siebie Karola. Ten schylił się do wagonika i spojrzał na niego zachęcająco. 
 - Trzy-cztery! - krzyknął. Chwycili za burtę i dźwignęli pojazd osadzając go na torach. 
 - Niby taki z ciebie studencik, a krzepę masz - w jego głosie zabrzmiało uznanie.
Lolek uśmiechnął się.
 - On chyba na księdza pójdzie, taki miłosierny - usłyszał gdy przechodził obok przypatrujących się im kolegów.

SZCZEKACZKA
 - "Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!
Wojna o Polskę! Bracie, będziem Polakami!"
Mieczysław Kotlarczyk z przyjemnością słuchał głębokiego barytonu Lolka, który deklamował "Pana Tadeusza" Adama Mickiewicza. Konspiracyjny Teatr Rapsodyczny wystawiał kolejny spektakl. Z ulicy dobiegło ujadanie "szczekaczki":
- "Uwaga! Uwaga! Podajemy najnowsze wiadomości z frontu..."
W całym Krakowie rozmieszczone były takie głośniki. Nadawano przez nie komunikaty okupantów. 
 - "... Bohaterskie wojska Wehrmachtu w niepowstrzymanym pochodzie maszerują na wschód! Nasza armia zadaje ciężkie straty bolszewikom!..." - jazgot z głośnika mieszał się z wierszem polskiego poety:
Mieczysław Kotlasrczyk(źródło zdjęcia)

 - "Ja, niegdyś dumny z rodu, ja com był junakiem.
Spuściłem głowę, kwestarz, stałem się Robakiem."
Karol z jakimś wewnętrznym uporem ciągnął kwestię, choć całe wrażenie psuł ten nieznośny hałas z ulicy. Recytował jeden z najważniejszych, a zarazem najpiękniejszych fragmentów arcydzieła polskiej literatury - spowiedź umierającego Jacka Soplicy. 
 - "Teraz, rzekł, Panie, sługę Twego puść z pokojem.
Wszyscy uklękli, a wtem odezwał się pod progiem
Dzwonek: znak, że przyjechał pleban z Panem Bogiem."
Szczekaczka zamilkła.
 - "Właśnie już noc schodziła i przez niebo mleczne,
Różowe, biegną pierwsze promyki słoneczne."
 - Gratuluję, poczynił pan znaczne postępy - pochwalił Lolka słynny reżyser, Juliusz Osterwa, który zasiadł tego popołudnia na widowni. - Ale czemu nie przerwał pan recytacji? Ta "szczekaczka" zepsuła całe wrażenie.
 - Sądzi pan, że trzeba było przerwać? Bo mnie się wydaje, że to byłaby prawdziwa porażka. Dobro nie może cofać się przed złem.
 - Nie rozumiem. Przecież najważniejszy jest efekt artystyczny.
 - Chyba Karolowi nie chodzi tylko o to - do rozmowy wtrącił się Kotlarczyk. I sądzę, że go nie przekonamy.

Od Anioła Stróża: Zobaczyłem Lolka czterdzieści lat później i kilkanaście tysięcy kilometrów dalej. W 1983 roku papież Jan Paweł II przyjechał do Nikaragui w Ameryce Środkowej. Rządzili tam wówczas wrodzy Kościołowi komuniści. Ojciec Święty odprawiał Mszę na centralnym placu stolicy, Managui. Kiedy mówił kazanie, podstawieni ludzie zaczęli wznosić wrogie okrzyki i zagłuszać jego słowa. Papież nie przerwał. Kiedy wrzaski się nasiliły chwycił za pastorał w kształcie krzyża, uniósł go w górę i krzyknął: "Silencio!", czyli "cisza". Przydała mu się ta lekcja, którą przerobił w czasie okupacji.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z wielkim smutkiem przyjęłam wiadomość o śmierci jednego z moich studenckich kolegów, Kamila. Chociaż nie studiowaliśmy na tym samym kierunku, to oczywiście znałam go z uczelnianego korytarza, który przemierzał na swoim elektrycznym wózku. Kamil był też niepełnosprawny, zmagał się z rodzeniowym zanikiem mięśni. Choroba odebrała mu sprawność, nie zabrała mu jednak jasności umysłu. Szybko znalazł sens swojego życia - poświęcał się nauce. Dwa lata temu obronił magisterkę z politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, rok temu obronił magistra z filozofii na UPJPII. Jednocześnie robił już doktorat z nauk o polityce na Ignatianum oraz studiował(z nudów) kognitywistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. A to wszystko bez możliwości robienia odręcznych notatek. Miał chłopak łeb, ambicje i chęci. W wolnym czasie prowadził blog, w którym z sarkazmem opisywał otaczający go świat. Co prawda go nie komentowałam, ale kiedy miałam gorszy dzień(co chyba każdemu się zdarza), lubiłam do niego zaglądać.
Kamil zrobił też jeszcze jedną cudowną rzecz - poleciał do Lourdes, gdzie nakręcił film o pielgrzymce Zakonu Maltańskiego. A przecież nie był  w stanie samodzielnie się poruszać, ani nawet wykonać wokół siebie żadnej czynności. Przełamał tym osiągnięciem niejedną barierę i stereotyp. A zarazem dał innym niepełnosprawnym nadzieję na spełnienie marzeń.
To było zaledwie 4 lata temu. A dzisiaj? Dzisiaj Kamil jest już w tym "lepszym" świecie. I może robi reportaż o samym Panu Bogu?