Na ostatnim spotkaniu formacyjnym ksiądz zaproponował nam, jako animatorom, wyjazd na młodzieżową wycieczkę do tzw. "Chlebowej chaty" w Brennej. Co prawda proboszcz już jakiś czas temu ogłosił ten wyjazd, ale tak jakoś nie paliło mi się tam jechać. Dopiero jak nasz opiekun nam poddał taką propozycję i zgłosiło się kilka moich znajomych... Oj to już prędzej. Ręka moja zaraz powędrowała w górę, a z gardła wydobyło się proste:
- Ja pszę księdza, ja!
Wczoraj na facebooku otrzymaliśmy ostatnie informacje na temat wyjazdu. W sumie do tej pory nie wiele wiedzieliśmy poza tym, że wycieczka jest. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że katarek potrafi rozwalić życie niejednemu twardzielowi... Grunt, że nie trwaliśmy w tej niewiedzy do dzisiaj. A reszta ujdzie w 37 osobowym tłumie...
Tradycyjnie na miejscu zbiórki pojawiłam się trochę przed czasem. Jakoś nie lubię żyć w przeświadczeniu, że to na mnie czekają. Chociaż kilkoro rodziców wpadło na ten sam pomysł i stało razem ze mną. Z czasem gronko oczekujących urosło do dosyć pokaźnej sumki. Wśród nich przedstawiciele wszystkich dziecięcych i młodzieżowych grup parafialnych - i schola, i dzieciaki z Oratorium, i my animatorzy, i jeden ministrant się znalazł, i dzieci ze szkoły podstawowej, i tylko księdza brakowało do kompletu. No, ale jego wysoką sylwetkę z uśmiechem od ucha do ucha widać było z daleka. Chociaż nie miał na sobie sutanny wiedzieliśmy, że to nasz Oskar.
- To nie proboszcz z nami jedzie? - P. puknęła mnie lekko w ramię.
- Może jedzie... Przecież mogą jechać oboje...
- A schola też jedzie? - zdziwienie trwało dalej.
Wzruszyłam ramionami, bo co miałam powiedzieć. Tymczasem ksiądz z daleka zaczął pozdrawiać wszystkich, po czym jak gdyby nigdy nic minął wszystkich i podszedł do nas, animatorów, aby się z nami przywitać poprzez podanie każdemu dłoni i mocnym jej uściśnięciu, a przy okazji prostej formułce "Witam cię Karola, Aniu, Zosiu, Michale itp.". Sympatyczny ten nasz ksiądz, nieprawdaż? Kolejne zaskoczenie to takie, że normalnie kierownik wycieczki siada na przodzie. Co robi Boski Oski? Po sprawdzeniu listy obecności(a propos to nie naniósł tam samego siebie, a potem mu się ilość osób nie zgadzała😆, biedny dziesięć minut kombinował co i jak, a my z nim) idzie do nas na tyły i gada o wszystkim i o niczym. I w sumie tacy powinni być księża salezjanie - otwarci na problemy i troski młodych.
Po ponad godzinie śmiechów i chichów dotarliśmy na miejsce. Jeszcze przed otworzeniem drzwi wyjściowych usłyszeliśmy, że mamy jako animatorzy wysiąść pierwsi z pojazdu i pilnować, żeby dzieci się nie rozlazły. Zgodnie razem panowaliśmy nad sytuacją i dopiero jak ksiądz jako ostatni wysiadł z autokaru, podzieliliśmy się na dwie grupy i jedna poszła z dzieciarnią do toalety, a druga czekała bardziej lub mniej cierpliwie na resztę. Po jakiś 20 minutach grupy się połączyły, lecz właściciele "Chlebowej Chaty" kazali nam poczekać jeszcze 10 minut. I wtedy się zaczęło.
Ponieważ dzieciaki zaczęły coraz bardziej dokazywać W. poprosiła wszystkich o ustawienie się w kółko. Ok. Pomyślałam sobie, że pewnie chce przeprowadzić z nimi jakąś zabawę na rozładowanie energii. Toteż bez marudzenia zaczęłam jej pomagać. Nagle słyszę, jak W. mnie woła, abym do niej podeszła. No, to też mnie nie dziwi. Czasami bowiem zdarza się tak, że pomagamy sobie w przeprowadzeniu zabawy. Podchodzę więc do W. I wtedy usłyszałam coś, co zupełnie odebrało mi mowę:
- Lubicie animatorkę Karolinę?!
- Taaak!
- To w takim razie proszę o głośne "Sto lat", bo Lolek miał w tym tygodniu urodziny!
Cały orszak dziecięcych głosów solidarnie odśpiewało mi symboliczne "Sto lat". W sumie nie przypominam sobie, aby tak wiele osób odśpiewało mi ten szlagier. A już zupełnie nie spodziewałam się, że Oratorium wpadnie na tak "szalony" pomysł. Tym bardziej, że właściwie wszyscy z naszej paczki złożyli mi życzenia w dniu urodzin przez fejsa, ksiądz zrobił to w środę po Mszy świętej. Zrobiło mi się niezwykle miło. Tak samo, jak w autokarze, kiedy zorientowałam się, że nowa dziewczyna z Oratorium rozumie mnie bez najmniejszych problemów 😃. Szkoda, że nie kupiłam cukierków, dzieci by miały radochę, podejrzewam że dorośli też.
Zaraz po odśpiewaniu "Stu lat" i życzeniach udaliśmy się do wnętrza chaty, która cofała nas w czasie do przełomu XIX i XX wieku. Chociaż ja wiele tamtejszych sprzętów znałam z domów moich babć. Moi rodzice wyszli z biednych, wiejskich chatynek. Takich, gdzie gotowało się na piecu, nie było wodociągów, lekcje odrabiało się przy lampie naftowej, czy wręcz świeczkach, zaś jedyną rozrywką dla dzieci był wypas bydła i zbieranie snopków w czasie żniw. Dlatego nie dziwił mnie cep, żarna, czy też maślniczka do produkcji masła. Jednak współczesne dzieci nie znają już tych rzeczy, toteż uciechę miały np. z oddzielania mleka od śmietany.
Zaraz po odśpiewaniu "Stu lat" i życzeniach udaliśmy się do wnętrza chaty, która cofała nas w czasie do przełomu XIX i XX wieku. Chociaż ja wiele tamtejszych sprzętów znałam z domów moich babć. Moi rodzice wyszli z biednych, wiejskich chatynek. Takich, gdzie gotowało się na piecu, nie było wodociągów, lekcje odrabiało się przy lampie naftowej, czy wręcz świeczkach, zaś jedyną rozrywką dla dzieci był wypas bydła i zbieranie snopków w czasie żniw. Dlatego nie dziwił mnie cep, żarna, czy też maślniczka do produkcji masła. Jednak współczesne dzieci nie znają już tych rzeczy, toteż uciechę miały np. z oddzielania mleka od śmietany.
Czy też ubijania mleka tak, aby powstało z tego masło
A potem masło trzeba było uformować w maselniczce, żeby potem było czym posmarować podpłomyki.
Ale najpierw trzeba było przygotować sobie te podpłomyki. Najpierw żarnami zmielić mąkę...
Potem z gotowego ciasta uformować podpłomyki. I poczekać, aż się wypieką w piecu(a propos, kto pamięta takie piece chlebowe?)
A potem wszyscy zajadaliśmy się wytworzonymi produktami niczym najlepszymi fast foodami.
Następnie poszliśmy do stodoły
Gdzie m.in. poznaliśmy działanie cepa
Dzieciaki zaś zafascynowane były tym urządzeniem
Na koniec zaś odbyła się prelekcja o pszczołach.
I w sumie wszyscy w wyjątkowo dobrych nastrojach wróciliśmy do domu. To była bardzo pouczająca wycieczka, zwłaszcza dla dzieciaków. Mamy nadzieję, że nie ostatnia, wszak tyle jest interesujących miejsc w okolicy do zwiedzenia. My zaś, animatorzy, po raz kolejny mieliśmy przyjemność pomagać w organizacji. A przy okazji okazało się, że mamy kolejne bojowe zadanie - przeprowadzkę z piętra do piwnicy. Mamy tam przenieść nasze zabawki, gry planszowe, książki oraz przybory plastyczne. Musimy się tylko umówić na odpowiednią porę.
Następnie poszliśmy do stodoły
Gdzie m.in. poznaliśmy działanie cepa
Dzieciaki zaś zafascynowane były tym urządzeniem
Na koniec zaś odbyła się prelekcja o pszczołach.
I w sumie wszyscy w wyjątkowo dobrych nastrojach wróciliśmy do domu. To była bardzo pouczająca wycieczka, zwłaszcza dla dzieciaków. Mamy nadzieję, że nie ostatnia, wszak tyle jest interesujących miejsc w okolicy do zwiedzenia. My zaś, animatorzy, po raz kolejny mieliśmy przyjemność pomagać w organizacji. A przy okazji okazało się, że mamy kolejne bojowe zadanie - przeprowadzkę z piętra do piwnicy. Mamy tam przenieść nasze zabawki, gry planszowe, książki oraz przybory plastyczne. Musimy się tylko umówić na odpowiednią porę.














